W świetle mroku

Spojrzała na zegarek. Co raz wcześniej zapadał zmrok. Wraz z nadejściem późnej jesieni dni stawały się co raz krótsze i teraz to wieczór był porą o której zamykała bibliotekę. Rozejrzała się po czytelni. Przy ostatnim stoliku w rzędzie przy oknie siedziała jej znajoma, Weronika. Aneta poprawiła wiszący na oparciu wygodnego, biurowego krzesła czarny sweter, po czym wstała zza biurka i podeszła do niej.

– Wera? – dziewczyna podniosła oczy znad książki i uśmiechnęła się.

– Musisz już zamykać?

– Niestety. Masz wolny wieczór? Wpadnij do mnie na kawę… – odpowiedziała Aneta.- Tak jakoś nie mam ochoty siedzieć dzisiaj w domu sama.

– Bardzo chętnie, ale nie mogę – posmutniała Wera. – Daniek zaprosił mnie na kolację… Czytaj dalej W świetle mroku

Irm 1 cz.2

-Hej, ho!- Padły radosne okrzyki z ust wampirów, które odrzuciły już, swe kaptury, ukazując Irm’owi olbrzymich rozmiarów, białe kły, które nie mieszcząc się w szczęce, spoczywały na dolnej wardze. Biała cera, kontrastowała, z czerwonymi, płonącymi oczyma, nadając całej twarzy, groźnego wyrazu. Przybysz, siedział pośród nich, zajadając się delicjami, jakie leżały na stole. W końcu, nie licząc ohydnej trawy i gnojówki, Jego żołądek nie odwiedził dzisiaj, żaden wartościowy posiłek. Mimo, iż wampiry okazały, się przyjaznymi i gościnnymi stworzeniami, odczuwał pewną obawę, siedząc pośród nich. Te wszystkie opowieści, o tym, że są seryjnymi mordercami, że wysysają krew swym ofiarom, oraz to, że potrafią przybrać postać nietoperza, nie wzięły się z pewnością z znikąd. Czytaj dalej Irm 1 cz.2

Irm 1 cz.1

Wraz z nastaniem świtu, Irm ocknął się z około ośmiogodzinnego snu. Ociężale zgramolił się z leża. Pierwsze promienie słońca przedostały się, przez szpary w ścianach, do Jego, jakże wykwintnej komnaty, która była zbudowana jedynie, z drewna i strzechy. W środku zaś znajdowały się, słomiane łóżko, krzywy, drewniany stolik, oraz nikomu nie potrzebny kawałek metalu. Pokój godny stanu szlacheckiego. Człowiek przyjrzał się owemu dobytkowi, nie mógł się zorientować, co tu robi. Przywdział leżącą obok łóżka zieloną tunikę, oraz skórzane spodnie. Podszedł do drzwi i otworzył je. Po całym pomieszczeniu rozległ się ogłuszający skrzyp, zardzewiałych zawiasów. Po izbie rozniósł się zapach nadchodzącej wiosny. Jego źródłem był naturalny nawóz, roznoszony właśnie przez rolnika na polu. Czytaj dalej Irm 1 cz.1

Narkoman II

Obudził się. Michał znów widział normalny dzień… Leżał tam, pod swoim oknem z kamienicy. Pomyślał że to jakiś żart, i gdy zasnął, ktoś go wyniósł i położył tutaj. Ah mam bujną wyobraźnię… Pomyślał. Ruszył w stronę pędzących samochodów, śpieszących się pieszych, z daleka krzyczących ludzi, z targu. Po chwili sobie wszystko przypomniał, narkotyki, czarne stworzenia, i upadek. Dziękował bogu że to nie jest jednak prawda. Myślał jak przeprosić boga i aniołów, w końcu teraz wierzył już w ich istnienie. Doszedł do chodnika, skręcił w lewo. Zamierzał zrobić coś dobrego. Dać resztę pieniędzy? Przepraszam, to by pomogło, ale nie chce później odbierać innym pieniędzy, żebrając. Pomyślał. Szukał innego sposobu na pomaganie. Wpadła na pomysł pójścia do pracy, i zarobić coś, a potem zacząć pomagać, a na razie będzie robił małe rzeczy, jak w telewizji. Czyli pomagał pomagać starszym osobom przechodzić przez ulice, pomagać ludziom wnosić różne rzeczy, lub coś w tym stylu. Wszedł na pasy i dalej rozmyślał. Muszę się poprawić, teraz widzę jakie jest życie, piękne, zaskakujące… Pogrążony w swych myślach nie zauważył samochodu. Starał się coś zrobić, odskoczyć, ale strach go sparaliżował. Samochód jechał jakby go tam nie był. Michał się odchylił i zasłonił twarz rękami. Usłyszał pisk opon. Przerażony otworzył oczy, które ze strachu miał bardzo zaciśnięte. Zobaczył trojący tuż przed nim samochód, rozejrzał się i ujrzał starszą panią za nim. Czytaj dalej Narkoman II

Mary Jane, cz. 1

Mary Jane jest postacią przedziwną. Legendy głoszą, że wyrosła z nasiona przywianego przez wiatr, jako jedna z wielu zwykłych roślin; jednak Matka Natura dostrzegła w niej coś więcej niż tylko chwasta, i tchnęła w nią część swej życiodajnej mocy. Gdy więc Mary podrosła nieco i nabrała świadomości, odkryła zachwycona, że w przeciwieństwie do innych roślin może odrywać swe korzenie od ziemi. Zaczęła więc tańczyć, a taniec jej obudził do życia leśne bóstwa; cały las dołączył się do tego przedziwnego hołdu składanego Matce Naturze przez jej Kapłankę. Każda żyjąca istota na swój sposób okazywała swoją radość i wdzięczność dla Niej za dar życia. Ptaki śpiewem, motyle trzepotem różnobarwnych skrzydeł. Drzewa szumiały kojąco, falując koronami; jelenie i sarny kłaniały się najpiękniej jak potrafiły, mrówki zaczęły wznosić na jej cześć wielki kopiec. Coraz więcej leśnych bóstw przybywało i każde z nich, chcąc w jakiś sposób zaznaczyć swą obecność, oddawało Mary Jane odrobinę swoich mocy. Matka Natura natomiast odpowiedziała zgromadzonym rozkosznym letnim wiaterkiem, który owiał polanę.

Pod wieczór, gdy magiczne rytuały dobiegły końca, a leśne stworzenia zapadły w spokojny sen, Mary Jane, przyjemnie zmęczona, zapuściła na powrót swe korzenie, chcąc odetchnąć w kojącym chłodzie Ziemi. Docierało do niej powoli, że została wybrana. Nie wiedziała jednak, co było jej misją. Była już jednak pewna, zresztą nigdy się nawet nie zawahała, że będzie służyć Naturze całym swoim życiem. Z tą właśnie myślą i uśmiechem na ustach Mary Jane w końcu zasnęła.

O świcie obudziły ją ciche pomruki. Gdy rozejrzała się wokół, dostrzegła młodego daniela, skulonego pod rosnącym nieopodal rozłożystym drzewem. Zaniepokojona podeszła bliżej i ze smutkiem zrozumiała powód jego nawoływań. Beztroski zwierzak podczas zabawy natrafił na zasadzkę. Ostre zęby kłusowniczych sideł zniewoliły boleśnie jego tylnią nogę. Rana krwawiła mocno i wciąż się powiększała, a daniel, pozbawiony sił i nadziei, ułożył się pod drzewem, oczekując nieuniknionego. Oprawca mógł nadejść w każdej chwili. Skoro mógł zastawić tak okrutną pułapkę na niewinne zwierzę, to do czego jeszcze był zdolny? Przez myśl Mary Jane przebiegły okropne scenariusze.

Nagle w jej głowie pojawiło się rozwiązanie. Kapłanka wiedziała doskonale co zrobić, jednak nie miała pojęcia, skąd. Zerwała kilka ziół, zeskrobała z drzewa kawałek żywicy i zawijając wszystko w rulonik kory, zdjęty z brzozowego pnia, wznieciła ogień u jednego z jego końców. Podała tlącą się mieszankę na wpół przytomnemu zwierzęciu. Gdy do jego płuc dostał się przyjemnie gryzący dym, zaczął odzyskiwać siły. Używając zdrowych nóg zaparł się i z niespotykaną łatwością wyślizgnął zranione kopytko z sideł. Rana powoli przestawała krwawić. Mary Jane obserwowała tylko, jak daniel dość zgrabnie się podniósł i lekko kulejąc oddalił się w stronę legowiska, by bezpiecznie powrócić do pełni sił.

Mary już wiedziała, że alchemia to jeden z darów ofiarowanych przez któreś z leśnych bóstw. Uśmiechnęła się do siebie, Natury i zdolności, których znaczenia i mocy nie była jeszcze w stanie pojąć.

Te same legendy podają, że parę dni później, o zmierzchu, nad niewielkim źródełkiem zagubionym gdzieś w czeluściach wciąż tego samego lasu, spotkały się trzy boginki. Źródła mówią, że były to opiekunki Wiatru, Ziemi i Zwierząt. Odziane w leśne paprocie zebrały się przy źródełku, by porozmawiać o dziwnej istocie imieniem Mary Jane, która od kilku dni krążyła po lesie, uzdrawiając napotkane zwierzęta. Po krótkiej wymianie zdań doszły do wniosku, że tak niesamowitego daru nie można zmarnować. Uzgodniły, że Mary Jane musi opuścić las i wyruszyć w drogę. Choć w niebezpiecznej krainie czyhało wiele pułapek, tak wiele istnień mogła przecież uratować! Udały się więc do wiekowego dębu, w którego koronie zwykła odpoczywać Matka Natura. Gdy dotarły na miejsce, akurat prowadziła zażartą dyskusję ze wschodzącym księżycem. Opiekunka Wiatru nieśmiało owiała majestatyczną postać swej władczyni, chcąc zwrócić jej uwagę. Matka Natura przeprosiła Księżyc i uśmiechnęła się zachęcająco do boginek. Gdy przedstawiły jej swój pomysł, zadumała się głęboko. Po chwili znów się uśmiechnęła, a one wiedziały już, że wzięła sprawy w swoje ręce…

Opowieść barda urwała się, a słuchacze po chwili usłyszeli ciche pochrapywanie. Wypity miód już wszystkim szumiał w głowach, nic więc dziwnego, że staruszek niespodziewanie postanowił się zdrzemnąć. Porozchodzili się po izbach, by ułożyć się do snu; mieli nadzieję, że jutro powrócą do historii Mary Jane.