Dzwon

„Nie ma znaczenia, czy wojna jest prawdziwa, czy nie. Zwycięstwo jest niemożliwe.

Wojna nie ma być wygrana, lecz bezustanna.”

 

G. Orwell

PROLOG

 

Poza Dźwiękiem Życia, u boku Wieczności,Ląd – jak duch – po świecie się błąka. Samotna mara, zjawa nieszczęsna.Głucha, bez echa, przez ciszę zaklęta.Opuszczona,Martwa…Dryfuje bez przerwy przez luki istnienia,

Szukając partnera, ponownie umiera…

 

Zabił Dzwon!…

 

Ciemności nagle odeszły i zaczęło się przejaśniać. Słońce wyskoczyło raptownie zza horyzontu piaszczystego gruntu i wnet oblało go gorącem swych promieni. Ziemia ukazała swój skryty dotąd kształt niezliczonych fałdów pustynnych wydm, niebo nabrało niebieskiego koloru przechodzącego powoli w mętny błękit, a piasek odzyskał swoją naturalną żółtą barwę. Niebo powitało płonącego gościa i przesłoniło blady księżyc, by zacząć kolejny śmiertelnie suchy dzień. Nieskazitelna cisza odbijała się echem o dwie, wzniesione naprzeciw siebie potężne wydmy, które teraz, w ostrym świetle poranka, zdawały się poruszać – płynąć ospale ku słońcu, niby żywe.

Złudzenie…

Syk rozgrzanego piasku dudnił w przestrzeni, drażniąc zmysły. Na zaspanym, bezchmurnym sklepieniu pojawiły się właśnie dwa wychudzone sępy. Zataczając obszerne kręgi, zaczęły szarpać się wrogo, dziobać, walcząc o przetrwanie kolejnych chwil – te, tymczasem, jęły zapowiadać się niezwykle korzystnie…

Nieoczekiwanie bowiem coś drgnęło, ruszyło do przodu… Gdzieś, za widokiem, stopa odziana w ciemny skórzany but uderzyła o piasek… Cisza… Zaraz potem to samo – tym razem bliżej i wyraźniej. Tupnięcie kroku… i kolejne. A obok zgrzyt metalu… i jeden o drugi uderza, a drugi o trzeci… i echo niesie; echo zaś po kroć tysiące pomnożone – po zbrojnych formacjach się roznosi.

I wyłonili się wreszcie, w całej swej mocarnej liczbie oraz majestacie zwycięskiej fortuny i heroicznych czynów, nieznanych dotąd żadnej innej ludzkiej armii; w dumnych barwach i świętym imieniu. Godni. Wielcy. Piękne sztandary górujące nad nieugięcie maszerującymi sylwetkami, zdobne w tańczące palety kolorowych wstęg, porażały liczbą i bujnością; lśniące zbroje i błyszczące oręża wznosiły bezdźwięczne salwy zaszczytu i męstwa.

Wpierw rzędy piechurów, za nimi ciężko zbrojna konnica i oddział Twardych Rydwanów; obok dwa szeregi łuczników i kuszników. Między wojami – bębniarze i trębacze; a w górze, koło setek wspomnianych proporców, niczym wielkie maszty galeonów między tycimi żaglami rybackich łódek – cztery ogromne chorągwie, ukazujące motyw Jasnego Dzwonu o sercu w postaci miecza.

Wtem, niczym niezadowolony ryk rozbudzenia samej Ziemi, rozbrzmiał dźwięk otyłej trąby wojennej, tłumiąc szum sunącego po pustyni wojska. Na jej znak tysiące par stóp, kopyt i kół wozów bojowych przystanęło naraz – równo i zdecydowanie, niby jedno ciało – zajmując pozycje na gigantycznej, podłużnej wydmie, kierując czoło ku jej bliźniaczce.

Niski, kołyszący przestrzenią głos trąby brzmiał jeszcze chwile, po czym urwał się – tak raptownie, jakby nigdy nie istniał – ustępując miejsca bożkowi owej krainy – krystalicznie głuchej ciszy… Wszechobecnej. Wyglądającej gdzieś zza zakamarków swego nieistniejącego królestwa… i obserwującej – ze swym niemym komentarzem na ustach…

Ziarnka w klepsydrach ustały w miejscu; duszny powiew obiegł nieruchome szeregi bojowników. Przebudzone niedawno słońce paliło już pełną siłą, zmieniając każdą chwilę w wymiar tortury. Dla żołnierzy, w swych pełnych zbrojach, upał stawał się powoli nie do wytrzymania.

Kolejne chwile mijały i nic się nie zmieniało – armia czekała na przeciwnika, lecz nikt się nie zjawiał.

Z pierwszych szeregów wystąpiła niezwykła postać – wojownik na rażąco białym, mocno zbudowanym wałachu. Był mężczyzną o gęstych blond włosach i młodzieńczych rysach twarzy, tymczasem w jego spojrzeniu, w niewyjaśniony sposób, dało się odczuć niejakie piętno wieloletniego doświadczenia w bitewnym rzemiośle – był w nich ten trzeźwy błysk „zatroskanego męstwa”, ten nieujarzmiony żar dowódcy, ta blizna krwawej przeszłości, iskra poskramiania i rządzenia. Odziewały go złoto i klejnoty, ochroną jego ciała była pokryta płowym i matowym, acz przy tym niesłychanie połyskliwym drogocennym kruszcem zbroja, a także okrągła tarcza, zwieszona teraz przy jego lewym udzie. Największą uwagę jednak przykuwała nietypowa kamienna ozdoba, wyrastająca zza jego pleców wysoko ponad głowę; szeroko rozpostarta i zakończona estetycznymi wzorami, nadawała sobie cechy oparcia tronowego, przytwierdzonego do tyłu siodła. Z boku wbijał się w nią potężny, złoto lśniący obosieczny miecz. Wtopiona poziomo z lewej strony oparcia głownia wystawała jeszcze daleko ze strony przeciwnej.

Niemal boski majestat, jaki bił od ów wojownika, wprost gryzł się teraz z niepokojem widocznym na jego twarzy. Gdy w momencie wschodu słońca nakazał on zadąć w trąbę, poczuł w sercu szczerą nadzieję… jednak teraz, tkwiąc biernie w piekielnym upale na czele trzytysięcznej armii – nie tak licznej, co potężnej – zaczął wątpić. Minęła bowiem już druga noc i… zgodnie z umową… trzeci dzień nastał, ale wróg, jak dotąd, się nie pojawiał. Jeszcze nigdy nie widział Muranu w takim stanie – tutejsze warunki sforsowały wytrzymałość żołnierzy. W myślach wciąż wspominał rozmowę ze swymi doradcami: – To szaleństwo, Tantarze! To przebiegły podstęp! Nie mamy żadnej pewności… – On nas zaprowadzi. – przerwał im. – Mamy w Nim przewagę[…] Odpowiemy na rzucone nam wyzwanie. Muran jest niepokonany! – Te ostatnie słowa huczały mu nachalnie w uszach, jakby chciały go spętać i zniewolić. To one były uzasadnieniem jego decyzji; wierzył w ich wartość i czuł ciężar ich odpowiedzialności w swej decyzji. „Muran jest niepokonany!” – zawsze tak twierdził i dlatego uznał to za najważniejszy powód wyprawy na tą martwą Ziemię. To był jego argument. Rozgłos o potędze i świętości Muranu – kanonizowanej armii Miri, powołanej do służby Białym Dzwonom, złożonej z tak zwanych Ddongów, pół ludzi, pół dźwięków, narodzonych z łona Ziemi, nie zaś kobiety – oraz udowodnienie jego nieocenionej wartości dla świata były dla niego rzeczami najważniejszymi.

Taki był właśnie Tantar Żywy – drugi Orbod Muranu, najmłodszy syn Miri, Echo Daar’u i Raad’u, Żywy i Żyjący.

Muran był dla niego wszystkim.

Ponadto Wódz Jasnego Echa wiedział, że losy ludzkości i Dźwięków Dobra były zagrożone… a teraz wierzył, że mogło się to odmienić.

Tu i teraz. Na tej Ziemi!

Kolejnych dwóch jeźdźców wystąpiło do przodu. Zajęli miejsca obok Tantara. Obaj przyjrzeli mu się dokładnie i obaj dojrzeli głębokie cienie zmartwienia drążące mu lica. Wiedzieli, co trapi ich przywódcę, lecz cóż mogli uczynić? Nie byli zwolennikami tej wyprawy, a chłosta spiekoty i im dała się we znaki – przemęczenie brało nad wszystkim górę. Te trzy dni żeglugi przez morze piasku… koszmarny rejs po spopielonych ochłapach upadłego świata… wyczerpały nie tylko zasoby zaopatrzenia, ale i rześkości ducha Muranu. Armia jeszcze nigdy w historii nie była tak osłabiona.

Przyboczni Tantara sięgali jak najdalej wzrokiem w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. Horyzont był jednak pusty. Nie było śladu nieprzyjaciela ani wcześniej wysłanych zwiadowców. Wszystko wskazywało na to, że nie dojdzie do umówionej potyczki… i że wróg ich podpuścił.

ľRozkazuj, panie. Żołnierze się niecierpliwią ľzwrócił się do Tantara jeden z dowódców, rozglądając się po kolumnach stojącej za nim armii. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, ponownie się odezwał: ľMój Panie?…

Tantar odwrócił się w stronę zastępów Muranu, marszcząc brwi w zadumie. Nie wiedział, co postanowić. Czuł się rozdarty na dwoje. Z jednej strony wiadome było, że wróg najprawdopodobniej wcale nie stawi się na miejscu starcia, z premedytacją wywożąc Muran w pole; z drugiej wszak Tantar miał graniczące z pewnością przeczucie, że nie przybyli tu na darmo. Nie chciał wracać bez niczego. Nie godził się na to i nawet nie chciał o tym słyszeć. Nie tak miało być. Nie to zapewniała mu jego „sekretna przewaga”.

Musiał natychmiast widzieć się z…

ľ Tantarze! ľ wykrzyknął nagle drugi z jeźdźców. ľ Spójrz!… ľ Tantar Żywy posłał ku niemu spojrzenie; widząc wyciągniętą rękę, podążył wzrokiem we wskazanym kierunku. Widok, jaki dał mu się ujrzeć, wprowadził go zrazu w ogromne zdziwienie i niedowierzanie. Nie spodziewał się wszak czegoś podobnego i jego umysł nie był na to przygotowany. Cała wcześniejsza sytuacja odmieniła się skrajnie. Szeregi zbrojnych momentalnie opatrzyło głębokie milczenie zaskoczenia, a nawet słońce ze swą uciążliwą mocą zdało się zwrócić wzrok w kierunku źródła raptownego zainteresowania Muranu.

Ciężar zdumienia zdawała się narastać w nieskończoność, gdy oszołomiona armia wpatrywała się w ukazany przed sobą obraz. Daleko na wprost niej pojedyncza, zakapturzona postać nie przestawała kroczyć powoli w jej stronę, taszcząc za sobą niechlujnie jakiś obiekt. Spokojnie, bez pośpiechu, zbliżyła się na odległość przeszło stu sążni, gdzie zatrzymała się zdecydowanie, ów tajemniczy przedmiot upuszczając kilka kroków wcześniej.

Tantar Żywy, niewiele myśląc, ruszył kłusem w stronę zakapturzonej postaci, która – prócz własnego cienia – nie miała po swojej stronie nikogo. Dowódcy szybko poderwali koń i podążyli za swoim wodzem. Muran patrzył w ciszy… i czekał…

Dwójka zatrzymała się jakieś dwa kroki przed obcym, za to Tantar zbliżył się doń jeszcze bardziej. Z wrodzoną pogardą spoglądał na obcego mężczyznę, odzianego w świeckie, podarte łachy, oczekując jego pierwszych słów. Nieznajomy jednak milczał, z nieruchomym spojrzeniem wlepionym w ziemię, skrywając oblicze pod szerokim, cienkim kapturem.

W końcu Tantar Żywy otworzył usta i nieprzychylnie wzniósł pytanie:

ľ Kim jesteś?… i co cię sprowadza?

Obcy nie odpowiedział i najwyraźniej nie zamierzał – stał spokojnie, jak wrośnięte w martwy nieurodzaj piasku drzewo o targanej lekkim wiatrem, zapłakanej koronie liści szarawego płaszcza, a nawet pierś jego zdawała się wcale nie poruszać – niby zawisł w tajemniczym bezdechu, opuszczony duchem. Obecność jego czujności zarazem, statyczna i chłodna, była wyraźnie odczuwalna.

Z trudem opanowując wzburzenie, Tantar powtórzył zadane pytanie – tym razem wolniej i głośniej, jakby przemawiał do głuchego.

ľ Kim jesteś i co sprowadza cię w to zapomniane, pogrzebane miejsce? Jak się tu znalazłeś?… Czy to ty jesteś Nedaln Ib Amaso, Żyjący Dzięki Śmierci?… Gdzie twoja armia?… ľ spytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. ľ Przybyłeś tu z nami walczyć? Powiedz, może chcesz nas pokonać w pojedynkę?

Odpowiedź nie nadeszła.

Biały rumak Tantara zarzucił znienacka łbem, rżąc niespokojnie, jak gdyby bezczelne milczenie nieznajomego trąciło go w chrapy niby woń świeżej krwi. W ślepiach miał grozę…

Czara cierpliwości Wodza Muranu zaś zdążyła się już przelać. Jego twarz spowiła mgła oburzenia – oczy zabłysły w zacienionych roztokach oczodołów tak jaskrawo i pięknie, że tylko gniew mógł teraz przezeń przemawiać.

Zarzucił zaciśniętymi na lejcach pięściami nad prawe ramię – a wyglądało to wówczas tak, jakby wznosił je do ciężkiego ciosu reprymendy, nie zaś pragnąc uspokoić wierzchowca. Zagroził cierpko:

ľ Ostrzegam cię!… ľ A to powiedziawszy, dostrzegł nieznaczny, ale gwałtowny ruch głowy obcego, co musiało oznaczać, że słowa zabrzmiały w jego uszach ze znaczącą dozą zrozumienia. Postać w kapturze jednak nie odezwała się. Tantar pochylił się nad nieznajomym, próbując przyjrzeć mu się dokładniej. Niestety nie potrafił dojrzeć jego twarzy, ale zauważył wystające spod kaptura siwe, proste loki… W tejże chwili nieznajomy poruszył się ponownie, nieskrępowanym ruchem odsłaniając prawą połę płaszcza i ukazując skrywaną zań, zakrwawioną rękę, dzierżącą długą poszarzałą klingę z odłamaną rękojeścią. Ściekająca posoką, obnażona stal została oparta sztychem o ziemię.

Był to widok zaprawdę nieczęsty – człowiek kaleczący się ostrzem, które zastępowało mu oręż… Strugi czerwieni nadawały ułomnej broni iście upiorny wygląd. Tantar bez wahania chwycił za uchwyt swego potężnego, oburęcznego miecza – broni, której imię na zawszę przecięło zachód – i ryknął groźnie:

ľ Żałosny głupcze! ľ zagrzmiał. ľ Jam jest Tantar, wódz Muranu, Żywy Teraz i Żyjący Na Wieki! Wóz tych i nadchodzących pokoleń Muranu! Opiekun Najświętszych Dźwięków Miri i dziedzic boskiego tworu Furruf! Przybyłem tu na umówioną bitwę z…

ľ Wiem, kim jesteś i po coś tu przybył… ľ przerwały mu nagłe, swobodne słowa siwowłosego, który minimalnie uniósł ku niemu wzrok, ukazując tym samym część twarzy. Tantar jednak nadal nie mógł widzieć jego spowitych cieniem oczu… Głos obcego był odrobinę ochrypły, lecz bynajmniej nie wydawał się być głosem starca… ani też głupca. ľ Nie jest mi znane, ważne ani ciekawe, kim jest ten, kogo zwiecie Nedaln Ib Amaso. Nie prowadzę też za sobą żadnej armii…

ľ Co jest w tych tobołach?! ľ wtrącił jeden z dowódców, którzy właśnie zbliżali się ku owym obiektom. Zszedł z konia, podszedł do tajemniczych bagaży, przydźwiganych przez obcego, i szturchnął je stopą. Były całkiem spore – oba na wielkość rosłego mężczyzny – i wypełnione po szwy. Leżały jakieś dwa kroki za siwowłosym, niechlujnie porzucone na końcu dwóch, długich głębokich pasów zarysowanych przezeń na piasku. Co było jednak najistotniejsze – oba splamione były czerwienią…

Zakapturzony mężczyzna, choć wciąż wydawał się być spokojny, w rzeczywistości rozwścieczył się, że mu przerwano – podobnie zresztą nie podobało się to Tantarowi. Po chwili tłumionego gniewu jednak obcy wysyczał odpowiedź:

ľ Pałętało się po pustyni.

Żołnierz zareagował zdumionym, pytającym spojrzeniem na przyjaciela obok, a potem na swego równie zdezorientowanego władcę. Zdecydowawszy się zajrzeć do worków, aż odskoczył w zaskoczeniu, co ujrzał. Z wnętrza wora spojrzały na niego martwe oczy pozbawionej reszty ciała głowy – grymas twarzy zastygł w błagalnie ułożonych brwiach i nieco otwartych ustach z sinym, sztywno wywalonym językiem… Worek wypełniało zapewne więcej podobnych trofeów, zaś to jedno, które w pierwszej chwili najbardziej rzuciło się Murańczykowi w oczy, było wyjątkowe…

Wojownik, nie zaglądając w ogóle do drugiego wora, obnażając miecz, wyzwał przez zaciśnięte z gniewu zęby:

ľ Łotrze!

ľ Cóż tam jest?! ľ spytał Tantar.

ľ Co zobaczyłeś? ľ odezwał się w tej samej chwili drugi dowódca.

ľ Zabił naszego zwiadowcę… Morderca! ľ wojownik ruszył marszem na obcego, podczas gdy ten, nie zwracając na niego uwagi, dokańczał wcześniej przerwane wyznanie. Przemawiając nieśpiesznie, opanowanym, lodowatym tonem, z każdej części swego jestestwa emanował ponurą, złowróżbną determinacją.

ľ Nie prowadzę za sobą armii… I nie potrzebuję jej, by zmieść Muran z powierzchni tej Ziemi. ľ Zdarł z czoła kaptur, ukazując całą głowę. Boczne potoki prostych włosów jasnopopielatej barwy spłynęły na ramiona. ľ I zrobię to. A ciebie, Żywy Tantarze, uczczę Martwym, i pozwolę, byś… ľ Tantar nie zwlekał ani chwili dłużej. Wyszarpnął broń z pochwy tronowego oparcia, zręcznie i błyskawicznie. Koń zdążył jedynie drgnąć nieznacznie, kiedy siwowłosa postać zamaszystym, przerażająco szybkim ruchem urąbała zwierzęciu pysk – tak łatwo, niby skracając gałąź lipy – przecinając tym samym popręg. Bladolicy jak Wschodnie Śniegi ogier Tantara wierzgnął rozpaczliwie, stając dęba, zwalając z grzbietu pozbawionego lejc jeźdźca i jeszcze przez jakiś czas zarzucając zdeformowanym, ziejącym krwią łbem – podobnie jak kur po wykręceniu i wyrwaniu mu głowy potrafi biegać obłędnie wkoło, napędzany bulgoczącymi weń sokami strachu.

Tantar, przeleciawszy przez zad konia, zwalił się plecami na piasek, a miecz i tarcza umknęły mu z rąk.

W tej samej jednej chwili tajemniczy mężczyzna momentalnie przeszedł do kolejnego ciosu, obracając się do stojącego za jego plecami przeciwnika i obrzucając go nietypowym cięciem – dokładnie po linii oczu. Powalił go kopnięciem w brzuch i ruszył prędkim marszem na drugiego z dowódców. Jeździec nie zdążył do końca wydobyć miecza z pochwy, gdy jego rumak został nagle podcięty z przednich nóg. Straciwszy równowagę i przeciawszy do przodu przez łeb kwiczącego zwierzęcia, spotkał się w locie z tnącym ostrzem wroga… Górna część przepołowionego ciała jeszcze przez kilka sekund rozpaczliwie osłaniała się rękoma, gdy potoczyła się tuż pod opętańczy taniec śnieżnego ogiera bez pyska – upiorny balet bieli i czerwieni, przerażający i piękny.

Muran znieruchomiał…

Tantar zerwał się na kolana i chwycił swój upuszczony niedaleko, złoto lśniący oręż. W tej samej sekundzie niespodziewanie, wprost znikąd, otrzymał kopnięcie w nos i runął na plecy. Cios był niezwykle mocny, ale nie osłabił wystarczająco Tantara, który niemniej przez chwilę podejrzewał wręcz, że oto raziły go kopyta jego własnego wierzchowca, nie zaś ludzka noga. Złapał miecz Furruf oburącz i na ślepo zadał parę szybkich poziomych cięć. Początkowo odpowiadały mu jedynie świsty powietrza, ale przy trzecim niechlujnym machnięciu rozbrzmiał dźwięczny blok stali, po czym ponownie kopnięto Tantara w twarz, odrzucając go mocno w tył… tak, że Furruf znowuż wyślizgnął mu się z dłoni i uleciał na parę stóp w dal.

Jęk Tantara – ułamane, krótkie „Aa” – targnęło Muranem jak nieoczekiwana, przedwczesna pobudka.

Podniósł się jak najszybciej na czworaka i poczłapał prędko po swoją broń. Kiedy tylko rękojeść Furruf znalazła się w jego uścisku, raz jeszcze desperacko i na oślep spróbował dopaść przeciwnika nagłym ciosem – przy prostowaniu pleców i obracaniu się do tyłu zarzucił miecz nad głowę i szarpnął mocno do pionowego cięcia. Odpowiedź siwowłosego młodzieńca była nadzwyczajna – sparował uderzenie nie tylko prowadzonym skośnie blokiem brzeszczot, ale i przyjęciem klingi na otwartą dłoń. Zaciskając uścisk na ostrzu, wyszarpnął ją z rąk leżącego, łojąc go następnie rękojeścią po skroni, a potem rzutem odsyłając Furruf gdzieś za jego plecy. Wbił własną broń w jego lewe udo i w odpowiedzi posłyszał długi, przejmujący wrzask… Nim zamierzył się do wyjęcia głowni, Tantar Żywy własnoręcznie wytrącił ją na bok, jęcząc boleśnie, po czym bez zastanowienia rzucił się na nogi nieprzyjaciela… które wprawdzie szybko mu umknęły.

Tantar leżał chwilę na brzuchu, dysząc z bólu i obserwując przemieszczające się stopy nieznajomego oraz ciągnącą się za nimi końcówkę szarego jęzora ze stali, ściekającego teraz rdzawą posoką Żywego. Strach, jaki siadł nagle na jego plecach – uczucie wcześniej nieznane Tantarowi, Wodzowi Zwycięstwa – był na swój sposób szaleńczy i, w całej swej ironii, niezrozumiały. Tysiące myśli natłoczyło się pod nigdy nie marszczonym, młodzieńczym sklepieniem wodza Muranu i zaszemrało niezliczonym echem przedśmiertnego bełkotu. Trzeźwość umysłu okazała się naraz bliźniakiem obłędu… groza zaś – nektarem znieczulenia.

Muran był zszokowany. Nikt się nie odezwał ani nie poruszył…

Zabawne… Tantarowi zdawało się, jakby zaczął spoglądać na całe wydarzenie gdzieś z boku; jakby wcale go nie dotyczyło. Jakby stał razem ze swoimi ludźmi na odległej podłużnej wydmie, niby widmowym statku donikąd, i z niedowierzaniem przyglądał się sobie samemu oraz temu, co postanawia raptem uczynić.

Dźwignął się powolnie na kolana, przez chwilę krzywiąc się z bólu nogi. Zadarł do góry ciężką głowę i wymierzył wrogowi odważne spojrzenie. Po kilku ociężałych sekundach rozłożył na bok ręce.

Siwowłosy mężczyzna posłał spojrzenie w stronę armii i po chwili powrócił nim na twarz Tantara. Przechylając lekko głowę, popatrzył na Furruf, znajdujący się parę kroków za swoim klęczącym właścicielem, a potem ponownie zajrzał w oczy Tantara, które płonęły wówczas żywym wyzwaniem. Dłuższe sekundy tej wymiany spojrzeń wszelako były dla wodza Muranu niby bezsenne noce pod strażą dwóch przytłaczających, błękitnych księżyców…

Obcy po raz kolejny zerknął przez ramię Tantara na leżący tam miecz Furruf, jakby w rozważaniu.

I wreszcie ruszył się z miejsca.

Stawiając pierwszy stanowczy krok ku klęczącej sylwetce z rozłożonymi niedbale rękoma, miast ją ominąć, by podążyć po Furruf, zderzył się z nią, bestialsko nadziewając jej brzuch na ostrzę miecza – tak silnie, że aż uniósł mężczyznę nieznacznie.

…Muran drgnął. Wiatr między wojami bezczelnie zabisował krwawej scenie.

Krzyk Tantara nie zdołał wznieść się nawet na sekundę i nikt go nie usłyszał – był jak struna, która pękła, nim ją nawet naciągnięto.

Gdy dopadło go owe pchnięcie i został poderwany do tyłu na wiotkie nogi, a potem posadzony z powrotem na kolana jakieś dwie stopy dalej, nieprzyjaciel puścił swój szkielet miecza i, mijając Żywego, chwycił zań z powrotem z drugiej strony – za wystającą tam, większą część – wyszarpując go gładko i stając nieporuszonym, twarzą do Muranu.

Tantar siedział półprzytomnie między własnymi piętami i czuł, jak wilgoć napływa mu do ust. Rana tuż pod mostkiem zdawała się nie należeć do niego; myśli powiodły gdzieś w okolice nic nieznaczących wspomnień, a oczy zaplamiły opryski czarnej farby agonii. Siwowłosy morderca wrócił przed spojrzenie Tantara, a razem z nim powróciła doń również świadomość rzeczywistości. Nieznajomy podsunął rękojeść Furruf pod nos Tantara, by mógł jej dobyć. Gdy ten zaś obrzucił ją mdlejącym spojrzeniem i z ociąganiem spróbował w końcu sięgnąć po nią drżącą dłonią – legł twarzą na piasek, zaledwie muskając ją palcami.

…Oddech wstrząśniętej armii zatrzymał się raptownie, po czym uciekł ze świstem…

Miecz zwany Furruf z sykiem wtopił się w piasek tuż pod nosem swojego leżącego na brzuchu właściciela. Posiadał złocistą barwę i niezliczoną ilość czarnych znaków – jakby inskrypcji – wzdłuż całego ostrza, które poczęły poruszać się znienacka – powoli i zalotnie, niby kopulujące węże.

Przebity brzuch zebrał pod nim czerwoną kałużę; usta zlały na podbródek strugi ciepłej krwi. Obfite, dławiące strugi. Ostatkiem sił, acz wytrzeszczonymi oczyma, spojrzał na stojącego nad nim mężczyznę, który właśnie pochylał się ku niemu, by coś powiedzieć.

Armia, obserwując całe wydarzenie, nadal nie reagowała. Nie mogła nic poradzić. Ich przywódca umierał… Nigdy nie spodziewali się zobaczyć go w takiej sytuacji. Tantarowi Żywemu nie pasowała śmierć. Myśleli, że nigdy go nie spotka. Nigdy… Widzieli teraz, jak obcy siwowłosy wojownik kuca obok ich bezbronnego, dogorywającego władcy i szepta mu coś do ucha. Trwało to jakąś chwilę. W końcu obcy wstał i po raz kolejny dobył swej obdartej klingi. Zwrócił spojrzenie w kierunku wpatrującej się weń armii, jak gdyby rzucając wyzwanie, mówiąc: Patrzcie

…Przykucnąwszy raz jeszcze przy konającym, okazało się, że począł odkrajać mu głowę.

Przeraźliwy, świdrujący krzyk rozdzierał dusze wojownikom Muranu. Żal i nienawiść narastały w nich z każdą sekundą w paskudnych i pięknych postaciach – larwy dzikich pomst, wylęgłe z ich serc, rwały się do wyjścia na arenę. Morderca ich wodza kopnął jego nie do końca odcięty łeb, a kiedy owy żałosny ochłap turlał się już po zboczu wydmy, nadal dało się słyszeć przerażające zawodzenie jego właściciela.

Echo?…

…Możliwe.

Jeden z Murańczyków wybiegł przed szeregi. Wycelował z łuku w obcego i posłał ku niemu strzałę. Szybowała prosto w jego czoło, lecz wystarczył prosty unik – właściwie leniwe, acz błyskawiczne i podjęte w ostatniej chwili, przechylenie głowy – a pocisk wylądował o krok za celem. Mężczyzna pozostał niewzruszony. Murańczyk zaś odrzucił łuk, dobył miecza i, z okrzykiem gniewu, rzucił się do walki… a w ślad za nim – cały Muran.

Szarżujące wojsko spływało z wielkiej wydmy niby górska lawina. Samotny przeciwnik nadal stał nieruchomo, podczas gdy za jego plecami, hen na horyzoncie, zaczęły tworzyć się naraz tajemnicze, smoliste chmury. Poruszały się błyskawicznie; wiły się i zbierały w jedną; niosąc grzmoty i mrożący wicher, w mgnieniu oka nadleciały nad jego głowę – niby mistyczni sprzymierzeńcy.

Gdy Muran sunął z zażartym bitewnym wrzaskiem, po pokonaniu jakiejś połowy odległości do celu zatrzęsła się ziemia. Pod stopami lewej flanki raptownie jął wyrastać potężny łańcuch skał, niczym nie liczący się z czasem granitowy krzew. Rozdarł ziemię i począł piąć się wzwyż – ospale i zawrotnie prędko jednocześnie. Wynurzając się spod wszechobecnego piasku, powoli przyjął rozmiary góry. A zabierając trzecią część wojska na swój grzbiet, zrzucał większość, podobnie jak rozwichrzony wałach zrzuca śmiałków próbujących go ujeździć. W tym samym czasie z prawej strony ziemia otworzyła się, tworząc długą, głęboką przepaść. Tony zapadającego się weń piasku pociągnęły za sobą całe setki Murańczyków.

Wiatr rozwiewał jego białe włosy i długi, szary płaszcz. Gdy byli już jakieś pięćdziesiąt kroków przed nim, z głębi mrocznego nieba bez uprzedzenia wystrzeliła błyskawica, trafiając dokładnie w miecz Furruf, wbity obok bezgłowego ciała Tantara, i odłamując jego rękojeść od klingi. Siwowłosy jedynie zamrugał, marszcząc prawy policzek, nie okazując wszak najmniejszych objawów zaskoczenia, a wręcz spodziewając się tego.

Przygotował się do walki, cofając powoli prawą nogę i przekładając miecz do lewej ręki. Stał niezwykle spokojnie na tle czarnego całunu chmur i czekał na starcie…

Pierwszy Murańczyk otrzymał szybkie, skośne cięcie, odesłany lotem w tył, niby rażony siłą tajfunu…

 

Niczym morska fala, setki rozpędzonych wojowników zalewało samotną postać. Nacierali z pełną szybkością i impetem, nawet wielu na raz; jego ostrze jednak masowo powalało ich trupem. Siwowłosy wojownik samotnie odpierał nacierającą armię, podczas gdy przez odgłosy piorunów oraz gwizdy rozszalałego wiatru jęły przedzierać się pewne tajemnicze, coraz głośniejsze dźwięki…

Ding dong, ding dong!!! – roznosiły się potężne bicia Dzwonów…

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz