Irm 2

Wieczór. Słońce chyliło się już leniwie ku zachodowi. Zza pobliskiego wzniesienia, wyłoniła się postać Irm’a. Włóczęgi i poszukiwacza przygód z wyboru. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd opuścił miasto wampirów, zabierając stamtąd pełną sakwę pieniędzy, które otrzymał w darze, od ich przywódcy. Podróżnik, uszczuplił trochę jej sumę, kupując prowiant, w okolicznych gospodach, ale nadal była to kwota, której pozazdrościł by niejeden rzemieślnik. Irm rozejrzał się po horyzoncie. Nigdzie nie było widać śladu cywilizacji, nawet jednej małej chatki, nic. Tylko łąki, wysoka trawa i nieliczne samotne drzewa, zdobiły ubogi krajobraz:
-Czyli znów noc pod chmurką.- Wycedził cicho przez zęby. Poczuł nagle, dziwne szczypanie na dłoni. Spojrzał na nią i ujrzał, wstrętnego, małego komara, który właśnie, znalazł dogodne miejsce, do wbicia swego „ „ i teraz rozkoszował się, krwawą ucztą. Irm, szybko rozpłaszczył go drugą ręką i strzepnął szczątki, jakie po nim zostały. Tak! Do szczęścia brakowało mu tylko, chmary insektów, które w nocy, urządzą sobie na nim istny, „szwedzki stół”. Ale jakie miał wyjście? Iść dalej?

W nocy, na samotnych wędrowców, czekało wiele niebezpieczeństw, nie licząc bandytów i wilków, na których atak narażał się także w dzień. Mógł na przykład, zwiedzić dokładnie, jakąś wyschniętą studnię, albo… niewiadomo co jeszcze. Zdjął plecak, dając tym samym odpoczynek, zmęczonym i spoconym plecom. Wyjął z niego zrulowany koc, który rozłożył następnie na miękkiej trawie, wcześniej dokładnie sprawdzając, czy nie urządza sobie przypadkiem legowiska na jakimś mrowisku. W torbie zostało mu jeszcze pół bochenka chleba, trochę sera i ćwierć butelki mleka. Na dziś mu wystarczy, ale co z jutrzejszym porankiem? Pomyśli się jutro. Wypadało by teraz rozpalić ognisko, problem w tym, że nie miał krzemienia. Chyba go zgubił. Spanie bez rozpalonego ognia, było co najmniej niebezpieczne. Nie od dziś, przecież wiadomo, że zwierzęta boją się ognia. Musiał coś wymyślić. Na bezskutecznych rozmyślaniach zeszło mu do ciemnej nocy. Wtedy ujrzał czerwony punkcik, niedaleko Jego położenia. Na oko jakieś pół godziny piechotą. Po dłuższej obserwacji, uznał, że jest to ognisko. Więc zmierzch, którego tak się obawiał, przyniósł, ze sobą iskierkę nadziei. Może ktoś również, spędza samotną noc, na łonie natury, albo to… aż strach o tym pomyśleć, zbóje! Spakował swój koc do plecaka, zwijając go ponownie w rulon i ruszył w stronę płomyka. Zostając tu, na wzniesieniu nie ryzykował bardziej, niż idąc tam, do ogniska. Niebo było bezchmurne, liczne gwiazdki świeciły na nim jasno, tworząc przeróżne wzory. Niektóre prawdopodobnie, powtarzają się o określonych porach i nazwano je GWIAZDOZBIORAMI, ale to tylko plotki, które Irm usłyszał w jednej z karczm. Albo raczej podsłuchał. Rozmawiało o tym, dwóch mężczyzn, którzy nazywali się ASTRONOMAMI. Podobno ich nauki, są zakazane, ale nie zrozumiał przez kogo i dlaczego. Lubił słuchać takich ciekawostek. Raz spotkał, na swej drodze, dziwnego człowieczka. Był znacznie niższy od niego, jego cera była jakby… bardziej żółta, a oczy śmiesznie wąskie. Ubrany był w żółty, zdobiony habit, a na głowie spoczywał, w tym samym kolorze turban. Wyglądał prześmiesznie. Twierdził, że jest kupcem, który przybył z dalekiego wschodu. Mówił, że Jego naród wynalazł, wiele przedmiotów. Na przykład proch, atrament i inne takie. Ale kto by go słuchał? Irm ominął go szybko i ruszył dalej. Właśnie dotarł do ogniska. Było starannie, ukryte pośród wysokiej trawy. Na płaskim terenie nie dostrzegł by go. Podszedł najciszej jak umiał, i rozchylił lekko źdźbła. Ujrzał średniego rozmiaru ognisko, obok w śpiworach spało dwóch osobników. Przy jednym z nich leżał łuk, zaś przy drugim miecz. Nie zrażony bronią u ich boku, włóczykij, krzyknął wychodząc jednocześnie z ukrycia:
-Halo! Obudźcie się!
Dwoje ludzi wyskoczyło błyskawicznie, ze śpiworów, łapiąc za swoją broń. Byli to przedstawiciele płci męskiej. Wojownik, miał kruczoczarne, długie włosy spięte z tyłu w kucyk. Jego twarz była… ohydna. Liczne pryszcze, blizny, do tego to dzikie spojrzenie z niebieskich oczu. Wyglądał groźnie, zwłaszcza, gdy przystawił swój miecz do klatki piersiowej Irma. Łucznik, zaś był całkowitym przeciwieństwem swego kamrata. Krótkie, kręcone, blond włosy, gładka, czysta twarz, do tego to tajemnicze spojrzenie i uśmiech na twarzy. Nie wiadomo czy cieszył się, że ograbią kolejnego wędrowca, czy też, że udzielą mu schronienia. Tak czy siak, krótkowidz, mógłby go z łatwością pomylić z kobietą.
