Długi powrót

Wstęp
 
    Po tym jak Shakull Pierwszy uwolnił od podatku sąsiednie prowincje, Aralczycy zaczęli szukać nowych sposobów na uzupełnienie strat pieniężnych. Ich celem zostały niezliczone mniejszości etniczne, jakich wiele w Aralii. Elfy, Niziołki i Krasnoludy stały się żywym towarem. Rozpoczęto masowe polowania na te istoty. Wszystko po to, by bogaci mieszczanie i szlachcice mięli własnych niewolników, wykorzystywanych najczęściej w aralskich kopalniach. Lub dla bogatych właścicieli ziemskich, gdzie elfy w zastępstwie wołów orały pola. Najpierw wyłapywano wszystkie elfy, czy niziołki z terenu Aralii, lecz gdy ich zabrakło, myśliwi coraz częściej wyprawiali się do Naddus, Nemeyu, czy Argharty. Wszystkie sąsiednie państwa pozwalały na to. Tylko Nemeyczycy, tak bardzo ceniący swoją wolność, zakazali polowań na swoim terenie. Król Nemeyu – Zolan, ogłosił, iż wszyscy mieszkańcy jego państwa są wolni i jako tacy nie podlegają polowaniom.
    Już po kilku latach cała aralska gospodarka oparta była o pozyskiwanie i handel niewolnikami. Natomiast niewolnicy, coraz częściej snuli legendy o wielkim wojowniku, który miałby ich wyzwolić. Niestety, lata mijały, a żaden bohater nie pojawiał się w Aralii…
    
I 
    Słońce paliło wściekle, nie dając cienia. Po twardej, ubitej nogami drodze, z rytmicznym brzękiem poruszała się kolumna elfów, krasnoludów i niziołków, skutych w kostkach grubym łańcuchem. Na czele tej kolumny szedł gruby Aralczyk, będący dowódcą. Za kolumną szło wolno dwóch innych strażników z grubymi batogami w ręce. Kolumna niewolników szła drogą, z każdym krokiem wzbijając tumany pyłu i kurzu. Co kilka metrów, któryś z zakutych niewolników padał ze zmęczenia lub głodu. Wtedy podchodzili do niego strażnicy i kopniakami nakłaniali do powstania, jeśli to nie pomagało, w ruch szły batogi. Nawet lekkie uderzenie skórzanym warkoczem przyozdobionym w ciernie powodował krwawą pręgę. Jeśli i to nie pomagało, rozkuwano takiego, a jeden ze strażników dobijał go na stronie. Kolumna dotarła wreszcie do bramy, na której wyryty był aralski napis: „Królewska Kopalnia Soli”. Stojący na warcie strażnik podszedł do dowódcy kolumny, zasalutował i odrzekł.
    – Melduj.
    Gruby Aralczyk wyprężył się, poprawił przekrzywiony hełm i zaraportował:
    – Pierwsza drużyna drugiej kohorty melduje się do pracy.
    – Stan?
    – Pięćdziesięciu zdrowych, sześciu rannych. Ale lekko – dodał szybko.
    Strażnik złapał się pod boki i przekrzywiając głowę zapytał podejrzliwie.
    – A gdzie pozostałych czterech?
    Podwładny mu Aralczyk aż spotniał.
    – Zmmm… zmarli.
    – Co? Znowu ukatrupiłeś w drodze czterech niewolników? Jakich, mów szybko! – wściekał się dziesiętnik.
    – Eee… Jeden niziołek i trzech elfów – wyjąkał grubas.
    – Czy ty wiesz ile kosztuje teraz elf? – powiedział dowódca straży, notując coś na kawałku pergaminu – Wszystko powiem zarządcy, już on się z tobą policzy. – groził dziesiętnik.
    Grubas głośno przełknął ślinę i wyjąkał.
    – Ale tto niee moja wina. Oni tak sami…
    Dwóch strażników kopalni otwierało bramę. Kolumna z wolna ruszała.
    – Tak, tak – pomyślał dziesiętnik – oni zawsze sami.
    Przy wejściu do szybu kolejny dziesiętnik już wiedział o stratach. Na widok prowadzącego kolumnę grubasa pokiwał tylko palcem.
   
    Jedyną okazją na spotkanie z towarzyszami niedoli z innej grupy niewolnicy mięli właśnie przy wejściu do szybu.
    – Yavax! – szepnął brudny elf do wchodzących.
    Na dźwięk swojego imienia młody elf obrócił głowę. Wołającym okazał się Voxal, sporo starszy od niego, mieszkający kiedyś w tej samej co on wiosce.
    – Co chcesz? – szepnął Yavax.
    – Gdzie mój brat?
    Yavax spuścił wzrok i odparł smutno.
    – Twój brat, Voxal zmarł… w drodze do kopalni.
    Wychodzący z szybu elf zaszlochał cicho. Już po chwili kolumna niewolników kończąca pracę wyszła z szybu, a weszli nowi.
    Praca w kopalni była podzielona na trzy etapy: wykuwanie, segregowanie i transport na powierzchnię. Na samym końcu chodnika pracowali ci, którzy kilofami wykuwali sól ze ściany, stojący za nimi oddzielali sól od ziemi i kamieni, a ostatnia grupa wynosiła w wielkich koszach sól jedną drogą, a ziemię drugą. Yavax i jego kamraci pracowali właśnie przy wynoszeniu ziemi z kopalni. Była to o wiele cięższa praca, niż noszenie soli, a w dodatku ziemię trzeba było wynosić częściej i szybciej zarazem. Każda skuta kajdanami grupa pracowała pod okiem jednego strażnika, innego od tych, którzy prowadzili ich do kopalni. Grupa, w której był Yavax nie miała szczęścia. W drodze „opiekował” się nimi grubas – Bran, a w kopalni najbrutalniejszy z Aralczyków, młody strażnik o imieniu Wen. Nie dawał ani chwili wytchnienia, bez końca krzycząc i poganiając wyczerpanych z głodu i pragnienia niewolników. Dzięki swoim metodom, w kopalni nigdy nie było ani grama zbędnej ziemi. Elfy, to mordercze tempo opłacały krwawymi pręgami na plecach, a często nawet śmiercią. Jeszcze do nie dawna, kiedy niewolnictwo dopiero się rozwijało, a elfy i niziołki były tańsze, Wen potrafił wykończyć pięciu niewolników tygodniowo. Teraz, niewolnicy stali się drożsi, więc zarządca królewskiej kopalni zakazał zabijać więcej niż trzech niewolników w tygodniu. Nie znaczy to, że troszczył się o życie elfów. O jedno, co dbał zarządca to zyski, a śmierć jednego niewolnika to strata aż 10 dukatów.
    Mimo, że minęło już południe, słońce nadal przypiekało nie tracąc na sile. Długi korowód elfów truchtał ścieżką w stronę wysypiska, każdy z niewolników dźwigał na plecach kosz z ziemią. Za nimi szedł energicznym krokiem Wen i wrzeszcząc, trzaskał z bata.
    – Szybciej, bando darmozjadów! Nie dam wam jeść, jeśli nie uwiniecie się do przerwy!
    Obok Yavaxa, biegł przykuty do niego Xun. Między jednym, a drugim okrzykiem poganiacza, udało mu się zamienić z przyjacielem kilka słów.
    – Uff! Ale dziś upał – zagadnął Xun.
    – Od rana nie miałem ani kropli wody w ustach – odparł Yavax oblizując wysuszone usta.
    – Wiesz Yavax, czasem śni mi się, że zabijam Wena. Wczoraj też mi się śniło – rozmarzył się Xun.
    – Taak, zabić tego psiego syna. Moje marzenie – dodał elf.
    Dobiegli wreszcie do miejsca, gdzie wysypywali zawartość koszy. Z powrotem szli już nieco wolniej. Na co „łaskawie” pozwalał im Wen.
    – A gdybyśmy tak zbuntowali się, hę? – zapytał ktoś za nimi.
    – I co to da? I tak jesteśmy skuci – odparł rzeczowo Xun.
    – Co by to dało, gdybyśmy zabili jednego parszywego Aralczyka? Zaraz dali by nam następnego, zabijając kilku naszych – dodał Yavax.
    To znaczy, że do śmierci już będziemy harować w tej kopalni?! – niedowierzał młody elf.
    Xun obrócił się do niego i dodał.
    – Martw się, aby nie było to zbyt krótkie życie, mały.
    Młody, od nie dawana zniewolony elf Yoxin zaszlochał cicho.
    – To po co żyć, skoro wiem, że żywy stąd nie wyjdę? – spytał filozoficznie.
    Późnym wieczorem wracali po wielogodzinnej pracy do baraków. Długie rzędy kamiennych budynków wyznaczały cel ich podróży. Wracali, by na zbutwiałej słomie znaleźć choć godzinę snu. Chłodne mury i grube kraty w oknach były ich domem, a źródlana woda i suchy chleb – jedyną strawą. Szli wolno, potępieńczo pobrzękując łańcuchami. Nawet pilnujący ich strażnicy byli zmęczeni, z rzadka poganiali, chłoszcząc batogami. Księżyc dawno już wzeszedł, kiedy dotarli do „domu”. Przed wejściem do każdego baraku stało dwóch strażników rozkuwając niewolników. Jeszcze tylko skromna kolacja, zgrzyt klucza w zamku i cisza. Wreszcie mogą odpocząć, pozwalając ranom na zagojenie, porozmawiać.
    – Xun, Yavax, Yoxin… – nawoływał cichy męski głos.
    Jak zwykle wszyscy zbiegli się wokół wołającego ich niziołka Fervaxa.
    Usiedli tworząc okrąg, spletli dłonie i zaintonowali pieśń. Tą samą, jaką zawsze śpiewają rolnicy po udanych żniwach, a która stała się hymnem niewolników. Gdy skończyli Fervax przemówił do zebranych.
    – Będziemy dziś wznosić modły za naszych czterech braci, którzy przenieśli się dziś na Drugą Stronę. Nie opłakujcie ich, oni tego nie potrzebują, są w lepszym świecie, po Drugiej Stronie życia. Nie cierpią głodu, pragnienia, ni bólu. Jedno co możemy zrobić, to prosić ich o rychłą wolność.
    – Chyba przenosząc się tam gdzie oni! – zakpił Yoxin.
    – Nie, mój bracie. Będziemy wolni, zobaczysz – uspokajał go Fervax.
    Dało to odwrotny skutek, młody elf jeszcze bardziej się rozsierdził.
    – Nie jestem twoim bratem! Jestem elfem, a ty tylko śmierdzącym niziołkiem!!!
    Pozostali zaczęli go uspokajać.
    – Przestań Yoxin! Jesteś zbyt młody, by to zrozumieć.
    Po chwili zaśpiewali ponownie, jedyną pieśń, jaką wszyscy znali, hymn niewolników.
    Tym razem głośniej, o wiele głośniej…
   
    Czarne niebo, rozjaśniał tylko księżyc, wilki wyły z oddali, sowy pohukiwały. Starzec zerwał się z posłania, szeroko otwierając oczy. Po chwili był przy nim jego podopieczny – Zelex.
    – Co się stało mistrzu? – spytał wystraszony chłopiec.
    Starzec westchnął głośno i odparł.
    – Miałem sen, Zelex. Straszny, nasi bracia ciężko pracują, chorują i umierają.
    – To tylko sen, panie – pocieszał go.
    Starzec przetarł oczy i usiadł wygodniej.
    – Nie, mój chłopcze. To prawda, okrutna prawda.
    – Ale na to nie wolno pozwalać! Nie możemy, ja, ty mistrzu Zorax! – wykrzykiwał Zelex.
    – Nie możemy i nie pozwolimy, mój chłopcze. Ale teraz chodźmy spać, wcześnie jeszcze – odparł spokojnie Zorax.
    Rozłożył się na swojej macie i zasnął.
    Rankiem obudził ich szczebiot ptactwa, i turkot przejeżdżających wozów. Po skromnym śniadaniu, na które składał się kawałek chleba z serem, mistrz i jego uczeń udali się w drogę. Idąc drogą podziwiali nieznajomą okolicę, czasem ktoś zaproponował im, że podwiezie ich wozem do miasta. Zorax jednak zawsze odmawiał. Twierdził, że nie może korzystać z luksusów, kiedy jego bracia głodują. Co prawda nie wyglądał na niziołka, czy elfa, lecz Zelex wiedział, że ojcem jego mistrza był elf. Zorax uważał się za przedstawiciela wszystkich trzech ras. Byli już prawie przy rogatkach, kiedy ujrzeli jadących z przeciwka trzech uzbrojonych ludzi. Zelex szepnął złowrogo.
    – Mistrzu, myśliwi jadą.
    Starzec poklepał tylko swego ucznia po ramieniu.
    – Spokojnie mój chłopcze.
    Trzej mężczyźni zbliżali się już do pary podróżnych. Zelex schował się ze strachu za plecy swego mistrza. Jeden z konnych zbliżył się do Zoraxa i spytał.
    – Czemu twój niewolnik tak się przed nami chowa?
    – On nie jest niewolnikiem, tylko moim uczniem – odparł spokojnie Zorax.
    – Uczniem mówisz, a kim ty jesteś? – dociekał myśliwy.
    – Jestem Zorax. Mistrz magii – powiedział z godnością starzec.
    Mężczyzna zsiadł ze swego konia i podszedł do Zoraxa.
    – Ciekawe imię, kim jesteś? Elfem, niziołkiem…?
    Starzec stanął naprzeciwko myśliwego i zapytał.
    – A na kogo wyglądam?
    Przerażony Zelex odciągnął mistrza na bok i szepnął.
    – Co robisz panie? Chodźmy stąd, oni nas zabiją!
    Tymczasem pozostali dwaj myśliwi także zsiedli ze swych koni, wyciągając miecze.
    Stojący przed starcem myśliwy odparł.
    – Wyglądasz mi i na jedno i na drugie. Kamraci, brać ich!
    Jego kompani już przygotowani do ataku szli w ich stronę. Starzec zrobił krok w tył, zabierając Zelexa za siebie. Trzej myśliwi z mieczami, siecią i powrozem, gotowali się do ataku. Najpierw powoli otoczyli go z trzech stron, potem zbliżali się do niego coraz bliżej. Kiedy każdy z myśliwych był w odległości pięciu kroków od Zoraxa, jak na komendę ruszyli biegiem. Zorax wyciągnął ręce w górę wyszeptał kilka słów, zacisnął pięści. Kiedy dobiegał do niego pierwszy z myśliwych, czarownik wyciągnął w jego stronę ramię. Ze wszystkich jego palców wyskoczyły błękitne, oślepiające błyskawice. Powaliły myśliwego już pierwszym uderzeniem, drugie Zorax skierował w kierunku następnego mężczyzny. Zanim obrócił się do ostatniego, ten biegł już do koni. Starzec powiedział jeszcze jedno zaklęcie i błyskawice z jego rąk znikły. Skulony za jego plecami Zelex wyprostował się, rozglądając wkoło. Mistrz, strzepnął tylko pył z odzieży i odrzekł.
    – Chodźmy stąd chłopcze. Powinniśmy przed zmierzchem dotrzeć do miasta.
    Zelex otworzył szeroko oczy ze zdziwienia i zapytał.
    – Mistrzu, co to było? Te błyskawice?!
    – Magia mój chłopcze – odparł skromnie starzec.
    – Nauczysz mnie? – spytał rozemocjonowany Zelex.
    – Nie mogę. Masz zadanie do wykonania.
    – Zadanie, zadanie! Słyszę to od miesięcy, ale jeszcze się nie dowiedziałem co to za zadanie. – niecierpliwił się chłopiec.
    – Wkrótce się dowiesz, już wkrótce – obiecał starzec.
    Słońce czerwieniło się na zachodzie, oświetlając ogniście niebo. Okoliczni chłopi zaganiali zwierzęta do obór, kramarze zamykali swoje stanowiska. Na wielu karczmach wisiała tabliczka: „Miejsc wolnych brak”. Dwaj wędrowcy dotarli wreszcie do słynącego z cudownej wody miasteczka Seth. W tym mieście nie łatwo o nocleg, szczególnie jeśli jest się ubogim półelfem. Tylko w Seth można zobaczyć antynemeyskie hasła na murach i płotach. Wiszące na drzwiach wielu domów tablice z napisem: „Elfom, niziołkom, krasnoludom i Nemeyczykom, wstęp wzbroniony!” Co bardziej oszczędni w słowie piszą po prostu: „Nemeyskim psom wstęp tylko do obory!” W tym mieście, jak niegdzie indziej niebezpiecznie jest przyznawać się do własnej rasy. Dwaj wędrowcy chodzili od domu do domu, szukając noclegu. Niestety, wszędzie tam gdzie były wolne miejsca nie wpuszczano mniejszości. A tam gdzie wpuszczano, albo był już komplet miejsc, albo cena za noc była zbyt wygórowana. Księżyc zaczął już wschodzić, kiedy Zorax spotkał starych przyjaciół jeszcze z Nemeyu. Mezar i jego ojciec Shamoth, wynajęli pokój, przy karczmie. Przyjęli więc starca i jego ucznia w gościnę. Pokojem okazała się mała obórka, ze stojącymi przy żłobie dwoma osłami. W kącie leżała kupka siana, a na środku stała drewniana skrzynka pełniąca tu funkcję stołu. Wszyscy czterej mężczyźni usiedli sobie wygodnie dookoła stołu i zaczęli wyjmować żywność przeznaczoną na kolację. Zorax popatrzył smętnie na kawałek sera, który pozostał ze śniadania i powiedział.
    – Mamy tylko to. Mam nadzieję, że was nie objadamy.
    Mezar machnął tylko ręką i odparł.
    – To nic mistrzu, my mamy więcej i chętnie się podzielimy z rodakami.
    – Tak, tak, chłopak ma rację – poparł go ojciec.
    Nalali sobie i gościom piwa, stuknęli się kubkami, mówiąc.
    – Za nasze spotkanie, za Nemey, i Nemeyczyków!
    Wszyscy chętnie spełnili toast i zabrali się do jedzenia. Na stole leżały już smakołyki, więc dopóki nie ogryźli wszystkich kości, nie zjedli owoców i nie dopili piwa, nic nie mówili. Wypili ostatni kubek piwa za spotkanie i wreszcie zaczęli rozmowę. Ponieważ Zorax dawno nie był w ojczystym Nemeyu, pierwszy zapytał o nowiny z kraju.
    – A co tam u nas w Sirap słychać?
    – Odkąd jesteśmy wolni, jest coraz lepiej. – odparł optymistycznie Shamoth.
    – Jak tam mój brat, Zan. Zdrów aby? – zaniepokoił się starzec.
    Mezar otarł usta rękawem i odpowiedział.
    – A jakby inaczej? Nie dalej jak pięć dni temu, kiedy wyjeżdżaliśmy z wioski, przyniósł nam własnoręcznie upolowanego dzika.
    Zorax uśmiechnął się szeroko i powiedział.
    – Zawsze był silniejszy ode mnie, mimo że młodszy.
    – Macie jeszcze w lasach dziki? – spytał z niedowierzaniem Zelex.
    – Mamy, taaakie wielkie – odparł Mezar rozkładając ramiona.
    – Że też wam Aralczycy wszystkich nie wytłukli – zdziwił się czarownik.
    – Chcieli, psie juchy! Aleśmy nie dali! – odparł hardo Shamoth. Podrapał się po głowie i pokazując Zelexa spytał.
    – Jeszcześ nam nie powiedział kim jest twój uczeń.
    – Kiedyś byłem przejazdem w pewnej wiosce, tu w Aralii. Widziałem jak mali chłopcy ciągnęli wóz. Kupiec ten używał ich zamiast koni. Niech go grom spali! Jeden z nich potrzebował pomocy, miał krwawiącą ranę na stopie. Powiedziałem wtedy temu kupcowi, że wyleczę wszystkich jego niewolników, jeśli uwolni choć jednego z nich. Nie uwierzycie, ale się zgodził. Wyleczyłem chłopcu nogę, gojąc rany jeszcze kilku innym. Kupiec powiedział, żebym sam zdecydował, którego z pozostałych uwolnić. Wybrałem Zelexa, sam nie wiem czemu. W nocy miałem sen. Przyśniła mi się bogini Basn, powiedziała, że dopóty będzie panować niewolnictwo, dopóki nie wyzwoli wszystkich chłopiec ze znakiem klucza na stopie. Razem z Zelexem szukamy tego chłopca – zakończył opowieść starzec.
    – Mistrz mnie uwolnił, więc z wdzięczności zaciągnąłem się do niego na służbę – dodał Zelex.
    Ponieważ zrobiło się ciemno, a w komórce nie było ani jednej świecy, wszyscy czterej podróżni zaczęli układać się do snu. Siano podzielili na dwie części, jedną dla Shamotha, a drugą dla czarownika. Obaj chłopcy postanowili spać na końskich derkach, Czym mile zaskoczyli swych opiekunów. Świt nastał razem z pierwszym pianiem koguta, wszyscy szykowali się do drogi. Także ci, którzy mieszkali poza karczmą. Mezar i jego ojciec zaproponowali, że zabiorą swych rodaków na kilka dni do Sirap. Wracali bowiem do domu, ale czarownik odmówił, twierdząc, że wybiera się do Arakny. Po krótkim pożegnaniu Shamoth i jego syn wyruszyli w jedną, a czarownik i jego uczeń w drugą stronę. Przed nimi jeszcze długa droga do stolicy. Kolejny dzień ich podróży dobiegał końca, słońce chyliło się na zachód, kiedy w oddali zobaczyli tłum ludzi. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli, kilkadziesiąt osób czekających na brzegu rzeki, czekając na przeprawę. Była to najdłuższa i najszersza z rzek Aralii – rzeka Khan. Właściciel barki, krępy Aralczyk, zabierał tylko po pięć osób, mimo że barka zmieściłaby trzy razy więcej.
    – Dlaczego ten człowiek zabiera tylko po pięć osób? – spytał Zorax jednego z oczekujących.
    – Ponoć w rzece mieszka potwór, który wieczorem wychodzi na powierzchnię i zjada podróżnych. Jeśli w barce jest mniej osób, barka szybciej płynie – tłumaczył jeden z gapiów.
    Kiedy barka przybijała właśnie do przeciwległego brzegu, woda spieniła się, i zabulgotała.
    Po chwili z wody wyłonił się brunatno – zielony łeb stwora. Pokryty był spiżową łuską,
    i kilkoma krótkimi rogami. Kiedy otworzył pysk, ciszę przeszył ogłuszający ryk. Oczom gapiów ukazały się ostre, haczykowate zębiska, a z nozdrzy buchnął mu czarny dym. Potwór wynurzył się bardziej, odsłaniając długą, łuskowatą, szyję. Począł zbliżać się do barki. Pasażerowie w popłochu wyrzucali dobytek na ląd, sami salwowali się ucieczką. Kiedy potwór był już przy barce, zostały tam tylko trzy osoby: właściciel barki i handlarz niewolników z jednym elfem. Potwór wyciągnął paszczę i głośno kłapnął, rozrywając przód barki. Przerażony Aralczyk chciał wypchnąć elfa z łodzi, by to jego zjadł smok. W tym momencie zareagował Zorax. Znowu wyszeptał zaklęcie, wypuszczając pierwszą ze swych błyskawic. Monstrum zainteresowało się błyskiem i ruszyło ku czarownikowi. Przestraszeni ludzie, w popłochu uciekali z dala od starca. Kiedy smok był już przy drugim brzegu, czarownik wypuścił drugą błyskawicę, trafiając potwora prosto w ślepie. Potwór ryknął z bólu, a po chwili buchnął z nozdrzy płomieniami. Czarownik mimo wieku zwinnie uskoczył unikając poparzenia. Odwrócił się twarzą do smoka wyprostował palce i uderzył błyskawicami z pełną siłą. Tym razem uderzenie było na tyle silne, że gad runął do wody z głośnym pluskiem. Po chwili wypłynął znowu, starzec postanowił zabić smoka. Nie było to uderzenie, ale jakby ciągła seria błyskawic, które zmniejszały się w wąski strumień palącego światła. Potwór nie zdążył się schować pod wodę. Ryczał, wił się, ział ogniem, a z jego szyi unosił się gęsty dym palonego mięsa. Po chwili z rany buchnęła krew, a martwe ciało stwora opadło bezwładnie. Rzeka zaczerwieniła się od krwi. Stojący na obu brzegach ludzie wiwatowali, klaskali i głośno skandowali imię czarownika.
    – Zorax, Zorax! – krzyczeli ludzie po jednej stronie rzeki.
    – Wiwat Zorax! Największy czarownik! – przekrzykiwali się ci z drugiego brzegu.
    – Nie cierpię tej aralskiej hipokryzji – szepnął starzec do Zelexa.
    – Nie rozumiem – odparł uczeń.
    – Widzisz chłopcze, teraz wiwatują na moją cześć, a jeszcze nie tak dawno utopiliby mnie w łyżce wody – tłumaczył starzec.
    Po chwili barka podpłynęła do brzegu i Zorax razem ze swym uczniem mogli przepłynąć na drugi brzeg. Tam czekał już na nich uratowany handlarz. Starzec przerwał mu potok dziękczynień i spytał.
    – Jesteś handlarzem niewolników, prawda?
    – Tak, jestem – odparł spokojnie.
    – Jak mogłeś narażać na śmierć tego chłopca?! – zrugał go Zorax wskazując palcem na młodego elfa stojącego obok handlarza.
    – Co, ja nikogo nie narażałem… – wybąkał stropiony.
    – Nie kłam, widziałem – uciął czarownik. – Mam dla ciebie propozycję handlarzu.
    – Tak, jaką? – zainteresował się Aralczyk.
    – Oddasz mi tego elfa, w zamian za uratowane życie.
    Handlarz pomyślał przez chwilę, a po chwili kiwnął głową.
    Uwolniony elf długo dziękował swemu wybawcy. W końcu uwierzył, że jest wreszcie wolny. Szybko pożegnał się z Zoraxem i Zelexem, zmierzył zimnym wzrokiem swego byłego właściciela i ruszył na południe do domu.
    Kolejny dzień wędrówki był dla obu bardzo męczący. Słońce schowało się za chmury, zaczął kropić deszcz. Po kilku chwilach padał już rzęsisty deszcz. Ponieważ szli akurat przez polanę, nie mogli się schować przed deszczem. Polana była wielka porośnięta z rzadka krzewami jagód. Szli więc w strugach deszczu, człapiąc przemoczonymi ciżemkami. Nagle, ich oczom ukazał się dziwny widok. Cztery małe postacie otaczały brodatego mężczyznę, starając się go powiesić na przydrożnym drzewie. Gdy Zorax podszedł bliżej okazało się, że to grupa niziołków wykonuje wyrok na Aralczyku. Ponieważ jego oprawcy byli niżsi od niego, mężczyzna często się wyrywał. Krzyczał, kopał i wierzgał nogami.
    – Pomocy! Dobry człowieku, ratuj!
    Zorax podszedł do niziołków i spytał.
    – Za co karzecie tego człowieka?
    – To handlarz niewolników – odparł jeden z niziołków nie przerywając wiązania nóg Aralczkyka.
    Kiedy czarownik przyjrzał się lepiej mężczyźnie, rozpoznał w nim człowieka uratowanego nad rzeką. Spojrzał mu w oczy i powiedział.
    – Pamiętam cię Aralczyku.
    – To ty magiku? Ratuj mnie!
    Najstarszy z niziołków odwrócił się do czarownika i rzekł.
    – Znasz tego człowieka?
    – Spotkaliśmy się niedawno. To nie jest zły człowiek, uwolnił wczoraj jednego ze swoich niewolników – tłumaczył Zorax.
    – Uwolnił jednego, a kupił czterech! – krzyknął niziołek.
    – Czy to wy byliście jego… – spytał starzec.
    – Tak! – przerwał mu najstarszy niziołek. – Zaraz zawiśnie na tym drzewie – dodał.
    – To Aralia, zabicie jednego handlarza nie załatwi niczego – apelował starzec.
    – Jednego parszywca mniej. Odsuń się bracie – odparł niziołek przerzucając sznur przez konar.
    Z trudem postawili Aralczyka na ziemi. Pętla już wisiała, mocno przywiązana do drzewa. Jeden z niziołków przyklęknął nadstawiając plecy. Pozostali postawili handlarza na jego plecach. Założyli mu pętlę na szyję. Na znak najstarszego, niziołek pełniący funkcję podestu, wysunął się spod nóg Aralczyka. Mężczyzna drgnął kilkakrotnie, a po chwili skonał.
    Zorax smutno popatrzył na wisielca i powiedział.
    – Zabiliście ostatniego uczciwego Aralczyka. Co teraz zamierzacie, wracać do domu?
    Przywódca niziołków otrzepał ręce, popatrzył na wisielca i rzekł.
    – Ci co zechcą, wrócą do domu. Reszta pójdzie ze mną.
    – Gdzie? – spytał rzeczowo czarownik.
    – Tam gdzie spotkać można handlarzy – odparł hardo.
    – Tak nie odzyskamy wolności.
    – My? Kim jesteś, żeby mówić „My”?
    – Jednym z was.
    Niziołek nic nie odpowiedział, zebrał porozrzucane mienie Aralczyka i ruszył w drogę.
    Za nim poszli pozostali trzej.
 
II
 
    Już od kilku dni w pałacu panowała nerwowa atmosfera. Służba w pośpiechu spełniała życzenia swego króla. Kucharze pocili się nad coraz wykwintniejszymi potrawami, a medycy co dzień przygotowywali coraz lepsze leki. Wszystko to z powodu choroby króla. Shakull, mimo podeszłego już wieku nigdy nie chorował. Do czasu, kiedy nieszczęśliwy wypadek na polowaniu zatrząsł zamkiem w posadach. Podczas pogoni za rannym dzikiem, Shakull spadł z konia tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Medycy z całego kraju głowili się nad tym, jak wyleczyć króla. Próbowano wielu terapii, diet i leków. Jednak noga nie tylko się nie zrastała, ale nawet zaczęła niebezpiecznie puchnąć. Medycy nerwowo poszukiwali stosownego leku, a król zaczął już rozmyślać nad swoim następcą. Miał co prawda trzech synów, jednak żaden jego zdaniem do roli króla nie był jeszcze gotowy. Najstarszy 23 – letni Shakull Drugi, mógłby przejąć już koronę, lecz zdaniem ojca nie potrafiłby dobrze pokierować armią. Państwo bez dowódcy wojsk byłoby z pewnością łatwym łupem dla sąsiadów. Drugi: 20 – letni Shezan, znał się świetnie na wojaczce, ale nie miał za to pojęcia o gospodarce. Król przypuszczał, że za panowania Shezana, Aralia wdałaby się w kolejną wojnę. Natomiast 18 – letni Shegg, najmłodszy z braci, był jeszcze zbyt młody do tak ważnej funkcji. Shakull obawiał się o losy państwa, z takim trudem zjednoczonego. A gdyby na tronie zasiadł Shegg, wojna domowa podzieliłaby nie tylko skłóconych braci, ale także Aralię. Shakull czuł się coraz gorzej, a następcy tronu jak nie było, tak nie ma. Król zasępił się siedząc na swoim tronie. Po chwili z tego stanu wyrwał go Minister Skarbu. Drzwi otworzyły się z trzaskiem, a do sali tronowej wszedł niski, energiczny człowiek. Stanął przed królem i rzekł.
    – Przynoszę nowiny, Panie.
    Shakull poprawił się na swoim tronie i spytał.
    – Dobre chociaż?
    – Niestety złe. Skarbiec zieje pustką, dochody spadły o jedną trzecią. Wszystko przez Nemeyczyków – dodał na koniec złośliwie.
    – Chciałeś powiedzieć przeze mnie, hę? Tak, przeze mnie! Uwolniłem prowincje od podatku! – krzyczał król wymachując rękami.
    Minister stropił się lekko.
    – Ależ Panie, nie to chciałem powiedzieć.
    – Już ja wiem co chciałeś powiedzieć! – złościł się król. – Uwolniłem ich, i wiesz co ci powiem? Nie żałuję tego! Jesteś gołowąsem i tego nie pamiętasz, ale czy wiesz jakie ja wtedy miałem wydatki na armię?! Setki! Tysiące! Ba, może jeszcze więcej!
    – Ależ Wasza Wysokość, ja nie o tym. Chciałem powiedzieć, że coraz trudniej o niewolników – wybąkał Minister.
    – A co do tego mają Nemeyczycy? – zainteresował się Shakull.
    – Przygarniają do siebie wszystkie mniejszości. Nie pozwalają polować – narzekał.
    – To mi żadna tajemnica mój Ministrze. Powiedz wreszcie coś, czego nie wiem.
    – Ostatnio posunęli się nawet do wykradania naszych niewolników. Szczególnie z północnych prowincji. Trzeba coś z tym zrobić!
    – Co radzisz? – spytał lakonicznie Shakull.
    – Najlepiej będzie przesunąć wszystkie obozy niewolników bardziej na południe.
    – Kopalnie też chcesz przesunąć na południe?! – spytał zjadliwie.
    – No to będą dłużej szli.
    – I częściej umierali! – dodał dobitnie Shakull. – Czym sobie zasłużyłem! Otaczają mnie idioci i dyletanci! – wrzeszczał.
    – Co radzisz Panie? – spytał Minister.
    – Przyjdź wieczorem, teraz nie mam czasu. – powiedział robiąc gest wymiatający go z pokoju.
    Pozostał sam ze swymi myślami. W końcu zadzwonił na służbę i rozkazał przyprowadzić synów. Kiedy przyszli, przedstawił im problem i zapytał co by zrobili na jego miejscu.
    – Wysłałbym poselstwo do Zolana i wyjaśnił sprawę – powiedział najstarszy z nich.
    – Ja zamiast poselstwa, wysłałbym tam dwa pułki wojska – odparł hardo Shezan.
    – No a ty? Co mi radzisz? – zapytał Shakull.
    Shegg stał speszony, a po chwili powiedział.
    – Umocniłbym straże na północnej granicy, chyba?
    Shakull rozchmurzył się od razu.
    – Brawo, to świetny pomysł!
    Shegg podniósł wzrok na ojca i niepewnie spytał.
    – Naprawdę tak sądzisz ojcze?
    – Tak, to wspaniały pomysł. Zaraz powtórzę go mojemu Ministrowi – chwalił go król.
 
III
 
    Tymczasem w kopalni niewolnicy zaczęli coraz głośniej mówić o wolności. Pierwszym trybunem niewolników stał się niziołek Fervax. Zrobił coś, o czym nikt w całej Aralii nie słyszał. Ogłosił strajk. Niewolnicy pod jego komendą odmówili wyjścia z baraków do pracy. Zabarykadowali się od środka, by nikt nie wszedł. Gdy dowiedział się o tym nadzorca kopalni, najpierw wściekł się, a potem zaniepokoił o własną głowę. Aby nie doszło to do uszu króla, nadzorca ogłosił epidemię, która rzekomo panuje wśród niewolników. By w tym czasie dogadać się ze strajkującymi. Od Fervaxa dowiedział się czego żądają. Fervax powiedział.
    – Mamy tylko jedno żądanie. Uwolnij wszystkich niewolników.
    Nadzorca wściekł się jeszcze bardziej i odparł.
    – Nigdy! Zapomnij o tym, ty… zawszony niziołku! – a zwracając się do straży dodał. – Od dziś, zabraniam komukolwiek karmić tych obiboków! Skoro chcą tam siedzieć, niech siedzą.
    Fervax był na to przygotowany, już od kilku dni oszczędzał chleb i wodę. Pozostali poszli
    w jego ślady. Po przeliczeniu zapasów, wyszło im, że chleba starczy na cztery, a wody na pięć dni. Sądził, że te cztery dni wystarczą, żeby nadzorca zaczął z nimi rozmawiać. Nie liczył rzecz jasna na aż taką dobroduszność nadzorcy, żeby uwolnił wszystkich. Miał nadzieję na uwolnienie przynajmniej tych, którzy są ranni, bądź chorzy. Nocą, za pomocą małej pochodni porozumiewali się z tymi, którzy mieszkali w sąsiednich blokach. W ten sposób mięli ze sobą stały kontakt. Przez pierwsze dwa dni nadzorca nie pokazał się ani razu. Trzeciego dnia do kopalni przyszedł list ze stolicy, w którym król zapowiedział przyjazd dodatkowych straży. Miało to na celu powstrzymanie ucieczek. Co gorsza, razem z pułkiem do kopalni przyjeżdża jeden z synów króla. Shezan znany był z okrucieństwa wobec niekompetentnych podwładnych. Pułk, razem z przyszłym następcą tronu przybyć miał za trzy dni. Jednak zarządca dobrze wiedział jak działa poczta kurierska. List szedł około dwóch dni, a to znaczy, że pułku można spodziewać się dziś wieczorem, najpóźniej jutro.
    – Wen! Do mnie! – krzyknął nadzorca.
    – Słucham, panie Corden – powiedział usłużnie Wen.
    – Ty znasz tych buntowników, prawda?
    – Niektórych znam – odparł skromnie Wen.
    – A tego śmierdzącego niziołka?
    – Chodzi pewnie o Fervaxa. Tak znam go.
    Corden zaczął chodzić wokół stołu. Założył ręce za plecy, i chodząc tam i z powrotem zaczął spokojniej już nieco mówić.
    – Widzisz Wen, dostałem dziś list z Arakny. Jego Wysokość wysyła nam dodatkowy pułk do pilnowania straży…
    – To chyba dobrze? – ucieszył się Wen.
    – Nie przerywaj mi. Widzisz nie za bardzo dobrze. Król wysyła razem z pułkiem swego średniego syna, Shezana.
    – Shezana?! Niech nas bogowie mają w opiece! – wystraszył się Wen
    – O!? Widzę, że też już o nim słyszałeś? – ucieszył się zjadliwie Corden – A czy wiesz, co z nami zrobi ten szczeniak, kiedy się dowie o strajku?!
    – Z nami?! – spytał Wen głośno przełykając ślinę.
    – Z nami! A co myślisz, że będzie się pytał kto zawinił! Powiesi wszystkich!!!
    – Coś trzeba zrobić, żeby… – wyjąkał Wen.
    – Właśnie, trzeba. Czy mogę na ciebie liczyć, Wen? – spytał Corden.
    – Oczywiście, panie Corden.
    – Świetnie. A teraz słuchaj, masz zrobić wszystko, żeby wrócili do pracy! Jeśli się postarasz, nagroda cię nie minie – zapewniał go zarządca. – No przyjacielu, do dzieła!
    Wen podszedł do drzwi baraku, w którym mieszkał Fervax. Zastukał, a po chwili ujrzał w szparze oczy i nos niziołka.
    – Ty jesteś Fervax?
    – To ja. – odparł zgodnie z prawdą niziołek.
    – Przysłał mnie zarządca, musimy pogadać – zagadnął Wen.
    – Będę rozmawiał tylko z zarządcą. Żadnych pośredników! – odparł hardo Fervax.
    – Nie bądź głupi Fervax. Zarządca nie będzie z wami gadał, mnie wysłał.
    – Odpowiedz swemu panu, że nie gadamy z pachołkami! – zaperzył się niziołek.
    – To wasza ostatnia szansa na porozumienie – zagroził Wen.
    W odpowiedzi zobaczył tylko wzruszenie ramionami Fervaxa. Niziołek podszedł do grupy współwięźniów.
    – Słyszeliście, Corden mięknie. Wysłał na spytki Wena.
    – Tego rzeźnika?! – niedowierzał Yavax.
    A pozostali wybuchli gromkim śmiechem.
    Wen tylko zazgrzytał ze złości zębami. Po chwili jednak wrócił. Znów zawołał Fervaxa. Lecz ten, nie chciał nawet na niego spojrzeć. Wen stanął więc tak, by mogli go widzieć z małych zakratowanych okien.
    – Hej wy! Znalazłem sposób, żeby zachęcić was do rozmowy! – krzyknął Wen.
    Wszyscy mieszkańcy baraku podeszli więc do okien i zobaczyli, jak wokół sąsiedniego baraku ustawiają się żołnierze z pochodniami w dłoniach. Cały obłożony był chrustem. Wyglądało na to, że zamierzają go podpalić.
    – Wpadłem na świetny pomysł! – wrzeszczał Wen – Zbudujemy tu wędzarnię, co ty na to?
    Jeśli nie zakończycie strajku, mieszkańcy tego baraku… uwędzą się! Ha, ha!!!
    Fervax i jego współmieszkańcy przestraszyli się nie na żarty. Wen to prawdziwy rzeźnik i nie zawaha się przed niczym, jeśli mówi, że wymorduje wszystkich w tym bloku, to może to zrobić. Niziołek przysunął się bliżej okna i krzyknął.
    – Wierzę ci! Zakończymy strajk jeśli uwolnicie wszystkich chorych!
    Wen wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu.
    – Nie będzie żadnego „jeśli”! Wszyscy wracają do pracy, teraz!!!
    – Uwolnij chorych, a wrócimy do pracy! – próbował negocjować Fervax.
    – Liczę do trzech! Jeśli nie otworzycie drzwi, podpalam blok! – szantażował ich Wen.
    Po krótkiej naradzie niewolnicy zdecydowali nie ugiąć się przed szantażem Wena. Wiedzieli, że jeśli teraz się poddadzą, niczego nie zdobędą. Co gorsza, nie mogli komunikować się z pozostałymi blokami. Nawet z najbliższym, ponieważ Wen zasłonił okna bloku, który miał podpalić. Postanowili przeczekać. Niziołek podszedł znowu do okna.
    – Nie, Wen! Uwolnij chorych, to przerwiemy bunt!!!
    Wen aż podskoczył z radości, liczył na to.
    – Podpalać! – rozkazał.
    Stojący wokół bloku żołnierze przyłożyli pochodnie do chrustu, po czym powietrze wypełnił gęsty, czarny, dym. Wiatr wpychał dym do środka budynku. Wen odsłonił zasłony, by wiatr łatwiej się tam dostawał. Niewolnicy tam mieszkający krzyczeli i kasłali. Po chwili drzwi się otworzyły i wybiegli stamtąd pierwsi zaczadzeni. Nie minął kwadrans, a blok opustoszał całkowicie. Wtedy żołnierze ugasili ogień. Wen podszedł do bloku Fervaxa i zawołał.
    – I co niziołku?! Jak widzisz mam już pięćdziesięciu pracowników. To samo zrobię ze wszystkimi. Rozumiesz! Przegrałeś, wychodź, a nie ukarzę was tak srodze – obiecywał Wen.
    W bloku zawrzała dyskusja. Mieszkańcy nie wiedzieli, czy wierzyć Wenowi. Jedni twierdzili, że bezpieczniej jest zostać. Inni woleli już wyjść. Fervax myślał realnie, wiedział, że część niewolników już wyszła, a pozostali wkrótce wyjdą. Dalszy bunt nie ma sensu, a im szybciej wyjdą, tym Corden szybciej o tym zapomni.
    – Słuchajcie kamraci! – zawołał do pozostałych mieszkańców – Wychodzimy.
    – Wierzysz Wenowi? – niedowierzał Xun.
    – Nie dałbym za jego słowa funta kłaków – przyznał szczerze Fervax. – Ale nie mamy wyjścia. Albo się podusimy w dymie, albo wybiegając z „wędzarni” zatłucze nas Wen. Wychodzimy.
 
IV
 
    Zorax znowu obudził się w środku nocy. Zdyszany usiadł na posłaniu. Jak zwykle obok niego pojawił się Zelex.
    – Co się stało mistrzu? – spytał troskliwie.
    Starzec przetarł oczy i odparł.
    – Znowu miałem sen. Nasi bracia giną w nierównej walce, chcą wolności, a zyskają śmierć. Tylko śmierć. Musimy ich uratować, póki jeszcze żyją. Śpijmy jeszcze. Rano ruszamy do Arakny.
    Zelex poprawił legowisko mistrza, a wkrótce sam także zasnął. Wczesnym rankiem ruszyli
    w dalszą drogę do stolicy. Choć tak naprawdę, ani starzec, ani jego uczeń nie wiedzieli po co. Wiedzieli tylko, że muszą tam pójść. Tylko co powiedzieć królowi, jak do niego się dostać? Słońce było już w zenicie, kiedy ujrzeli mały strumyk płynący wzdłuż drogi. Ponieważ w okolicy nie było żadnej chaty, w której mogliby schronić się przed upałem, postanowili ochłodzić się w wodzie. Szukali właśnie dogodnego miejsca, kiedy starzec ujrzał siedzącego nieopodal młodzieńca, moczącego nogi w wodzie.
    – Usiądźmy obok niego – powiedział starzec wskazując mężczyznę przy strumieniu.
    – Mistrzu, to pewnie Aralczyk – szepnął płochliwie Zelex.
    – Nie wiem mój chłopcze, skąd u ciebie ten strach przed Aralczykami. To tylko ludzie – odparł pouczająco Zorax podchodząc do siedzącego nad strumieniem.
    Kiedy ten odwrócił się do nich, zauważyli, że jest młody jeszcze. Jego kędzierzawa, ruda broda, zapleciona w warkoczyk, miała długość ledwie kilku cali. Nieznajomy uśmiechnął się do przybyszy i zaprosił do spoczynku obok siebie.
    – Zapraszam. Usiądźcie i ochłódźcie się kapkę, bo straszny dziś upał.
    Magik i jego uczeń usiedli, a Zorax zagadnął.
    – Skąd jesteś, mości kawalerze? Widzę, żeś chyba nie Aralczyk.
    – Zgadza się, jestem z daleka, z Argharty.
    – A cóż to porabia kawaler z Argharty? – spytał ciekawie Zorax.
    – W interesach. Jestem kupcem.
    – Pewnieście panie niewolników sprzedawali – zapytał podchwytliwie Zelex.
    – U nas w Argharcie nie handluje się niewolnikami. To Aralczycy handlują elfami, ja jestem porządnym kupcem. Nazywam się Keram – powiedział wyciągając rękę do Zoraxa.
    – Wybacz kawalerze, że się nie przedstawiłem, nazywam się Zorax, a to mój uczeń Zelex.
    Keram uścisnął rękę obydwóm.
    Ośmielony już nieco Zelex zapytał.
    – A cóż to mości Keramie, za kupiec, co wozów nie ma?
    – Wystarczy mi tylko muł. Stoi o tam, skubie trawę – wskazał palcem siwego muła pilnującego leżących na trawie juk – Sprzedaję specyfiki, na różne choroby.
    – Jesteś uzdrowicielem? – spytał Zorax.
    – A gdzie tam… mości Zorax! Ja tylko sprzedaję. Kupcem jestem, nie uzdrowicielem. Specyfiki te kupuję od wielkiego maga z Nemeyu.
    – Ja też stamtąd pochodzę, może go znam, powiedz kto to? – spytał Zorax.
    – A powiem, żadna tajemnica. Ten mag nazywa się Zan, półelf – odparł z uśmiechem Keram.
    – Nie uwierzysz mi chłopcze, ale Zan to mój brat! – krzyknął z radości starzec.
    – To wy też panie Zorax jesteście… – zdziwił się Keram.
    – Tak, jestem półelfem. Czy to ci przeszkadza? – spytał spokojnie.
    – Ależ gdzieżby!? U nas w Argharcie, ludzie żyją w przyjaźni z elfami, krasnalami
    i niziołkami. – żachnął się Keram.
    – Ale polować pozwalacie! – powiedział oskarżycielsko Zelex.
    – Shakull zmusił nas do zgody na polowania – bronił się Keram.
    – Zmusił, powiadasz? – spytał spokojniejszym tonem starzec.
    – A tak, zmusił. Zagroził Fellenowi, naszemu władcy, że jeśli nie podpisze zgody, wytoczy nam wojnę.
    – E tam! Niemożliwe, przecież Aralia i Argharta pierwsze podpisały rozejm – odparł uczeń Zoraxa.
    Keram zmarszczył czoło, groźnie patrząc na niedowiarka. Zaplótł ręce na piersi i odparł.
    – Możliwe, możliwe. Na poparcie swoich gróźb Shakull przesunął trzy pułki na zachodnią granicę. Ledwie kilka mil od naszych wiosek. Zbyt droga była, nie dawno zdobyta wolność, żeby ryzykować.
    – Mógł, zrobić to co Zolan. – zaperzył się Zelex.
    Keram zaczął zbierać już swoje rzeczy, szykując się do dalszej drogi.
    – Nie mógł. Shakull najpierw z nami gadał o polowaniach. Kto wiedział, że można było się tak wyłgać?! – dokończył Keram zakładając buty – Na mnie już czas. Bywajcie mości Zorax.
    Starzec nie dziwił się, że Keram żegna się tylko z nim. Domyślił się, dlaczego tak szybko wynosi się z wygodnego miejsca na strumieniem. Ledwie znikł im z oczu, jadąc na swoim mule, a z przeciwnej strony nadszedł brodaty jegomość. Ubrany w lniane portki i niebieską koszulę, opasaną szczeciniastym sznurem. Gdy podszedł bliżej, okazało się, że jest to krasnolud. Prawdopodobnie żebrak. On także chciał obmyć sobie nogi. Spytał więc grzecznie Zoraxa.
    – Witam, nazywam się Eytan. Jestem krasnoludem. Mogę się przysiąść?
    – Zapraszamy do naszej kompani. Ja nazywam się Zorax, a to mój uczeń Zelex – odparł przyjaźnie Zorax.
    Krasnolud zdjął brązowy kaptur z głowy i zamoczył nogi w strumieniu. Dopiero teraz starzec zauważył, że Eytan nie ma butów.
    – Skąd przybywasz? – spytał Zelex.
    – Idę z Arakny, na północ, do domu – odparł smętnie krasnal.
    – Można wiedzieć cóżeś robił w aralskiej stolicy?
    – Byłem niewolnikiem, mości Zorax. – odpowiedział.
    – Jak to „byłeś”? – zdziwił się Zelex.
    – Uciekłem z farmy.
    – Odważnyś Eytan. – powiedział z podziwem Zorax.
    – Czy to odwaga? Ratować własne życie, pozostawiając kamratów? – odparł filozoficznie Eytan.
    – Na tej farmie więcej was było? – spytał Zelex.
    – Dziesięciu. Ja byłem najmłodszy, więc uciekłem. Zostawiłem ojca, brata i kamratów z mojej wioski. Oni nie mięli sił, nawet żeby uciec – Eytan spuścił głowę, wbijając wzrok w wodę.
    – My właśnie idziemy do Arakny. Są jakieś nowiny? – spytał Zorax.
    – Dzień przed moją ucieczką słyszałem, jak żołnierze rozmawiali ze sobą. Mówili, że Shakull wysyła na północ dwa pułki wojska. Ponoć w kopalni soli wybuchł bunt. Chcę tam zdążyć przed nimi i wesprzeć braci.
    Na tę wiadomość Zorax i Zelex aż podskoczyli z wrażenia. Teraz starzec domyślił się, co znaczyły jego sny.
    – Sądzisz, że zdążysz przed nimi? – zaciekawił się czarownik.
    – Myślę, że będę dzień przed nimi. Mają wprawdzie konie, ale zbyt często zatrzymują się na postojach. Wojak, który o tym mówił, twierdził, że im się nie spieszy. Mięli dojść za pięć dni. Teraz to już za cztery, a ja wyprzedzam ich o 15 mil – tłumaczył Eytan.
    – To pięknie, że chcesz wesprzeć braci niedoli – pochwalił go Zorax, a widząc jego blizny na nogach, dodał – Jeśli chcesz wyleczę ci nogi.
    – Jesteś panie Zorax magiem? – zdziwił się krasnal.
    – Tak.
    Eytan wyciągnął nogę do Zoraxa, a gdy czarownik wyleczył blizny, pokazał mu jeszcze plecy. Krwawe pręgi rozciągały się na całej długości. Niektóre z nich stare, ale było kilka całkiem świeżych. Widać, że na odchodne dostał parę razy batogiem. Kiedy starzec wyleczył Eytana, sprawdził także rany Zelexa. Chciał mieć pewność, że wszystkie „pamiątki” z dawnych czasów już mu się zagoiły. Kiedy już zakończył badanie, obaj podróżnicy zaczęli zbierać się do drogi. Ale kiedy Zelex wyjmował nogi z wody stała się rzecz dziwna, w lustrze wody odbiła się wewnętrzna strona stopy.
    – Stój! – krzyknął przejęty Zorax.
    Zelex wystraszył się tak nagłej reakcji mistrza, spoglądając na niego badawczo.
    – Pokaż mi stopę – powiedział zaaferowany starzec.
    Uczeń pokornie wyciągnął nogę w stronę Zoraxa, pokazując stopę. Kiedy czarownik spojrzał na starą bliznę chłopca, oniemiał.
    – Co się stało? – zaniepokoił się Zelex.
    – Czy ty wiesz co masz na stopie?
    – Bliznę – odparł zdziwiony Zelex.
    – Bliznę, ha! To nie jest zwyczajna blizna! To znak! – krzyczał uradowany starzec.
    – Klucz?! – niedowierzał uczeń.
    – Tak chłopcze! To jest to, czego tak długo szukamy! To jest twoje przeznaczenie!!!
    Eytan patrzył na mistrza i jego ucznia, rozumiejąc coraz mniej. W końcu zdecydował się zapytać.
    – Co to za znak, którego szukaliście, mości Zorax?
    – Znasz legendę o bohaterze, który miałby wyzwolić niewolników? – spytał uradowany starzec.
    Krasnolud kiwnął tylko głową.
    – To on! Chłopiec ze znakiem klucza na stopie! Ha, ha!!! – zaśmiewał się ze szczęścia czarownik.
    – Mistrzu, to znaczy, że muszę… cię opuścić – powiedział smutno Zelex. – Nie wiem czy
    i kiedy się spotkamy.
    – To nic, najważniejsze, że jesteś przeznaczeniem naszych braci – powiedział Zorax. – Słuchaj Eytan, ty idziesz na północ. Zabierz więc z sobą Zelexa.
    – Będę zaszczycony. Kiedy kamraci się dowiedzą kogo prowadzę, będą bić przed nami pokłony – odpowiedział krasnolud, a po chwili sam zaczął się kłaniać Zelexowi.
    – Czas wam w drogę, tylko uważajcie na Aralczyków. Zelex, nie zdradź się kim jesteś, bo mogą cię zabić – przestrzegał ich Zorax.
    – Mistrzu, idź z nami. Nie musisz już nikogo szukać – namawiał Zelex.
    – Ja muszę do Arakny, spotkać się z Shakullem – odparł czarownik. – Ruszajcie!
    Obydwaj szybko się pożegnali, idąc na północ szybko znikli czarownikowi sprzed oczu. On także podniósł się z ziemi i ruszył w przeciwną stronę, na południe, do stolicy.
 
V
 
    Arakna znów huczała od plotek. Wiadomość o pogarszającym się stanie Shakulla, obiegła królestwo lotem błyskawicy. Później bunt niewolników zmroził krew Aralczykom. Ale ta wiadomość przebijała wszystkie pozostałe: niewolnicy z Królewskiej Kopalni Soli uciekli, po drodze zabijając prawie wszystkich strażników. Zbiec, zdążył tylko nadzorca – Corden. Wieść niosła, że wyzwoleni niewolnicy nie uciekli do Nemeyu, ale postanowili uwolnić pozostałych. Już po kilku dniach, armia buntowników liczyła sobie 300 ludzi. Sytuację pogarszał fakt, iż Aralia nadal nie miała następcy tronu. W sali tronowej zamku w Araknie odbywała się właśnie narada wojenna. Obok leżącego już Shakulla, byli na niej także wszyscy trzej jego synowie, nadzorca Corden i Ministrowie: Skarbu, Wojny, a także kilku magów. Wszyscy zebrani głowili się nad tym, jak szybko, a przede wszystkim tanio zdławić niepokojący bunt.
    – Gdyby nie mości Corden, nie mielibyśmy tych kłopotów! – zagrzmiał pretendent do aralskiej korony – Shakull II.
    – Racja! Corden powinien już przy pierwszych oznakach buntu powiesić wichrzycieli! – dodał Minister Wojny.
    – Kiedy tam przybyłem, zobaczyłem tylko zgliszcza – poparł brata Shezan.
    – Spokojnie, nie czas na to, by rozliczać winy i zasługi! – apelował schorowany król.
    – Teraz trzeba radzić, jak zdławić rebelię – powiedział jak zwykle opanowany Shegg.
    – Czy wiadomo, gdzie teraz oni są? – spytał król.
    Minister Wojny wyjął zza pazuchy zwój pergaminu, rozwinął go i odczytał.
    – Jeszcze wczoraj przeszli Khan i ruszyli na północny wschód. Moi szpiedzy donoszą, że doszedł do nich jakiś tajemniczy wędrowiec, ponoć ich nowy przywódca.
    – To bzdura! Przywódcą od początku był niziołek Fervax – zaperzył się Corden.
    – Milcz tchórzu!!! – krzyknął Shezan, wyjmując zza pasa sztylet.
    – Pax! – uspokajał król – Czekam na pomysły.
    – Mój pomysł jest prosty. Wyślemy ze stolicy trzy pułki naszej jazdy, a od naszych zachodnich sąsiadów wynajmiemy kolejne trzy. Nasi zaatakują ze wschodu, a Naddustyjczycy z zachodu. A wtedy zgnieciemy ich jak robaki – powiedział Shezan.
    – Przykro mi synu, ale twój pomysł zbyt drogo by mnie kosztował. Czy wiesz ile kosztują zaciężni z Naddus? – spytał Shakull.
    – Moim zdaniem, powinniśmy zaalarmować nadgraniczne forty. Pogonią zajmą się łowcy. – zaproponował Minister Wojny.
    – Te chłystki mają łapać buntowników?! – zakpił Shezan – Przecież rebelianci mają już muły i broń. Łowcy potrafią łapać tylko nieuzbrojone elfy.
    – Przegrupuje się ich w stuosobowe komanda, każdym takim oddziałem dowodzić będzie jeden aralski oficer. Kiedy ich znajdą, wyślą wiadomość do najbliższego fortu i z pomocą wojska pokonają buntowników – nie dawał za wygraną Minister.
    Shakull kiwnął głową i odparł.
    – To dobry sposób. Tylko jedno pytanie mości Ministrze: kto zapłaci łowcom?
    Minister chrząknął i podrapał się w głowę. Widać, że nie spodziewał się takiego pytania. Ale po chwili znalazł odpowiedź.
    – Wiem! Łowcom zapłacimy w towarze. Ci, którzy przeżyją dostaną złapanych niewolników, za darmo.
    – Genialnie! Tak należy zrobić, zajmiesz się tym osobiście. Najpóźniej za trzy dni chcę widzieć oddziały zwerbowanych łowców. Forty należy zawiadomić jak najszybciej. – rozkazywał Shakull.
    – No dobrze ojcze, ale co z kopalniami, hutami i farmami. Kto je obroni przed buntownikami? – spytał podchwytliwie Shezan.
    Król zasępił się na moment, rozmyślając nad problemem.
    – Obroną farm i królewskich manufaktur zajmiesz się sam – zadecydował król wskazując średniego syna.
    – Skąd wziąć armię?
    – Z fortów zachodnich i północnych. Dziś napiszę odpowiedni glejt.
    – Zanim ściągną tu wojska z nadgranicznych fortów, rebelianci będą już pod Arakną – wyprorokował Shezan.
    – Nie zdążą, łowcy ruszą za dwa dni – obiecał Minister Wojny.
    – Cieszę się. Teraz przejdźmy do ważniejszej sprawy – odparł Shakull.
    – Aralii trzeba następcy tronu, mądrego, sprawiedliwego i mężnego – oznajmił najstarszy z magów.
    – Właśnie to miałem na myśli, mości Gwend – odparł skwaszony Shakull. Dobrze wiedział, że ministrowie i madzy, tylko czekają na jego śmierć, żeby skoczyć sobie do oczu. A wtedy w Aralii zapanuje anarchia i bezkrólewie. Jeśli jego synowie nie podzielą między siebie władzy, państwo wkrótce zniknie z map świata. W dodatku Nemeyczycy robią tu jakąś krecią robotę, a teraz mieliby nawet pretekst do przejścia granicy. Musiał przyznać się przed sobą samym, że popełnił ostatnio kilka błędów. Pobłażał Nemeyczykom, a i Argharta wymyka już mu się z rąk. Żeby tego było mało Swynn aż pali się do tego, żeby wejść mu na głowę. Przekonał już nawet Shezana do potrzeby ingerowania w sprawy Aralii.
    – Wasza wysokość? Gorzej wam? – spytał troskliwie Minister Skarbu.
    Shakull ocknął się po chwili zamyślenia, przetarł oczy i poprawił się na swoim miejscu.
    – Nie, zamyśliłem się. Przejdźmy zatem do wyboru następcy aralskiego tronu. Panowie, ministrowie, dostojni madzy. – zaczął uroczyście. Lecz widząc, że Corden jeszcze nie wyszedł przerwał i spojrzał wymownie na nadzorcę. Corden wyszedł, a król kontynuował.
    – …Zebraliśmy się tu by wybrać mego następcę. Czy któryś z mości panów chciałby rozpocząć omawianie kandydatury mego najstarszego syna?
    Jako pierwszy zgłosił się Gwend. Wstał, skłonił się królowi i jego synom.
    – Chcę zacząć wedle starszeństwa, jeśli Wasza Wysokość przyzwoli. Oto pierworodny naszego władcy: Shakull II zwany Wielkim, i takim zapewne będzie. Świetnie radzi sobie z rachunkami, Aralia pod jego rządami będzie zapewne dostatnia. Jest najstarszy, więc prawo daje mu pierwszeństwo w ubieganiu się o koronę. Ja Gwend, naczelny mag Aralii daję głowę, że panicz Shakull będzie świetnym władcą.
    Gdy skończył, skłonił się rodzinie królewskiej i usiadł.
    – Czy każdy zgadza się z mości Gwendem? – spytał król.
    Tym razem rękę podniósł Minister Wojny.
    – Nie zgadzam się, uważam że wasz syn Panie, nie byłby najlepszym następcą.
    – A dlaczego?! – spytał wściekły mag.
    – Panicz Shakull II jest nie najlepszym strategiem. Aralia pod jego rządami byłaby w niebezpieczeństwie. To Shezan powinien być następcą! – dodał Minister Wojny.
    W tym momencie wtrącił się król.
    – Mości Ministrze! Czy uczyliście mego syna sztuki wojennej?
    Minister Wojny aż spotniał na te słowa. Wstał jednak mężnie i odparł.
    – Uczyłem Wasza Wysokość, i dlatego wiem ile umie wasz syn.
    – Jeśli uczeń nie robi postępów zwykle winny jest wykładowca. – powiedział jadowicie Gwend.
    – Twierdzisz, że jestem złym nauczycielem?!!! – wściekał się Minister Wojny.
    – Nie to ty twierdzisz, że królewski syn jest głupcem!!! – odparł Gwend.
    – Pax! – krzyknął król i łupnął pięścią w stół. Mimo swojej choroby miał jeszcze wiele krzepy. – Cisza! Po kolei. Drogi Ministrze, wyjaśnijcie łaskawie, dlaczego mój syn nie robi postępów? – spytał Shakull I.
    Minister znowu zaniepokoił się o swą głowę. Jakże ma wytłumaczyć Jego Wysokości, że jego pierworodny jest nieudolnym dowódcą. Przecież za takie słowa można stracić głowę! Jednak Shakull nie miał chyba zamiaru nikogo dzisiaj ścinać, spokojnie powiedział.
    – Słuchamy, śmiało mości Ministrze. Mówcie prawdę.
    Minister otarł spocone dłonie, wstał i zaczął wreszcie mówić.
    – Tak jak kazaliście Wasza wysokość uczyłem waszych synów taktyki, dowodzenia i innych sekretów wojaczki. Przez pierwszych kilka dni wszyscy twoi synowie robili jednakie postępy. Jednak nauka potrzebuje cierpliwości, stałych i regularnych ćwiczeń, a to szybko znużyło twego pierworodnego, Wasza Wysokość. Starałem się go zainteresować lekcjami, ale bez skutku. Nie znaczy to oczywiście, że królewski syn jest głupcem. Słyszałem od innych królewskich nauczycieli, że królewicz Shakull jest znakomity w rachunkach i czytaniu. Wykładowca kaligrafii nie mógł się go wprost nachwalić. Jednak następca tronu musi być dobrym strategiem, inaczej jego kraj upadnie. Takie jest moje zdanie Wasza Wysokość. – powiedział Minister i na powrót usiadł.
    Król odwrócił się do stojącego przy nim syna i spytał.
    – To prawda mój chłopcze, co mówi twój nauczyciel?
    Najstarszy 23 – letni syn Shakulla, wyglądał już jak prawdziwy mężczyzna. Barczysty, a do tego wysoki i szczupły jednocześnie. Teraz jednak stał jak mały chłopiec, który czeka na chłostę od swego surowego ojca.
    – Tak ojcze, to prawda. Minister Wojny tu nie zawinił, jestem złym dowódcą, to moja wina.
    Shakull podrapał się tylko po głowie i zapytał.
    – No dobrze, a jak radzą sobie pozostali dwaj moi synowie?
    – Całkiem dobrze. Panicz Shegg jest jeszcze młody, ale wchłania wiedzę bardzo szybko, jednak królewicz Shezan jest najlepszy. Możesz być z niego dumny Wasza Wysokość! To urodzony strateg i żołnierz. Chłopiec urodził się chyba z mieczem w dłoni.
    – Tak go chwalisz? To pięknie, że chociaż mój drugi syn odziedziczył po mnie zdolności. Jak myślicie mości panowie, nadaje się na mego następcę?
    Zebrani za stołem zaszemrali cicho, a po chwili głos zajął Gwend, który najlepiej orientował się w sukcesach wszystkich królewiczów.
    – Niestety drogi królu Shezan także nie nadaje się na twego następcę.
    – A to z jakich powodów? – spytał wzburzony już król. Widział z jaką przyjemnością Gwend mówi te słowa. Wiedział, że chciał on, żeby następcą został Shegg, którym mógłby dowolnie manipulować. Najmłodszy syn był bowiem pod dużym wpływem starego maga.
    Gwend z nieskrywaną radością dodał.
    – Dowiedziałem się bowiem, że panicz Shezan nie najlepiej radzi sobie z pozostałymi lekcjami. Rachunki i czytanie sprawiają mu dużo trudności, a i z pisaniem nie jest najlepiej. Cóż to za król, co glejtu napisać nie będzie potrafił?
    Shakull znów odwrócił się do syna i spytał.
    – To prawda co prawi nam mistrz Gwend?
    Shezan wzruszył tylko ramionami. Zachowywał się zupełnie inaczej niźli jego starszy brat. Był krnąbrny i uparty, zbyt dobrze znał sytuację swej ojczyzny. Wiedział jak traktować kapłanów, by nie przejęli władzy. Oparł obie ręce na biodrach i odparł.
    – Prawda. A jakie to ma znaczenie? I tak będę królem. A ogolonym łbom wara od władzy królewskiej!
    Gwend na te słowa omal nie wybuchnął, poczerwieniał, a oczy zwęziły mu się jak u węża. Już miał rzucić jakieś wyjątkowo bolesne zaklęcie, kiedy sam król przywołał do porządku swego syna.
    – Milcz! Jeśli jeszcze raz obrazisz mistrza Gwenda, odbiorę ci możliwość koronacji. Póki żyję masz mnie słuchać! – wrzeszczał Shakull. Dobrze wiedział co znaczy narazić się czarownikom. Wiedział także, co jego syn myśli o magach. Zwykle nazywa ich „ogolonymi łbami” z racji błyszczącej z daleka łysiny. Przerażała go myśl, co się stanie kiedy Shezan przejmie koronę. Widmo wojny stało się jeszcze bardziej wraźne.
    Gwend uspokoił się i naradę można było kontynuować. Kiedy już wszyscy ucichli, król mówił dalej.
    – Panowie! Zdajecie sobie chyba sprawę, że najmłodszy mój syn, mimo iż zdolny następcą być nie może. Historia uczy władców nie sadzać na swym tronie najmłodszego potomstwa. Zapowiada to bowiem po śmierci ojca, walkę o władzę. Wiem dobrze, że każdy z was ma pośród moich synów, swoich pretendentów do aralskiej korony. Ci, którzy uważają Shegga za mojego następcę, są w błędzie. Shegg jest za młody jeszcze do tak ważnej roli. Jeśli mamy wybierać, to tylko spośród dwóch starszych: Shakulla i Shezana. Proszę was teraz o głosowanie. Kto jest za tym, by tron po mnie odziedziczył Shakull, niech podniosą rękę.
    Spośród sześciu królewskich doradców trzech podniosło rękę. Oznaczało to, że to on sam musi zadecydować, kto dostanie koronę.
    – Skoro nie jesteście jednomyślni, muszę sam podjąć decyzję. Swoją wolę ogłoszę za trzy dni. Teraz niech wszyscy rozejdą się do swych obowiązków. – powiedział Shakull tym samym kończąc naradę. Zawołał służbę, by przenieśli go lektyką do sypialni. Czuł się coraz bardziej zmęczony, wiedział, że śmierć nadejdzie w najbliższych dniach. Ostatnią rzeczą jaką chciał zrobić to zostawić ojczyźnie godnego następcę.
   
    Im bliżej stolicy, tym częściej Zorax widział ciągnące na północ wojska. Nie byli to jednak królewscy żołnierze, lecz łowcy sformowani w duże grupy. Wiedział, dlaczego tak spieszą się na północ. Coraz częściej słyszał o kolejnych zwycięstwach buntowników. Słyszał, że dowodzi nimi chłopiec ze znakiem klucza na stopie, a taki znak ma tylko jeden człowiek – Zelex. Starzec słyszał o tysiącach wyzwolonych niewolników, słyszał także, jakoby zwycięska armia parła mężnie w stronę Arakny. Niepokoiła go ta myśl, wiedział przecież co jest przeznaczeniem Zelexa. Wyzwolenie niewolników, a nie zdobywanie miast.
    Zbliżał się zmierzch, kiedy starzec wchodził do stolicy. Na rogatkach stało o wiele więcej żołnierzy niż zwykle, domyślił się, że to skutki wojny z niewolnikami. Shakull zapewne obawia się szpiegów. Mag miał nadzieję, że żołdacy mimo dodatkowych kontroli wpuszczą go jednak do miasta. Oczywiście mógł użyć magii i stać się niewidzialnym, a wtedy przeszedłby bez kontroli. Zorax jednak nie był przebiegły, wolał tradycyjny sposób.
    – Kim jesteś? – spytał lakonicznie pierwszy strażnik.
    – Zorax, półelf. – odparł spokojnie starzec. Był już bowiem wielokrotnie w Araknie i znał przebieg kontroli na pamięć.
    – Półelf, a gdzie twój właściciel? – spytał jadowicie strażnik.
    – Jestem wolny, nie mam właściciela. – powiedział mężnie starzec.
    – Patrzcie no ludzie! On jest wolny, ha, ha! – zaśmiewał się strażnik, pokazując Zoraxa palcem.
    – Jestem wolny, ponieważ jestem magiem. – dodał Zorax.
    – Myślisz, że ci uwierzę?! Pewnie uciekłeś swemu właścicielowi. – zaperzył się strażnik.
    – Mogę to udowodnić. – odparł spokojnie starzec.
    – Spraw więc, bym był bogaty! – zakpił strażnik.
    – Związać go! Elfy, do kopania rowów! – rozkazał dowódca straży.
    Jednak kiedy dwaj strażnicy podeszli do niego z zamiarem związania, stanął twarzą do nich i wyciągnął dłoń w geście zatrzymywania. Z dłoni popłynęła jakby fala powietrza, która uderzając w żołdaków przewróciła ich na ziemię. Dowódca straży omal nie umarł ze strachu. Nakazał szybko przepuścić maga, aby i jemu nic nie zrobił. Teraz jedyny problem jaki pozostał Zoraxowi to znalezienie noclegu. Już w Seth było o to trudno, a teraz jest przecież w stolicy Aralii. Jaki Aralczyk pozwoli mu przespać się bodaj w oborze? Musiał zdać sobie sprawę, że tę noc spędzi pod gołym niebem. Dopiero późnym wieczorem, pewien stary karczmarz pozwolił mu przespać się w stajni. Każąc sobie za to słono płacić. Zorax nie miał pieniędzy, ale wiedział jak może zapłacić karczmarzowi za nocleg. Karczmarz ten był bowiem schorowany, a Zorax mógł go wyleczyć.
   
    Tymczasem nie daleko Arghańskiej granicy ponad pięciotysięczna armia wyzwolonych niewolników szła w stronę jednej z największych farm. Pracowało na niej ponoć dwa tysiące niewolników, różnych ras. Wyzwolenie tej farmy miało być ostatnim przystankiem w drodze na Araknę. Zaprawieni już w boju niewolnicy stali się karną armią. Składającą się już z trzech formacji: tysiąc konnych, dwa tysiące ciężko zbrojnej piechoty, i ponad dwa tysiące lekko zbrojnej. Ci ostatni uzbrojeni byli przeważnie w siekiery, kosy i drewniane pałki. Wszyscy byli niewolnikami, lecz mimo głodu i zmęczenia, wciąż mięli jeszcze siłę. Tylko starcy i ciężko chorzy, odwożeni byli przez góry Północne do Nemeyu. Z każdą przebytą milą było ich coraz więcej…
    Błoto chapało pod końskimi kopytami rozbryzgując je na boki. Kolumna koni, elfów, krasnoludów i niziołków z wolna przesuwała się do przodu. Konie idąc czwórkami parskały, a siedzący na nich wojownicy kurczowo ściskali lejce. Na czele kolumny jechało trzech jeźdźców. W małym kożuszku z baraniej skóry i długich, skórzanych butach, jechał Fervax. Uzbrojony w przewieszony przez plecy łuk i krótki, wiszący u boku miecz. Był adiutantem jadącego obok Zelexa. Ubrany w skórzaną koszulę, i takie same spodnie, jego ubiór zwieńczał błękitny płaszcz, przewieszony na ramionach. Jego jedyną bronią była metalowa buława, odebrana Branowi jeszcze w kopalni. Narzucony na głowę kaptur zasłaniał mu niemal całą twarz. Obok Zelexa jechał uzbrojony po zęby Yavax, ubrany w zdobyczne buty i długie lniane spodnie, będące pamiątką z kopalni. Yavax miał przy sobie miecz podobny do tego, który nosi Fervax. Oprócz tego w lewej ręce trzymał drewnianą włócznię, na plecach niósł łuk z kołczanem, a całość uzupełniały tkwiące w butach dwa sztylety. Z nieba lał się deszcz, już od tygodnia rozpoczęła się jesień. Droga przypominała bajoro, strugi błota płynęły na całej szerokości.
    – Daleko jeszcze do farmy? – spytał Zelex, między jednym, a drugim chlupnięciem.
    – Dwa dni drogi. – odparł Yavax.
    – Ściemnia się już, trzeba nam na popas stanąć. – dodał Fervax.
    – Wyślij kilku naszych, niech sprawdzą, czy gdzie nie ma aralskich psów. – powiedział Zelex.
    Fervax zawrócił swojego konia i pognał na tyły konnej kolumny. Wrócił po chwili, wraz z trzema ochotnikami.
    – Oni pojadą. Yavax ich zna jeszcze z kopalni, to jest Voxal, Xun i Yoxin.
    Wszyscy trzej podjechali do Zelexa, on spojrzał na nich krytycznie i spytał.
    – Potraficie szybko jeździć na koniach?
    – Ręczę za nich. To moi najlepsi jeźdźcy. – zapewniał go Fervax.
    – A jak radzą sobie z bronią? – dodał Zelex.
    – Bez zarzutu, byli już zwiadowcami, kiedy przechodziliśmy Khan. Wszyscy trzej za każdym pytaniem kiwali głowami. Zelex zastanawiał się krótko.
    – Niech jadą. – rozkazał.
    Voxal, Xun i Yoxin, tylko na to czekali. Galopem pognali w stronę wzgórza i już po chwili byli nie widoczni. Pozostali trzej rozmawiali dalej.
    – Za kilka dni zbliżymy się do arghańskiej granicy. – powiedział Zelex.
    – Część odeślemy do Nemeyu, a rannych lub chorych chyba do Argharty. – zaproponował Yavax.
    – Do Argharty?! Żeby znowu trafili na targ! – oburzył się Fervax.
    – Już nie trafią. Słyszałem, że w Argharcie zaszło wiele zmian. Fellen nie zgadza się na polowania i lada dzień zamknie granice. – powiedział Zelex.
    – Jeszcze nie wiadomo, Aralczycy są na nas wściekli i mogą samowolnie przekroczyć granice. – wyprorokował Fervax.
    Ledwie zdążyli wejść na wzgórze, za którym mięli rozbić obozowisko, kiedy nagle, od strony arghańskiej granicy ujrzeli ciągnące w ich stronę wojsko. Wkrótce potem galopujących zwiadowców, gdy dojechali na odległość, z której można usłyszeć czyjś głos, chórem wrzasnęli: „Alaaaarm!!!!” Fervax i Yavax gorączkowo przeformowywali kolumnę, a Zelex wykrzykiwał rozkazy.
    – Konni na lewe skrzydło! Ciężkozbrojni, na prawe! Cała reszta środkiem!
    Tupot kopyt i rżenie wystraszonych koni były jedynym akompaniamentem dla jego słów. Tymczasem armia łowców z minuty, na minutę, zbliżała się do wzgórza. Zelex zadecydował, że lepiej będzie, jeśli stoczą tą bitwę na szczycie wzgórza. Wszystko po to, by atakujący ich Aralczycy musieli wspinać się do nich po górę. Lekka piechota zgromadzona na samym środku rozpoczęła atak od rzucania kamieniami i włóczniami w nadbiegających przeciwników. Zanim więc pierwsi żołnierze dotarli na wzgórze, kilkuset zginęło z rąk procarzy. Gdy jednak przedarli się już na szczyt, zaatakowała ich ciężka piechota.
    – Do ataku!!! – wywrzaskiwał rozkazy Zelex.
    – Wstrzymajcie konnych! – przekrzykiwał go Fervax.
    – Nasi wywiadowcy wrócili… – wysapał Yavax.
    – I co? – spytał Zelex.
    – Mówili… że jest ich… uf… dwa tysiące. – dyszał Yavax.
    – Tylko dwa tysiące? Tylko?! – niedowierzał Zelex.
    – Nie mają konnych, tylko piechotę. – meldował dalej elf.
    – Konni mogą już atakować? – spytał Fervax.
    – Niech atakują.
    Kiedy kawaleria ruszyła do ataku, bitwa została przesądzona. Nie przygotowani na atak konnych, aralscy łowcy byli przerażeni. Jeszcze przed nocą bitwa została zakończona, a niedobitki łowców pierzchły z pola walki. Z ponad pięciotysięcznych zastępów buntowników, w bitwie zginęło zaledwie pięciuset. Całe wzgórze usiane było krwawymi zwłokami, noszącymi na sobie ślady walki. Nawet trawa poczerwieniała od krwi, wszędzie walały się odcięte kończyny, pogięta broń i strzępy szat. Zwycięscy zabrali tylko ciała swych kamratów, by zawieźć je do ojczyzny. Martwych Aralczyków pozostawiono na pastwę ptactwa i szakali. Słońce jakby ze wstydu skryło się za lasem, już dawno nikt nie widział tak krwawej bitwy. Jeszcze przed nocą buntownicy opuścili Purpurowe Wzgórze. Jedni wozami wioząc ciała kamratów na północ, pozostali dalej na wschód, pod arghańską granicę. Nocne niebo rozgwieździło się nad nimi, w oddali pohukiwały sowy. Długa kolumna byłych niewolników parła dalej, na wschód, po wolność.
   
    W Araknie wybuchła panika, Aralczycy coraz bardziej wierzyli w to, że buntownicy zaatakują stolicę. W całym królestwie ogłoszono mobilizację, a zastępy niewolników kopały fosę dookoła grodu. Natomiast mieszczanie przygotowywali się do masowego opuszczenia miasta. Obowiązuje zakaz wjazdu do stolicy, tylko dowódcy, ze specjalnymi glejtami mogli przemieszczać się swobodnie. W całym państwie magazynowano żywność i wodę. Aralczycy zlekceważyli buntowników i teraz za to zapłacą. Niepokonana dotąd Aralia stanęła przed widmem wojny. Wojny, jakiej jeszcze nikt, nigdzie, nie widział.
    W zamku także panowały przygotowania do wojny. Mimo tak poważnej sytuacji Shakull wciąż nie zdecydował się kogo mianuje swoim następcą. Co gorsza, jego życie, wyraź
nie chyliło się ku końcowi. W sali tronowej, na wielkiej leżance wypoczywał Shakull, obok stali jego synowie. Raz, po raz, pojawiali się tu posłańcy z wiadomościami ze wszystkich krańców Aralii. Do sali wszedł teraz Minister Wojny, i po kilku słowach powitania, wyrecytował raport.
    – Buntownicy są już pod arghańską granicą, jest ich ponoć cztery tysiące.
    – A gdzie nasi łowcy? – spytał ciekawie król.
    – Wczoraj wieczorem, wpadli na ślad niewolników.
    – I co?
    – Obie grupy starły się ze sobą, sześć mil przed farmą w Brend. – odparł słabym głosem Minister.
    – Jak poczynali sobie nasi łowcy, ilu schwytali? – spytał pewnie Shegg.
    Minister zmieszał się, a po chwili odparł.
    – Oddział łowców, został zdziesiątkowany. Przeżyło tylko siedmiu.
    – Co?! Jak to możliwe, żeby niewolnicy pokonali naszych świetnie wyszkolonych ludzi?! – wściekał się Shakull.
    – Ojcze mówiłem, że ci łowcy to mydłki nie znający się na wojaczce. Już lepiej… – dodał moralizatorsko Shezan.
    – …Wynająć Naddustyjczyków! To chciałeś powiedzieć?! – przerwał mu ojciec.
    Shezan chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ojciec nie dał mu szansy.
    – Grozi nam głód, a ty chcesz wydawać pieniądze na armię!!! Nigdy! Buntownicy to nasz problem, i to my musimy go rozwiązać! – wrzeszczał król.
    – Ojcze, nie powinieneś się przemęczać. – uspokajał go najstarszy syn.
    – Co radzisz, mości Ministrze? – spytał już nieco spokojniej Shakull.
    – Łowcy tu już nie pomogą. Trzeba nam dwa, może trzy pułki wysłać na północ. – zaproponował Minister.
    – Tak zrobię. Jeszcze dziś karz wyszykować wojska. – zadecydował król.
    – Pojadę z nimi, jeśli Wasza Wysokość pozwoli.
    – Shezan pojedzie z tobą. Szykuj się chłopcze. – dodał po chwili.
    Minister, razem z Shezanem wyszli z sali, by rozpocząć przygotowania do wyjazdu. Shakull rozparł się wygodnie na leżance, spojrzał na najstarszego syna i rzekł.
    – W tobie moja nadzieja. Sam widzisz, że Shezan nie nadaje się na króla. To ty odziedziczysz po mnie aralską koronę.
    – Dziękuję ci ojcze! – wykrzyknął padając przed ojcem na kolana.
    – Musisz mi jednak coś obiecać.
    – Wszystko co chcesz! – przysiągł, bijąc się kułakiem w pierś.
    – Obiecaj mi, że po mej śmierci, nie odsuniesz braci od władzy.
    – Przysięgam, na mą głowę.
    – Shezana, masz mianować Ministrem Wojny, a najmłodszego brata, Ministrem Skarbu. – zakończył Shakull, kładąc rękę na głowie syna.
    Skrzypnęły drzwi, i do sali wkroczył Sekretarz.
    – Wybacz mi Panie, ale przyszli posłowie. Chcą się z tobą widzieć. – wyszeptał.
    – Proś. – powiedział Shakull, a zwracając się do klęczącego syna, dodał. – Wstań, jutro ogłoszę swoją wolę. Wysłuchajmy teraz, co mają nam do powiedzenia posłańcy.
    Jako pierwszy, wszedł poseł od Swynna. Skłonił się rodzinie królewskiej i powiedział.
    – Mój pan, Swynn zwany Mocarzem. Przesyła ci królu swoje pozdrowienia z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia. Poleca ci pomoc swoich wojsk, w walce z buntownikami.
    – Podziękuj swemu panu za hojność, ale nie skorzystam. Moje wojska też nie są najgorsze, z buntownikami dadzą sobie radę. Chętniej przyjąłbym w zamian kilka cetnarów mąki, zaczyna nam bowiem brakować żywności. – odparł cierpko Shakull.
    – Przekażę to królowi. Możecie być pewni panie, że Naddus zawsze wspomoże przyjaciela w potrzebie. Wszakże Aralia i Naddus to braterskie sobie królestwa, o czym zapewnia was Swynn. Król pyta także, czy wybraliście już swego następcę. – dodał posłaniec.
    – Oczyw… – powiedział młodszy Shakull.
    – Oczywiście, że tak. Uroczysta koronacja za miesiąc. – przerwał mu ojciec.
    – Przekaże te nowiny memu panu. Jeszcze raz polecam nasze wojska. Słyszałem bowiem o bitwie, w której niewolnicy okropnie zmasakrowali wasze wojska Wasza Wysokość. – dodał poseł nie kryjąc ironii.
    – Źleście słyszeli panie pośle. To nie wojska przegrały w bitwie pod Brend, lecz zastępy łowców. – odparł niecierpliwie król.
    – Tak, czy tak, Swynn poleca wam panie swoją armię. – powiedział poseł i kłaniając się wyszedł.
    – Słyszałeś, Swynn jest coraz bardziej bezczelny! – irytował się Shakull.
    – Jeszcze mówi, że mamy źle wyszkolone wojska! – poparł go syn.
    – Przed tobą synu trudne zadanie. Masz nie tylko zjednoczyć Aralię, ale i chronić przed zakusami Swynna.
    – Co radzisz?
    – Umocnić zachodnią granicę. Wybuduj więcej fortów. Shezan ci pomorze.
    Skretarz uchylił lekko drzwi, wystawił głowę do środka sali i spytał.
    – Czy mogę prosić następnego posła?
    – A ilu ich tam czeka? – spytał zmęczonym głosem Shakull.
    – Czterech.
    – Proś następnego.
    Tym razem do sali tronowej wszedł poseł z Argharty. W błyszczącej zbroi i purpurowym płaszczu narzuconym na ramiona, wyglądał bardziej na generała, niż posła. Kiedy doszedł do końca kobierca, wyznaczającego granicę odległości, między królem, a przybywającymi gośćmi, uklęknął, uderzył się pięścią w pierś i powiedział.
    – Przybywam z Argharty z poselstwem od Jego Wysokości – Fellena.
    – Jakie wieści przynosisz od swego pana? – zapytał Shakull.
    – Fellen, pozdrawia was panie, i życzy zdrowia. Przesyła ci maść od naszych kapłanów, ma ona cudowne działanie. – powiedział poseł, podając najmłodszemu królewiczowi słoiczek.
    – Chcą mnie otruć. – szepnął Shakull do syna, jednocześnie uśmiechając się do posła. – Podziękuj ode mnie Fellenowi, a teraz mów, z czym przychodzisz.
    – Donoszę tylko o częstych ruchach wojsk, w okolicy naszych granic. Jego wysokość niepokoi się o bezpieczeństwo Argharty.
    Król odkaszlnął, poprawił się na swojej leżance i odparł.
    – Możesz uspokoić Fellena, ruchy wojsk, które tak go niepokoiły to zastępy łowców, w pogoni za buntownikami. Za kilka dni wszystko ucichnie.
    – Jego Wysokość na wszelki wypadek zamknął argańsko – aralską granicę. Proszę uprzedzić o tym ludność, kupców i przede wszystkim łowców. – powiedział poseł, a z jego głosu powiało mrozem. To nie niepokój o swych poddanych, ale jawny szantaż, był powodem zamknięcia granic. Dawne aralskie imperium, rozsypuje się jak zamek z piasku. To tylko kwestia kilku miesięcy, może tygodni, a przestanie istnieć.
    – Powtórz Fellenowi, że jeśli buntownicy uciekną do Argharty, moi żołnierze nie zawahają się przekroczyć granicy. – odparł hardo król. Chciał w ten sposób zapewnić Fellena o swej determinacji. Żaden podrzędny władyka nie będzie mu dyktował warunków. Wystarczy, że Naddustyjczycy chcą mu wejść na głowę.
    – Przekażę. – odpowiedział sucho poseł i skłoniwszy się, wyszedł z sali.
    – Jak widzisz synu, sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Podejrzewam, że i Zolan też ma mi coś do powiedzenia. – powiedział złowieszczo król.
    Tak jak przewidział, następny poseł przyniósł wieści z Nemeyu. Tym razem poseł ubrany był w prostszy strój, futrzane buty, skórzane portki i krótki kubrak.
    – Witam, Wasza Wysokość! Przynoszę pozdrowienia z Sirap! – wykrzyknął poseł.
    – Witam w Araknie. Mów co ci Zolan przekazał.
    – Mój pan przekazał mi co następuje. Po pierwsze zapytuje o sytuację z buntownikami. Czy nie potrzebujesz Wasza Wysokość jakiej pomocy? – spytał niby uprzejmie poseł.
    – Już wy sytuację dobrze znacie. Nie dość, że wykradaliście nam niewolników, to teraz przyjmujecie zbiegów, jak swoich. O finansowej pomocy nie wspomnę! – odparł jadowicie Shakull.
    – Nie wiem o czym mówicie! Nemey nie wspiera buntowników! – wzbraniał się poseł.
    – Już ja wiem, o czym mówię. Ostrzegam! Jeśli buntownicy uciekną na północ, moje wojska ruszą za nimi! – zagroził. Masz jeszcze jakieś wieści?
    – Już mówię. Po drugie, Zolan, w imieniu wszystkich przebywających jeszcze w niewoli elfów, niziołków i krasnali, prosi o uwolnienie.
    – Żądasz, żebym wypuścił wszystkich niewolników?!!!! – Shakull wręcz nie wierzył własnym uszom. Nawet Nemey stawia mu warunki!
    – Prosi, tylko prosi.
    – Na razie, a co potem?
    – …I po trzecie. Nemey, niniejszym zawiadamia, że nie dalej niż za miesiąc zajmie źródła rzeki Khan. Jako, że większość jej wyznawców to Nemeyczycy…
    – Jak śmiesz!!! Nigdy! Ekh, ekh. – odparł Shakull i zaniósł się duszącym kaszlem.
    – Powiedz Zolanowi, że prędzej Khan zacznie płynąć w drugą stronę, niźli oddamy wam Seth! – dodał młody królewicz.
    – Straże, wyprowadzić tego argańskiego psa! – zakrzyknął śmiało Shegg.
    Wezwano medyka, po czym czterech noszowych wyniosło kaszlącego króla. Resztę audiencji poprowadzić miał przyszły następca. Młody królewicz rozparł się wygodnie na tronie i wezwał do siebie Sekretarza.
    – Został ktoś jeszcze?
    – Dwóch, panie.
    – Prowadź.
    Jako pierwszy wszedł Yavax.
    – Kim jesteś? – spytał szorstko królewski syn.
    – Nazywam się Yavax, jestem wysłannikiem Zelexa, dowódcy buntowników.
    – Jak śmiesz nachodzić króla, niewolniku!
    – Chcemy pokoju.
    – Poddajecie się? – spytał zdziwiony królewicz.
    – Nie. Chcemy pokoju. Proszę o pozwolenie wyjazdu do Nemeyu.
    – Tylko?!
    – Jeśli król da nam glejt a pozwoleniem na wyjazd, za kilka dni nie będzie po nas śladu. – powiedział spokojnie Yavax.
    – A zapłata za zrabowane forty i farmy? Jeśli zapłacicie 5000 dukatów, dam glejt. – powiedział chytrze Shakull II.
    – Latami pracowaliśmy na Aralczyków, to raczej wy powinniście nam zapłacić! – odparł Yavax.
    – Milcz niewolniku, bo oddam cię łowcom! Już oni będą wiedzieli co z tobą zrobić. – uciszył go zagniewany.
    – Chcemy pokoju, jeśli nie…
    – Grozisz mi?
    Yavax spuścił głowę, wbijając wzrok w podłogę i dodał.
    – Nie to chciałem powiedzieć. Jeśli nie, będą ofiary, wiele ofiar. Chcemy wrócić do domu, do ojczyzny.
    Królewicz podrapał się w głowę i spytał.
    – A wracając do domu, nie ograbicie kolejnych fortów?
    – Jesteśmy trzy mile od argańsko – nemeyskiej granicy. Jeśli dostaniemy glejt, ruszymy prosto na północ.
    – Muszę poradzić się ministrów, jutro wydam decyzję. – powiedział Shakull II kończąc audiencję.
    Gdy tylko za Yavaxem zamknęły się drzwi, do sali wszedł Sekretarz.
    – Jest ktoś jeszcze.
    – Kto tym razem? – spytał niecierpliwie następca tronu.
    – Przedstawił się jako mistrz Zorax.
    – Następny poseł, skąd?
    – To nie poseł Wasza Wysokość.
    – To kto?
    – Nie wiem, panie. Prosić?
    – Proś. – zgodził się królewicz.
    Do sali tronowej wszedł Zorax. W powłóczystym, czarnym płaszczu. Z drewnianym kosturem w dłoni. Przeszedł kilka kroków, po czym stanął i rzekł.
    – Witaj królewiczu.
    – Skłoń się, stoisz przed władcą Aralii, kmieciu. – nakazał mu stojący obok tronu Shegg.
    – Nie zawsze ten, kto siedzi na tronie jest królem. – odparł filozoficznie Zorax.
    – Trochę pokory niewolniku! – wrzasnął królewicz. – Jeśli mi się nie pokłonisz, zetnę ci głowę.
    Mimo, że Zorax wiedział, że nie stoi przed królem, lecz przed jego synem. Z pokorą zgiął kark. Widząc to, obaj bracia uśmiechnęli się lekko.
    – Teraz mów, z czym przychodzisz. – pozwolił łaskawie starszy z braci.
    – Przychodzę w imieniu wszystkich niewolników. Prosić Waszą Wysokość o ich uwolnienie. – powiedział spokojnie Zorax.
    – Popatrz bracie, niewolnicy mają dziś wielu obrońców. – powiedział drwiąco królewicz. A zwracając się do starca dodał. – Spóźniłeś się, Nemeyczycy też o to zabiegają.
    – Uwolnisz ich panie?
    – A dlaczego miałbym to zrobić?
    – Chciałbym zaproponować pewną umowę. Wiem, że wasz ojciec jest chory, niebawem może umrzeć. Jestem uzdrowicielem. Jeśli go wyleczę, niewolnicy zyskają wolność. – powiedział pewny siebie Zorax.
    – Jaką mam pewność, że go uzdrowisz, a nie…? – spytał niedowierzająco Shegg.
    – Bez mojej pomocy i tak umrze. – odparł czarownik.
    – Mego ojca leczyło już wielu czarowników, sądzisz, że jesteś lepszy? – spytał przyszły następca tronu.
    – Znam Gwenda, to podrzędny kuglarz. W Aralii nie ma dobrych magów. – odparł hardo Zorax.
    – A ty nie jesteś kuglarzem? – spytał jadowicie młody Shakull.
    Zorax wyciągnął w górę obie ręce, wyszeptał zaklęcie. Po chwili nad jego głową ukazały się ogniste, zielonkawe płonące okręgi. Mag prostując palce, skierował okręgi pod powałę, skąd oświetlały całą komnatę.
    – Czy kuglarz zrobiłby coś takiego? – spytał z uśmiechem starzec. Pstryknął palcami i ogniste kręgi zgasły.
    – Powiedz memu Sekretarzowi, aby dał ci kwaterę. Wieczorem wezwę cię do mego ojca. – powiedział spokojnie starszy z braci.
    Zorax wyszedł. Kiedy szedł korytarzem, nagle ktoś spośród stojącej grupki zawołał.
    – Mistrz Zorax?
    Starzec odwrócił głowę, by zobaczyć kim jest pytający.
    – Nazywam się Yavax.
    – Witam, jestem Zorax.
    – Zelex opowiadał mi o was mistrzu. – powiedział Yavax.
    – Znasz Zelexa? Chodź ze mną, wyznaczono mi tu kwaterę. Usiądziemy i porozmawiamy spokojnie. – zaproponował Zorax.
    Poszli razem. Krętymi korytarzami, przez kilka komnat, poza pałac. Tam gdzie Shekull zwykł przyjmować posłów. Kwatera Zoraxa była ciasna, stało tam łóżko, stół i dwa krzesła. Pokój oświetlany był przez wąskie okienko, umieszczone wysoko, tuż pod sufitem. Na podłodze stał mały kaganek z resztką świecy. Starzec i jego gość usiedli przy stole, mag wyjął ze swojego tobołka prowiant: dwa kawałki sera i pół bochenka chleba. Sługa przyniósł gąsiorek wina. Kiedy już obaj nasycili się, Zorax spytał.
    – Skąd znasz Zelexa?
    – Jestem wysłannikiem armii buntowników. Zelex dowodzi armią, on ma znak. – tłumaczył Yavax.
    – Słyszałem, że jesteście już pod argańską granicą? – dopytywał się starzec.
    – Tak, teraz nie wiemy co robić. Iść dalej na południe, czy uciekać na północ.
    – Co na to Shakull?
    – Waha się. Zelex mówił mi, że jesteście panie uzdrowicielem, prawda to?
    – Dużo o mnie wiesz, często rozmawiasz z Zelexem?
    – Pewnie nie wiesz mistrzu, że Zelex to mój brat. – oznajmił Yavax.
    – Jak się o tym przekonałeś? Znam Zelexa od lat i nie mówił, że ma brata.
    – Wspominaliśmy rodzinne strony i okazało się, że pochodzimy z tej samej wioski. Zelex zapamiętał imię wuja, który nas wychowywał. Jestem starszy od Zelexa, pamiętam jak napadli naszą wioskę łowcy. Myślałem, że zabili Zelexa. Miał zaledwie sześć lat. – wspominał Yavax.
    – Znalazłem go kilka lat później. Miał nie więcej niż dwanaście lat, jego właściciel używał go zamiast konia. Znak zauważyłem nie dawno, wtedy posłałem go na północ. Poszedł z nim krasnolud. Nazywał się…
    – Eytan, prawda? – wpadł mu w słowo Yavax.
    – Właśnie tak, zdrów on?
    – Niestety, zginął w bitwie pod Brend. – odparł smutno elf
    – Słyszałem o niej, ponoć strasznie rozgromiliście Aralczyków? – dopytywał się starzec.
    – Wysłali za nami łowców, a nie są oni dobrymi wojakami.
    – Powiedz jak Zelex, zdrów aby? Stopa mu nie dokucza?
    – Czuje się dobrze. Kazał mi przekazać wam pozdrowienia. Dodał, że jeśli byście tylko chcieli, mam zabrać was ze sobą. – odparł Yavax.
    – Za stary już jestem, na taką podróż. Powtórz mu, że zimą wracam do Sirap, tam się spotkamy.
    Po skończonej audiencji Shakull, wraz ze swym młodszym bratem poszli do komnaty ojca. Przekazać ważne wiadomości. Zastukali cicho w drzwi ojcowskiej komnaty.
    – To wy chłopcy? Wejdźcie. – dał się słyszeć głos ojca.
    Uchylili drzwi, zawiasy zazgrzytały potępieńczo. W komnacie panował półmrok. Przez ciężkie zasłony przebijało kilka ostatnich promieni słonecznych, a przy łóżku świecił słabo kaganek. Chory leżał na łóżku, przykryty cienką derką. Z obandażowanej nogi sączyła się krew. Na widok synów usiadł, podpierając się na łokciach. W powietrzu unosił się duszący zapach przeróżnych specyfików, ustawionych na małym stoliku. Pierwszy do ojcowskiego łóżka podszedł Shegg, ukochany syn, który nie będzie niestety mógł być następcą tronu.
    – Jak wam, ojcze? – spytał troskliwie.
    – Już lepiej. – odparł chrapliwym głosem Shakull I.
    Dopiero teraz do łóżka podszedł także najstarszy z braci. Lekko drżącym głosem powiedział.
    – Przybył poseł buntowników, chcą ugody.
    – Nie czas nam o tym mówić. Musimy przyspieszyć twoją koronację, niebawem umrę. – odparł ojciec.
    – Będziesz żył. Pewien mag twierdzi, że potrafi cię uleczyć. – pocieszał go pierworodny syn.
    – O czym mówisz synu? Jaki mag?
    – Był na audiencji, twierdzi, że potrafi ci pomóc.
    – Pewnie znowu jakiś kuglarz. – odparł z niechęcią ojciec.
    – Sprawdziliśmy go, jest lepszy od Gwenda. – zapewniał Shegg.
    W oczach ojca zamigotała ostatnia nadzieja. Mimo, że pogodził już się ze śmiercią, żal mu odchodzić z tego świata.
    – Powiadasz, że taki dobry? Przyprowadź go.
    Shegg poszedł więc zawołać Zoraxa. Był ledwie kilka kroków od ojcowskiej komnaty, kiedy usłyszał wołanie brata.
    – Wracaj, on właśnie umarł!
    Razem z Sheggiem do komnaty wszedł Shezan. Spojrzał na leżącego w łóżku ojca, potem na stojącego u wezgłowia brata i spytał.
    – Co z ojcem? Słyszałem, jak krzyczałeś.
    – Umarł na moich rękach. – odparł oszołomiony.
    – To kto będzie następcą? – spytał zdumiony Shezan.
    – Wczoraj ojciec powiedział mi, Shegg też to słyszał. Ojciec chciał, żebym to ja był następcą. – odparł spokojnie najstarszy z braci.
    – A co z nami? Wypędzisz nas z pałacu? – spytał jadowicie Shezan.
    – O tym też mówił. Kazał mi, mianować cię Ministrem Wojny, a Shegga Ministrem Skarbu. Taka była wola naszego ojca. – zakończył smętnie.
    – Nie mówmy na razie nikomu o śmierci ojca. – powiedział tajemniczo Shegg.
    Obaj bracia spojrzeli na niego i chórem spytali.
    – Po co?
    – Myślę, że warto utrzymać to na razie w tajemnicy. Da nam to przewagę. – tłumaczył Shegg.
    – Nadal nie rozumiem, po co robić z tego tajemnicę. – odparł niecierpliwie Shezan.
    – To proste. Będziemy mięli możliwość rozwiązania kilku naszych problemów z zaskoczenia. Na początek, zająć się posłami, którzy przybyli do pałacu, a potem…
    – Teraz rozumiem! Zabieram się do pracy. – powiedział uradowany Shezan i wybiegł z komnaty. Po chwili do królewskiej sypialni wszedł Gwend. Spojrzał na królewskich synów i spytał.
    – Coś się stało?
    Obaj bracia zmieszali się na widok maga. Pierwszy, głos odzyskał starszy z braci.
    – Nie nic, przyszliśmy tylko powiedzieć ojcu dobranoc. Już wychodzimy, nie wolno mu zakłócać snu. – powiedział Shakull i razem z bratem szli wolno w stronę drzwi, tak, aby zasłonić widok Gwendowi. On jednak nie dał się zwieść, doskonale znał stan zdrowia króla. Domyślał się, że śmierć dosięgnie go w ciągu następnych kilku dni.
    – Chciałbym posiedzieć przy Jego Wysokości, przez kilka chwil. Sprawdzę opatrunek. – dodał chytrze Gwend, licząc na ich naiwność.
    Obaj bracia nie byli już tacy naiwni, jak dawniej. Stanęli na wprost Gwenda ze słowami.
    – Ojciec musi wypocząć. Opatrunek można zmienić jutro.
    – Tylko sprawdzę, czy krew nie przesiąka. – odparł nieco już poirytowany.
    Przyszły następca tronu jednak nie dał się zwieść.
    – Nie. – powiedział przez zaciśnięte zęby. Oczy błyskały mu ze złości, zupełnie jak jego ojcu.
    Gwend gniewny już nie na żarty, położył rękę na ramieniu Shegga i słodkim głosem rzekł do niego.
    – Możesz mi wierzyć, przecież jestem magiem i uzdrowicielem Jego Wysokości.
    Shakull II wydobył z siebie najgroźniejszy głos, jaki tylko mógł.
    – Nie słyszysz magu?! Ojciec śpi, wyjdź stąd natychmiast!
    Tego Gwend się nie spodziewał. Oczy zwęziły mu się z wściekłości, a twarz poczerwieniała. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty.
    – Trzeba go unieszkodliwić. – rzekł Shegg spokojnym głosem.
    – Tak, i to jak najszybciej. – poparł go starszy brat.
   
    Sekretarz biegł wąskim korytarzem, mimo swych lat, biegł całkiem szybko. Na nogach miał skórzane ciżemki, więc mimo iż biegł szybko, nie słychać było tupotu jego nóg. Gdy dopadł kwatery Zoraxa, otworzył drzwi na całą szerokość. Starzec nie spał jeszcze. Siedział przy stole i rozmawiał z Yavaxem. Gdy drzwi się otworzyły, obaj spojrzeli na gościa.
    – Uciekajcie! Stary Shakull umarł tej nocy. Władzę przejął jego najstarszy syn.
    Tak starzec, jak i jego towarzysz wzruszyli beznamiętnie ramionami. Nie rozumiejąc powagi sytuacji.
    – Dlaczego mamy uciekać? – spytał zdziwiony starzec.
    – Ministrem Wojny został Shezan. Chce zabić wszystkich posłów, by zyskać nad sąsiadującymi państwami przewagę. Uciekajcie, ludzie Shezana są tuż, tuż! – krzyknął ostrzegawczo Sekretarz, a po chwili pobiegł dalej. Jeszcze przed północą, na pałacowym dziedzińcu znaleźli się wszyscy posłowie, oprócz posła Naddus. Ponieważ Schezan cenił sobie Swynna, postanowił oszczędzić jego posła. Wszyscy zebrani chcieli jak najszybciej wydostać się ze stolicy, by uniknąć śmierci. Tylko dzięki ostrzeżeniu Sekretarza, nie zostali zamordowani, przez siepaczy Shezana. Starzec zdołał na czas uciec, tylko dzięki pomocy Yavaxa, który ukradł z królewskiej stajni wierzchowca dla Zoraxa.
    Na odpoczynek pozwolili sobie, dopiero pięć mil za Arakną.
    – Teraz chyba już nas nie dogonią. – wysapał zmęczony Yavax.
    – Uratowałeś mnie. Jestem twoim dłużnikiem. – powiedział z wdzięcznością Zorax.
    – Zelex nie darowałby mi, gdybym zostawił was mistrzu, na pastwę Aralczyków. – odparł skromnie Yavax.
    – Co teraz zamierzasz? – spytał rzeczowo starzec.
    – Musimy uciekać na północ. Do naszych oddziałów. – zdecydował elf.
 
VI
 
    Zapadła noc. Atramentowe niebo, zasnuło się gęstą warstwą chmur. Wszechobecna ciemność ogarnęła całą Aralię. Jednak nie na długo. O północy niebo nad stolicą pojaśniało od płonących strzech. Buchający zewsząd ogień oświetlał cały dziedziniec. To Shezan razem ze swym wojskiem przeprowadzał czystkę. Na pierwszy ogień poszły zabudowania magów, które młody dowódca kazał puścić z dymem. Natomiast wybiegających z nich mieszkańców, natychmiast uśmiercać. Wszystkich, z wyjątkiem Gwenda, do którego miał inne plany. Potem, unieszkodliwił wałęsającą się po zamku szlachtę. Wielu z aralskich szlachciców miało chrapkę na aralski tron. Z obawy o bunt, młody król kazał ich wtrącić do lochów. Jednak Shezan tak gorliwie spełniał swoje nowe obowiązki, że w drodze do lochów, połowę szlachciców zabił. Blady strach padł na każdego, kto bodaj jednym słowem sprzeciwiał się młodemu królowi. Nawet służba pałacowa lękała się o swoje życie. W ciągu następnych kilku dni, przez stolicę przetoczyły się niezliczone wojska. Zewsząd napływały meldunki, o aktualnej ich pozycji. Wbrew naciskom zza zachodniej granicy, król obył się bez interwencji Naddustyjczyków. Wzmocnił północną granicę, a pozostałe wojska wysłał w pościg za buntownikami. Obie armie spotkały się w końcu, niedaleko miasteczka Troa. Armia aralska liczyła ponad dziesięć tysięcy żołnierzy, buntownicy natomiast, posiadali pięć tysięcy.
    Tym razem do starcia doszło w miejscu wyznaczonym przez Shezana. Wojska aralskie zajęły północno – zachodnie skrzydło, spychając buntowników na południowy wschód. Tak, aby zachodzące już słońce świeciło im prosto w oczy.
    Tymczasem w obozie buntowników, panowały gorączkowe przygotowywania do zbliżającej się bitwy. Wojownicy czyścili swoją broń, konni poili swe rumaki. Dowódcy, radzili nad taktyką. Pod wielkim namiotem zebrali się wszyscy najważniejsi dowódcy: Yoxin, Fervax, Yavax, oraz jego brat Zelex. Nie zabrakło także Zoraxa, który przybył wczoraj razem z Yavaxem. Przygotowania dobiegały końca.
    – To będzie nasza ostatnia bitwa. – rzekł proroczo Zelex.
    – Sądzisz, że przegramy? – spytał Fervax.
    – Nie, chciałem tylko powiedzieć, że nawet jeśli przegramy. Po tej bitwie wracamy do domu. Nie trzeba nam aralskiej krwi. Mamy już to, o co walczyliśmy. – odparł Zelex.
    – Teraz pomyślmy, co zrobić, by pokonać Aralczyków. – powiedział z troską Yavax.
    – Czy nasi szpiedzy, wrócili? – spytał rzeczowo Zelex.
    – Zdali już raport. Aralczyków jest dwa razy więcej. Mają trzy tysiące piechurów, dwa tysiące łuczników i pięć tysięcy konnych. Wojskami dowodzi ponoć Shezan, jeden z synów zmarłego króla. – powiedział Fervax.
    – Tym razem są doskonale przygotowani. – pochwalił ich Yoxin.
    – Tak, tym razem nas nie zlekceważyli. – dodał grobowo Yavax.
    Nie wiadomo ile trwałaby ta narada, gdyby nie niespodziewany atak aralskich wojsk. Jako pierwsi do ataku ruszyli piesi. Z toporami i mieczami w dłoni, parli przed siebie. Nie biegli, szli na tyle szybko, by zaniepokoić przeciwników, i na tyle wolno, by się nie zmęczyć. Z minuty, na minutę kolumna piechurów wiła się między pagórkami, niczym gigantyczny wąż. Buntownicy szybko sformowali falangę, w każdej chwili gotowi do kontrataku. Zbliżała się decydująca chwila, kiedy obie kolumny miały zetknąć się ze sobą. Kiedy dzieliła ich odległość ledwie kilkunastu kroków, obie kolumny z okrzykiem bojowym ruszyły do ataku. Zgrzyt broni, okrzyki rannych i świst strzał, to jedyny akompaniament dla tej sceny. Gdy szeregi piechurów się przerzedziły, z rżeniem koni i tupotem kopyt, ruszyli konni. Świst strzał nie ustawał, obie strony bez przerwy obrzucały się setkami pocisków. Gdy konni byli już na polu bitwy, łucznicy zaczęli podpalać groty swych strzał. Jako pierwszy zapalił się obóz buntowników, po chwili nawet namiot dowódców sypiąc miliony iskier, stanął w ogniu. Słońce, kryło się już ku zachodowi, ale na polu walki nikt nie myślał o chłodzie. Zastępy niewolników poczęły się niepokojąco zmniejszać. Widząc to, Zelex postanowił uderzyć na wrogów całą dostępną mu siłą, angażując do walki nawet oficerów, samemu dając przykład. Z pięciotysięcznej armii buntowników, jeszcze przed zachodem pozostał ledwie tysiąc. Przeciwnicy natomiast, stracili co prawda dwa razy tyle, ale cóż z tego, skoro zostało jeszcze osiem tysięcy. Słońce dawno już zaszło, buntownicy musieli zdać sobie sprawę z własnej porażki. Aby ocalić choćby garstkę, zaczęli się powoli wycofywać na zachód. Mięli nadzieję, że sprzyjający im Arghanie, pozwolą schronić się w swej ojczyźnie. Arghańskie zastępy czekały kilka mil od granicy, by w razie porażki buntowników, pospieszyć im z pomocą. Tymczasem armia Zelexa wciąż wycofywała się na wschód. Gdy tylko Shezan to zauważył, rozkazał wysłać rozkaz do stacjonującego nieopodal garnizonu, by odciął drogę uciekinierom. Shezan postawił sobie za punkt honoru absolutne zwycięstwo w tej bitwie. Musiał zabić, bądź schwytać wszystkich buntowników, aby bunt ten nigdy się już nie odrodził. Wiadomość o uciekinierach dotarła do garnizonu na czas, jednak zanim posiłki doszły na miejsce, zostały zaatakowane, przez grupę Arghańczyków. Co prawda Aralczycy obronili się przed intruzami, jednak sam atak spowolnił tempo ich marszu, a oto właśnie chodziło. Tak więc na wyznaczone pozycje przybyli w chwili, kiedy buntownicy dotarli właśnie do dzielącej dwa państwa puszczy. Do drużyny pościgowej zostali wyznaczeni najlepsi żołnierze, głównie konni.
    Jako pierwsi do granicy dobiegli jeźdźcy: Zelex z Zoraxem i Yavax z Xunem. Pozostali, w liczbie dwunastu to ranni i zmęczeni piechurzy nie mający już sił do dalszej ucieczki. Teraz mogli nieco zwolnić, gdyż pogonią zajęły się kolejne arghańskie zastępy.
    – Gdzie Fervax? Widział go ktoś? – spytał Zelex.
    – Jeszcze przed chwilą był ze mną. – odparł Yavax.
    – A gdzie Eytan i Voxal? – dopytywał się Yavax.
    – Eytan zginął zanim jeszcze zaczęliśmy się wycofywać. – odrzekł Zelex.
    – Teraz musimy dotrzeć do najbliższego garnizonu. Tam już będziemy bezpieczni. – powiedział zdyszany Yavax.
    Wtem usłyszeli za sobą tętent kopyt. Po chwili za gęstych krzaków wyłoniła się głowa ich przewodnika.
    – Uciekajcie! – wychrypiał przewodnik.
    Wszyscy jak jeden mąż wskoczyli na swych wierzchowców. Nie mogli się dobrze rozpędzić, ponieważ raz po raz musieli schylać się, by nie uderzyć się w głowę o pnące się tuż ponad ich głowami konary. Już słyszeli pokrzykujących Aralczyków, i świszczące nad głowami strzały, kiedy jedna z nich trafiła Zelexa w plecy. Ugodzony zachwiał się lekko, a po chwili zanurkował w runo, padając na twarz. Pozostali natychmiast zauważyli brak towarzysza i zawrócili. Kiedy już do nie podjeżdżali, Aralczycy wystrzelili do nich grad pocisków. Wszyscy musieli zeskoczyć z koni, by jak najszybciej dotrzeć do Zelexa. Zorax i Xun zajęli się odparciem ataku, a Yavax podczołgawszy się do brata osłaniał go od wszechobecnych strzał.
    – Poczekaj chwilę, zaraz wyjmę z ciebie strzałę i przeniosę w bezpieczniejsze miejsce. – powiedział spokojnie Yavax. Kiedy wreszcie udało mu się wyjąć z brata strzałę, przełożył go sobie przez ramię i ruszył w głąb lasu. Tuż za nim szedł Zorax, ciągle atakując Aralczyków siłą swej magii.
    – Gdzie Xun? Nie widzę go. – spytał niespokojny Zelex.
    – Aralczycy go zabili. Uciekajmy, jego już nie uratujemy. – poganiał ich starzec.
    Przeszli raptem kilka wiorst, kiedy krwawiący wciąż Zelex poprosił Yavaxa, aby gdzieś stanęli. Usadowili się pod rozłożystym dębem. Zelex siedział wsparty o pień, a pozostali posiadali wokół niego.
    – To już koniec naszej wędrówki. Jesteśmy w domu. – odrzekł słabo Zelex.
    – Jeszcze tylko kilka mil i dojdziemy do garnizonu. Chodźmy, nie traćmy czasu. – ponaglał Yavax.
    – Musicie mnie tu zostawić, sami dojdziecie tam szybciej. – odparł Zelex.
    – Nie zostawimy cię. Dotrzesz tam razem z nami. Przecież takie jest twoje przeznaczenie. – przekonywał go starzec.
    – Nie mistrzu. Przeznaczeniem było wyzwolenie nas, dokonałem już tego. Pokazaliśmy Aralii, że mamy swoje prawa i w razie potrzeby możemy się bronić. Większość wyzwolonych jest już w Argharcie lub w Nemeyu. Jestem pewny, że Zolan i Fellen nie oddadzą naszych braci Aralczykom. – mówił Zelex.
    – Wyleczę cię, kiedy rana się zagoi, ruszysz z nami. – zaproponował Zorax.
    – Zanim rana się zagoi, dopadną nas Aralczycy. Przecież dobrze wiem ile goją się takie rany. Nie raz przyglądałem się wam mistrzu, na to potrzeba czasu. Czasu, którego nie macie. – odparł uparcie Zelex.
    – Nie pójdę bez ciebie. Jesteś moim bratem! – krzyczał Yavax.
    Zelex zakasłał, potem poprawił swoje legowisko i dodał.
    – Musicie uciekać, bo ktoś musi dotrzeć do Fellena i opowiedzieć mu o naszej doli. To się nie może powtórzyć. Niewolnictwu należy położyć…kres. – w tym momencie kolejna strzała dosięgła Zelexa. Upadł, a gdy Yavax przyłożył ucho do jego ust, zdążył jeszcze usłyszeć: „Nie pozwól, aby to się powtórzyło”. W chwilę potem, zewsząd otoczyli ich aralscy łucznicy.
 
KONIEC

  
autor nieznany

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz