Ku Zatracie

– Dwa skrzyżowane miecze i kielich pomiędzy nimi u dołu. Taki powiadasz miał herb ów rycerz? I skąd znaczy się niby przybywał? Mów pastuchu, bo ci serce wyrwę!- Z Nordii, panie – przerażony wieśniak trząsł się w uścisku obcego – z Nordii!! – jęczał przez zaciśnięte wargi, kiedy żelazny uścisk miażdżył mu krtań – Darujcie, panie! Miłościwy panie, darujcie! Biednemu chłopu! – lamentował.- A dokąd się udał tez mi pewnie powiesz, co? – obcy miał paskudny wyraz twarzy, okolonej tygodniowym zarostem. Czarne włosy nosił związane w kuc na karku rzemieniem. Z jego równie czarnych oczu biły wściekłość i szaleństwo. Takich oczu wieśniak nie widział jeszcze w swoim życiu. Oczu tak dzikich i demonicznych…- Do Zatraty – zacharczał w odpowiedzi – dzień drogi na wschód… Wypuszczony z uścisku padł plackiem na ziemie z trudem łapiąc oddech. Obcy pochylił się nad nim i sięgnął do pasa. Wyjął garść monet i rzucił w wieśniaka.- To za wiadomość pastuchu – zawołał. Chłopina podniósł się na klęczki i począł zbierać rozrzucone monety. Nie omieszkał w międzyczasie bić pokłonów i wygłaszać peanów na cześć hojności niedawnego prześladowcy. Obcy dosiadł konia i spiął go ostrogami aż stanął dęba. Podjechał do wieśniaka i zdzielił go nahajem przez plecy. Pastuch aż zawył z bólu, kiedy pejcz rozdzierał mu skórę. Skulił sie na ziemi i popatrzył przestraszonym wzrokiem na prześladowcę. Przerażało go najbardziej to ze nie mógł przewidzieć, co nastąpi za chwile. – Za opieszałość przy odpowiedziach! – krzyknął rycerz i ponaglił konia. Ruszył stępa ku wschodowi nie zważając na nadciągające ciemności. Nie było czasu na jakąkolwiek zwłokę. Zemsta zaślepia. Zemsta nie pozwala na opieszałość…- Dalej koniku!!! – rzucił w pustą przestrzeń – Ku Zatracie nam trzeba! Potańcujemy tam sobie!

xxxxx

Zapadający wieczór i kłębiące sie szarosine chmury sprawiały ze i tak ponura wieś stawała sie jeszcze bardziej odpychająca. Dziura, jakich wiele po tej stronie granicy, nękanej, co i rusz najazdami jarlów z Nordii. Nazwa Zatrata w ironiczny sposób odzwierciedlała obraz tego osiedla. Zapadnięte miejscami strzechy chat i na wpół spalone obory czy chlewy, których odbudowa nikt nie zaprzątał sobie głowy, oczodoły okien, oświetlone bladym światłem świec to wszystko mogło wprawiać w iście grobowy nastrój. Jedynym miejscem, które jak perła w kupie gnoju świeciło jako takim blaskiem była karczma. Bielone wapnem ściany przyciągały świeżością. Szyld ozdobiony głową dzika zapraszał jaskrawożółtą barwa. Krzykliwe, czerwone litery głosiły – „Pod Chrupiącym Dzikiem”. Mało wyszukana nazwa w tych jednak warunkach spełniała swe reklamowe zadanie nad wyraz sprawnie. Siemomysł wjechał w aleje chat i skierował wierzchowca prosto do karczmy. Zeskoczył z konia i oddal cugle chłopcu stajennemu kory wybiegł, kiedy tylko zobaczył podjeżdżającego rycerza. Wszedł do środka i udał sie prosto do baru. Stojący za nim łysiejący, gruby typ zmierzył go obojętnymi, rybimi oczami. – Podać coś? – rzucił pytanie.- Szukam kogoś….- Siemomysł przeszył go świdrującym spojrzeniem.- Hm… – mruknął szynkarz mimowolnie odwracając wzrok – Pytałem czy wina nalać waszmości….- Posłuchaj mnie grubasie pókim grzeczny – wycedził Siemomysł przez zaciśnięte zęby – szukam rycerza, który w herbie ma dwa skrzyżowane miecze i kielich. Widziałeś go!- Jeśli wina nie chcesz, w pokoju odejdź wielmożny panie. Nie nadwerężaj gościny, bo to różne mogą po ludziach przygody chodzić. – stary szynkarz wypowiedział te słowa na tyle głośno by mogli je słyszeć trzej wieśniacy siedzący w koncie po lewo od baru. Na słowa grubasa unieśli sie i stanęli za Siemomysłem.- W takim razie nalej mi karczmarzu! – spokojnie powiedział Siemomysł katem oka obserwując każdy ruch napastników. Jeden uzbrojony był w łańcuch, który owinął wokół dłoni i wywijał młyńce. Dwaj pozostali mieli krótkie, gospodarskie siekiery. Niedbałym ruchem rycerz sięgnął do rękojeści miecza umieszczonego na plecach. W ułamku sekundy półtorak zatoczył w powietrzu kolo rozrywając aortę tego z łańcuchem. Krew bluznęła fontanna ochlapując pozostałych zbirów. Ci cofnęli sie o krok unosząc siekiery i zamarli w oczekiwaniu. Karczmarz schował sie za barem przerażony widokiem krwi. Siemomysł przyjął pozycje do ataku i zaczął powoli napierać na przeciwników. Krok po kroku zbliżał sie ku nim. Skupiony czekał na ich ruch. Wieśniacy spojrzeli po sobie i ruszyli razem z wrzaskiem. Rycerz wykręcił piruet i pierwszego z nich ciął od dołu. Parując cios drugiego przyklęknął na jedno kolano i klasycznym sztychem przeszył trzewia napastnika. Ten z wrzaskiem padł na ziemie oburącz przytrzymując wypływające wnętrzności. Siemomysł doskoczył ku leżącemu.- Zawrzyj mordę, chamie! – wycedził i odrąbał mu głowę. Jego twarz miała paskudny wyraz. Pragnienie mordu widać było w każdym, napiętym do granic jej mięśniu. Przeskoczył bar i przyłożył miecz do szyi karczmarza. Żałosny widok przedstawiało to śliniące sie i trzęsące grube cielsko. – I co stary durniu? – zachrypiał Siemomysł, a jego usta wykrzywił uśmiech. Złowieszczy jak wiatr wyjący na zewnątrz. Zaczęło padać. Błyskawica rozświetliła półmrok panujący wewnątrz na ułamek sekundy. Szynkarz wrzasnął jakby zobaczył demona.- Zamknij sie i słuchaj! – rycerz mocniej przycisnął koniec miecza do szyi grubasa. – Dwa miecze i kielich – powiedział powoli, przeciągając sylaby – rozumiesz?Na szyi karczmarza pojawiły się kropelki krwi.- Opuszczona chata na skraju wsi! Tam jest ten, którego szukasz! – wykrzyczał – A teraz daj mi święty spokój!- Na wieki wieków…. – rycerz pchnął miecz, trzasnęła łamana krtań….

xxxxx

Zanim Siemomysł dotarł do krańca osady był zupełnie mokry. Podjechał pod zdewastowany płot ostatniego gospodarstwa i zeskoczył z konia. Kopniakiem otworzył furtkę i wszedł na podworzec. Z wnętrza ruin pozostałych po zabudowaniach bil blask płonącego ogniska. – Wyłaź Jolfie!!! – Wrzeszczał by przekrzyczeć burze – Wyłaź suczy pomiocie i stawaj do walki! Skończmy juz z tym raz na zawsze! Deszcz walił z nieba strumieniami. Wiatr wył jak opętany. Ciemności nocy co i rusz rozświetlały pojedyncze błyskawice. Siemomysł brodził po kostki w błocie podworca. Zdawało sie ze aura oszalała wraz z nim i jego rządzą zemsty. Po chwili oczekiwania ujrzał postać stojącą w drzwiach chaty. Rudobrody wyszedł powoli i stanął naprzeciwko niego.- Wiec jesteś! – uśmiechnął sie szyderczo – Musze przyznać, że nawet prędzej niż się spodziewałem. – Kończ te pogaduchy – w dłoni Siemomysła błysnęło ostrze – Zdychaj!!! Rycerz zakręcił młyńca i z impetem ruszył w stronę Jolfa. Klingi złączyły sie w pierwszym uścisku skowycząc żałośnie. Impet ataku był tak duży, ze rudobrody zachwiał sie na moment. Pragnąc to wykorzystać, Siemomysł, natarł ponownie i ciął z półobrotu. Jolf odskoczył do tylu i pośliznął się w błocie. Upadł na plecy. Siemomysł machnął mieczem na odlew. Jolf obrócił się w prawo jednocześnie wstając. Tylko niesamowity refleks uchronił Nordianina przed śmiercią. W tym momencie jeszcze jeden rozpaczliwy atak Siemomysła zakończył sie połowicznym sukcesem. Podnoszący się rudobrody został trafiony w ramie. Szybko jednak przyjął pozycje obronną i zastygł w oczekiwaniu na ruch przeciwnika. Stali tak teraz obydwoje, dysząc ciężko z wysiłku. Z nieba wciąż lał sie rzęsiście deszcz. Ucichła jednak burza, wiatr zelżał. Dwaj wojownicy mierzyli się wzrokiem, czekając na odpowiedni moment do ostatecznego ataku. Po chwili, odsapnąwszy nieco, zaczęli krążyć wokół podwórca wymachując bronią. Mogłoby się wydawać, że trwa to bez końca. Wtem oczy Siemomysła zabłysły. Zaatakował z furią, błyskawicznie pokonując dzielącą ich przestrzeń. Ruchy Jolfa stały się wolniejsze, upływ krwi dawał znać o sobie. Osłabiony Nordianin zachwiał się, lecz sparował uderzenie Siemomysła. Ten jednak, wykorzystując przewagę szybkości zrobił piruet, zatoczył młynka mieczem i ciął od tylu. Skutecznie. Kręgosłup Jolfa pękł ze słyszalnym trzaskiem. Ciało rudobrodego opadło ciężko na ziemie rozbryzgując wokoło wodę z kałuży. Siemomysł podszedł i przyklęknął przy jego głowie. Chwycił za włosy i uniósł ją lekko do góry. Oczy Nordianina gasły. Usta poruszały sie w niemym przekleństwie. – Pamiętasz Shaine? – wycedził Siemomysł nachylając swą twarz ku jego – Pamiętasz jak błagała byś nie robił jej krzywdy? Zemsta cię dosięgła, choć powinieneś zdychać w tysiąckroć większych mękach. Napluł w twarz Jolfa i wstał. Podszedł do swego wierzchowca. Dosiadłszy go westchnął głęboko.- Shaine… – szepnął – tak bardzo cię teraz potrzebuje… Ruszył powoli. Na wschodzie poczęły rysować się pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Dzień zapowiadał sie pogodny…

Jaryło

Morrigan: Posłanka Bogów – Rozdział II

MorriganPosłanka Bogów

Rozdział II


Iluminacja różnokolorowych świateł przyprawiała Maggie o zawrót głowy. Do tego dochodziły przekraczające dopuszczalną normę decybele muzyki, a raczej hałasu. Maggie nie słyszała swoich myśli i nie potrafiła ich na niczym skupić. I nie tylko na jej uczucia wpływała nadmierna ilość wypitego alkoholu.
– Chciałabym już jechać do domu – zwróciła się do siedzącego obok niej młodego mężczyzny. Ale on był zajęty rozmową z kolegami. Musieli głośno krzyczeć żeby się wzajemnie usłyszeć. Maggie szturchnęła go lekko łokciem a gdy się do niej odwrócił powtórzyła:
– Jestem zmęczona. Jedźmy już.
Johann uśmiechnął się delikatnie. Chociaż miał w swoich żyłach tyle alkoholu, że nie jeden wprawiony mężczyzna odsypiałby już pod stołem, ale po nim prawie niczego nie było widać. I za to go kochała – za młodość, siłę i witalność w każdej dziedzinie życia.
– A jak wytłumaczymy to Michell’owi? – zapytał.
– To twój kolega. Wymyśl coś – odpowiedziała mu wprost do ucha i uśmiechnęła się kusząco. Delikatnie pogłaskała go po dłoni.
Johann przeprosił swoich konwersujących znajomych, wstał od stolika i poszedł szukać Michell’a. Znalazł go tańczącego na parkiecie. Koło niego tańczyła długonoga, długowłosa blondynka. Nie widział jej twarzy ale cała jej figura była bardzo pociągająca. Johann położył rękę na ramieniu przyjaciela. Ten odwrócił się zaskoczony ale nadal nie przestał tańczyć.
– Dzięki za zaproszenie! My będziemy się już zbierać ale inni chyba jeszcze zostaną! – krzyczał mu do ucha. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i powodzenia. – Przy ostatnich słowach Johann poklepał łagodnie przyjaciela po plecach. Ten puścił mu porozumiewawczo oko i uśmiechnął się dwuznacznie. Johann odwrócił się i wolnym krokiem zbliżył się do stolika, przy którym siedzieli jego koledzy i Maggie. Pożegnał się z nimi i skinął na dziewczynę. Maggie ożywiła się już nieco na samą myśl opuszczenia dyskoteki i udania się do domu. Wyszli na świeże powietrze trzymając się czule za ręce.
Gdy już znaleźli się na parkingu dziewczyna zatrzymała się znienacka. Johann chciał się zapytać co się stało ale ubiegła go zarzucając mu ręce na szyję i całując prosto w usta. Ich języki spotkały się na chwilę. Pragnął ją objąć, czuł jak wzbiera w nim niepohamowana żądza i już wyciągnął dłonie, żeby ją do siebie przytulić ale zwinnie wyślizgnęła mu się prawie z samych objęć. Przeklął sam siebie w myślach za swoją opieszałość i niezdecydowanie. Zły na samego siebie nie odezwał się ani słowem do Maggie, tylko odwrócił się na pięcie i podszedł do swojego samochodu. Dziewczyna pobiegła za nim. Wyłączył przyciskiem przy kluczach alarm i otworzył drzwi, najpierw swojej towarzyszce a potem sobie jak prawdziwy gentelman. Maggie bez zastanowienia wskoczyła na przednie siedzenie pasażera i zatopiła się w aksamitnym pokrowcu. Chłopak zamknął za nią drzwi i dopiero usiadł za kierownicą.
– Gdzie chcesz jechać? – zapytał zapinając pasy.
– Moich rodziców dzisiaj nie ma w domu. Pomyślałam, że moglibyśmy to jakoś wykorzystać i zrobić sobie jakieś prywatne przyjęcie. Co ty na to? – jej głos był miękki i kuszący niczym śpiew słowika. – Poza tym… – zaczęła szeptać.
Johann nie słyszał jej słów i musiał się ku niej nachylić. Poczuł jej ciepły oddech na policzku i język wnikający w ucho. Bez zbędnych słów zapalił silnik samochodu a Maggie włączyła radio. Z piskiem opon wyjechali z parkingu.
– Możesz poszukać innej stacji, ta mnie męczy? – zapytała kusząco.
Johann poprzyciskał kilka przycisków na konsoli i z głośników zamiast ogłuszającego techno zaczęła płynąć cicha ballada.
– Kiedy kupiłeś nowy samochód?
– Kilka dni temu dostałem go od mamy, jeszcze nawet nie miałem kiedy go ochrzcić.
Maggie uśmiechnęła się do swoich myśli. Johann widział jej reakcję kątem oka i zapytał podejrzliwie:
– To ty znowu kombinujesz?
– Nic. – Odpowiedziała niewinnym głosem. – Pomyślałam tylko, że dzisiaj byłaby świetna okazja żeby go jakoś ochrzcić.
Przy tych słowach położyła lekko dłoń na kolanie Johanna. Chłopak nie patrzył na rudowłosą, kuszącą piękność siedzącą obok niego. Skupiony był na prowadzeniu samochodu. Za chwilę mieli zjechać ze spokojnej autostrady na bardziej zatłoczoną ulicę. Johann bał się, że w każdej chwili może stracić panowanie nad kierownicą. Ale Maggie nie dawała za wygraną.
– Przestań. – powiedział stanowczo gdy poczuł jak jej dłonie zaczynają głaskać jego jądra. Jedną ręką puścił kierownicę i próbował zrzucić dłonie dziewczyny. Jej głowa co raz bardziej pochylała się nad jego brzuchem. Ręce zaczęły mu się pocić i nagle kierownica wyślizgnęła mu się z dłoni.
– PRZESTAŃ! – krzyknął jednocześnie naciskając z całej siły pedał hamulca. Pisk opon na wilgotnej jezdni był nie do wytrzymania. Na ułamek sekundy odwrócił głowę i spojrzał na Maggie. Ale ta chwila wystarczyła żeby doprowadzić do tragedii. Zobaczył coś kątem oka. Coś mu mignęło czarnego jakby ptak. Ponownie stracił panowanie nad kierownicą. Spróbował ją chwycić. Udało mu się ale nie wyprowadzić samochodu z poślizgu. Zacisnął zęby z wysiłku i złości, żeby nie krzyknąć na dającą mu nad uchem upust swemu przerażeniu dziewczynę.
Nagle odczuli uderzenie, silny wstrząs i samochód zatrzymał się uderzając w barierkę. Zobaczyli jeszcze jak załamane drzewo spada na nich rozbijając przednią szybę. W tej samej chwili ogłuszył ich zgrzyt zgniatanego dachu i Johann poczuł jeszcze silne uderzenie w bok samochodu od strony kierowcy. Więcej już niczego nie usłyszeli. Nie zobaczyli także wielkiego, czarnego kruka, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd i kracząc głośno, jakby ogłaszał wszystkim swoje zwycięstwo, siadł na zmiażdżonym dachu samochodu, tuż nad głową kierowcy.

