Daniel i Esmeralda

„WSTĘP”
Nie wierzę, że znowu tu jestem. Wszystko wygląda zupełnie tak samo, jak trzynaście lat temu. Czy to nie jest najpiękniejsze w powrotach? Że wszystko wygląda tak samo… Te same meble, te same ściany, te same obrazki! Wciąż jeszcze czuję magię tego domu. A magii w tym domu jest mnóstwo!
Teraz mam dwadzieścia sześć lat i dwójkę dzieci – Adriana i Julkę. Moja dawna przyjaciółka Angélique z Francji została moją żoną. Co się dzieje z moją siostrą Lili? Tego dowiedzie się na końcu. Adrian i Julka często mnie o nią pytają. Myślę, że nadszedł czas, aby nasza historia ujrzała światło dzienne. Nazywam się Daniel i opowiem wam o czymś, co na zawsze odmieniło moje życie.
Ja i moja siostra, Lili, mieliśmy trzynaście lat, kiedy zmarła nasza babcia. Tata otrzymał od niej w spadku mały, ale za to bardzo piękny domek, położony wysoko w górach. Niektórzy odradzali nam tą przeprowadzkę mówiąc, że będziemy żyć odcięcie od świata. Wcale tak nie było. Mieliśmy telewizję, dostęp do Internetu, komórki i wszystko, co służyło do komunikacji. Jednak gdyby tego nie było, nie zwrócilibyśmy na to żadnej uwagi. Życie w górach płynęło całkiem inaczej: powoli i spokojnie. Jedyną wadą była droga do szkoły – bardzo długa i bardzo ciężka. Wtedy postanowiłem sobie, że gdy będę dorosły kupię sobie prywatny helikopter. Oczywiście tego postanowienie nie spełniłem, bo nie mam za co! Kto wie? Może kiedyś mi się uda.
Dla mnie i Lili cały dom był jedną wielką tajemnicą. Jeździliśmy my tam, co roku na wakacje, ale wciąż nie wiedzieliśmy, co się kryło w Tajemniczej Piwnicy, ponieważ była ona zamknięta na klucz, którego od wieków nikt nie widział. Z jednej strony cieszyliśmy się z tego, no mogliśmy przeżywać przygody, szukając zaginionego klucz, ale z drugiej… Ciągle korciło nas, aby tam zajrzeć. To tle, jeśli chodzi o wstęp.

Klątwa boga

Wstęp

 

Najsilniejsi zebrali się we wnętrzu Góry Grzmotów na morzu Kraniec. Wreszcie doszli do samego jej serca. Zmęczeni, zakrwawieni, ale szczęśliwi. Dowódcy armii, której już nie było.
Na początku podróży było ich dwunastu. Każdy z nich miał statek wojowników. Została jedynie trójka. Pozostali zginęli po drodze- dwa statki zniszczone przez potwory na morzu, większość podwładnych i trzech dowódców po drodze do Góry Grzmotów, reszta w samej górze.
Trzej doszli jednak do upragnionego skarbu. Mocy starożytnego boga boga. Jedynego ze starych bogów, który coś po sobie zostawił. Pozostali, gdy odchodzili zatarli wszelkie ślady. Ten zostawił morze pełne potworów i wyspę na samym jego środku, pełną demonów.
Bóg ten nie był potężny, ponieważ nie było podań o żadnych jego dokonaniach. Co jest dziwne, ze względu na to, że Bogowie pojawiali się zawsze tam gdzie hordy potępieńców, strachy i kataklizmy. O tym bogu została pamięć, że chodził, obserwował, ale nie działał. Dlatego zwano go Kronikarzem- Cichym Bogiem. Legendy mówiły o nim także, że nie był nienawidzony. To jedyny spośród Bogów który nie wsławił sie zsyłaniem na ludzi strasznych plag.
Do trójki należał wielki mag Xelon – przyszły przywódca gildii magii Imperium Avarth. Sam się tak tytułował. Faktycznie był najszybciej pnącym się w historii członkiem bractwa. Znany ze swych zdolności, ale głównie z pyszałkowatości. Inni twierdzili, że jego pycha go zgubi.
Wielka kapłanka Veami – silna w swojej wierze i potężna w swojej mocy. Nowi bogowie dzielili się swoimi siłami z wybranymi. Nie posiadali jednak takiej potęgi jak starożytni. Wywodzili się głównie z natury. Vaemi została wybrana, by sprowadzić cząstkę mocy starożytnych dla swoich bogów. Była młoda i piękna, jak wszystkie potężne kapłanki. Doznawały one błogosławieństwa pozwalającego cieszyć się młodym wyglądem i wigorem, aż do śmierci. Chociaż Veami i tak dobiegała zaledwie czterdziestki. Ciało jej wskazywało na niepełne dwadzieścia.
Ostatnim z trzech był Rhado – potężny wojownik, który zapisał się już w historii takimi czynami, jak samotną walką z czterdziestką mężczyzn. Którą to walkę wygrał. Jego siła pozwalająca podnieść byka i rzucić nim lub też wytrzymałość, dzięki której może biec ze stolicy do krańca imperium w zaledwie dwa dni były w imperium znane.

