Smok

Gorardar i Jasmine byli już przy wejściu do groty smoka. Bardzo się denerwowali. Gorardar spojrzał na Jasmine, a Jasmine spojrzała na Gorardara. Gorardar miał niebieskie oczy, ale Jasmine widziała je tylko zza długich kruczoczarnych włosów które opadły mu w tej ważnej chwili na twarz. To nie była twarz wojownika, lecz człowieka który się boi. Kto wie co by było gdyby Jasmine nie stała wtedy obok niego? Kto wie co by było gdyby nie działała na niego tak bardzo jego męska duma? Któż to wie? Chyba nikt.
-Już czas. -powiedział Gorardar i udał się w stronę wejścia.
-Gorardar poczekaj!!- krzyknęłą Jasmine.
-Co się stało?
-Muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham.
-Gorardar, Ja Cię – zaczerwieniła się Jasmine – Ja Cię kocham.
Gorardar zaniemówił z wrażenia.
-Ja też Cię… – nie dokończył bo nagle ze środka groty wydobył się ogromy ryk.
-Biegiem nim będzie za późno – przekonał ją do działania.
Komnata smoka była ogromna. Podłoga była ze srebra a ściany złote. Smok siedział na diamentowym tronie i krzyczał:
-Jestem królem świata hahaha.
Wtedy Gorardara opanował jeszczę większy strach, ale wydobył z siebie resztki odwagi i  postanowił ujawnić smokowi swoją obecność:
-Już niedługo.
-Kto ty?
-Jestem Gorardar, wojownik o wolność krainy Siedmiu Lasów.
-Spływaj – rzekł groźnie smok.
-Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Szukałem cię przez wiele miesięcy. A teraz gdy już wreszcie cię odnalazłem nie pozostało mi nic innego jak cię zabić.
-Nie rozmieszaj mnie. Tacy jak ty służą mi za wykalaczkę. Daję ci ostatnią szanse. Zamknę teraz oczy, a gdy je znów otworzę, ciebie i tej ladacznicy już tu nie będzie.
-Nie ma mowy. Mam miecz króla Anre.
-Co? Króla Anre. To znaczy że ty jesteś tym legendarnym rycerzem, który ma sprawić by drzewa znowu rodziły liście, trawa była zielona, a niebo nie było już koloru piekła. Nie wierzę w tą legendę, ale chętnie się z nią rozprawie. Stawaj do walki.
Smok wstał z tronu. Rozłożył skrzydła, odbił się od ziemi i szybując po sufitem swojej komnaty ział ogniem na prawo i lewo. Cała komnata był w ogniu. Potem zapełniła się dymem, a gdy dym opadł nie było w niej widać nikogo tylko smoka triumwalnie smiejącego się na środku komnaty.
-No i co? Legendy się nie spełniają!
-Nie mów hop póki nie przeskoczysz- odpowiedział Gorardar wyskakujący zza żyrandora na łep smoka.
Gorardar wyciagnął miecz i wbił go smokowi prosto między oczy.
Smok zawył z bólu i padł na ziemię.
Trawa znów był zielona, drzewa rodziły liście a niebo było pieknie niebieskie. A Jasmine i Gorardar wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie

Otchłań, rozdział 1 – Kanały

Było już ciemno. Biegłem przez tunel, od co najmniej godziny. Byłem brudny i przesiąknięty cuchnącym zapachem ścieków. Z ostrza mojego miecza, spadały krople krwi. Przed chwilą zabiłem skrytobójcę. Ktoś, nie wiem kto, nasłał ich na mnie. Jestem w niebezpieczeństwie… umiem się bronić mieczem i magią, ale sam na dwunastu wyszkolonych zabójców…

Nie przejmuj się. – powiedział Dann, mój towarzysz. Był duchem sokoła, zwiadowcą i doradcą. – Im szybciej stąd wyjedziesz, tym szybciej będziesz bezpieczny…

Byłem magiem umysłu. Mogłem zabić skrytobójcę jednym zaklęciem, ale byłbym wtedy tak wyczerpany, że nie doszedłbym do Henergsu. Usłyszałem jakiś chrapliwy oddech. Zatrzymałem się i wsłuchałem w ciszę. Ruszyłem niepewnie dalej, miecz uniosłem wyżej. Znów coś zaczęło potwornie oddychać.

Spokojnie. To się zaraz skończy…

Poczułem, że Dann usiadł na moim ramieniu. Dodał mi pewności siebie. Mój nos już dawno przyzwyczaił się do nieprzyjemnego zapachu, który tu panował, lecz gdy widziałem płynącą obok żółtą wodę, miałem mdłości. Po przejściu kawałka drogi, zobaczyłem w oddali goblina. Gobliny, były szkodnikami, które mogły pogryźć, więc wolałem nie ryzykować. Załatwiłem go słabym zaklęciem umysłu.

To był błąd. Musisz takie rzeczy, zawsze konsultować ze mną!

– Ale co się dzieje? – zapytałem, lekko przerażony.

Już tu idą… biegnij w prawo!

Szybko skręciłem tam gdzie mi kazał. Starałem się biec cicho, ale strach zwyciężył i przyspieszyłem robiąc ogromny raban. Nagle coś spadło z góry. Wylądowało na dwóch nogach. Było owinięte w granatowe szmaty, a w rękach miało dwa sztylety. Zaatakowało mnie. Zablokowałem serię ciosów i sam też pchnąłem mieczem. Skrytobójca walczył perfekcyjnie. Rzuciłem zaklęcie i rozproszyłem przeciwnika. Zadałem kolejny cios, którego już nie zablokował. Mój miecz zepchnął go do kanału. Sztylety pofrunęły w powietrze.

Doskonale, ale już biegną następne. Pospiesz się!

Przeskoczyłem ubytek w chodniku i wspiąłem się po jakiejś drabinie. Miecz włożyłem za pas. Wyskoczyłem i znalazłem się w jakimś ciasnym, wilgotnym pomieszczeniu. Była to chyba studnia. Znów wdrapałem się na drabinę i wyszedłem na powietrze. Byłem koło jakiejś chatki. Zapadł już zmrok.

Musisz coś ze sobą zrobić. Jesteś cały brudny.

– Wiem. Muszę unikać ludzi i krasnoludów.

Prędko wskoczyłem w krzaki i znalazłem się na polu. Kukurydza była wysoka, więc nie było mnie widać. Nagle usłyszałem jakieś głosy za sobą.

– Wychodził tędy. Rzuć zaklęcie sprawdzające.

– Masz rację. Szedł w kierunku… pola. Biegiem!

Rzuciłem się do ucieczki. Przedzierałem się, zostawiając dość widoczny ślad za sobą. Nie słyszałem ich kroków, ale byli tak dobrze, wyszkoleni, że może potrafili biegać bezszelestnie. Nie wiedziałem, dokąd biegnę, nie wiedziałem czy ktoś biegnie za mną.

Padnij!

Świsnęły nade mną dwie strzały. Obróciłem się, jednocześnie rzucając zaklęcie porażenia. Skrytobójca chwycił się za głowę, upuszczając łuk i dwie strzały. Miotał się, aż w końcu wpadł na kamień. Podbiegłem do niego, by zobaczyć, kim jest. Był to człowiek.

W jego kieszeni jest eliksir. Weź go ze sobą.

Wyciągnąłem z małej kieszonki, flakon z rubinową substancją. Ostrożnie, włożyłem go do pazuchy kurtki. Nagle Dann krzyknął:

Już lecą!

Spojrzałem w górę i zobaczyłem pięć gryfów, a na nich magów Imperium…

– Ściga mnie Królestwo Ludzi?!

Dreth cz. 1

Dzień zaczynał się zwyczajnie. Jak zwykle wieśniacy o wschodzie słońca wyszli w pole, aby opiekować się swoim polem. Tak samo zaczynal dziń Dreth. Dreth mieszkał w wielodzietnej bo aż 8 dzietnej rodzinie. Razem z ojcem i 5 braćmi wyszli w pole. Każdy miał swój obowiazek do zrobienia, a potem mógł zająć się własnym kawałkiem rodzinnej ziemi. Było jej mało ale traktowali oni ją jako kieszonkowe. A więc gdy już zrobili wszystko na ziemi rodzinnej każdy poszedł do swojego kawałka ziemi. Każdy z synów miał pole o powierchni 50 arów. Dreth wszedł na swoje pole. Ogarnął je zwrokiem. Jego kawałek ziemi najszybciej wydawał plony. Może dlatego że pracował on w nim koło 6 godzin dziennie. Tam gdzie mieszkał nie było zimy i zboże rosło przez okrągły rok. Lecz Dreith już niedługo miał oddać swoje pole najmłodszemu bratu a sam zacząć polowac, ponieważ był najstarszym z braci a rodzinie czasami nie wystarczało na jedzenie w wiosce. Całe pole jego rodziny wynosiło aż 10 hektarów. Może to i mało ale wystarczyło by żyć w miare dostatnie. I prawda żyli oni dostatnie, ale dlaczego nie wystarczało im czasami na jedzenie? Ponieważ wioska mieściła się kilometr od gospodarstwa a kupowanie hurtowe było bardzo drogie więc Dreth musiał zacząc polować. Od roku ćwiczył się we władaniu łukiem. Gdy tak rozmyślał zobaczył łanie biegnącą w strone lasu. Kulała.

Upoluję ją to bedziemy mieć co jeść – pomyślał, po czym puścił się za nią biegiem. Zawsze miał przy sobie krótki nóż, który podarował mu ojciec na 15 urodziny. Przynajmniej raz mu się przyda. Bo około pięciu minutach biegu dogonił łanię. Nie było to trudne bo miała na prawde pochorataną nogę. Zanim jednak do niej dobiegł ona stanęla na środku polanki i zwróciła ku niemu swoją głowke.
Wiem że nie możesz mi pomóc, ale zabij mnie, ulżyj mojemu cierpieniu. – nagle zaszeptało mu w głowie. Chwilę po tym łania upadła na ziemie.
Hmm… dziwne. – powiedział do siebie po czym podszedł do łani i wziął ją na plecy by zanieśc ją do domu gdzie ją wypatroszą i podzielą na posiłki na około dwa tygodnie. Całą drogę powrotną myślał on o tym co się przed chwila wydarzyło. Co to był za głos? Cały czas nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Nagle usłyszał że cos sie poruszyło w krzakach za nim. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Znowu liscie zaszeleściły. Powoli położył łanie na ziemi i odwrócił się powoli. Zobaczył wk rzakach dwa jasne punkty.
Nie ruszaj się.
Kim jesteś?
Nie ważne jest ci to wiedzieć. Przynajmniej na razie. A teraz słuchaj. Jeżeli chcesz dojśc do wioski cało musisz zrobić to co ci teraz powiem. Nie możesz wrócić do domu nie ważne co usłyszysz i zobaczysz.
Co? O co ci chodzi. Jak mam cię usłuchac skoro nawet niewiem kim lub czym jestes?
A tak chociażby że wiem gdzie teraz jest twoja łania czego ty niestety nie możesz teraz powiedzieć.?
Jakto. Leży ona za mną położona na lewym boku.
Pewny jesteś? Jak tak to odwróć się i powiedz mi że się mylę
A więc dobrze. – powiedział po czym odwrócił się. Zamarł. Tam gdzie przed chwilą leżała martwa łania, była tylko lekko kołysząca się zielona trawa. – Gdzie ona jest? Co sie z nią stało? Kto ja zabrał? Przecież nie było tu nikogo a sama łania byla martwa!
No własnie. Jak to sie stało że nagle znikła? Wiesz chyba ci powiem. Ona nie była martwa. To była tylko chwilowa śmierć. Czyli stan mocno regeneracyjny. Widzisz, ta łania była częścią lasu, częscią mnie. A że las jest wieczny, niegdy nie wytniesz wszystkich drzew a nawet jak już ci sie uda to w ziemi znajdują się peski, ziarenka, które za pare lat zamienia się w drzewa. Tak samo jest ze wszystkimi zwięrzętami w lesie. Gdy serce im stanie padaja na ziemie i umierają lecz chwile potem mają już siły na to by wstac poniewaz cząstki lasu które w nich sa zaczynają pracować i pomagać sie zregenerować temu zwierzęciu. By na prawde je zabic musisz zabić je w stanie mocno regenarycyjnym. Czyli zabić wszystkie cześci lasu które w niej żyją. A można to osiągnąc tylko przez podpalenie, oraz rozerwanie na parę częsci tak aby krew razem z częsciami lasu całkowicie wypłynęła. Teraz rozumiesz co się stało z łanią?
-Ona ożyła wstała i poszła? To przecież niemożliwe! Jej noga była tak potwornie okaleczona!
Własnie na tym polega stan mocno regeneracyjny. Cząstki lasy zamieniają się w skóre i mieśnie aby w chwile zasklepić rane. A gdy masz ich na prawde dużo możesz robic bardzo potężne rzecze ze sobą…- mówiąc to punkty zaczęły powoli gasnąć aby po chwili w ogóle zniknąc. Dreth rzucił w krzaki i zaczął szukać źródła tych światełek. Niczego nie było.

Dziedzictwo

– Errmorze, słońce zaczyna zachodzić, musimy się pośpieszyć jeśli chcemy zdążyć!

Faliks tylko odburknął, wiedział bowiem jak niecierpliwy i męczący potrafi być jego młodszy brat. Nie lubił, gdy marudził, ale jeszcze bardziej nie mógł znieść niezadowolenia swojego ojca wynikającego z niedokończonej pracy, dlatego wolał dokończyć .  Pozyskiwanie drewna w Greenford było bardziej żmudną pracą niż się mogło wydawać, drzewa rosnące na tych ziemiach były wyjątkowo wytrzymałe i ścinanie ich wymagało nie lada siły.

– Dobra, to ostatnie… kiedyś zrozumiesz jak ważna jest ciężka praca bracie

Powiedziawszy, poszedł do stodoły odstawić narzędzie. Uśmiech zawitał na jego twarzy, kiedy ujrzał najmłodszego członka rodziny pędzącego wzdłuż lasu na wzgórze, nie czekając dłużej, ruszył za nim.

Kiedy obaj znaleźli się na miejscu, ułożyli się wygodnie na trawie pod błękitnym niebem… w okół słychać było tylko dźwięk szumiących drzew oraz śpiew ptaków. Obaj uwielbiali przebywać w tym miejscu nie tylko ze względu na harmonie jaka tu panowała…

– Już czas…

Rzekł Errmor kierując wzrok na zachodzące słońce. Chciał coś dodać, jednakże zamiar ten zatrzymał odgłos…

Śpiew Elfów, delikatne głosy rozlegały się od lasu Cafar, dźwięk tak słodki i piękny dla ucha młodzieńców, iż żaden nie chciał go zakłócić.