*

Przed oczami migotały jej różnokolorowe światła jakby nadal była w dyskotece. Ale nie słyszała żadnej muzyki tylko jakiś dziwny dźwięk. Pomyślała, że śni się jej jakiś western bo wyraźnie rozróżniała rżenie konia. Chciała się obudzić, otworzyć oczy ale za bardzo ją bolały. Tańczące kolory były zbyt jaskrawe. Nie wiedziała co było ich przyczyną ani dlaczego powoli zaczynały zwalniać swój szaleńczy taniec, rozmywać się i znikać. Po chwili otaczała ją tylko pustka i ciemność. Ból oczu także stawał się coraz mniejszy.

Modliła się, żeby być u boku ukochanego gdy otworzy oczy. Nie wierzyła swoim myślom. Ukochanemu, dziwne ale do tej pory nigdy tak o Johannie nie myślała. Była jeszcze młoda, pragnęła zagarniać życie rękami a teraz? Przystojny był, to prawda. Mądry, miły i, co dla nie było najważniejsze, bardzo bogaty. Spełniał każdą jej zachciankę za odrobinę pieszczot a dla niej to był tylko czysty interes. Czasem ją pytał czy coś do niego czuje ale często obywał się milczeniem zamiast odpowiedzi. Teraz jednak, w obliczu zbliżającej się śmierci wszystko nagle traciło na wartości. Maggie dopiero teraz, w tak dramatycznych okolicznościach uświadomiła sobie, że czuje do Johanna coś znacznie głębszego niż do tej pory myślała. Nadal jednak nie umiała nazwać tego uczucia.

Po chwili zdołała otworzyć oczy. Nadal siedziała w samochodzie a na sobie dostrzegła kawałki szkła z rozbitej szyby. Całe jej ubranie było poprzecinane i zakrwawione. Nie odczuwała jeszcze bólu ale wiedziała, że ten ból niedługo przyjdzie.
Dziewczyna spróbowała odpiąć trzymające jej ciało pasy bezpieczeństwa ale nie mogła ruszyć ręką. Całe ciało miała jak sparaliżowane. Mogła jedynie obracać głową. Odwróciła ją w kierunku kierowcy i łzy popłynęły jej z oczu z bezsilności. Johann leżał nieprzytomny i nie dawał żadnych oznak życia. Jego klatka piersiowa, z której wystawał wbity kawałek szkła także nie unosiła się i nie opadała.
– Johann, kochanie. Johann – mimowolnie wyrwało się jej z ust. Ale chłopak nawet się nie poruszył.
Maggie zaczynała odczuwać ból i dziwny ucisk na głowie – jakby coś nią podtrzymywała. Domyśliła się, że podtrzymuje zgnieciony dach. Nagle poczuła tak silny ból w skroniach, że musiała zamknąć oczy. Zanim straciła przytomność zdawało się jej, że słyszy jakieś ludzkie głosy na zewnątrz samochodu i jakby krakanie kruka. Po chwili utonęła w mroku.

Rżenie konia – odgłos, którego zupełnie nie spodziewałaby się w niebie ani w piekle. Na dłoni poczuła coś wilgotnego, letniego i mięsistego zarazem. To coś systematycznie uderzało ją lekko jakby chciało żeby otworzyła oczy. Z tego samego źródła dochodziło do jej uszu także końskie rżenie. Maggie była lekko zdezorientowana nieznaną sytuacją. Była pewna, że przekroczyła już granicę między życiem a śmiercią i że jest już w niebie. Potwierdzało ją w tym uczucie błogiej lekkości, jakby unosiła się w powietrzu. Poza tym nie odczuwała żadnego bólu i nic nie ograniczało jej ruchów. Siedziała na czymś i przypomniała sobie pewien mit. Nie pamiętała z której religii pochodził ale wiedziała, że pojawiał się w nim most prowadzący do bramy bogów. Co prawda czuła jakiś dziwny ciężar przytwierdzony do pleców ale wiedziała, że to tylko skrzydła.
Nie miała się już czego obawiać. Koń, który teraz ocierał się nozdrzami o jej dłoń musiał należeć do jednego z herosów – pięknego, młodego, który zapewne po nią przyjechał. Chciała na niego spojrzeć, uśmiechnąć się i jakoś mu podziękować. Zrobiłaby dla niego wszystko czego by tylko sobie zażyczył. Otworzyła oczy ale uśmiech zamarł jej na ustach. Na pewno nie była w raju. Znajdowała się na ogromnej polanie, na której niby w ogrodzie z baśni rosły najpiękniejsze kwiaty. Maggie chciałaby je zerwać, rozkoszować się ich zapachem. Ale jak mogła to zrobić skoro siedziała w końskim siodle. Łeb zwierzęcia odwrócony w jej stronę był jak najbardziej rzeczywisty. Wpatrzone wymownie w nią oczy były pełne troski o swoją panią.
– Spokojnie – jej głos był obcy, głębszy i doroślejszy. Maggie nie wiedziała gdzie się znajduje, co robi z mieczem przytroczonym do pleców i tarczą przy łęku siodła.
Przyglądała się jak urzeczona białym, wysokim murom, basztom i różnorodnym flagom powiewającym na potężnym zamku. Do jego właścicieli zapewne należał ogród, w którym się teraz znajdowała i do głównej bramy prowadził brukowany trakt wiodący przez środek ogrodu. Maggie z wysokości widziała grupki ludzi krzątających się wokół zamczyska. Z odległości nie rozróżniała kolorów szat i płci zebranych ludzi.
Jej wierzchowiec zastrzygł niespokojnie uszami ale nadal nie spuszczał z niej oczu, jakby chciał jej coś powiedzieć. Dziewczyna wyciągnęła z lekkim wahaniem rękę i dotknęła nią łba zwierzęcia. Zwierzę jakby się uspokoiło, zmrużyło oczy i położyło uszy po sobie gdy je pogłaskała. Koń poddawał się jej pieszczotom. Jego sierść była ciepła i przyjemna.
Do uszu Maggie doleciały z wiatrem jakieś pojedyncze słowa i krzyki. Zobaczyła poruszenie wśród ludzi zebranych pod murami zamku. Wierzchowiec także widocznie je usłyszał bo ponownie nastawił pionowo uszy i parsknął zniecierpliwiony. Maggie zawsze miała bujną wyobraźnię i marzyła o przygodach, o życiu u boku księcia, turniejach rycerskich. Teraz jej marzenia się urzeczywistniały choć wiedziała, że tak naprawdę tylko straciła kontakt z rzeczywistością.
– Sprawdźmy co ich tak poruszyło – powiedziała na wpół do siebie a na wpół do wierzchowca i ścisnęła mocno piętami jego boki.
Koń jakby zrozumiał co do niego powiedziała. Zarżał w odpowiedzi, odwrócił łeb w stronę zamku i ruszył galopem przed siebie. Maggie bała się, że przy pierwszym ruchu konia wypadnie z siodła i na wszelki wypadek chwyciła się go mocno rękami ale nic takiego się nie stało. Wręcz przeciwnie, zdała sobie sprawę z tego jak wyśmienicie współgra z ruchem zwierzęcia – zupełnie jakby urodziła się w siodle. Bez strachu puściła siodło i dała się ponieść wierzchowcowi. Razem gnali niemal z szybkością błyskawicy i po chwili zatrzymali się pod murami zamczyska.
Wrzawa i krzyki nagle ucichły i wśród zgromadzonych ludzi zaległa konsternacja. Wszyscy ustąpili z drogi ognistowłosej, uzbrojonej wojowniczce w zbroi.
– Co się tutaj stało? – zapytała Maggie lekko zeskakując z siodła na ziemię. Wśród tłumu rozległy się szepty i niektórzy spoglądali na stojące wokół siebie kobiety, mężczyzn i dzieci nie wiedząc co powinni robić.
Maggie widziała ich stroje, różnobarwne, bogate i najpiękniejsze jakie można zobaczyć tylko u aktorów grających w filmach kostiumowych. Złote naszyjniki, obrączki, kolczyki i drogie kamienie, za które zabiłby niejeden człowiek aż kapały z tych ludzi.
Nieoczekiwanie wszyscy: i młodzi i starzy, i najprzystojniejsi młodzieńcy i najpiękniejsze niewiasty w całym królestwie padły przed nią na kolana. Dziewczyna także nie bardzo wiedziała jak powinna się zachować w takiej sytuacji.
– Wstańcie – powiedziała zawstydzona choć w głębi duszy jej się to podobało.
– Nie godzi się, Pani. – starszy, około siedemdziesięcioletni mężczyzna spojrzał na nią pokornie i nieśmiało. – Nasze i króla modlitwy zostały wysłuchane. Tylko ty możesz uratować nasze królestwo i księcia Jonatana.
Z każdym jego słowem wśród zebranych podnosił się coraz głośniejszy pomruk aprobaty.
– Pomóż nam, o potężna Morrigan – ostatnim słowom starca towarzyszył niemal krzyk tłumu.
A więc tym dla nich była. Była boginią Morrigan. Maggie uśmiechnęła się do swoich myśli.
– Ale czego ode mnie oczekujecie?
– Jeśli książę Jonatan umrze tron Youngshire obejmie jego kuzynka i ciemność zapanuje nad światem. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.
Dziewczyna spojrzała mu głęboko w oczy i zrobiło się jej żal tych wszystkich zgromadzonych przed zamkiem ludzi. Chociaż nie wierzyła w to, że może im w jakikolwiek sposób pomóc postanowiła chociaż zobaczyć tego księcia. Maggie odwróciła się w milczeniu i lekko wskoczyła na siodło. Wierzchowiec bez rozkazu ruszył stępa i dostojnie zbliżali się do głównej bramy zamczyska. Była zamknięta ale wystarczyło kilka potężnych uderzeń masywną rękojeścią miecza by zza opustoszałych na pierwszy rzut oka murów ukazała się głowa wartownika.
– Z rozkazu następczyni tronu nakazuję wam rozejść się do domów! W przeciwnym razie będziemy zmuszeni rozpędzić was siłą! – strażnik krzyknął z murów nawet nie spoglądając w dół i już miał odejść gdy niespodziewanie usłyszał butną odpowiedź:
– Otwórz bramę albo sama wejdę.
Maggie nie patrzyła w górę i strażnik nie mógł dostrzec jej twarzy. Zaśmiał się tylko widząc młodą dziewczynę.
– Może się troszkę zabawimy? Co dasz mi w zamian? – zaśmiał się obleśnie.
– Darowałabym ci życie ale sprzeciwiłeś się bogini i straciłeś swoją szansę.
Podniosła głowę i zobaczyła paniczny strach w oczach wartownika, który dopiero teraz poznał siedzącą na koniu kobietę.
– Otwierać bramę! Otwierać bo łby poucinam! – rozległo się na murach.
Za późno, pomyślała Maggie. Twoja i tak spadnie.
– To bogini Morgu! Otwierać!
Hałas i harmider opanował cały dziedziniec. Tupot nóg, zgrzyt podnoszonej bramy i otwieranych mosiężnych wrót dobiegł do uszu dziewczyny a ona tylko uśmiechnęła się złośliwie. Zebrani nieopodal mieszkańcy królestwa w milczeniu przyglądali się jak mocniej zacisnęła palce na rękojeści obusiecznego miecza a wolną ręką odczepiła od łęku siodła żelazną, okrągłą tarczę.
Przygotowaniom bogini nie towarzyszył żaden dźwięk zwiastujący zbliżające się wydarzenia. Bez ostrzeżenia wpadła niczym burza na plac zamkowy. Niespodziewający się niczego rycerze zostali zupełnie zaskoczeni atakiem bogini.
Maggie opanował morderczy szał, którego nie była w stanie opanować. Najbliżej niej stojący wojownik zdążył tylko otworzyć szeroko oczy ze zdumienia ale nie wydał z siebie żadnego jęku – jego odcięta głowa wykonała krwawy półokrąg w powietrzu i upadła pod nogi innego wojownika w momencie gdy miał zaatakować dziewczynę. Maggie uśmiechnęła się złośliwie gdy napastnik poślizgnął się na przeszkodzie i jak kłoda runął na ziemię. Bogini nie zsiadając z konia bez namysłu przebiła mieczem serce ofiary. Utworzony wokół niej krąg napastników zacieśniał się coraz bardziej. Morrigan nie wyciągając oręża z ciała rycerza rzuciła tarczę na ziemię, oparła się na nim i jak o tyczce wyskoczyła z siodła. Wylądowała przed mieczami trzech wojowników ale zanim ci zdążyli zorientować się co się dzieje, potężnym cięciem pozbawiła ich głów. Usłyszała świst ostrza przecinającego powietrze tuż za swoimi plecami ale było już za późno aby mogła uniknąć ciosu. Poczuła zimne ostrze na swojej szyi ale po chwili jej szyderczy śmiech rozległ się złowrogo po całym placu zamkowym. Ostrze nawet nie przecięło skóry bogini. Odwróciła się przodem do napastników i cięła mieczem szybciej od błyskawicy. Przykucnęła i przyglądała się z satysfakcją jak jej ofiary padły na ziemię – kilku nie miało kończyn i paru miało na pół poprzecinane tułowia. Pozostali napastnicy stanęli w miejscu nie wiedząc co czynić i przyglądali się przykucniętej bogini. Maggie uznała, że nic złego już jej nie grozi. Podniosła się, dostojnym krokiem podeszła do leżącej nieopodal tarczy i podniosła ją z ziemi. Wierzchowiec stał spokojnie w miejscu, w którym ognistowłosa bogini zeskoczyła z siodła jakby na nią czekał. Wyostrzony słuch dziewczyny ostrzegł ją przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Uniosła tarczę na wysokość swojej szyi i odwróciła się na pięcie. Tarcza zatrzymała się na szczęce rycerza, w którym Maggie bez trudu rozpoznała wartownika z murów.
– Dobrze się bawisz? – zapytała ironicznie.
Mężczyzna nie odpowiedział. W powietrzu dał się słyszeć suchy trzask jakby ktoś łamał drzewo. Wartownik wypuścił oręż i rękami złapał się za wypadające, krwawiące zęby.
– Su… – zaczął ale nie zdążył dokończyć przekleństwa. Morrigan ostrzem miecza przebiła mu krtań w pół słowa. Strażnik padł martwy u jej stóp. W jego oczach malowało się bezgraniczne zdumienie. Pozostałym rycerzom jakby odeszła chęć do walki z ognistowłosą wojowniczką.
Maggie nie kontrolowała swego umysłu ani ciała – miała wrażenie, że ktoś obcy w nim zamieszkał. Podświadomie także wiedziała co ma robić i mówić.
– Od tej chwili ja przejmuję ten zamek – ogłosiła wyniośle spoglądając na skonfundowanych obrońców. – Bez mojej zgody nikt nie może wejść ani opuścić placu zamkowego dopóki nie zobaczę się z księciem Jonatanem albo królem Ethelredem.
– Ciekawe jak nas powstrzymasz.
Jeden z obrońców hardo podniósł głowę. Wśród pozostałych rycerzy rozległy się ledwo słyszalne żarty. W tej samej chwili, jakby na potwierdzenie decyzji bogini ziemia się zatrzęsła, popękała i rozstąpiła w wielu miejscach ukazując piekielne otchłanie. Na oczach obrońców zamku ze szpar powstałych w ziemi zaczęły wychodzić ubrani w żelazne zbroje zastępy wojowników. Obrońcy zaczęli cofać się widząc ich śmiertelnie blade oblicza i nieruchome, jarzące się upiornym blaskiem oczy.
– Oni będą pilnować porządku. – Po tych słowach Maggie skierowała swe kroki do bramy prowadzącej do zamku a jej armia szczelnie otoczyła załogę twierdzy.

Kruk nagle poderwał się do lotu. Zgromadzeni na ślubie goście, którzy po wypadku odprowadzili rodzinę królewską prawie do komnat i ustawili się w oczekiwaniu pod drzwiami, usłyszeli krzyk przeklętego ptaszydła. Co niektórzy bardziej mściwi mężczyźni mieli zamiar chociaż przegonić kruka gdyby nie udało im się go tym zabić tym razem. Ale czarny posłaniec nie leciał w ich stronę tylko spokojnie siadł na ramieniu ognistowłosej dziewczyny stojącej po drugiej stronie korytarza. Patrzyła przez chwilę na zgromadzonych jakby była zaskoczona ich widokiem.
– Opuść to miejsce. Twój podopieczny nie jest tu mile widziany – odezwał się w imieniu zgromadzonych gości jeden z mężczyzn. Dziewczyna po bogactwie jego stroju domyśliła się, że jest on jakąś ważną osobistością w królestwie.
– Słyszałam, że teraz w imieniu króla Ethelreda ktoś inny wydaje polecenia. – dziewczyna wolno ruszyła w stronę zgromadzonego kwiatu rycerstwa Youngshire.
– Jak śmiesz mi się sprzeciwiać dziewko! – szlachcic poczerwieniał ze złości.
Dziewczyna stanęła tuż przed nim.
– Rozstąpcie się.
Zaśmiał się nerwowo słysząc jej słowa. Kruk siedzący na jej ramieniu zaskrzeczał jakby ostrzegając weselnych gości. Dziewczyna w tym samym momencie położyła dłoń na głowni miecza.
– Nie chciałaś po dobroci. To przeklęte ptaszydło udławi się twoimi długimi, rudymi kudłami! – mężczyzna także sięgnął po swój oręż.
Dziewczyna jednak okazała się szybsza. Nikt nie zauważył kiedy dobyła miecza, zadała cios i ponownie schowała oręż do pochwy. Usłyszeli tylko przeraźliwy krzyk bólu i dłoń nieszczęśnika upadła mu pod nogi. Kruk nawet na ułamek sekundy nie ruszył się z miejsca.
– Moi wojownicy opanowali już dziedziniec.
Jakby na potwierdzenie jej słów w korytarzu pojawił się rycerz, którego widok przeraził zebranych. Jego oczy były martwe a czaszka i dłonie obdarte ze skóry.
– W imieniu Morrigan rozejdźcie się – jego głos dochodził z najgłębszych zakamarków piekieł. Przerażeni goście rozstąpili się i Maggie mogła już bez przeszkód wejść do królewskich komnat.

**

Książę Jonatan leżał nadal nieprzytomny. Wokół jego łoża poukładano mnóstwo kwiatów i podarków ale nawet para królewska z wolna traciła już nadzieję. Królowa Kathrina cały czas płakała siedząc na łożu syna i trzymając księcia za rękę. Król natomiast postanowił błagać bogów o pomoc. W tym celu udał się też do swojej komnaty. Nie mógł jednak skupić myśli. Nie umiał sobie przypomnieć żadnych modlitw ani innych bogów prócz jednej. Na usta cisnęła mu się tylko bogini wojny, Morrigan.
– Modlitwy nic tutaj nie pomogą. Tutaj potrzeba czarów.
Królowa spojrzała wściekle na Uriel.
– Nie potrzebujemy twoich rad, wiedźmo – syknęła przez zęby.
– Gdyby nie ja w ogóle by nie żył – Uriel zaśmiała się sarkastycznie.
Niestety królowa Kathrina dobrze o tym wiedziała. Gdyby nie te czary, na których wspomnienie czuła obrzydzenie to… Ostrze z rany mógł wyjąć każdy ale nie każdy potrafił sprawić, żeby martwy człowiek ponownie zaczął oddychać. Królowa nigdy nie zgodziłaby się na pomoc Uriel, mimo tego, że zgodę na to wyraził jej królewski małżonek, gdyby nie to, że ta wiedźma należała do ich najbliższej rodziny.
– I co z tego skoro jest w śpiączce! – królowa nie panowała już nad swoimi nerwami.
– Obudzi się ale pod kilkoma warunkami. – odparła spokojnie Uriel.
Królowa szeroko otworzyła oczy z przerażenia.
– O czym ty mówisz?!
Zerwała się z łoża księcia i rzuciła się na wiedźmę. Razem upadły na podłogę. Dłonie Kathriny zacisnęły się na szyi Uriel tak mocno, że czarownica nie mogła złapać oddechu. Drzwi do sąsiedniej komnaty rozwarły się energicznie i w progu stanął król Ethelred.
– Klątwy i tak nie zdejmiecie – głos Uriel był już ledwo słyszalny.
Król widząc co się dziele podbiegł do walczących kobiet i siłą odciągnął żonę od czarownicy. Uriel wolno wymasowała szyję, na której jednak pozostały ślady i krwawe zadrapania po palcach królowej. Po chwili podniosła się z ziemi i dumnie spojrzała w oczy króla. Kathrina w między czasie ponownie usiadła na łożu księcia Jonatana.
– O co poszło? – król zapytał żony. Z jego głosu emanowała wściekłość. – Ona uratowała Jonatanowi życie.
– I rzuciła na niego klątwę. Też mi pomoc.
– To prawda? Co to za klątwa?
Uriel stała przy kominku tak jak przedtem, zanim zaatakowała ją Kathrina i nawet nie odwróciła głowy w stronę Ethelreda.
– Wybranka księcia, jego przeznaczenie musi zdobyć złote serce Jonatana i przynieść je na zamek.
– Przecież to… – król tak bardzo się przeraził, że słowa zamarły mu w gardle.
– Jej miłość musi być silniejsza od śmierci.
– Wiesz przecież, że może tego dokonać tylko ktoś, kto jest obeznany w magii. Dlaczego to zrobiłaś? Przecież wybranką Jonatana i tak jest twoja córka.
– Mam swoje powody – odparła tajemniczo nadal przyglądając się ogniowi płonącemu w kominku.
– Bądź przeklęta.
– Przeklęty jest ten kruk, który zniszczył uroczystość.
Odwróciła się i spojrzała królowi prosto w oczy.
– Wynoś się stąd.
– Dobrze, i tak tu wrócę. – czarownica spojrzała jeszcze tylko dumnie na królową i wyszła z komnaty. Gdy tylko przekroczyła jej próg poczuła jak nogi się pod nią uginają. Naprzeciwko niej stała bogini Morrigan.


C.D.N.
Konrad Staszewski

 

Morrigan: Posłanka Bogów – Rozdział I

 

MorriganPosłanka Bogów

Rozdział I


Uczta zapowiadała się bardzo apetycznie. W tym dniu na zamku w Youngshire mieli zasiąść przy biesiadnym stole najznamienitsi goście i w tym samym dniu, na oczach całego tłumu tych gości, pośledniej szlachty, rycerstwa i giermków, książę miał sobie wybrać oblubienicę.
Czy stanę na wysokości zadania? Czy nie zawstydzę ojca? Zastanawiał się spoglądając w lustro. Do uczty pozostały jeszcze trzy godziny a w nim narastały coraz większe wątpliwości. Wiedział, że po tych zaręczynach możni będą nalegać na szybki ożenek a wtedy, według prawa jego ojciec Ethelred będzie musiał mu ustąpić tronu. Jonatan wiedział, że jest jeszcze za wcześnie na tak poważne decyzje. Poza tym jego ojciec był w sile wieku i nie musiał mu jeszcze oddawać tronu. Co prawda słyszał po kątach zamku, że wywierane są jakieś próby nacisku ze strony możnowładców ale nie bardzo dawał temu wiary. Dawno w Youngshire nie panował tak sprawiedliwy władca jak jego ojciec. A teraz on, młody Jonatan miał objąć władzę.
Stał teraz przed lustrem i przyglądał się swemu obliczu. Nie musiał niczego wymagać od natury. Wiedział, że arystokratyczne rysy twarzy i wysokie czoło, podkreślone jasnymi, przyciętymi do ramion i nad lekko krzaczastymi brwiami włosami był nie do pogardzenia dla narcyzowatych księżniczek. I w tym właśnie przeklętym dniu miał sobie wybrać swoją królową i założyć jej symboliczną obrączkę zaręczynową. Tylko, że znał większość swoich adoratorek i żadna z nich nie była jego wyśnioną, ale nawet on nie mógł się sprzeciwić woli ojca.
Zamknął na chwilę swoje szmaragdowe oczy a gdy je ponownie otworzył nadal był sam w komnacie. Wreszcie usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Uroczystość jeszcze się nie zaczęła a on już marzył o jej zakończeniu.
– Wejdź – powiedział zniecierpliwiony. Drzwi uchyliły się i do komnaty wszedł jego osobisty garderobiany, krawiec i kilku pomocników niosących naręcze czystych, świeżych ubrań. Jonatan rzucił tylko na nie okiem.
– Panie…
– Czyń swoją powinność.
Garderobiany zamknął drzwi do komnaty i, chcąc nie chcąc książę został sam na sam ze swymi oprawcami w wypełnionej drogimi meblami, złotem i pięknymi materiałami komnacie.
Świadkiem upadku jego marzeń było kryształowe lustro.
Serce biło mu coraz głośniej i szybciej, z każdym krokiem zbliżającym go do sali balowej. Damy i goście mogą poczekać, i tak para królewska przybędzie na końcu.
W końcu stanął przed dwuskrzydłowymi drewnianymi drzwiami. Na ich środku wyryty widniał herb rodu Ethelreda. Żelazne okucia trzymały ciężkie drzwi i Jonatan miał nadzieję, że się teraz zatną. Odetchnął głęboko i dał znak strażnikom, żeby go przepuścili. Wartownicy w milczeniu rozsunęli skrzyżowane halabardy i odstąpili na boki. Książę drżącą dłonią nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Oślepiła go jasność, która zalała cały hall i odbijając się od szyb w oknach i luster podświetliła twarze rodziny królewskiej. Rzucił tylko na nie okiem i miał wrażenie dostrzegł złośliwy uśmieszek w kącikach ust Uriel – przyrodniej siostry króla Ethelreda. Poczuł ciarki na karku pod jej spojrzeniem. Jakby na złość znienawidzonej kobiecie zdecydowanie przekroczył próg sali.

Ogłuszyła go muzyka wszelakich instrumentów wśród których wyróżnił między innymi dudy, flet i harfę. Hymn miał dodać mu odwagi, podnieść go nieco na duchu ale zamiast tego działał mu tylko na nerwy.
Przywitała go niemalże pogrzebowa cisza. Szmery i rozmowy ucichły gdy tylko zgromadzeni goście ujrzeli wchodzącego do sali balowej młodego księcia i usłyszeli pierwsze akordy hymnu. Jonatan bez entuzjazmu omiótł ich spojrzeniem i wymuszonym uśmiechem odpowiadał na powitania. Na damy ubiegające się o miejsce przy jego boku nie miał ochoty nawet patrzeć – i tak większość z nich znał od lat dziecięcych.
Dostojnym, wolnym krokiem szedł przez środek ku balkonowi przeznaczonemu dla pary królewskiej. Koło niego był, specjalnie wybudowany drugi balkon dla niego i jego wybranki.
Kroki Jonatana zagłuszał dźwięk hymnu. Możnowładcy i skarby ich rodów, jak zwykle mawiali o swoich córkach w niemym zachwycie przyglądali się dwudziestoośmioletniemu księciu i już zapewne widzieli siebie w splendorach protegowanych przyszłego króla. A on, w szatach z jedwabiu – śnieżnobiałej, wyszywanej diamentami koszuli, zielonych spodniach i czarnej pelerynie z godłem Ethelreda na środku, z dumnie podniesioną głową kroczył przed siebie. Ukryty w pochwie miecz i przytroczony do paradnego pasa ze srebrną klamrą w kształcie kruka cicho odbijał się od szerokich nogawek spodni.
Nagle tuż pod jego nogi upadł świeży kwiat czarnej róży. Jonatan, gdyby nie zatrzymał się w porę, zgniótłby najpiękniejszy kwiat jaki do tej pory widział. Po sali wzniósł się szmer oburzenia, że taki incydent mógł mieć miejsce w tym szczególnym dniu. Nawet muzykanci przestali grać. Książę natomiast zaczął bacznie przyglądać się zebranym ale z twarzy każdego mężczyzny biło oburzenie, kobiety uciekały przed jego wzrokiem i nikt nie odważył przyznać się do winy.
Niespodziewanie, ku wszystkich wielkiemu zdziwieniu książę podniósł różę z krwistoczerwonego kobierca i raz jeszcze spojrzał na gości, ale tym razem uśmiech rozjaśnił jego oblicze.
Wszyscy odetchnęli z ulgą a najgłębiej pewna dwudziestoparoletnia dziewczyna. Jej kruczoczarne włosy, opadające aż na ramiona podkreślały podkreślały piękno oblicza właścicielki. Wysokie czoło, mały nos i pełne, harmonijne usta. Uciekała oczami przed jego wzrokiem a lica pokrył jej rumieniec wstydu. Jonatan przyznał w duchu, że jest piękna i z namaszczeniem zbliżył środek kwiatu do ust. Nigdzie nie dostrzegł opiekuna dziewczyny ale ona sama bardzo mu kogoś przypominała, tylko nie wiedział kogo.
W momencie gdy zbliżył usta do kwiatu otworzyło się okno osadzone nad przeznaczonym dla niego balkonem i, z przeraźliwym krzykiem do sali wleciał kruk. Nie wystraszył się ludzi i leciał wprost do wyznaczonego sobie celu. Książę poczuł tylko owiewające mu twarz czarne skrzydło i coś jakby ukłucie w rękę. Kruk wzbił się ponownie w powietrze z kwiatem w dziobie.
W sali zrobił się tumult. Słychać było przekleństwa kierowane pod adresem ptaka, lament i płacz kobiet. Niektórzy mężczyźni próbowali złapać kruka ale bezskutecznie. Ptak krążył ze zdobyczą w dziobie tuż nad głową księcia. Rwetes przerwał dopiero ponowny dźwięk hymnu poprzedzający nadejście pary królewskiej. Goście błyskawicznie wrócili na swoje miejsca w szeregach po obu stronach kobierca i zwrócili oczy ku drzwiom. Tylko książę nadal wpatrywał się w kruka siedzącego teraz na parapecie okna nad balkonem. Ptak nadal trzymał kwiat w dziobie. Jonatan tak był zaaferowany tajemniczym krukiem, że nawet nie zauważył kiedy drzwi się otworzyły, nie słyszał dźwięku hymnu – jakby nagle znalazł się w zupełnie innym świecie. Nie odrywał wzroku od ptaka. Czuł w nim jakąś moc i magnetyzm. Jednocześnie miał dziwne uczucie, że tego wieczoru coś jeszcze się wydarzy.
Gdy muzycy umilkli i para królewska stanęła już na podium, wszyscy w milczeniu i konsternacji patrzyli na księcia ale on nie dostrzegał świata poza krukiem. Jeden z gości, widząc co się stało zdjął z palca sygnet i z całej siły rzucił nim w stronę okna tak celnie, że omal nie trafił ptaka. Kruk wydał z siebie gniewny krzyk, wypuszczając z dzioba różę i zwinnie uskoczył na parapet okna nad balkonem pary królewskiej. Jego głos przywołał księcia do rzeczywistości.
Spojrzał po twarzach klęczących gości. Przed sobą widział gniewne oblicze króla. Przemógł w sobie wstyd i patrząc mu prosto w oczy podszedł dostojnym krokiem i stanął na podium po jego prawicy. Dopiero wtedy goście odważyli się wstać i spojrzeć w kierunku królewskiej rodziny. Swymi szatami przyćmiewała najprzedniejszych możnowładców. Ethelred nawet nie spojrzał na syna a jego zacięta twarz wyrażała gorycz zniewagi. Jonatan nie dał po sobie poznać, że obojętność monarchy go ubodła. Wiedział, że w tej sytuacji nie może liczyć nawet na protekcję matki.

Atmosfera nieco rozluźniła się w czasie przedstawienia odegranego przez specjalnie na tę uroczystość sprowadzony teatr obwoźny. Sztuka opowiadała o parze kochanków, których rozdzieliła mściwa macocha jednego z nich. Ale przedstawienie skończyło się dobrze. Wszyscy raz się śmiali a raz płakali i na końcu nagrodzili aktorów burzą oklasków. Nawet król momentami śmiał się ale książę wiedział, że jest to jedynie powierzchowny uśmiech. Cała rodzina królewska grała nie gorzej od zaproszonych aktorów. Jonatan wiedział, że zna skądś tą sztukę ale nie pamiętał skąd i czyjego była autorstwa. Aktorzy w nagrodę otrzymali od królowej Katriny purpurowe szarfy i zostali zaproszeni do wspólnej biesiady po zakończeniu ceremonii.
Już bez hymnu, w ciszy i skupieniu na środek sali wystąpił ubrany na zielono niski człowieczek. Jego bystre, małe oczka obrzuciły zebranych, po czym ukłonił się rodzinie królewskiej zdejmując beret i zwrócił się do zebranych. Niby zastanawiał się co ma mówić, rozmyślnie drapał się po szpiczastej, czarnej bródce a w rzeczywistości puszczał zalotne spojrzenia pięknym damom tak ochoczo, że niejedna zarumieniła się i spuściła głowę pod jego wzrokiem. Jonatan domyślał się, że to jest ciąg dalszy przedstawienia ale postanowił sprawdzić jakie wrażenie karzełek wywarł na ofiarodawczyni czarnej róży. Ale ku swemu wielkiemu smutkowi nie zdołał jej wypatrzeć. Pomyślał, że musi być bardzo nieśmiała i pewnie schowała się przed jego wzrokiem. Ale przecież rzuciła różę. Ona go już wybrała. Nie wiedział co myśleć. I jeszcze to dziwne przeczucie, że coś się wydarzy.
Niechętnie zwrócił uwagę na karzełka, który w tym czasie rozwinął rulon jakiegoś obwieszczenia i czytał pełen powagi. Księciu chciało się śmiać nie tyle z nader komicznej postaci herolda ile z całej tej farsy. Gdy mały człowieczek doszedł do słów „… ceremonia odbędzie się na zamku Króla Ethelreda 18.12.A.D.1803. Podpisano z ramienia Księcia Jonatana, Królowa Katrina M’Conaway” i zwinął pismo ponownie w rulon, wszystkie twarze skierowały się na króla. Ethelred kiwnął głową heroldowi i karzełek ustąpił środka sali; odwrócił się w stronę Jonatana i rzekł donośnie, tak, aby go słyszano nawet na końcu sali:
– Synu, jesteś krwią z mojej krwi i kością z kości, jedynym i godnym następcą tronu Youngshire – przy tych ostatnich słowach zrobił znaczącą pauzę.
Wszyscy mieli wrażenie, że patrzy na księcia, tylko Jonatan wiedział, że tak na prawdę patrzył gdzieś w dal, ponad jego głową.
– Jako, że ja w twoim wieku poślubiałem już twoją matkę i obejmowałem tron pragnę utworzyć tradycję Rodu Youngshire, żeby zawsze na tronie zasiadała prawowita, młoda i mocna krew. Dzisiaj ty pójdziesz w moje ślady. To twój pierwszy krok, żeby stać się wielkim – po tych słowach król Ethelred zwrócił się do zgromadzonych gości. – Oddaję Wam tego oto młodzieńca, mojego jedynego syna aby wśród bukietu wybrał najpiękniejszy kwiat.
Na salę weszło dwóch paziów królowej niosąc na aksamitnej, czerwonej ze złotymi obrzeżami poduszce obrączkę z przepięknym rubinem. W ich towarzystwie Jonatan zszedł z podium i po kolei przechodził koło każdej damy. Uśmiechał się, zamieniał kilka słów z nią a potem z jej rodzicami lub opiekunami i szedł ku kolejnej damie. Czynił wszelkie pozory dokonywania wyboru ale tak na prawdę szukał tylko jednej dziewczyny. Tak minęło pierwsze półtorej godziny i Jonatan już niemal namacalnie odczuwał presję wpatrzonych w niego oczu. Nie znalazł tej, której szukał. Odwrócił się w stronę króla i królowej – to był znak, że książę dokonał wyboru. Król Ethelred kiwnął przyzwalająco głową i Jonatan wziął do ręki obrączkę. Paziowie, którzy swoimi strojami nie odbiegali od wymogów ceremonii, cofnęli się o kilkanaście kroków i książę samotnie ruszył ku swojej wybrance. Była nią dziewczyna w jego wieku, wysoka, rudowłosa piękność. Dokonał chyba najlepszego, ze względu politycznego wyboru. Była córką hrabiego Westhorn, lorda Lericka, który był jednym z najznamienitszych polityków królestwa, strategicznym partnerem i miał duże posiadłości ziemskie.
Zapaliły się wszystkie żyrandole i w pełnym blasku świec, złota odbijającego się od obrazów, mebli, arrasów książę Jonatan stanął naprzeciwko Marthy Westhorn.
– Książę Jonatan dokonał już wyboru – wszyscy usłyszeli głos, którego w tej chwili nikt się nie spodziewał. Przepychając się przez tłum zebranych na środek sali wyszła znienawidzona przez księcia Uriel, ciągnąc za rękę opierającą się dziewczynę. Ubrana była na czarno jak na mszę pogrzebową a nie zaręczyny. Potargane, rozwichrzone włosy raziły oczy zebranych a skrzek zamiast głosu raził uszy.
– Nie jesteś mile widzianym gościem w moim domu – zagrzmiał król a jego oblicze ciskało pioruny.
– Może ja nie, ale moja córka owszem – przy tych słowach pchnęła czarnowłosą dziewczynę w ramiona księcia. – Oni już wcześniej się wybrali.
Jonatan w córce Uriel rozpoznał dziewczynę, która wcześniej rzuciła mu kwiat róży i w myślach zaczął sam siebie przeklinać i prosić bogów o pomoc. Gdy król ruszył w kierunku Uriel, Jonatan rzekł na całą salę:
– Mogę być przeklęty przez ludzi i bogów, i siebie samego ale ta dziewczyna zostaje królową mojego serca.
Uriel zaśmiała się na całe gardło, ukłoniła się ironicznie gościom, którzy teraz oprócz dziurawych, pożółkłych zębów, łysiny na czubku głowy i brudu pod paznokciami ujrzeli także duży, owrzodzony nos. Na oczach wszystkich owinęła się płaszczem i zniknęła jakby rozpłynęła się w powietrzu. Wśród zebranych rozległy się przekleństwa, krzyki i przepychanki.
– Nie pozwalam! Straż! – krzyknął Ethelred.

I ni stąd ni zowąd, gdy już Jonatan wbrew wszystkim miał założyć obrączkę na palec wybranki, kruk ponownie zerwał się do lotu. Znów wylądował na ręce księcia i tym razem porwał obrączkę. Wzbił się w powietrze i tak jak wcześniej krążył nad jego głową. Kilku gości próbowało złapać ptaka. Jeden z nich wyjął z pochwy sztylet i rzucił się w sam środek zebranych wokół księcia i polujących na ptaka mężczyzn. Potknął się o czyjąś nogę i upadł. Z początku nikt nie wiedział co się stało ale po chwili tłum rozstąpił się i oczom gości okazały się dwa ciała, leżące jedno na drugim. Spod obu wyciekała krew tworząc czerwoną kałużę. W mgnieniu oka król Ethelred znalazł się w środku. Chwycił potężną ręką leżącego u góry mężczyznę za kołnierz i jednym szarpnięciem odrzucił go na bok. Przerażonym oczom ukazał się leżący bezwładnie książę Jonatan. Z jego piersi wystawała rękojeść sztyletu. Król przyłożył ucho do piersi syna, odetchnął głęboko po czym spojrzał na obecnych i rzekł ze łzami w oczach:
– Nie oddycha.
Jakby na znak żałoby wszyscy uklękli i dało się słyszeć lament niewiast. Nikt nie zwracał już uwagi na kruka, który z obrączką w dziobie siadł na sercu księcia, tuż obok wystającej rękojeści sztyletu.


C.D.N.
Konrad Staszewski

 

Koloman: Obrońca

Koloman: Obrońca

Prolog

Jestem kolejnym kronikarzem, który próbuje przedstawić Wam, potomnym, historię pewnego wojownika, którego przeznaczeniem stało się odrodzenie legendy. Niedawno przedstawiłem Wam część jego historii spisanej na podstawie odnalezionej niedawno Księgi Przeznaczenia. Jednakże nie jest to koniec opisanych jego przygód. Jakiś czas temu znalazłem urywki stron tej Księgi, leżały one w najróżniejszych miejscach. Zapewne służyły za Prolog i Epilog. Pozwolę sobie zatem Wam je przedstawić. Dalej znajdziecie ciąg dalszy opowieści o Kolomanie I. Osobiście wydaje mi się, że Prolog, który teraz Wam przedstawiam powinien znajdować się przed opowiadaniem rKsięga Przeznaczeniar1; ale to są, niestety wady, odnajdywanych po jakimś czasie dokumentów.

r…I wkrótce jego losy się odwróciły. Czekała go bowiem kolejna nadzwyczajna przygoda. Koloman przejeżdżając przez kolejne państwa w poszukiwaniu pracy usłyszał, że znana osobistość w świecie – Hrabia Brandt został porwany. Ponoć posiadał jakieś ważne dokumenty lub księgę – dokładnie nikt nie wiedział – którą miał przekazać pewnemu Majowi, Majronowi. Koloman, który poznał Majrona podczas jednej z poprzednich przygód, postanowił go zawiadomić i pomóc w poszukiwaniach Hrabiego licząc na to, że znów spotka przyjaciela, będzie mógł komuś udzielić pomocy i przeżyje niesamowite chwile. I tym razem przeczucie go nie omyliło bowiem…r1;

Tłumaczenie z: KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.

Wokół walczących wojowników roztaczał się przykry widok. Gdy się rozglądali dookoła siebie brało ich obrzydzenie. Gdzie tylko spojrzeli leżały same trupy bez kończyn, bez głów. Co chwilę słychać było chrzęst łamanych kości, rozdzierające mrok nocy krzyki, które nie jednemu mroziły krew w żyłach. Nie było wojownika w armii króla, który nie byłby poplamiony krwią wroga lub jego wierzchowca. Krew lała się, płynęła nie kończącą się rzeką. Po tylu latach walki nie wiedzieli już o co ona się toczy. Byli pod rozkazami miłościwie im panującego Kolomana I, którego wszyscy kochali jak ojca, i chcieli za niego oddać życie wierząc, że w końcu zwyciężą najeźdźców. Król osobiście nimi dowodził i wszyscy słuchali rozkazów jego i jego dowódców. W dodatku sam walczył między nimi i podnosił ich na duchu.
Bitwa rozpoczęta o wschodzie słońca szybko przerodziła się w rzeź mieszkańców. Prawie połowa stolicy Euve płonęła a z drugiej połowy pozostały już jedynie zgliszcza. Domostwa waliły się pozostawiając po sobie jedynie ruiny. Nie było dachu, który nie zajął się nieśmiertelnym żywiołem. Walkę obrońcom utrudniali mieszczanie uciekający ze swoich dobytków, plątali się pod kopytami koni. Wśród walczących w królewskich oddziałach znaczna liczbę stanowili najemnicy pod dowództwem znanego w całym Świecie Zapomnianym z męstwa i odwagi Propolisa.
Ten wielce szanowany wojownik jako pierwszy się opamiętał. Przypomniał sobie zasłyszaną gdzieś w świecie przepowiednię starej czarownicy sprzed wielu, wielu lat, która niestety zaczęła się teraz sprawdzać ku nieszczęściu całego państwa. rOstatni potomek celtyckich królów wkrótce oszaleje z miłości. Rozpocznie się krwawa wojna, która doprowadzi do upadku najpotężniejsze państwo Świata Zapomnianego. Lecz znajdzie się wojownik, który nawet za cenę zdrady spróbuje ocalić królestwo…r1;. Propolis nie pamiętał dalszego ciągu przepowiedni ale to mu wystarczyło aby wziąć to do siebie. Tak bardzo się nią przejął, że uwierzył iż to on jest oczekiwanym wybawcą. Teraz postanowił działać. Cofnął się na tyły oddziałów króla, a za jego przykładem poszli wszyscy najemnicy i zaatakował.
– Wybić te psy! Co do jednego! r11; Dał się słyszeć upiorny głos Propolisa.
Euveńczycy zostali kompletnie zaskoczeni. Nad Kolomanem, który nigdy nie ujawniał swoich prawdziwych uczuć, złość wzięła górę i krzyknął pełen wzburzenia:
– Zdrada!
W porównaniu z tym co się teraz rozpoczęło, niszczenie miasta było niczym. Wojownicy króla zostali wzięci w dwa ognie. Byli w mniejszości. Jeden z dowódców przedarł się, torując sobie krwawo drogę, do Kolomana. Sczepił się z nim plecami, chroniąc w ten sposób króla przed zdradzieckimi ciosami.
– Może powinniśmy oddać im Marzę?
– Prędzej zginę! r11; Odkrzyknął Koloman.

* * *

Walki pomału zaczęły słabnąć. Najeźdźcy zaczęli się wycofywać zostawiając trupy poległych. Także Propolis nakazał wycofywać się najemnikom. Po krótkim czasie na polu walki r11; dziedzińcu przed najpotężniejszą warownią Euve pozostał już tylko Koloman ze swoim wojskiem. Wokół króla leżały stosy trupów.
rPrzykry widok. Tylu niewinnie poległych dzielnych żołnierzy. Ale walczę w słusznej sprawie. Jeśli się poddam, zginę i Marza też zostanie stracona.r1; r11; Myślał wchodząc po popękanych kamiennych schodach na mury. Stanął na ostatnim i jeszcze raz powiódł powoli spojrzeniem po pięknym niegdyś dziedzińcu. Z drzew owocowych dających chłód w letnie wieczory gdzieniegdzie pozostały jedynie pnie. Na ziemi pożółkłe liście i samotne konary przykrywały ziemię wchłaniającą krew. Teraz żywiła się nią zdeptana trawa i resztki kwiatów wszelakiego rodzaju, które okrywały niedawno ten dziedziniec niczym różnokolorowy dywan, gęsto rozsiane. Ogromny żal ścisnął serce króla. rTyle niesprawiedliwości na świecie.r1; r11; Rzekł sobie w duchu i skierował się do korytarza prowadzącego w głąb zamku.
Minął tuzin komnat zanim trafił wreszcie o swojej. Nie zapalił pochodni tylko wszedł i siadł na wyściełanym łożu z baldachimem. Zdjął metalowy szyszak i kolczugę i ułożył się wygodnie. Przez okiennice widział jak powoli słońce ukazuje się na widnokręgu. Tego dnia wydawało się bardzo powoli płynąć na niebie. Sypialnia królewska była najciemniejszą komnatą w zamku. Koloman mógł długo rozmyślać zanim zaczynały oślepiać go promienie ognistej kuli. Zastawiał się dlaczego Propolis, służący mu wiernie od momentu objęcia tronu do dzisiaj, go nagle zdradził. Akurat w momencie największego zagrożenia całego Euve.
Z zamyślenia wyrwało go wycie stada hien i szakali, które wychodziło na żer o świcie aby nakarmić swoje młode świeżym mięsem przed kolejnym wyczerpującym i gorącym dniem. Teraz zbliżało się do areny bitwy czując zapach upragnionego pożywienia. – Do południa nie będzie ani śladu nocnej walki. r11; Dobiegł Kolomana głos kobiety skrywającej się w mroku. Teraz powoli zbliżała się do króla nadal jednak pozostając poza promieniami słońca.
Koloman nie mógł ukryć zdziwienia gdy stanęła w promieniach słońca. Pamiętał ją zawsze piękną, chodzącą w długich sukniach z cekinami, przeszywanych złotem, zawsze elegancką. Teraz Marza jawiła mu się w innym obliczu. Jak zawsze na jej twarzy nie widać było ani śladu wyczerpania. Teraz miała na sobie skórzaną opaskę przytrzymującą idealnie przykrywający piękne uda wycięty kawałek aksamitu. Przez otwarte okno wpadło trochę powietrza podnosząc skórzaną koszulkę zasłaniającą okrągłe, kuszące piersi. Koloman nie mógł oderwać od niej wzroku. Spojrzał na przytroczony przy jej pasie pokryty złotem miecz.
– Chyba nie będziesz walczyć? r11; Zapytał z niepokojem w głosie.
Marza podeszła powoli do króla i uklękła obok niego na łożu.
– Nie zapominaj, że jestem pół krwi amazonką. Chcę walczyć przy Twoim boku.
Koloman wiedział nie uda mu się nakłonić jej do zmiany postanowienia. Jak sobie coś wbiła do głowy to żadne argumenty jej nie przekonywały.
Nagle drzwi do komnaty otworzyły się z wielkim hukiem i bez pukania weszło trzech wojowników z przybocznej straży króla. Koloman nie krył swojego wzburzenia. Ledwo słońce ukazało się na horyzoncie a on już był zasypywany złymi wieściami.
– Panie! Złapaliśmy rano szpiega i dowiedzieliśmy się, że nasi sąsiedzi zbierają siły, ponoć mają przybyć do nich posiłki. W dzień nie będą ryzykowali utraty ludzi ale nocą prawdopodobnie znów zaatakują.
Koloman nie odpowiadał. Zastanawiał się skąd Propolis i Quarton mogą zdobyć posiłki. Od dłuższego czasu w Zapomnianym Świecie panował względny spokój. Po ostatnich licznych wojnach królowie leczyli rany. Odprawił wojowników i zaczął chodzić po komnacie nadal nie znajdując odpowiedzi na dręczące go pytania. Marza próbowała go jakoś uspokoić ale nie dawało to żadnych rezultatów. Koloman nie oglądając się za siebie wyszedł szybkim krokiem z komnaty i przyszła królowa została sama nie wiedząc co robić.

Wszyscy Euveńczycy krzątali się wokół rannych, robili prymitywne nosze z gałęzi połamanych niedawno drzew. Inni znosili jedzenie i wszelką dostępną broń. Wyglądali już jak cienie, nie jak ludzie. Pomagały im kobiety starcy i dzieci. Koloman nagle, jak z podziemi, pojawił się na murach przy jedynej nienaruszonej baszcie r11; z pozostałych kilkunastu były już tylko resztki. Spoglądał z zatroskaną i srogą miną na swych podwładnych. Wyglądał jak sędzia w otaczających go od tyłu promieniach słońca. Miecz przytroczony mocno do pasa przy mocniejszym powiewie wiatru wydawał z siebie ostry zgrzyt uderzając o metalową zbroję. Koloman wezwał do siebie gestem dłoni kilku wojowników. Natychmiast stanęli koło niego zaskoczeni.
– Panie nie powinieneś pokazywać się bez ochrony.
Celt nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się w dla swoim sokolim okiem zamyślony jakby chciał ujrzeć kraniec świata.
– W dzień nic mi nie grozi. r11; Powiedział po dłuższej chwili. r11; Przygotujcie się na nocny zwiad.

* * *

Ciemność zaczęła już spowijać ziemię gdy grupa dwudziestu okutych w zbroję wojowników otrzymawszy wskazówki od króla i Marzy opuszczała Zamek Czarnej Pantery, przygraniczną twierdzę Euve udając się na zwiad. Parę chwil wcześniej nie mogli ukryć wzruszenia. Król żegnał ich jak dobry ojciec zdając sobie sprawę, że mogą zostać zaatakowani i część z nich może nie wrócić do zamku. I oni o tym wiedzieli. Byli ochotnikami i zdecydowali się zawsze walczyć za swojego króla. Żal ściskał ich serca gdy przechodzili ukradkiem przez boczne tajemne drzwi w południowej części muru. Przeszli po moście nad trzydziesto metrowej głębokości fosą i tylko jeden raz spojrzeli się za siebie.

Koloman nadal stał na murach żegnając ich smutnym spojrzeniem. Widzieli go r11; olbrzyma, okutego w zbroję, z obusiecznym mieczem w dłoniach, czujnego i przygotowanego na odparcie każdego ataku. Obok niego pojawiła się Marza piękna jak zawsze, także teraz w błyszczącej zbroi. Jej długie, piękne złote włosy opadały kaskadą na smukłe ramiona. Loki przykryły oczy więc Koloman mógł się jedynie domyślać, że uroniła kilka łez. Nie chciał się także rozczulić, choć łzy napływały mu do oczu. Królowi nie wolno pokazywać słabości. Odezwał się najbardziej opanowanym głosem na jaki w tym momencie się zdobył:
– Musimy przygotować się odparcia kolejnej fali walk. Chodźmy.
Po czym oboje poszli sprawdzić szyki swoich podwładnych.

Zwiadowcy jeszcze przez chwilę widzieli światełko wschodzącego księżyca odbijającego się od zbroi króla. Weszli powoli w las otaczający zamek od zachodniej strony. Kierowali się prosto wiedząc, że od tej strony co noc atakuje nieprzyjaciel. Przedzierali się przez kępy roślinności i pomiędzy licznymi drzewami najciszej jak tylko prowadzili. Nie chcieli wypłoszyć zwierząt, które mogłyby wzbudzić czujność podwładnych Propolisa. Wysłannicy króla czuli coraz silniejszy zapach ogniska, a to oznaczało iż powoli zbliżali się do obozowisk. Jeden z nich przechodząc pod drzewem nie zauważył grubego konara wystającego z boku, uderzył się w głowę i upadł. Zanim zdołał się podnieść jego towarzysze znikli mu z pola widzenia. Przyspieszył kroku chcąc ich dogonić.
Znajdowali się teraz w takiej odległości, że nie widzieli nic oprócz otaczającego ich zewsząd mroku i lasu, w którym wszędzie mogło kryć się jakieś niebezpieczeństwo. Choć znali ten las bardzo dobrze r11; bawili się w nim już jako dzieci r11; wiedzieli, że licho nie śpi. Nie widzieli już nawet najwyższej, pięćdziesięciometrowej baszty zamku Skull. Szli już od paru godzin różnymi, tylko sobie znanymi, ścieżkami, dróżkami szukając nieprzyjaciela. Z każdym ich krokiem zapach ogniska się wzmagał.
Wkrótce przez mały prześwit ujrzeli przedziwny widok. Nie takiego ogniska się spodziewali. Byli tak zaskoczeni i zauroczeni, że nie zauważyli przemykających się za nimi jak cienie żołnierzy. Poczuli jedynie ostrza mieczy przyłożone do pleców. Stali jak sparaliżowani, nie byli w stanie się poruszyć. Po chwili byli już otoczeni ze wszystkich stron przez najemników Propolisa. Wokół siebie mieli około setki zdrajców. Pchani za pomocą mieczy i kopniaków zostali doprowadzeni do obozu w którym stacjonowali najeźdźcy.

Jeden ze zwiadowców r11; ten, który został w tyle – wreszcie dogonił swoich kompanów. Skrył się w krzakach, w miejscu gdzie wcześniej zostali napadnięci jego towarzysze i patrzył pomiędzy gałęziami. Jego oczom ukazała się koszmarna scena. Złapani wojownicy zostali wyprowadzeni na polanę, na której obozowali najeźdźcy. Odebrali więźniom broń. Po środku polany stało ognisko. Stało, bo na ziemi poukładane były drewniane kłody, a obok nich stał ziejący ogniem, pooblepiany wodorostami skrzydlaty smok. Zwiadowca zakrył sobie nos aby nie czuć odrażającego smrodu zwierzęcia. Z miejsca, w którym się znajdował słyszał jedynie urywane słowa. Cały drżał z przerażenia, mógł się tylko domyślać treści rozmowy.
– Dawajcie ich tu! r11; Krzyknął jeden z obozowiczów śmiejąc się wesoło. r11; Nasz pupilek jest głodny! Nie ma czego podgrzewać. W tym momencie cały obóz zaczął się szyderczo śmiać. Echo tego upiornego śmiechu rozlegało się po całym lesie odbijając się od każdego drzewa. Skryty w krzakach wojownik widział jak potwór odwrócił się w stronę więźniów, którzy stali teraz samotni i bezbronni na polanie oko w oko ze zwierzęciem. Obozowicze utworzyli wokół nich koło i nadal się śmiali oczekując na scenę, która miała teraz nadejść. Smok przyglądał się chwilę swojemu pożywieniu z zainteresowaniem. Widocznie nigdy jeszcze nie jadł tak małej liczby wojowników na kolację. Jego czarne oczy rozszerzały się i zwężały. Chrapy wciągały zapach potu i strachu ofiar. Więźniowie nie poruszali się. Modlili się do wszystkich znanych sobie bogów. Smok prawdopodobnie znudził się widokiem nieruchomego jedzenia bo otworzył pysk i zaczął ziać ogniem w swoje ofiary. Ukryty wojownik widział dramatyczną próbę ucieczki swoich towarzyszy, próbę walki gołymi rękoma i rozszarpywanie tych biednych ludzi. Dookoła latały zakrwawione strzępy skóry, głowy, ręce i inne kończyny. Zwiadowca nie mógł powstrzymać funkcji obronnych swego organizmu. Nie mógł już dłużej patrzeć na ten koszmar. Odwrócił zaczął biec ile sił w nogach w stronę zamku Skull. Przedzierał się przez chaszcze oddalając się coraz bardziej od obozowiska. Cały czas w słyszał odbijające się po lesie echo mordowanych towarzyszy. Miał ich przed oczami. Gdy zdecydował się uciekać policzył pozostałych przy życiu wysłanników króla r11; było ich już tylko dziesięciu. Zastanawiał się ilu mogło zginąć w czasie jego ucieczki. Może wszyscy? Wiedział, że jeżeli byłaby to prawda, to najeźdźcy przygotowywaliby się znowu do ataku. Musiał się spieszyć. W przeciwieństwie do niego oni są wypoczęci i mogliby go dopaść zanim dotarłby do pałacu. Wtedy nie mógłby uprzedzić króla o zbliżającym się zagrożeniu. Zdawał sobie z tego sprawę, że jeżeli nawet ostrzeże Kolomana, to jego wojska nie mają szans aby wygrać tą bitwę, a od niej może zależeć zakończenie całej od lat toczącej się bezsensownej, w jego mniemaniu, wojny. Nie wiedział czy to tylko przewrażliwienie, ale zdawało mu się, że czuje ciepło ziejącego ogniem, podążającego za nim krok w krok potwora. Nogi zaczęły mu już z wolna odmawiać posłuszeństwa. Ze strachu wiele razy już pomylił drogę. Nie wiedział czy w dobrym kierunku biegnie czy znów się zgubił. A pogoń mogła być tuż tuż. Minęło kilka godzin nim wojownik zobaczył za pobliskim zakrętem prześwit oznaczający upragniony koniec lasu i wyłaniające się powoli zachodnie mury okalające zamek.

Koloman chodził przygnębiony i zaniepokojony z komnaty do komnaty nie mogąc znaleźć sobie miejsca w ogromnym zamczysku. Marza została w komnacie gościnnej oczekując na dobre wieści. Także bardzo się martwiła. Zdawała sobie sprawę, że to ona wciągnęła w wojnę całe Euve. Żałowała teraz, lecz nie mogła się już wycofać. Nie mogła zostawić Kolomana samego.
Król nie mógł uwolnić się od dręczących go krwawych wizji. Ściskał w swej potężnej dłoni swoją Księgę Przeznaczenia, ale nadal nie chciała wyjawić mu wszystkich swoich tajemnic. Opisywała tylko wydarzenia bieżące. Koloman co pewien czas udawał się na zewnątrz zamku, osobiście sprawdzał obwarowania, uzbrojenie i starał się podnosić na duchu żołnierzy. Spoglądał daleko swym sokolim wzrokiem na zachód r11; stamtąd zwykle atakowali najeźdźcy, ale niczego podejrzanego nie dostrzegał. To dodatkowo wzmagało jego czujność i obawy. Mogli zaatakować z każdej strony, ale tylko z zachodniej mogli podejść niezauważeni lub atakować z ukrycia. Gęsty las był wyśmienitą zasłoną.
Teraz znowu włóczył się po całym zamku niczym duch, zatopiony w swoich rozmyślaniach. Martwiło go, że nie ma żadnych wieści od wysłanych wcześniej zwiadowców. Przecież minęło już wiele godzin. Spodziewał się najgorszego. Znał Propolisa i wiedział, że ten mógł zastawić jakieś pułapki na szpiclów, pomimo tego, że Koloman wysłał ich pierwszy raz od kilku dni obawiając się pogłosek o mających, rzekomo, nadejść sojusznikach Propolisa. Dodatkowo lękiem napawał do fakt, że noc zbliżała się ku końcowi a nieprzyjaciel nie przypuścił żadnego szturmu. Takie przypadki zdarzały się bardzo rzadko w trakcie tej wojny i ani razu, do tej pory, nie wróżyły niczego dobrego.
– rMoże się poddali i wycofali a moi zwiadowcy świętują zapominając o całym świecie. Ale nawet jeżeli to prawda, to jeszcze pozostały do zażegnania liczne bunty wzniesione przez mieszczan przeciwko mnie w pozostałych miastach Euve.r1; r11; Przemknęło mu przez myśl ale zaraz zdał sobie z tego sprawę, że jest to złudna nadzieja. r11; rCuda się nie zdarzają. A teraz może już być już tylko gorzejr1;. r11; I znów ogarnął go lęk o swoich poddanych.
Nagle do komnaty wbiegła zdyszana Marza.
– Zwiadowca wrócił.

Koloman siedział w Komnacie Gościnnej wysłuchując relacji swego podwładnego z podchodów. Gdy wojownik skończył opowiadać, król siedział w milczeniu przyglądając mu się uważnie. W oczach wojownika nadal malowało się przerażenie. Koloman nie mógł dłużej siedzieć, wstał i spacerował po komnacie z rękami założonymi na plecach. Nie wiedział co o tym myśleć. Bezgranicznie wierzył swoim żołnierzom r11; jeszcze nigdy go nie okłamali. Zdrada Propolisa to inna sprawa. On był tylko najemnikiem, zaufanym ale obcym. Król znowu spojrzał na zwiadowcę. Nie wiedział co ma robić. Domyślał się, że to początek końca jego panowania na tronie Euve, ale oznaczało to jednocześnie śmierć księżniczki Marzy i wszystkich jego zwolenników. Został sam. Znowu wszyscy przyjaciele z innych państw go opuścili. Był w potrzasku. Postanowił jeszcze raz przeanalizować usłyszaną przed chwilą wiadomość. Natychmiast kazał podwoić straże na murach, zamknąć bramy wjazdowe i podnieść most, aby nieprzyjaciele nie mogli się tak łatwo przedostać przez głęboką fosę. Ale pozostawała sprawa najgroźniejszego w tym momencie przeciwnika r11; latającego smoka. Koloman domyślił się, to są te zapowiadane posiłki Propolisa i króla Gwityn Saghtu r11; Quartona.
Marza w tym czasie poleciła przygotować posiłek dla zgłodniałego i zmęczonego podróżą wojownika. Gdy był już gotowy osobiście podała go zwiadowcy chcąc go w ten sposób nagrodzić za wierność królowi. Koloman nadal chodził bijąc się z własnymi myślami o chwilę zerkając na jedzącego pieczonego łosia gwardzistę, przegryzając go dobrze wypieczonym razowym chlebem i popijając tęgo wyśmienitym winem. Zapach posiłku roznosił się po każdym zakamarku zamku. Gdy zwiadowca skończył jeść zostawiwszy tylko kości służba rzuciła je hienom na pożarcie. Nocą znów przyjdą na posiłek. Król cały czas przyglądał się badawczo wojownikowi. W końcu usiadł z powrotem na hebanowym tronie i zaczął zadawać mu pytania nadal go bacznie obserwując.
– Wiem już czego mogę się spodziewać. Czy tylko Tobie udało się przeżyć?
– Nie wiem, Panie. Gdy tylko zobaczyłem co się dzieje, postanowiłem Cię zawiadomić.
– Dobrze. Jaka jest liczebność wroga?
– Jest ich przeszło trzy razy więcej aniżeli nas, Miłościwy Panie. r11; Odrzekł wojownik.
Koloman zrozumiał, że najeźdźcy zebrali pod swoimi skrzydłami około dziewięciuset żołnierzy. Do tego należałoby dodać bunty wewnątrz państwowe. Nie przedstawiało się to ciekawie. Ale wojowników można pokonać.
– Wspominałeś o smoku.
– Tak, Panie. To prawdziwy demon. Zieje ogniem, mierzy około czterech metrów. Sam ogon ma około metra. Ma potężne skrzydła. Jest cały zielony, obrośnięty wodorostami a jego odór mógłby ożywić naszych przodków. Nie wiem, mogę się tylko domyślać, Panie, ale wydaje mi się, że ma bardzo grubą skórę.
– Smok, nie smok. W końcu to też zwierzę i można go zabić r11; powiedział król jakby chcąc sobie samemu dodać otuchy. Jednak w głębi serca wiedział, że istnieje bardzo mała szansa zwycięstwa. rAle jeżeli moi poddani są gotowi aby oddać życie w słusznej sprawie, to będziemy walczyć do końcar1; r11; pomyślał, a głośno powiedział r11; będziemy walczyć i …
Nie zdążył dokończyć zdania, nagle drzwi do komnaty otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wbiegło kilku wojowników z Gwardii Królewskiej. Oblicze Kolomana spochmurniało r11; był zły, że weszli bez wezwania. Musiały być ważne powody, musiało się stać coś złego. Akwan, dwudziestoletni porucznik gwardii, był zawsze bardzo karny. Do komnaty zaczęło przychodzić coraz więcej wojowników. Porucznik szybkim krokiem podszedł do króla stojącego koło stołu. Po jego przeciwnej stornie stała zaniepokojona Marza. Akwan uklęknął na prawe kolano przed władcą.
– Wstań! r11; Rozkazał Celt.
– Królu mój i Panie. Atakują. Przyłączyli się do nich buntownicy. Dochodzą wieści, że w całym królestwie rozgorzały walki. Trzeba się spieszyć, Panie.
Jakby na potwierdzenie słów Akwana pałac zatrząsł się w posadach od potężnego uderzenia, jakby od wstrząsu ziemi.
– Wychodzimy! r11; Rozkazał Koloman kierując się ku drzwiom.
Wszyscy w pośpiechu opuścili komnatę i udali się na mury. Nie było chwili do stracenia. Każda stracona sekunda równałaby się utracie królestwa.

Gdy tylko Koloman i kilku wojowników stanęło na murach, król jednym mocnym ciosem miecza pozbawił głowy atakującego go z prawej strony najeźdźcę. Gdy rozejrzeli się dookoła każdym z nich wstrząsnął widok rozpaczliwej walki obrońców. Wszelkie nadzieje na zwycięstwo króla poszły w niepamięć. Na jego oczach rozgrywała się apokalipsa. Jego wojownicy padali jak muchy. Przewaga wroga była ogromna. Nagle zamkiem ponownie zatrzęsło i rozległ się ogłuszający huk jakby całe niebo się waliło. Król obejrzał się: przed fosą pod murami stała machina oblężnicza przy której bez ustanku pracowało pięciu wojowników. To była prawdziwa katapulta. Koloman nigdy wcześniej nie widział takiego kolosa. Ale nie miał czasu mu się przyglądać. Jego poddani byli dziesiątkowani. Nim ruszył do walki zdążył ujrzeć jeszcze walczącą dzielnie nieopodal Marzę. Król zaczął torować sobie krwawą drogę. Ciął mieczem na prawo i lewo nie zważając na liczne rany. Wiedział, że zginą ale chciał jak najmocniej osłabić szeregi nieprzyjaciela. Wokół niego padało coraz więcej ciał. Nie odczuwał najmniejszego nawet zmęczenia. Chciał przedostać się do księżniczki. Jeśli mają zginąć to zginą razem. Przechodząc schodami w górę kopnął w wystająca obok ponad murem drabinę zrzucając kilkunastu wojowników Propolisa do fosy. W szale bitewnym nie słyszał nawet krzyków roztrzaskujących się najemników o jej dno. Parł naprzód niczym taran. Król usłyszał głośny świst i kolejny wypuszczony z katapulty ognisty pocisk strzaskał część muru. Wstrząs był tak duży, że Koloman chwycił się mocno pozostałości baszty aby nie stracić równowagi. Inni jednak nie mieli tyle szczęścia i padali przysypani gruzem. Król zobaczył, że przez nowopowstałą dziurę zaczyna wpływać woda. Gdzie indziej zamek pustoszył niosący żniwo śmierci nieśmiertelny ogień. Koloman znów ruszył w stronę walczącej, z kilku najemnikami naraz, Marzy. W jednej ręce trzymał zakrwawiony miecz torując sobie drogę, a w drugiej kubeł z wrzącą smołą, którym rzucił w skupisko kilkunastu nieprzyjaciół pomagając w ten sposób swoim żołnierzom. Od księżniczki nadal dzieliła duża przepaść walczących i musiałby przelać jeszcze morze krwi aby do niej dotrzeć.
Obrona zamku pomału zaczęła słabnąć. Koloman widział, że ma już coraz mniej ludzi zdolnych do walki. Za to nieprzyjaciół tak jakby w ogóle nie ubywało. Dzień zbliżał się już końcowi. Udało się wreszcie królowi utorować drogę do Marzy i ruszył w jej kierunku a nagle jakby z podziemi wyrósł mu przed oczami potężny, okuty cały w zbroję z obusiecznym toporem w dłoniach wojownik. W jego oczach nie było widać nienawiści ale było wiadomo, że nie przepuści króla. Koloman poznał wojownika chociaż widział go tylko raz w życiu. Był to sam długo oczekiwany król Quarton.
Nieopodal pojawił się Propolis i walczył z Marzą.
Nagle z gardeł wszystkich obrońców wyrwał się mrożący krew w żyłach krzyk nad ich głowami pojawił się cień, czterometrowy ziejący ogniem smok.

* * *

Zamek Czarnej Pantery przypominał już tylko ruiny. Propolis nadal walczył z księżniczką. Smok mordował resztki Gwardii Królewskiej lecz Koloman tego nie widział. Starł się w walce z Quatronem i nic się dla niego więcej nie liczyło. Naparł na nieprzyjaciela całym swoim ciężarem. Jego miecz sczepił się z toporem. Walczyli już tak od długiego czasu. Obydwaj byli ciężko ranni ale żaden nie zamierzał ustąpić. Koloman uwolnił lewą rękę z żelaznego uścisku przeciwnika i sięgnął za pazuchę. Wyciągnął sztylet. Wbił go po samą rękojeść w udo Quartona. Mimo bólu jednak przeciwnik go nie puścił. Słychać było tylko szybkie oddechy obydwu wojowników i szczęk uderzającego o siebie metalu. W ferworze walki nie spostrzegli się nawet, że tylko oni zostali na polu bitwy.
Propolis stał nieopodal przyglądając się widowisku. Księżniczka ranna w ramię leżała zemdlona obok niego. Pozostali przy życiu poddani Kolomana byli przywiązani do murów. Straż nad nimi trzymał smok ziejąc ogniem w ich stronę. Najwyraźniej był już głodny. Słońce chyliło się już za horyzont a dwaj wojownicy nadal walczyli. Byli niczym niezmordowani tytani. Inni po otrzymaniu tylu ran dawno dołączyliby do swoich przodków. Ale ci dwaj mieli w sobie niespotykaną siłę walki. I walczyliby tak zapewne jeszcze bardzo długo ale smok postawił im przerwać. Do tej pory siedział wyrozumiale, przyglądał się pojedynkowi i podgrzewał jeńców, ale teraz zaczął się niecierpliwić. Szedł wolno w stronę walczących porykując złowrogo. Z każdym jego krokiem ziemia dygotała miarowo.
Wojownicy ledwo utrzymywali się na nogach ale dalej walczyli.
– Nie oddam Ci Marzy! Nie pozwolę Ci jej zabić! r11; krzyknął Koloman.
Smok stanął za nim przyglądał mu się ciekawie.

Propolis nie czekał dłużej. Kazał swoim najemnikom opuścić most nad fosą i otworzyć bramę wjazdową. Spojrzał jeszcze na Quartona, który nieznacznie skinął mu głową, przerzucił sobie bezwładne ciało Marzy przez ramię niczym szmacianą lalkę i opuścił teren zamku. Gdy był już na polanie skierował się ku nienaruszonej bitwą kolubrynie. Znalazł na ziemi kawałki sznurków r11; pozostałości ubrań martwych wojowników i zaczął przywiązywać przeguby rąk księżniczki do drewnianej machiny. Marza oprzytomniała na chwilę czując ból rąk i nóg, ale był on tak silny, że natychmiast zemdlała ponownie. Przywiązując jej nogi Propolis żałował, że musi się to tak skończyć. Kochał ją, ale zdradziła swój naród. Zamiast zasiąść na tronie obok niego po ustąpieniu Qartona, ona uciekła do Euve. Teraz musiała ponieść śmierć jak zwykły zdrajca. Już nie była księżniczką, teraz Lilith była już tylko kolejną ofiarą wojny. Propolisowi stanęły łzy w oczach r11; bardzo ją kochał.
Księżniczka nieświadomie wydała z siebie głośny krzyk. Usłyszał go Koloman. Zdążył na moment odwrócić głowę i jego kierunku nim Quarton zadał kolejny cios. Byłby to niechybnie cios śmiertelny gdyby Celt nie zdążył go w porę sparować swoim mieczem. Ale przez ułamek sekundy widział przywiązaną do katapulty ukochaną i zdrajcę stojącego przed nią i mówiącego do niej. Domyślił się, że Propolis odczytuje jej zaocznie wydany wyrok śmierci wymierzony za zdradę swej ojczyzny. Kolomana przepełniała wściekłość. Wiedział, że nie jest wstanie uratować jej z rąk Propolisa dopóki nie pokona Quartona. A to wcale nie było takie proste jak się na początku wydawało.
– rTrafiła kosa na kamieńr1; r11; pomyślał z goryczą.
Sztylet nadal tkwił w ciele przeciwnika, który najwyraźniej nic sobie nie robił z piekącego bólu.

Nagle przyszła Kolomanowi pomoc z najbardziej nieoczekiwanej strony. Stojący do tej pory spokojnie za plecami walczących smok wydał z siebie głośny wrzask i rozpostarł upierzone skrzydła. Machając nimi zrobił taki silny wiatr, że wszyscy stracili grunt pod nogami. Koloman został wyniesiony jego powiewem na wysokość kilku metrów i wrzucony do fosy.

Quarton podniósł się i obejrzał pobojowisko. Kazał przeszukać każdy zakamarek zamku i murów ale nigdzie nie znalazł Kolomana. Jego wysłannicy spenetrowali dno fosy lecz także wrócili do króla z pustymi rękami. Quarton nie wierzył własnym uszom.
– To niemożliwe! Nie mógł się przecież rozpłynąć z powietrzu!
– Panie, jest już ciemno. Na dnie fosy leży wiele ciał w zbrojach, ale nie można ich rozpoznać. Poczekajmy do rana. Wtedy wyłowimy wszystkie ciała i się okaże czy na dnie leży król Koloman I.
Quarton bardzo cenił Celta. Wiedział, że jest on największym i najsławniejszym wojownikiem jaki kiedykolwiek chodził po Świecie Zapomnianym. Krążyło o nim wiele legend. Quarton cieszył się, że udało mu się pokonać tak wielkiego żołnierza ale żałował jednocześnie. Kiedyś marzył aby połączyć z nim siły, walczyć u jego boku. Ale teraz nie było to już możliwe.
– Gdyby nie historia z Lilith Marzą byłoby zupełnie inaczej. Nie musiałby najeżdżać Kolomana r11; myślał. r11; Ale teraz to już nie miało znaczenia. Może Koloman żyje i znów się spotkają w bardziej przychylnych okolicznościach. r11; W głębi serca liczył na to.
Teraz należało już tylko czekać na powrót smoka przeczesującego las na zachód od zamku. Po pewnym czasie powrócił potwór r11; także nie znalazł zwłok Kolomana. Quarton uspokoił się nieco. Ale pozostawał jeszcze jeden problem r11; nigdzie nie było ciała księżniczki. Propolisa natomiast znaleziono. Jego zwęglone ciało leżało koło płonącej katapulty. Obok niego leżała zapalona pochodnia.

Tym czasem Kolomanowi udało się przepłynąć niepostrzeżenie pod powierzchnią wody. Dobrze pamiętał, że woda do fosy wpływa z lasu. Ranny dopłynął do pierwszych krzaków i wyczołgał się na brzeg po ostrych kamieniach, które dodatkowo raniły jego zmęczone ciało. Po walce z Quartonem gdy emocje już opadły, jego członki zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Chował się za drzewami gdy smok latał nad lasem poszukując go. Gdy noc już zapadła postanowił wyjść z ukrycia. Była wyjątkowo ciemna jak na okres Czarnego Pana więc nie musiał się obawiać, że będzie zauważony. Przypuszczał, że Quarton ze swoimi ludźmi położył się spać i nie będą go już szukać. Koloman postanowił odszukać Marzę. Wyszedł z lasu i zaskoczony zobaczył oświetlony zamek. Widział jak najeźdźcy stopniowo całą twierdzę zrównują z ziemią a z kamieni na jego miejscu budują coś nowego.
Skradał się w cieniu resztek murów nie zauważony przez nikogo. Dotarł do resztek kolubryny ale nigdzie nie było ciała księżniczki. W pierwszym momencie zastanawiał się czy nie zostało zabrane do zamku ale ujrzał zwęglone ciało Propolisa. Nie zostawiliby swego żołnierza na uciechę hien. W takim razie i Marza musiała być w pobliżu.
Nad ranem znalazł wreszcie swoją ukochaną. Była ledwo żywa. Zabrał ją i ukryli się w lesie. Koloman postanowił poczekać do rana. Musieli odpocząć przed podróżą. Przyrządził ze znalezionych liści opatrunki na rany i ułożyli się do snu, który ich szybko zmógł. Oboje spali bardzo czujnie.
Rano Kolomana obudził tętent koni. Zerwał się na równe nogi szybkością błyskawicy i chwycił swój miecz. Był gotów zginąć za Marzę. Ale zobaczył tylko oddalających się wolno najeźdźców i złowrogiego smoka latającego nad nimi. Widocznie Quarton zrezygnował z dalszych poszukiwań myśląc, że Koloman i Marza zginęli i postanowił wrócić do Gwityn Saghtu.
Gdy znikli już z pola widzenia i księżniczka obudziła się oboje poszli zobaczyć to co zostało z zamku. Ich oczom ukazała się goła ziemia bez żadnych śladów walki a zamiast zamku stał trzymetrowej wysokości, posąg bohatera r11; kamienny smok a obok niego na kupce reszta kamieni. Widocznie nie zużyli na jego budowę tyle ile początkowo przewidzieli. Koloman wiedział, że przegrywając tę wojnę stracił uznanie i szacunek w oczach podwładnych, przestał być królem Euve ale widząc co się stało poprzysiągł sobie, że to jeszcze nie koniec, że kiedy powróci na tron jako Koloman I zemści się za poległych na Quartonie choćby do tego czasu miały minąć lata. Koloman i Marza odwrócił się i ruszyli w długą drogę.

Epilog

r…I tyle tylko pozostało z przepięknego zamku, który nosił nazwę Zamku Czarnej Pantery Skull na cześć kapitana, który uratował kiedyś Kolomana i jego Przyjaciela. Koloman ze swoją ukochaną Marzą, w innych krajach znaną także jako Lilith, wędrują z państwa do państwa przemierzając cały Świat Zapomniany.
Wkrótce oboje zaciągają się do wojska Baronii. Chęć życia pcha ich jednak dalej. Książę Gardonii Illus V wysyła ich więc po paru latach wiernego oddania ze swoja Armada na Morze Piekielne aby pomagali mu w walce z żądnym krwi kuzynem Allemverhem.

Konrad Staszewski

Koloman: Księga Przeznaczenia

Koloman: Księga Przeznaczenia

 Prolog

Wkrótce walki przenoszą się na terytoria Euve. Koloman staje się obrońcą swego państwa, ale przede wszystkim ukochanej księżniczki. Po paru latach walk ze zmiennym szczęściem państwo Kolomana I stoi na skraju ruiny. Lecz król się nie poddaje – postanowił walczyć do końca. Nie mógł zawieść swojej miłości ani wiary poddanych. Nadal miał niezłomną nadzieję na zwycięstwo, choć królestwo stało już na skraju przepaści. Oto jak bezgraniczna miłość potrafi doprowadzić do destrukcji całe państwa, królestwa i czasami także narody. Ale przede wszystkim do zniszczenia życia wewnętrznego każdego człowieka, nawet króla. Bo ta miłość tragiczna, nieszczęśliwa razem ze swoją zawsze nieodłączną towarzyszką – kosą śmierci – już zaczęła zbierać swoje żniwo.

Tłumaczenie z: KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.

Wysoki, barczysty wojownik przepychał się między stolikami, wykrzykując, aby zejść mu z drogi. I mężczyźni ustępowali mu rzeczywiście – wyglądał bowiem groźnie. Muskularny, wyćwiczony tors okrywała błyszcząca kolczuga. Spod bryczesów wyłaniały się potężne nogi, nade wszystko zaś przyciągały wzrok niebieskie, aż mroźne jak lodowce oczy. Zatrzymał się na środku tawerny, odrzucił do tyłu czarną jak smoła grzywę i rozejrzał się powoli dokoła. Jego wzrok prześlizgiwał się po twarzach siedzących pod ścianami gości – lecz na żadnej nie zatrzymał się dłużej. Widocznie nie było tego, kogo oczekiwał. Nie chciał chyba pytać, gdyż ponownie omiótł spojrzeniem salę i skierował się ku wyjściu. Zatrzymał się przed tawerną, spojrzał w górę, jakby upewniając się, że jest we właściwym miejscu. Tak, szyld nad tawerną wprost krzyczał: „Krwawy Orzeł”. A więc to tutaj. Teraz należy tylko czekać. Właśnie zastanawiał się, jak powinien postąpić, kiedy tuż przed nim zatrzymał się ktoś i usłyszał słowa:
– Witaj, Majronie. Dawno się nie widzieliśmy.
– Witaj, Kolomanie. Domyślam się, że nie wezwałeś mnie dla samej przyjemności widzenia. Masz jakieś ciekawe wiadomości? Mężczyzna nazwany Kolomanem, nieco wyższy od Majrona, przypominał go wyglądem. Podobny ubiór, choć kolczuga mocno sfatygowana, a szyszak pognieciony, taż sama siła woli i nieugiętość spojrzenia. Oczy intensywnie zielone patrzyły jednak teraz przyjaźnie a dłoń uniosła się ku powitaniu.
– Przyjacielu. Zawsze miło Cię widzieć. Lecz do rzeczy. Doszły mnie słuchy, że bliski Ci Hrabia Brandt zaginął. Wracałem właśnie z Pogranicza Babilońskiego, postanowiłem więc wstąpić do Hermenii. Wysłałem Ci wiadomość i oto jestem.
– Opowiadaj więc – wszystko co ma związek z Brandtem bardzo mnie interesuje – Majron badawczo przyglądał się Kolomanowi.
– Niewiele tego. Hrabia przechowywał podobno dla Ciebie jakąś księgę, niezwykle cenną – tak sądzono – która zaginęła wraz z nim. Żołnierze opowiadają, że widzieli zjawę, która porwała go i uniosła ze sobą. Byli tak przerażeni, że wprawdzie poznali hrabiego, ale oprócz słowa „zjawa” nie umieli nic powiedzieć. Nie widzieli jej nigdy wcześniej, z nikim im się nie kojarzyła. Ale ja domyślam się, gdzie może mieszkać. Jest tylko jedno takie miejsce. To Wyspa Śpiących na Jeziorze Gahra.
– Nie znam tego regionu – odrzekł Maj.
– Nie przejmuj się, Majronie. Tak się składa, że znam ten teren. To w środkowej części Krain Agawy. Nie tak daleko stąd.
– Ustalmy więc strategię i do dzieła.

