A taniec, taniec – niech trwa.

Zamek sunął na zachód ponad atramentowo czarną taflą może jeziora a może morza – nie wiedzieli tego na pewno. W każdym razie brzeg, porośnięte lasem góry, był cały czas w zasięgu wzroku. W przeciwnym kierunku, gnane wieczornym wiatrem żeglowały szarobiałe obłoki.

Gry spoglądał przez okno chmury, góry, ptaki, szybujące na wznoszących prądach smoki, albo inne gadopodobne paskudztwo.
-Prowadzisz, czy myślisz?
-Myślę – odpowiedział odwracając się w kierunku stolika. Na dębowym blacie leżała wymalowana na pergaminie plansza i kilka drewnianych figurek, spoglądających ze strachem na odlane w ołowiu kości.

To głupie, ale tu na Infinitii powtarzali te same rytuały, co na Ziemi. Jakby nic się nie zmieniło, a rzeczywistość naokoło nie była wystarczająco fantastyczna, wcielali się co wieczór w fikcyjne postacie dokonujące heroicznych czynów w wyimaginowanym świecie. Chociaż właściwie nie było to żadne wymyślone uniwersum, a ich rodzinny świat – ze wszystkimi jego brudami: smogiem, głodem, bezrobociem. Starali się przywołać w pamięci każdy szczegół w nadziei, że powtórzy się to, co stało się tamtego, pamiętnego dnia, gdy nagle po nieszczęśliwym rzucie kośćmi przenieśli się wszyscy do tej magicznej krainy. Nie było w tym żadnej metody, raczej rozpaczliwa nadzieja, że wielokrotne odprawianie tych samych guseł sprawi, że w końcu jakiś litościwy bóg ich wysłucha. Ale po prostu nie mieli innego pomysłu.

-Nad czym tak myślisz? – Tlareg odgarnął znad czoła jasne, niemalże siwe włosy i korzystając z chwilowej przerwy w grze zarzucił na parapet stopy w ciężkich skórzanych butach.
-Zastanawialiście się kiedyś nad horyzontem?
-Mówisz o tej urojonej linii, gdzie niebo pozornie styka się z ziemią i która ucieka, gdy próbujemy się do niej zbliżać?
Czytaj dalej A taniec, taniec – niech trwa.

Kowal z Debliente

Marquine brała kąpiel w wielkiej miedzianej wannie okupującej jej osobistą łazienkę. Trudno o coś lepszego i bardziej odprężającego po ciężkim dniu niż gorąca kąpiel z dużą ilością piany. Drzwi do łazienki uchylił się lekko i przez szparę dobiegł ją głos Kerhoina:
-Mogę na chwilę kochanie? Chciałbym omówićć kilka spraw.
-Natury służbowej, czy prywatnej – spytałaa księżniczka, pani na zamku Arhoax, poprawiając na wszelki wypadek pianę.
-Służbowej, chodzi o zamek – wyjaśnił ksiąążę.
-No dobrze, wejdź – odpowiedziała, starająąc się ukryć rozczarowanie.
Kerhoin otworzył drzwi i z magiczną tabliczką w ręku wkroczył do łazienki. Wytarł ręcznikiem skraj wanny i usiadł tam, gdzie zwykł był siadać, gdy chciał porozmawiać o czymś ważnym z panią swego serca.
-Więc co to za pilna sprawa? – spytała Marrquine, zdmuchując z wyciągniętej dłoni chmurkę piany.
-Chciałbym osadzić nasz zamek w jakimś spookojnym miejscu. Powinniśmy dokonać paru napraw i przeglądów, które można przeprowadzić tylko na ziemi.
Czytaj dalej Kowal z Debliente

Praca dla wiedźmina

Staliśmy tak chyba w trzydziestu już od godziny, czekając na księcia. W ogłoszeniu stało wyraźnie, że musimy stawić się punktualnie, bo czas księcia jest cenny. Kto się spóźni, tego w ogóle nie wpuszczą na przesłuchanie. Dlatego nikt się nie spóźnił, choć wiadomo było, że i tak pracę dostanie tylko jeden, a pozostali nie mieli żadnych szans na zarobek. No chyba, że przergacz utłucze pierwszego. Wtedy strażnicy miejscy rozkleją na murach nowe ogłoszenia i całe teatrum powtórzy się raz jeszcze. Cóż, ciężkie czasy. Nie, żeby potworów było mało, ale po ostatniej wojnie ludzie nie mają pieniędzy i nie bardzo kogo stać na najęcie wiedźmina. Jeśli pieniędzy ledwo starcza na życie to i do potwora można się przyzwyczaić.
Czytaj dalej Praca dla wiedźmina

Ostatni król

Wstęp
Po tym jak Zanner zasiadł na tronie Aralii, kraj powrócił do swej dawnej świetności. Tak upłynęło piętnaście lat. W tym czasie para królewska nie doczekała się syna, który przejąłby aralską koronę. Po całym królestwie rozeszły się wieści o pewnej przepowiedni, która głosi, że obecny król będzie ostatnim. Jeśli nie będzie miał następcy, królestwo upadnie. Nikt nie przejmowałby się tymi pogłoskami, gdyby nie Gwend. Cudem uszedłszy z płonącej stolicy, wyjechał na południe, gdzie wśród pospólstwa roztaczał wizję państwa pozbawionego następcy. Król zniósłby nawet to, ale nieudany zamach na jego osobę, upewnił go o zamiarach Gwenda. Zanner domyślił się, że stary mag, chce go zgładzić. Wysłał dwa pułki na poszukiwanie podejrzanego, ale do tej pory nikt nie wie gdzie mieszka Gwend.
Czytaj dalej Ostatni król

Spisek

Wstęp
 Dawno temu, w czasach kiedy na Ziemi żyły elfy, ogry i smoki, w położonej na dalekiej północy Aralii żyły w zgodzie i przyjaźni cztery plemiona: niebieskoocy Aralczycy, rudowłosi Arghańczycy, ciemnoskórzy Naddusi i Nemeyczycy. Ci ostatni charakteryzowali się tym, że prawie  w ogóle nie czuli chłodu i nosili bardzo długie włosy, przez co wyglądali jak w brązowym welonie. Przez długie lata te cztery plemiona żyły ze sobą w pełnej symbiozie. Dopiero po wstąpieniu na tron Shakulla Pierwszego sytuacja ta diametralnie się zmieniła. Ów król stwierdził, że Aralczycy jako najlepiej rozwinięte plemię powinni sprawować pieczę nad pozostałymi trzema. Pozostałym plemionom nie podobało się, że król traktuje ich jak podwładnych. Skutkiem niezadowolenia była trwająca 15 lat wojna. Aralczycy odnieśli w niej miażdżące zwycięstwo, nie tylko zagarnęli sobie wszystkie bogactwa pochodzące z innych plemion, ale także nałożyli na zwyciężonych daninę. Daninę tę miało płacić każde podbite plemię osobno, przywożąc ją raz w roku do stolicy, by tam złożyć ją u stóp króla. Oprócz tego, mieli oni więcej niż Aralczycy obowiązków i mniej praw. Zabraniano im prawie wszystkiego. Nie wolno im było przekraczać granic bez pozwolenia, handlować poza granicami swojego kraju, zawierać mieszanych małżeństw i wielu innych rzeczy. Jedynym ich prawem i obowiązkiem zarazem było, służyć wiernie Aralii i płacić daninę w terminie.
 W położonej na zachodzie Argharty, maleńkiej wiosce nie opodal granicy mieszkał stary, pamiętający jeszcze wojnę z Aralią  wojownik o imieniu Łachim. Mimo swojego podeszłego już wieku był ciągle jeszcze sprawny fizycznie. Opiekował się osieroconym w czasie wojny bratankiem- Keramem. Keram, pokochał swego wuja jak ojca, a Łachim odwzajemniał to uczucie. Tym mocniej, że oboje z żoną nie dochowali się własnych dzieci.  Keram od początku traktowany był jak syn Łachima     i tak też się względem wuja zachowywał. 
Czytaj dalej Spisek