Irm 1 cz.1

Wraz z nastaniem świtu, Irm ocknął się z około ośmiogodzinnego snu. Ociężale zgramolił się z leża. Pierwsze promienie słońca przedostały się, przez szpary w ścianach, do Jego, jakże wykwintnej komnaty, która była zbudowana jedynie, z drewna i strzechy. W środku zaś znajdowały się, słomiane łóżko, krzywy, drewniany stolik, oraz nikomu nie potrzebny kawałek metalu. Pokój godny stanu szlacheckiego. Człowiek przyjrzał się owemu dobytkowi, nie mógł się zorientować, co tu robi. Przywdział leżącą obok łóżka zieloną tunikę, oraz skórzane spodnie. Podszedł do drzwi i otworzył je. Po całym pomieszczeniu rozległ się ogłuszający skrzyp, zardzewiałych zawiasów. Po izbie rozniósł się zapach nadchodzącej wiosny. Jego źródłem był naturalny nawóz, roznoszony właśnie przez rolnika na polu.
-Ach, wiosna!- Mruknął do siebie Irm, jednocześnie wykonując ruchy przypominające, poranne przeciąganie się.
Po jakże męczącej gimnastyce, postać wyłoniła się, z ciasnej chatki. Po rozejrzeniu się po okolicy, doszedł do wniosku, że znajduje się… dokładnie to sam nie wiedział co tu robi i skąd się wziął. Mimo tego iż wiele faktów pozostało niewyjaśnionych, postanowił ruszył w stronę rolnika, który właśnie rozrzucał z wozu, przyjemny zapach nadciągającej wiosny. Owy człowiek znajdował się zaledwie, kilka kroków, od miejsca Jego noclegu. Po kilku chwilach, znalazł się w bardzo bliskiej odległości, od wehikuł, przez co na Jego prawie nowy but, spadła bardzo nieprzyjemna w dotyku, kupka krowiego łajna.
-Czy byłby pan łaskaw, objaśnić mi gdzie ja się właściwie znajduje i co to za szopa? Acha i czyje to ubranie?
-Przecież panocku, wczoraj sami mnie prosiliście, abym użyczył Wam tej chałupy, twierdziliście, że jest urządzona po królewsku. Znajdujecie się na mojej farmie, kilka mil od miasta, którego nazwy nawet nie jestem w stanie wymówić. A ten oto strój, jest Wosz, mości panie. Czyżcie nic od wczoraj nie pamiętali?
-Nie
-A nie dziwie się Wam, bo jo i som nic nie pamiętom. Nawet Wos ledwo pamiętom. Motli mi się w mózgu jedynie to, że… wczoraj tarzaliście się w tym, co tero wioze.
-A to pocieszenie. No trudno, ruszam, jestem wielce rad za gościnę.
-Chwilecke. A zapłoci to kto?
-Ale ja nie mam pieniędzy.
-Jest na to sposób. Władujta się na wóz, bedzieta mi podawać nawóz.
Nie zastanawiając się wiele, zwłaszcza, że przed sobą miał uzbrojonego w widły wieśniaka, który z pewnością nie zawahałby się ich użyć, wdrapał się na wóz i posłusznie spełniał polecenia. Po chwili, całkowicie przesiąknął urodziwą wonią, odchodów. Miał dość, co mu ten rolnik może zrobić? Nawet go nie dogoni. Wziął do ręki, duży kawał lepkiej mazi i pacnął nią w farmera. Dodatkowo wyrwał mu z rąk narzędzie i popędził na zachód, skąd widać było zarys murów. Po kilku minutach szaleńczego biegu, zorientował się, że nie zaszczycił dzisiaj swego żołądka posiłkiem, nie licząc oczywiście kilku upadków w nawóz, przez co chcąc nie chcąc, wchłonął go w siebie. Obejrzał się. Mężczyzna zaprzestał pogoni. Irm oparł się o drzewo, był wycieńczony, potrzebował strawy. Zerknął pod nogi, stał na polanie, która obfitowała jedynie w źdźbła trawy. No cóż skoro krowy i króliki, żywią się w większości tym, czemu i on nie może? Po posiłku wyruszył dalej. Co krok mijał, kolejne pola uprawne. Nie miał jednak ochoty pytać się przebywających tam, czy mogą mu dokładniej opisać tę okolicę. Nie miał zamiaru, zafundować sobie kolejnej kąpieli, w krowich plackach. Po godzinie szybkiego marszu, dotarł do bram miasta. Z daleka miasto nie wyróżniało się niczym szczególnym, nie licząc licznych baszt. Przed wjazdem widniał napis: ”Źdohcw ein ut jeipel”, który z pewnością był trudny do wymówienia. Nie próbując nawet rozszyfrować hasła, Irm pewnym krokiem opuścił dzikie polany i znalazł się w pozornie bezpiecznym miejscu. Wszyscy mieszkańcy byli ubrani w czerń, nie można było dostrzec ich twarzy skrytych pod kapturem. Kilkoro z nich dostrzegło przybysza i otoczyło go. Teraz zobaczył ich oblicza. To wampiry. Potwory rzuciły się na niego, a z Jego gardła wyłonił się krzyk, po którym zapadła grobowa cisza.