Czytaj dalej Klątwa boga

Obserwator

Wyobraź sobie wielką, latającą gałkę oczną obrośniętą dziesiątkami macek, każda zakończona osobnym okiem. Bod nią szeroka paszcza z ostrymi jak brzytwa zębiskami. Skórę ma twardszą niż dębowa kora, a szybki i zwinny  jak kot! Tak właśnie wygląda Obserwator. Istota pradawna, potężna i cholernie brzydka.  Każda z nich jest z natury zła, potrafi kusić potęgą, bogactwami… jej spojrzenie omamiło wielu! Oddali jej swe dusze, skuszeni obietnicami. Głupcy! Obserwator nie dba o ludzi, dla nich jesteśmy jak pluskwy, czasami użyteczne, przydajemy im się… ale jesteśmy tylko zwykłymi pluskwami! Wielu chciało ich pokonać, wizja bogactw i sławy kusi. Głupcy! Nikt, powtarzam nikt nie wygra w starciu z tymi potworami, ze tak powiem, oko w oko! Trzeba podstępu, sprytu i magii. Słyszycie? Magii!!! I to nie byle jakiej. Tylko zaklęta broń i potężne czary mogą je zranić. Nie zaskoczysz ich w nocy bo nigdy nie śpią, wyczuwają żywych na sto kroków a na magię reagują  jak ja na gołe kobitki! – spojrzał wymownie na gospodynie i rozmarzył się. Na twarzy wykwitł mu obleśny uśmiech. Po chwili odchrząknął i kontynuował. – Można jednak je oszukać. Wojownik może spróbować blokować ataki lub rozproszyć jego koncentracje. Albo oślepić! Wzrok to ich najmocniejszy i najsłabszy zarazem punkt. Pozbawiony wzroku straci swoją największą przewagę. Ale to nie takie proste, o nie. Czytaj dalej Obserwator

