I

1. GENEZA

         Więc wyjechaliśmy z tego parszywego miasta. Smog, hałas i milion ludzi zostało za nami. Przed nami rozciągała się równa jak stół droga i przestrzeń tak otwarta, że Chloe stwierdziła, że kreci się jej w głowie. To prawda, jesteśmy zatwardziałymi mieszczuchami, ale czas spróbować prawdziwej przygody!

 – Przejdź się po Bronx-e. To dopiero jest przygoda! – skwitował nasz wyjazd ojciec.

To oczywiście ojciec Chloe, mój tylko by się roześmiał i przez tydzień rozmyślał, gdzie popełnił błąd w moim wychowaniu. Ale „ukochany teść” nie odmawia sobie dwóch rzeczy: skrzyni rosyjskiej wódki w Święto Dziękczynienia i słownego sarkazmu.  To prawda, do cholery! że zabrałem mu córkę, ale mieszkamy na Central Park West, nie na Marsie, a to tylko pół godziny drogi od ich wspaniałego apartamentu przy Lenox Aveniue. Niestety. W każdym bądź razie, wspaniałomyślnie pożyczyli nam bagażnik samochodowy na dach, bo bez niego nie dalibyśmy rady się pozbierać, zwłaszcza, że Chloe postanowiła spakować pół domu i to w dodatku tego niepotrzebnego. Swoim rodzicom zostawiłem tylko wiadomość na sekretarce. Pewnie włóczą się po ośnieżonych szczytach Denver i ani myśleli nas uprzedzić. Chloe stwierdziła ze swoim stoickim spokojem:

  –  W końcu to ty jesteś ich dzieckiem. Nie muszą ci się tłumaczyć, czy, gdzie i kiedy jadą. Zresztą i tak by nas nie zabrali.

Kłótnia, jaka po tym wybuchła o dzień opóźniła nasz wyjazd. Chloe spędziła noc u swoich rodziców, a rankiem pojechałem po nią i bagażnik dachowy. Regina się do mnie nie odzywała, jak zawsze zresztą, za to „ukochany teść” nie mógł sobie odmówić słownego sarkazmu, skoro w pobliżu nie było skrzynki rosyjskiej wódki i Święta Dziękczynienia. Prawdę mówiąc, bałem się, że Chloe nie będzie chciała jechać. W porywie gniewu i głupoty pojechałbym pewnie sam i wrócił po dwóch godzinach, na kolanach błagając o przebaczenie. Moja matka miała rację, mówiąc, że mam geny ojca. Wszystkie jej rozwody były z jego powodu i prowokowane przez niego, chociaż ze sobą nie umieli wogóle żyć. Tak samo było teraz z nami. Chloe darowała mi tym razem, nie chciała skończyć jak moja matka, ale musiałem się pilnować.

  –  Jeżeli ten wyjazd nie wypali, pójdziemy do poradni. Nie rozwiążemy problemu sami. Nie damy rady. – powiedziała moja żona, pakując ostatnią walizkę.

            Mój szef posunął się dalej. Był typowym szefem i wyglądał jak typowy szef. Chloe żartowała, że nieśmiertelny zielony garnitur, w jakim nieustannie chodził, jest przyszyty do jego ciała. W każdym bądź razie to jego włosy były przyszywane i wyglądały wyjątkowo sztucznie, nawet jak na image typowego szefa. Więc zawołał mnie przyjacielskim gestem do swojego biura, w ostatni dzień pracy. Zaczął, a jego małe oczka tylko przebiegle błyskały spoza okularów:

 – Jedziesz na wakacje po Ameryce? Świetnie! Gdzie dokładnie? Bo jeśli przypadkiem przejeżdżalibyście przez Toledo, albo Mineapolis, to może zajrzałbyś do naszych tamtejszych placówek. Wiesz jak to jest. Przysyłają niedorzeczne raporty, które w ogóle nie pokrywają się z ich rzeczywistymi transakcjami. Urwanie głowy przez to mam. Stary chce mnie zeżreć! Wysyłałem im już listy, ponaglenia, dzwonię codziennie, ale normalnie mnie olewają i spławiają. No co ja mam robić? Kota nie ma, myszy harcują, jak to się mówi. Więc przydałby się ktoś, kto ich postraszy. Wiesz, pozór malej kontrolki… naprawdę straszne bzdury wypisują w tych raportach. Zresztą, wiesz dobrze jak cenię twoją pracę. Ile już u nas pracujesz? I idzie ci świetnie! Kto wie, może kiedyś zajmiesz ten gabinet. A na razie…

Gdy Bert brał oddech, wtrąciłem szybko:

 – Mamy zamiar omijać duże miasta. Chcemy odludzia, spokoju, prawdziwej przygody. Mówiłem już o spokoju?

Szef uśmiechnął się domyślnie i zmrużył oczy:

 – Kryzys małżeński, co? – powiedział i znowu wpadł w słowotok – Przechodziliśmy to samo z Barbarą. To był straszny okres, ale poszliśmy do dobrej poradni. Co prawda kosztowała mnie fortunę! Kiedy przysłali rachunek, omal się nie rozpłakałem, ale to lepsze niż utrata majątku, prawda? Przed ślubem podpisaliśmy intercyzę, byłem zakochany, cóż poradzić! Mogę ci dać adres tej poradni, jeszcze gdzieś go mam… – pogrzebał w papierach, zawalających biurko, nie przestając przy tym gadać:

 – Zaraz, zaraz! Przecież wam nie będzie potrzebna jakaś tam poradnia! Wy jedziecie na wycieczkę! No proszę. Każdy wie, że baby uwielbiają nastrój: księżyc, ogień, gwiazdy, sex na kamieniach. A jak w dodatku zarżniesz jakąś wiewiórkę, same rzucają się w ramiona. Nieźle to sobie wymyśliłeś, stary draniu! Po co wydawać tysiąc dolarów tygodniowo na faceta, który truje ci o porozumieniu z matką w okresie życia płodowego, albo każe ci zmienić charakter pisma, żeby lepiej zrozumieć rolę kobiet w nowożytnym świecie. Kogo to obchodzi?! No, ale nieźle, nieźle. Żebyś jeszcze w pracy miał równie błyskotliwe pomysły. Ale wiesz, to się nawet dobrze składa, że będziecie omijać duże miasta. Właśnie odebrałem fax, że w Wichita mają jakieś problemy…

I tak przez godzinę! Z trudem powstrzymałem się przed wbiciem mu osikowego kołka w szefowskie serce. Cóż, mam typowego szefa – idiotę. Oczywiście wykręciłem się od odwiedzenie Wichita, czy innej zapadłej dziury. Co prawda właśnie po zapadłych dziurach mieliśmy zamiar się włóczyć, ale nie w celach służbowych. Nie dla wygodnictwa i sknerstwa Berta! Chloe miała trochę mniej szczęścia. Jej szef – taki sam palant – polecił jej słuchać wszystkich wiejskich radiostacji i wyłapywać talenty, szukać świeżej krwi. Tak między Bogiem, a prawdą, ona naprawdę lubi swoją pracę, więc czasem sama nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi. Z tego też powodu, przez cały czas słuchaliśmy rodzimych stacji radiowych, ku przerażeniu naszego akumulatora. Miało to też dobre strony – nie musieliśmy rozmawiać. Było nam trudno się porozumieć bez krzyku i trzaskania drzwiami, poza tym baliśmy się, że odkryjemy prawdę: że nic tak naprawdę nas nie łączy. I tak sobie jechaliśmy, słuchając ryku wiejskich DJ – ów, wydzierających się i puszczających okropną muzykę country. Dopóki nie znaleźliśmy się w Kentucky.

2. SZALONY KERR

            Przestrzeń była cudowna. Świeże powietrze, prawdziwy kurz i króliki. Przypominało mi to trochę pustynię w Australii. Ten cudowny bezmiar, pustka i cisza, przez całe mile ani jednego samochodu, domu, człowieka, tylko twarz ukochanej żony. Tak, kochałem Chloe do szaleństwa, zawsze tak będzie. Pewnie dlatego popełniałem tyle głupstw, nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby mi ją odebrać, więc ranię ją i krzywdzę, karzę za moje własne lęki. To nie jest normalne, wiem, to nie jest zdrowe. Nie potrafię jednak inaczej. Czy ten wyjazd coś zmieni? – zadawałem sobie pytanie i… szczerze wątpiłem. Mimo to jechaliśmy w stronę zachodzącego słońca. Było cudownie, gorąco i pusto. Chciałem, żeby tak trwało zawsze, żeby takie poczucie wewnętrznej harmonii i spokoju nigdy nas nie opuszczało. Pragnąłem chronić Chloe przede mną samym. Moja matka miała rację, mówiąc mi w dniu ślubu:

 – Pamiętaj, że pierwsze sześć lat to sielanka. Potem przychodzi nuda i rutyna. Ona drażni ciebie, a ty ją. Nie możecie ze sobą wytrzymać, nie możecie na siebie patrzeć, nie rozmawiacie ze sobą inaczej, jak tylko krzykiem. Rzucacie talerzami i solniczkami. Po jeszcze kilku takich latach, dochodzicie do wniosku, że oprócz dzieci, nic was nie łączy. Ona coraz częściej rozmawia z matką, a ty zaczynasz się oglądać za pół nagimi nastolatkami… to nieuchronne, synu.

I co z tego, że była po kilku głębszych? Zawsze uważałem matkę za mędrca. Gdybym wierzył w reinkarnację, powiedziałbym, że to kolejne wcielenie jakiegoś Sokratesa. Tak, czy inaczej, moja matka miała rację. I trzy rozwody za sobą. W ostateczności, jakieś trzy lata temu wróciła do swojego pierwszego męża, czyli mojego ojca. Wydają się szczęśliwi, mimo tych wszystkich kłótni, wzywania policji, bijatyk w sądzie i tym podobnych ekscesów. Czy mój związek z Chloe mógł być wobec tego normalny?

 – Zobaczymy, czy twoja matka będzie szczęśliwa, gdy z Denver wróci jako wdowa. – stwierdziła Chloe, wyrzucając przez okno kolejny niedopałek. Wkurzyło mnie to jeszcze bardziej, niż jej słowa, ale tylko wydąłem wargi i pogłośniłem radio. Właśnie jakiś tutejszy DJ produkował się na antenie. Gustem odzywek i sposobem mówienia nie odbiegał od reszty swych kolegów po fachu z tej części galaktyki i poczułem się naprawdę skonsternowany.

 – Idiotyczne! – powiedziałem, sięgając do pokrętła, żeby zmienić stację.

Nie spodziewałem się gdzie indziej usłyszeć czegoś innego, ale miałem nadzieję na złapanie ogólnokrajowej stacji, nadającej chociaż jako tako normalną muzykę. Przynajmniej jakieś znane zespoły, a nie te, nagrywające w stodole, przeboje o krowach, co mało mleka dają. Jednak Chloe złapała mnie za rękę.

 – Chcesz tego słuchać? – zdziwiłem się.

 – To nawet ciekawe. – stwierdziła – Posłuchaj.

 – Zadzwoniła do nas Laura z czerwonego pontiaka SX. Lauro, masz nam coś do powiedzenia, czy tak?

 – Tak. – zabrzmiał głos, zniekształcony przez telefon komórkowy – Cześć wszystkim i tobie, Kerr.

 – Miła jesteś, ale teraz podziel się ze słuchaczami swoją uwagą.

 – Cóż, wydaje mi się, że nasz „Główny Bohater” jest autostopowiczem.

 – Dlaczego tak sądzisz, Lauro? – głos DJ-a był niski, poważny, męski, właśnie taki, jaki w radiu najbardziej się słuchaczkom podoba.

 – Pewnie jego dziewczyna. – parsknąłem i natychmiast zostałem uciszony przez Chloe.

 – Cóż… – dobiegało z radia – Na tym odludziu to chyba idealny sposób na znalezienie ofiary. Tak mi się wydaje.

 – Dziękujemy ci, Lauro, za cenną informację…

 – Mam rację? Mam?

DJ się roześmiał. Jego głos przeszedł w denerwujący, żartobliwy dyszkant:

 – Nie mogę zaprzeczyć, nie mogę tym bardziej przyznać racji. Ale powiem wam jedno: uważajcie, kogo spotykacie na swojej drodze. Czy ufacie swoim przyjaciołom? Rodzinie? Windziarzowi? Monterowi kablówki??? Strzeżcie się! – zagrzmiał głosem kaznodziei – Nie znacie dnia, ani godziny, w której możecie zostać wypatroszeni. Każdy może być naszym „Głównym Bohaterem” , każdy, powtarzam! A teraz słowo od sponsora naszej zabawy… – niespodziewanie zmienił ton głosu.

 – Wiesz, o co tu chodzi? – spojrzałem na Chloe – Zrozumiałaś coś z tego bełkotu?

 – Posłuchamy, przekonamy się. Co ci zależy? I tak nie mamy, o czym rozmawiać. – odparła i odwróciła głowę do okna, żeby na mnie nie patrzeć.

Wiem, że jestem kretynem, szowinistą i nie szanuję jej pracy. Ale czy można szanować kogoś, kto dla dużej, ogólnokrajowej rozgłośni poszukuje „świeżej krwi”? Żeby chociaż była kierowniczką działu, ale nie! zarabia podle i katuje męża, zmuszając go do słuchania debilów. Szkoda, że nie zabrałem słuchawek…

            Ciszę przerwał głos z radia:

 – Tu wasz szalony Kerr i jego szalona audycja w radiu W SPEED 94 FM: „Zawsze jesteśmy blisko was” przypomnę tym, którzy być może słuchają nas od niedawna, że bawimy się tutaj w bohaterów, większych niż ci od Pustynnej Burzy. Nasza zabawa ma kryptonim: „Złapać psychopatę” i polega na… złapaniu psychopaty! Strzeżcie się, uważajcie! Nie znacie miejsca, ani godziny, w której zaatakuje! Dzięki naszej ślicznej Laurze z czerwonego pontiaka, wiemy, że nasz „Główny Bohater” może podawać się za autostopowicza. Ale na której drodze? Na którym skrzyżowaniu?? O, Boże! A jeśli to ten miły pan, którego zabraliśmy pięć minut temu?? Wyyyyysiadka!! Niestety, oprócz tego, że jest niesamowicie niebezpieczny, tak niebezpieczny, jak skrzyżowanie zmutowanego grzechotnika z teściową Billy’ego, naszego realizatora i tego, że jest autostopowiczem – o, nie! – nic o nim nie wiemy. – przeszedł na niski, seksowny głos – Dlatego prosimy was o jak najwięcej informacji, którymi moglibyśmy się podzielić z resztą wystraszonych słuchaczy. Nasza zabawa trwa. Zwycięzca zgarnia całą forsę, a jest tego niemało! Zwycięzca, czyli ten, kto przeżyje. Mam nadzieję, że nie będzie to psychopata. – na koniec rzucił jeszcze kilka gładkich hasełek, numer telefonu do studia i zmiksował to wszystko z najróżniejszymi dźwiękami, jakie tylko przyszły mu do głowy. Jednym słowem: badziewie.

 – Rzeczywiście szalony Kerr. – podsumowała Chloe, zapisując jego numer telefonu.

 – Po co ci to? – zapytałem.

 – Nie uważasz, że to całkiem ciekawe? Świetny pomysł na przyciągnięcie słuchaczy. Trzeba go oczywiście trochę wygładzić, ale poza tym, to rewelacja. Założę się, że jeśli ten pomysł wypali, zainteresuje się nim jakaś większa stacja.

 – Niech zgadnę: NY-LINE? – nie mogła przeoczyć sarkazmu w moim głosie, ale tylko się roześmiała, notując coś.

 – Potrzebują wciąż nowych wariatów. – mruknąłem – Jeszcze nie uruchomili taśmowej produkcji.

To również Chloe przyjęła śmiechem. Zapaliła kolejnego papierosa, chowając notatnik do schowka. Zazdrościłem jej tego, że lubiła swoją pracę. Ale fakt, że nie musiała odwiedzać Wichita, czy jakiegoś innego Roswell. To wkurzało mnie podwójnie. Ja przez całe dnie siedziałem w ciasnym biurze, bez okna i klimatyzacji, podobnym raczej do schowka na szczotki, niż biura zastępcy kierownika działu. Ona wychodziła na służbowe lunche, kolacje, śniadania. Spotykała się z ludźmi, jadła desery i nie tyła. Wracała do domu i jeszcze miała siły na sprzątanie, igraszki i tak dalej, podczas gdy ja zwalałem się bezwładnie na łóżko i natychmiast zasypiałem. Nienawidziłem swojej pracy i nienawidziłem, że Chloe uwielbia swoją. Ale to przecież za mało na motyw.

3. AUTOSTOPOWICZ

            Przejechaliśmy kilka mil. Zrobiło się zupełnie ciemno. Nie odzywaliśmy się do siebie, nawet szalony Kerr poszedł na kawę, zostawiając nieprzerwaną muzykę. Musiałem przyznać, że ma dobry gust. Mimo to nie lubiłem go i nie podobała mi się ta cała zabawa. Oczywiście Chloe nie podzielała moich uczuć i uśmiechała się do siebie, paląc papierosa za papierosem. Właściwie nie pamiętam, kiedy zaczęła palić. Pewnego dnia po prostu zobaczyłem ją z papierosem i tak już zostało. Nie pochwalałem tego nałogu, sam nigdy nie wziąłem peta do ust, ale skoro nie mieliśmy dzieci i nie zanosiło się na to, że Chloe zaszła w ciążę, nic nie mówiłem. Zresztą, gdyby nawet wiedział, że mi to przeszkadza, i tak nic by nie zrobiła. Dręczyliśmy się nawzajem.

Mrok gęstniał, było duszno i zanosiło się na burzę. Jeden za drugim króliki uciekały spod kół. Naprawdę czułem się jak w Australii. Spędziłem tam cudowne lata, potem wróciłem i ożeniłem się. Czy żałowałem, że stamtąd wyjechałem? Może trochę… Wtedy reflektory wozu wyłoniły z mroku postać człowieka. Szedł powoli prawym poboczem i kiedy mieliśmy go wyminąć, wyciągnął w górę kciuk. Pomyślałem, że to niezły fart i, że mógłbym utrzeć trochę nosa mojej wszystkowiedzącej małżonce. Zacząłem zwalniać.

 – Co ty robisz? – przeniosła na mnie spojrzenie swych ciemnych oczu o kształcie migdałów.

 – Nie pomożesz bliźniemu? – odparłem, wycofując wóz.

 – Zwariowałeś! – wybuchła.

 – Boisz się, że to ON? – roześmiałem się – Zresztą, to tylko gra, przecież nas nie zabije. Najwyżej obleje czymś czerwonym i wypadniemy.

Nie wydawała się przekonana, ale jej oczy rozbłysły. Zawsze lubiła się bawić na całego, więc przewidziałem, co powie. A powiedziała:

 – Nie żal ci nagrody?

            Nasz psychopata był młodym, może osiemnastoletnim, drobnym chłopcem w okularach, jeansach, jeansowej kurtce, narzuconej na oliwkową bluzę z kapturem. Na lewym policzku, pod okiem miał pieprzyk. Zapamiętałem to wszystko, na wypadek, gdyby szalony Kerr zaprosił nas do swojego szalonego programu. Zapowiadało się ciekawie. Chłopak nazywał się Jason Downing i jakieś trzy mile przed nami zepsuł mu się samochód. Poprosił nas o pomoc. Faktycznie, gdy przejechaliśmy trzy mile, z mroku pobocza wynurzył się kanciasty kształt różowego „krążownika szos”. Na nasze zdziwione spojrzenia, Jason odparł ze wstydem:

 – Należy do mojej matki. Nie było niczego lepszego pod ręką.

I streścił nam opowieść o swoim starszym bracie i ojcu, którzy pojechali szarą furgonetką GMC na targ do Paducah. On pokłócił się z matką, co wyznał ze skruchą i wstydem, zabrał jej samochód, a gdy pełen żalu wracał do domu, stary grat się zepsuł. Wszystkie te szczegóły zapamiętałem w wiadomym celu. Tak, czy inaczej, kiedy zajrzałem pod maskę, okazało się, że Chloe musi pożyczyć Jasonowi swoje rajstopy.

 – To pasek klinowy. – powiedziałem na pozór spokojnie, ale w środku aż mnie duma skręcała, że mogę się pochwalić znajomością mechaniki. Opłacało się w dzieciństwie składać modele, które matka wyrzucała przy każdej nadarzającej się okazji.

 – Raz dwa załatwimy sprawę i do najbliższej stacji jakoś dojedziesz.

 – O, dzięki. – odetchnął z ulgą „psychopata”.

Pomyślałem, że teraz powinien wyciągnąć siekierę z obcisłych jeansów i zacząć mnie gonić dookoła cadillaca mamusi. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

 – Jesteście z miasta? – zagadnął.

 – Tak, z Nowego Yorku. – odparłem, montując rajstopy.