* * *

Ranek zastał wojowników w drodze. Konie wypoczęte parskały raźno i minęło dobrych kilkanaście godzin, gdy jeźdźcy i wierzchowce poczuli zmęczenie.
– Majronie, poszukajmy jakiejś karczmy. Chętnie zjadłbym coś i przespał się porządnie.
– Ja też, ledwo trzymam się w siodle. Myślę, że niedługo ujrzymy mury Naski i tam znajdziemy odpowiednie miejsce.
– Już wyłaniają się z mroku. Widzę wieżę wartowniczą i mury.
Brama była już zamknięta. Na głośną interwencję przybyszy w otworze muru ukazała się głowa wartownika.
– Kto tam?
Majron w odpowiedzi błysnął pierścieniem. Głowa zniknęła, a po chwili otworzyły się w bramie małe drzwiczki, umieszczone na wysokości dorosłego człowieka. Majron podsunął rękę z pierścieniem do otworu. Wartownik widocznie poznał znak, ponieważ wydał rozkaz:
– To Majron – otwierać!
Maj nie zwracał uwagi na ukłony żołnierzy. Prowadził Kolomana za sobą wąską uliczką, wiodącą do centrum. Gdzieś niedaleko rozlegały się odgłosy walki. Zanim dotarli na miejsce okazało się, że po walce pozostały jedynie niewielkie ślady – tak jakby ktoś spłoszył walczących. Zastanowiło to Kolomana, lecz Majron zbagatelizował sprawę:
– Powód był pewno prosty – wino lub dziewczyna – i wywietrzał im z głowy wraz z pierwszymi ciosami.
– Pewnie masz rację – odpowiedział Koloman.
Ruszyli dalej i po kilku minutach dotarli do karczmy. Po spożyciu soczystej pieczeni popijanej tęgim winem, wojownicy zatroszczyli się o wierzchowce, a następnie ułożyli do snu. Noc przeszła spokojnie i Koloman budząc się, pomyślał, że to chyba pierwszy posiłek, jaki zjadł w tawernie spokojnie, bez burdy.
– Na brodę Barda, to dziwne.
Następnego dnia ruszyli o świecie i bez przeszkód przebyli pustynne połacie Zardonii. Zatrzymali się dopiero nad Jeziorem Gahra. – Potrzymasz przez chwilę? – zapytał Majron, zsiadając z konia i rzucając jego uzdę Kolomanowi.
– Oczywiście – Koloman chwycił w locie uzdę ogiera i z zaciekawieniem zwrócił się do towarzysza – Dokąd idziesz?
– Zaraz wracam, dam tylko znak moim ludziom – odpowiedział Maj i zniknął za najbliższym wzniesieniem.
Z tego miejsca dokładnie widział zakotwiczone opodal statki. Były to galery, w większości dwudziestoczterowiosłowe dwustutonowce. Na takich statkach, ożaglowanie osadzone na niskich masztach, służyło tylko do pomocy. Statki poruszane były siłą mięśni i ich prędkość zależna była od tempa wiosłujących. Wśród kilku galer wyróżniała się jedna o wyższych burtach i osłoniętym dziobie. Z daleka nie było tego widać, ale znawca od razu mógł się zorientować, że to statek wojenny, przeznaczony do dalekich wypraw. Dwa rzędy wioseł oraz trapezowe ożaglowanie rejowe zapewniały większą szybkość. Przy doświadczonym kapitanie i załodze statek ten był bardzo groźnym przeciwnikiem. Na maszcie nie powiewała żadna flaga, a sam okręt wyglądał jak wymarły. Okazało się jednak, że gdy tylko Majron zatrzymał się i wykonał upierścieniowaną dłonią kilka powolnych, dla postronnego widza dziwnych ruchów, statek ożył. Rozległ się głos komendy i po chwili spuszczono szalupę. Czterech ludzi z załogi statku – Tyberyjczyków – szybko popychało łódź do przodu. Majron nie czekał, aż szalupa dopłynie do brzegu. Odwrócił się i skierował w miejsce, w którym pozostawił przyjaciela.
– Wszystko w porządku – stwierdził. – Statek Panthery oczekuje nas w pełnej gotowości. Łódź płynie po nas i za chwilę obejrzysz moje „wodne królestwo”.
– Z ochotą – odpowiedział Koloman. – Czas byłby odpocząć. Tylko co zrobimy z wierzchowcami?
– Nie martw się o nie, moi ludzie będą wiedzieli, gdzie je ukryć. Ruszajmy.
Wojownicy skierowali się ku łodzi. Tyberyjczycy powitali okrzykiem swego kapitana i wstrzemięźliwie – z ciekawością – jego towarzysza. Majron odpowiedział na okrzyki i wsiadł pierwszy do łodzi. Koloman zajął miejsce naprzeciwko. W milczeniu dopłynęli do statku i wdrapali się na pokład. Z gromady marynarzy wysunął się młody mężczyzna, cały w zbroi, i ukłonił się przybyłym.
– Witam, Kapitanie – odezwał się do Majrona. – Jesteśmy na Twoje wezwanie, każdej chwili gotowi do odpływu.
– Dobrze, Wolar. Poznaj Ty, i Wy wszyscy, mojego starego przyjaciela z „Łobuza”. To Kapitan Skull – powiedział głośno Majron.
W oczach Wolara ukazał się błysk, jednak w chwilę później, gdy podawał rękę Celtowi, głos jego brzmiał szacunkiem.
– Miło mi poznać Cię, Kapitanie – powiedział. – Cieszysz się wśród nas głębokim szacunkiem i ogromną popularnością.
– Dziękuję Ci – odparł Koloman.
Wolar zwrócił się teraz do Majrona:
– Dokąd ruszamy i kiedy?
– Natychmiast – brzmiała odpowiedź. – Na Wyspę Śpiących. Koloman wami pokieruje.

* * *

Wyspa Śpiących, zlokalizowana na północy jeziora, powstała przez wynurzenie części dna morskiego. Pojawiła się nagle, wzbudzając wśród ludzi przestrach i przeświadczenie, że jej powstanie wiąże się z czarodziejskimi mocami. Potwierdzeniu tego przysłużył się także wygląd wyspy. Wielu żeglarzy próbowało już dostać się na nią – jedni z ciekawości, inni w nadziei zdobyci bogactwa, jeszcze inni dla poszerzenia wiedzy – opływali ją dookoła, nie znajdując miejsca, do którego można byłoby przybić. Ogromne głazy, przypominające opierających się o siebie, śpiących rycerzy i demonów, otaczały dokładnie brzegi wyspy. Wyglądało to tak, jakby dostać się na nią można było tylko z powietrza.
Koloman wiele słyszał o tej wyspie. Płynąc w jej kierunku, zastanawiał się, ile prawdy było w opowiadaniach wieśniaków o krzykach mrożących krew w żyłach, rozlegających się po nocach, odrażającym nieludzkim śmiechu i masowym odlocie ptaków w pewnych dniach roku. Odsuwając się od obrazów, które podsuwała mu wyobraźnia, zaczął zastanawiać się, jak dostać się na brzeg. Okrzyk „Ziemia!” zbudził go z zamyślenia. Obok niego pojawił się Majron, marynarze powybiegali spod pokładu i wszyscy w milczeniu patrzyli na wynurzającą się na horyzoncie wyspę. Jeszcze trochę czasu minęło i padł rozkaz Panthery:
– Spuścić szalupę! Sześciu ludzi do łodzi. Wolar, obejmujesz dowództwo statku!
Szalupa wioząca kapitanów, poruszana silnymi rękami wioślarzy, szybko zbliżała się do brzegu. Oczy wypatrywały wąskiego choćby przesmyku, którym można byłoby się dostać do środka. Po długim poszukiwaniu brzegu, kiedy galera znikła im z oczu, za którymś występem skalnym zatrzymali się nagle. Zobaczyli wyraźnie postać człowieka stojącego w przesmyku między skałami. Z odległości wyglądało to tak, jakby skały rozsunęły się dając dostęp do wnętrza wyspy.
Na polecenie kapitana łódź dobiła do brzegu. Czterech marynarzy pozostało na straży, a dwóch wraz z Majronem i Kolomanem udało się wolnym krokiem w kierunku mężczyzny. Ten stał nieporuszony, czekając.
Jakież było zdziwienie kapitanów, gdy przekonali się, że mężczyzną był Hrabia Brandt. Po pierwszych okrzykach i powitaniu hrabia poprowadził gości w głąb wyspy. Po drodze jednak milczał, co zdziwiło Majrona, znającego go z uprzejmości i wręcz gadatliwości. W ciszy dotarli do domostwa, które wyłoniło się nagle zza bujnej zieleni. Kiedy wchodzili po schodach, okazało się, że są sami – Brandt i dwaj marynarze zniknęli. Kierując się odgłosami dochodzącymi z głębi domu, dotarli do wielkiej sali. Bez sprzętów i ozdób robiła ponure wrażenie. Pod ścianami umieszczono luźno kilka ław, a po środku tron. Zdumieni wojownicy zauważyli, że były to umieszczone obok siebie rzeźby wymarłych – jakby demonów, ułożonych na kształt tronu. Rozejrzeli się jeszcze raz po sali i stwierdzili, że tych rzeźb jest dużo więcej – pomiędzy nimi właśnie stały ławy, które zauważyli wcześniej. Nieokreślone uczucie niepokoju wtargnęło w serca wojowników.
Nagle usłyszeli słaby odgłos dochodzący zza pleców. Machinalnie odwrócili się i ujrzeli wyłaniającego się z cienia starca. Ciało jego okryte zielonym aksamitem, płynęło jakby w powietrzu. Zbliżył się na odległość kilku kroków i wbił wzrok w rycerzy. Koloman i Majron równocześnie chwycili za miecze. Mężczyzna uniósł dłoń i wymamrotał coś szeptem. Ręce obydwu wojowników zdrętwiały i wypuściły broń, która z chrzęstem upadła na posadzkę.
– Kim jesteś i czego chcesz? – zdenerwował się Majron.
– Jestem pewien, że nie słyszałeś o mnie. Niech Ci wystarczy, że jestem jednym z Wyższych Magów. To, co pokazałem przed chwilą, jest tylko kroplą moich umiejętności.
– Ale czego chcesz? – wmieszał się Koloman. – Gdzie jest Brandt i nasi ludzie?
– Hrabia Brandt nie jest mi już potrzebny. Spełnił swoje zadanie – mag zaśmiał się piskliwie.
– Zadanie? Jakie zadanie? – dopytywał się Koloman.
Mag podszedł do tronu i powoli usiadł na nim. Chwilę milczał, a potem odrzekł:
– Chyba muszę wyjaśnić to od początku. Wszystko zaczęło się wiele, wiele lat temu. Mój ojciec, wielki czarnoksiężnik, wymyślił „Księgę Przeznaczenia”. Dzięki odpowiednim zaklęciom, zwyczajna księga zapisywała życie i przygody wybranej osoby, wyprzedzając je czasowo. Żaden śmiertelnik nie mógł wiedzieć, że jego los jest zapisany z góry przez maga, że nie ma ona na nie żadnego wpływu. I, oczywiście, nie mógł widzieć księgi i zmienić swego przeznaczenia. Był jedną z nitek poruszanych przez maga. Dzięki takim działaniom można było wywoływać wojny, zwyciężać wrogów i zdobywać królestwa. Ale można było także pokonać innych czarnoksiężników i rosnąć we władzę i siłę. Ciebie, Majronie, mój ojciec wybrał na tego, który ostatecznie podniesie jego władzę. To nie ty zwyciężałeś wrogów, zdobyłeś królestwo i miłość poddanych – to zapisał mój ojciec w twojej księdze przeznaczenia. Spełniłeś wszystko, czego on sobie życzył. Oto ta księga – to mówiąc, wskazał na księgę, która nagle pojawiła się w jego rękach i skinął na Majrona, by się zbliżył. Maj powoli podszedł do tronu i wziął do rąk księgę oprawioną w skórę. Kartkował stronę po stronie, aż zatrzymał się w połowie i po namyśle rzekł:
– Czyżby to miała być moja ostatnia przygoda?
– Tak – odrzekł Maj.
– Myślę, że wyjaśnisz mi, dlaczego zapis w księdze urywa się i nie ma w niej zapisanej mojej śmierci.
Mag milczał przez chwilę. Zdawało się, że myśli jego błądzą gdzieś daleko w przeszłości. Następnie odezwał się silnym, władczym tonem.
– Mój ojciec miał ucznia, który był zbyt gorliwy w nauce rzemiosła i nie zdając sobie sprawy z wartości księgi, którą przypadkowo odkrył, zabrał ją z zamku, wyjeżdżając z jakimś poleceniem Maga. Po drodze spotkało go nieszczęście i księga zniknęła. Oto dlaczego nie zapisano w niej twoich kilku przygód, w czasie których zdobyłeś przyjaźń Kolomana, a przede wszystkim nie zapisano twego ostatniego zadania i śmierci.
– Czy to znaczy, że zmieniłem częściowo przeznaczenie, poznając Kolomana i Hrabiego Brandta i przybywając tutaj? – zapytał Majron.
– Niezupełnie – mag zmarszczył brwi, jakby lekko zaniepokojony. – Rzeczywiście, postać Kolomana nie była przewidziana w Twoim życiorysie, jak i poznanie Hrabiego. Ale wykorzystałem te fakty, aby ściągnąć cię tutaj – przez tych właśnie ludzi.
– To znaczy – Koloman myślał intensywnie – że Brandt znalazł księgę, poznał się na niej i chciał oddać ją Majronowi. Myślę, że wtedy straciłaby swą moc.
– To prawda – mag zerwał się z tronu, lecz Majron był szybszy. Ochraniając księgę rzucił się z nią do ucieczki.
– Nic z tego – zaśmiał się Mag. – Mogę ją odzyskać w każdej chwili dzięki zaklęciu. Lecz ona na nic ci się nie przyda. Jesteście wszyscy zgubieni.
– Mamy jeszcze przyjaciół – dobitnie rzekł Koloman – a ty widocznie nie potrafisz dopisać nic do księgi. Ojciec nie przekazał ci swoich zaklęć.
– Milcz, zuchwalcze – mag zaperzył się i wyciągnął przed siebie dłonie. – W jednej chwili mógłbym zmienić cię w proch lub głaz. Lecz chcę nacieszyć się tą chwilą i odebrać wam ostatnią nadzieję. Myślisz, że nie znam twoich przyjaciół, że nie pokierowałem wszystkim jak należy?
Mag ponownie zasiadł na tronie, mówił teraz spokojnie, jakby relacjonował zdarzenia dawno przeżyte:
– Porwałem Hrabiego Brandta i odebrałem mu księgę. Wykorzystałem Twoją obecność, Kolomanie, abyś powiadomił o tym Majrona. Wstrzymałem burdę, która wisiała w powietrzu, gdy tych kilku wojowników na ulicach Naski zaczaiło się na was. Doprowadziłem także spokojnie i statek Panthery na miejsce spotkania. Postarałem się także o to, by Wolar przypomniał sobie, kto wykrył i udaremnił jego spisek przeciwko królowi Staryjskiemu. Nie wiedziałeś, że to on stał na jego czele. Jest Ci teraz niewymownie wdzięczny – zaśmiał się Mag. – Nie myślisz chyba, że otrzyma Wam wierności?
– Nie wierzę – krzyknął Koloman – że to Wolar! Jest na to za młody!
– Tak, jest młody, ale żądny władzy. Jest także pamiętliwy i nie przebacza wrogom.
– O co chodzi z tym spiskiem? – zapytał Majron.
– Musisz wiedzieć – odpowiedział Mag – że przez wiele lat Starią rządził król San Tuon II. Był potężnym władcą, zaskarbił sobie szacunek podwładnych, był bowiem sprawiedliwy i nie nadużywał czarnej magii. Płacili chętnie daniny, wiedząc, że pójdą nie tylko do skarbca króla, lecz także na potrzeby kraju. Jednakże, jak się często zdarza, nie wszystkim odpowiadały takie rządy. Zawiązano spisek i wybrano przywódcę – Wolara – który, choć młody, pochodzi ze szlachetnego rodu i jest wspaniałym żołnierzem. W ciągu roku doprowadził do rozłamu w państwie. Gdyby udało im się obalić władzę, to Staria z czasem przestałaby istnieć. Na szczęście w porę pojawił się wojownik, urodzony przywódca, który zorientował się w sytuacji i zaoferował swe usługi królowi San Tuonowi. Ten człowiek bez plemienia, o imieniu Koloman, został najemnikiem i stanął na czele całego wojska, aby stłumić bunt. Przez ponad rok udaremniał spiski, aż w końcu doprowadził do otwartej walki, w której prawie wszyscy spiskowcy zginęli. Uratował się jedynie ich przywódca – Wolar. Wkrótce po bitwie zaginęły o nim wszelkie wieści. Koloman odebrał nagrodę od samego San Tuona II i ruszył dalej w świat, a mściwy Wolar czekał na odpowiednia chwilę, by się zemścić. I ta chwila nadeszła.
– Wolar wiele mi zawdzięcza – odrzekł Majron. – Na pewno nas nie opuści.
– Już się to stało, zgodnie z moim poleceniem odpłynął na spokojniejsze wody.
– Nie wierzę! – krzyknął Majron.
– Więc patrz.
Mag nakreślił w powietrzu prostokąt. Pojawił się biały ekran, na którym po chwili można było rozpoznać jakieś kontury. Stopniowo obraz stawał się wyraźniejszy i wojownicy ujrzeli dwie galery walczące ze sobą. Na jednej wyraźnie widzieli Wolara dowodzącego marynarzami Panthery. Po dłuższej obserwacji Koloman zorientował się, że drugim statkiem był „Łobuz”, należący do Mrocznego Stowarzyszenia.
– Chyba nie to chciałeś nam pokazać – Koloman zaśmiał się szyderczo. – Mroczne Stowarzyszenie na pewno zwycięży.
– To niemożliwe – Mag stał zaskoczony i nie poruszał się.
Koloman wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił nim w sam środek obrazu. Prostokąt rozprysnął się w powietrzu, a nóż przeleciał przez salę i wbił się w pierś siedzącego maga. Ten wrzasnął przeraźliwie i próbował wyciągnąć stalowe ostrze, które wbiło się aż po rękojeść. Kolejne, coraz słabsze wysiłki nie przyniosły rezultatu i przy ostatnim ruchu krzyknął przeraźliwie i skonał. W jednej chwili ziemia poczęła drżeć, a ściany trzeszczeć.
– Wynośmy się stąd! – krzyknął Koloman.
– A Brandt? – Majron nadal trzymał kurczowo księgę i z niedowierzaniem wpatrywał się w tron.
– Jego nie ma! – zawołał. – I tych głazów pomiędzy ławami też nie. Szybciej – ponaglał Koloman. – Szukajmy wyjścia.

Biegli teraz przed siebie kolejnymi korytarzami raz w górę, raz w dół, tak jak prowadziły schody. Wydawało im się, że są w labiryncie bez wyjścia. Sale wyglądały jednakowo – puste przestrzenie zakończone drzwiami lub tylko otworami w ścianach. Zdyszani zatrzymali się w kolejnej komnacie.
– Jest coraz gorzej! – krzyknął Majron. – Jeśli nie znajdziemy wyjścia, zginiemy! Czuję coraz większe ruchy ziemi i niedługo ten cały kram zwali się na nas.
– Tam są jeszcze chyba jedne schody! – krzyknął Koloman, kierując się w róg komnaty, w którym dostrzegł niewielki otwór.
Pobiegł ku niemu. Okazało się, że są to lekko uchylone drzwi. Zaraz za nimi przestrzeń urywała się. Koloman spojrzał w dół i wydawało mu się, że widzi schody. Powoli wymacał nogą kawałek podłoża i postawił na nim stopę, potem drugą. Powtórzył ruch nogą i znalazł kolejny stopień.
– Tak, schody w dół! – zawołał Koloman. – Może tam jest wyjście.
– Zwariowałeś? – odpowiedział Majron. – To na pewno lochy. Tam nie będzie wyjścia.
– A może. Nie mamy innej możliwości.
Koloman pokonał już znaczną część schodów, kiedy usłyszał słaby odgłos – jak gdyby uderzenia o kamień.
– Coś słyszę! – zawołał do Majrona. – Choć za mną.
Majron nadal nie przekonany, zaczął spuszczać się w ciemność. Powoli oczy przyzwyczajały się i można było rozróżnić kontury ścian i schodów. Koloman poczekał na przyjaciela i razem kierowali się ku słabym uderzeniom dochodzącym z dołu. Nad nim słychać było niepokojące odgłosy trzeszczenia ścian. Zeszli jeszcze kilkanaście stopni w dół i Koloman krzyknął:
– Jest tu ktoś?
Gdzieś z boku zadźwięczały łańcuchy i odezwał się słaby głos:
– Tutaj, w celi.
Koloman sprawdził nogą grunt. Okazało się, że schody się skończyły i można było się poruszać po równej przestrzeni. Nadal kierując się wyraźnym już chrzęstem łańcuchów, dotarł do drzwi celi. Za nim stanął Maj. Cela nie była zamknięta na klucz, drzwi otworzyły się skrzypiąc i wojownicy stanęli w progu. Majron wymacał na ścianie pochodnię, lecz nie było czym zapalić.
– Kto tu jest? – zawołał Koloman.
– Brandt – brzmiała słaba odpowiedź.
– Hrabia Brandt? – Majron wszedł do środka i zbliżył się do cienia przy ścianie. – Trudno to będzie sprawdzić. Już raz daliśmy się nabrać.
– Czy to ty, Majronie? – zapytał mężczyzna. – Zapewniam Cię, że jestem Brandt. Przyniósł mnie tu Mag i zakuł w kajdany. Nie wiem, co się dzieje, ale całe mury drżą i pewnie niedługo nas zasypie.
– Zdaje się, że nic nie poradzimy. Szukaliśmy już wyjścia. – odparł Majron. – Lecz na próżno. Ten wstrętny czarnoksiężnik wyprowadził nas w pole.
– Ja wiem, jak się stąd wydostać – zawołał Brandt – ale jestem przykuty, pomóżcie mi się uwolnić.
– Ty, Ty wiesz, jak się stąd wydostać? Wiesz, gdzie jest wyjście? – zapytał z niedowierzaniem Koloman. – Chcesz powiedzieć, że Mag pokazał Ci je?
– Oj, tak. Naigrawał się ze mnie, że patrzę na wyjście i nie mogę z niego skorzystać. To miała być największa tortura – odpowiedział Brandt. – Poza tym przy drzwiach na ziemi leżą klucze do kajdan. Zawsze je tam zostawiał, kiedy wychodził po kolejnych psychicznych torturach.
Majron schylił się i przez chwilę macał ziemię, po czym uniósł się dźwięcząc kluczami.
– Myślę, że musimy mu zaufać – powiedział. – Nie mamy innego wyjścia. Koloman w milczeniu skinął głową. Majron podszedł do więźnia i powoli, z rozwagą otwierał kolejne kajdany. Kiedy więzień był wolny, opadł na ziemię i chwilę odpoczywał. Majron chwycił go pod ręce i pociągnął do przodu.
– Nie czas na słabość – powiedział. – Gdzie jest wyjście?
– Tutaj, trzeba zdjąć pochodnię i wcisnąć kamienny głaz – odparł hrabia i próbował nacisnąć kamień, ale bez skutku.
– Pozwól – rzekł Koloman i mocno uderzył we wskazany kamień.
Czekali w milczeniu. Po chwili nastąpił zgrzyt, mężczyźni odskoczyli i patrzyli, jak ściana rozsuwa się i do piwnicy wpada światło słoneczne. Nie zwlekając, wziąwszy hrabiego pod ręce, wojownicy wyszli z lochu i poczęli wspinać się na zielony pagórek naprzeciwko. Brandt ledwie powłóczył nogami, tak, że Majron i Koloman musieli go prawie nieść. Kiedy znaleźli się kilkanaście kroków od zamku nastąpił głośny huk, ziemia zatrzęsła się pod ich stopami. Silny wstrząs wyrzucił ich do góry.

* * *

Pierwszy ocknął się Koloman, wstał i rozejrzał się dookoła. Za sobą zobaczył jedynie gruzy, a przed sobą w oddali wstęgę morza. Otrząsnął się z ziemi i począł cucić przyjaciół. Majron szybko wrócił do siebie, natomiast Brandt otworzył wprawdzie oczy i próbował wstać, lecz nie udało mu się to. Był zbyt wyczerpany. Silne dłonie przyjaciół podniosły go do góry i podtrzymały.
– To chyba Koniec Maga – mruknął Koloman.
– Prawdopodobnie – odrzekł Majron. – Lecz dla nas to nie koniec problemów. Jak wydostaniemy się z wyspy?
– Przede wszystkim, czy jest ten przesmyk między skałami, którym weszliśmy – stwierdził Koloman – bo jeśli chodzi o statek, to może nie będzie problemów. Liczę na Mroczne Stowarzyszenie.
– A właściwie jak się tutaj dostaliście? – zapytał Brandt. – Przecież tu nie ma dojścia od morza.
Wojownicy popatrzyli na siebie, potem na hrabiego.
– To długa historia – odpowiedział Majron – a my nie mamy zbyt wiele czasu. Wydaje mi się, że z tą wyspą dzieje się coś dziwnego.
– To prawda – rzekł Koloman. – Ruszajmy!

Trójka przyjaciół powoli posuwała się przed siebie. Szli bez szlaku pewni, że dojdą do skał odgradzających ich od morza. Jakież było ich zdziwienie, gdy dotarli wreszcie do pierwszych głazów. Nie były to zwykłe kamienie, lecz ludzie. Rycerze w zbrojach, w pełnym bojowym rynsztunku, w pozach stojących lub leżących, opierających się o siebie tak, że tworzyli mur o różnej wysokości. Koloman podszedł do jednego ze stojących rycerzy i dotknął go. To, co się potem stało, zaskoczyło ich jeszcze bardziej. Ciało rozsypało się w proch, a zbroja z chrzęstem upadła na leżące obok ciało. Przez następne kilkanaście chwil słychać było jedynie odgłos chrzęszczących zbroi i padających mieczy, a potem nastąpiła cisza. Opadł pył i powoli wojownicy torowali sobie drogę na zewnątrz, odsuwając zbroje i depcząc po mieczach. Kiedy przeszli już za mur, Koloman odwrócił się, schylił i wybrał dwa miecze. Jeden z nich wręczył Majronowi, a drugi przypasał sobie. Następnie znalazł jeszcze sztylet, podniósł go ku górze, jakby oceniając i schował w zanadrzu.
– Myślę, że musimy postarać się o jakąś łajbę – rzekł Koloman. – Inaczej nie wydostaniemy się stąd.
– To może być trudne – odpowiedział Majron – chyba, że Wolar powiedział o naszych planach.
– Miejmy więc nadzieję, że „Łobuz” przypłynie. Chodźmy na brzeg. Wojownicy ruszyli przed siebie, pozostawiając za sobą mur prochu i zbroi – pozostałość siedziby Maga. Mieli nadzieję, że wyspa zachowa pamięć o tych wszystkich, którzy tutaj zginęli i w pamięci potomnych pozostanie jako Wyspa Śpiących.
Zatrzymali się nad samym brzegiem. Brandt, zmęczony padł na piach, a kapitanowie przeszukiwali wzrokiem horyzont. Nic nie pojawiło się jednak w promieniu wzroku. Może „Łobuz” przegrał bitwę, może marynarze zwyciężyli i odpłynęli upojeni zwycięstwem. Jeśli tak, to nieciekawie przedstawiała się ich przyszłość.
Tak zastała ich noc – chłodna, przejmująca wiatrem. Skulili się razem, dając sobie trochę ciepła i przespali się dwie lub trzy godziny. Potem Koloman i Majron dla rozgrzewki maszerowali wzdłuż brzegu, wracając ciągle do miejsca, gdzie leżał Brandt. Przyjaciele martwili się o niego. Przy jego wyczerpaniu pobyt na wyspie mógł być śmiertelny. Noc dłużyła im się bardzo, ale świt powitali z nadzieją.
Tknięty przeczuciem Majron zaczął przeglądać Księgę Przeznaczenia. Zatrzymał się na jej ostatnich stronach zaskoczony.
– Co się stało? – zapytał Koloman.
– To niesamowite! – odrzekł Majron. – Księga się sama zapisała. Nie wiem, jak.
Koloman nie rozumiejąc o czym przyjaciel mówi, zbliżył się i także zaczął oglądać Księgę. Ujrzał dokładnie zapisaną ich ostatnią przygodę – ratunek Brandta i spotkanie z Magiem. Także Koloman nie krył swego zaskoczenia ale zauważył coś jeszcze.
– Nie jest tu opisany nasz powrót.
– To prawda, ale Księga też nie jest ukończona. Ostatnie zdanie urywa się w połowie. Ponadto jest opisane nasze spotkanie i poprzednie przygody, jakie przeżyliśmy razem, a to oznacza, że w pewien sposób sami tworzymy tę Księgę. – Mówiąc to, Majron nagle wypuścił Księgę z rąk z krzykiem. – Co się z nią dzieje?! Sparzyła mnie!
Księga spadła na ziemię i zaczęła fosforyzować zielonym światłem. Wojownicy cofnęli się i zaczęli się jej przyglądać z zaciekawieniem. A Księga nagle otworzyła się, rozerwała w połowie i z jednej nagle zrobiły się dwie. Po chwili przestała fosforyzować i wyglądała tak jak poprzednio, z tą tylko różnica, że teraz były dwie. Koloman zbliżył się do nich ostrożnie, obawiając się magii. Wziął je do rąk, a widząc, że nic się więcej nie dzieje, podał jedną przyjacielowi. Majron przejrzał dokładnie Księgę podpisaną jego imieniem.
– Nic się nie zmieniło – rzekł z rozczarowaniem w głosie. – Nadal jest tu opisane całe moje życie, od narodzin, aż do tego momentu. I nadal nie jest opisany nasz powrót, a ostatnie zdanie jest niedokończone. A może w tej części, którą Ty trzymasz jest coś więcej? Koloman nie odpowiedział. Był całkowicie pochłonięty przeglądaniem Księgi. Odezwał się dopiero, gdy skończył:
– Ta część Księgi opowiada moją historię, mojego życia. Nie jest o Tobie. Ale kończy się tak samo jak Twoja. Nadal nic nie wiemy – to powiedziawszy, odwrócił Księgę i Majron zobaczył na niej wygrawerowany napis: „Księga Przeznaczenia Kolomana”, Koloman dokończył. – Teraz obaj mamy jakieś przeznaczenie, którego nie znamy.
W tym czasie Brandt się obudził i wszyscy siedli na ziemi, czekając i nie wiedząc, co ich jeszcze czeka.

Jakieś dwie godziny po wschodzie słońca ujrzeli zbliżającą się galerę. Znacznie mniejsza od statku Panthery, zwinna i zwrotna, prezentowała się wspaniale w promieniach słońca. Na bocianim gnieździe marynarz penetrował oczami wyspę. Nie przeoczył machających, gdyż po chwili spuszczono małą szalupę i trzech marynarzy podpłynęło do brzegu. Jednym z nich był kapitan.
– Zapewne czekaliście na nas! – wykrzyknął, uśmiechając się szeroko. – Witaj, kapitanie Skull.
– Dziękujemy, kapitanie – mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Jesteśmy Twoimi dłużnikami.
Nareszcie wojownicy mogli odpocząć. Na statku we wspólnej kajucie Koloman zapytał przyjaciela:
– Chyba nie martwisz się już o Księgę Przeznaczenia. Sam ją będziesz dalej tworzył.
– Masz rację, zastanawiam się tylko, do czego byłem potrzebny Magowi i jak miał zamiar wykorzystać mnie i moją Księgę.
– Tego, przyjacielu, nie dowiesz się już nigdy. I dobrze.
Koloman uśmiechnął się cicho. Majron rozmyślał jeszcze przez chwilę, po czym zmorzył go sen. Uśmiechał się przez sen – może wspominał dobre czasy, a może marzył o jeszcze wspanialszej przyszłości. Koloman przyglądał mu się przez chwilę, a potem sięgnął po swoją Księgę i zaczął ją po cichu studiować od pierwszego do ostatniego, nadal nie dokończonego zdania.

Epilog

r…lecz to nie był koniec przygód Kolomana. Po rozstaniu z przyjacielem przemierza cały Świat Zapomniany w poszukiwaniu nowych niesamowitych przygód. Tknięty, jak zawsze, swym niezawodnym przeczuciem kierując się wciąż w stronę morza, dociera do państwa Euve. Tam wkrótce zasiada na tronie jako ostatni potomek panującego tam rodu królewskiego. Za jego rządów państwo przeżywa rozwój finansowy, zdobywa nowe terytoria i wzrasta w dobrobyt. Ale nie trwa to długo. Piątego roku panowania Kolomana I przybywa do niego, w poszukiwaniu schronienia, następczyni tronu sąsiedniego państwa, w którym doszło do buntu.

Konrad Staszewski