Kamień Przeznaczenia

Późne lato, morza pól oblanych złocistym zbożem i sady pełne jabłoni. Niedaleko studnia i bielony wapnem dom z kamienną podmurówką. Wewnątrz codzienna krzątanina i tłusta kucharka trzymająca pieczę nad wieczorną biesiadą. Powietrze przepełniają zapachy spod ciężkich pokryw wielkich garnków grzejących się na kaflowej kuchni oraz suszonych ziół zawieszonych nad powałą. Czarny kot siedzi wpatrując się wielkimi bursztynowymi oczami w dziewuchę szorującą brudne naczynia. Dziewczyna jest szara jak jej imię – Szae, ubrana w kołtun brudnych kosmyków i lnianą koszulę, jej bose stopy miarowo wystukują rytm o podłogę. Ma może 10-12 lat i zacięty, bystry błysk w oczach. Szae jest zawsze czujna, nigdy nie wiadomo skąd padnie kolejne polecenie, upomnienie czy dezaprobata powszechne jak deszcze w listopadzie. Półmrok zapada, niedługo kuchnia umilknie a każdy rozejdzie się do swojego kąta. Czas dokończyć powierzone obowiązki. Praca mija w monotonnym rytmie, przestrzeń pustoszeje. W miarę jak zapada cisza ruchy dziewczyny stają się bardziej nerwowe, impulsywne, w końcu Szae wybiega na ganek i dalej wzdłuż ścieżki na łąkę.
Znowu ten szum w mojej głowie, narasta, przechodzi w przytłumione szepty dochodzące jak zza ściany, odległe i niepokojące. Słyszę je znowu, słowa których nie rozpoznaję – jak brzęczenie komara nie mogę ich uciszyć ani zignorować, jedynym wyjściem pozostaje znaleźć ich źródło.
Głosy prowadzą dziewczynę w określonym kierunku, bosymi stopami wyczuwa ciepło ziemi, miękki dotyk trawy. Podąża za nią kot o złocistych oczach. Szum wewnątrz czaszki staje się przytłaczający, pozbawia sił, Szae kładzie się na ziemi i zamyka oczy. Palcami czesze przestrzeń dookoła, dotyka czegoś… W dłoni zaciska kamień pulsujący wewnętrznym ciepłem, szklista powierzchnia odbija refleksy zachodzącego słońca. W środku mgły walczą ze sobą, zmieniają barwy. Szae podnosi kamień i słucha.
Marrukahr…marukahr…
Usta dziewczyny układają się w dźwięk obcego języka, zaklęcia, które zmienia wszystko. Kamień przestaje pulsować, ukazuje pośród cieni kobietę o kruczoczarnych włosach przeplecionych srebrnymi pasmami, oczach granatowych jak burzowe niebo i tatuażach ciągnących się wzdłuż policzków i szyi. Postać wydaje się poruszać , mówić, jednak słów i gestów nie można zrozumieć. Wraz z ostatnim promieniem słońca wizja oddala się i zanika. Szae leży na trawie i wpatruje się w bezchmurne ciemne niebo, cieszy się z upragnionej ciszy przerywanej jedynie rytmem bijącego serca. Jeszcze kilka chwil a powróci do domu w którym żyje, do miejsca gdzie po raz kolejny zamknie na noc oczy. Może choć tej nocy odpoczynek przyjdzie szybko i nie przyniesie ze sobą proroczych snów, które nękały Szae odkąd tylko sięga pamięcią.

Irm 2

Wieczór. Słońce chyliło się już leniwie ku zachodowi. Zza pobliskiego wzniesienia, wyłoniła się postać Irm’a. Włóczęgi i poszukiwacza przygód z wyboru. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd opuścił miasto wampirów, zabierając stamtąd pełną sakwę pieniędzy, które otrzymał w darze, od ich przywódcy. Podróżnik, uszczuplił trochę jej sumę, kupując prowiant, w okolicznych gospodach, ale nadal była to kwota, której pozazdrościł by niejeden rzemieślnik. Irm rozejrzał się po horyzoncie. Nigdzie nie było widać śladu cywilizacji, nawet jednej małej chatki, nic. Tylko łąki, wysoka trawa i nieliczne samotne drzewa, zdobiły ubogi krajobraz:
-Czyli znów noc pod chmurką.- Wycedził cicho przez zęby. Poczuł nagle, dziwne szczypanie na dłoni. Spojrzał na nią i ujrzał, wstrętnego, małego komara, który właśnie, znalazł dogodne miejsce, do wbicia swego „ „ i teraz rozkoszował się, krwawą ucztą. Irm, szybko rozpłaszczył go drugą ręką i strzepnął szczątki, jakie po nim zostały. Tak! Do szczęścia brakowało mu tylko, chmary insektów, które w nocy, urządzą sobie na nim istny, „szwedzki stół”. Ale jakie miał wyjście? Iść dalej?

Czytaj dalej Irm 2