Jason oparł się o bok samochodu i przypatrywał się moim wysiłkom ze znudzeniem.

 – Byłem tam u ciotki zeszłego lata. Nie mieszka wprawdzie w centrum, ale to przecież mało ważne, prawda?

 – Jak ci się podobało? – znajdowałem przyjemność w rozmowie z człowiekiem. Od kilku dni było z tym różnie, a kłótnie i odszczekiwanie się Chloe już mnie znudziło. Bawiłem się też świetnie, słuchając paplaniny chłopaka i jego akcentu. Czekałem też na tę siekierę.

 – Co? – spytał, już nie pamiętając, o czym była mowa. Pomyślałem, że to przednie.

 – Nowy York, jak ci się podobał?

 – Aaa! Cóż… dość hałaśliwy, ale laski niczego sobie.

W roztargnieniu skinąłem głową. Jason przyjrzał się Chloe, oświetlonej reflektorami, wpół wychylonej z okna.

 – To pańska żona? – spytał.

 – Tak. – odparłem krótko.

 – Ładna. Wybraliście się na wycieczkę? Pewnie chcecie odpocząć od tego hałasu i w ogóle…

            Że też ja zawsze muszę trafić na gadułę. Sam lubię czasem popaplać, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto jest w tym lepszy ode mnie. Gadanina Jasona, jego cienki głos, doprowadzały mnie powoli do złości. Ostatecznie też przekonałem się, że to nie jest wynajęty do straszenia ludzi psychopata. Poczułem rozczarowanie, a w takiej sytuacji nie było sensu dłużej zawracać sobie głowy chłopakiem. Szybko zamontowałem rajstopy z najlepszej, markowej lycry, warte słone pieniądze.

 – Jak wam się odwdzięczyć? – zapytał naiwnie Jason, gdy wycierałem ręce.

 – Och, drobiazg! Nie ma o czym mówić. – odparłem, rzucając okiem na złą, rozczarowaną Chloe. Nigdy nie lubiła niczego pożyczać, nie ważne, czy chodziło o szklankę cukru, rajstopy, czy milion dolarów, którego zresztą i tak nie mieliśmy. Właśnie włączył się szalony Kerr, więc – chcąc mnie rozzłościć – pogłośniła.

 – Też go słuchacie? – ucieszył się Jason – Jest świetny, nie?

 – Hej, frajerzy! To znowu wasz ulubiony program w ulubionej stacji: W SPEED 94 FM: „Zawsze jesteśmy blisko was”. Przypominam, że po waszych drogach grasuje morderczy psychopata, skrzyżowanie najjadowitszego węża z teściową Billy’ego. Przepraszam pani Waterspoon, ale już nie możemy wytrzymać jego płaczu. Błagam, w imieniu całego zespołu, błagam! Niech się pani wreszcie od nich wyprowadzi! A tymczasem do rzeczy. Nasza nagroda nadal cieszy moje oczy, czyżby więc nasz „Główny Bohater” wygrywał? Ludzie, co z wami? Nie śpijcie! Nie dajcie się zarzynać jak prosięta! I strzeżcie się! Nie wiadomo, czy ten miły chłopak, któremu właśnie pomagacie, nie okaże się naszym gagatkiem. Strzeżcie się, nie ufajcie nikomu…

Czy muszę mówić, że poczułem ciarki na plecach? Oboje z Chloe spojrzeliśmy na Jasona, a on tylko się roześmiał.

 – Mówię wam! – powiedział z przekonaniem – Ten facet jest Bogiem!

 – Znasz go? – już nie pamiętam, które z nas zadało to pytanie.

 – Wszyscy w miasteczku go znają. – powiedział ze wzruszeniem ramion. Odpowiadał w taki sposób, jakbym to ja mówił, że Kevin Spacey jest moim najlepszym kumplem.

 – W miasteczku? – zainteresowała się Chloe. Oczywiście, wiedziałem dlaczego.

 – W Thaedcreeck. Tam właśnie mieszkam i tam jest rozgłośnia. Mówię wam, co tydzień urządzają jakieś rewie. Jest super!

 – Może tam zajrzymy. – pomyślała na głos Chloe.

 – Koniecznie! Zapraszam. A teraz już pojadę, bo mama będzie się martwić. Dzięki wam za pomoc i powodzenia. – już odchodził, ale jeszcze się obejrzał, zmrużył oczy.

 – Strzeżcie się! – powiedział, naśladując glos szalonego Kerr’a i śmiejąc się wsiadł do cadillaca. Odjechał z piskiem opon, wzniecając tuman kurzu.

4. KŁÓTNIA

             – No to masz swojego psychopatę! – napadła na mnie Chloe, rzucając brudną ścierkę na tylne siedzenie. Wsiadłem do wozu, odpaliłem silnik i równocześnie dawałem upust swej niczym nieuzasadnionej złości.

 – Założę się, że w ogóle nie ma żadnego psychopaty, a facet zgrywa się na antenie, że mieszczuchy, które wyjechały akurat na wakacje, robią pod siebie ze strachu na widok każdego cienia. I wiesz co? zawsze uważałem, że tego typu zabawy, ukryte kamery i tym podobne, oduczają ludzi pomagania sobie nawzajem. boimy się śmieszności, wiec przestajemy ufać mikrofalówkom w supermarketach i krzesłom w restauracjach, no i innym ludziom przede wszystkim. To paskudne! Mój ojciec zawsze mawiał, że dłoń wyciągnięta w stronę drugiego człowieka, nigdy nie zostanie odgryziona!

 – Pod warunkiem, że to nie wilk w owczej skórze. – stwierdziła wszystkowiedząca Chloe – Skończyłeś?

 – Tak! – odparłem urażony, że moje merytoryczno-filozoficzne wywody zostały zagłuszone przez hipokryzje i zły gust.

 – To dobrze, bo chcę tego posłuchać.

 – Witaj, Marc. – dobiegło z radia – Chcesz się z nami czymś podzielić, prawda?

 – Tak, cześć wszystkim i tobie Kerr. Świetna audycja! Wielki szacun!…

 – Dzięki, Marc, ale do rzeczy. Naszych bezbronnych słuchaczy na pewno interesuje, co masz do powiedzenia.

 – Tak. Więc widziałem tego twojego psychola, Kerr.

Na moment zapadła – grobowa – powiedziałbym, cisza. Nawet przez moment  pomyślałem, że coś jest nie tak z radiem, ale szalony DJ jakoś się pozbierał i wymamrotał nieco niepewnie:

 – Serio? I co?

 – Widzisz! – zawołałem tryumfalnie – Widzisz, jak zgłupiał! Nie spodziewał się takiej wpadki!

 – Cicho bądź! – krzyknęła na mnie Chloe co przyjąłem ze zdziwieniem i strachem. Nie żebym się bał własnej żony, ale zachowywała się co najmniej dziwnie. Przesadzała.

 – Laura miała rację. – kontynuował tajemniczy Marc – Nasz „Główny Bohater” jest autostopowiczem. Ostatnio, czyli jakieś dziesięć minut temu, widziałem jak wsiadał do brązowego mercedesa combi, na drodze numer 65.

Szalony Kerr zdążył już całkowicie dojść do siebie i przyłączył się do gry słuchacza, a może jego brata, albo najlepszego kumpla. Znając najmroczniejsze arkana zawodu mojej żony, wiedziałem, że wszystko było możliwe, lecz z całą pewnością nie było prawdą.

 – Bardzo źle! Czyżby ktoś nie słuchał naszych ostrzeżeń? A może wręcz przeciwnie, mamy nowego gracza? Kimkolwiek jesteś i, czy jeszcze jesteś, dodaję ci trzy dolce do nagrody, za odwagę. Słuchaj, Marc, możesz nam podać jakieś szczegóły?

 – Prawdę mówiąc niewiele mogłem zauważyć, ale wydaje mi się, że był to duży, napakowany gość w czarnym, długim płaszczu. Miał bardzo jasne, może tlenione włosy. Jego twarzy nie widziałem.

 – Więc to nie nasz Jason. – udałem rozczarowanie i w pewnym sensie byłem rozczarowany.

 – Gdyby to był Jason, nas już by nie było.

Zdziwiły mnie te słowa mojej zacnej małżonki. Przecież to tylko zabawa, gra szalonego DJ-a, który próbuje rozruszać znudzonych pracą na roli wieśniaków.

 – Przecież to tylko zabawa. – powiedziałem głośno – Nie traktujesz tego zbyt poważnie?

Spojrzała na mnie jak na bezrozumne dziecko.

 – To jest poważna sprawa. – odparła niewzruszenie – Sądzisz, ze zadaliby sobie tyle trudu dla jakiejś tam zabawy? To przede wszystkim rozrywka dla nich. A pamiętasz naszą akcję w zeszłe lato?

 – To było co innego! – zaprzeczyłem.

 – Dzięki audycjom Davida złapali seryjnego mordercę, który brał udział w naszej „zabawie”!

 – A wy go zwolniliście i biedak musiał wracać do tego swojego zapyziałego Ohio.

            Szczerze mówiąc nieźle mnie ubawiła tamta sprawa. Dla Chloe to był koszmar niespełnienia. To ona kierowała całą akcją i David był pod jej nadzorem. Tymczasem okazało się, że audycja – i owszem – ma rekordową słuchalność, ale głównie wśród poważnych świrów, takich jak na przykład Tony Edwards. I nie obyło się bez policji i FBI. Kariera Chloe wisiała na włosku, ale w rezultacie postanowili zrezygnować z Szalonego Davida.

 – Pamiętaj, Chloe, żeby tym razem nie było tak samo. – ostrzegłem ją, pełen dobrej woli.

 – Nie będzie, nie martw się! – odburknęła i odwróciła twarz w stronę ciemnego okna.

            Ćmy rozbijały się o szybę samochodu, spod kół uciekały króliki. Nikt nas nie mijał i było idealnie cicho. To znaczy – byłoby idealnie cicho – gdyby nie radio, ryczące o krowach i jakiejś cycatej Patsy.

 – Ale bzdura! – powiedziałem z pogardą.

 – Racja. – stwierdziła Chloe, zapalając kolejnego papierosa.

W swojej torbie miała cały karton mocnych, śmierdzących Camelów. Zresztą, paliła tylko wtedy, gdy była wściekła. Na tą podróż bardzo dobrze się zaopatrzyła. Właściwie dlaczego zgodziła się jechać, skoro i tak było wiadomo, że nie potrafimy się normalnie porozumiewać?

 – Ty nigdy nie oglądasz horrorów, nie wiesz do czego są zdolni tacy, jak oni.

 – O czym ty mówisz, Chloe? – zawołałem pełen zaskoczenia – Jacy oni? Co za oni?!

 – Wieśniacy! A kto?

 – Przesadzasz! – machnąłem ręką, chociaż musiałem przyznać, że moje myśli po części wyglądały tak samo. Nagle coś przyszło mi do głowy, uśmiechnąłem się chytrze.

 – A może to ty jesteś psychopatą, co, Chloe? Kiedy cię zwerbowali? Długo znasz szalonego Kerr’a? A może z nim sypiasz, gdy wyjeżdżam na delegacje?

 – Przestań! – zdenerwowała się na serio, co nie zdarzało się często. Zawsze taka zimna, wyrachowana, taka opanowana i twarda jak skała, zadziwiała mnie swoją delikatnością, którą próbowała ukryć, nawet przede mną. Może dlatego ją tak traktowałem. Nie ufała mi, czasem odnosiłem wrażenie, że traktuje jak wroga, który dybie na jej posadę i… sam już nie wiem. W naszym postępowaniu nie było za grosz logiki, za grosz zdrowego rozsądku. Wychowani w twardym świecie walki szczurów, nie ufający nikomu prócz siebie, byliśmy typowym małżeństwem, które niszczy się nawzajem. kiedyś było inaczej. Byliśmy młodzi, zakochani, mieliśmy ideały, które jeszcze nie spotkały się z rzeczywistością. Nie, nie chcę nikogo obwiniać za nasze nieszczęścia i zimne wyrachowanie, z jakim zadawaliśmy sobie te wszystkie rany. Ale ja naprawdę chciałem przerwać wreszcie to błędne koło. Chciałem i nie mogłem, nie potrafiłem.

 – A jak mam mówić? – i mnie puściły nerwy – Zachowujesz się jak pieprzona fanka „Z Archiwum X”. Dość tego! – trzasnąłem w wyłącznik; Roy Orbison zamilkł w pół słowa. Zobaczyłem utkwione w sobie, sarkastyczne spojrzenie Chloe. Nigdy tak na mnie nie patrzyła i wiedziałem, że zachowuję się jak ostatni kretyn. Równocześnie poczułem złość, tępe ukłucie lodu w sercu, że kobieta, która powinna mnie wspierać, stać przy moim boku w zdrowiu i w chorobie, nie ma dla mnie za grosz szacunku.

 – Mieliśmy sobie wszystko wyjaśnić. – powiedziała cicho i takim tonem, że poczułem się nieswojo.

 – Właśnie to robimy. – odparłem z niechęcią.

 – Nie, my tylko znowu krzyczymy. Co się z nami stało?

 – Mamy swoje problemy, frustracje, które wywlekamy i traktujemy, jako tarcze…

 – A powinniśmy się nimi dzielić, pomagać sobie nawzajem, nie krzyczeć. Przecież to niczyja wina, że żyjemy w szalonym świecie, który jest, jaki jest. Nie zmienimy go, ale możemy zmienić siebie.

 – W jakim poradniku to wyczytałaś? – zakpiłem.  Takie zwroty, prosto od psychologa na mnie nie działały. A my już się zmieniliśmy, niestety na gorsze.

 – Z tobą nie można normalnie rozmawiać. – pokręciła głową – Jesteś grubiański, chamowaty i już sama nie wiem, dlaczego za ciebie wyszłam. Możesz mi przypomnieć?

W jej głosie też była kpina. Milczałem złowrogo. Rosła we mnie jakaś chmura, czarny, burzowy obłok, pełen piorunu i gradu. Pomyślałem, że to się może źle skończyć, jeżeli Chloe nie przestanie gadać. Prawie nie widziałem drogi przed sobą, białe linie migały mi przed oczami, znikały, to znowu się pojawiały. Nic do mnie nie docierało, oprócz pełnych sarkazmu i ukrytego gniewu, słów żony. Gdyby wtedy na drodze pojawiła się jakaś istota, albo samochód, pewnie nie obyłoby się bez wypadku.

 – Nigdy mnie nie słuchałeś. Nigdy nie pocieszałeś, nawet gdy widziałeś, że cierpię. Nie byłeś dla mnie oparciem i warownią, nie byłeś kimś, na kogo mogłabym liczyć. Pamiętasz sprawę z Davidem? Oczywiście sam ją wywlokłeś! Bardzo wtedy potrzebowałam przyjaciela, którym ty nigdy dla mnie nie byłeś, nie byłeś nawet mężem. Te twoje ciągłe delegacje, wyjazdy, służbowe przyjęcia i szkolenia! Ile razy ty mnie już zdradziłeś, co?

 –  A ty? – spytałem ponuro.

 – Nie! tego mi nie wmówisz. Możesz twierdzić, że moja praca jest mało ważna, że nic dla ciebie nie znaczy, jak się męczę, żeby pogodzić role szefa, gospodyni domowej i twojej żony. Zawsze mam wyglądać kwitnąco, żebyś się mógł chwalić przed kolegami, jaką to masz szprychę! Dość tego, masz rację!

 – Przestań! – ostrzegłem.

 – Bo co?! co mi zrobisz? A może ułożyłeś sobie w tej twojej małej główce biurokraty zbrodnię doskonałą? Chcesz mnie zabić na tym pustkowiu?

 – Oszalałaś do reszty.

 – Myślisz, że nie wiem o twoich skokach w bok?! Razem z nią to wszystko wymyśliliście??!!

 – Chloe, nie mam pojęcia, o czym mówisz. – siliłem się na spokój.

W rzeczywistości podejrzenia Chloe mnie rozbawiły. Nigdy nie miałem kochanki, choć nie brakowało okazji, które inni moi koledzy wykorzystywali z premedytacją. Ale matka zawsze mi radziła, żeby w takich wypadkach nie tłumaczyć się za wszelką cenę i nie próbować przekonywać. Żona zawsze wszystko wie lepiej.

 – A ja mam ci wypomnieć twoją drogę do kariery? – spytałem zaczepnie, zapominając o drugiej części maminej rady. Chloe pobladła z oburzenia, jej oczy zwęziły się do wielkości małych, podłużnych szparek.

5. POJEDNANIE

            I wiedziałem, że przesadziłem. Chciałem szybko i sprawnie naprawić niefortunną odzywkę, więc powiedziałem, gładko wprowadzając samochód w zakręt:

 – Zostawmy to zresztą. To nie ma sensu, Chloe. Nic nam nie da załamywanie rąk, przerzucanie winy. Po prostu musimy próbować ze sobą wytrzymać.

 – Taka jest twoja recepta na nasze problemy małżeńskie?

 – A masz lepszą?

Zapadło milczenie, po chwili odezwała się Chloe:

 – Nie wyobrażam sobie bez ciebie życia.

            Spojrzałem na nią. Patrzyła przed siebie, z kamienną miną, jakby wyciosaną w marmurze twarzą. Była taka piękna. Kiedy szła ulicą: wyprostowana, dumna jak grecka bogini, wszyscy się za nią oglądali. Emanowała wdziękiem i pięknem, błyszczała wśród najgorszej nowojorskiej jesieni. Dlaczego zgodziła się poślubić potomka biednych emigrantów ze Wschodniej Europy?

 – Kocham cię, Chloe. – powiedziałem – Nie chcę cię stracić, wybacz mi.

Po jej opalonym policzku spłynęła łza, duże wargi zadrżały lekko, nie utraciła jednak pozy bogini. Wręcz przeciwnie, była jeszcze piękniejsza. Zrobiło mi się żal. Chmura gniewu, która we mnie rosła, zniknęła zupełnie, a moje serce roztopiło się jak śnieg na wiosnę. Czy mogłem ją dłużej dręczyć? Nie mogłem!

            O szyby zaczął uderzać drobny deszcz. Burzowe chmury, które poprzednio zbierały się nad horyzontem, rozpłynęły się po naszych szybach.  Wyciągnąłem dłoń i potarłem policzek Chloe. Patrzyła nadal przed siebie, nieporuszona i kamienna. Nagle przytuliła się do mojego ramienia, jak mała dziewczynka, zapadła się we mnie i pocałowała w policzek. Nie mogłem jej odtrącić, więc jedną ręką prowadziłem samochód, drugą objąłem ją mocno. Jej włosy miały zapach i smak winogron – smak i zapach powietrza na południu Włoch. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie, tak wyglądałoby mój niebo, gdybym kiedyś tam trafił. Może to brzmi banalnie, ale w tej chwili cały świat był niebem, nie było kłótni, nienawiści, cynicznego niszczenia własnego szczęścia.

 – Więc zgoda? – spytałem cicho, czując, że obejmuje mnie fala podniecenia. Wypatrywałem miejsca, w którym możnaby zatrzymać wóz i wziąć Chloe w ramiona.

 – Zgoda. – odparła, przytulona do mnie, obejmując rękami moje biodra.

 – Koniec z oskarżeniami, krzykiem i płaczem. Koniec z wyprowadzaniem z równowagi i poszukiwaniem psychopatów, dobrze?

Poczułem, że skinęła głową,  ale było to mało zobowiązujące. Nie zauważyłem tego jednak, pochłonięty zupełnie innymi myślami. Właśnie miałem skręcić na pobocze, gdy Chloe niespodziewanie i zupełnie bez ostrzeżenia wróciła do przepisowej pozycji na swoim fotelu i sięgnęła do schowka. Wyjęła stamtąd mapę samochodową, którą ze zmarszczką na czole zaczęła przeglądać.

 – Co ty robisz? – spytałem, pełen zdumienia.

 – Szukam Thaedcreeck. – odpowiedziała i włączyła radio.

6. DROGA NO 65

            Wielka tablica z numerem trasy wynurzyła się z mroku. Litery bielą kłuły oczy, przyzwyczajone do ciemności. Zieleń planszy wydała mi się wyjątkowo głęboka i widoczna. Pomyślałem, że pewnie pomalowano ją jakimś specjalnym rodzajem farby. Kilka metrów dalej było skrzyżowanie. Cztery jednakowe wstęgi przecinały się pod kątem prostym, biegnąc w cztery strony świata – jednakowo równo, jednakowo prosto i jednakowo pusto. No, może niezupełnie, bo w pewnym momencie wyprzedził nas srebrny kabriolet o pięknej, sportowej linii. Zatrąbił przyjaźnie i pomknął w ciemność. Przez chwilę jego tylne światła błyszczały w mroku jak ślepia demona. Wreszcie zniknęły za niewysokim wzgórzem, połknięte przez noc.

            Do Chloe się nie odzywałem. Byłem zły, że zepsuła taki romantyczny nastrój. Ale skoro szukanie jakiejś wiochy było dla niej przyjemniejsze, jej strata! Pomyślałem, że dobrze by było zatrzymać się gdzieś na postój, przeczekać noc i rankiem ruszyć dalej. Nie byłem specjalnie zmęczony, orzeźwiające powietrze, jakie przyniósł deszcz, napełniło mnie siłą. Po prostu czułem znudzenie, nie miałem już ochoty na ciągłą jazdę przez te same krajobrazy.

 – Na tej mapie nie ma Thaedcreeck. – podsumowała Chloe, wyłączając lampkę. Zapaliła za to papierosa i z namysłem patrzyła przed siebie. Byłem nawet zadowolony z takiego stany rzeczy, powiedziałem jednak na pozór obojętnie:

 – Pewnie to tylko parę domów, rozrzuconych po okolicy. Kartografowie nie chcieli sobie zawracać głowy.

 – I jest tam rozgłośnia, nieźle działająca, mająca sponsorów na niezłe nagrody, zabawy w łapanie psychopatów i pensje dla zespołu. Zresztą, musi ich ktoś słuchać, nie tylko kierowcy! – wyraziła wątpliwości Chloe – Do dupy ta twoja mapa! – wydęła wargi.

 – Tylko nie moja! – zawołałem urażony – Nie moja! Taką kupiłem, zresztą bez specjalnej potrzeby. Jeśli natrafimy na jakieś miasteczko, zatrzymamy się, a jak nie, to…

 – Upolujesz wiewiórkę, tak?

Skąd, do diabła, przyszła jej do głowy ta wiewiórka?!

 – Skoro tak ci zależy. – sięgnąłem do schowka – Poczytaj sobie mapę tatusia. Tylko uważaj! Jest z pięćdziesiątego ósmego, tata mnie zabije, gdy się dowie, że mu ją zwędziłem.

Rzuciłem na kolana Chloe kolorową płachtę. Rozwinęła ją z niechętnym ociąganiem, znowu zapaliła lampkę i pochyliła się nad żyłami dróg.

 – I co? – spytałem po chwili.

Niespecjalnie mnie to obchodziło, ale chciałem się wykazać dobrą wolą. Jeśli ta sprawa miała ją prześladować przez resztę drogi, wolałem jej pomóc i mieć spokój. Kiedy wyjedziemy z Kentucky, będzie za późno, zdawałem sobie sprawę i Chloe będzie mi suszyła głowę przez resztę życia. Ale moja żona nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle wychylił się przed nami ciemny kształt samochodu. Był to mercedes combi, brązowy metalik, ale tak zakurzony, że ledwie to poznałem. Stał opuszczony na poboczu i jakby złowrogi, jakby kpiący z tej pustelni, reflektorami wycelowany w ciemny, pochmurny step.

 – Może coś się stało? – powiedziała Chloe.

 – Pasek klinowy? – uśmiechnąłem się – Zobaczymy? – zaproponowałem.

Równocześnie zacząłem zwalniać, ale Chloe złapała mnie za rękę i krzyknęła z prawdziwym przerażeniem:

 – Nie!

 – Spokojnie. – powiedziałem jej – Co z tobą?

 – Mam złe przeczucie.

Staliśmy na środku drogi, jakieś dziesięć stóp od mercedesa. Musiało to głupio wyglądać. Przemknęła mi wtedy myśl, że kierowca wyszedłby nam pomachać i przywołać. Ale wokół nie było żywej duszy. Zaniepokoiłem się, ale nie tak jak Chloe. Ona wręcz wpadła w histerię, gdy zacząłem cofać.

 – Nie rób tego, proszę cię. – mówiła.

 – Przestań.

 – Ktoś inny może im pomóc. Czy to zawsze musisz być ty?!

 – Przestań!

 – Na miłość boską! O tym samochodzie mówili w radiu!!

            Zatrzymałem się przed złowrogim mercedesem. Wokół ciemno i pusto. Mrok jakby zgęstniał, ale wtedy nie chciałem tego dostrzec. Wahałem się przez chwilę, potem otworzyłem drzwiczki. Chciałem udowodnić mojej wszystkowiedzącej małżonce, że to tylko głupia zabawa. Najwyżej z auta wyskoczy jakiś dzieciak i poleje mnie keczupem. Podszedłem do samochodu, zawołałem w przestrzeń:

 – Halo? Jest tam kto?

nikt nie odpowiedział, więc zajrzałem do wnętrza. Szyba była zaparowana, niewiele mogłem dostrzec, tylko jakieś kształty stłoczone na tylnym siedzeniu.

 – Długa wycieczka. – mruknąłem do siebie, obrzucając spojrzeniem nasz zapchany gratami samochód. Chloe patrzyła na moje poczynania rozszerzonymi strachem oczami. „Dobrze ci tak!” – pomyślałem, nie bez złośliwości wspominając histerię, jaką wywołały audycje szalonego Davida. Jeszcze rozejrzałem się po polu, zanim spróbowałem otworzyć drzwi od strony kierowcy. Nie były zamknięte, więc ustąpiły, a na moje nogi upadł jakiś przedmiot. Zanim uzmysłowiłem sobie, co to takiego, doszedł mnie krzyk Chloe. Odruchowo odskoczyłem od rozprutego mercedesa, z którego wnętrza wystawało sztywne, potwornie okaleczone ciało. Przez chwilę łudziłem się jeszcze, że to manekiny, ale to złudzenie szybko się rozwiało. Już wiedziałem, co to za kształty spoczywały na tylnym siedzeniu i chwyciły mnie torsje. Przemogłem się jednak i odszedłem do mercedesa. W jego rozparzonym, emanującym odorem wnętrzu spoczywały cztery ciała: ojca, matki i dwójki dzieci. Jedno mogło mieć nie więcej niż cztery lata, drugie – zdaje się chłopiec – najwyżej dziesięć. Miały rozczłonkowane ciała, obcięte nosy i uszy, oczy patrzące jakby do wewnątrz. Lecz w porównaniu z rodzicami wyglądały naprawdę lepiej. Mężczyzna miał rozpruty brzuch, a wnętrzności leżały pod kierownicą; również rozczłonkowane ciało, ucięty nos, wyłupione oczy, ucięte uszy i skórę zdjętą z całej czaszki wraz z włosami. Kobieta też tak wyglądała, miała tylko paznokcie wyrwane z ciała i położone na desce rozdzielczej przed „oczami” mężczyzny. Nigdy nie zapomnę tych wielkich szponów, zadbanych i pomalowanych na krwistą czerwień. Dużo później – już na rozprawie – dowiedziałem się, że ci ludzie mieli także obcięte języki, a wnętrzności kobiety upchnięto do schowka.

 – Mówiłam ci! – szeptała Chloe, płacząc i histerycznie przyciskając dłonie do twarzy – Mówiłam ci, że to nie zabawa.

Spojrzałem na nią, jakbym ją ujrzał pierwszy raz w życiu. Wydało mi się to tak dalece niepojęte, tak niemożliwe! Sądziłem, że to jakiś koszmar, przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę! Z trudem wróciłem do samochodu i usiadłem na swoim miejscu. Chloe nadal płakała.

 – Jedźmy stąd! – powiedziała nagle.

Drgnąłem, jakbym się obudził. Szybko doszedłem do siebie, wziąłem się w garść i postanowiłem działać.

 – Tak! Musimy zawiadomić policję!

Zatrzasnąłem drzwi, zapaliłem silnik. Ostatni raz spojrzałem na mercedesa i zwłoki wysuwające się z otwartego samochodu. Niczego nie dotykałem, nawet nie dlatego, że pamiętałem zalecenia policji, po prostu nie mógłbym znieść widoku krwi na swoich rękach. Chloe patrzyła na mnie gorączkowo, nie bardzo rozumiejąc moje zamiary.

 – Gdzie jest najbliższe miasteczko? Musimy tam dojechać i zawiadomić kogoś.

 – Najbliżej? – wymamrotała.

 – Weź się w garść, kobieto i daj mi tę mapę! Najbliżej będzie pewnie to przeklęte Thaedcreeck. Trudno! Będą mieli tego swojego psychopatę! Już ja im urządzę proces!

            Chloe się nie sprzeciwiła. Siedziała z dziwnie martwym wyrazem twarzy, jakby ze sobą walczyła, ale i tak bezsilnie poddawała się biegowi wydarzeń. Ja tymczasem, jedną ręką kierowałem, drugą rozkładałem mapę, pomagając sobie zębami. Rzeczywiście, jakieś dwadzieścia minut jazdy przed nami było miasteczko szalonego Kerr’a, zaznaczone na mapie z pięćdziesiątego ósmego roku. Pełen gorączkowych myśli i domysłów, nie zauważyłem, co robi Chloe. Ona tymczasem włączyła radio.

 – Tak więc jedziemy sobie wspólnie: wy w wygodnych, metalowych trumnach, ja w waszych radioodbiornikach. Gdzieś po drodze czyha być może nasz „Główny Bohater”, który jest coraz bliżej. Już wiecie, że nie ma z nim żartów. Już wiecie, że czas działa na waszą niekorzyść, że droga i noc to wasi wrogowie, sprzymierzeńcy tajemniczego, mrocznego autostopowicza z białymi włosami. Możecie uciekać, ale się nie skryjecie; on odnajdzie was wszędzie, bo jego imię to Śmierć… – niespodziewanie zmienił ton – Tu wasz szalony Kerr i ulubiona stacja W SPEED 94 FM „Zawsze jesteśmy blisko was!” Przypominam, że na zwycięzcę naszej zabawy czeka w studiu niemała sumka pieniędzy, którą z kolei wyskrobał wspaniałomyślnie Sam Graham. Przy okazji: dzięki, Sam! Tymczasem nasz „aniołeczek” zbiera żniwo. Mamy najświeższe wiadomości prosto z trasy 65. Słucham cię, Cloud, jesteś na antenie.

 – Cześć, Kerr.

 – Powiedz nam, skąd jesteś?

 – Tak ogólnie? Z Di we Francji. Pisze się Die. – dodał.

Kerr roześmiał się szczerze ubawiony, powiedział:

 – To bardzo ciekawe i chętnie posłuchalibyśmy czegoś więcej o twoich rodzinnych stronach. Niestety nie mamy tyle czasu, a naszych słuchaczy interesują zupełnie inne sprawy.

 – Słucham twojej audycji, odkąd wjechałem do Kentucky i uważam, że jest świetna. U nas ludzie boją się indywidualizmu i nowości.

 – We Francji?! Niemożliwe!

 – A jednak.

 – No, ale do rzeczy, Claud. Interesują nas twoje namiary.

 – Oczywiście. Więc jadę sobie drogą 65 na północ. Jakiś czas temu mijałem samochód na poboczu. Brązowy mercedes combi…

 – Zatrzymałeś się?

 – Żartujesz!

 – Tak właśnie pomyślałem…

 – Czy rozmawiałbym z tobą, gdybym się zatrzymał? Ale po drodze mijałem jakiegoś frajera w bordowej toyocie corolla i coś mi się wydaje, że się zatrzymał.

 – Nie chciałeś zaryzykować, Cloud? Czemu? Nie kręci cię forsa? 50 tysiaków zielonych może się przydać na drobne wydatki w Las Vegas.

Teraz dało się słyszeć francuski śmiech Clouda. Odpowiedział:

 – Od drobnych wydatków mam bankomaty. Rodzice dobrze o mnie zadbali. Natomiast sprawa honoru umarła na starym kontynencie śmiercią naturalną. Zresztą, nie mam ochoty, ani czasu bawić się w kotka i myszkę z jakimś świrem. Śpieszę się do cudownego, soczystego Wielkiego Jabłuszka.

 – Taa, amerykańskie dziewczyny są podobno łatwe. W każdym razie, dzięki za twoje namiary i to, że nas słuchasz. Życzę ci szczęśliwego pobytu na naszym wschodnim wybrzeżu i szczęśliwego powrotu do domu…

 – Głupi frajer! – krzyknąłem – Wszyscy są tacy sami. Mówiłem ci, że ludzie przestali sobie pomagać. Myślą, że to zabawa!

 – Mam teraz słówko do kierowcy bordowej toyoty corrolli. Jeśli miałeś bliskie spotkanie trzeciego stopnia z naszym „Głównym Bohaterem” i wciąż jakimś cudem żyjesz… strzeż się, gdyż on już zna kolor twoich oczu. A teraz piosenka! – nieoczekiwanie zmienił ton.

            Przebiegły mnie dreszcze. Co to miało znaczyć? Cała ta audycja, cała ta zabawa były chore i wcale mi się nie podobały. Przeklęta godzina, w której skręciłem na drogę do Kentucky! Ale teraz należało dotrzeć do najbliższego telefonu i zostawić wszystko policji. A potem w drogę i niech te cholerne wakacje wreszcie się skończą!

7. RÓŻOWY CADILLAC

            Później światła reflektorów wyłoniły z mroku jeszcze jeden kształt. Od razu rozpoznaliśmy markę i kolor samochodu. W pierwszym odruchu chciałem dodać gazu, ale pomyślałem, że przydałaby nam się pomoc chłopaka w razie jakichś komplikacji. Poza tym martwiłem się o niego, był nawet miły i na pewno nie zasługiwał na śmierć z powodu kłótni z matką. Pomyślałem też, że już nic nie może mnie zaskoczyć, po tym, co zobaczyłem dwie mile stąd.

            Chloe znowu próbowała mnie powstrzymać, ale znowu jej nie posłuchałem. Zabrałem ze sobą ciężką, długą latarkę, żeby w razie czego mieć czym uderzyć i poszedłem do różowego cadillac’a. Był pusty, nikogo też nie wypatrzyłem w pobliżu. bez namysłu otworzyłem klapę i zajrzałem pod maskę. Moje zdumienie osiągnęło apogeum. Nie było ani paska klinowego, ani rajstop, które zamontowałem zamiast. Oczywiście to jeszcze o niczym nie świadczyło. Może po prostu Jason nie zdążył dojechać do najbliższej stacji i najzwyklej w świecie rajstopy się zużyły. Pomyślałem, że może chłopak znowu idzie piechotą i spotkamy go jak poprzednio. Nie znalazłem żadnych strzępów, okrwawionych ochłapów, ani psychopaty. Wróciłem do Chloe i uspokoiłem ją jak umiałem.

 – Może idzie poboczem, tak jak wtedy. – powiedziałem.

Ale nigdy go już nie spotkaliśmy. Nigdy.

8. THAEDCREECK

            Wreszcie dojechaliśmy do pierwszych domów. Miasteczko leżało uśpione, ciemne po obu stronach drogi, która w środku miasteczka rozwidlała się na cztery strony świata. Mijane budynki nie były oświetlone, tak samo jak te jedyne dwie ulice w miasteczku. Zastanowiło nas to i zaniepokoiło. Zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu przed czymś, co wydało nam się sklepem. Wysiedliśmy ostrożnie, rozglądając się dookoła. Chrząszcze cykały głośno, gdzieś zakwiliła sowa, poza tym nic, żadnego szczekania psów, czy choćby oświetlonych ganków. Całość wyglądała dość ponuro i tak, jak w filmach o zombi. Poprzez mrok przyjrzałem się budynkom. Chloe pierwsza w słowa ubrała moje straszne odkrycie:

 – Ależ to jest zupełnie zrujnowane, jakby… od lat nikt tu nie mieszkał!

 – To niemożliwe! – zawołałem.

Podbiegłem do pierwszych drzwi i zastukałem w nie rozpaczliwie. Odpowiedziało mi echo. Zacząłem więc krzyczeć i biegać po ulicy, wpadłem do zrujnowanej restauracji, gdzie stoliki i długie ławy stały smutne i zakurzone. Nie mogłem w to jeszcze uwierzyć.

 – Szukaj telefonu! – krzyknąłem do Chloe, stojącej niepewnie przy samochodzie. Biegałem od domu do domu, po zaśmieconych korytarzach, trzeszczących niebezpiecznie schodach, po zagraconych salonach i kuchniach bez dachu. Nigdzie nie było śladu życia.

 – Przecież to niemożliwe! – wmawiałem sobie. Szalony Kerr musiał skądś nadawać swoją audycję, poza tym Jason…

 – Zwabili nas tutaj. – usłyszałem głos Chloe. Podeszła do mnie i przytuliła się. Objąłem ją mocno.

 – Nie martw się, wszystko będzie dobrze. W końcu wiemy, dlaczego Thaedcreeck nie ma na mapie wydanej trzy lata temu. Ktoś zrobił nam brzydki kawał.

            Staliśmy na środku zapylonej drogi, a wokół był pusty bezkres. W mojej głowie kłębiły się niespokojne myśli. Gdzieś tu krążył szaleniec, może nie sam, może było ich więcej. Może zwabiali turystów w pułapkę i wymuszali od rodzin wysoki okup. Działali jak jakiś gang. W każdym bądź razie, po tym, co zobaczyłem, nie uważałem już, że to bzdurna zabawa. To nie była zabawa, tylko walka na śmierć i życie.

 – Musimy trzymać się razem. – powiedziałem do Chloe – Kocham cię i chcę, żebyś o tym wiedziała.

 – Wiem o tym. – odparła zduszonym głosem – Ale jakby co, to ten wyjazd był twoim pomysłem.

 – Masz rację, przepraszam. Trzeba było iść do poradni.

Zaśmialiśmy się krótko. Nie mogliśmy przecież ulegać strachowi i panice, nie mogliśmy przyznać, że sprawy toczą się bez naszego wpływu.

            Powoli zaczęliśmy iść w stronę samochodu, z daleka – w nikłym świetle księżyca – zobaczyłem już jego kształt. Serce waliło mi jak młotem i bałem się, że Chloe może to wyczuć. Nie chciałem, by wiedziała, że nie jestem w stanie jej ochronić, gdyby… nawet nie mogłem sobie wyobrazić tak wielkiego niebezpieczeństwa, jednak czułem, że nie jesteśmy sami, że ktoś czai się w mroku i bacznie nas obserwuje. Odruchowo przyspieszyliśmy. Miasteczko stało się nagle odpychające i złe. Domy podchodziły cieniem pod nasze nogi; suche, karłowate drzewka zdawały się wyciągać ku nam swe badyle. Otoczyła nas dziwna duszność, przed którą nie było ucieczki. Brzydziłem się przemocą, nie potrafiłbym użyć broni nawet gdyby okazało się to konieczne. W schowku woziłem tylko gaz i nie zastosowałem go nawet wtedy, gdy zaatakował mnie tamten szczeniak na głodzie narkotykowym. A teraz stanąłem oko w oko ze skrajnym niebezpieczeństwem. Gdyby chociaż chodziło tylko o mnie…! spojrzałem na Chloe w moich ramionach.

            Doszliśmy do skrzyżowania, gdy niespodziewanie, niewiadomo skąd, pojawił się ciemny kształt, jakby ulepiony z mroku. Spotkaliśmy go na rozstaju dróg, tak jak spotyka się diabła.

9. „GŁÓWNY BOHATER”

            Chloe stała obok, nie krzyczała, znowu była grecką boginią. Jej oczy zwęziły się drapieżnie, jak u kotki, broniącej młodych. Co do mnie, to jeszcze się łudziłem, że facet obleje mnie keczupem. Tymczasem staliśmy naprzeciw siebie, na zapylonej drodze, w miasteczku jak z Dzikiego Zachodu. Brakowało tylko, żeby było samo południe.

 – Kim pan jest? – zadałem głupie pytanie. Siliłem się, żeby mój głos nie drżał i, by dać facetowi do zrozumienia, że nie jesteśmy bezbronni. Zrobił parę kroków w przód, wtedy mogłem poznać jego rysy. Był wysokim, barczystym mężczyzną o ciemnych oczach i białych włosach. Miał bladą cerę, z piegami od słońca, wargi spieczone, kości policzkowe wystające, trójkątna broda nadawała mu złośliwy, szlachetny wyraz. Złośliwość i okrucieństwo czaiły się także w jego spojrzeniu i błędnym uśmiechu, jakim nas obdarzył. Jakby dla podkreślenia swej dzikiej, przewrotnej inności, ubrany był w gruby płaszcz. W ogóle cały wyglądał jak jakiś zły demon pustynnych dróg. Jakby dla żartu spotkaliśmy  go właśnie na rozstaju,  na  skrzyżowaniu  trasy  65 z 75-ką.

 – Kim pan jest?! – powtórzyłem. Poczułem jak Chloe wbija mi paznokcie w ramię, jakby mówiła: „Nie drażnij go! Po prostu zróbmy, co nam każe!” Nie miałem zamiaru przychylać się do tej koncepcji. Wiadomo było, że ten świr i tak nas zabije i skończymy oskalpowani i wypatroszeni jak łowna zwierzyna. Miałem zamiar drogo sprzedać swoje życie! Co do Chole, to nie zniósłbym widoku jej cierpienia, więc za wszelką cenę chciałem bronić przede wszystkim ją.