-Kim jesteś, co tu robisz, czego chcesz?- Zadał mu serię pytań, ten pierwszy. Głos miał mocno zachrypnięty, bardzo nieprzyjemny. Idealnie pasował do Jego wyglądu.
-Ja? Ja… nazywam się Irm. Poszukuję przygód, proszę o nocleg przy cieple ogniska.- Wypaplał. Mężczyźni spojrzeli na siebie, kiwnęli głowami i odłożyli swe bronie. Najwyraźniej wędrowiec, nie wydał im się niebezpieczny.
-Siadaj.- Ozwał się blondyn, wskazując dłonią miejsce przy ognisku. Jego głos był… normalny, nie dało się go ściślej opisać. Włóczykij pośpiesznie zajął wskazane mu miejsce i zaraz siedli po Jego obu stronach nieznajomi.
-Zwą mnie Mirol.- Rzekł wojownik, wystawiając dłoń.
-Mnie Loke.- Powiedział łucznik, również podając rękę Irm’owi. Ten uścisnął obie dłonie, poczynając od brzydszego osobnika.- Może coś zjesz?- Zaproponował blondyn. Brzydal spojrzał na niego kątem oka, jakby chcąc powiedzieć:- „Siedź cicho! Nie będę dzielił się jedzeniem z jakimś dziadygą, co pałęta się po nocy, po cudzych obozowiskach.”-
-Chętnie. Dziękuję. Odpowiedział zapytany. Loke wstał ze swojego miejsca, podszedł do torby, której wcześniej Irm nie zauważył i wyjął z niej, ćwierć bochna chleba i kawałek szynki. Podał je gościowi.
-Zjedz wszystko. My jedliśmy.
Więc problem jutrzejszego śniadania został rozwiązany. Naje się do syta ich kosztem, a jutro rano spałaszuje swoją porcję. Lepiej się dzień nie mógł potoczyć. Włóczykij, od razu zabrał się do konsumpcji.-Jeszcze się rozmyślą.-Powiedział w duchu. Wsłuchiwał się tym samym w historię mężczyzn, którą Ci zaczęli, niespodziewanie snuć. Opowiadali o tym, że pochodzą z małego miasta Hfogard, że trudnią się profesją gońców, że zmierzają do stolicy, oraz o tym, że ich podróż została znacznie opóźniona z powodu kradzieży koni. Ich słowa wydały się Irm’owi bardzo szczere i przekonujące. Posiedzieli tak ględząc o głupotach, aż w końcu nadszedł moment, gdy wreszcie położyli się do snu. Wtedy Mirol podał włóczykijowi, mały słoiczek, z białym proszkiem.
-Masz! Obsyp się tym delikatnie, a wtedy insekty, nie zakłócą twojego snu.
Posłuchał. Gdy obsypywał twarz, kilka ziarenek dostało się mu się do nozdrzy. Poczuł okropne zawroty głowy, potem nudności, aż wreszcie, opadł nieprzytomny na swój koc. Śniła mu się łąka. Zielona łąka, na której beztrosko hasały zające, zajadając żółty mniszek, porastający cały obszar. Gdzie nie gdzie przeobrażał się już w białe dmuchawce, bardzo popularne wśród najmłodszego pokolenia. Nagle, zza krzaka wyłonił się lis. Jego ruda sierść dumnie prezentowała się w południowym słońcu, a ogon kręcił się to jedną, to w drugą stronę, niczym ster okrętu. Stąpał delikatnie, bezszelestnie. Podszedł niespodziewanie do zająca, skoczył i… Wszystko znikło. Pojawiła się czerń, głęboka, bezkresna czerń spowiła horyzont. Nowa wizja. Tym razem ujrzał siebie, jak siedzi na tronie, odziany w kunsztowne gronostaje. Na Jego głowie dumnie prezentuje się złocista korona, w ręku trzyma berło wysadzane brylantami. Obok dwie służące, machają nad Jego głową wachlarzami, z pawich piór. Pod stopami, rozciąga się dywan złota. Dużo, dużo złota. Złota wciąż przybywa, przybywa, przybywa, aż w końcu, do sali tronowej, wpada dwóch zamaskowanych bandytów. Zwalają go z tronu, wprost na góry złota. Jeden z nich podnosi nad nim ostrze swego sztyletu i gwałtownie opuszcza. Słychać pisk kobiet, po którym znowu wszystko znika. Pojawił się kolejny obraz. Bardziej wyrazisty i realny od poprzednich. Leżał na swoim kocu, wschodzące słońce ogrzewało oziębione ciało, obok cienka smużka dymu, uciekała z dogasającego ogniska. Dopiero teraz doszło do niego, że obudził się. Tych dwóch już nie było, to samo tyczy się plecaka i sakwy Irma.
-Padalce! Jeszcze Was dorwę!- Krzyknął na całe gardło. A Jego słowa niosły się głuchym echem po okolicy, nie odnajdując jednak na swej drodze, osób do, których były zaadresowane. Rozzłoszczony mężczyzna, wziął pod pachę swój koc i ruszył w bliżej nieznanym sobie kierunku. Był zły i na nich i na siebie, że tak łatwo dał się omamić.-Posłańcy? Ta też mi coś. Proszek na insekty? Ech!