Irm 1 cz.2

-Hej, ho!- Padły radosne okrzyki z ust wampirów, które odrzuciły już, swe kaptury, ukazując Irm’owi olbrzymich rozmiarów, białe kły, które nie mieszcząc się w szczęce, spoczywały na dolnej wardze. Biała cera, kontrastowała, z czerwonymi, płonącymi oczyma, nadając całej twarzy, groźnego wyrazu. Przybysz, siedział pośród nich, zajadając się delicjami, jakie leżały na stole. W końcu, nie licząc ohydnej trawy i gnojówki, Jego żołądek nie odwiedził dzisiaj, żaden wartościowy posiłek. Mimo, iż wampiry okazały, się przyjaznymi i gościnnymi stworzeniami, odczuwał pewną obawę, siedząc pośród nich. Te wszystkie opowieści, o tym, że są seryjnymi mordercami, że wysysają krew swym ofiarom, oraz to, że potrafią przybrać postać nietoperza, nie wzięły się z pewnością z znikąd. Postanowił, czym prędzej, najeść się do syta i uciekać stąd, gdzie pieprz rośnie. W pewnym momencie, jeden z gospodarzy, siwy staruszek, o przygarbionej sylwetce i zmęczonej życiem twarzy, opierając się o lasce, wstał ze swego miejsca. Pomogło mu w tej czynności, dwoje dzieci-wampirów, najpewniej jego wnucząt. Wszyscy, natomiast przerwali posiłek i urwali w pół słowa rozmowy. Irm widząc, że coś się dzieje, też przestał jeść i skupił swój wzrok na mówcy. Ten nie śpieszył się jednak z przemową. Najpierw, jęknął cicho, podrapał się po biodrze, westchnął, wypił lampkę wina, którą, właśnie podał mu kelner i dopiero odezwał się, skrzekliwym, zmęczonym głosem:
-Moi drodzy! Gościmy dzisiaj przy naszym stole, przybysza, który odważył się zapuścić do naszego miasta, mimo krążących o nas pogłosek i legend. Rzadko ktoś nas odwiedza, ale zawsze wędrowiec nie wychodzi od nas z pustą sakwą i burczeniem w brzuchu.-Wyraźnie zaakcentował NIE.- Chcemy, aby ludzie nie patrzyli na nasz jak na swoich wrogów. Mamy, nadzieję, że nam pomożesz i będziesz głosił światu co Cię u nas spotkało. W podzięce, z góry zapłacimy ci 1000 sztuk złota.-Skinął głowa, na jednego z wnucząt, ten zwinnymi ruchami, wyjął z kieszeni, skórzany mieszek i podał go Irm’owi. Ten przyjął go i przesypał zawartość, do swojej sakwy, przypiętej do pasa, w której od dawna już nie leżały złote krążki. Widząc, że wampir usiadł, a wszyscy gapią się na niego wyłupiastymi oczami, powstał ze swego miejsca. Domyślił się, że teraz kolej na to, aż on podziękuje za gościnę, pieniądze, całą resztę, bla, bla, bla. Postanowił użyć bardziej oficjalnego tonu, a co? Niech nie myślą, że spotkali jakiegoś włóczęgę (To akurat był zły, przykład.)
-Kochani! -Zaczął.- Jest mi niezmiernie miło, jedząc i bawiąc się razem z Wami, dziękuję za okazaną mi szczodrość. Z pewnością, nie zapomnę reklamować tego miejsca, swoim rozmówcom. Jeszcze raz za wszystko serdecznie dziękuję.- Powinno wystarczyć.- Powiedział w myślach, i wystarczyło. Gdy usiadł wszystko wróciło do normy. Znowu, wszyscy, jedli i pili. Nawet pewien grubasek, siedzący, tuż obok niego, rozszalał się na dobre, a do tej pory, nie sprawiał wrażenia, duszy towarzystwa. Właśnie wgramolił się na stół, omal nie zwalając kufla z miodem Irm’owi. Był już w stanie nieważkości. Z początku coś mamrotał przez zęby, potem zaczął recytować balladę, w jakimś arabskim języku. Kilku kamratów, próbowało go ściągnąć na ziemię, ale próby spełzły na niczym. Ostatecznie grubas, zwymiotował, paskudząc wszystkie dania. Wszyscy wstali z miejsc, zaczynając krzątać się we wszystkie kierunki. Jedni, ściągali winowajcę, całej tej afery, inni zbierali naczynia ze stołów, rzucając przy tym resztki, bezdomnym psom. Jeszcze inni, po prostu stanęli obok, kontynuując rozmowy. Irm, wykorzystał zamieszanie, by wymsknąć się bez pożegnania. Ruszył dalej, poszukując przygód.