 – Nie słuchacie radia? – odparł mężczyzna niskim, głębokim głosem. Postąpił kilka następnych kroków w naszą stronę. Gwałtownie, rozgorączkowanym ruchem, wyciągnąłem przed siebie latarkę.

 – Nie podchodź! – krzyknąłem.

 – Bo co? – spytał zaczepnie, unosząc rękę z ogromnym, wojskowym nożem, błyszczącym, ząbkowanym na ostrzu. Zrobiło mi się głupio, nieswojo, obronnym gestem zasłoniłem Chloe. Mężczyzna mówił:

 – Tropię was od samego początku. Spodobał mi się wasz samochód. Jest taki czysty i zadbany. Lubię, gdy wszystko jest czyste i zadbane. Poza tym podoba mi się twoja żona. – przyznał szczerze – Za Cheerecreeck omal was nie zgubiłem, ale z pomocą przyszedł mi Kerr. Jego audycje są naprawdę ciekawe, takie… odjechane. Kerr to w ogóle zabawowy chłopak. Mówi się, że pracował kiedyś w dużej rozgłośni, ale wywalili go, gdy jeden świr się do niego przyczepił. – zaśmiał się krótko – Tutaj może nie ma wielu słuchaczy, ale przynajmniej są wierni. I jakimś cudem, gdy raz się tu zatrzymają, zostają tu na zawsze.

            Powoli zaczęliśmy się cofać, ale psychopata szedł za nami. Cały czas mówił i można było wywnioskować, że nie miał zbyt wielu okazji, by rozmawiać z żywymi ludźmi.

 – I tak sobie jechaliśmy. Już myślałem, że nie będziemy mieli okazji się spotkać, ale wtedy zjawił się Jason. Pogadaliśmy sobie trochę. To naprawdę bardzo miły chłopak. Bardzo pomocny. – zaśmiał się znowu.

 – Co mu zrobiłeś? Gdzie on jest? – pytałem, nawet nie żeby mnie to specjalnie obchodziło, ale chciałem odwrócić jego uwagę, gdy tymczasem rozglądałem się za jakimś ratunkiem.

 – Ciekawski jesteś. – odpowiedział – Lubię ciekawskich. Oni budują drogę postępu.

„Pięknie! – pomyślałem – Erudyta nam się trafił!”

Nagle zmienił wyraz twarzy, a jego usta zadrżały odrazą.

 – Adamsowie nie chcieli rozmawiać. – domyśliłem się, że chodzi o tych biedaków z mercedesa – Byli nudni jak flaki z olejem. Zwłaszcza Laura. – zaczął śmiesznie przedrzeźniać jej głos – Czy do twarzy mi w tym kolorze? Czy podoba ci się moja sukienka? Nie jedź tak szybko, bo nie mogę pomalować paznokci!…

Przed oczami stanął mi obraz tych długich, czerwonych szponów na desce rozdzielczej i ogarnęły mnie mdłości.

 – Mam nadzieję, że twoja żona nie jest taka, chociaż też potrafi cię nieźle wkurzyć.

            Dyskretnie wypatrywałem czegoś, co mogło nas wybawić z kłopotów. Nadal się cofaliśmy, a on nadal za nami podążał, jakby niedbale, jakby nieuważnie, a przecież wyczulony na każdy najmniejszy gest.

 – Chociaż muszę przyznać, że Marc był taki jak ty. Też uważał, że może coś zmienić, że może mnie powstrzymać. Szukał jakiejś pomocy, jakiegoś oparcia, czegoś, czym mógłby mnie załatwić!! – krzyknął nieoczekiwanie.

 – Teraz! Biegnij! – zawołałem, popychając Chloe do najbliższych domów.

Wpadliśmy w ciemne ogródki, zachwaszczone i zagracone. Przycupnęliśmy pod jakimś płotem, zdyszani i przerażeni wyglądaliśmy skąd nadejdzie ten potwór.

 – Musimy dotrzeć do samochodu. Wtedy stąd odjedziemy i zostawimy sprawę policji. Niech ni wyłapią tę piekielną szajkę! – szeptałem, pełen przejęcia – Boże! Czemu właśnie nas to spotkało?

            Nie mogłem wypatrzyć żadnego podejrzanego cienia, nie słyszałem żadnych podejrzanych dźwięków, więc postanowiłem mój plan wprowadzić w życie. Gestem nakazałem Chloe, by poszła za mną. Nagle rozległ się głuchy zgrzyt. Zamarliśmy, spoglądając pod nogi, gdzie leżał duży połeć pogiętego metalu. Był na nim napis, przeżarty rdzą, ale zrobiony odblaskową farbą: „Samuel Graham – Nawozy Sztuczne”. Odruchowo powiodłem spojrzeniem na budynek, za którym się ukryliśmy. Był to duży, kwadratowy blok z czerwonej cegły, ogołocony ze wszystkiego, nawet z ram okiennych. Na moje oko, opuszczony jakieś trzydzieści lat temu. Jak całe miasteczko zresztą. Fundator nagrody – uśmiechnąłem się do siebie.

            Usłyszeliśmy hałas po drugiej stronie budynku. Nie namyślając się wcale, popchnąłem Chloe na drogę i kazałem biec do samochodu. Wtedy poczułem, że jakaś dłoń chwyta mnie za szyję i zwala na ziemię. Zobaczyłem nad sobą wykrzywioną twarz szaleńca. Przyłożył mi nóż do policzka, poczułem zimno, które objęło całe moje ciało. Szarpnąłem się rozpaczliwie, grzebiąc palcami w piasku.

 – Chciałeś uciec? – mówił psychopata – Myślałeś, że mnie wykiwasz? Ale teraz już wiesz, że to niemożliwe, prawda? Prawda?!

Skinąłem głową, myśląc równocześnie, czy uda mi się go znokautować. Miałem marne szanse, ale przecież nie mogłem się poddać! Na złość szalonemu Kerr’owi postanowiłem wygrać tę walkę!

 – No co ty? – uśmiechnąłem się przymilnie – Nie ma co się denerwować. Pogadajmy, przecież lubisz rozmawiać.

 – Z tobą już mi się nie chce gadać. – groźnie uniósł nóż.

 – Czekaj! – pisnąłem – Taka okazja może się już nie powtórzyć!

Zastanowił się przez chwilę. Rozluźnił uścisk, a mnie tylko o to chodziło. Nabrałem całą dłoń piasku.

 – Powiedz mi tylko jedno. – poprosiłem – Dlaczego to robisz?

 – A dlaczego nie? – odparł z uśmiechem okrucieństwa – Poza tym… – zniżył głos – Mogę.

Wtedy sypnąłem wyziębłym piaskiem w oczy psychopaty. Zawył i na chwilę puścił mnie, co dało mi szansę wygrzebania się spod niego. Pobiegłem w ciemne domy. Mój plan był prosty: chciałem go odciągnąć od Chloe, a potem wykończyć. Jak? Czym? Tego na razie nie wymyśliłem.       

            Więc pognałem w domy, wpadłem w drzwi pierwszego budynku. W hallu zawadziłem o jakieś graty i zwaliłem się na podłogę. Wstałem jednak szybko, bo już czułem oddech szaleńca na plecach. Zabarykadowałem się w jakimś małym pomieszczeniu pełnym różnego sprzętu. Przez niewielkie okno wpadał do wnętrza blask księżyca. Przyjrzałem się gratom – była to aparatura radiowa: głośniki, wzmacniacze, mikrofony, magnetofony i konsola. Na stoliku wypatrzyłem coś, co mogło nam uratować życie. Szybko podbiegłem do kąta i chwyciłem słuchawkę telefonu. Nie łudziłem się, że usłyszę sygnał, ale mimo wszystko zaryzykowałem. Nie zdążyłem jednak przyłożyć jej do ucha, gdyż rozpadła mi się w palcach. Moja nadzieja umarła wtedy ostatecznie. W wyłamanych drzwiach stanął mężczyzna w powiewającym płaszczu, z nożem w ręce.

 – Sprytny jesteś. – odezwał się – Lubię sprytnych, pod warunkiem, że nie są sprytniejsi ode mnie. Tak, czy inaczej już mi nie zwiejesz, nie dopuszczę do tego!

            Rzucił się na mnie całym impetem. Uderzyłem plecami w sprzęt radiowy, poleciały na mnie jakieś mikrofony i słuchawki. Na szyi poczułem kleszcze palców, zrobiłem więc nadludzki wysiłek i walnąłem psychopatę kolanem w plecy. Zdołałem znowu się uwolnić, ale wtedy poraził mnie straszliwy ból w udzie. Spojrzałem na swoją nogę – tkwił w niej ten wielki, ząbkowany nóż świra. Krzyknąłem przeraźliwie i usłyszałem obłąkańczy śmiech.

 – Podoba ci się, co? chcesz jeszcze?

To mnie otrzeźwiło, czysta adrenalina uderzyła mi na mózg. Pod jej wpływem, wyrwałem nóż z nogi i wrzeszcząc:

 – Zaraz tobie się spodoba, ty świrze! – rzuciłem się z impetem przed siebie. Broń gładko w coś weszła, ale nie czekałem na rezultaty.

 – Nażryj się! – powiedziałem jeszcze.

            Jak tylko mogłem najszybciej, wybiegłem z budynku i pognałem do samochodu. W nodze czułem dotkliwy ból, krew pulsowała mi w skroniach aż słyszałem jej szum. W głowie miałem tylko jedną myśl: wydostać się za wszelką cenę! Dopiero później zadawałem sobie pytanie, dlaczego to spotkało właśnie mnie? Ale nie ma nikogo, kto mógłby odpowiedzieć. Takie rzeczy po prostu się przytrafiają, jak lawina w górach, albo grypa…

10. ZNIKNIĘCIE

            Samochód był pusty. Chloe zniknęła, nie mogłem jej nigdzie odnaleźć. Początkowo myślałem, że może schowała się w jakiejś dziurze. Potem już nie wiedziałem, co robić. Ogarnęła mnie rozpacz, nie mogłem niczego wymyślić, nie mogłem znaleźć mojej ukochanej Chloe. Zniknęła. Rozpłynęła się w nocnym powietrzu. Rozpaczliwie zawołałem na cały głos. Nie myślałem o psychopacie, nie myślałem o niebezpieczeństwie. Szarpnął mną lęk tak straszny, że wszystkie dotychczasowe rozpłynęły się jak mgła. Kłóciliśmy się, raniliśmy, ale przecież nie mógłbym nawet pomyśleć, że ona…! Nie! biegałem w kółko, krzycząc jej imię. Wreszcie zacząłem obszukiwać ruiny. Uzbrojony w długi, żelazny pręt, latarkę, a za pasem mając gaz łzawiący, ostrożnie poszedłem pod radiostację, gdzie zostawiłem psychopatę. Nad budynkiem wisiał szyld, którego wcześniej nie zauważyłem. Głosił: W SPEED 94 FM. We wnętrzu powitały mnie przewrócone graty, ale po psychopacie nie było śladu. Zrezygnowany wróciłem do samochodu. Jeszcze tliła się we mnie nadzieja, że Chloe w szoku pobiegła w pola. Z tą myślą obszedłem łąki dookoła miasteczka, ale tam też nie było żadnych śladów. Wreszcie, koło wieczora, opuściłem Thaedcreeck, gdy słońce czerwoną poświatą naznaczało ruiny domów.           Tak właśnie wygląda cała ta historia, tak to się odbyło. Nigdy nie zrozumiem tych wydarzeń, ale chciałbym się przynajmniej dowiedzieć: dlaczego? Czy odpowiedzią mają być słowa psychopaty, przykładającego mi nóż do twarzy: „A dlaczego nie?” Mimo wszystko nie mogę się z tym pogodzić. Lecz wiem równocześnie, że już za moment, gdy te drzwi się otworzą i stanie w nich strażnik – już za moment dowiem się wszystkiego. Może jednak trafię do nieba, jakie sobie wymarzyłem, tam na drodze, trzymając w objęciach Chloe.

11. EGZEKUCJA

             – Chociaż w obliczu śmierci mógłbyś powiedzieć prawdę. – inspektor Fries zaciągnął się dymem – Jeszcze liczysz na gubernatora, ale pożegnaj się z myślą o ułaskawieniu.

Poprawił krawat, wysuwający się z marynarki, pochylił się do popielniczki, by strzepnąć popiół.

 – Nic ci już nie pomoże, za chwilę umrzesz, a mógłbyś przynajmniej odchodzić z czystym sumieniem, pogodzony ze światem. Wystarczy, że powiesz, gdzie ukryłeś ciała swojej żony i Marc’a Swift’a.

 – Nie. – pokręcił głową.

Siedział na prostym, metalowym krześle, przyśrubowanym do podłogi klatki. Jego ręce i  nogi były skute łańcuchami, ale miał dość dużą swobodę ruchów.

 – Nikogo nie zabiłem. – upierał się. Popatrzył inspektorowi prosto w oczy.

 – Nikogo nie zabiłem. – powtórzył.

Fries wydął wargi, przesunął dłonią po błyszczącym wężu krawata.

 – Jak chcesz, ale mam nadzieję, że będziesz się za to porządnie smażył w piekle! Nigdy nie znaleźliśmy nawet śladów tego twojego psychopaty, żaden ze znanych, grasujących po Ameryce świrów nie zabija w ten sposób! Zastanów się, czy warto kłamać. Nie masz już nic do stracenia i nikt ci nie wierzy, nawet twój adwokat. Przyznaj, że to ty ich zabiłeś, to i tak niczego nie zmieni. Nikogo nie obchodzi, dlaczego ich zabiłeś: miałeś ich dosyć, wkurzyli cię, miałeś koszmarną żonę, koszmarne dzieciństwo – kogo to obchodzi! Na miłość boską!

            Opuścił głowę. Nikt nie chciał mu wierzyć, to była prawda. A jeśli oni mieli rację, ci psychologowie, twierdzący, że cierpi na amnezję, że jest niepoczytalny, że… Pokręcił głową.

 – A Thaedcreeck? Gdy się przestawi litery, wychodzi DEATHcreeck, a Cloud pochodził z Di, które pisze się DIE! Poza tym…

 – Poza tym nie znaleźliśmy żadnych śladów, skąd mogła być nadawana audycja, o której mówisz. – przerwał Fries niecierpliwie – Nie ma takiego radia i takiego DJ’a. Nie ma! Sprawdzaliśmy tysiąc razy, nikt w Kentucky nigdy nie słyszał o czymś takim! Nawet numer, który znaleźliśmy w schowku, a jak twierdzisz, zapisany przez Chloe, nie odpowiada. Nie ma takiego numeru! Kiedy wreszcie to zrozumiesz?!

            Więzień przez cały czas kiwał głową. Do pomieszczenia zajrzał strażnik.

 – Już czas. – szepnął.

Fries zgasił papierosa i jeszcze raz powtórzył:

 – Masz ostatnią szansę, żeby powiedzieć, co stało się z Markiem i twoją żoną. Zrób to dla ich bliskich, którzy żyją w niepewności.

 – Wierz mi, gdybym tylko wiedział… – więzień podniósł wzrok na inspektora. Przez moment patrzyli sobie w oczy. strażnik przy drzwiach przestąpił z nogi na nogę.

 – Jak chcesz. – odezwał się inspektor, wychodząc. Na progu jeszcze się zatrzymał.

 – Twoja opowieść jest nieprawdopodobna, tak jak poszlakowy akt oskarżenia. Tak naprawdę nikt nie może powiedzieć, co zdarzyło się w tym przeklętym miasteczku. Odciski palców nic nie wykazały, nic nie wykazało przeszukanie radiostacji, niedziałającej od trzydziestu lat. Ale sąd uznał cię winnym, więc jesteś winny.

 – Myślisz, że to takie proste? – więzień bez lęku i bez jakichkolwiek uczuć dawał się wyprowadzić z klatki. W jego uporze było coś, co sprawiało, że Fries zadawał sobie pytanie: a co, jeśli ten człowiek jest niewinny? Nigdy nie widział, by ktokolwiek był aż tak pogodzony ze swoim losem, a uczestniczył już w wielu tego typu sprawach. Mimo to odpowiedział twardo:

 – Muszę w to wierzyć. Sprawiedliwość jest dla mnie oparciem.

 – Ale to wcale nie jest takie proste, Temida jest ślepa.

 – By lepiej sądzić! – zmiękł jednak niespodziewanie dla samego siebie. Pomyślał: co mi szkodzi? Przecież ten człowiek i tak zaraz zginie. Sprawę będzie można wrzucić na dno szafy…

 – Ale przyznaję, ludzie są omylni…

 – Więc mi wierzysz? – więzień uczepił się tej myśli jak tonący, który chętnie chwyta się każdej drzazgi. Fries ogarnął spojrzeniem wychudłą, przygarbioną sylwetkę mężczyzny: zapadłe, szare policzki i zaczerwienione od niewyspania oczy, nieco drżące wargi i czarne włosy przetykane siwymi pasmami. Nie wyglądał na swoje trzydzieści dwa lata, ale też podczas tego roku przeżył więcej, niż zwykły, nowojorski urzędnik.

 – To nic nie znaczy. – odparł lekko zawstydzony.

 – Tak, to nic nie znaczy dla człowieka, który ma przed sobą pięćdziesiąt lat życia, nie pięć minut. Nie jesteś złym człowiekiem, inspektorze, wiem, że swoją pracę wykonywałeś starannie i bezstronnie. Chciałem ci teraz za to podziękować. Może to nietypowe dziękować facetowi, przez którego zostało się skazanym na karę śmierci, ale nie mam żalu, naprawdę. Tak, czy inaczej, milo cię było znać. – wyciągnął przed siebie szczupłą dłoń.

Bez lęku i żalu patrzył w oczy inspektora. „Ten facet albo mówi prawdę, albo jest skończonym świrem!” – pomyślał inspektor, lecz uścisnął wyciągniętą dłoń. Nic więcej nie mógł zrobić, ale tamten jakby poczuł ulgę. Wyszedł, niestawiając oporu, bez lęku dał się przykuć do metalowego krzesła w niewielkiej kabinie. Czy odnalazł swoje niebo?

12. W SPEED 94 FM

            Inspektor Fries gładko wprowadził samochód w zakręt. W oczach mignęła mu tablica z numerem drogi 65. Dłużyła mu się ta podróż przez pustkowie. Przyzwyczajony był raczej do zgiełku i hałasu dużego miasta, niż ciszy nocnej pustyni.

 – Jesteś mieszczuchem. – powiedział do siebie – O, Boże! Żeby jak najszybciej dojechać do jakiegoś miasteczka!

            Sięgnął do radia, chwilę kręcił gałką tranzystora. Białe linie migały szybko i znikały w ciemności, jakieś ćmy rozbijały się o szybę. Nagle inspektor drgnął. Wsłuchał się w głos, dobiegający z głośnika:

 – Tu wasz szalony Keer z rozgłośni, którą już tak dobrze znacie, W SPEED 94 FM, „Zawsze jesteśmy blisko was!” i nie jest to pusty frazes! Sorry za krótką przerwę na tej fali, ale pewnie już słyszeliście, że mieliśmy tu niezłą naparzankę. Mówię wam: trzeba było odmalować ściany! Ale tak to jest, gdy ktoś pazerny napali się na wygraną. Chyba sprawa honoru nie umarła tak zwyczajnie, przynajmniej nie u nas. No, ale cóż, ryzyko zawodowe. A co z bieżących wydarzeń? Właśnie dają mi tu znaki przez szybkę, żebym przeszedł do sedna. Spoko chłopaki. W każdym razie, o co chodzi? Chodzi o to, że po ostatniej jatce zwolniło się u nas stanowisko etatowego świra. W związku z tym ogłaszamy nabór i zapraszamy wszystkich chętnych do miasteczka. Eliminacje, jak również „Walka Wieczoru” odbędą się na naszym milutkim, przyjemniutkim cmentarzyku. Jeszcze raz gorąco zapraszam. Oprócz tego po ostatniej jatce został u nas w studiu fant. Czasem tak nam podrzucają różne rzeczy i zapominają zabrać, więc jeśli ktoś chce się pokusić, niech wali jak w  dym do naszego studia. Co teraz robi nasz fant? Mówią mi tu, że parzy kawę, więc by z tego wynikało, że jest fant całkiem sprawny i przyjemny w widoku. Zapraszamy, najchętniej właściciela, chociaż, ja wiem? Po tym, co tu ostatnio wyprawiał… no trudno. To teraz sprawy lokalne. Billy już nie cierpi, mamusia wyprowadziła się do własnego, przytulnego, jednoosobowego gniazdka w kwaterze no 17 na naszym cmentarzyku. Gratulacje, Billy! Reszta wiadomości po reklamach. Czekam na wasze doniesienia z trasy i przypominam o naszej nowej zabawie. I uważajcie na siebie, bo nigdy nie wiadomo, za którym zakrętem czai się kostucha!…

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz