Dziedzic Pustyni – Początek

PROLOG

Widziałem jak podchodzą do klasztoru, było ich dziesięciu. Rozbójnicy, mordercy. Przyszli po nasze skarby. Myślałem, że zastanę tu spokój – tak było, ale tylko przez dziesięć lat. A ile mam? Dwadzieścia cztery lata, tak długi jest mój żywot. Musiałem się schronić w tym obskurnym miejscu, przywdziać habit. Nie wiedziałem jednak, że tu nauczę się tylu rzeczy. Nie wiedziałem, że w tym klasztorze szkoli się morderców.
Przez pierwsze dwa lata bacznie mi się przyglądano, sprawdzano mnie. Różnego rodzaju treningi wytrzymałościowe, biegi, szermierka. Potem zaczęto właściwe nauczanie. Dano mi do ręki specjalne, zakrzywione ostrze zwane Dziedzicem Nocy, kilka noży do rzucania i jednoręczny gladius. Z rozkoszą wypełniałem wszystkie zadania – tak właśnie bogacił się klasztor. Ja nie miałem z tego niestety żadnego, finansowego pożytku.

Usłyszałem trzask – zabójcy byli już w środku. Bez namysłu zrzuciłem habit w swoim pokoju i przywdziałem paskową zbroję koloru czerwonego. Ubrałem czarne, skórzane spodnie do których przypiąłem pas. Do niego doczepiłem pochwę z gladiusem i noże do rzucania. Z rogu pokoju wziąłem łuk kompozytowy i kołczan strzał. Przed wyjściem narzuciłem na siebie pelerynę. Nałożyłem kaptur i wybiegłem z pokoju.

Na ziemi leżało dwóch mnichów. Jeden nie miał głowy, drugi obu rąk. Nie wszyscy tu umieli walczyć. Tak naprawdę było nas niewielu, reszta to byli niewinni mnisi.
Popatrzałem w lewo – sporych rozmiarów postać, zakapturzona, rzuciła się na mnie. Trzymała miecz w górze. Korytarz był wąski więc podskoczyłem – napastnik był blisko, odbiłem się od ściany. Wojownik nie trafił, ja zasadziłem mu potężnego kopniaka w bok głowy. Zanim jednak się przewrócił to nałożyłem strzałę na cięciwę i wpakowałem mu ją w skroń. Nie zdążył pisnąć, już leżał martwy.
Skierowałem swe kroki w kierunku holu. Tam było przejście do sali opata, a z jego sali było przejście do mojego Mistrza. Po drodze usłyszałem krzyk kobiety. Zajrzałem do pobliskiej komnaty i zobaczyłem jak dwaj napastnicy zdzierają ubrania ze służki. Naciągnąłem dwie strzały i puściłem ja w kierunku wrogów, obie przebiły ich na wylot. Niestety ten co stał bardziej po lewej przewrócił się na nagą służkę, wystający grot przebił jej brzuch.
– Na wojnie zawszę są ofiary bracie – obróciłem się gwałtownie. Odetchnąłem z ulgą, to był mój przyjaciel z drużyny. Zabójcy zawsze pracowali parami, rzadko kiedy działali indywidualnie.
– Idziemy do opata, Grundel – powiedziałem do przyjaciela. Miał na sobie habit, trzymał w ręce potężny miecz dwuręczny, prawdopodobnie zdobyczny. Przyjaciel kiwnął głową, ruszyliśmy dalej korytarzem.
Po kilku chwilach ujrzeliśmy trzech zakonników zabijających czterokrotnie większą liczbę oponentów. Byli to nasi trenerzy, od lewej był to Calvinus, Araivan, Seqtedos.
– Dobrze, że ktokolwiek przeżył, jesteśmy z was dumni. – Seqtedos powiedział. Uśmiechnąłem się. Widać musiałem być naprawdę dobry jeżeli przeżyłem. Przeciwnik nie wydawał się zbyt mocny.
Araivan pogłaskał swój sejmitar i rzekł:
– Mamy dwie opcje – albo pójdziemy po naszego Mistrza narażając własne życie, lub uciekamy z tej kostnicy. Wasz wybór bracia – Popatrzyliśmy na siebie z Grundlem. Nigdy nie stawiano nas w tak trudnej sytuacji. Tyle zawdzięczałem Mistrzowi, tyle mnie nauczył.
– Ja idę, nie opuszczę go – odsunąłem się od Araivana, ten ścisnął swój sejmitar w swojej ręce.
– Nie pozwolę byś zniweczył me plany biesie – Araivan rzucił się na mnie i ciął od spodu. Wyczułem jego atak i zablokowałem gladiusem, przeciwnik jednak wbiegł kilka kroków po ścianie po czym odbił się robiąc przewrót w tył. Czułem jak coś ostrego rozszarpuje mój bark. Popatrzyłem na zakrwawiony nóż leżący na ziemi, po czym poczułem coś zimnego na gardle. Za mną stał Araivan, przykładał mi miecz.
– Zrobisz co ci każę – Wyszeptał mi do ucha.
Nie wiedziałem na początku co zrobić, jednak naszedł mnie pewien pomysł, bardzo niebezpieczny. Odchyliłem głowę najmocniej jak umiałem jednocześnie chwytając uzbrojoną dłoń Araivana. Przeciwnik zawył, z jego nosa pociekła krew. Kopnąłem go w brzuch – odleciał kawałek po poziomej trajektorii po czym wbił się w ścianę. Już miałem zamiar kontynuować rozmowę z resztą gdy usłyszałem wrzask. Rzuciłem mieczem najmocniej jak umiałem. Z ust mojego byłego trenera dało się usłyszeć cichy charkot. Miałem szczęście – zareagowałem w porę szybko. On też się przymierzał do rzutu, uprzedziłem go o sekundę.
Wszyscy na mnie patrzyli z podziwem, podszedł do mnie Calvinus.
– Zasada między nami jest taka, że jeżeli jeden drugiego zabije, to przejmuje jego funkcje. Otrzymujesz stopień mistrza miecza.
Byłem zaszczycony, jednak nie było mi to w tym momencie tak bardzo potrzebne.

Głośny huk i wrzask dobiegł od strony głównego wejścia. Dziesiątki przeciwników biegły w naszą stronę. Byli dobrze uzbrojeni, mieli na zbrojach dziwny herb – zielony sztylet z którego ściekały krople.
– Bractwo Gniewu – Calvinus wyciągnął jatagan i rzucił się na wrogów. Za nim biegł Seqtedos z podniesionym w górę toporem.
– Grundel co robimy? – nie wiedziałem co zrobić, to było takie zagmatwane. Mój przyjaciel jednak kiwnął głową patrząc na dwóch dzielnie walczących mężów.
Calvinus zawył, jatagan wypadł mu z ręki. Zachwiał się kilka razy, po czym upadł na ziemię. W jego ciało wbite były cztery włócznie. Patrzyłem jak rozpędzona armia przebiega koło Seqtedosa, padł martwy – był porozcinany.
– Wynosimy się – krzyknąłem i zabrałem się z Grundlem do ucieczki. Ujadanie napastników powoli cichło. Zabarykadowaliśmy się w pobliskim pokoju. Był lekko ciasny, pachniało w nim stęchlizną. Właściciel leżał na łóżku – miał wbite cztery strzały w tors. Był martwy od kilkudziesięciu minut.
Tłum przebiegł obok drzwi, po czym odgłos napastników oddalał się. Spokojnie wyszliśmy z komnaty zachowując wszelką ostrożność. Skierowaliśmy swe kroki do pokoju Mistrza.

– Oddawaj chłopaka starcze, albo pożałujesz! – Nad Mistrzem stał mężczyzna bez hełmu. Miał długie, czarne włosy, nosił zbroję łuskową. Przez plecy miał przewieszony szeroki miecz.
– Odejdź precz, bękarcie – Patrzyłem jak Mistrz rzuca się na przeciwnika. Widziałem jak został rozszarpany przez mrocznego rycerza.
Wraz z Grundlem rozpoczęliśmy paniczną ucieczkę. Koło wyjścia poczuliśmy jak klasztor się trzęsie. Grundel się potknął, z dachu zaczęły sypać się okruchy.
– Idź, ty musisz przeżyć – nic nie powiedziałem – pobiegłem przed siebie przekraczając próg monastyru. Dwóch żołnierzy pilnujących przejścia zabiłem jednym płynnym ciosem Dziedzica Nocy.
Nie obróciłem głowy – klasztor się zawalił.

ROZDZIAŁ I
Byłem wycieńczony. Szedłem właśnie na południe od klasztoru. Dawno opuściłem zielone tereny, dwa dni temu wkroczyłem na gorącą Pustynię Skorpiona. Gdzieś po drodze zgubiłem Dziedzica Nocy, prawdopodobnie jak walczyłem z łowcami niewolników 200 mil stąd. Słońce przypiekało, oazy nigdzie nie było widać. Przestałem kojarzyć fakty, moje nogi zrobiły się cholernie ciężkie. Czułem tylko bolesny upadek.

Obudziły mnie wstrząsy, słońce nie przygrzewało aż tak mocno. Leżałem w cieniu. Nade mną pochylał się człowiek. Miał na sobie szary płaszcz, głowę miał zawiniętą w jakieś szmaty. Do pasa miał przypięty sejmitar.
– Obudziłeś się wreszcie chłopcze – lekko się uniosłem podpierając się łokciami. Mężczyzna podał mi bukłak z wodą. Wlał mi trochę tego cudownego płynu do ust. Byłem wniebowzięty.
– Długo spałem? Gdzie ja w ogóle jestem? – popatrzyłem najpierw na tego co się na mnie pochylał, potem na kilku innych stojących ciut dalej. Byłem w wozie, koło mnie leżały różne dywany i płótna. Sprawdziłem pas – nie miałem broni. Zaraz jednak ją zobaczyłem – leżała przykryta płótnami zaraz obok mnie.
– Trzy bite dni chłopcze. Byłeś strasznie wycieńczony. Aktualnie jedziesz z nami do pięknego miasta Nur’Ad. Będziemy sprzedawać swoje towary więc cię tam odstawimy – mężczyzna popatrzył na mnie uprzejmym wzrokiem – nazywam się Hibn Arav, jestem kapitanem najemników. Osłaniamy te karawany od wielu lat. Jak cię nazywają chłopcze?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, nie wiedziałem już jak się nazywam. Cały czas zwracano się do mnie per brat. Pomyślałem chwilkę i odpowiedziałem Hibnowi.
– Corvan, możecie do mnie mówić Corvan – Położyłem głowę na poduszkę. Nie czułem się najlepiej.
– A więc Corvanie muszę rzec, że zrobiłeś niewyobrażalną rzecz. Przeszedłeś 500 mil na jednym bukłaku z wodą. To niesamowite. Teraz jednak śpij, musisz wypocząć. Obudzę cię jak dojedziemy do Nur’Ad Corvanie, Synu Pustyni.

Jechaliśmy jeszcze dwa dni. Hibn opowiadał o swoich przygodach, o tym czym handlowali i o wszystkich wojnach jakie przeżył. Był niesamowitym człowiekiem. Ja nie miałem innych przeżyć niż życie klasztorne.
– Widzisz Corvanie? – Hibn pokazywał mi oddalone o kilka mil ogromne miasto – To jest nasze przeznaczenie.
Miasto było niesamowite, miało bardzo grube mury koloru jakby hmm… piaskowego tylko tak przyciemnionego. Było widać wiele masywnych wież i baszt. Już z tej odległości dostrzegłem potężne machiny obronne stojące na umocnieniach. Inną ciekawą rzeczą były rośliny. Widziałem jak z murów, domostw mniejszych i większych zwisają piękne rośliny, bardzo zielone i nadające niezwykłego uroku miastu.

Po kilku dłuższych chwilach dotarliśmy pod bramy tego urokliwego miasta. Strażnicy byli muskularni, odziani w łuskowe zbroje koloru złotego. Do pasów mieli przypięte jatagany, z tyłu machairy. Na głowie nosili szyszaki. Na murach strażnicy mieli kolczugi, w rękach trzymali kusze.
Strażnik bez słowa otworzył bramę. Wjechaliśmy na ulicę tętniącego życiem miasta. Drogi wyłożone były białym brukiem, domostwa w tej okolicy były przednie. Tylko przy murach stały slumsy. Budulcem z którego postawiono domy była (tak mi się wydaje) biała cegła lub wapień. Na niektórych budynkach były różnorakie wzory, z okien za to wydobywał się cudowny zapach jadła. Żołądek przypomniał mi o swoim istnieniu.
Jechaliśmy powoli jeszcze kawałek, aż dotarliśmy na sporych rozmiarów plac.
– Tu cię zostawimy Corvanie – Hibn stał koło mnie, wyciągnął dłoń – gwarantuję Ci kolejne spotkanie.
– A ja tobie przyjacielu – uścisnąłem wystawioną rękę i wyskoczyłem z wozu. Sięgnąłem jeszcze tylko po broń – przypiąłem miecz do pasa, łuk z kołczanem przewiesiłem przez ramię. Ruszyłem długą aleją.
Mijałem ludzi, byli to i zwykli mieszkańcy, trochę hołoty, trochę bogaczy. Po lewej mijałem zamtuz o wdzięcznej nazwie „Cudowna Jaskinia”, po lewej były koszary. Jak w każdym mieście koszary składały się z trzech części – żołnierskiej, oficerskiej i gościnnej. W tej ostatniej przebywali najemnicy, których można było nająć za mniejsze lub większe pieniądze do różnych celów.
Idąc dalej ledwo co zauważyłem pewną zmianę, ludzi nie było w tej okolicy. Obróciłem głowę – masa ludzi przemieszczała się w miejscu z którego wyszedłem – tu jednak ulice świeciły pustkami. Popatrzyłem raz jeszcze.
– Ah, jestem głupi – rzekłem sam do siebie po czym zawróciłem. Droga rozwidlała się, wybrałem niestety tą dróżkę, która nie jest główną aleją. Co miałem zrobić – rozpocząłem powrotny marsz. Po przejściu kilku kroków wydawało mi się, że coś usłyszałem, poszedłem to sprawdzić. Pięciu strażników kopało leżącego, starszego mężczyznę.
– Nasz król nie znosi takich niespodzianek, starcze – strażnik zasadził potężnego kopniaka leżącemu człowiekowi, ten zakaszlał krwią.
W sumie wyglądał na jakieś 60 lat. Miał krótką, siwą brodę i siwe włosy sięgające szyi. Odziany był w zielono-czerwoną togę.
– Ja tylko chciałem dobić mojego synka – mężczyzna rzekł, nie wiedziałem o czym on mówi, przeraziło mnie to. Strażnik pochylił się nad mężczyzną i rzekł:
– Jak król krzyżuje za bunt to dlatego, aby buntownicy wiedzieli, że umierają. Ty też tak skończysz.
Nie wytrzymałem. Naciągnąłem strzałę na cięciwę i puściłem ją w stronę stojącego tyłem do mnie żołnierza. Przeszła przez gardło na wylot, strażnik padł na ziemię dekorując okolicę kałużą krwi. Reszta rzuciła się na mnie, jednak stało się coś o czym bym nawet nie pomyślał. Starzec chwycił jednego ze strażników za głowę i skręcił mu kark. Zanim ten upadł to jego miecz był już w rękach dziadka. Szybkim obrotem pozbawił jednego z wojów głowy. Jeden ze strażników cofnął się przerażony, drugi zaatakował. Bez entuzjazmu wskazał napastnika palcem, chwilę potem mała czerwona kula ugodziła żołnierza. Jego ciało pofrunęło na ziemię z ogromnym impetem. Starszy mężczyzna schylił się po swoją laskę – wtedy zaatakował ostatni żyjący. Szybko wypuściłem kolejną strzałę – ugodziła go w oko.
– Dziękuję za pomoc chłopcze – starzec wyciągnął dłoń – nazywam się Thorak Davis.
– Jestem Corvan – uścisnąłem rękę mężczyźnie.
– Chodźmy stąd, mieszkam w pobliżu a to miejsce – wskazał palcem na ciała – zaraz zaroi się od gwardzistów.
Jak powiedział tak uczyniliśmy. Wędrówka do jego domu trwała chwilkę, jakieś 15 minut. Nikt z nas nie odezwał się podczas podróży. Mieszkał koło muru, jego chatka była uboga. Była to taka większa szopa zbita z desek. Thorak wpuścił mnie pierwszego. Dom miał trzy izby i toaletę. Kuchnia znajdowała się na prawo od wejścia. Była to największa izba. Pośrodku stał drewniany stół z trzema krzesłami. Po prawej, pod oknem stał piecyk na drewno. Zaraz obok niego znajdował się ruszt. Naprzeciwko wejścia do kuchni znajdowała się sypialnia Thoraka i jego żony. Było jedne małżeńskie łoże i dwie szafki nocne. Na lewo od drzwi stała szafa, obok niej był świecznik. Ostatnie pomieszczenie było najmniejsze. Pod ścianą stało łóżko, obok niego szafa. Kilka regałów z księgami dekorowało zachodnią ścianę.
– Jak widzisz Corvanie, nie opływamy w luksusy – Thorak powiedział lekko się uśmiechając – nie należymy do elity, aczkolwiek staramy się o nasze prawa.
– Ten dom jest cudowny! – mówiłem prawdę. Zawsze marzyło mi się mieszkanie w takim domku. Może niekoniecznie aż tak biednie, ale z podobnymi standardami. – chciałbym usłyszeć kilka słów wyjaśnienia, jeśli oczywiście można. – usiadłem na krześle w kuchni, pan Davis podszedł do piecyka i nałożył gotowanych kartofli z kiełbasą i cebulką na talerz, po czym podał mi go. Żołądek upominał się o swoje.
– Panie Corvan, zrobimy tak. Pan będzie jadł i nie będzie mi przerywał, a ja panu wszystko wyjaśnię – propozycja mi pasowała, kiwnąłem głową wsadzając ją chwilę potem do talerza – Miasto to jest miastem starym i pięknym. Z własną historią. Zawsze rządził nim prawy i mądry władca. Niestety, czasy się zmieniły – ludzie cierpią, giną, a to tylko z winy jednego człowieka – króla Dariusza Silvasa II. Jest to władca beznadziejny, nienawidzi nas, biedoty. Ostatnio ukrzyżował sto osób, w tym mojego syna. Moją córkę zgwałcił i powiesił. – patrzyłem na Thoraka lekko zniesmaczony, miałem otwarte usta, kartofle mi powoli wylatywały. Szybko jednak się opanowałem i kontynuowałem jedzenie posiłku. – zawiązaliśmy specjalną organizację – Związek Strzaskanych Butli – nazwa nie jest podejrzana, a walczymy z tyranią królewską. –
Skończyłem posiłek i odstawiłem talerz. Patrzyłem się na Thoraka, tyle strasznych rzeczy w życiu przeżył, współczułem mu. – chodźmy panie Corvan, przedstawię pana reszcie.

– Jakim cudem ten spleśniały grzyb uciekł? Mieliście go wyeliminować… – Król wstał. Miał długie, czarne włosy, kozią bródkę. Jego twarz dekorował spory zarost nie golony od kilku dni. Nos miał lekko zakrzywiony, przegroda nosowa była osunięta – prawdopodobnie po jakiejś bójce. Oczy miał przesiąknięte złem, były to oczy demona.
– Pa -panie – strażnik stękał – ja – ja – n – ni – nie – w –wiem. O – on b – był t- twoim na- na…
– Skończ się jąkać bo nabiję cię na pal!
– On był twoim najlepszym magiem panie. Nie mógł być tak łatwo pokonany. Zresztą ktoś mu pomógł, ktoś powystrzelał naszych ludzi.
Król wstał zamyślony, szedł szybkim krokiem w kierunku strażnika. Ten zamknął ze strachu oczy, król przeszedł i skierował się ku wyjściu. Gwardzista wstał uradowany i odetchnął z ulgą. Nagle pałac zabrzmiał strasznym wrzaskiem – krzykiem kogoś kto stracił obie ręce.

– To jest Edward Satirius – zobaczyłem jak młody mężczyzna wstaje i się kłania, odwzajemniłem gest. – jest naczelnym dowódcą naszych wojsk powstańczych. To jest Maurius Kalgar – Thorak wskazał niskiego mężczyznę – jest on szefem zaopatrzeniowym. Dostarcza broń i żywność. A ten tutaj to Kur’rah – pan Davis wskazał małego goblina – mistrz dywersji.
Przywitałem się z każdym po czym wprowadzono mnie w tajniki operacji. Żeby jednak zwiększyć nasze szanse należało wyeliminować jedną osobę.
– Niejaka Jessica Proudmore morduje naszych ludzi. Wczoraj straciliśmy trzech generałów. Musi zostać wyeliminowana! – Thorak uderzył pięścią w stół. Nie wiem jak to zrobisz, ale ona musi do jutra nie żyć. Jeżeli przeżyje to da rozkazy Dariuszowi, a wtedy nasze powstanie się skończy. Najgorsze jest to, że król jest świadomy buntu, nie chce jednak wyprowadzić armii na ulicę. Musi się panu powieść, panie Corvan. Edward Satirius pomoże panu w wykonaniu zadania. Rozejść się, obrady zamknięte! – Thorak opuścił salę wraz z resztą. Zostałem tylko ja z młodym dowódcą wojsk powstańczych.

Wyszliśmy chwilę później z piwnicy gospody „Pod Skrwawioną Lutnią” – nikt nie zwrócił na nas uwagi. Wyszliśmy na ulicę, słońce już zachodziło. Edward skierował nas do tajnego wejścia. Wszędzie było ciemno i głucho, były to tajne pomieszczenia pod pałacem. Popatrzyłem przez dziurkę od klucza.
– Czysto – Po cichutku weszliśmy do komnaty, nie była ona jakaś niezwykła, ot zwykły pokój. Pośrodku siedziała piękna elfka. Miała na sobie skórzane legginsy, czarną, skórzaną zbroję, patrzyła na mnie niewinnym wzrokiem i ponętnie wymachiwała swoimi pięknymi nogami.
Poczułem straszny ból, z wielkim trudem obróciłem głowę. Rękojeść wystawała z mojego boku.
– Edward ty… – straciłem przytomność.

Obudziły mnie kroki, popatrzyłem w lewo i prawo – ściany lśniły niebiesko-zielonym kolorem. Byłem zupełnie nagi, zakuty w dyby. Byłem w sali tortur.
– Jestem Dariusz II Silvas, król tego zasranego miasta – Koło niego stał kat.
Chwilę później podszedł do mnie i zaczął sypać ranę jakimś dziwnym proszkiem. Zacząłem wrzeszczeć, ból był straszny
– Nie jesteś taki potężny, ale zabiłeś moich ludzi – usłyszałem stukot obcasów, to ta kurwa – Jessica Proudmore. Była bardzo seksowna jednak ja byłem odporny na tego typu zagrywki.
– Jak tam nasz mały, skomlący więzień? – elfka ironizowała. Chciałem odrąbać jej tą śliczną buźkę i przewiesić sobie nad kominkiem.
– Co się gapisz suko? Dorwę cię zobaczysz. Będziesz powoli zdychała, będziesz… – nie dokończyłem, ugodziła mnie wiązka błyskawic. Poczułem zapach spalonego mięsa, zacząłem się dymić. Ostatkiem sił spojrzałem na jej twarz – była zapłakana. Zaraz potem zemdlałem.

W najbiedniejszej dzielnicy zaczęły formować się wojska. Żołnierze były ubrani w miarę jednolicie. Nosili skórzane pancerze, i szyszaki. Uzbrojeni byli w sejmitary, kosy, niektórzy nawet w widły do gnoju.
– Musimy wygrać! – Thorak stał dumnie wyprostowany – walczymy o dobro nasze, naszych dzieci i wnuków. Co z tego, że nie mamy tylu pieniędzy co te sukinsyny z pałacu – Thorak podniósł ludzką głowę, należącą niegdyś do arystokraty – skoro mamy siłę!

Ludność zawyła, zaczęli wrzeszczeć, krzyczeć. Po kilku minutach rozpoczęli marsz na zamek.
– Śmierć, śmierć – wołali idący ludzie. Wielka masa zaczęła zalewać okoliczne domy. Kto chciał przyłączał się i był gorąco witany przez resztę, kto nie przystał – ginął rozdeptany przez tłum.

Król popatrzał na swoich żołnierzy. Jedynej drogi do pałacu – Alei Królewskiej – pilnowało tysiąc mieczników. Mieli oni jatagany i trójkątne, złote tarcze. Nosili zbroje łuskowe, głowy osłaniali hełmami garnczkowymi. Za nimi stał doborowy oddział łuczników. Mieli oni długie, czerwone łuki refleksyjne, zbroje paskowe. Nie nosili hełmów. Na flankach stał najgroźniejszy oddział całego miasta – Mroczni Żniwiarze. Była to kawaleria uzbrojona w długie miecze z zakrzywionym ostrzem. Przypominały ogromne sierpy. Jako broń dodatkową nosili topory do rzucania. Opancerzeni byli w masywne zbroje płytowe koloru czarnego. Boki i naramienniki mieli okute 5 calowymi kolcami. Używali ich głównie do przedzierania się przez zastępy wrogów. Oddziałem dowodził Devourus Dark. Jako jedyny z oddziału nie nosił hełmu w kształcie głowy smoka i zamiast miecza zwanego „Żniwiarzem” używał swoich dwóch claymore zwanych „Fundamentami Śmierci”.
Nadjechał Dariusz. Odziany był w złoto-czarną paskową zbroję i w czarną pelerynę. W ręce trzymał gigantyczne ostrze. Miecz miał z 5 jardów, miał bardzo szeroką klingę na której wyryte były runy. Jego ostrze zwało się „Gwałcicielem”, nosił je na barkach trzymając za rękojeść.
– Panie Dark, proszę się przygotować – dumnie odparł Dariusz – hołota nadciąga.
Devourus popatrzył na króla i uśmiechając się ruszył na sam przód swojego oddziału. Aleja Królewska była otoczona ścianami, szeroka na 450 jardów. Król machnął ręką, oddziały ruszyły.

Obudziłem się ze strasznym bólem głowy. Noga mi samoistnie latała. Rozejrzałem się dokładnie chociaż widziałem wszystko jakby przez mgłę. Dalej wisiałem.
Jessica siedziała pod ścianą i płakała.
– Przepraszam, że cię uraziłem – Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, chyba nie zauważyła jak się obudziłem – wykonywałaś tylko swoją pracę.
Elfia piękność się uśmiechnęła. Podeszła do mnie, spojrzałem jej w oczy – nie mogłem się zbytnio ruszać.
– Masz tupet młody wojowniku – oparła ręce o ścianę pochylając się lekko.
– Dariusz wybił całą moją wioskę, wszystkich wyrżnął do nogi – Zrobiło mi się przykro, wiem jak ludzie cierpią z powodu takich śmieci jak ten uzurpator. Jessica podeszła do dyb, uwolniła najpierw ręce, potem nogi. Rzuciłem okiem na pobliską żelazną dziewicę, ze środka dobywały się ciche jęki. Byłem obolały, jednak wymusiłem posłuszeństwo na swoich kończynach. Zbliżyłem się i otworzyłem zamek. W środku stał zakrwawiony mężczyzna.
– Jestem Zygfryd, zwany Sokołem – strasznie cicho mówił, ledwo trzymał się na nogach – Muszę uciekać i zawiadomić Radę o zdradzie Dariusza – patrzyłem zdezorientowany na odchodzącego człowieka. Miał może z pięćdziesiąt lat…
Poczułem na sobie dziwne ciepło. Obróciłem się i zobaczyłem Jessicę, była naga. Pocałowałem ją, zsunęliśmy się na ziemię. Pieściłem rękami jej piersi, całowałem jej uda. Elfka jęczała – podobało jej się. Chwilę potem zaczęliśmy się dziko kochać. Nigdy nie przypuszczałbym, że sala tortur może połączyć kobietę i mężczyznę.

Thorak się zatrzymał, patrzył na rozpędzoną kawalerię. Buntowników było około dwudziestu razy więcej, ale nie byli pewni czy dadzą radę.
– Corvan zawiódł! Odwr… – Devourus minął maga wraz z całym oddziałem Żniwiarzy. Głowa pana Davisa potoczyła się pod kopyta rozpędzonych koni.
– Siec ich, siec! – młody, szesnastoletni Alexander Hishig ciął jednego przeciwnika po drugim. Widział jak oddziały mieczników wchodzą do walki. Razem z ojcem rzucili się na gigantyczny regiment piechoty. Młody chłopak odciął jednemu przeciwnikowi głowę, drugiego powalił na ziemię i dobił ostrzem.
– Stań do walki o honor, psi synu! – oficer podszedł do dzieciaka. Uzbrojony był w jatagan, opancerzony był jak reszta jego piechoty. Wyróżnikiem był kolor płaszcza.
– Alex, nie rób tego! Alex ucie…
– Ojczeeee! – Młody chłopak widział jak Dariusz przepoławia jego ojca na dwie części. Krew oblała twarz dzieciaka.
– Chodź tu mały smarku! Bez litości – Alexander skoczył na przeciwnika. W tym momencie, jeden z żołnierzy rzucił włócznią w plecy chłopca. Z głuchym trzaskiem padł martwy na ziemię. – honor, stfu. Ruszamy!
Maurius Kalgar wszedł na dach pobliskiego domu i zaczął razić przeciwników z kuszy.
– Pozycje obronne, natychmiast – krzycząc na walczących powstańców uchylił się przed strzałą. Trafił z kuszy kolejnego napastnika. Przeskoczył na sąsiedni dach i nagle się obrócił.
– Edward! co się dzieje? – Gruby kusznik właśnie kucnął ratując swoją własną głowę – gdzie jest Corvan?
Satirius wyciągnął ze zgrzytem sejmitar i wbił go w pierś Kalgara. Z ust Mauriusa pociekła krew.
– T-ty z-z-d-draj-co – Kusznik ostatkiem sił naciągnął bełt i wystrzelił go w kierunku Edwarda. Pocisk przebił się przez dziurkę od nosa rozrywając mózg na strzępy. Obaj upadli martwi obok siebie.
Dariusz zszedł z konia. Jeden z powstańców chciał zajść go od tyłu. jednak został potraktowany wiązką błyskawic. Kolejny przeciwnik chciał odciąć mu nogi. Jedyne co z niego zostało to dwie ręce. Ciało leżało 100 jardów dalej.
Devourus rzucił dwoma toporami – przebiły się przez kilku ludzi. Uśmiechnął się – zabił osiemnastu przeciwników jednym rzutem. Wyciągnął dwa bliźniacze claymore i zeskoczył z konia. Roznosił przeciwników masakrycznymi cięciami. Runy na ostrzach zaczęły się jarzyć. Miecze przyjmowały krwawe ofiary.
Piętnaście goblinów na czele z Kur’Rahem rzuciło się do ataku na oddziały łuczników. Oddział zaczynał natychmiastowo padać – gobliny świetnie posługiwały się nożami. Skakały z głowy na głowę podrzynając gardła. Gdy większość łuczników została wybita, to ruszyły na pikinierów broniących wejścia do pałacu.
– Cichutko przyjaciele, cichutko – Kur’Rah zachęcał swoich goblinów do cichego podejścia. Byli już kilka jardów przed celem.
– Teraz! – Pikinierzy obrócili się i jak jeden mąż rzucili pikami. Gobliny zostały rozmazane na ścianach pałacu. Włócznicy wyciągnęli miecze i rzucili się na armię powstańców.


Jesteś niesamowita Jessico – mówiłem prawdę. Cały czas patrzyłem na jej piękne, nagie ciało. Oboje się ubraliśmy i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Elfka wyciągnęła zza beczki mój sprzęt. Przywdziałem ekwipunek, Jessica wzięła do ręki lancę, przewiesiła sobie łuk przez plecy, zabrała kołczan strzał. Razem ruszyliśmy ku wrotom.

Wyjście wyprowadziło nas niedaleko bramy głównej. Spojrzałem w prawo i zaniemówiłem.
– Dom Thoraka – patrzyłem na dom, który dał mi tyle dobra. Jessica chwyciła mnie za rękę.
– Chodźmy mamy mało czasu – rozpoczęliśmy ucieczkę. Nie przebiegliśmy nawet kilku jardów gdy usłyszeliśmy chrzęst zbroi. Widziałem dwunastu strażników zmierzających w naszą stronę. Halabardy mieli przygotowane do ataku. Razem z Jess wypuściliśmy kilka strzał jednocześnie – padło sześciu. Reszta rozpoczęła szarżę. Udało nam się jeszcze wypuścić kilka strzał. Zginęli trzej gwardziści. Ze zgrzytem wysunąłem miecz z pochwy i zaatakowałem nieprzyjaciół. Musiałem niestety trafić na kapitana. Bez problemu blokował moje ataki, ja miałem jednak trudność z blokowaniem jego. Bez wątpienia był doskonałym wojownikiem. Widziałem jak obok mnie leci lanca – jednego strażnika przyszpilił do ściany rzut Jessici. Kapitan wymachiwał bardzo szybko swoją szablą. Miałem szczęście – był tak zaślepiony swoimi umiejętnościami, że nie zauważył dołka. Potknął się i z krzykiem wpadł do studni. Dowiedziałem się czegoś nowego o mieście – niektóre studnie były suche.
– Corvan uważaj! – Obróciłem się najszybciej jak potrafiłem. Wiedziałem, że zapomniałem o jeszcze jednym – było ich dwunastu. Wojownik zatrzymał się jednak, nie zadał ciosu, przewrócił się. Z jego pleców wystawał kindżał.
– Miło cię widzieć Corvanie, Synu Pustyni!
– Hibn! Znowu zjawiasz się w odpowiednim momencie. – nie kryłem radości. Przedstawiłem Jessice mojego wybawiciela. Chwilę potem odjeżdżaliśmy karawaną ku górom Solvirs.

– Matko. co my teraz zrobimy! – Młoda dziewczyna, na oko szesnastoletnia – biegła wzdłuż drogi obłożonej trupami.
– Schowajmy się, natychmiast. Ruszajmy do…
– Aaaaa! – dziewczyna patrzyła jak głowa jej matki szybuje wysoko w górę w towarzystwie krwawego gejzeru. Za martwą kobietą stał mężczyzna z dwoma mieczami.
– Proszę nie rób, nie rób mi… – Dziewczyna przewróciła się ze strachu na ziemię.
– Zamknij pysk bo ci go utnę! – Dark podszedł do dziewczyny, podwinął jej spódnicę i zdjął spodnie. Dziewczyna zaczęła jęczeć, łzy leciały jej z oczu. Devourus zwiększył tempo, jęki szesnastolatki przeraziły się w bolesny krzyk.
– Brać ją – Dark zapinał spodnie i patrzył na młode, nagie ciało. Żołnierze otoczyli dziewczynę i chwycili ją z całej siły. – jak masz na imię dziwko? – Dziewczyna popatrzyła w oczy Devourosowi.
– Cinthy – odparła przez łzy szesnastolatka. Devourus podszedł i dotknął jej łona. Dziewczyna jęknęła.
– A więc Cinthy, będziesz sobie wisieć na krzyżu. Właśnie w tym miejscu – śmiech rycerza zagłuszył krzyki dziewczyny.
Dariusz szedł spokojnie ulicą. Rozglądał się i ewentualnie dobijał trupy. Rozglądał się na lewo i prawo. Patrzył jak co kilkanaście jardów jego rycerze gwałcą kobiety – ciężarne, młode, starsze. Nawet dziesięciolatce nie udało się uniknąć tego straszliwego losu.
Następnego dzień podziwiał tysiące krzyży dekorujących Aleję Królewską.

ROZDZIAŁ II

Trzy mroczne postacie biegły z gigantyczną prędkością przez ciemną jaskinię. Wokół czuć było wilgoć, gdzieniegdzie był tylko zielonkawy mech. Byli już blisko, widzieli już światła pobliskiego obozowiska – orki weszły do Jurham – miasta Mrocznych Elfów.
– Jak myślisz Valgor, ilu ich tam jest? – Spytał jeden z towarzyszy. Miał on ciemną skórę, skórzane łachy. W ręce trzymał krótki miecz.
– Nie mam pojęcia, myślę, że około dwudziestu – odparł ten zwany Valgorem. Miał na sobie czarną zbroję paskową. Uzbrojony był w długi miecz. Na jego rękojeści wyryta była inskrypcja :
”Ku przeznaczeniu mrocznej ręki Valgora„ – ostrze pokryte było runami. Miecz miał swe imię – „Dusza Mroku”.
Nagle dało się usłyszeć głośny świst – dziesięciu orkowych łuczników wystrzeliło strzały. Z niesamowitą gracją mroczne elfy uniknęły ataku skacząc po ścianach i robiąc inne akrobatyczne sztuczki. Wbiegli do komnaty, orkowie wyciągnęli miecze, topory i inne żelastwo. Valgor skoczył na jednego przeciwnika i wbił mu głowę w szyję, aż mu wyszedł kręgosłup między nogami. Kolejnych trzech przeciwników rozpłatał ciosem z półobrotu.
– Kulrag San’Gharrrok Rutha! – Jeden z orków wskazywał palcem na Valgora, orkowie się rzucili na Valgora.
– Chyba mówisz o swojej matce! – Lecące ostrze przebiło szyję chamskiemu potworowi.
Kibeth – tak nazywał się jeden z mrocznych elfów, rzucił się na watahę toporników stojących koło kotła – zabił dwunastu, upadł z wbitym toporem w plecy. Nie zauważył trzynastego.
– Valgor! Spadamy! – Elfy uciekły w jedną z pobliskich odnóg, słychać było świst strzał. Zagvar wyciągnął pięć nożyków i cisnął nimi za siebie. Z ciemności dobył się przeraźliwy wrzask.
Elfy skręciły w lewo, wbiegły na podnoszącą się powoli ścieżkę. Zagvar charknął – z jego pleców wystawało piętnaście strzał. Z pobliskiej odnogi wyszło kilkunastu łuczników.
– To nic, biegniemy! – Ranny elf zignorował strzały, chociaż cztery przeszły na wylot. Valgor chwycił pod ramię kolegę i rozpoczęli paniczną ucieczkę. Wiedzieli, że miasto jest stracone.
Usłyszeli nagle szum wody, skręcili w ostatni zaułek, Zagvar upadł na ziemię. Dotarł do nich blask słońca, tak bardzo zabójczy dla mrocznych elfów. Ciało rannego drowa zaczęło się dymić.
– Valgor, jesteś odporny na światło, uciekaj – Matka Valgora była człowiekiem, na szczęście odziedziczył po niej tę odporność. – Zostaw mnie tutaj bracie i idź! – Drow spojrzał na Zagvara – jego wrzask zatrząsł całą jaskinią. Valgor patrzył jak ciało jego brata jest zjadane przez okrutne czerwono-czarne płomienie.
– Tu być ty elf! Ja wiedzieć, że ty uciekać nie ma gdzie! – Jeden z orków, prawdopodobnie wyższy rangą patrzył na Valgora. – Ty moje i ich! – Kilka strzał leciało w jego kierunku. Czuł jak jedna rozrywa mu skórę na ramieniu, druga blokuje się między żebrami. Valgor się obrócił i skoczył. Orkowie patrzyli jak mroczny elf spada wraz z wodospadem do jeziora.

Patrzyłem na powoli znikające miasto Nur’Ad. Widziałem na pomarańczowym niebie czarny dym – powstanie upadło. Jeszcze tutaj dało się usłyszeć krzyki mordowanych ludzi. Karawana jechała powoli, Jessica spała na moim ramieniu. Patrzyłem na nią – taka niewinna, a jednak potrafiła zabić.
– Jak ci się żyje Corvanie, Synu Pustyni? – Hibn usiadł na dywanie koło mnie, popatrzył na Jessicę. – Wiesz o tym, że ta kobieta cię kiedyś opuści prawda?
Wiedziałem, miał rację. Nie byłem jednak w stanie przyjąć tego do serca. Miałem mętlik w głowie.
– Corvanie, Synu Pustyni, mam coś dla ciebie – Hibn sięgnął za pazuchę i wyciągnął mały pakunek z inicjałami „V, D.M”. Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
– Po co mi to dajesz? Co to jest? – Hibn wsadził fajkę do ust opierając się o ścianę wozu. Oglądałem paczuszkę z zainteresowaniem.
– To jest coś co nie należy do ciebie i proszę cię byś tego nie otwierał. Przekażesz to odpowiedniej osobie. – Hibn mówił głosem pełnym tajemnic – Gwarantuję ci, że do dwóch dni się tego pozbędziesz – uśmiechnął się. Ja potrząsałem paczuszką i z zainteresowaniem nasłuchiwałem, jakby ta mała rzecz miała mi pomóc. – prześpij się Corvanie, Synu Pustyni – zmierzył wzrokiem Jessicę – potrzebujesz snu.
Spojrzałem na śpiącą piękność, oparłem moją głowę o jej i zasnąłem pogrążając się w świecie snów.

Drow z wielkim trudem wyszedł z wody. Słońce już zachodziło. Wielka pomarańczowa kopuła znikała za horyzontem. Mroczny Elf ciężko dyszał. Miał zranione ramię i strzałę wbitą między żebra. Chwycił ją, po czym powoli wyciągnął. Był cały mokry, zbroja na nim ciążyła, na oczy opadały mu długie, siwe włosy. Sprawdził czy nic nie utonęło. Było wszystko poza nożami do rzucania. Valgor przeszedł kilka kroków, obejrzał się. Widział malutkie kontury orków na skarpie.
– Psie syny, bękarty – Drow rzucił im mordercze spojrzenie. Zaraz po tym skierował swe kroki wzdłuż ścieżki.
Szedł przez ciemny las chyba godzinę. W pobliżu nie było żywej duszy. Szedł jeszcze kilka godzin, mijał drzewa, szubienice na których wisieli zbrodniarze. Nagle spostrzegł światła, mała wieś, może tysiąc mieszkańców. Podszedł kilka kroków, mieścina faktycznie mała. Wokół osady znajdowała się drewniana palisada. Wejście do wioski nie było pilnowane, więc Valgor nałożył kaptur i ruszył przed siebie. Po lewej i prawej stronie znajdowały się drewniane domostwa, ganki oświetlone były latarenkami. Po środku stał rynek – był to spory, brukowany plac zbudowany na planie kwadratu, podobnie jak cała wieś. W centrum stał drewniany cokół, obok pręgierz.
Valgor podszedł bliżej, coś było nie tak. Za dużo ludzi stało na środku.
– Dlaczego nie masz pieniędzy Lady Uridio? – wysoki, barczysty chłop stał obok niej, w ręce miał miecz. Drow rozejrzał się po okolicy.
– Jeden, trzy, osiem, dwanaście, siedemnaście – Mroczny Elf liczył podobnie ubranych ludzi. Domyślał się, że to byli rabusie. Zbierali haracz od kolejnej osady.
– Proszę, daj nam chociaż dzień! Ludzie i tak nie mają co jeść. Część mieszkańców sprzedała dzieci w niewolę, część sprzedała domostwa. Nie możesz nam tego zrobić! – Kobieta przez łzy błagała na kolanach bandytę.
– Rozbieraj się! I ty, ty, ty – Bandzior wskazywał przypadkowe kobiety palcami – będę miał zabawę.
Valgor podszedł do jednego z zabójców.
– Czego ty… – Drow położył martwego mężczyznę cicho na ziemi. Pobiegł z niewyobrażalną prędkością w stronę grupki kolejnych napastników. Biegł bardzo cicho, nikt go nie zauważył. Bez żadnego hałasu wyciągnął Duszę Mroku i rozpłatał kolejnych pięciu. Popatrzył na mównicę – bandzior powoli przystawiał swoje ręce do ładnej pani burmistrz.
Valgor dostrzegł kolejnych trzech ludzi między mieszkańcami. Aktualnie nie byli możliwi do pokonania. Za mównicą, po przeciwnej stronie stało dwóch. Drow rozpłynął się w mroku nocy. Chwilę później kładł na ziemię martwe ciała.
– Patrz Lordic, ktoś zabija naszych ciemiężycieli – Jeden z chłopów wskazał ukradkiem na Valgora. – Ten nieznajomy to jakiś anioł śmierci. Musimy mu pomóc.
Drow właśnie powalił jednym, cichutkim cięciem sześciu napastników rozrywając na strzępy ich organy witalne. W pierwszej kolejności poszły płuca, nikt nawet nie jęknął. Spojrzał w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stała trzyosobowa grupka najeźdźców. Obok stał ten chłop – Lordic – mieli poderżnięte gardła. Kolejnych trzech z głowy.
Ostatni widoczny stał między ludźmi. Valgor sięgnął do buta i wyciągnął kozik. Spojrzał raz jeszcze na tłum. Wiedział, że jeżeli nóż zejdzie o milimetr to zabije niewinnego człowieka. Z resztą kozik i tak nie był przeznaczony do rzutów, nie miał jednak wyboru. Chwycił mocno rękojeść sztyletu, zamknął oczy. Postał chwilę w miejscu, po czym wziął potężny zamach i rzucił. Otworzył oczy po chwili, przeciwnik stał martwy podpierany przez okoliczną ludność, która zdążyła się już zorientować o co chodzi. Ostatni przeciwnicy stali na mównicy, osłaniali herszta. Valgor jednym susem wskoczył na podest mający 12 jardów i otoczony majestatycznym blaskiem księżyca odciął dwóm ochroniarzom głowy. Przywódca watahy w porę zorientował się o co chodzi, chwycił kobietę i się nią zasłonił.
– No co jest! Brać go! – Herszt krzyknął z całej siły, nikt jednak się nie zjawił. Bandzior rozejrzał się po okolicy, wszyscy jego ludzie byli martwi. – Zabije ją! Jeszcze krok i ona umrze! Nienawidzę ludzi, nienawidzę! – W oczach najeźdźcy ukazało się szaleństwo.
– Tak się składa, że nie jestem człowiekiem – Valgor zdjął kaptur. Wielu ludzi zaczęło krzyczeć i odsuwać się od podestu.
– Drow, o cholera, co mam zrobić! – Herszt mówił sam do siebie. – Zabije cię wybryku natury, zabiję… – Rabuś otworzył oczy, Mrocznego Elfa tam nie było. Ze strachem obrócił się do tyłu.
– Nie biesie, ja zabiję ciebie – Głowa przeciwnika wyleciała na kilka jardów w górę, z korpusu wystrzeliła czerwona fontanna. Z głuchym łomotem ciało upadło na podest, potem stoczyło się na ziemię.
– Dziękuję, bardzo dziękuję! Pani burmistrz ubierała się, podeszła do elfa. – Jak masz na imię szlachetny panie? – Kobieta była ładna, młoda. Miała może 35 lat.
– Valgor, Valgor Mroczna Dusza. – Drow popatrzył na tłum, ten się uśmiechał.
– Niech żyje Valgor, niech żyje!!! – chwilę później wszyscy obejmowali Drowa i skierowali się ku karczmie.

Słońce mnie raziło jak jasna cholera. Nie byłem przyzwyczajony do takich błysków. Rozejrzałem się, Jessica jadła śniadanie wraz z Hibnem i kilkoma innymi strażnikami.
Podszedłem do nich i dostałem przebrzydłą maź.
– Co to jest? – papka nie wyglądała apetycznie, była biała i kleista. Hibn popatrzył na mnie z uśmiechem.
– Jedz Corvanie, Synu Pustyni, musisz jeść. Nawet człowiek z taką przeszłością nie jest nieśmiertelny – popatrzyłem ze strachem na pana Arava, on jedynie się do mnie uśmiechał. Chciałem zadać pytanie, lecz uznałem, że to kompletnie bezsensu. I tak by mi nie odpowiedział.
Zabrałem się do jedzenia. Nie smakowało tak tragicznie, było lekko oleiste i tłuste. Spojrzałem na resztę, tłumiła śmiech. Jessica też się uśmiechała.
– Co jest tak zabawne? – Byłem lekko zdezorientowany, czułem że zaraz dojdą mnie jakieś dziwne wieści.
– Corvanie, Synu Pustyni, tak właśnie smakuje potrawka ze skorpiona i chrząszczy. – Cały wóz wybuchnął śmiechem. Byłem wściekły.
– A wy co jecie? – Patrzyłem na resztę ironicznym wzrokiem.
– Wołowinę i jagnięcinę – Chciałem zabić Hibna za te słowa, jednak dał mi coś co mnie ucieszyło.
– Masz Corvanie, Synu Pustyni – trzymałem w ręku talerz z mięsem – jedz! – Nie musiałem być zachęcany przez nikogo. Od razu wsadziłem głowę w talerz.

Karczma była ciekawym miejscem. Przy zachodniej ścianie stała sporych rozmiarów lada. Ściany były czarne, zdobione niebieskimi wzorami. Pomieszczenie oświetlone było kilkunastoma świecznikami. Pośrodku było wiele stołów. O dziwo cała wieś się tu zmieściła i jeszcze było dużo miejsca.
– Valgor! – ktoś zawołał z tłumu – Zabaw nas opowieściami i śpiewem!
– Ładny co? – jakaś dziewczyna szeptała.
– No, chciałabym mieć takiego – Dopowiedziała inna – poszłabym z nim do łóżka…
– Tobie to tylko jedno w głowie.
Drow wyszedł i stanął na stole. Zamknął oczy i zaczął śpiewać. Cała sala umilkła.
„W oddali dom, pozostawiony złu,
Uciekaliśmy, zabrakło nam tchu,
Wróg jednak nie śpi, pod osłoną nocy,
Sprzedał mej rodzinie topory i kosy.
Poprzez las, w odmęty mroku,
Towarzyszyła nam śmierć, jak każdego roku,
Bracia moi padli, zginęli od strzał,
Jam jest tym Drowem, co w bitwę ich gnał.

Chcieliśmy sławy, klejnotów i złota,
Dostaliśmy tylko przezwisko „hołota”,
Na krzywdy ludzkie ślepi, na egzekucjach niemi,
Pycha i chciwość zepchnęła nas do podziemi.”
Ballada „Dziedzictwo Mroku”

Ludzie zaczęli krzyczeć i klaskać. Podali Valgorowi kufel piwa i rozpoczęły się śpiewy i tańce. Drow jednak siedział przy ladzie, pił jedno piwo za drugim.
– Tak, trzeba sobie zrobić trochę przerwy – Valgor przypomniał sobie palącego się brata. – Zawiodłem miasto, zawiodłem Kibetha i Zagvara. Wszyscy nie żyją – Z oczu Mrocznego Elfa popłynęła łza. Nie wiedział, że świat zewnętrzny może być taki piękny.
– Nalej mi od razu pięć kufli – Barman popatrzył na Valgora dziwnym wzrokiem, po czym zabrał się do nalewania trunku. Valgor wypił wszystkie, stracił świadomość.

Wróg! Wróg nadchodzi! – Wyjrzałem natychmiast przez płachtę od wozu. Kilkudziesięciu jeźdźców na koniach pędziło w naszą stronę wywijając cepami i maczugami.
– Nomadzi – rzekł ze spokojem Hibn – Przygotować się! – czułem jak wóz zatrzymuje się. Wybiegłem z resztą na zewnątrz. Strażnicy ustawili się w szyku. Było ich dwunastu. Sześciu klęczało, mieli przygotowane kusze, sześciu stało i celowało w nadjeżdżających wrogów. Ja z Jessicą i Hibnem naciągnęliśmy strzały na cięciwy i w spokoju czekaliśmy na odpowiedni moment.
– Ognia! – Hibn pierwszy wypuścił strzałę, my zaraz za nim. Kilkunastu nomadów spadło z koni, kolejni galopowali dalej. My z łuku strzelaliśmy jak najszybciej mogliśmy, reszta stała z sejmitarami. Poluźnili szyki, chwilę potem jeźdźcy wjechali wprost na nas. Ciąłem moim gladiusem jednego po drugim. Jessica zrzucała przeciwników z koni, zabierała im broń i rzucała nią w kolejnych wrogów.
Hibn rozciął jednemu napastnikowi brzuch, drugiemu odciął głowę. Uniknął ataku i rzucił sejmitarem – przebity żołnierz upadł. Chwycił włócznię szarżującego napastnika i cisnął nim w dwóch pozostałych.
Sparowałem cios jednego z nomadów, wprowadziłem szybką kontrę. Przeciwnik leżał bez rąk i nóg na ziemi. Kolejny próbował zajść mnie z zaskoczenia – zobaczyłem jego cień na piasku. Wygiąłem się w tył i urżnąłem mu pół szczęki. Z lekkością unikałem ataków – wszystko dzięki dawnym treningom. Hibn nabił czterech wrogów na włócznię, wyciągnął jednemu z nich maczugę i rozwalił nią głowy kilku kolejnym.
Popatrzyłem dookoła, przy życiu zostało prócz nas czterech strażników. Jeden z nich właśnie został przepołowiony na pół przez jadącego z mieczem nomada. Rzuciłem w niego moim gladiusem, jęknął i spadł z konia. Chwyciłem za strzałę i wbiłem przeciwnikowi w oko. Wziąłem jego miecz i zabiłem dwóch ostatnich przeciwników.
– Niezła walka Corvanie, Synu Pustyni. Nie jesteśmy jednak już bezpieczni, musimy dostać się do przełęczy Solvirs nim będzie za późno.
Pochowaliśmy poległych strażników, naprawiliśmy kilka zniszczeń w wozie i ruszyliśmy dalej. Patrzyłem na trzynaście krzyży znikających na horyzoncie.

Valgor obudził się ze strasznym bólem głowy. Rozejrzał się po pokoju i się przeraził. W jego łóżku leżało osiem dziewczyn.
– Nic nie pamiętam – jęknął Drow.
– Mmm, nasz ty elfie, zaspokoiłeś nas na wieki… – Mroczny Elf patrzył ze zdumieniem i dezorientacją na nagie ciała. Musiał się czegoś napić i się przewietrzyć.
Na dole w karczmie było cicho, jedynie barman czyścił kufle.
– Valgor, ty masz powodzenie u kobiet. Wszyscy mówią, że słyszeli jęki i krzyki dochodzące z twojego pokoju – Barman postawił przed Elfem szklankę wody.
– Nic nie pamiętam, odchodzę, muszę ruszać dalej.
Drow zabrał swój ekwipunek i wyszedł z karczmy. Powietrze było chłodne, był ranek. Ludzie jeszcze spali po wczorajszej imprezie.
– Nie podziękowałam ci za wczoraj, mój Elfie – Lady Uridia podeszła do elfa i go pocałowała. Przeszli do północnej bramy.
– Wrócę, obiecuje – Całowali się jeszcze chwilę, po czym Valgor ruszył przed siebie.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz