Inicjacja

Śnieżnobiała, długa do kolan koszula z sięgającymi do łokci rękawami wręcz świeciła w ciemności. Ale nie miałem czasu się temu przyjrzeć, bo czarna, aksamitna przepaska została zawiązana na moich oczach.

W sieni Wielkiej Świątyni panował chłód, a materiał, z którego wykonano mój strój do grubych nie należał. Stałem bosy na kamiennych, czarno-białych płytach i marzłem.

Złapano mnie za rękę. Czułem, że na środkowym palcu jest pierścionek, ale na pewno nie małżeński. Musiał to być jeden z sygnetów z symbolem Rogatego Boga. Lekkie szarpniecie dało mi znak, że mam ruszyć. Ja i osoba wprowadzająca mnie do Świątyni szliśmy wolno, starając się dodać ceremonii majestatu.

Zatrzymaliśmy się, a ja wiedziałem, że muszę stać przed podwyższeniem, na którym stoi Tron Mistrza.

Byłem tam! Jeszcze chwila, a zostanę inicjowany, pomyślałem. Zdjęto mi z oczu czarną opaskę. Początkowo światło mnie oślepiło, ale oczy przywykły już po chwili.

Stałem jedna nogą na białej, drugą na czarnej płycie. Przede mną faktycznie było podwyższenie, było stopę wyższe, a kamień z którego je wykonano był biały. Przylegało do ceglanej ściany, na której zawieszono stary gobelin przedstawiający Adama i Ewe. Na podwyższeniu stało krzesło nazywane Tronem. Obicia z krwistoczerwonej skry. Na tronie zasiadał sam Mistrz. Na prawo i na lewo od tronu stoją wielkie, złote trójramienne świeczniki. W obu osadzono dwie białe świece po bokach i jedną czarną w środku. Świątynia nie ma okien, oświetla ją zawieszony na dwunastu łańcuchach żyrandol, ale nie elektryczny. Jest z żelaza i osadzonych w nim jest trzydzieści trzy świec. Wszystkie są białe.

Nie mogłem się powstrzymać, musiałem się obrócić. Za mną, po obu stronach drogi, którą przebyłem stały kamienne ławy. Dwanaście na prawo, dwanaście na lewo. Wszystkie z tego samego co podwyższenie kamienia. Na nich siedzieli Członkowie.

Ich szaty były w sześciu kolorach. Niebieskim, zielonym, złotym, szarym, czarnym, purpurowym. Wykonano je z cienkiego, połyskującego w świetle świec materiału, sięgały do kostek, nie miały rękawów, ani guzików, zakładało się je przez głowę, a stojąc w nich człowiek przypominał kolumnę.

To właśnie kolumny, obie białe, stały przy wrotach. Dwóch odźwiernych w zielonych szatach zamykało wrota.

Na lewo ode mnie, na ścianie wisiało lustro. Było zawieszone pięć stup nad podłoga, okrągłe, miało czarną, niczym nie ozdobioną ramę i średnice dwóch stóp. Lustro jest wiązane z księżycem i dlatego nadaje się mu kształt koła. Wiązane z księżycem więc z Potrójna, lub jak kto woli Wielka Boginią.

Na prawej ścianie nic nie wisiało. Za to na czerwonych cegiełkach widniały napisane kredą imiona wszystkich Mistrzyń i Mistrzów. W rogu, w miejscu, w którym ściana z imionami spotykała ścianę z tronem stał stół. Wiekowy mebel o prostokątnym blacie był przykryty krwistoczerwoną lniana tkanina. Na nim spoczywały Artefakty.

Usłyszałem przyciszony głos mówiąc:

– Odwróć się. Nie wypada.

Wykonałem polecenie. Zobaczyłem uśmiechającego się sardonicznie Mistrza, który jako jedyny poza mną miał białą szatę i jedną z Członkiń. Ubrana w purpurową szatę trzymała srebrny kielich. Na naczyniu wygrawerowano ludzką czaszkę, której puste oczodoły wpatrywały się we mnie.

– Wypij! – powiedziała. Następnie powtórzył to Mistrz i reszta członków:

– Wypij, wypij, wypij…

Wyciągnąłem ręce po puchar, a Członkini mi go podała. Zgodnie z odwieczną tradycją kobieta inicjuje mężczyznę, a mężczyzna kobietę. Odruchowo spojrzałem na Adama i Ewe, którzy dawno przestali być sobą. W Świątyni nie było nic co miało związek z judaizmem, czy chrześcijaństwem. Adam i Ewa z chwilą gdy ich tu zawieszono stali się Boginią i Bogiem, archetypami kobiecości i męskości.

– Wypij!

Przybliżyłem puchar do ust. Wino było cierpkie, ale musiałem wypić cały pełny kielich. Wypiłem. Oddałem puchar kobiecie w purpurze.

– Witaj wśród nas – usłyszałem.