Dwie bitwy

Brouver Hoog wydawał wielką ucztę. Powodem było to, co starosta Mahakamu nazywał powrotem. Krasnoludy z całego świata opuszczały miasta i kryły się przed wojną w bezpiecznym Mahakamie. Brouver ogłosił, że chce powitać braci godnie. W największych komnatach Mahakamu rozstawiano stoły. Pomimo trudności z zaopatrzeniem, mahakamskie krasnoludy wyciągnęły ze spiżarni wszystko, co miały najlepszego.
Uczta przebiegała zgodnie z najstarszymi i najświętszymi krasnoludzkimi obyczajami, które nakazywały żreć i pić bez opamiętania, i komentować smakowitość oraz obfitość potraw donośnymi beknięciami.. Zakazane było jedynie śpiewanie po trzeźwemu i sikanie pod ściany. To ostatnie miało służyć utrzymaniu zdrowej atmosfery.
Zoltan Chivay miał już zdrowo w czubie. Był w końcu prawdziwym krasnoludem, oddanym tradycjom swego ludu. Powoli zaczynało mu się dwoić przed oczami Pełgające i rozmyte światło pochodni w połączeniu z paroma litrami piwa zaczynało robić swoje. Długo musiał się zastanawiać, co nie zgadza się w postaci stojącej obok starosty Hooga. Dopiero po chwili doszedł do tego, że na oto na krasnoludzkiej uczcie znalazł się człowiek! Zamierzał wybełkotać jakiś stosowny komentarz, ale Brouver Hoog ubiegł go .
– Oto jest graf Kobus de Ruyter, wojownik znakomity i szlachcic uczciwy – wrzasnął starosta przekrzykując gwar. Potężne płuca i stalowe struny głosowe były jedną z podstawowych kwalifikacji do urzędu starosty Mahakamu. – Przyszedł się nam pokłonić i wyrazy szacunku złożyć! – wywrzeszczał Hoog.
Towarzystwo odwrzeszczało z powrotem swoje wyrazy szacunku. Znaczna część krasnoludów wplotła w nie jednak barwne opisy problemów seksualnych grafa, wynikających z potężnego wzrostu i wystającego brzucha. Cóż, to również był wyraz szeroko pojętego krasnoludzkiego szacunku.
– Nie tylko jednak w tym celu przybył do nas szacowny graf! Domyślacie się krasnoludzcy bracia czemu do nas przyjechał?
W odpowiedzi cała sala zgodnie ryknęła:
– Nasze baby przyjechał oglądać zbereźnik!
Padły dalsze opisy i propozycje dotyczące ludzkich technik łóżkowych, tym razem uwzględniające jeszcze mały wzrost krasnoludek.
– Nie zgadliście bracia – odpowiedział rześko Hoog. – Nie po baby i nie po pieniądze on tu przyjechał. Nie chce nawet naszych zbroi i mieczów, choć jego żołnierze w pordzewiałych garnkach biegają! W wielkiej wojennej potrzebie są nasi przyjaciele z Redanii. Pytam więc: kto zgłasza się na ochotnika, aby Czarnych odeprzeć i za Jarugę wyrzucić?
Nie było braw. Brouver się ośmieszał. Czemu miałyby ich obchodzić ludzkie sprawy? Mahakam był niezdobyty. Nie tylko dlatego, że leżał w górach. Również dlatego, że obie armie walczyły mahakamską bronią.
– Serce mi łamiecie – Hoog uderzył w tony liryczne. – Przecie to wasze domy i warsztaty będzie wróg niszczył! To waszych ludzkich przyjaciół tam będą mordować! I wy możecie tak tu siedzieć?
Zoltan wiedział, czyje warsztaty będą niszczone. Zaczął trzeźwieć w błyskawicznym tempie. Nagle zauważył czujne i trzeźwe spojrzenia siedzących zauszników Brooga. Przypomniał sobie wszystkich, którym opowiadał dowcipy o wąsach i pierdach starosty. Rozejrzał się dookoła. Nagle zauważył, że pod ścianami stoi parę posterunków straży. Trzeźwych jak świnie i uzbrojonych po zęby.
Broog ciągnął dalej: – Dennis Cranmer! Lata całe pracowałeś w Ellander! Chcesz się teraz od tego odwrócić? Wstyd byłby to wielki dla całej krasnoludzkiej rasy. Stań obok mnie i przysięgnij wierność i posłuszeństwo wobec króla Foltesta!
Dennis wstał. Też już wytrzeźwiał. Na tyle, żeby wiedzieć, że nie ma innego wyjścia. Hoog ryczał dalej:
– Sheldon Skaggs! Kupcy zabijali się o to, żebyś ich karawan strzegł. Takich wojowników na pewno będzie trzeba!
Zoltan nie zdziwił się, kiedy usłyszał swoje nazwisko. Wiedział, że to samo dzieje się teraz w całym Mahakamie. Wiedział też, że wszystkie krasnoludy pójdą, tak jak on. Że duma nie pozwoli im przyznać się do tego, że nikt ich tutaj nie chce…

Nie dla ciebie, pomyślał Dennis Cranmer. Nie dla ciebie, Jarre. Bo ja mam wciąż jeszcze niespłacone długi u Nenneke. Dlatego chciałbym, byś wrócił cało z tej wojny. A Ochotniczy Huf Mahakamski, złożony z krasnoludów, z osobników obcej i gorszej rasy, których nie chcą nawet ich właśni współbratymcy, będą zawsze posyłać z najwredniejszymi zadaniami, na najgorsze odcinki.

Tylko siedem czarodziejek znajdowało się w siedzibie loży. Zamęt powstały po rozpoczęciu wojny wytworzył wiele niebezpieczeństw i szans, wobec których czarodziejki nie mogły pozostać obojętne. I tak na przykład Sabrina Glevissig pilnowała sytuacji w Kaedwen a Fringilla bawiła w Toussaint. W Montecalvo była już Assire van Anahid, która niedawno wróciła z Nilfgaardu. Kończyła właśnie swoją przemowę:
– Takim to sposobem diuk de Wett pozbawił Emhyra możliwości szybkiego podboju Północy.
– Emhyr przekombinował – stwierdziła Sheala. – Wymyślił, że wysyłając de Wetta i aep Dahy’ego na wojnę utnie głowę opozycji wewnętrznej.
– Ale dzięki pani Assire i głupocie księcia Joachima- Filippa skłoniła głowę w kierunku eleganckiej czarodziejki – grupa armii „Verden” dała naszym władcom czas na mobilizację. Nieobecna chwilowo pani Glevissig stara się właśnie utrudniać działania armii nilfgardzkiej w Kaedwen, i twierdzi, że da sobie z tym radę. Pozostał nam tylko jeden problem.

Menno Coehoorn rozpoczął naradę tradycyjnie od stosu wyzwisk pod adresem rodziny de Wett, ze szczególnym uwzględnieniem księcia Joachima. Od kilku tygodni próbował wpasować resztki armii Verden w struktury swoich wojsk. Szło to wyjątkowo opornie. Żołnierze de Wetta byli zdemoralizowani i chcieli jedynie wrócić do domu.
– Mam jednak dobrą nowinę panowie – marszałek uśmiechnął się wrednie. – Cesarz zapewnił mnie we własnoręcznie napisanym liście, że niedługo księcia de Wett będzie można oglądać jedynie na portretach. Cytuję: „Zrobimy mu uczciwy proces, a potem powiesimy”. Sądzę również, że żołnierzy de Wetta doprowadziliśmy do stanu, w którym możemy pozwolić im iść za nami bez obawy, że uciekną.
– Generale Braibant – Menno zgasił uśmiech i wrócił do zwykłego sobie chłodnego i skoncentrowanego opanowania. – Pańska Czwarta Konna ma uspokoić Verden. W tym czasie reszta Grupa Armii Środek podejdzie pod Mayenę..
– Armia Verden zdołała stracić większość sprzętu oblężniczego i nie jesteśmy chwilowo w stanie zdobywać naraz Mayeny i Mariboru – ciągnął marszałek dalej. – Zdecydowałem się na Mayenę. Maribor jest za blisko Mahakamu, a te przeklęte karły są nam wrogie. Mając Mayenę będziemy mogli odciąć kurdupli i zabrać się za Maribor. Tam też przezimujemy.
– Verden to ciężki teren – powiedział Brabaint. – W lasach pełno tam kup chłopskich. Jeżeli jeszcze Natalis zostawił tam trochę regularnej piechoty, to wieki tam spędzę.
– Pomyślałem o tym – odparł marszałek Coehoorn. – Dostanie pan wsparcie, prawdziwych mistrzów walki w lasach.

” Złą sławą okryły się elfy w tej wojnie. Coehoorn spuścił ich na mieszkańców Verden niczym psy na bezbronne owce. Czymże zajadłość i męstwo chłopskie, czymże doświadczenie i wyszkolenie północnej piechoty, kiedy walczyć przyszło z wrogiem, któremu drzewa i zwierzęta pomagają, i który siłą nieczystą i trucizną wojuje. Wielu zginęło, wodę ze studni pijąc. Inni znowu w środku nocy ostrzem noża zostali zbudzeni. Nie znali piękni żołnierze litości ni szacunku. Jak bydło im się zdawaliśmy. Wielu tam się okrucieństwem wyróżniło, ale jedno imię powtarzali wszyscy”

– Isengrim Faoiltiarna! – Brabaint miał głos niczym dzwon i lubił się nim popisywać. Tak było i teraz. Elf z trudem powstrzymał się przed zakryciem uszu.
– W uznaniu pańskich zasług w czasie walk w Verden, cesarz wspaniałomyślnie darowuje wam wcześniejsze przewiny. Zostajecie również podniesieni do stopnia pułkownika. Gratuluję – Brabaint uścisnął rękę Faoiltiarny, podając mu jednocześnie patent. Nie patrzył jednak świeżo upieczonemu pułkownikowi w oczy. Miał go za mordercę, nie za żołnierza.
– Wasi towarzysze poprosili mnie, pułkowniku Faoiltiarna, o to, żebym wam powierzył dowództwo nad brygadą „Vrihedd”. Jestem skłonny to zrobić. Jeśli się zgadzacie, powtarzajcie słowa przysięgi: Ja, Isengrim Faoiltiarna…
– Ja, Isengrim Faoiltiarna… – elf o mały włos nie ziewnął. Ludzkie rytuały były bezsensowne, a w dodatku nudne.
– Ślubuję wobec wszystkich tu obecnych…
– Ślubuję wobec wszystkich tu obecnych…
– Wierność cesarzowi i bezwarunkowe spełnianie wszystkich rozkazów moich przełożonych…
– Wierność cesarzowi i bezwarunkowe spełnianie wszystkich rozkazów moich przełożonych… „Żebyś ty wiedział, gdzie ja mam cesarza do spółki z moimi przełożonymi, Dhoine” pomyślał Faoiltiarna.
– Oraz posłuszeństwo wobec praw Nilfgaardu.
– Oraz posłuszeństwo wobec praw Nilfgaardu.
– Tak mi dopomóż Wielkie Słońce.
Elf zawahał się. To było bluźnierstwo. Może to i lepiej. Dzięki temu mógł się zawsze wykręcić z przysięgi.
– Tak mi dopomóż Wielkie Słońce.
– Ogłaszam niniejszym, że pułkownik Faoiltiarna jest komendantem brygady Vrihedd! – Brabant darł się tak, że słyszała go chyba cała armia. – Zgłosi się pan do mnie za pół godziny pułkowniku. Jest parę papierów do podpisania. Na razie daję panu czas, niech koledzy panu pogratulują.
Brabaint odwrócił się na pięcie i poszedł do swojego namiotu. Ludzcy oficerowie podchodzili do elfa mamrocząc parę zdawkowych uprzejmości i odchodzili tak szybko, jak im tylko grzeczność pozwalała. Faoiltiarna nie dbał o to. Na całym świecie liczyły się jedynie elfy.

– Cholerne, umalowane, nieludzkie bydlaki! – Filippa ciskała się po całym pokoju, potrząsając trzymanym w ręce liście. – Wyrżnęli wszystkich naszych w Verden! Jakim cudem, Dijkstra, powiedz mi jakim cudem?
Dijkstra milczał. Wiedział, że spieprzył sprawę. Cuda cudami, a Czwarta Konna szła przez Verden jak po sznurku. Nie wpadli w ani z jedną z przemyślnych zasadzek, nie dali się ani razu zaskoczyć. W tej batalii Vattier de Rideaux zwyciężył.
– Sigismund, nie powinnam tego robić a muszę – Filippa patrzyła Dijkstrze w twarz zadzierając głowę, ale miał wrażenie, że jest dokładnie na odwrót.
– Przyprowadź mi jakichś zdrajców. Na pewno zostawiłeś sobie kilku, żeby móc dojść do grubych ryb. Przesłucham ich po swojemu. Nie możemy pozwolić na to, żeby Nilfgaardczycy przejechali się po wojskach Foltesta tak jak w Verden. Przygotuj mi dźwiekoszczelny pokój. Oprócz tego potrzebuję jeszcze dużo gorącej wody i jeszcze więcej białych szmat. Znajdź tez paru ludzi, którzy będą spisywać zeznania.
– Sam to zrobię – powiedział Dijkstra. Jeśli przy Folteście był jakiś wysoko postawiony szpieg, to lepiej, żeby wiedziało o tym jak najmniej ludzi. Wychodząc modlił się do nieznanego mu bliżej boga, żeby widoki z przesłuchania dały się szybko zapomnieć.
– Przygotuj kuriera dla Foltesta! – zawołała za nim Filippa. – Ma być najlepszy!

– Wpuścić! – król Foltest machnął zapraszająco ręką. Do namiotu wszedł jednooki, szczupły żołnierz.
– Porucznik Ołdrzych – przedstawił się nowo przybyły. – Z listem od pana Dijkstry, do rąk samego króla Foltesta.
Kurier wyjął pierścień, podał go wartownikowi, który następnie przekazał pierścień królowi. Foltest obejrzał klejnot, po czym popatrzył wyczekująco na posłańca. Ołdrzych odwzajemnił spojrzenie, poczym spokojnie dodał:
– Emhyr to ciota co w majtki sika, lecz nas nie pokona elfi sodomita.
– W porządku – Foltest rozluźnił się. – Zostaje Natalis i Śreniawita. Reszta idzie na spacer. Nasz plebejski przyjaciel znowu dostarcza skarby.
Wszyscy obecni opuścili komnatę. Natalis popatrzył na króla pytająco:
– Sikająca w majtki ciota?
– Takie mamy z Dijkstrą hasło. Używamy wersów z najpopularniejszej piosenki propagandowej. W zależności od dnia, stopnia ważności wiadomości i wyglądu posłańca używamy różnych wersetów.
– I jak ważna jest ta wiadomość? – spytał Natalis z rozbawieniem.
– Najważniejsza jaka może być. Wiemy, kto sprzedał nas w Verden. Dajcie mi ten list panie Ołdrzych.
Foltest wziął list. Obejrzał dokładnie pieczęć, złamał ją a następnie zaczął czytać. Prawie natychmiast rzucił list na stół i stłumionym głosem powiedział do Natalisa:
– Ty czytaj.
– „Uprzejmie informuję, że generał Kalita przekazuje plany naszych działań do sztabu generalnego Nilfgaardu”. To nie może być! – Natalis walnął listem o stół tak samo jak poprzednio Foltest. – Przecież Kalita…
– Tak, wiem, wychowywał się ze mną razem. Jeden z niewielu, którzy pozostali. Ale jego rodzinne ziemie to teraz Nilfgaard. – Foltest odwrócił się do Ołdrzycha. – To tej wiadomości dotyczyło hasło?
– Tak jest.
Foltest odwrócił się:
– Nawój, przyprowadź mi generała Kalitę. Nie wydam wyroku wyłącznie na podstawie tego listu. Najpierw chcę z nim porozmawiać.
Człowiek do zadań specjalnych króla Foltesta obrócił się i wyszedł. Nie było go kilka minut. Wrócił, zdjął czarny kaptur i powiedział:
– Generał Kalite rzucił się właśnie na miecz.
– Jednak zdradził – Foltest przyjął to dziwnie spokojnie. Najwyraźniej był przekonany do zdrady generała. – W końcu, nigdy nie był Redańczykiem. Jego ojciec przysłał go do nas jako gwarancję lojalności. Ale wkrótce hrabstwo Ruthenii zagarnął Nilfgaard. Cóż, dobrze, że sam rozwiązał ten problem.
Natalis miał swoje wątpliwości, co do tego, kto rozwiązał ten problem. Ale wolał milczeć dla dobra sprawy. Mieli odbijać twierdze, a nie kłócić się ze sobą.

Oberszter Schories obchodził dookoła Mayenę, szukając słabych punktów w umocnieniach. Dookoła niego maszerowała sapiąc reszta sztabowców. Przed każdym oblężeniem obchodził twierdzę pieszo. „Trzeba poczuć ziemię na której stoi twierdza. Ocenić czas potrzebny na dotarcie do muru. Z grzbietu konia to wszystko wydaje się dużo łatwiejsze” – mawiał zawsze.
Właśnie skończyli obchodzić południową część muru, dla której Ina tworzyła naturalną fosę. Schories ostatni raz obejrzał mury szukając swoich własnych pomyłek. Następnie postanowił sprawdzić swoich oficerów.
– No, panowie. Co sądzicie o szturmie na ten odcinek muru? Poruczniku Blunk, pan pierwszy.
Łysiejący już, pomimo młodego wieku Blunk nie zastanawiał się:
– Puszczam saperów osłoniętych tarczami….
– Idiotyczny pomysł! Niech pan sobie wyobrazi, że krzywię się i prycham z pogardą, bo nie mam ochoty na wykonywanie tych gestów – podsumował Schories. – Ma pan za dużo ludzi, czy sprzętu? Może i jednego i drugiego? Nie wspomnę już o tym, jak źle wpływa na wojsko nieudany szturm z wielkimi stratami. Następny! Kapitan Tuexen!
– Trzeba w jakiś sposób pozbyć się fosy. Może wykopać kanał i poprowadzić Inę inną drogą?
– Cóż, pan przynajmniej nie wygubi mi wojska. Natomiast oblężenie będzie u pana trwało lata. Dobra, ostatnia szansa moi oficerowie. Geissen!
Geissen, siódmy syn nic nie znaczącego barona z Maecht był chudy, krótkowzroczny i ciut ofermowaty. Oprócz tego nieustannie drapał się po głowie. Wezwany przed wszystkimi, znów zaczął to robić, ściągając na siebie drwiące spojrzenia.
– Jeśli pan myśli, że wyskrobie pan w ten sposób jakąś cenną myśl, to muszę pana rozczarować, ale to nie funkcjonuje. – warknął Schories.
Geissen poskrobał się jeszcze parę razy, przechylił głowę, po czym spokojnie i głośno powiedział:
– Tu się nie da sensownie przeprowadzić szturmu. Trzeba obejrzeć resztę obwarowań.
Oberszter popatrzył na swojego porucznika z zainteresowaniem.
– Hm, może jednak to drapanie pomaga. Bardzo dobry pomysł. Uczcie się panowie od waszego kolegi. Obawiam się, że musimy szukać dalej. Z tego co wiem, Mayennę musimy zdobyć szybko. Podobno Nordlingowie się ruszają.
– Dlaczego nie możemy użyć czarodziejów, tak jak w Cintrze? – spytał ośmielony swoim sukcesem Geissen.
– To jest bardzo dobre pytanie, na które niestety nie znam żadnej pełnej odpowiedzi – odpowiedział Schories. – Ma to coś wspólnego z awersją naszego cesarza do magików. Chyba uznał, że jesteśmy dość silni, by poradzić sobie bez nich.
„Tylko, że to nie cesarz będzie musiał piąć się na te mury pod gradem strzał i kamieni” dodał Schories w duchu. Nie wypowiedział tego jednak głośno. Na pewno któryś z oficerów by doniósł. Chciał szybko skończyć tą wojnę i wrócić do budowy mostów i dróg.

– Nie sądzę, żeby ta wojna skończyła się szybko – powiedziała Assire van Anahid. – Coehoorn postanowił zdobyć Mayennę i Maribor, i poczekać do wiosny. Przez zimę chce jedynie wysyłać podjazdy. Ma nadzieję, że zagłodzi Północ, i na wiosnę dostanie wszystkich bez walki.
– Będą się przepychać i wykłócać jak bachory w piaskownicy, niszcząc kraj i marnotrawiąc ludzi – stwierdziła Sheala. – Nie ma sposobu na odebranie im zabawek?
– A gdyby tak dać im bitwę? – spytała Filippa. – Bitwę wielką i straszną, okrutną i krwawą. Niech armie cesarza i wojska królów spłyną krwią, a potem my zmusimy ich do zawarcia pokoju.
– Ale bitwę musieli by wygrać królowie Północy – Sheala czuła się w swoim żywiole. Nieoczekiwanie dla samej siebie odkryła, że lubi politykę. – Jeżeli wygra Nilfgaard, to zatrzymają się na Pontarze, albo dalej. A to nie współgra z naszymi planami.
Assire uśmiechnęła się.
– Nie chcę być posądzana o nacjonalizm, ale możecie mi powiedzieć jak to zrobić? Jeżeli Foltest ruszy się spod Mariboru, to na równinach Sodden nilfgaardzka jazda rozniesie go na kopytach. Jeżeli się nie ruszy, to za miesiąc pod Mariborem stanie naprzeciwko Grupy Armii Środek. Ośmielę się przy tym zwrócić uwagę, że wojska nilfgaardzkie będą wtedy trzykrotnie liczniejsze. Foltest musiałby by niezłym cudotwórcą.
Filippa pochyliła się do przodu i popatrzyła na Assire. Przeciągnęła się, leniwie i powoli:
– My, nie Foltest. My. Dawno już nie brałam udziału w bitwie.

Foltest zastanawiał się nad swoimi snami. Od kilku dni miał wizję wielkiego zwycięstwa nad Nilfgaardem. Widział siebie na wzgórzu, a jego oficerowie rzucali mu pod nogi czarne nilfgaardzkie chorągwie. Nie, żeby był przesądny. Któż wierzy w sny? Ale było coś pięknego w tej wizji. Z rozmyślań wyrwał go głos jego nowego szefa sztabu.
– Czarni szturmują obecnie Mayenę, i obawiam się, że idzie im nieźle. Zdobyli zewnętrzne obwarowania. Hrabia Szejn musiał wycofać się do Średniego Zamku. Nasi ludzie twierdzą, że wytrzyma tam jeszcze co najwyżej dziesięć dni. Potem będzie musiał wycofać się do Zamku Wysokiego. A potem… no cóż, nie będzie się gdzie wycofać.
– Nie możemy sobie pozwolić na utratę Mayeny – Natalis siedział z głową w dłoniach. – Ale rozbić oblężenia też nie damy rady. Kruty ne werty !
Natalis w chwilach zdenerwowania wracał do swojego rodzinnego dialektu.
– A dlaczego właściwie nie damy rady? – spytał Foltest. Coś w nim pękło. Miał dość siedzenia, czekania, ciągłego narzekania na szczupłość swoich sił. – Do jasnej cholery, jeżeli będziemy tu siedzieć to możemy co najwyżej wyzdychać ze smrodu! Mamy pod swoją komendą wszystkie siły jakie dało się wyskrobać z naszych królestw! Jeżeli nie uda się nam odbić Mayeny teraz, to nie uda nam się nigdy. Panowie, nie wiem jak wy, ale ja uważam, że trzeba zabrać wszystkich żołnierzy i ruszyć na południe. Umrzeć można tylko raz.
Zawrzało. Młodsi oficerowie zaczęli głośno wiwatować na cześć Foltesta i domagać się natychmiastowego wymarszu. Starsi byli bardziej sceptyczni. Natalis patrzył na króla z nieukrywanym zdziwieniem. Wszystkich uciszył jednak straszliwy bas wojewody Bronibora:
– Dobrze gadasz, Foltest! – Bronibor z niechęcią odnosił się do wszystkich tytułów, co wybaczano mu jednak mając na względzie jego wiek i wielkie zasługi. Ciężko wymagać szacunku od kogoś, kto widział jak ci zmieniają pieluszki.- Moje ofermy już się więcej nie nauczą! Zbieramy wszystko co jest i idziemy rżnąć nilfgaardzkich owcojebców! Niech żyje król!
– Niech żyje król! – potężny wrzask rozdarł nocną ciszę.

Menno Coehoorn czuł się już zmęczony. Mało snu, ciągłe siedzenie na koniu, podłe żarcie. Ze zdumieniem odkrywał w sobie tęsknotę za ciepłym łóżkiem, najlepiej wyposażonym w ciepłą służącą. „Starzeję się” – uświadomił sobie. „To już ostatni raz jestem w polu. Przyjdzie mi niedługo w spokoju cieszyć się owocami zwycięstw. Skończyć tylko tę wojnę. Złamać i zniszczyć Nordlingów raz na zawsze.”
Narada trwała dalej. Właśnie wypowiadał się przemądrzały i zarozumiały porucznik Eriac de Renne, zwany powszechnie „Cepem”, ze względu na widniejące w jego herbie trzy kosy. Wywiesił wielką mapę Północy, a obok postawił tablicę, na której szkicował kredą możliwe ruchy nieprzyjaciela.
– Tak więc, jak to jasno pokazałem, wystarczy nam tu siedzieć i czekać. Cały teren na północ od Mayenny to jedna wielka cudownie gładka równina. Niech tylko na nią wyjdą, a my już im damy bobu. – de Renne promieniował zadowoleniem z samego siebie.
Coehoorn wstał. Popatrzył na porucznika Siódmej Daerlańskiej i powiedział:
– Wszystko to ładnie i pięknie Strateg i taktyk z pana znakomity. Ale jednego mi tu brakuje.
Młody oficer przybrał pytający wyraz twarzy.
– Jaj. Tak myślą handlarze, nie żołnierze. Unikać walki mógłbym, gdybym miał mniej wojsk. Ale mam pod sobą największą i najlepszą armię jaką kiedykolwiek wystawiło nasze cesarstwo. Nie będę się chował i nie będę czekał. Wyjdę naprzeciw i ich zmiażdżę. Brabaint i de Mellis-Stoke – Czwarta Konna i konnica Trzeciej pójdzie ze mną. Piechota Trzeciej, Druga i oddziały z Verden zostają pod komendą Schoriesa, żeby dokończyć oblężenia. Zmusimy Nordlingów do decydującej bitwy i wbijemy ich w piach! Niech żyje cesarz!

– Drogie koleżanki, wszystko toczy się powoli tak jak zaplanowałyśmy. Foltest zebrał się i ruszył. Tak samo marszałek Coehoorn. Pchnęłyśmy obie armie ku zderzeniu, i nie można już tego zatrzymać – Filippa przestała się na moment przechadzać po komnacie. – Pozwolę sobie niniejszym wyrazić wdzięczność i podziw wobec pań Metz i Van Anahid, za zgrabne, dyskretne i efektowne działanie.
Obie czarodziejki kiwnęły dyskretnie głowami. Keira dodatkowo uśmiechnęła się i dodała:
– Każdy mężczyzna marzy o wygraniu jakiejś wielkiej bitwy. Wystarczyło znaleźć to pragnienie i odpowiednio rozpalić. Poszło łatwiej niż się spodziewałam.
– Nie czas jednak spoczywać na laurach – Filippa sprowadziła dyskusję znowu na sprawy bieżące. – Obawiam się, że będziemy musiały osobiście dopilnować przebiegu bitwy. Musimy tam być i pokierować wydarzeniami. Północ musi wygrać, ale nie może to pójść zbyt łatwo. Ja jadę. Kto jeszcze?
– Ja nie – powiedziała Assire. – Nie chcę patrzeć na śmierć moich krewnych i przyjaciół. Nie oceniajcie mnie źle panie, ale po prostu nie jestem siebie pewna. Jestem czarodziejką, ale również kobietą.
– Ja również zrezygnuję – powiedziała Ida. – Wszystkie moje umiejętności służą dokładnie przeciwnym celom. Nie będę brała udziału w zabijaniu, niezależnie od powodu.
– Niedobrze – twarz Filippy wykrzywił grymas. – W takim razie może dla odmiany usłyszę coś optymistycznego? Kto jedzie? Francesca? Keira? Margarita? Sheala?
Prawie wszystkie wywołane skinęły głowami. Wyjątkiem była Sheala:
– Nie ma mnie od dawna w Kovirze. Nie wiem, czy to się źle nie odbije na planach Loży. Zastanawiam się, czy nie powinnam wrócić.
„A poza tym nie chcesz brudzić sobie rąk. Jako badaczka jesteś ponad takie sprawy” – pomyślała Filippa.
– Ja też chętnie pojadę – zgłosiła się Triss.
– Nie Triss, ty zostaniesz tu – powiedziała Filippa. – Będziesz utrzymywała z nami kontakt, i w razie potrzeby wyciągniesz nas stamtąd.
– Dlaczego ja? – Triss wahała się między wściekłością a rozpaczą. – Jestem dyplomowaną czarodziejką…
– … specjalistką od komunikacji i teleportacji – weszła jej w słowo Filippa. – Triss, dziecko, po wszystkim żadna z nas nie będzie najprawdopodobniej w stanie ruszyć ręką. Będziemy chciały jedynie wrócić do jakiegoś bezpiecznego miejsca i wypocząć. I ty nam to zapewnisz. Uwierz mi, masz równie odpowiedzialne zadanie jak my, i najlepiej się do niego nadajesz.
„A poza tym Triss, nie chcę ryzykować, że w najważniejszym momencie zaczniesz płakać i rzygać ze strachu. Każdy ma jakieś granice odporności, a twoje zbyt łatwo przekroczyć” – dodała Filippa w myślach.

One – odezwała się Triss – wszystkiego mi odmówiły. W wojnie, na którą uciekł Jarre, mnie odmawia się nawet możliwości by stanąć na Wzgórzu.

Dojechały pod Brennę. Filippa przyjrzała się swoim towarzyszkom. Margarita – tej była najpewniejsza. Skupiona i skoncentrowana, pewna swoich racji, zrobi wszystko i nie ugnie się w najgorszych momentach. Keira – dzika wojowniczka. Będzie dobrze póki krew będzie płonąć jej w żyłach. Ale jak się zachowa, gdy przyjdzie na nią zmęczenie? I Francesca. Patrząca na obie armie z drwiącym uśmiechem. „Co ona tu widzi?” – pytała się Filippa samej siebie. „Dwa wielkie stada bydła, które zaraz zacznie się nawzajem tratować? Ale na pewno nam pomoże. I to wystarczy.”
Keira powiodła je na niewielkie wzgórze. Powiodła ręką dookoła pokazując zalety stanowiska.
– To będzie idealne miejsce drogie panie. Jesteśmy na niewielkim wzniesieniu za zasłoną z krzaków. Jesteśmy w stanie obserwować całe pole bitwy, będąc przy tym niewidzialne.
– Jak się nazywa ta wioska? – spytała Francesca pokazując przed siebie.
– Chyba Brenna – odparła Keira.
– No, zaraz się tu rzeczywiście zacznie palić – stwierdziła Francesca nieprzyjemnym tonem.
Filippa wyciągnęła lunetę i rozejrzała się dokładnie po polu walki. Oceniła szyk królewskiej armii, a następnie zaczęła się przyglądać szeregom cesarskich. Stali. Cały czas stali.
– Francesca, wzięłaś od pani Assire matrycę Coehoorna?
– Owszem, a co?
– Skoncentruj się na nim. Nie rozumiem dlaczego jeszcze stoją. Już dawno powinni polecieć radośnie do boju.

– Poruczniku de Renne! Jeżeli jeszcze raz usłyszę o czekaniu na posiłki, czy też o wywabianiu Nordlingów z pozycji obronnych, to pomimo pańskich koneksji każę pana związać i odwieźć pod Mayenę! To już zakrawa o tchórzostwo! Ma pan zameldować się teraz w swojej brygadzie! I lepiej będzie dla pana, żeby pan dziś dobrze walczył!
Menno popatrzył na swoich dowódców. Na wszystkich twarzach widniało jedno i to samo pytanie.
– Nic nie mówicie, ale pytacie kiedy rozkażę poczynać, prawda? Już mówię. Atak rozpoczniemy gdy tylko wrócą patrole. Nim uderzymy, muszę wiedzieć co jest za tymi wzgórzami na północy.

– Cwana bestia, ten nasz marszałek. Gdzie te patrole? – spytała Keira.
Filippa pokazała ręka podała jej bez słowa lunetę. Gorzko żałowała teraz, że nie pomyślała o wzięciu większej ich ilości. Żadna z nich nie miała nigdy wcześniej kontaktu z dowódcami patroli, wobec czego czar mogły rzucać wyłącznie widząc rysy twarzy oficera. Luneta była jedna, i oficer mógł być tylko jeden. Wszystkie to rozumiały.
– Który ma największe szanse na odkrycie Blenckerta? – spytała Margarita.
– Chyba ten drugi od lewej, na siwku – powiedziała Keira nie odrywając oka od lunety.
– Dobrze Keira, bierz się za niego – warknęła Filippa. – Najlepsza jesteś w te klocki.

Lamarr Flaut bał się.

– Dobra robota Keira – pochwaliła Margarita. – Masz do tego talent dziewczyno. Teraz musimy zabrać się za morale naszych chłopców. Robimy czworokąt. Keira nadaje kierunek, ja tworzę podstawę.
Wszystkie czarodziejki usiadły. Keira patrzyła przed siebie na pole bitwy, zwrócona plecami do Margarity. Ta trzymała w lewej dłoni prawą dłoń Franceski, a w prawej lewą dłoń Filippy. Dwie czarodziejki siedzące na bokach czworokąta położyły wolne dłonie na ramionach Keiry.
– Gotowe – Margarita mówiła jak zwykle, spokojnie i z opanowaniem. Filippa zazdrościła jej. Sama miała ochotę krzyczeć. – Zaczynajmy w imię Matki.

Pod ciosami halabard, berdyszów i bojowych cepów załamali się pancerni pierwszej linii. Kawalerzyści dywizji Alba zaczęli umierać.

– Załamał się szyk koło Złotego Stawu! -stęknęła Keira. Margarita poczuła wzbierającą w młodej czarodziejce panikę.
– Nie poddawaj się Keira, walcz, może jeszcze wytrzymają! – Umysł rektorki Aretuzy pracował jak szalony. – Zostaw krasnoludów, na nich magia działa słabo! Odwróć czar i skieruj go na Nilfgaard! Ja na moment zatrzymam w sobie całą energię! Już!
Margarita odchyliła głowę, z nosa i przygryzionych warg pociekła krew. Nagle Keira wrzasnęła triumfalnie. Brzmiało to jak wilcze wycie, ale odniosło skutek. Przez czworokąt popłynęła znowu moc.

Ten czworobok idzie, równy, zwarty, pawęż przy pawęży. Idzie i pcha przed sobą elitarną dywizję „Ard Feainn”.

Redania! Redania nadciąga! – ryknął de Ruyter.

– Zmniejsz nacisk, Keira, Francesca, Filippa, odetnijcie trochę mocy. Bitwa się jeszcze nie skończyła. I jedni i drudzy mają jeszcze odwody – Margerita pozwoliła sobie na chwilkę rozluźnienia. Zmniejszony przepływ mocy działał cudownie kojąco.- Zamiast się rozejść rzucą się pewnie na siebie jeszcze raz. Zaczynam cię rozumieć Filippa. Mężczyźni są nie do wytrzymania.

Nauzicaa i Siódma przyszedł wasz czas! Panie de Wyngalt – marszałek odwrócił się. – Idziemy do szarży razem z Siódmą Daerlańską.
„W końcu. Rozstrzygnę tą bitwę własnymi rękami” – pomyślał marszałek Coehoorn. Rozpierała go radość jakiej już dawno nie doznawał.

– A nie mówiłam! Keira widzisz tych pikinierów? – wszystkie czarodziejki zaczęły oddychać głębiej, szykując się na następną rundę walki z przepełniającą je mocą.
– Widzę – Keira garbiła się. Na plecach miała obfite plamy potu. Żadna z czarodziejek nie widziała wyrazu jej twarzy, ale Margarita słyszała w jej glosie zawziętość i nienawiść. To była dobra wróżba.
– Kieruj się na nich. Dziewczęta, teraz zwiększamy delikatnie nacisk . Najsilniej uderzamy podczas zderzenia obu linii, a potem dajemy z siebie wszystko. I niech się dzieje co chce.

– Stać twardo! – ryknęli jednym głosem pikinierzy. – Stać jak mur! Zwierać szyk!

Keira rozwiązała czworokąt.
– Królewscy już ich opasali. Nie mają dokąd spierdalać. Dajcie znak Triss, niech otworzy ten cholerny teleport. Muszę się umyć.
Popatrzyła na poplamioną potem jedwabną bluzkę.
– I przebrać- dodała.
Margarita otworzyła wiszący na szyi wisiorek i wyszeptała z ulgą prośbę Keiry. Po chwili pojawił się przed nimi lśniący krąg teleportu. Przeszły przez niego powoli, jedna po drugiej.
Później wykąpane i w czystych szatach usiadły do kolacji. Był to posiłek raczej symboliczny, bo żadna nie miała ochoty jeść. Siedziały jedynie w głębokich fotelach i pozwalały odejść zmęczeniu tak głębokiemu, że nie mógł go uleczyć żaden sen.
– Najgorsze, że nikt o tym się nie dowie – powiedziała Filippa cicho. Opierała ramiona i głowę na stole, patrząc bezmyślnie w stół. – Największe arcydzieło kolektywnej sztuki magicznej od stu dwunastu lat, i tak się marnuje.
– Stu dwunastu? – Francesca uśmiechnęła się. – Dzięki Filippa, ale zatrzymanie i ugaszenie Wielkiej Pożogi nie zmęczyło mnie tak. No, ale byłam wtedy naprawdę młodsza. I było nas więcej. Rzeczywiście szkoda.
Triss popatrzyła ze zdziwieniem:
– Nikt się nie dowie? Przecież mamy szansę zrehabilitować się za Thanedd!
– Jedyne co usłyszymy, to to, że byłyśmy cztery, a nie czterdzieści i cztery, i czemu tylu dobrych żołnierzy zginęło, i daliby sobie radę sami, i po cholerę się wtrącamy – Filippa wylewała z siebie uczucia. – Triss nie bądź naiwna.
Triss chciała odpowiedzieć, w tym momencie rozległo się jednak pukanie do drzwi. Filippa podniosła głowę, Keira, najwyraźniej wytrząśnięta z płytkiego snu, potrząsnęła głową.
– Do cholery, było zakazane nam przeszkadzać – rozpoczęła Margarita belferskim tonem.
Nie skończyła. Przez drzwi wpadła jak bomba Sabrina Glevissig. Podskoczyła i pocałowała najbliżej siedzącą Keirę w policzek, po czym zaczęła tańczyć dziko po komnacie.
– Diuk aep Dahy ma przesrane dziewczyny. Dosłownie i w przenośni – wykrztusiła z siebie chichocząc nieustannie.
Czarodziejki zdobyły się na zmęczone uśmiechy. Dobry humor Sabriny był zaraźliwy.
– Ty i te twoje głupie dowcipy – Margarita patrzyła na Sabrinę z nieukrywaną sympatią. – Raz już za to musiałaś myć podłogi w Aretuzie. Tym razem chyba ci jednak daruję. Naprawdę nie mam już siły.

I tak oto potęga Nilfgaardu legła w pyle i prochu na brenneńskich polach.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz