DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

„Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

– Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

– Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

– To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

***

Trzydzieści dni wcześniej.

***

 

Gdyby nie ciemności  i to cholerne błoto, Rag nie trafił by na pergamin traktujący o zleceniu. O zleceniu, i nagrodzie zań. Kawałek natłuszczonego papieru wisiał na filarze, u wejścia do zajazdu. Przybity niedbale, zakrzywionym i zardzewiałym gwoździem, z całą pewnością tygodnie lub miesiące wcześniej.  Tekst był już raczej z tych mniej czytelnych. Vremes[4], miał jednak, jak widać, wobec młodego szlachcica plan. Ubłocone buty trafiły na ubłocone i niszczejące schody, co zaowocowało utratą równowagi, stłuczeniem życi i siarczystą wiązanką nordyjskich[5] przekleństw. Gdy Rag podnosił się z ziemi, całkiem przypadkowo spojrzał na ów pergamin. I zaczęło się.

Z pergaminem w garści pojawił się przed karczmarzem, żądając informacji na temat zlecenia. Siwiejący, potężnie zbudowany mężczyzna, oderwał się od porządkowania kontuaru i  spojrzał na ubłoconego i mokrego rycerza. Blond włosy, północne rysy i zniszczone odzienie, kontrastowały ze srebrnym łańcuchem zawieszonym na piersi i zdobioną głownią miecza . Niewielu zaglądało tutaj szlachetnie urodzonych, ten zaś był, co najmniej, egzotycznego rodzaju.

– Zlecenie jak zlecenie, drogi Panie – mruknął – pewnikiem już, jak to mówią, nieaktualne.

– Jakżesz to – Nord spochmurniał – piszą tutaj o nagrodzie za ujęcie heretyka, czarownika. Pojmał go już ktoś albo zabity został, ów magik? Jeśli tak jest, czemuście nie zdjęli wiadomości?

–  Nie w tym rzecz, mości rycerzu. Żadnej pewności nie mam, czy mag żyw czy ubity. Wiem, że ze trzy miesiące temu inkwizytor Cesarskiej Świątyni Trzynastu w tamte strony pojechał, ze świtą. Znaczną, ze dwa tuziny zbrojnych naliczyli, ci co widzieli jego orszak. I drugie tyle kapłanów i służby.

– Więc…

– No pewnikiem czarodziej ziemie już gryzie, lub prochy jego nad bagnami się unoszą – karczmarz wymownie zadarł głowę w górę, a kiedy jego wzrok padł na sufit, mrugnął oczyma i ponownie spojrzał na szlachcica – próżny Wasz trud, Panie. Dajcie to zlecenie, do pieca z nim, co by już nikogo nie wprowadziło w błąd…

Rag spojrzał na wyciągniętą do niego dłoń oberżysty i skrzywił się. Popatrzył na swoją, w której dzierżył nieszczęsny pergamin. Drugą ręką potarł obolały zad. I uśmiechnął się pod nosem.

– Droga ta, co przez Wasze miasteczko prowadzi, z Cesarstwa na Pogórze, najpewniejsza jest i najszybsza?

– Ano, dobrze prawicie, Panie – pytany przytaknął, kiwając głową.

– W zleceniu, mowa jest o bagnach Ringen – rycerz patrzył bystro na siwiejącego karczmarza – słyszałem że to, aż tak daleko stąd nie jest.

– Będzie ze dwa tygodnie, czasami  i trzy,  jak  Trzynastu[6] niepogodę sprowadzi na szlak. O cóż Wam, Panie chodzić może?  – w głosie starszego mężczyzny, znudzenie pytaniami szlachcica zaczęło zanikać, pojawiła się za to ciekawość.

– Czcigodny panie, a widział kto wracający orszak inkwizytora? Lub jakiegoś posłańca, co na przedzie jedzie by chwałę i zwycięstwo kapłańskie głosić? Bo tak mi się widzi, że jakby wszystko poszło dobrze, i zlecenie było już nieaktualne, dawno byś o tym wiedział. Ty, i każdy w tym miasteczku na szlaku.

– Coście tak zmarkotnieli, panie Szefie? – z końca kontuaru, z miejsca gdzie nie sięgało światło świec i ogarków, rozmawiających dobiegł niski głos – nalejcie panu szlachetnie urodzonemu wina jakiegoś, i mi polejcie jeszcze, tylko w proporcjach: mniej wody, bo śmierdzi jak w świątynnej łaźni, a więcej wina.

Rag wbił wzrok w półmrok, marszcząc brwi. Bluźnierca właśnie zapalał fajkę. Miał na głowie lekki kaptur.  Karczmarz skwapliwie ruszył realizować zamówienie, a robił to szybko, bo po kontuarze potoczyło się kilka srebrnych monet, obitych na cesarsko. Zakapturzony mężczyzna podniósł się z miejsca i po kilku krokach znalazł się w zasięgu światła.

– Ja tez myślę, podobnie jak wy, szlachetny Panie, że cesarskim jakoś nie wszystko wyszło – mężczyzna zdjął kaptur i wyciągnął rękę na powitanie – a że, na zleceniu, o którym tak żeście konwersowali z właścicielem tego przybytku, pieczęć gildii kupieckiej jest , i to nie byle jakiej, nabieram ochoty na nagrodę.

Rycerz z ociąganiem uścisnął dłoń nieznajomego. Ten zaciągnął się dymem z długiej kościanej fajki, i wypuścił  go. Przyjemny zapach, przywodzący na myśl południowe kraje dobiegł do nozdrzy Raga.

– Upraszam o niekaranie mnie, Panie, za brak manier – nieznajomy błysnął oczami, spod grzywy czarnych włosów – zwą mnie Szrama. Koryntiasz Szrama.

Szlachcic doskonale rozumiał skąd wziął się przydomek. Twarz ciemnowłosego, choć skryta pod obfitym zarostem, oszpecona była dwoma paskudnymi bliznami, biegnącymi od lewego ucha, do prawego policzka.

– Ragnar, dziedzic grodu Svero. Południowa część Księstwa Talynnu[7]. Towarzysze mówią do mnie Rag.

Szrama skłonił się. I uśmiechnął.

– Niechże Spętani dadzą mi możliwość zwracania się do Ciebie, Panie, tym zdrobnienie.  Rad byłbym.  Samotrzeć siedzę tutaj już tydzień. Jak na złość żaden, nawet najpodlejszy awanturnik nie kwapi się pojawić, i oto Vremes zsyła mi Was. Nagroda dla mnie, a sława i honor dla Ciebie , Panie?

– Zabawny z Was człek, panie Koryntiaszu – rycerz rozpromienił się – i jaki obyty na dworach, co wnoszę po kulturze słowa.

– Mówcie mi Szrama, Panie – rzucił czarnowłosy, pomijając uwagę o „kulturze” – To jak będzie?

Karczmarz, w tym właśnie momencie, podał wino, dorzucając suszone mięso do zagryzania. Szrama obeznany, jak widać w zaopatrzeniu zajazdu, złożył szybkie zamówienie, po czym wrócili do rozmowy.

– Jakby nie było – szlachcic upił z kubka i skrzywił się potwornie, a Szrama pokiwał głową ze smutnym zrozumieniem – to dwie osoby, jakby wyszkolone nie były, same rady nie dadzą.

– Widzisz, Panie Ragnarze – ciemnowłosy pyknął z fajki i uśmiechnął się pod nosem – z tym brakiem awanturników, w tych stronach, to ja trochę skłamałem.

 

***

 

Miasteczko spowiła wieczorna mgła, ciągnąca znad okolicznych mokradeł. Chłód był przejmujący, więc Jeremiasz Galbo mocniej otulił się płaszczem, i nerwowo splunął na próg magazynu. Jakby czyniąc za dość  jego oczekiwaniom, dobiegł go odgłos kroków. Chwilę później pod zniszczony, drewniany budynek podeszła dwójka ludzi. W jednym z nich rozpoznał Szramę, drugiego, wysokiego i szczupłego widział po raz pierwszy. Szrama, jak zwykle, wyglądał jakby wybierał się na polowanie na cesarskich ziemiach: niósł łuk i kołczan na plecach, a na sobie miał skórzane ubranie nie krępujące ruchów. Na cesarskich ziemiach trzeba umieć polować, trzeba mieć celne oko i szybki krok . Zwłaszcza, wybierając się tam bez pozwolenia.

Ten drugi raczej nie zajmował się myślistwem, czy tez kłusowaniem. Miał długi, szeroki miecz przy pasie, okute buty i ciężki płaszcz, uszyty do walki. Na jasne, długie włosy założył kolorową chustę, ale do walki zapewne zarzucał na głowę kolczy czepiec, który spoczywał na jego karku. Przez plecy przewieszoną miał skórzaną sakwę. Wystawało z niej zawiniątko. Jeremiasz był pewien, że mogła się w nim chować druga broń.

Szrama wyciągnął rękę na powitanie,  i wskazał na nieznajomego.

– Jego rycerska mość, pan na zamku Salvo, nordyjski szlachcic, pan Ragnar.

Tytułowany nieznajomy przewrócił oczami.

– Nie pan, a dziedzic na zamku – poprawił po Szramie – a zamek mojego ojca zwie się Svero, panie Koryntiaszu.

– Tak, czy inaczej, pod wrażeniem jestem. Mnie nazywają Galbo, Jeremiasz Galbo – przywitał się ze szlachcicem i spojrzał z uśmiechem na Szramę – mam rozumieć, panie Koryntiaszu, że kompania w komplecie?

– Mówcież mi Szrama – mężczyzna udał oburzenie, patrząc na obydwóch rozmówców – a co do twojego pytania, to się okaże. Ale pan Ragnar, na pewno, podnosi reputację drużyny. No i siłę bojową, rzecz jasna. Prowadźcie, Jeremiaszu, do środka.

Trójka mężczyzn pokonała krótki, ciemny korytarz i weszła do dużego pomieszczenia, w którym zapalono kilka pochodni, a ciepło zapewniał pokaźny kominek. Niezbyt ładny, ale z całą pewnością solidny. W izbie, przy niskim, zaimprowizowanym stole, przykrytym kilkoma wilczymi skórami, wieczerzała dwójka ludzi.

Jeden był potężny, mierzył, zapewne, grubo ponad dwa metry wzrostu, szeroki w barkach, ogolony na łyso. Na plecy narzuconą miał szarą tkaninę, pokrytą dziwnymi, mistycznymi wzorami. Podobne wzory wytatuowane były na jego czaszce. Drugi wyglądał jak karczemny posługacz. Odziany był na czarno, w tunikę przewiązaną sznurem.

Mężczyźni na chwilę przerwali posiłek. Jeremiasz stanął na środku izby.

– Panie Ragnarze – zwrócił się do rycerza – oto nasze wsparcie w kwestii duchowej i w kwestii wiedzy tajemnej. Panowie Paulus Brega i Gaspar Vittel.

Rag uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał na, bacznie mu się przyglądających, Szramę i Galbo. Oczywiste jest, że przy rycerzu nie użyją określenia: „czarodzieje” lub „magowie”. Niby minęły już cztery wieki, lecz nadal nakaz cesarski, co by każdego napotkanego czarownika nabić na pal lub, co najmniej, spalić na stosie, obowiązywał. I niby wieść niesie, że obecny cesarz  czasami zasięga rady tajemniczych magów, i planuje zakaz praktykowania magii znieść, lecz póki co jest ten zakaz w mocy.

Co, oczywiście, nie przeszkadza drużynom awanturników, zatrudniać ludzi, którzy umieją sporządzić magiczne lekarstwo, odczytać tajemną wiadomość, czy chociażby posłać na wrogów kulę ognia lub przekleństwo. Ciekawe, co potrafi olbrzym o imieniu Paulus? Ale jeszcze bardziej intrygujące było, dla szlachcica, co może potrafić młody chłopak, ledwie kilkunastoletni, którego przedstawiono jako Gaspara.

„Magowie” podnieśli się i przywitali z przybyłymi. Rycerz bez wahania uścisnął twardą dłoń olbrzyma, a zaraz potem prawie zmiażdżył wątłą dłoń młokosa. Szrama i Jeremiasz rozchmurzyli się, widząc, że obecność czarodziei nie stanowi problemu dla rycerza, zapewne wiernie służącego cesarstwu. Wyjaśniając resztki ich wątpliwości, Rag odezwał się.

– Wszyscy, zapewne wiemy, wierząc słowom legendy, że cesarz miał powody by czarodziejom nie ufać. I mimo upływu czasu, jego następcy, i cały lud cesarstwa nadal magikom nie pozwala na swobodne życie. Tam, jednak, skąd pochodzę, na Północy, magia nie była, i nigdy nie będzie problemem. Pomimo, iż książę mój, Harred,  jest sojusznikiem cesarstwa, ja jestem rycerzem Wolnego Księstwa Północy. Towarzystwo stanu czarodziejskiego nie jest mi wrogie.

Po czym skłonił lekko głowę ku magom, a ci z radością odwzajemnili pokłon, zadowoleni, widać, iż nazwano ich członkami „stanu”, co zwykle zarezerwowane było dla rycerstwa i warstwy bogatych mieszczan.

Jakby w rewanżu, zaraz po zaproszeniu do stołu, Paulus, niskim, przyciszonym głosem zwrócił się do rycerza:

– Rad jestem, że do kompanii trafił nam się tak światły szlachcic. Jeśli potrzeba taka zajdzie, a jak mniemam, tak właśnie będzie, możesz, Panie, liczyć na potęgę mojej mocy, która pozwala mi władać  żywiołem Ziemi.

– A na mnie, cny rycerzu – dorzucił młokos, siedzący obok – też możesz polegać, choć dopiero się uczę czarodziejskiego fachu.

Szrama zachłysnął się rozcieńczonym winem, a Jeremiasz Galbo, słysząc to wyznanie, tylko jęknął.

Jeszcze jedna osoba dosłyszała kilka ostatnich słów wypowiedzianych w magazynowej izbie. Niski, barszczysty osobnik stojący w drzwiach, mruknął w głębi swojej długiej, gęstej brody.

– No to, kurwa pięknie. Mamy drużynę ze „światłym”, blond szlachcicem, łowczym, grubasem w płaszczu, władcą kamieni,  zwłaszcza że droga wiedzie na bagna, gdzie zapewne ich nie uświadczymy, znaczy kamieni , oraz „dopiero uczącego się” czarodzieja – krasnolud poprawił wielki, obosieczny topór na ramieniu i powtórzył – po stokroć, kurwa pięknie.

 

***

– Zapraszam – Ziggo Bragg, krasnoludzki wojownik, pogłaskał stylisko swojego topora, uśmiechając się paskudnie – to może być nawet ciekawe.

Naprzeciwko niego stanął jasnowłosy rycerz, a zza jego pleców błysnął sztyletem brodaty chudzielec. Gruby jegomość nie odzywał się, dosadnie zaskoczony. Chłopak w czarnej tunice, tez nie wyglądał na chętnego do walki. Zupełnie z tyłu, potężnie wyglądający łysol, ukląkł i dotknął dłońmi kamiennej podłogi. Daleko w dole, pod fundamentami magazynu cos zadrgało, zrazu lekko, by zaraz potem przenieść drgania na ściany budynku.

Jeremiasz Galbo przezwyciężył suchość w gardle i odezwał się głośno, z zuchwałością w głosie:

– Coście za jeden? – skierował pytanie do krasnoluda – i jakim prawem wkraczacie do mojego magazynu? Pomijam już wasz niewyparzonym języku. Gadajcież.

– Bragg mam na nazwisko. A  na imię dała mi mateczka Ziggo. Powiadają, że to imię ma mnie zaprowadzić na najwyższe skalne twierdze, bym tam wykazał się swoją odwagą i kunsztem w walce. Ale widzę, że na razie Los ma wobec mnie inne plany. I wy mi się trafiliście. I żadnej szansy na skalne twierdze.

– Kto wam, Panie, takich bzdur naopowiadał? Przecież z waszą posturą na żadną twierdze, nijak się nie wdrapiecie. Musi być jakaś pomyłka, i albo pomylił się Los, albo wasza matuszka – syknął Szrama, bawiąc się sztyletem. A drganie nabierało mocy.

– Mów dalej, kłusowniku – krasnolud uśmiechnął się jeszcze szerzej – dawno żem nie walczył, będzie z kilka dni, potrenować na was, za bardzo nie potrenuje, ale to zawsze coś…

– Uspokójcie się, jeden z drugim – szlachcic warknął, nie spuszczając wzroku z krasnoluda – kto wam, panie Bragg powiedział, że gdzieś z nami pójdziecie? He? No kto?

– W zastępstwie pójdę, nie żebym się sam do tego palił, bo widzę, że łatwo nie będzie. Alem złożył przysięgę. Słowo honoru i uścisk dłoni. Wyście pewnie Galbo? – spojrzał na Jeremiasza, ignorując trzeszczące ściany.

– Na Vremesa – westchnął ze zrozumieniem zapytany – przysyła was Luciusz Flegel z Grimm. Wiedziałem, że mnie nie zawiedzie. Z tym, że miał tu być osobiście. Przydałby się.

– Flegel kulasy połamał, jak walczył w katakumbach pod Dragatusem[8]. Wygrał potem jeszcze ze dwie walki i niezłą sumę. Ale do przyjazdu tutaj się nie nadaje. Co najmniej przez jakiś czas. A żem nieopacznie, napitym będąc, jakieś deklaracje złożył, i swoim słowem poświadczył, to mi nie wypadało go nie zastąpić. Wytrzeźwiałem i jestem. Ale żałuje, że spirytus był tak słaby.

– Przestańcie psioczyć – rycerz wydawał się zdenerwowany – mogę zdjąć z was, jako najwyższy stanem, tą przysięgę…

– Portki to możesz se zdjąć, syneczku, co było by wskazane, na ten przykład, jak w krzaki idziesz – przerwał mu krasnolud – słowo honoru to słowo. Zęby zacisnę i pójdę. Może któremuś żywot ocalę, przy okazji.

– A zaciskajcie ile możecie, póki je macie – Rag puścił mimo uszu słowa karła – każdą pomoc przyjmiemy, byle się nie okazało że wasza gęba większa od topora.

Nord spojrzał na skulonego przy ziemi Paulusa i mrugnął do niego okiem. Drganie ustąpiło, a olbrzym podniósł się z kolan. Obecni w izbie schowali broń. Krasnolud, jak gdyby nigdy nic siadł za stołem i sięgnął do prawie pustej misy z mięsiwem, nalał trunku z dzbana, w międzyczasie podejrzliwie go wąchając. Rycerz pokręcił głową i zwrócił się do Galbo:

– Jako że wyście tutaj gospodarzem, zanim powiecie nam co i jak z planem podróży, zawrzyjcie drzwi do tego przybytku, co by razem z zimnym powietrzem więcej awanturników do izby się nie przyplątało – powiódł wzrokiem po zebranych – bo cos mi się zdaje, że kompania już w komplecie.

 

***

 

 

Dziadunio Golub przetarł łzawiące oczy i westchnął. „Wzrok już nie ten” – przebiegło mu przez myśl – „Co bym począł bez mojego Skarbu?”. Uśmiechnął się i mrużąc prawe oko, lewe przytknął do okularu lunety. „Skarb” był delikatnym, misternie wykonanym przez Shaeidów przyrządem optycznym. Drewna, z którego go wytworzono, próżno by szukać w pobliskich lasach. Ba, zapewne nie znalazł by go żaden drwal na całym Kontynencie. Nikt nie wiedział, jak Golub wszedł w posiadanie owej lunety, lecz ludzie gadali, iż pochodziła z Tir Na Noog[9]– z Wyspy Za Mgłą. I posiadała niezwykłe właściwości. Jedną z nich była zdolność do „znikania”.  Ilekroć jakiś, łasy na łup, włamywacz próbował odnaleźć lunetę w domu starca, okazywało się to sztuką niemożliwą. Zresztą od jakiegoś czasu nie było już żadnych włamań, nikt nie próbował, niepokoić Dziadunia. Prawdopodobnie ci sami ludzie, którzy z dawna „sławili” Skarb i jego niezwykłości, teraz przestali wierzyć w jego istnienie. Wszak, nikt tak po prawdzie, nie widział lunety na własne oczy.

Golub mieszkał w samotni, na szczycie jednego z trzech wzgórz, które wyraźnie wznosiły się ponad puszczę. Każdego poranka wynosił przed chatkę własnoręcznie zbudowany stojak, zydelek, kilka koców, odrobinkę jadła i napitku, i porcje dobrego tytoniu. Na stojaku, z nabożna czcią umieszczał swój „Skarb”. I cały dzień spoglądał w cztery strony świata. Dawno zapomniał, dlaczego został samotnikiem, jakiemu bóstwu służył i skąd właściwie przywędrował w te strony. Jego życie wypełniała obserwacja.

Starzec cicho wyszeptał dwa słowa w shaeidańskiej mowie. Trzy znaki runiczne na lunecie na moment zalśniły błękitnym blaskiem, a powietrze wypełniła charakterystyczna woń. Czarodziej, gdyby akurat znajdował się obok,  w mig rozpoznałby efekt działania magii. Dziadunio po prostu uśmiechnął się do siebie. Obraz w lunecie wyostrzył się i znacząco przybliżył. Teraz wzrok staruszka sięgał bardzo daleko, a odległe szczegóły zdawały się znajdować na wyciągnięcie ręki.

Traktem na południe, z umiarkowaną szybkością, jechała grupa konnych. Po kilku chwilach wzbudzili zainteresowanie Goluba.

Przodem, w pewnej odległości od reszty grupy poruszał się, na rączym koniu, mężczyzna wyglądający na zwiadowcę lub przewodnika. Ubrany był w podróżny kaftan z długim kapturem, na plecach wiózł kołczan, a przy siodle trzymał łuk średniej długości. Co kilka chwil oglądał się na jadących za nim.

Pierwszy w grupie kłusował wysoki, jasnowłosy zbrojny, po dokładnej analizie, zapewne szlachetnie urodzony, co wskazywał oręż i rycerski łańcuch na szyi. W sakwach przewieszonych przez grzbiet luzaka, którego wiódł za swoim rumakiem, można było dopatrzyć się elementów zbroi. Tarcza była zniszczona ale „Skarb” pozwolił starcowi na dokładne „spojrzenie”. Znaki w polu nie były cezaryjskie, pole miało zaś barwę błękitną. Rycerz, zdecydowanie „nie był miejscowym”.

Z blondynem rozmawiał, jadący tuz obok olbrzym. Ubrany w obfitą, gruba szatę, wyglądał jak mnich. Jego łysa czaszka kontrastowała z puchowym szalem, narzuconym na gruby kark. Mężczyzna, ów o dwie głowy, bez mała, przewyższał szlachcica. Nie miał praktycznie żadnego bagażu, nie widać było także przy nim żadnej broni.

Zaraz za rozmawiającymi, jechał chłopiec, lub młodzieniec. Ubrany był w powłóczystą szatę, na która zarzucono lekki kaftan, obszyty futrem. Jego koń obładowany był wieloma tobołami i workami. Zagadką pozostawała ich zawartość, ale wyraźnie znać było, że nie są to wyłącznie podróżne zapasy żywnościowe. Broni nie nosił, więc na pierwszy rzut oka mógł być wzięty za pachołka lub koniuszego. Miał długie, spięte na plecach włosy. Dosyć chłodny dzień dawał mu się za pewne we znaki, dlatego właśnie w tej chwili zarzucał na głowę kaptur.

Zupełnie z tyłu, w odległości kilku kroków, jechał krasnoludzki wojownik, dosiadający potężnego, górskiego kuca. Na jego plecach, w specjalnej pochwie spoczywał krótki topór, drugi podobny przytroczony był do siodła. W sakwie, za siodłem schowany był potężny obosieczny topór bojowy. W bagażach dostrzec można było także dwie sztuki palnej broni.

Dziadunio przyglądał się jadącym długo i uważnie. Niewprawny obserwator opisał by ich zapewne jako, pierwszą z brzegu, świtę rycerza, złożoną ze zwiadowcy, będącego najętym na miejscu naciągaczem i oszustem, który pewnie przy pierwszej nadarzającej się okazji ulotni się z częścią ekwipunku szlachetnie urodzonego, krasnoludzkiego ochroniarza, zapewne opoja i z całą pewnością typa przedkładającego własne wynagrodzenie i swoje życie ponad życie pracodawcy, mnicha i służącego. Drużyna jakich wiele, gnana do przodu humorem i ambicją arystokraty, czy tez zasobnością jego trzosu.

Jednakże, Dziadunio nie był zwykłym wypatrywaczem.  Pomimo wielu lat na karku, jego umysł pracował bystro. Lata prowadzonych obserwacji dawały mu, ponadto, bogate doświadczenie, przydające się w ocenie podróżnych.

Drużyna, na którą teraz patrzył z zainteresowaniem, składała się z nieprzeciętnych podróżników.

Rycerz miał intrygujące pochodzenie, co denerwowało Goluba, gdyż nie mógł dociec z której dokładnie części Kontynentu ów przybywa. Gdyby musiał, Dziadunio pewnie obstawił by północną. A na Północy rzadko który wojownik zostawał rycerzem.

Uważny i rzetelny zwiadowca, doskonale znający te strony, wiózł w kołczanie strzały z shaeidańskimi grotami, nie wykluczając iż sam łuk którym się posługiwał mógł być wykonany na modłę Starszego Ludu.

Mnich i posługacz mogli być, po równi skrytobójcami jak i czarodziejami. Sądząc po wyglądzie bagażu młodzieńca, można było przyjąć, jako bardziej prawdopodobne, to drugie. Pozornie ociężały krasnolud nosił na plecach specjalną, bojową pochwę umożliwiającą błyskawiczne wyciagnięcie oręża. Golub widział już zastosowanie tego wynalazku na własne oczy. I nigdy więcej nie lekceważył niskich, przysadzistych wojowników. Broń palna, zawsze utrzymywana w nienagannej czystości, wskazywała na poważne traktowanie swojej profesji.    Drużyna owa była więc skomponowana z myślą o jakimś ważnym zadaniu.

Dziadunio śledził ich wzrokiem przez cały dzionek, w myślach tworząc zarys historii, którą mogła by wypełnić ta grupa awanturników.

Gdy zapadał zmrok, drużyna była już w głębi podgórskiego lasu, między pierwszymi skałami, w pobliżu doliny rzeki Pelt. Golub patrzył jeszcze długo w ciemność, potem powolutku odbył swój wieczorny rytuał, będący odwrotnością porannego i zniknął w głębi swojego domu.

Gdyby tylko wiedział, iż jego „Skarb” po wypowiedzeniu innych shaeidańskich słów, potrafi wiele więcej. Dla przykładu, „spoglądać w ciemność nocy, jak za dnia”. Lecz Dziadunio Golub nie miał o tym pojęcia, a poza swoim wyuczonym od lat, nie znał innego zaklęcia. Gdyby jednak potrafił zajrzeć w mroki nocy, dostrzegłby na trakcie, poruszającego się samotnie jeźdźca. Jeździec ten, odziany na czarno, podążał za drużyną, trzymając się w bezpiecznej odległości, a większość drogi pokonywał nocą. Stary wypatrywacz nie był tego świadom, ale mężczyzna w czerni doskonale wiedział o istnieniu podglądacza. A dokładnie, o istnieniu magicznego artefaktu, shaeidańskiej lunety. „Powiedział” mu o tym wibrujący sygnał amuletu, noszonego na szyi. Teraz, zatrzymawszy wierzchowca zastanawiał się co powinien uczynić. Przedmiot wypełniony magią Starszego Ludu, z całą pewnością zainteresował by jego mocodawców. Ale ewentualny cel był w olbrzymiej odległości od traktu. Najkrótsza droga wiodła, dodatkowo, prosto przez nieznaną, ciemną puszczę. A drużyna już zniknęła wśród skał.

Czarny jeździec podjął decyzję.

 

 

***

 

Zapewne wielu pytało w myślach każdego z Trzynastu, a i inne bóstwa mogły zapewne usłyszeć pytania owe, o przedziwne ukształtowanie terenu  w okolicach Ringen. Jakiś szalony architekt, w Wiekach Stworzenia musiał wpaść na iście przewrotny pomysł.

Oto, rzeka Pelt, płynąca swoim górnym biegiem, z impetem rozdzierała skały, tworząc malowniczy przełom, by skierować swój nurt na północ. Na północy, zaś stawała się dopływem Konstaju, najważniejszej rzeki Cesarstwa. Nim jednak zasiliła wody tego potężnego, swoistego szlaku handlowego, rozlewała się przez wiele dziesiątek mil, szeroko, pomiędzy wysokimi skałami.

Dolina, którą płynęła rzeka, była otoczona przez gigantyczne bagna i torfowiska, niezwykle zdradliwe i trudne do przeprawy. Kiedyś okoliczne tereny były gęsto zasiedlone, bo doskonale nawieziona gleba zapewniała wspaniałe plony. Okazało się jednak, iż bagna przyciągają nieszczęście. Przez setki lat liczne orcze bandy zapuszczały się w te strony, mordując i grabiąc rolników, paląc ich sioła i oblegając grody. Także kompanie ludzkich rozbójników, bez końca niepokoiły mieszkańców.

Lecz to Orkowie ściągnęli na moczary prawdziwe Zło. W zakładanych przez siebie obozach, na wyspach wśród bagien, zaczęli modlić się do swych plugawych bóstw i poczęli przyzywać mroczne stworzenia, które rozpleniły się wśród uroczysk. Ludzie opuścili te tereny, pozostawiając jedną strażnicę, jeden gród, który mocno ufortyfikowali, a z biegiem czasu obok niego, powstało miasteczko.

Ringen, bo tak się nazywało, strzegło szlaku, najdziwniejszego „pomysłu” wspomnianych boskich architektów. Szlak wiódł wierzchem naturalnej grobli, utworzonej ze skał, która jak antyczna włócznia przecinała mokradła, z północnego zachodu na południowy wschód. Rzeka radziła sobie, na różne sposoby z pokonaniem tej skalistej przeszkody. Głęboko pod ziemią drążyła kanały, a w niektórych miejscach przelewała się górą. Wtedy jadący szlakiem musieli pokonywać liczne, ale bezpieczne brody. A droga była uczęszczana, pomimo złej sławy samych bagien.

Droga prowadziła, bowiem, na znajdujące się na południowym wschodzie Pogórze. Tam zaś, Cesarstwo zaopatrywało się w drogocenne kruszce i minerały, korzystając głównie ze starych krasnoludzkich szybów i kopalń. Tak żądza bogactwa rywalizowała z zabobonnym strachem przed złem. I zdawać by się mogło, że im Cesarstwo stawało się nowocześniejsze i bardziej zamożne, tym bardziej strach walkę przegrywał.

Rok temu, jednakże wieści z Ringen przestały przychodzić, lub docierały niekompletne. Opisywane ze strachem i przerażeniem. Kupcy zaś którzy zdecydowali się na podróż szlakiem nie wracali. Podobno wielu innych decydowało się nadłożyć kilkukrotnie drogi, przez nie mniej niebezpieczne tereny Równiny Bersud[10], byle tylko nie jechać przez bagna Ringen.

Wieść się rozniosła, iż na uroczysku, niedaleko od szlaku, osiedlił się czarnoksiężnik, prowadzący pod swoimi rozkazami wiele orczych hufców. Jakiś czas później, wieść dotarła aż do samych miast cesarskich, lecz nikt nie potrafił zaradzić problemowi. Podobno inkwizytor z poleceniem Świątyni Trzynastu miał rozwiązać kłopotliwą sytuację. A kłopotliwą się stała, gdyż bogate złoża nijak nie mogły zasilić skarbców wszystkich zainteresowanych. A poza cesarzem, spora grupa, skupionych w gildiach i rodach kupców, prowadziła interesy na Pogórzu. „Este Vremes …”[11], jak mawiali.

Magia, nie magia, herezja, czy mroczne siły, wszystko to musiało ustąpić miejsca interesom i złotym monetom.

 

***

– Tchórze, śmierdziele i psie syny – syczał ze złości Krasnolud – ani dziwi, że fałszywi bogowie zesłali na nich, iście prawdziwą zgubę.

Łódź zakołysała się, a krępy wojownik wzdrygnął się i niepewnie rozejrzał dookoła. Dobiegł go cichy śmiech.

– Psie syny, możliwe, śmierdziele, z całą pewnością – Koryntiasz Szrama spojrzał złośliwie na Krasnoluda – ale co do odwagi to komentarze chyba nie do końca na miejscu.

– I Spętanych nie obrażajcie, panie Bragg – dorzucił rycerz – a przynajmniej w ich moc nie wątpcie, może was to kiedyś drogo kosztować.

– Komedianta uwagi mimo uszu puszczam, w teologiczne brednie się nie wgłębiam – mruknął Ziggo – ale ringeńskiego kurestwa ucieczkę skomentować musiałem. Nijak, teraz nie wiemy dokąd mamy płynąć. Przewodnicy, zanim zniknęli, nie raczyli nam powiedzieć.

Rycerz położył dłoń na ramieniu Krasnoluda. Jednocześnie spojrzał w kierunku potężnego maga, siedzącego z tyłu łodzi.

– Mistrzu Paulusie – uśmiechnął się pod nosem – praktykowaliście zapewne, jak wy to nazywacie, „wykrywanie magii”. Czy jest możliwe byście wyśledzili potężne źródło magiczne?

– Bo inaczej, będziemy musieli ściągnąć tu krasnoludzkim rykiem bojowym orcze zastępy, co ponoć są na usługach, owego potężnego źródła. I wtedy, mam takowe podejrzenie, nici z niespodzianki, którą źródłu szykujemy – dorzucił z rozbawieniem zwiadowca.

Krasnolud westchnął, a siedzący na dziobie młody mag, do tej pory wpatrujący się w gęstą mgłę i ciemności, odwrócił się i z zainteresowaniem spojrzał na rozmawiających.

– Zaiste – Paulus odezwał się niskim głosem – możliwe to jest, niezbyt dokładne, co prawda, ale możliwe. Czarnoksiężnik, emanuje Czarną Magią. To część jego sposobu istnienia. Strach, który jest jego sługą, wynika z Domeny Mroku. Od pewnego czasu próbuję skupić swoje umiejętności na tej aurze. Powinno się udać.

– Kieruj nas zatem, mości magu – Rag powiódł wzrokiem po mokradłach, próbując przejrzeć przez opary ciężkiej mgły – sprawdźcie oporządzenie, broń, zjedzcie coś z zapasów. Co do modlitw… To jak kto woli. Ja, z całych swoich sił modlę się, i modlić się będę. Za siebie i za was.

– Ha, młokosie – Ziggo Bragg uśmiechnął się – to nie żadna bitwa, co by przed nią trzeba chłopów od strachu opędzać, ale dobrze słyszeć takie słowa. Ja się nie będę modlił, ani śpiewał, ani zawodził ale mam takie przeczucie, że moje topory niebawem zadźwięczą i zaśpiewają. I na to właśnie, a niech mnie, postawię baryłkę spirytusu.

 

***

 

Nim dziób łodzi uderzył o brzeg, Ragnar ze  Svero zeskoczył na ląd, rozchlapując błoto. Szybko powiódł wzrokiem po okolicy i wyszarpał  miecz z pochwy. Tuż za nim ruszył Szrama, uzbrojony w sztylet. Dalej dwójka magów. Na końcu, z pewnymi trudnościami, sygnalizowanymi zduszonymi jękami, na wyspie pojawił się Ziggo Bragg. Nie przestając mruczeć z niezadowolenia, w głębi swojej gęstej brody, warknął:

– Cholerna breja, pieprzone błoto, pewnie zaraz zacznie padać…

Rycerz spojrzał na niego i położył palec na ustach, nakazując milczenie, podczas gdy Koryntiasz zniknął w ciemnościach i oparach mgły, rozpoczynając rekonesans. Młody uczeń czarodziejskiego fachu odszukał korzeń starego drzewa i przycumował łódź. Drugi z magów zatrzymał się z przymkniętymi oczyma, trzymając dłonie na splocie słonecznym. Oddychał miarowo. Gdy otworzył oczy, lekko się uśmiechnął i szepnął:

– Dobrze trafiliśmy, na tej wyspie znajduje się uroczysko. Mrok, pochodzący od czarnoksiężnika jest silny.  Bez trudu go odnajdziemy.

– Czekajmy na Koryntiasza – Rag przykucnął, dając znak reszcie – Nie mamy szans na otwarte wejście. Musimy pójść bokiem, ominąć jak najwięcej Orków. Gdy ich pan sczeźnie, uciekną w popłochu.

Krasnolud chrząknął.

– Ja tam mogę siec orcze łby, inne cholerstwa i plugastwa też mi nie straszne, ale na czarnoksiężnika chyba musimy mieć cos więcej niż naszą stal.

– Zakładam, panie  – Paulus pokiwał głową i spojrzał na rycerza – że masz jakiś plan lub pomysł, który wyrównuje siły.

– Szaleństwem by było, Was i siebie prowadzić na śmierć lub opętanie – Rag spojrzał uważnie na maga i Krasnoluda, położył miecz na swoich udach i sięgnął pod kolczugę   – Mam  pewien atut, w walce ze sługami Mroku.

Otworzył zaciśniętą dłoń i pokazał towarzyszom mały, delikatny przedmiot. Był to żelazny medalion, w którego środek, wprawiono jasnoniebieski kamyczek. Młody mag, Gaspar wbił w niego wzrok, a Paulus delikatnie wyciągnął palce w jego kierunku. Medalion zadrgał, a Paulus przez sekundę zamknął oczy.

– Prawdziwe Światło – z uznaniem popatrzył na rycerza – Rzadki i potężny, druidyczny talizman. Potraficie go używać, mości rycerzu? Wszak Trzynastu sławicie[12].

– Nie kłopoczcie się, mistrzu – Rag schował artefakt – W północnych księstwach szanujemy zarówno wiarę cesarza, jak i tradycje naszych nordyjskich przodków. I wbrew temu co opowiadają cezaryjscy kapłani, jest to możliwe. Bez potępienia i kar bożych.

 

***

 

– Dobrzeście trafili mości panie – Viltord zwany Ropuchą uśmiechnął się, ukazując pełnię swojego przerażającego, zepsutego uzębienia – Jak idzie o plotki, informacje i opowieści, wszystkie przechodzą, by tak rzec, przez moje uszy.

– Plotki mnie nie interesują – odziany na czarno nieznajomy zapewne skrzywił się pod nosem, czego jednak Ropucha nie mógł jednoznacznie stwierdzić, bo większość twarzy wysokiego, chudego jegomościa skrywał cień rzucany przez kaptur – złoto trzymacie z garści, tedy mówcie prawdę.

– Grupa najemników, czy jak kto woli, awanturników, przez Was panie dobrodzieju, opisana była w Ringen ostatnie kilka dni – mówiąc to szeptem, Viltord pogładził z zadowoleniem dosyć pękaty skórzany mieszek – trzymali się z dala od głównej sali zajazdu, wieczerzali na uboczu, z cicha starali się znaleźć łódź i przewodników, co by znali szlaki na bagnach.

– Dobrze wam idzie, panie Ropuch – w głosie chudzielca zdało się wyczuć zniecierpliwienie – kogo najęli?

– Bracia Deetz popłynęli z nimi, wczoraj z wczesnego rana. Celem była nawiedzona wyspa, ta co ponoć spodobała się czarnoksiężnikowi. Ugo i Golm dobrze znają północno-wschodnie uroczyska. Awanturnicy dobrze zapłacili i bracia zapakowali ich na łódkę. Co ciekawe, równie szybko jak wypłynęli, tak wrócili, na drugiej, mniejszej, w towarzystwie swojego kuzyna Ketzina – na twarzy mówiącego cały czas jaśniał uśmiech – wychodzi więc na to, że najemnicy, jak to mówią po cesarsku: „w rzyć się dali wychędożyć”. I to przygłupom. A bracia z kuzynem chyba od razu wyczuli, że do samej wyspy nie ma się co zbliżać. Za dużo orczych bębnów i pozatruwanych strzał. Awanturnicy, za pewne, po swoje złoto już nie wrócą. Jak i ten inkwizytor co zapowiadał kres mroku na bagniskach. I co? I nie wrócił.

– Zapewne coś mi jeszcze macie do wyszeptania – mruknął nieznajomy – wszak w mieszku monet sporo, jak pamiętam.

– A pewnie – Ropucha oblizał wargi – pierwsze co wam powiem, to że chatę braci Deetz znajdziecie na południe od głównej przystani, koło starego młyna, nieopodal wzgórza. Drugie, że najemnicy, a dokładniej prowadzący ich szlachcic, potajemnie zostawili w depozycie u właściciela zajazdu sporo bagaży, sakw i pakunków, i rzecz jasna wierzchowce. Trudno się będzie dostać na zaplecze karczmy, ale …

– Jam dobrze trafił, wyście się dobrze sprawili – mężczyzna odziany w czerń przerwał mu, ściszył głos i rozejrzał się dookoła.

Stali w wąskiej uliczce między magazynami, tuz obok zajazdu, ale w miejscu zacienionym. Dobiegał ich stłumiony szmer rozmów prowadzonych przed karczmą, ale nikt nie był w stanie dojrzeć ich sylwetek. Miejsce było ustronne, choć w centrum miasteczka.

– Spokojnie, mości dobrodzieju – Viltord powiódł wzrokiem po okolicy – nie pierwszy raz umawiam się na spotkanie, które ma skrywać tajemnica, nikt nas tutaj nie podsłucha, nikt mnie nie śledził, ani nikomu żem nie wspominał o naszych interesach. Nikt nam nie będzie przeszkadzał.

– Zaprawdę, panie Ropuch, znacie się na robocie – chudzielec wykonał dwa szybkie kroki w kierunku zaskoczonego Viltorda, dłonią zakrył jego usta i wprawnym ruchem wbił mu pod żebra długie ostrze, wcześniej umiejętnie skrywane pod płaszczem. Mocno trzymając wijącego się i konającego mężczyznę, szepnął – Bo widzicie, zaraz po sprawdzonych informacjach, właśnie najbardziej cenię zapewnioną dyskrecję.

 

***

 

Wiatr jest zawsze najważniejszy. W kwestii skradania się i podchodzenia do wroga, zawsze największą role odgrywa wiatr. Koryntiasz, syn Liviasza, nazywany Szramą, doskonale znał tą zasadę. Uratowała mu ona nie raz skórę. Wiele razy, także zapewniła pełny żołądek. Czy jelonek, czy szlachecki ogar, każde z nich można było oszukać. Wszak, czego nie czuć, zdaje się nie istnieć.

Tym razem było jeszcze trudniej, bo mężczyzna skradał się pośrodku terenu patrolowanego przez orcze grupy. A kreatury te, do których stworzenia nie przyznawał się żaden z Trzynastu, a i Starzy Bogowie, zapewne nie chcieli mieć z orkami nic wspólnego, były niezwykle groźne. Miały czuły węch, a na domiar złego, jak każda istota Mroku, potrafiły wyczuwać aurę ludzkiego ciała. Widziały tez doskonale w ciemnościach.

Szrama urodził się jednak, na całe szczęście, biorąc pod uwagę aktualne okoliczności, w miejscu gdzie Orkowie często uprzykrzali ludziom byt, i wiedział jak z nimi walczyć oraz jak ich unikać. Specjalna maść, którą pokrył swoją opończę zamaskowała jego ludzki zapach, ponadto tak dobierał ścieżkę swojej szybkiej wędrówki, że prawie zawsze znajdował się po zawietrznej, względem omijanych patroli. Dobrze dopasowane odzienie, szare w barwie, zapewniało mu niewidzialność, na tle terenu. Poruszał się szybko i sprawnie, często zmieniał tempo i kryjówki. Tylko szaman lub czarodziej pośród Orków byłby w stanie wyczuć jego aurę. Musiałby, przy tym,  wiedzieć że jakiś człowiek znajduje się w okolicy.

Podstawowym atutem Koryntiasza, który pozwalał mu poruszać się tak bezpiecznie był fakt, iż doskonale wiedział gdzie znajdują się orcze patrole. Połówka shaeidańskiej krwi, płynącej w jego żyłach dawała mu wspaniałą umiejętność: dar dostrzegania ciepła wydawanego przez każdą żyjąca istotę. Był więc zawsze o kilka, lub kilkanaście kroków przed strażnikami.

Po długiej wędrówce, mijając splątane korzenie nielicznych bagiennych drzew, dotarł do wzgórza, w centrum wyspy. Tutaj teren wznosił się, z pomiędzy błotnistego gruntu wynurzały się pojedyncze skalne formacje. Za nimi, pół-shaeid dostrzegł pradawne ruiny, budowle liczące zapewne kilka tysięcy lat. Resztki strzelistych, kopulastych sal wyłaniały się z oparów bagiennej mgły. Pozostałości kilku smukłych wież zdawały się drapać nocne niebo. Dotarło do niego, że budowle te z całą pewnością nie były dziełem człowieka.

Chwilę później poczuł niezwykłą moc tego miejsca, a jego pierwotna natura wyczuła delikatny zew. Wzgórze było bardzo dawno temu miejscem kultu Starej Wiary. Monumentalne niegdyś zabudowania wzniesiono zanim prymitywne ludzkie łodzie dobiły do miejsca gdzie teraz wznosiła się metropolia nazywana Pergatum[13].

Choć Koryntiasz nie czuł żadnego przywiązania do wiary Shaeidów, a całe swoje życie spędził wśród ludzi, to niezwykłe miejsce przyciągało go swoją wciąż żywą magią. Przetarł dłonią twarz, uprzedni zwilżywszy ją zimną wodą z bukłaka. Potrząsnął głową.

Coś zwróciło jego uwagę i skutecznie oddaliło niebezpieczny zew, uwalniając jego myśli.

Na kamiennej ścieżce wiodącej do antycznej bramy wbito kilkanaście solidnych pali. Na trzech z nich można było dostrzec resztki ludzkich ciał. Zabici byli z całą pewnością szlachetnie urodzonymi, zapewne także rycerzami. Nosili resztki zbroi, i sprawny wypatrywacz ocenił by, że były to napierśniki cezaryjskiego typu. Do tego, zdecydowanie cenne i bogato zdobione. Ciała nabite po lewej i po prawej stronie, nie posiadały głów. Nieszczęśnik w środku zachował czerep, co mogło oznaczać że został nabity żywcem. Na jego zbroi widać było zniszczoną i ubrudzoną szatę. Niegdyś była biała, z wyszytymi i ułożonymi w kształcie koła różnobarwnymi kamieniami.

Szata inkwizytora ze Świątyni Trzynastu.

 

***

 

Rag, w milczeniu, podziękował Protejusowi[14]. Jego przypuszczenia sprawdziły się, na całe szczęście. Orczy strażnicy nie wchodzili na teren ruin. Wydano im taki rozkaz lub po prostu obawiali się starych shaeidańskich czarów.

Legendy Mroku wspominały, iż Starsza Rasa została kiedyś splugawiona i ukarana za swoją pychę: wielu  z pośród Shaeidów uległo straszliwej przemianie w ohydne stworzenia, będące zaprzeczeniem swojej pierwotnej natury. Przez tysiąclecia, Orkowie stali się największymi wrogami Shaeidów, ale także wszystkich pozostałych istot. Kryli się w mroku nocy, w cieniach i jaskiniach, od czasu do czasu przypuszczając łupieżczy atak, jeśli tylko znalazła się siła zdolna narzucić im swoja wolę i poprowadzić ich. Taka siłą był zapewne upadły czarodziej, czarnoksiężnik rezydujący na bagiennej wyspie. Orkowie byli mu potrzebni, chronili go fizycznie, obawiając się jego magii byli równocześnie mamieni przez jego mroczną aurę, ale jako istoty prymitywne nie doznali zaszczytu obcowania z nim twarzą w twarz. Czarnoksiężnik, jak każdy z pośród magów, uważał się za istotę wyższą. Prastare, zniszczone budowle były jego wewnętrznym królestwem.

Gdy Rag i jego współtowarzysze dotarli do skalistej części wyspy, pewnie prowadzeni szlakiem wyznaczonym wcześniej przez Koryntiasza, od razu poczuli emanację magii.

Z razu była to delikatna „woń” Magii Natury, dobiegająca z kamiennych budowli. Chwilę po tym, uderzyła w nich falą, przypominając straszliwy smród, potęga Czarnej Magii. Dochodziła z kopulastej budowli usytuowanej w głębi ruin. Z każdym krokiem, drużyna zagłębiała się w sferę władzy czarnoksiężnika. Wydawać się mogło, po kilku chwilach, że zła moc wydobywa się z pod ziemi, z każdego kamienia. Nawet obumarłe i śmierdzące drzewa były jej pełne.

Rycerz szedł tuż za zwiadowcą, więc nie był w stanie stwierdzić, w jaki sposób Mrok wpływa na Szramę, ale kilka razy rzucił okiem na maszerujących za nim.

Masywny mag Ziemi, Paulus szedł pewnie, na jego twarzy nie rysowały się żadne uczucia. Cały czas był skoncentrowany, szepcąc pod nosem, zapewne zaklęcia ochronne.

Idący kilka kroków za nim chłopak o imieniu Gaspar, wydawał się być zdenerwowany. Pocił się straszliwie, co chwilę przystawał i wycierał twarz chustką skrywaną w obszernych rękawach swojej szaty, co spotykało się z gniewnymi pomrukami idącego na końcu Krasnoluda.

Ziggo Bragg, popędzał młokosa i bacznie rozglądał się naokoło, uginając się pod ciężarem potężnego plecaka i wielu przytroczonych doń bagaży. Ale Ragnar był pewien, że karzeł się ani nie męczy, ani nie boi.

W trakcie wędrówki, cały czas modląc się do Trzynastu, młody rycerz owinął rzemień do którego przywiązany był druidyczny kamień o niezwykłej mocy, wokół swojego nadgarstka, tak by w każdej chwili móc ścisnąć go w garści. Na niego samego, moc mroku, o dziwo nie wpływała tak mocno jak tego się obawiał. Czuł delikatny niepokój, ale paraliżujący strach o jakim mu opowiadano nie dotknął go.

– Wiem jednak, że ten strach może objawić się w każdej chwili – rzucił do siebie w myślach – Protejusie, Władco Miecza, Panie Dzierżący Tarczę, strzeż mnie, tako i Wy, moi Przodkowie, dodajcie mi sił w walce z Cieniem.

Szrama zatrzymał się, dając znak. Przycupnęli w półmroku, pod łukiem utworzonym z delikatnego kamienia, zarośniętym ciernistymi krzewami. Magowie zbliżyli się, w oddaleniu pozostał jedynie Krasnolud, trzymając zaimprowizowana wartę, pozostał jednak w odległości głosu. Rag mówił cicho ale wyraźnie:

– Powtórzę. Trzymamy się razem, pan Bragg pilnuje pleców Koryntiasza, Gaspar idzie obok mnie. Wasza dwójka bierze lewą stronę, tam gdzie widzimy zniszczoną wieżę, my idziemy prawą, przez kopułę. Wszyscy zorientują się kiedy Paulus zacznie. To musi wywabić chociażby sługi Czarnoksiężnika, choć jak mniemam, i w nim samym obudzi się ciekawość. Jesteś pewien, że nie wyczuł Cię wcześniej?

Ostatnie słowa skierowane były do Władcy Ziemi. Ten, nie zmieniając wyrazu twarzy odparł szeptem:

– Potrafię się maskować. Mógł wyczuć moją delikatną moc, nie mogę rzec z całą pewnością że tego nie zrobił, ale jeśli nawet miało to miejsce, moc drzemiąca w tych murach – rozejrzał się – zmyliła go. To było kiedyś potężne miejsce. Jestem skłonny postawić dobry surenejski[15] trunek w zakład, iż właśnie dla tej mocy Czarny Mag tutaj przebywa. Jemu podobni żerują na czystej magii, przeistaczają Światło w Mrok.

Zapadła smutna cisza, jakby każdy z nich analizował w myślach ostatnie usłyszane zdanie. Po chwili Krasnolud sapnął i wymownym gestem dał do zrozumienia że pora ruszać. Rycerz spojrzał na każdego z towarzyszy. Zatrzymał wzrok na zwiadowcy.

– Wszystko w najlepszym porządku? Jakbyście zmarkotnieli z lekka, panie Koryntiaszu.

– E tam – zapytany delikatnie się uśmiechnął – plan jak plan. Ale prosiłem Was. Mówcież do mnie Szrama.

 

 

***

 

Paulus Brega, nazywany przez przyjaciół z Północnej Marchii[16] Kamienną Głową, zgarnął dłonią garść ciężkiego, mokrego piachu, który zalegał na połamanej posadzce. Długo analizował układ terenu, przykładając dłonie do ziemi badał jej zawartość. Wyczuwał kamienne fundamenty, sieć podziemnych korytarzy, określał zasięg skał.

Gdy był już gotowy, wyszeptał kilka symbolicznych słów, skupiając się na istocie czaru, który miał stworzyć.

Uniósł prawą dłoń powyżej ramienia, co pomogło mu zakląć energie Esencji. Z lewej wysypał na kamienne płyty, u swoich stóp, piach. To symbolizowało Sztukę Ziemi. Skupiając się wewnętrznie na swoim Źródle mocy, czarodziej połączył dwie Domeny Magii. Uformował z nich „życzenie”. Przykucnął i dotykając dwoma dłońmi podłoża, bezgłośnie rzucił czar. Jego „życzenie” zaczęło się spełniać, czego dowodziło narastające drżenie ziemi, trzask uschłych korzeni, grzechot kamyczków spadających z kamiennych ścian i toczących się po posadzce. Z miejsca w którym stał było widać wyraźnie gdzie ruiny i skały ustępowały miejsca bagnistemu podłożu. Wzdłuż tej granicy, cząsteczki i drobinki gleby, kamieni i pyłu uniosły się na wysokość metra, wirując. Moc niezwykłego czaru stworzyła cos na kształt sfery zamykającej skalistą przestrzeń, odcinając ten teren od reszty wyspy.

Paulus, lewą dłonią sterował wysokością „bariery”. Gdy wzniosła się na kilka metrów, pstryknął palcami. Czar ustabilizował się, a mag ruszył przed siebie, szybko znajdując schronienie na kamiennym postumencie. Wbiegł na schody wyciosane przed wiekami w skalnej bryle i zatrzymał się kilka metrów wyżej, w zniszczonej sali. Jej dwie ściany przestały istnieć, zapewne dawno temu, lecz strop wydawał się być solidny, więc stanowiła dobry punkt obserwacyjny i kryjówkę.

Wtedy dały się słyszeć bębny, zwołujące Orków. Potężny czar wyczuli szamani, a jego efekty było słychać i widać wyraźnie, nawet pomimo ciemności.

 

 

***

 

Nordyjski szlachcic wyciągnął miecz o szerokim ostrzu prosto przed siebie, szedł wolno, bacznie rozglądając się na boki. Młody mag szedł trzy kroki z tyłu. Obydwaj czuli drżenie ziemi i dudnienie bębnów.

Sala do której wkroczyli miała okrągły kształt, przykrywała ją na wpół zniszczona kopuła. Po niebie szybko przelatywały ciemne chmury, księżyc dawał mdławą poświatę, a widmo Mrocznej Magii narastało. Ściany lekko dygotały, na piękne przed wiekami elementy posadzki, teraz zniszczone i pokryte gruzem, spadał deszcz małych kamyczków.

– Panie – Gaspar rzucił półgłosem, wskazując dłonią prawa stronę sali – już są…

Rag przygotował się do obrony, podążając wzrokiem we wskazanym kierunku. Dostrzegł trzy postacie poruszające się szybko, od cienia do cienia, pomiędzy pradawnymi posągami i monumentami.

Szczupłe istoty, wielkości człowieka, nosiły na sobie czarne, potargane szaty. Gdy pierwsza z nich z sykiem skoczyła ku rycerzowi, można było dojrzeć jej obliczę: twarz bladego mężczyzny, szeroko otwarte usta i oczy. Oczy wypełnione szaleństwem. Druga rzuciła się na Gaspara. Trzecia przygotowała się do ataku na Ragnara.

Szybkie pchnięcie zakończyło się przebiciem pierwszego atakującego na wylot. Jelec rycerskiego miecza dotknął ciała. Smród dobiegający od chudzielca był straszliwy. Śmiertelnie ugodzony konał dygocząc ale zdołał dwoma dłońmi wpić się w ubranie Norda. Druga istota znalazła się dwa kroki obok. Rycerz kontem oka złowił także ruch trzeciego, który już dopadał zaskoczonego Gaspara. Odziani na czarno byli niezwykle szybcy, syczeli i mruczeli.

Rag próbował odepchnąć kolanem trafionego przeciwnika i wydobyć z niego miecz. Niestety umierający trzymał się kurczowo. Drugi był tuż, tuż. Wtedy przez ciało szlachcica przeszedł niepokojący dreszcz. Zrozumiał, że atakujący szeptają i mruczą jakiś rodzaj zaklęcia. Poczuł nagłe i nadnaturalne osłabienie. Dodatkowo sale zaczęły wypełniać opary ciemnej, magicznej mgły.

Zbyt wcześnie – westchnął i zaklął w duchu, słysząc wrzaski Gaspara, który zapewne zorientował się także w zamiarach istot w czerni.

Ścisnął w dłoni druidyczny medalion i wyszeptał wyuczone słowo. Salę zalało ciepłe, mleczne światło.

 

***

 

Z pomiędzy zrujnowanych ścian kopuły błysnęło potężne magiczne światło. Choć krasnoludzki wojownik nie był przesadnie wierzący, ani też nie uznawał się za krzewiciela dobra na świecie, widok ten uradował jego serce. Biel była kojąca, zwłaszcza w takich okolicznościach.  Nawet odgłosy wojennych bębnów Orków wydawały się mniej niepokojące, niż przed momentem.

Bragg stał w miejscu, w którym potężna wieża stykała się z budynkiem zwieńczonym kopułą. W dłoniach ściskał stylisko obosiecznego topora, na plecach trzymał drugi, krótszy. Przed nogami miał ustawiony plecak, w który wetknął drugi z krótszych toporów oraz dwa przygotowane do strzału pistolety. Każdy z Orków, chcący dostać się od tej strony do kopuły, będzie musiał przejść obok niego. Tutaj także, rozpoczynały się strome i kręte schody, prowadzące na wyższe kondygnacje wieży. Koryntiasz Szrama, uzbrojony w łuk i strzały wspiął się tam kilka chwil wcześniej. Z wysokości widział doskonale dużą część otwartego terenu. Ci z pośród nieprzyjaciół, którzy nie wybiorą drogi obok Krasnoluda, zostaną powstrzymani przez zwiadowcę.

Bębny grały, wypełniając skalne ruiny niepokojącym dudnieniem. Ziggo Bragg otrząsnął się z chwilowej euforii, wywołanej pojawieniem się magicznego, druidycznego światła.

– Czy to aby nie za szybko? – Rzucił okiem na przejście którego miał pilnować i wrzasnął, zadzierając głowę w górę – Ruszam do kopuły, komediancie!

Wpadł do rozległej sali przez zdobiony portyk. Światło było niezwykłe, nie oślepiało go ani przez moment. Poczuł się pokrzepiony i jakby mniej znużony. Na środku, obok wysokiego postumentu stał Ragnar trzymając w dłoni źródło jasności. W drugiej ręce trzymał szerokie,  okrwawione ostrze. Pod nogami rycerza leżał odziany w czarne szaty trup. Nigdzie nie widać było młodzieńca. Z kręgu światła z głośnym sykiem uciekała dwójka ubranych w czarne szaty istot. Światło raniło je, a z całą pewnością zadawało im cierpienie.

Tak jak przypuszczał, w sali nie było czarnoksiężnika. Krasnolud zaklął soczyście. I wymownie spojrzał na rycerza. Ten jednak zanim zdążył mu cokolwiek odpowiedzieć, został zaatakowany.

Z wysokości dwóch, może trzech metrów, zza jednej z figur zeskoczył mężczyzna uzbrojony w dwie lśniące szable. Ubrany był w skórzany kaftan, nałożony na obszerne, luźne szaty południowego kroju. Jego skóra miała jasny kolor, czaszka była gładko ogolona. Światło nie wyrządzało mu krzywdy. Podobnie jak jego towarzyszowi, ubranemu w podobny sposób długowłosemu chudzielcowi, o ciemnej jak heban skórze. Ten drugi trzymał w rękach długi kij zakończony z obydwóch stron żelaznymi kulami.

Napastnicy zaatakowali jednocześnie, w momencie gdy Krasnolud z rykiem rzucił się do przodu. Cios jednej szabli rycerz przyjął na klingę miecza, drugiej uniknął umiejętnie balansując ciałem. Niestety, ciemnoskóry mężczyzna sięgnął go jednym z końców kija. Zduszony jęk towarzyszył brzydkiemu chrupotowi. Noga Ragnara wygięła się w kolanie w nienaturalny sposób.

Krasnolud rzucił przed siebie ciężki topór, który sunął przed nim po posadzce. Jednocześnie błyskawicznym ruchem wydobył z pochwy na plecach krótszy oręż i cisnął nim w przeciwników, nie przestając biec. Topór trafił czarnoskórego w ramię. Cios był tak mocny, że mężczyzna obrócił się wokół własnej osi, brocząc obficie krwią.

Rag zblokował jeszcze jeden cios, ale drugiego nie był w stanie uniknąć. Dostał cięcie w udo. Posoka z rany chlusnęła na pokruszoną posadzkę. Przewrócił się, zasłaniając przed kolejnymi ciosami.

Ziggo skoczył z rykiem, w dłoniach ponownie trzymając ciężki topór. Przeciął kij i drugie, zdrowe  ramię rannego. Topór zatrzymał się dopiero na kamiennej podłodze, straszliwie tnąc ciało mężczyzny próbującego blokować cios.

Uzbrojony w szable nawet nie spojrzał na śmierć współtowarzysza. Jedną klingą dźgnął rycerza w ramię dzierżące miecz, drugą odciął mu lewą dłoń.

Ciepłe, kojące światło zgasło w jednym momencie. Ziggo Bragg zaklął.

 

 

***

 

Szrama wypuścił pierwsze dwie strzały. Dokładnie w momencie, gdy pociski dosięgły biegnących Orków, zdał sobie sprawę z faktu iż jasność wypełniająca zniszczoną kopułę przestała istnieć.  Zadrżał. To nie mogło oznaczać niczego dobrego.

Nałożył kolejną strzałę na cięciwę i szybko rzucił okiem w lewo. W ciemnym pomieszczeniu kłębiły się opary tajemniczej, magicznej Ciemności. Niezwykły wzrok pół-Shaeida przebijał się przez mroki nocy, ale mgła stworzona za pomocą Czarnej Magii blokowała go.

Ciemność wpełzała do dużego pomieszczenia wolno, więc Szrama widział jeszcze rozwój wypadków.

Rycerz wił się z bólu na posadzce. Krasnolud wywijał nad głową potężnym toporem, starając się zając odpowiednią pozycję do ataku lub obrony. Obok krążył łysy, wysoki przeciwnik, uzbrojony w szable. Koryntiasz widział tylko cieplne zarysy postaci, ale domyślił się, że Ragnar jest ciężko ranny. Że ma strzaskaną nogę, lub obydwie. I że stracił dłoń.

Trzech kolejnych Orków zdołało się przedrżeć przez magiczną blokadę Paulusa. Magia Kamieni nie była, widać tak niezawodna jak obiecywał. Trzy monstra biegły wolno, na pogiętych nogach, a ich długie, przednie kończyny kołysały się pokracznie. W innych okolicznościach, Szrama uśmiechnął by się, na ten widok. Teraz po prostu zaklął w duchu. I wypuścił strzałę, szybko nakładając kolejną. Pierwszy z przeciwników dostał w szyję. Nim upadł, charcząc, jego towarzysz chwycił się za oko, w którym utkwił grot. Trzeci Ork przeturlał się umiejętnie za najbliższy, zniszczony kawałek ściany.

Pod kopułą trwała już walka. Ziggo Bragg ruszył do przodu, tnąc płasko i nisko, a szczupły mężczyzna przeskoczył umiejętnie nad toporem, wyprowadzając jednocześnie atak. Krasnolud dostał cięcie w plecy. Szabla najwyraźniej nie wyrządziła mu znaczącej krzywdy, bo przyjął obronną pozycję, kilka metrów dalej. Kolejne kilka ciosów, znów zainicjował karzeł. Tym razem nie został nawet trafiony.

Rycerz pełzł pod ścianę. W mroku, gdzie nie sięgał magiczny wzrok Koryntiasza, pojawiło się kilka przygarbionych postaci, w ciemnych szatach.

Na zewnątrz, od strony magicznej blokady, nadbiegali kolejni Orkowie. Ten, który ukrył się wcześniej przed strzałami, wrzasnął do nich kilka słów w Czarnej Mowie. Nim zdołali zrozumieć sens ostrzeżenia, dwóch z nich padło od strzał. Kolejnych trzech czmychnęło w ruiny.

– Ocaleli na moment – Szrama uśmiechnął się pod nosem, mrucząc w duchu – Będą ostrożniejsi, ale da nam to czas.

Raz jeszcze omiótł wzrokiem pole ostrzału na zewnątrz, po czym szybko wymierzył w środek sali zwieńczonej kopułą.

Ziggo trzymał przeciwnika na dystans. Wiadomo było, że Krasnoludowie, widzą w ciemności w naturalny sposób. Człowiek z dwoma szablami w dłoniach, w mroku radził sobie prawie tak samo dobrze. Ale trzymał się bliżej miejsc, gdzie padało słabe światło księżyca. Uciekał także od kłębiącej się, już teraz w większej części pomieszczenia, magicznej mgły. Bragg wyczuł swoją przewagę, cofnął się w ciemniejsze miejsce, upuścił ciężką broń pod swoje nogi i wyszarpał z pochwy na plecach mniejszy topór. To właśnie nim zranił poprzedniego przeciwnika.

Koryntiasz nawet nie zauważył kiedy poręczna broń ponownie  trafiła na plecy Krasnoluda. Teraz mknęła już w kierunku wroga. A ten był zręczny, poruszał się sprawnie i szybko.

Ostrze minęło jego żebra o włos, prawdopodobnie zahaczając o obszerny materiał. Ale właśnie wtedy, na jedno uderzenie serca, mężczyzna z dwoma szablami przystanął, po niesamowitym uniku,  pewnie stawiając obydwie stopy na posadzce.

Tego momentu szukał Szrama. Jego strzała poszybowała ze świstem. Gdy dosięgła celu, przebijając bok szyi, Krasnolud już rzucał się do przodu. Odcięty łeb potoczył się po ziemi.

Ciemność gęstniała, i pochłaniała już miejsce, w którym pod ściana przycupnął ranny Ragnar. A na pograniczu mroku czaiły się trzy lub cztery postacie ubrane w czerń. Bragg odnalazł wzrokiem strzelca, przeklął głośno i wbiegł w Magiczną Ciemność.

Kiedy mrok wypełnił cała kopułę, ziemia i ruiny przestały wibrować. Nie było słychać już charakterystycznego pomruku. Magia Ziemi zgasła. Słychać było, w zamian, ochrypły wrzask kilkudziesięciu orczych gardeł, dźwięk bębnów i narastający odgłos ciężkich podkutych butów.

Koryntiasz zwany Szramą westchnął, spojrzał na kopułę, schody prowadzące w dół wieży i szybko przeliczył pozostałe mu strzały.

 

 

***

 

– Kim jest chłopiec? Dokąd się udał? Jakiej magii użył? Gdzie go poznałeś? Co o nim wiesz?

Pytania, niczym ciernie wbijały się w jaźń Ragnara ze Svero. Głos wewnątrz jego czaszki był monotonny i natarczywy. Sprawiał ból.

– Jaki mieliście plan? Kim jest młody czarodziej? Jak silną moc posiada?

Po każdym z pytań, w umyśle nordyjskiego rycerza wzmagała się świadomość, że w istocie nic nie wiedział o  pochodzeniu i zdolnościach czarodziejskiego ucznia. Gaspar był, na pierwszy rzut oka, bardziej pomocnikiem niż czarodziejem. Poznawał tajniki magii, i każdego dnia starał się dowiedzieć czegoś nowego. W trakcie podróży, mówił nie raz, jak wielkim wydarzeniem dla niego będzie „prawdziwa nauka”. Potrafił przyrządzać ziołowe wywary, które koiły ból i leczyły drobne rany. Nieliczne zaklęcia, jakie potrafił rzucić skupiały się na uzdrawianiu, właśnie.

Rag rozmawiał w umyśle z tajemniczym głosem, pragnąc aby ów zamilkł. Kiedy powiedział  już wszystko, co było mu wiadome, pytania nie przestawały się pojawiać. Tortura trwała.

Czas jakby się zatrzymał, rycerz nie wiedział gdzie się znajduje, ale czuł wszechogarniający go ból.

Otworzył oczy. Sala, pozbawiona naturalnego oświetlenia posiadała niskie sklepienie, ozdobione starożytnymi płaskorzeźbami i malunkami. Nad głową Ragnara, shaeidańscy wojownicy toczyli jedna z bitew z Siłami Ciemności. Na ścianach widać było misterne, roślinne ornamenty, przeplatane słowami w Dawnej Mowie.

– Jesteśmy podobni – głos był cichy ale niezwykle sugestywny, przyjemny w brzmieniu – urodziliśmy się na Północy. Mamy w sobie tą samą siłę, tą samą chęć przetrwania, właściwą Nordyjskiemu Rodowi. Tyle , że ty zmarnowałeś ją, służąc cezaryjskim panom…

Rag powoli poruszył głową, zamrugał oczami i odszukał mówiącego. Całe ciało rycerza było obolałe i niezwykle słabe. Prawa ręka pulsowała bólem, podobnie lewe ramię, udo płonęło żywym ogniem, a drugiej nogi nie czuł wcale. Leżał na zimnym, kamiennym łożu, przykryty lnianą tkaniną. Obok, na kamiennym stołku, na który narzucono liczne, miękkie skóry zasiadał mężczyzna. Jego łysa czaszka, starannie wygolona, pokryta była kilkoma tatuażami, niewiadomego pochodzenia. Odziany był w wytworne, miękkie i delikatne, czarne szaty. Dłonie skrywał w obszernych rękawach.

– Nie masz prawa – głos rycerza drżał, był ledwie słyszalny – nic nie wiesz o mnie, nic nie wiesz o Północy, o mojej służbie… Czego chcesz?

– Wiem więcej niż ci się wydaje. Posiadłem twoje myśli, pragnienia. Czuję, jak walczysz wewnątrz siebie. Z jednej strony – rycerski kodeks i zasady hołdu. Z drugiej – wiara Przodków i ten niezwykły Dar – magiczne źródło.

– Co mi zrobiłeś?– Rag rozglądał się po izbie, co utrudniały mu wciąż ciężkie powieki – Co zamierzasz?

– Ocaliłem cię od śmierci, niewdzięczniku. Jesteś cenny. Nie sczeźniesz jak pozostali – mężczyzna w czerni mruczał – a przynajmniej, nie w ten sposób.

Szlachcic milczał. Jego rozmówca wstał wolno, sięgnął w odmęty swojej szaty i wydobył mały przedmiot. Kiedy otworzył dłoń, Ragnar jęknął.

– Jak śmiesz dotykać Prawdziwego Światła? Nie możesz…

– Jestem panem magii. Każdej. A to Światło zostanie moim trofeum. O ironio. Światło stworzone by rozpraszać Mrok – stanie się dlań pożywką. Wy, ludzie Dnia, gardzicie nami. Upraszczacie sens naszej egzystencji. Jesteśmy dla was Czarnoksiężnikami. Ale dla nas samych, jesteśmy Władcami Magii. Każdą Domenę możemy przekształcić w Mrok, by stała się naszą siłą. Zabrałem ci myśli, odebrałem ci artefakt, tak jak zabrałem życie twoim towarzyszom.

Te słowa zgasiły ostatni promień nadziei, tlący się jeszcze we wnętrzu Ragnara. W umyśle dojrzał twarze: tajemniczego i złośliwego Koryntiasza, utyskującego na niewygody, lecz szaleńczo odważnego Krasnoluda, spokojnego i cichego Paulusa oraz młodego, pogodnego Gaspara.

– Ojcowie, obawiałem się tego, łudziłem się,  choć czułem że to prawda. Czyż zginęli przeze mnie? Światło miało nas ocalić, a teraz…

– Nie powinieneś się obwiniać, a robisz to. Twój umysł, twoje serce wypełnia uczucie bezsilności. Nie mogłeś ocalić kompanów, wasz plan od początku nie miał szans. Jestem władcą myśli i posiadam władzę także nad wydarzeniami, które mają dopiero nastąpić. Postrzegam je – w dłoni nieznajomego, zamiast kamiennego amuletu znajdowała się teraz kościana różdżka – dzięki temu… Zwykły czarodziej widziałby tylko ciąg niezrozumiałych obrazów, pochodzących z przyszłości. Ja władam myślami, analizuje obrazy, wyciągam wnioski, dzięki tej różdżce mogę być Władcą Przyszłości.

– Pełnyś pychy. To da ci zgubę…

– Sięgam po to co mi należne. I nie boję się nazywać moich pragnień. Ty możesz zwać to pychą – czarnoksiężnik szybkim ruchem ukrył magiczną różdżkę w jednym ze schowków wszytych w odzienie, uśmiechając się delikatnie  –  ja, mam niezachwiane poczucie przyszłego triumfu.  Widziałem go. I wiem, że stanie się rzeczywistością.

– Kim jesteś?

– Mówiłem już, że jesteśmy podobni. Zwą mnie Drish  Ma – Kramma. Ale dawno temu, gdy nosiłem inne imię, byłem dumnym, szlachetnie urodzonym Nordem. Siły Natury, Przodkowie błogosławili moją matkę i mnie. Po narodzinach, druidzi z mojego grodu rzekli rodzicom, że jestem wybrańcem. I kiedy nadszedł odpowiedni moment, oddano mnie kapłanom Starszej Wiary. Uczyłem się, nie przeczę, bardzo chętnie i z dużą łatwością. Ale gdy już świadomie odkrywałem wiedze tajemną, czegoś zaczęło mi brakować. Jakbym sięgał ściany, krawędzi, a dalej pragnąłem czegoś, poza moim zasięgiem. Nie mogłem nauczyć się więcej. Mądry opiekun wyjawił mi przyczynę. Istnieją tajemne moce, przed którymi druidzi strzegą swoich uczniów. Nazywają te moce Czarną Magią – łatwą do poznania, szybką w treningu, lecz śmiertelnie niebezpieczna dla uczącego się. Cóż, dla mnie owa Magia była wybawieniem.

– Cóż uczyniłeś? – Ragnar słabł z każdym, powolnym uderzeniem serca.

– Nie pozwolili mi wypełnić swojego przeznaczenia, mamili mnie, odciągali od Prawdy. Od prawdziwej mocy – Czarnoksiężnik zbliżył się do leżącego – bym nigdy jej nie poznał. Uciekłem. Tułałem się, lecz Moc nade mną czuwała. Powiodła mnie na odległe Południe. Tam otrzymałem szansę. Stałem się tym, kim jestem obecnie.

– Przodkowie przeklęli cię…

– Może – Ma-Kramma zadumał się, pochylając nad ciałem rycerza – umiałem wykorzystać ich klątwę, obrócić ją. A czy ty czujesz się przeklęty? Wierzysz w Przodków, Moc Natury, czy w Trzynastu, którzy noszą Pęta? Służysz Północy, swojemu księciu, czy cesarzowi? Nosisz w sobie druidyczne źródło, a zmarnowałeś je zostając „ledwie” rycerzem?

Ostatnie słowa czarnoksiężnika jadowicie wpiły się w umysł nordyjskiego szlachcica. Nie słyszał kolejnych. Usta odzianego w czerń poruszały się bezgłośnie, a jego twarz rozmywała się. Ragnar ze Svero próbował się jeszcze pomodlić, nim jednak to uczynił, stracił przytomność.

 

 

***

Kościste dłonie drapały jego ciało, raniąc przy tym dusze i umysł. Jad wpuszczony do jego wnętrza był nie do zniesienia. Każdy oddech był niesamowitą męczarnią. Ale Ragnar oddychał.

– Dokąd to się wybierasz, mości rycerzu – czarnoksiężnik śmiał się cicho – ja zdecyduję jak i kiedy opuścisz ten plugawy padół. Przytrzymajcie go, moje dzieci…

Szlachcic zrozumiał że kościste dłonie nie były częścią majaków. Powoli wracała mu świadomość. Próbował się lekko poruszyć, ale dłonie trzymały go. Teraz widział już, choć nadal niewyraźnie: pochylały się nad nim istoty o chudych kościstych obliczach, bladych i chorowitych. Trzymały go rękami, mocno. Postrzępione szaty dodawały im upiornego wyglądu, na równi z rzadkimi czarnymi włosami, które w nieładzie spływały im na ramiona. To jedną z tych czarnych istot zabił pod kopułą.

– Dwie przyczyny spowodowały, że utrzymałem cię przy życiu – Ma-Kramma przerwał i przyjrzał się twarzy leżącego –  o, przyglądasz się moim podwładnym. Przywołuje to mój smutek. Bo między innymi, przez ciebie, straciłem trzech z nich. Ty zabiłeś jednego, twój krasnoludzki brutal zaszlachtował dwóch kolejnych. A trudno jest, w tak pospolitej okolicy odnaleźć dobrych uczniów. Wielu ich opuściło mnie w nieodległym czasie. Zbyt wielu. Ten obłąkany kapłan-inkwizytor i jego świta, też zabrali mi kilka dzieci. A przecież, to niewinne istoty. Potrafią, zaledwie, kraść witalne siły. Chcą jedynie realnej mocy. I mojej łaski, rzecz jasna. Któryś z nich zostanie kiedyś moim prawdziwym uczniem.

Ostatnie słowa upadły mag wypowiedział z niezwykłą czułością.

– Jest obłąkany – Rag był pewien – Magia Cieni dała mu wielką potęgę, ale odarła go z człowieczeństwa.

– Ale do rzeczy – ton głosu czarnoksiężnika zmienił się – wspominałem o dwóch przyczynach. Nie myśl, że żyjesz tylko dlatego, że jestem okrutnikiem i bawi mnie znęcanie się nad konającymi. Bawi mnie rozmowa z tobą, czy też zaglądanie w twój, jakże szlachetny umysł. Jesteś inteligentny, mądry i dobrze urodzony. Niezbyt często mam taką szansę, na inteligentną konwersację, z wysoko urodzonym. Ostatnio, przed tobą, zamieniłem kilka słów z mości Tyrmandem De Gea. To ten dureń ze Świątyni Trzynastu. Dureń, ale wysublimowany, obyty w świecie, choć przesadnie religijny. I nawet, nieco zabawny. Choć jemu samemu, z całą pewnością, do śmiechu nie było…

Ragnar próbował się poruszyć, ale uścisk wielu żylastych, bladych rąk był silny. Dostrzegł i poczuł, dopiero teraz, że jest nagi. Na jego ciele, czarnym atramentem, lub farbą, wyrysowane zostały tajemnicze znaki.

– Drugi z powodów jest istotniejszy. Powiedziałem ci, na początku naszej konwersacji, iż widzę w nas podobieństwa. Nie kłamałem. Łączy nas pochodzenie, oraz to, że otrzymaliśmy Dar. Dar Starszego Ludu. W naszych żyłach  płynie cząstka, kropelka zapewne, shaeidańskiej krwi. A w naszych wnętrzach tętni Źródło.

 

 

***

 

Nordyjscy kapłani natury, na Południu nazywani druidami, wierzą, że każde gasnące życie zastępowane jest na świecie przez rodzące się. Nauczają, że każdy ból i strata, stają się początkiem nowego życia i nowej nadziei. Ragnar nigdy nie zastanawiał się, jak może wyglądać Ostatnia Chwila. Choć był w młodości pilnym uczniem, a swoją edukację kontynuował później w świątynnej izbie, już u Południowych kapłanów, wierzył w słowa doświadczonych wojowników:

„Mężczyzna rozmyślający za życia o śmierci, jest w istocie martwy”.

A Ragnar chciał żyć. I choć nauki zakonników Bractwa Trzynastu Kamieni[17] wyraźnie opisywały, jak istotna jest służba dla Spętanego o imieniu Cranius[18], i jak ważne są dary mu składane, młodemu szlachcicowi bardziej odpowiadały żołnierskie maksymy, niż kult Pana Dobrej Śmierci.

Kiedy jednak, przyszła doń chwila śmierci, daleko w głębi cezaryjskiego kraju, tysiące mil od śnieżnych, nordyjskich gór, poczuł strach. Nim zdołał zrozumieć jego naturę, oddać mu się lub go pokonać, ogarnęła go ciemność.

Nie dane mu było doznać wizji Tego Co Następuje Po Życiu, nie połączył się również z duchami jego Przodków. Kiedy śmierć zabrała go, wciągnęła w Mrok,  Ragnar ze Svero, ocknął się po raz kolejny.

Każdy szczegół, który zauważał miał teraz ogromne znaczenie, każdy zapach był spotęgowany. Jego skóra na przemian płonęła, to znów zamarzała. Kolory, które dostrzegał raz zdawały się być przytępione, by zaraz potem uderzyć go ze zdwojoną mocą swoim przesytem. Kamienny stół na którym leżał chwilę przedtem, teraz nie istniał. Klęczał na podłodze wyłożonej grubym dywanem. Miał na sobie obcą w dotyku, skórzaną zbroję, podczas gdy pamiętał, moment w którym plugawe istoty Mroku drapały pazurami jego nagie ciało. Moment ten, wydawało by się był nieodległy. Ale w tej chwili, Rag nie był niczego pewien. Żyły w jego ciele tętniły, pompowały krew. Życie pulsowało w nim, a przecież śmierć już zamykała za nim bramy Podziemnego Świata.

Z trudem podniósł się, opierając ramieniem o kamienny filar, zdobiony shaeidańskimi płaskorzeźbami. Tuz przed rycerzem znajdowały się drzwi, lekko uchylone. Z wewnątrz nie dobiegał żaden dźwięk. Czuć było jednak woń kadzideł, woskowych i łojowych świec, oraz słodkawy zapach krwi.

Ragnar zacisnął dłoń na swoim krótkim, szerokim mieczu i wykonał dwa trudne kroki. Zanim wszedł do pomieszczenia rozejrzał się po długim, pustym korytarzu. Było ciemno, jedynym źródłem światła były dwie dopalające się pochodnie, kilkanaście metrów w głębi, oraz poświata bijąca od rozwartych drzwi. Gdy mijał portal, dobiegły go odległe odgłosy. Bulgoczące głosy, szczęk broni i dudnienie bębnów. Orczych tarabanów. Coś kazało mu zawrócić. Jakaś myśl próbowała nakazać mu by nie wykonywał kolejnych kroków. Ale Rag szedł. W komnacie było jasno, a źródłem światła nie były świece, ogarki lub pochodnie. Te właśnie ktoś zgasił, jakby potężny podmuch rozrzucił je po sali. Dym bijący od nich wypełniał pracownię. Pełna była ksiąg, książek, fiolek, kufrów i regałów. Kilka stołów, kamienne ławy i półki zapełniały najróżniejsze komponenty, okazy flory i fauny, i spora ilość rzeczy, których natury szlachcic nawet nie śmiał się domyślać. Ściany obwieszone zostały arrasami i barwnymi draperiami.

Pośrodku sali, nad wykręconym w nienaturalny sposób ciałem, odzianym w czarne szaty, stał chłopiec. Po kilku chwilach, rycerz przypomniał sobie jego imię.

– Gaspar – Ragnar wzdrygnął się na dźwięk swojego głosu – żyjesz, chwała niech będzie…

– Nie tym, których masz na myśli – dokończył młodzieniec – choć sam w to uwierzyć nie mogę, mości Panie. Żyw jestem.

Nord zamrugał, wierzchem dłoni odgarnął włosy z czoła. W dłoni Gaspara jaśniał kryształ, emitując Prawdziwe Światło.

– Co tu się stało – wypowiedział te słowa wolno, próbując zebrać myśli – amulet, skąd?…

– Nie wiem, Panie, czy sam jestem w stanie sobie wyjaśnić, co tak właściwie uczyniłem. I czy możliwe jest że zrobiłem to sam.

– Ten człowiek, Ma – Kramma – rycerz wskazał na ciało w czerni – zabiłeś go?

– Myślę, że zabił się sam próbując rzucić zaklęcie, to Światło go pokonało. Jego krew… Jego żyły, jakby nie wytrzymały.

Istotnie, środek posadzki pokrywała kałuża posoki, a ciało czarnoksiężnika było zmasakrowane, co w pierwszej chwili trudno było dostrzec, poprzez ciemną barwę szat. W Sali widać było także kilka powykręcanych ciał.

– Jego uczniowie…

Na korytarzu zadudniły kroki. Gaspar znieruchomiał, wyciągając przed siebie trzymany w dłoni artefakt. Ragnar uniósł miecz.

Ciężkie, okute drzwi skrzypnęły.

– No coście tak skamienieli? – niska, przysadzista postać uśmiechnęła się w głębi bujnej brody, prezentując złote i srebrne zębiska. Krew, pył  i posoka, zapewne orczego pochodzenia, pokrywały każdy fragment ciała Ziggo Bragga – Ja się wyśmienicie czuję, ale patrzycie na mnie, jakbyście, co najmniej ducha zobaczyli.

 

 

***

 

– Bajki mówisz, gówniarzu, ot wszystko – Krasnolud splunął jednocześnie słuchając i poruszając się szybko po komnacie. Zaglądał do kufrów i za zasłony, wiszące na ścianach i na drewnianych konstrukcjach. Podobnie postępowała reszta kompanii. Poza Ragnarem i Gasparem, którzy nadal stali nad ciałem martwego czarodzieja.

– Nie chciałem wam mówić, i tak byście nie uwierzyli – młodzieniec rozglądał się bezradnie – ale pan Bragg wyraźnie mnie obraża. No to mówię.

– Acz, jak sam przyznałeś, nie masz pojęcia jak dokonałeś tego, jak ty to nazwałeś? – Koryntiasz zwany Szramą przeglądał księgi, zaglądając do regałów – Zmiany Czasu?

– Śmiejesz się – Paulus stał w okolicy drzwi, przyglądając się dwóm szklanym kulom.

– Gdzieżbym śmiał…

– Łże, młokos. Schował się, po tym jak ukradł rycerzowi magiczne świecidełko, a ten mu tak mocno ufał – Ziggo rzucił złośliwe spojrzenie w kierunku Ragnara – potem się zorientował, że światło owe jest niezbędne w naszym planie, ale już było za późno żeby wrócić.

– I zupełnie przypadkowo, uratował nas przed czarownikiem – Paulus wymruczał te słowa, pakując obydwie kule do skórzanej sakwy.

– Czy to było to o czym ja myślę? – głos Szramy dobiegał zza rogu, słychać było także charakterystyczny brzęk –   To była ironia? Zaczynasz się rozkręcać, mości magu. Następne muszą być już żarty, anegdoty i złośliwości… Znalazłem złoto!

Rycerz schylił się i przyjrzał dłoniom Ma-Krammy. Słowa wypowiedział wolno:

– Przedostał się do komnaty czarnoksiężnika z łatwością. Ominął strażników. Wiedział jak użyć Prawdziwego Światła. Za dużo tego, jak na przypadek…

Truposz ściskał w jednej z dłoni rękojeść kościanej laski, jakby ostatnim gestem, tuz przed śmiercią chciał  jej użyć, a uderzenie serca później próbował ukryć ją w obszernym rękawie. Ragnar nie dostrzegł laski wcześniej. Ostrożnie rozgiął zaciśnięte palce i delikatnie uniósł przedmiot.

– Wiedziałem, bo zajrzałem obok, zapytałem… Nie potrafię tego opisać… Inny Ja, ten z drugiej strony podpowiedział mi jakiego słowa użyć. Jak skupić się… A amulet zabrałem, mości panie, żebyś go za wcześnie nie użył, jak za tym razem…

Gaspar zamilkł.

– Za którym straciłem nogę, a później także rękę – Ragnar spojrzał na chłopca uważnie – widziałeś także moją śmierć?

Krasnolud zatrzymał się. Szrama wychylił głowę zza kotary. Paulus nasłuchiwał z uwagą.

– I śmierć pana Koryntiasza i mości Krasnoluda też.

Bragg sapnął.

– Gaspar nie kłamie, drodzy kompani. Nie mam pojęcia jak się to stało, jak to działa i komu mamy poza młodzieńcem podziękować za uratowanie skóry, ale sobie wybierzcie. Pomódlcie się, albo nie. Faktem jest, że pamiętam rzeczy, które według waszych słów nie miały miejsca. Przynajmniej w tym świecie. I w tym czasie – Szlachcic mówił wolno, parząc na towarzyszy – Nie pamiętam, za to jakim sposobem znaleźliśmy się w tym miejscu, jaki plan udało nam się wcielić w życie, choć wspominaliście, że to ja wam przewodziłem. To wszystko, jednak, w tej chwili ma mniejsze znaczenie. Orkowie, na jakiś czas dali nam spokój, a my mamy to po co nas wysłano.

Szrama podszedł do Ragnara i wskazał na trzymany przez niego przedmiot. Rycerz zamyślił się i nie zwracał uwagi na kościaną laskę.

– W istocie, Panie Ragnarze, mamy to.

Krasnolud łypnął okiem. Paulus zbliżył się powoli. Gaspar zamyślił się i szepnął:

– Nim skonał, krzyczał coś o artefakcie, wskazywał na mnie, ale nic się nie wydarzyło.

– Bo oszukałeś i jego i ów przedmiot, z całą pewnością potężny – szlachcic  przyjrzał się trzymanej lasce – był dzięki niemu, jak sądził władcą czasu, mógł zaglądnąć w przyszłość. Czuł się bezpieczny. Tyle, że nie wiedział, że można tę przyszłość zmienić.

– Nie wspominałem o tym wcześniej, jako że okazji nie było – Koryntiasz Szrama oblizał wargi – wiadomym jest, że za pokonanie czarownika i zapewnienie spokoju płaci cesarstwo. Także kupcy dorzucą swoje. Za spokojne szlaki. Poprzez Jeremiasza Galbo, którego mieliście sposobność spotkać, wiem także, że są ludzie gotowi fortunę zapłacić za tą kościaną laskę.

 

 

***

 

– Że niby nie ma jednego świata tylko jest ich kilka? – Krasnolud nie dawał za wygraną – i ty, taki niedorostek, akurat ty, potrafisz tak przejść, od jednego do drugiego?

– Jak dla mnie, Panie, to są ich setki, albo i więcej i to wcale nie jest przyjemne – młodzieniec drżał pod grubym kocem, próbując schować się przed deszczem.

Nad wyspę czarnoksiężnika nadciągnęła potężna nawałnica. Plany drużyny poważnie się skomplikowały. I bez deszczu mokradła były zdradliwe. Teraz rejs w kierunku Ringen byłby szaleństwem. Rycerz rozpiął swój płaszcz w korzeniach potężnego drzewa, na wzniesieniu. Tam schronienie znalazł on, Gaspar i Krasnolud. W konarach, powyżej przycupnął Szrama, z łukiem gotowym do strzału, chociaż zapewne niewiele widział w ulewnym deszczu. Paulus uparł się i rozpoczął obchód dookoła wzgórza. Chciał być pewien, że jego ziemne pułapki będą niezawodne. Wszyscy mieli nadzieje, że strach, na wieść o klęsce czarownika i deszcz skutecznie zatrzymają orczych wojowników. Z każdą chwilą, przebywanie na wyspie stawało się coraz groźniejsze, Kompani nie mieli jednak wyboru.

– Zgadzało by się to co mówisz, jeno trudno w coś takiego uwierzyć – Bragg kręcił głową – Rycerz wszystko przewidział… I czarnych chudzielców, i to że Orkowie znajdą luki w barierze naszego łysola, wiedział też o tych najmitach z Południa… Tyle, że teraz twierdzi, że niczego z tych chwil nie pamięta…

– Kiedy dokonywałem Zmiany, przynajmniej ja tak to sobie tłumaczę, mogłem przekazać Panu Ragnarowi te wszystkie informacje. Przeżyłem to raz, lub co najmniej raz. W jednej chwili byłem Tutaj, Tam, a na dodatek, jakby w różnych momentach czasu…

– Pokręcone to strasznie. Dobrze, żem niewierzący – Krasnolud uśmiechnął się – jakby mi się jeszcze Spętani, czy inne bóstwa wmieszali w mój spokojny i  prosty żywot, żeby mi tłumaczyć wszelakie cuda i czary, chyba bym rozum postradał. Ważne, że żywi z tego wyszliśmy. I nie chcę już więcej o tym myśleć. Jedno mi tylko w głowie kołacze…

– Mówcież…

– Jak tam „zmieniałeś” to co trzeba było zmienić, to dużo się „pozmieniało”? – karzeł mówił wolno, ostrożnie cedząc słowa.

– Nie spodoba wam się, panie Bragg to co powiem.

Krasnolud milczał, spochmurniał  i patrzył uważnie.

– Słaby jestem i początkujący, jak idzie o Magowskie rzemiosło. A ta Sztuka Czasu, to w ogóle rzecz o jakiej się mało słyszy, nie uczą jej, bo nikt nie potrafi jej natury zrozumieć. Podobno, jeślibym zmienił zbyt dużo, czekała by mnie śmierć. Magia, „pilnuje” by świat zachowywał równowagę. Tacy jak ja, a jest nas pewnikiem bardzo niewielu, psujemy ten ład.

– Więc musimy mieć nadzieję, że „napsułeś” niewiele – Bragg mruknął, ale po chwili klepnął młodzieńca w ramię, mrugnął okiem i rozpromienił się – niewiele, ale wystarczająco, by nam „przywrócić” życia. I tego się trzymajmy.

Nad mokradłami przetoczył się potężny grzmot, ale deszcz jakby zelżał. Do ukrytych pod rycerskim płaszczem ludzi podbiegł, rozchlapując błoto Ragnar ze Svero.

– Paulus mówi, że zbliżają się Orkowie. Kilku zaledwie, ale boję się , że mogą chcieć nas zmylić – Nord mówił głośno, przekrzykując ulewę – Potrzebuje cię po południowej stronie wzniesienia, mości Krasnoludzie.

Bragg dźwignął się i szybko przygotował ekwipunek. Szlachcic zwrócił się do młodego maga:

– Siedź tutaj i nie próbuj się oddalać. Wrócę po ciebie. Będę krążył w pobliżu…

Odwrócił się bokiem, zadarł głowę do góry i krzyknął:

– Szrama, zejdź niżej!

Przez ramię spojrzał na chłopca:

– Uratowałeś nas, lub byłeś narzędziem w planie Spętanych, który miał nas ocalić. Tak czy inaczej, na jeden dzień mogło to być całym dobrem, mającym nas spotkać. Pilnuj się. Nie kuś losu.

Mówiąc to, Rag uśmiechnął się i zaczął wspinać po korzeniach, idąc na spotkanie Koryntiasza. Tymczasem, Krasnolud pomknął niezdarnie na druga stronę wzgórza, dzwoniąc metalowymi łuskami przypiętymi do skórzanej zbroi.

Chwilę później, do uszu Gaspara dobiegła głośna rozmowa. Powyżej, kilka metrów nad ziemią rycerz i zwiadowca wymieniali informacje.

Spomiędzy szelestu deszczu i szumu wiatru młodzieniec wyłowił zaledwie kilka słów:

„Miej bystre oko…”, „Nie widzę dokładnie…”, „Paulus spróbuje…”, „Pilnuj chłopca…”  i coś o „strzałach”.

Tak, zdecydowanie. To było: „- Dużo ich … oszczędzaj strzały”.

 

***

 

Trzy kreatury podeszły bliżej. Ragnar śledził wzrokiem najwyższego z Orków, szerokiego w klatce piersiowej, z ogromnymi, nienaturalnie wydłużonymi ramionami, które przy niezgrabnym marszu w górę wzgórza obijały się o jego wygięte nogi. Tak jak jego pomocnicy, nosił zniszczoną, skórzaną zbroję, z dosztukowanymi elementami z metalu. W dłoni trzymał krótką, szeroką szablę, na plecach przytroczył potężny pałasz. Niekwestionowany herszt. Lub prawa ręka wodza, jego emisariusz. Kiedy się odezwał, mężczyźni usłyszeli niski, basowy bulgot, z którego zdołali wyłowić kilkanaście słów w „łamanym” języku wspólnym[19].

Konwersacja trwała jakiś czas. Obydwie strony uważnie przyglądały się sobie. Orkowie byli uzbrojeni i czujni. Za plecami rycerza czaił się Paulus, gotowy w każdej chwili zaatakować przeciwników.

Orkowie rozumieli sytuację. Ich szamani pojęli „co się stało”. Niepewność  dalszego losu, w wyniku śmierci ich Pana napełniała te stwory Mroku przerażeniem. W krótkim czasie z bandy łupieżców, wspieranej potężną magią, stali się komandem o nieokreślonym celu. Chcieli odejść. Ale stawiali warunek.

– Nie oddawaj im żadnego przedmiotu – Paulus bacznie obserwował przemawiającego Orka – niech cieszą się, że pozwolimy przeżyć pewnej części ich grupy. Nie wiemy, czy poza kontrolą nad nimi, ten amulet nie posiada innej mocy.

– Myślisz, że ich szamani mogą użyć go przeciwko nam? – Szlachcic pokiwał ze zrozumieniem głową, nie spuszczając z przeciwników wzroku.

– Sztuka szamańska jest bliska Czarnej Magii. Jest to możliwe.

Ragnar wciągnął powietrze i krzyknął donośnie, bo deszcz padał potężnie, wypełniając okolicę szumem.

– Idźcie precz! Nie musi ginąć, już więcej żaden z Was. Magia czarownika została zniszczona w całości. Nie ma amuletu. Jesteście wolni!

Wysoki Ork słuchał i długo stał w milczeniu, pomrukując w głębi pogiętego, pół zamkniętego hełmu, z szerokim rondem. Ryknął do towarzyszy a potem wyrzucił w kierunku ludzi kilka słów w plugawej Czarnej Mowie. Może była to zgoda na ich warunki, może też przekleństwa, mające ich przerazić. Tak, czy inaczej, zdawać się mogło, że Orkowie dali się przekonać.

Paulus poruszył się niespokojnie i krzyknął do rycerza. Gdy ich spojrzenia spotkały się, mag wskazał wzrokiem na swoją rękę. Na przemoczonym ubraniu, wraz z kroplami deszczu pojawił się zielonkawy nalot. Skórzany kaftan Ragnara, także pokrył się osadem.

– Zakryj nos!

Paulus Brega schylił się z zadziwiającą, jak na jego masę i gabaryty zręcznością. Nim dotknął dłońmi ziemi, by wzmocnić zaklęcie, tupnął nogą. Ork stojący po prawej stronie warknął, kiedy otwarła się pod nim ziemia. Rycerz zasłonił twarz przedramieniem i skoczył w kierunku wrogów, z wyciągniętą klingą. Ten stojący po lewej zdołał wykonać ledwie jeden krok, poślizgnął się i w następnej sekundzie zniknął, pochłonięty przez ziemno-błotną maź. Potężny przywódca nie oglądał się na boki. W dłoniach trzymał  już ogromny pałasz  i z przerażającym rykiem natarł na Ragnara. Ziemia zadrżała ponownie, nim doszło do zetknięcia się broni. Orkiem szarpnęło. Jego pogięte nogi uwięzły w ziemi. Mimo tego zdołał wyprowadzić szeroki, zamaszysty cios. Szlachcic uniknął go bez trudu i ciął z ukosa, kończąc uderzenie dwoma rękami. Czerep, zakuty w żelazo potoczył  się po błotnistym zboczu i zniknął w jego dolnej części.

Uderzenie serca później mężczyźni pędzili w kierunku drzewa, na którym siedział Koryntiasz.

 

***

 

Szrama zawsze liczył strzały. Zawsze. Dzięki temu, w tym momencie wiedział już, że „nie jest dobrze”. Deszcz skutecznie maskował Orków nadciągających w grupach, po dwóch lub po trzech. Shaeidański dar niezwykłego wzroku powodował  jednak, że każdy stwór Mroku widoczny był dla strzelca doskonale. Biegli w górę wzniesienia, szybko, a ciepło ich ciał zdradzało ich położenie. Padali, ale wciąż nadciągali kolejni. To musiało być „cholernie duże komando”.

Na południowym zboczu, tam gdzie Koryntiasz nie mógł sięgnąć wrogów tak dokładnie, jakby sobie tego życzył, „tańczył” Krasnolud.

Bragg dał im się „otoczyć”. Weszli między trzy obumarłe pnie drzew. Trzy grupki.  Jakiś tuzin. Może mniej. Najpierw, z morderczym furkotem, dwa toporki dosięgły celów. Kiedy Orkowie zorientowali się, że jest pośród nich, miał już przewagę. Dwóch mniejszych przewrócił, wpadając  na nich. Wysokiego, prawie dwumetrowego ciął po nogach. I już był przy następnej zasłonie. Cztery kroki dalej dopadł do pierwszej ze swoich „ofiar”, w biegu wyrywając z orczej głowy krótki, lekki toporek.

Rzucili się na niego ze wszystkich stron. Jeden niezdarnie poślizgnął się. Dwóch z prawej skoczyło z wyciągniętymi, poszarpanymi szablami. Kolejny, wysoki przeskoczył nad powalonym pniem i odciął mu drogę z lewej.

Krasnolud sapnął  i cisnął toporkiem, skręcając swoje ciało. Siła rzutu musiała być potężna. Ogromny Ork dostał w okolice szyi. Broń wbiła się w ciało, całym żelazem, a czarna jucha chlusnęła na błotnistą glebę.

Karzeł chwycił oburęczny topór, w momencie gdy uderzyły jednocześnie dwie szable. Niski wzrost uratował go przed pierwszym ciosem, metal zazgrzytał o szczyt szyszaka, krzesząc snop iskier. Unikając drugiego, wykręcił się nienaturalnie, uciekając w bok. Ork wyprowadził silny cios, szeroko i od dołu. Zardzewiała klinga minęła kości policzka, w powietrze pofrunęły strzępy mokrych włosów. Dumnie noszona, krasnoludzka broda, pełna warkoczy, kolorowych ozdób i obrączek została zniszczona.

Ziggo Bragg zawył w furii. Przeciwnika stojącego za plecami, trafił w brzuch, styliskiem topora i rzucił się do przodu, wpadając między wrogów, zaskoczonych jak się zdawało, jego mobilnością. Tego po prawej przewrócił barkiem, ciosu wyprowadzonego przez lewego uniknął, przetaczając się po ziemi.  I uderzył zamaszyście będąc w przysiadzie. Jeden z Orków stracił ramię, drugi otrzymał paskudną ranę brzucha. Krasnolud był już kilka kroków dalej. Samotnie spotkany wróg nie stanowił problemu. Dał mu przeżyć na tyle długo, na ile potrzebował czasu by pooddychać w spokoju, odzyskując siły. Potem z rykiem rzucił się na niego, kątem oka dostrzegając dwóch następnych. Trafienie w okolice żeber było celne. Ork przewrócił się jak szmaciana kukła.

Bragg powoli podszedł do rannego. Wycelował w odrażającą twarz i dobił konającego ciosem podkutego buta. Zrobił to wolno, bo dwaj ocaleli z walki, zamiast atakować,  ruszyli w dół, wycofując się. Rozejrzał się i odszukał swoje toporki.

– Jeszcze nie pora, byśmy się rozstawali – z lubością pogłaskał ich drewniane, zdobione runicznymi napisami trzonki. Przesunął się na jedną z wybranych wcześniej „pozycji do zasadzki” – Jeszcze mi się przydacie… Za kilka chwil przyjdą następni.

W momencie, w którym ich usłyszał, poczuł w ustach dziwny posmak. Do jego nozdrzy dotarł swąd. Powietrze wypełniały zielonkawe opary.

– Niech szlag trafi te orcze pomioty i ich szamańskie zaklęcia.

Krasnolud zaklął, splunął zieloną śliną i pomknął w kierunku centralnego punktu wzgórza.

 

 ***

 

 

W górze, Koryntiasz Szrama przeklinał Orków i wypuszczał z furkotem kolejne strzały. Przez szum deszczu przedostawały się pojedyncze, głośne ryki. Ziemia na wzgórzu drżała od zaklęć Władcy Ziemi. Daleko, w dole słychać było orcze tarabany. Żaden z Orków nie dotarł na szczyt wzniesienia. Jednakże, powietrze zaczęło przybierać dziwną, zielonkawą barwę. Nisko przy ziemi pełzały opary nienaturalnie wyglądającej mgły.

Gaspar przyglądał się temu z niepokojem. Szrama nadal prowadził ostrzał. Teraz w ciszy.

Wtem, z oparów wyłonił się odziany na czarno mężczyzna. Twarz miał obwiązaną jakąś tkaniną. Po mieczu przy pasie, czarnym płaszczu i wysokich, podkutych butach młody mag, z ulgą rozpoznał Ragnara. Podniósł się z ziemi i wybiegł mu naprzeciw. Kilka uderzeń serca później znieruchomiał.

Zielonkawy już teraz deszcz spływał strumieniami na ziemię, skapując po ciężkim, podróżnym okryciu. To nie był rycerski płaszcz. Chłopak obejrzał się za siebie. Odzienie rycerza tkwiło między korzeniami potężnego drzewa. Poczuł strach.

Nieznajomy wyciągnął w jego kierunku lewą dłoń, prawą cofnął. Gdy Gaspar obracał się na pięcie, próbując jak najgłośniej krzyknąć, usłyszał dziwny, niepokojący odgłos. Grzechotanie i świst. Do prawego nadgarstka mężczyzny przymocowana była obręcz, połączona długim, cienkim łańcuchem z małą metalową kulką. Kulka owa, owinięta na tą sposobność skórzanym kapturkiem trafiła chłopaka w pierś.

Po tym jak przewrócił się, próbując łapać oddech, napastnik dopadł do niego, wylewając mu na twarz dziwną substancję. Świat wyzbył się  kolorów, a tuz po nich ostrości. Gaspar stracił kontrolę nad odrętwiałym ciałem i wkrótce ogarnęła go ciemność.

W oddali słyszał głosy swoich towarzyszy. Przekleństwa Krasnoluda, niski głos Paulusa, krzyki Koryntiasza i nerwowe nawoływania Ragnara ze Svero. Choć właściwie nie był całkowicie pewien, czy słyszy je, czy może już śni.

 

***

 

Chusty zarzucone na twarz nie dawały wystarczającej ochrony. Krasnolud, silny jak tur jeszcze nie odczuwał skutków trujących obłoków. Inaczej Koryntiasz, którego paliła skóra. Gardło płonęło mu żywym ogniem, a oczy łzawiły. Co gorsza, jego shaeidański wzrok odmawiał posłuszeństwa. Pościg prowadzili więc, niejako na ślepo. Reszta ludzi też nie czuła się najlepiej. Paulus poruszał się wolno, i szybko został w tyle. Ragnar krwawił z nosa i częściowo z ust, ale parł do przodu, w ślad za Ziggo Braggiem.

Mężczyzna odziany w czerń był nadludzko silny, choć zapewne niesiony przez niego młody mag nie ważył zbyt wiele. Jednakże, szybkość z jaką poruszał się uciekający, była imponująca.

Kiedy wydawało się, że już na dobre zniknął w zielonkawych kłębach dymu, rycerz i krasnoludzki najemnik dostrzegli go. Zwolnił, a nawet na moment zatrzymał się, z prawą ręką, wyciągniętą do przodu. Bezwładne ciało Gaspara zwisało na jego lewym ramieniu. Ścigający usłyszeli sekwencje słów, wypowiadanych w języku magii.

Przed odzianym w czerń otworzył się zielono-błękitny portal. Magia, która od niego emanowała wywołała podmuch wiatru. Kłębiące się w tym miejscu opary zawirowały dookoła magicznych „drzwi”.

W momencie, w którym nieznajomy, na moment odwrócił twarz w kierunku ścigających go, z lewej strony dał się słyszeć tupot podkutych butów. Obok portalu pojawiło się czterech Orków. Przez krótką chwilę, zaskoczone monstra spoglądały, to na mężczyznę w czerni, to na podążających za nim.

Krasnolud nie czekał, nawet przez moment. Z furią natarł na pierwszego, przewracając go na ziemię. Drugiego ciął na odlew. Odrąbał mu nogi, i skoczył dalej. Przewrócony Ork potoczył się w dół zbocza. Dwaj następni przygotowali się na odparcie ataku.

Nim zdążył do nich dopaść karzeł, każdy został trafiony strzałą, w okolice szyi i w głowę.

Rycerz wyminął ich z prawej i skoczył w kierunku portalu, który emanował już taką energią, że trująca mgła został całkowicie odepchnięta. W promieniu kilku metrów powietrze było przejrzyste, a krople deszczu rozpraszały się w delikatną mgiełkę.

Porywacz doskonale rozumiał sytuację i nie czekał dłużej. Rzucił ciało chłopaka przed siebie. Niezwykła, emanująca raz błękitnym, a raz zielonym kolorem powierzchnia pochłonęła je. Nieznajomy skoczył, unikając szerokiego ciosu nordyjskiej klingi.

Kiedy portal zamykał się za odzianym w czerń, doszło do eksplozji. Całą okolice zalała fala światła i potężnej energii. Przerażający krzyk bólu, dobiegający z wnętrza ucichł nagle,  wraz ze zniknięciem magicznego przejścia. Ciałem rycerza rzuciło dobre kilka metrów. Krasnolud zwinął się na ziemi, z trudem utrzymując w dłoniach oręż. Koryntiaszem, właśnie wybiegającym z mgły szarpnęło. Z oddali dobiegła seria przekleństw, wykrzyczana niskim głosem, z wyraźnym nordmaarskim akcentem.

Przez dłuższą chwilę każdy z mężczyzn był oślepiony. Gdy wrócił do nich wzrok, okazało się że magiczne wyładowanie rozwiało mgłę, daleko poza wzniesienie. Wydawało się to niemożliwe, ale z nieba, w tej właśnie chwili nie spadała ani jedna kropla deszczu. W zasięgu wzroku, członkowie drużyny dostrzegli kilkudziesięciu Orków, ogłuszonych i przecierających oczy.

Portal zniknął, a miejsce gdzie się znajdował było suche i wypalone, jakimś rodzajem magii. Dostrzegli też sporo krwi, zniszczoną sakwę, resztki czarnych szat i coś jeszcze. Okrwawione ramię, owinięte skórzanym rękawem.

Tak niespodziewanie jak zniknął, deszcz pojawił się z powrotem. Lunęło ze zdwojoną siłą. To otrzeźwiło także Orków. Nie mieli jednak ochoty na kontynuowanie szturmu, większość, z przerażeniem rzuciła się do ucieczki. Kilku, odważnych lub przesadnie głupich patrzyło jeszcze kilka chwil w kierunku drużyny. Potem oddalili się, śledzeni uważnie przez wzrok Krasnoluda. Deszcz zmywał już całkowicie trujący osad, pozostawiony na odzieniach, przez mgłę.

Ragnar pochylił się i przeszukał szaty. Koryntiasz delikatnie dotknął i przesunął butem to co zostało z oderwanej kończyny. Szlachcic zajrzał do podróżnej torby, powolutku wyjmując znajdujące się w środku zawiniątko.

– Amator – mruknął podchodzący do nich Paulus Brega, przyglądając się trzymanemu przez rycerza przedmiotowi – na pierwszy rzut oka widać, że to artefakt. A nosząc przy sobie takie rzeczy, nie zawsze, a nawet rzekłbym rzadko kiedy można korzystać z magicznych przejść.

– Miał kurwi syn szczęście, to tylko ramię – Koryntiasz zwany Szramą wykrzywił usta w grymasie przypominającym uśmiech i zakasłał potężnie. Po czym splunął.

Ragnar ze Svero trzymał w dłoni niepozorną lunetę, ozdobioną pismem Shaeidów. Runy właśnie bledły, wcześniej rozpalone do czerwoności. Rycerz czuł silną magię bijącą od przedmiotu.

– Szczęście to miał nasz gówniarz, i to całkiem spore – Ziggo Bragg uśmiechnął się – że go, zamiast na ramieniu nieść, Czarny przodem popchnął.

Szrama pokiwał głową z aprobatą.

– Tylko zastanawia mnie jedno – kontynuując, Krasnolud rozejrzał się – gdzie teraz naszego Szczęściarza szukać?

 

 

  ***

 

Epilog

 

Głos nasilał się. Od ledwie słyszalnego szeptu, po zrozumiałe słowa.

– Wróć Fabiusie, wracaj. Zbudź się…

Głos należał do wysokiego, szczupłego mężczyzny, o łysej głowie, pokrytej tatuażami. Wypowiadał słowa wolno, delikatnie, z wyraźnym, południowym akcentem.

Mężczyzna nazwany Fabiusem powoli zsunął się z wyłożonego skórami łoża. Głowę wypełniał mu ból. Poza nim, panowała całkowita pustka.

Wiele chwil później, gdy doszedł do siebie, rozejrzał się po bogato urządzonej komnacie. Zaczął przypominać sobie gdzie się znajduje. Zdał sobie sprawę, kim jest. Zmrużył oczy. Wszystko wracało. Siedział na łożu, wsparty na licznych, puchowych poduszkach. Zwrócił twarz w kierunku chudzielca. Ten, ruchem ręki odprawił służbę, nalał wina do dwóch czarek i usiadł obok.

– Witaj, wielmożny Tuffnerze, o niech złota nigdy nie zabraknie w twych skarbcach – mówiąc to podał trunek – czy pamiętasz co się stało?

Fabius Tuffner, jeden z dziedziców potężnej kupieckiej rodziny, nadal wydawał się rozkojarzony.

– Co mi podałeś  Ismaelu? – wymownym gestem wylał napój na posadzkę – i w jakim celu mnie uśpiłeś?

– Zwą go Kanniru Sulza,  Łzami Królowej – zapytany, uśmiechnął się spoglądając na rozlane wino – to bardzo drogi specyfik.

Fabiusa zmroziło. Znał tą nazwę. Na szczęście, uczył się lata temu, jak nie pozwolić uczuciom ukazywać się na twarzy. A czuł przerażenie, zmieszane z niedowierzaniem.

– To starannie przygotowana, antyczna trucizna – szczupły mężczyzna, nazwany Ismaelem mówił spokojnie – nie ma znanych przypadków, by ktoś przeżył jej podanie…

Teraz Tuffner mógł wykazać się swoimi zdolnościami aktorskimi. Zbladł, a jego ciało przeszedł dreszcz. Oddychał ciężko. „Teatr” nie był trudny do odegrania. Był prawdziwie przejęty.

– Cóż mówisz do mnie, przeklęty magu – wychrypiał, wstając zatoczył się i pociągnął ręką barwny obrus. Przedmioty leżące na stoliku potoczyły się po misternie zdobionych, podłogowych kaflach.

Ismael pomógł mu wstać i poczekał aż się uspokoi. Wtedy przemówił:

– Posłuchaj mnie uważnie, o Złotorządco. Nie przerywaj mi, nawet gdyby słowa moje wydawały się niemożliwością. Nie mając mojej wiedzy, zadziwionym być możesz, ale pozwól abym rozjaśnił ci umysł, tak i odegnał twoje wątpliwości. Czy uczynisz to możliwym?

Tuffner oparł się o łoże i kiwnął głową.

– Mówiłem ci o niezwykłym darze, który mam dla ciebie. Dar ów cenny jest niezwykle, zwłaszcza dla człowieka który trudni się piękną sztuka pomnażania złota i kosztowności. Pragnę ofiarować ci niezwykłą moc, w zamian za drobny udział w owym pomnażaniu. Czasy niespokojne, i na czarnoksiężników lud, jako i możni patrzą nadal podejrzliwie. Mnie pozostanie w cieniu nie przeszkadza, ale do prowadzenie moich badań fortuna jest niezbędna. Dobrym się stanie, gdy ktoś, jak ty i twoja rodzina, moje interesy prowadzić będzie.

Czarodziej wstał i zaklaskał w dłonie. Zza kotar, zwiewnie opadających na wszystkie ściany komnaty, wyłoniła się młoda kobieta. Ubrana była w miękką, białą, powłóczystą szatę, spod której gdy się poruszała, dostrzec można było zmysłowe kształty, pięknych ud i pełnych piersi.

– Znasz to dziecię, o czcigodny – Ismael zwrócił się do Fabiusa – służyła w twej alkowie, od momentu gdy zamieszkałeś w mojej rezydencji, dzieląc z Tobą łoże… i nie tylko łoże…

Kupiec zmarszczył brwi. Bezimienna półkrwi Sudyjka była oczywistym „darem” od czarownika. Zabawna, obdarzona czarującym głosem, elokwentna i bardzo zmysłowa. Szpiegowała dla swojego pana, to nie ulegało wątpliwości…

– Ta niewolnica posiada specyficzne umiejętności. Jest naturalnie, od urodzenia obdarzona Mocą. Jak większość Sudów, wywodzi się ona od Shaeidów. Nie potrafi kreować zaklęć, tworzyć czarów, ale magia wypełnia jej ciało i umysł. I ta magia pozwala jej dokonywać rzeczy pozornie niemożliwych. Pozornie, gdyż przez wieki, kapłani i magowie, przerażeni ową Mocą, zdołali wmówić wszystkim, że Moc ta nie istnieje. Ta młoda kobieta włada Czasem.

Wiele trudu kosztowało mnie przygotowanie sposobności, abyś mi uwierzył. Dlatego zdecydowałem się, przygotowując starannie i odpowiednio długo okoliczności, na wykonanie pewnego planu. Twoi elitarni ochroniarze zginęli szybko. Twój doradca, dbający o twoje bezpieczeństwo, podzielił ich los. A ja sam, podałem ci truciznę.

Tuffner nie odpowiadał, wpatrując się uważnie w przemawiającego.

– Umarłeś, o panie. Naprawdę – czarnoksiężnik westchnął i wskazał na niewolnicę –  Lecz gdy odchodziłeś, a dobra śmierć zabierała cię,  ona zaingerowała. Wplotła nową nić, odnalezioną w bezmiarze Czasu w twój wydawało by się już „przegrany” Los. I naprawiła to, co spowodowały Łzy Królowej. Żyjesz. Istniejesz, o czcigodny. Tak, po prawdzie to nigdy nie podałem ci trucizny.

– Jak mam to pojąć? –   Teraz umysł Fabiusa był już zupełnie przejrzysty. Pamiętał moment, w którym zorientował się, że trucizna działa. Pamiętał słowa…

– Konając powiedziałeś: „ To niemożliwe, nie masz celu by mnie zabijać…”

– Tak powiedziałem. Pamiętam je. Ale teraz mówisz mi, że to się nie wydarzyło…

Czarodziej zmarszczył brwi.

– To fenomen, którego natury jeszcze nie zgłębiłem. Dzieje się tak, że po jakiejkolwiek zmianie wprowadzonej przez Prawdziwie Widzącego, jak nazywam moich podopiecznych, osoba mająca silną więź z owym, ma świadomość Zmiany. Pamięta poprzednią rzeczywistość. Poprzednią Nić Czasu.

Kupiec skrzętnie zanotował w pamięci wzmiankę o istnieniu „podopiecznych” a nie „podopiecznej”.

– Ty też pamiętasz…

– Zaiste. Ja zainicjowałem cały proces. Widzący są tylko narzędziami. Potrzebny jest mag aby ukierunkować zmianę.

– Dałeś mi z nią obcować aby mnie oczarowała. Nawiązała „więź”.

– Cieszę się, że pojmujesz to, panie. Mam także, nadzieję że przekonałem cię, zaintrygowałem.

– W pełni – Fabius sam nalał sobie wina i uśmiechnął się pod nosem – dziwny to, daleki od znanych mi sposób zawierania kupieckiej umowy, ale jakże skuteczny.

Mężczyźni roześmiali się, uraczyli winem i podali sobie dłonie. Kupiec spojrzał na stojącą obok dziewczynę.

– Jak rozumiem, nie ma sposobu abyś podarował mi tę kobietę? – rzucił delikatnie się uśmiechając, a gdy czarodziej odpowiedział mu wymownym uśmiechem, dodał – dostaniesz tyle złota i listów kredytowych ile zapragniesz, to będzie wspaniała współpraca. Mam tylko jedną prośbę.

Ismael zagryzł soczysty owoc i spojrzał pytająco.

– Teraz kiedy mnie już przekonałeś, jaka potęgą władasz, nie musisz mnie, ani nikogo z mojej rodziny, w ten jakże dobitny sposób przekonywać ponownie.

Salę wypełnił serdeczny śmiech obydwóch mężczyzn.

 

***

 

Dziesięć dni później, w małym portowym miasteczku, nie opodal Pergatum, mężczyzna nazywający siebie Fabiusem Tuffnerem spotkał się z tłustym, odzianym w czerń nieznajomym. Przekazał mu trzy starannie złożone pergaminy. Siedzieli w przydrożnym, zadymionym zajeździe.

– Czas gra tutaj zasadniczą rolę, Periosie. Przekaż moje rozkazy do swoich ludzi, zarówno w stolicy, jak i w południowych miastach. Niech szukają. Niech poruszą niebo i ziemię. Przetrząsną sioła i przeszukają miasta. Chcę wiedzieć wszystko na temat ludzi, o których wspominałem. A teraz mów…

– Nie chcieliśmy wierzyć, panie, w to co prawił nam jeden z luzaków. Wolny strzelec, czasami pracujący dla nas, pojawił się z paskudnie oderwaną ręką w jednej ze świątynnych czatowni. Chciał sprzedać nam informacje. Mówił o chłopcu… Młodym czarodzieju, potrafiącym czynić niezwykłe rzeczy. Opis jak nic, pasuje do…

– Obiektów poszukiwań – Fabius przerwał mu – Gdzie teraz jest ten człowiek?

– Trzymaliśmy go  przez kilka dni, ale wdało się paskudne zakażenie, a że nie wiedzieliśmy, że mówił cenne rzeczy…

– Żyw?

– Jak tylko dotarły wieści od was, panie, kazałem go ratować. Ale słabo z nim, nie wiem czy nie sczezł już. Jakem wyjeżdżał na spotkanie, dobrze z nim nie było. Ale gadać więcej nie chciał. Niby nikt znaczący, to się chłopaki nie starali…

– Niech was cholera – Tuffner zagryzł zęby – macie go w Konstanzie?

Gruby mężczyzna przytaknął.

– Poślij im informacje, że to nie Trzynastu, ale ja, zdecyduję kiedy ten okaleczony zdechnie – Fabius zebrał się spiesznie, rzucił na stół garść srebrników dla służby i szepnął – Użyj kuli. Ja znajdę sposób żeby dotrzeć tam jak najszybciej.

Kilka chwil później wskoczył na konia i pomknął w kierunku murów miejskich, majaczących w oddali.

W głowie kotłowało mu się wiele myśli. Wiedział już, że chcąc dotrzeć na miejsce, o czasie, będzie musiał złamać kilka zakazów, nagiąć kilka zasad. Ale wydarzenia ostatnich dni, utwierdzały go w przekonaniu, że stawka o którą walczy jest wysoka. Gra się rozpoczęła.

Pędząc w kierunku bram miasta Pergatum, zastanowił się nad tym, jaką tożsamość ma przyjąć, paktując z czarodziejami. Fabius Tuffner nie był najlepszą opcją. To musi być ktoś mniej znany, ale z zasobnym mieszkiem.

Gdy dotarł do podgrodzia,  był średnio zamożnym kupcem sukiennym z Hilden, o imieniu Haas. Ćwicząc twardy, nordmaarski akcent, starannie przygotował się do rozmowy, by niczym nie zrazić do siebie rozmówców. „Potrzebował pomocy w podróży, w interesach”. Tak, to brzmiało banalnie, niezbyt interesująco, i powinno wystarczyć.

Użycie magicznego portalu było całkowicie nielegalne, a nawet przeklinane. Było tez kosztowne. I niebezpieczne. Ale czasami, bywało niezbędne.

Nawet dla cesarskiego szpiega.

 

 

Krucze Uroczysko

Autor: Piotr Grochowski

POBIERZ CAŁE OPOWIADANIE Z EPILOGIEM

 

 

 


[1]Orc Blut Vremez, Uns Ax Vreme” (w krasnoludzkim), dawne zawołanie bojowe tłumaczone jako „Czas Orczej krwi, czas naszych toporów”

[2] Pół-Shaeid, bękart, człowiek pół-krwi Shaeidańskiej, w jego żyłach płynie krew Starszego Ludu, pradawnej rasy, prawie całkowicie wyniszczonej w walce z Ludźmi

[3] Czarni Orkowie, jedna z ras Orków, plugawych sług ciemności, słyną z niebywałego okrucieństwa i niezwykłych umiejętności wojennych

[4] Vremes (Vremez), Jeden Z Trzynastu, jedno z wiodących bóstw panteonu cesarskiego, kojarzony ze sferą Czasu, Losu, Jasnowidztwa,

[5] Nordowie, Ród Północy, rasa ludzka zamieszkująca Północ Kontynentu, niezależni sojusznicy Cesarstwa

[6] Trzynastu Spętanych w Błogosławieństwie, wg legend i mitów Cesarstwa, pierwszy Cesarz pokonał i zmusił do służby trzynaście potężnych boskich istot, które zostały patronami i opiekunami imperium, obecnie tworząc panteon cesarski

[7] Talynn, jedno z Wolnych Księstw Północy, w sojuszu z Cesarstwem

[8] Dragatus, duże miasto na Południowych terenach Cesarstwa, nad rzeka Konstaj

[9] Mityczna  wyspa znajdująca się na północny zachód od Kontynentu, gdzie wg legend istnieją  kolebka Shaeidów oraz siedziby czarodziei, wypędzonych przez Cesarza

[10] Równina Bersud, rozległe tereny na południowych krańcach Cesarstwa, bezpośrednio przed Południową Marchią (Sudmaar) i Żelaznymi Górami

[11] „Este Vremes, meste Cesari” (w cezaryjskim), tradycyjne, popularne na ziemiach Kontynentu, przysłowie tłumaczone jako „Takie Czasy, Jaki Cesarz”.

[12] Druidzi, będący kapłanami Dawnej Wiary, związanej z kultem Sił Natury, postrzegani są nieufnie przez wyznawców, oficjalnego cesarskiego Kultu Trzynastu Spętanych

[13] Pergatum, jedno z największych i najstarszych miast Cesarstwa, uznawane za kolebkę Ludzi

[14] Protejus (Soldus), jeden z Trzynastu Spętanych, bóstwo opiekujące się sferą wojny, żołnierzy i zwycięstw bitewnych

[15] Surenejczycy, dumny pustynny lud zamieszkujący południowo-zachodnie tereny Kontynentu, wywodzący swoje pochodzenie od królewskich Rodów Południa

[16] Nordmaar (Północna Marchia Cesarstwa) – kraj zależny od cesarza, słynący z wybitnych handlowców, światłych wykładowców akademickich i okrutnych najemników

[17] Bractwo Trzynastu Kamieni, najważniejszy z zakonów kultu cesarskiego

[18] Cranius (Cranios), Pan Dobrej Śmierci,  Jeden Z Trzynastu, jedno z wiodących bóstw panteonu cesarskiego, kojarzony ze sferą śmierci, opiekun umarłych,

[19] Język wspólny, tym mianem określa się powszechnie stosowaną, opartą w dużej mierze na języku cezaryjskim, mowę awanturników, wędrowców i kupców.