Gierki Anioła

Piękny się zaczął dzień, wszystko się wydawało takie łatwe, lecz tak też nie było.

-Obudź się Stanisławie! – Krzyknęła nauczycielka matematyki. Staś posłusznie podniósł się z ławki, podpierając się prawą ręką, a lewą wyciągając do góry w kwestii rozciągnięcia się. Prawa ręka obślizgła się ze stołu i z hukiem uderzył w stół głową. Marta, która siedziała obok w ławce odskoczyła i spadła z krzesła, a nauczycielka puściła kredę i się obróciła szybkim zwrotem tułowiu.
-Ała… – Jęknął Stasiek cicho chrypiącym głosem.
-Stasiu wyjdź z klasy! Natychmiast!… – Pani Markowska chciała jeszcze coś powiedzieć ale zadzwonił dzwonek na przerwę. Nawet jeśli coś powiedziała to zagłuszył to dzwonek. Jasiu wstał, wziął torbę, przechodząc obok Staśka popchnął go barkiem.
-Szykuj się przed szkołą! – krzyknął z udawaną złością, ale nie wytrzymał, roześmiał się. Dziewiętnastolatek wstał, podniósł plecak i założył go na plecy, po czym wyszedł z klasy.
Marta która rozmawiała z Małgosią przystanęła przy Stasiu i powiedziała:
-Przestraszyłeś mnie Stasiu! Zrobiłeś to specjalnie? – Uśmiechnęła się. Stasiek zrozumiał że to żart.
-Niestety nie tym razem – Staś uśmiechnął się tak głupkowato że Małgosia aż roześmiała się zza Marty. Staś zastał uderzony w ramie, lekko otwartą dłonią.
-Oddaj, oddaj, oddaj jej! – Usłyszał męsko-damski głos w głowie.
-Co? – Powiedział z zdziwieniem, nadzwyczaj głośno.
-Uderz, uderz ją! Mocniej! – Stanisław znów usłyszał ten sam głos. Nie wiedział co się z nim dzieje.
-Nie! Nie! Nie! – Wykrzyczał, wszyscy spojrzeli na niego z zdziwieniem. Zdobył się na uśmiech.
-To tylko żart. – Powiedział z spokojem i ruszył w stronę wyjścia.
Wyszedł z szkoły. Co to było? Za dużo kawy?. Staś uśmiechnął się do swoich myśli, choć to nie było śmieszne. Zrobiło mu się słabo.
-Podejdź! Uderz! Zabij! Niech zginie! Bij! Niech krwawi! Zmiażdż go! Utnij mu palec! Stopę! Dłoń! Głowęęęęęęęęę!- Dotychczas Staś miał zamknięte oczy i niedowład nóg, przynajmniej tak mu się zdawało. Głos w jego głowie stawał się tak głośny… nie wytrzymał. Chwycił się za głowę i otworzył oczy. Upadł na plecy. Popatrzył na swoje ręce, całe w krwi. Podniósł się do siadu, zobaczył. Spojrzał wprost w oczy głowy… samej głowy. Rozejrzał się, ujrzał palec, stopę, głowę, zmiażdżoną klatkę piersiową.
-Nie, nie, nie, nie! Nie! Nie!… – Zaczął cicho, ale krzyczał coraz głośniej – Nie! Nie! Nie! – Teraz krzyczał tak głośno, że przy każdym kolejnym krzyku, bolało jakby gardło wybuchało. Bolało go tak mocno, nawet za bardzo, ale krzyczał.

***

Otwarł oczy. Patrzył w niebo z jakiejś dziury. Zapadał się coraz niżej i niżej…. Dotarł na sam dół grobu. Rozejrzał się gdzie leży. Był w trumnie. Chciał wstać, ale zobaczył jak ktoś zrzucał pokrywę. Spadła idealnie, robotnicy się ucieszyli, nie musieli jej poprawiać.

***

Znów poczuł się jak przedtem, jakby zbudził się z snu. Nie chciał otwierać oczu, ale zrobił to ktoś za niego. Nie miał władzy nad ciałem. Zobaczył swoje miasto z góry, jakby z samolotu. Spadał, lecz nie czuł oporu powietrza. Wpadł w budynek, jakby przeszył sufit pokoju nie robiąc w nim dziury. Zupełnie jak duch. Zobaczył pokój. Wszedł tam mężczyzna cały na czarno, Z czarną czapką? Nie to kominiarka! Pomyślał Stasiek. Złodziej… bandyta, rabuś, jakkolwiek go nazwać, po prostu mężczyzna łamiący prawo szedł tyłem z wyprostowaną ręką, w której trzymał pistolet. Z drzwi z których wyszedł rabuś wyszła kobieta. Aneta!
-Aneta! Uciekaj! – Krzyknął Staś. Chciał rzucić się na złodzieja, nie mógł. Aneta nie słyszała go. Kochał ją ponad życie, oddał by je by ją uratować, gdyby mógł. Padł strzał.

***

Siedział na krześle. Czuł to. Nie chciał otwierać oczu, długo walczył. Nie chciał już cierpieć! Znów otwarły mu się oczy, lecz nie czuł się jak pobudka z zwykłego snu, bardziej jak pobudka z koszmaru. W oczy raziła go jasność, Kształtował się stół, waga, ludzie, jakby ustawiał ostrość. Gdy wszystko było idealne wszystko się ściemniało, stawało czarne, i wrócił do punktu wyjścia, tylko w kontrastowym kolorze. Przed nim zabłysnęła biała postać. Umięśniony, wysoki mężczyzna. W prawej ręce trzymał bardzo długi, zdobiony miecz. W lewej małą złotą tarcze. Nie widział dość wyraźnie, ale wszystko się poprawiało, tylko że dużo wolniej niż przedtem. I było coś za nim… jakby skrzydła?
-Czy wiesz co robisz śmiertelniku? Czy wiesz czy kochasz teraz? Czy nienawidzisz!? – Mówiła osoba zaczynając krążyć wokół Stasia. – Czy wiesz co czujesz? Czy wiesz co myślisz? Czy wiesz co się dzieje? Teraz wszystko dzieje się inaczej tak? Czujesz jakbyś przenosił się w czasie? Znam to uczucie człowieku, znam dobrze! Tak jak złość, nienawiść, ale odczuwam też miłość, współczucie, lecz nie. Nie do takich jak Ty! Niech to zmieni twoje życie na zawsze! Bedę czuwał, a jeśli nie będziesz szukał odpowiedzi…

***

Staś podniósł powieki, ujrzał znów niebo. Pielęgniarkę trzymającą nogi w górze i gapiącym się uczniom. Uśmiechnął się. Wszystko już było w porządku.

***

Cztery lat później…
Siedział już tak od dwóch dni. Było widać że ma obsesje.
-”Znam to uczucie człowieku, znam dobrze!” – Pozwiedzał Staś bawiąc się długopisem. – Zgłodniałem… w końcu. – ostatnie słowo powiedział jakby chciał obrazić samego siebie. Wyszedł z swojego mieszkania, tak jak był ubrany. Miał czerwoną bluzę zapinaną na zamek, z kapucą. Spodnie z jeansu. Ubrał na siebie dodatkowo tylko buty, lecz wrócił się po płaszcz, zapomniał że jest zima. Szedł prosto nadal zamyślony, lecz tym razem gdzie dobrze zjeść. Był zdziwiony ruchem ulicznym, jak i pieszym. Nikogo o tej porze? o 12:17? Zbliżał się do pasów, gdy nagle uderzył w coś barkiem, lecz tam nic nie było, zdawało mu się że kogoś potrącił ramieniem, lecz nikogo tu nie było. Zignorował to i ruszył dalej. Przystanął na końcu chodnika. Spojrzał w lewo, później w prawo, i ruszył przed siebie. Żadnego samochodu w polu widzenia. Był na środku pasów, gdy rozległ się ryk silnika. Znikąd pojawiły się samochody, piesi na chodniku. Gdy spojrzał za siebie ujrzał dziewczynę, która zbierał jakieś papiery z ziemi klnąc pod nosem. Uderzył w niego samochód.

***

Obudził się na krześle, tym samym co przed laty, wszystko białe, te same złudzenie optyczne, jakby ktoś bawił się ostrością w telewizorze. Lecz gdy ostrość była dobra, nie zapadła ciemność.
-Anioł? – Zapytał mężczyzna z lewej strony wagi.
-Niemożliwe w tych czasach nie ma nowych Aniołów! – Prawie wykrzyczał mężczyzna z prawej strony wagi. – Chyba że to cud – dokończył spokojniej.
-Cisza – Rozległ się głos żeński. Osoba zapewne stała za złotą wagą. – To Anioł! – Zwróciła się do towarzyszy, przyniosła wzrok na Staśka. – Wyciągnij zwój miecz z pochwy, zdejmij swą tarcze z pleców i uchwyć ją w ręce, rozwiń swe skrzydła i pilnuj ładu! – Powiedziała kobieta.
Stanisław wstał z krzesła o własnych siłach, to co było – bezwładność i złe sny już nie wrócą. Spojrzał na pasek gdzie była przywieszona do niego pochwa. Wyciągnął Piękny szeroki, ale krótki miecz. Trzymał go w prawej ręce. Poczuł ciężar na plecach. Lewą ręką zdjął go, tarcza – dość duża, masywna, złota. Staś poczuł się dobrze. Wyobraził sobie że rozwija swe skrzydła, ale to nie były tylko wyobrażenia, zrobił to naprawdę. Teraz zrozumiał, został zwerbowany, tak jak Anioł który mu się objawił. Podniósł swój miecz w górę i odleciał…

Dolar

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz