Czas wojny

Wstęp
   
Po tym jak Shakull II został nowym władcą Aralii, w królestwie zapanowała anarchia. Do niedawna podbite plemiona, sprzeciwiły się rządom Aralii. Nemey odebrał Aralii miasteczko Seth. Argharta zamknęła swoje granice, była to kara za samowolne przekroczenie granicy przez aralskich żołnierzy goniących buntowników. Graniczące od zachodu Naddus coraz częściej wysyłało swych wojowników na łupieżcze wyprawy do Aralii. Po całym kraju włóczyły się niezliczone grupy awanturników rabujących nielicznych jeszcze bogaczy. Mimo zabiegów Nemeyu, nie zniesiono niewolnictwa, a małe grupki łowców nie przestawały polować na elfy, krasnoludy i niziołki. Lecz nie były one już tak bezbronne jak kiedyś. Po buncie, na czele którego stanął Zelex, Liczne niedobitki mniejszościowe błąkały się po Aralii i okolicach, łaknąc odwetu na handlarzach i byłych właścicielach.

    Aralia chyliła się ku upadkowi, nieliczne pozostałości po jej potędze przypominały obywatelom o lepszych czasach. Sam król boleśnie odczuwał kryzys w królestwie, wciąż zastanawiając się co zrobić, by poprawić ten stan.
   

 I

    Słońce piekło niemiłosiernie, poprzez piaski naddustyjskiej pustyni przedzierała się pięcioosobowa karawana. Konie, na których jechało dwóch wojowników tonęły w piasku po kolana. Pozostali szli pieszo, zanurzając nogi w rozgrzanym piasku. Konni ubrani byli w sięgające kolan portki i długie skórzane buty, przez plecy przerzucone mięli skóry zwierzęce. W rękach trzymali długie stalowe włócznie, które nagrzane w słońcu parzyły ich w dłonie. Oprócz włóczni uzbrojeni byli w wiszące u boku, długie miecze. Piesi ubrani skąpiej, tylko w przepaski na biodrach i małe ciżemki. Ich bronią były typowe dla Naddustyjczyków krótkie, długości łokcia zakrzywione noże.
    – Oddałbym swoją broń za kubek wody! – jęknął jeden z pieszych, oblizując spierzchnięte wargi.
    – Jesteś strasznym tchórzem Freek. Wystarczy dzień bez wody, a już miękniesz. – zganił go jeden z konnych.
    – Wczoraj mówiłeś, że gdzieś tu powinna być woda. – wypomniał mu Freek.
    – Bo jest, zaraz dojdziemy. – obiecał przewodnik.
    – Jak zwykle łżesz Blaag. – wściekał się piechur, dalej grzęznąc w piasku.
    – Tam! – krzyknął nagle przewodnik pokazując palcem jakiś odległy punkt na horyzoncie.
    Pozostali spojrzeli we wskazanym kierunku, ale widać było tylko zamazany kształt.
    – Nic nie widzę. – Odparł drugi z konnych.
    – Nie widzicie?! – dziwił się przewodnik. Widząc głupie miny swych towarzyszy dodał. – To oaza.
    Na dźwięk tego słowa tak ludziom, jak i zwierzętom przybyło energii. Piechurzy raźniej przedzierali się piaski, a konie zaczęły żwawiej podskakiwać by kopyta nie zapadały im się zbyt głęboko. W kilka chwil potem byli już o wiorstę od oazy. Stała się bardziej widoczna. Wędrowcy byli już o kilkanaście kroków przed pierwszymi palmami, gdy nagle, zza okolicznej góry wyłoniła się mała grupka ludzi. Po bliższym przyjrzeniu się im okazało się, że jest to mały oddział byłych niewolników, którzy wędrując z jednego miejsca na drugie poszukują swych byłych właścicieli. Nagle stało się jasne, że obie te grupy nie mogą podzielić się wodą i nielicznymi na niej owocami. Kiedy przywódca wędrowców zdał sobie z tego sprawę, jedyny rozkaz jaki mógł w tej chwili wydać to: „Do ataku!” Obaj konni wystawili do przodu swoje włócznie, a piesi wyjęli zza pasa noże. Przeciwnicy, mimo że w większej grupie bali się konfrontacji z oddziałem myśliwych. Wiedzieli, jak zajadle potrafią walczyć łowcy, tym bardziej jeśli chodzi o pojedynek z komandem elfów. Obie grupy starły się ze sobą o kilka kroków od oazy. Ponieważ w skład komanda elfów wchodzili tylko piechurzy, łowcy na pierwszą linię wysunęli konnych. Ruszając do ataku, najpierw rzucili włóczniami. Ponieważ byli wprawieni w swym fachu, trafili w przeciwników za pierwszym razem. Wyciągnąwszy miecze, zaczęli zawzięcie siec na wszystkie strony. Jednak elfy były przygotowane na walkę z konnymi. Zarzuciwszy rybacką sieć na głowy jeźdźców, powalili ich na ziemię. W tym momencie do ataku przystąpili piesi łowcy, rzucając się na elfy ze swymi nożami w dłoniach. Lecz i na nich zarzucono sieci. W kilka chwil potem, związani łowcy leżeli w pobliżu pilnującego ich elfa.
    – Ocalcie mi życie! – wrzeszczał na całe gardło jeden ze spętanych.
    – Ależ z ciebie tchórzliwy szczur, Freek. – odparł przewodnik.
    – Nie boisz się śmierci, Blaag?! – spytał zjadliwie leżący obok Freek.
    – Walczyłem pod Brend z tymi śmieciami, nie będę prosił ich o litość. – odparł dumnie Blaag.
    – Jak zwykle łżesz Blaag. – zganił go trzeci łowca.
    – Ja łżę?! Gdybym nie był związany to bym ci pokazał… – zagroził Blaag
    – Łżesz! Nie mogłeś walczyć po Brend, a wiesz dlaczego? Bo w tej bitwie łowcy zostali pobici! – dodał dobitnie na koniec Quong.
    – Pokonali nas, to się zgadza, ale ja przeżyłem. – odparł dumnie Blaag.
    – Ciszej tam, psie syny!!! – uciszył wszystkich pilnujący ich elf.
    Kilka kroków od jeńców siedzieli zwycięzcy, zajadając świeże owoce i popijając wodą. Z dziesięcioosobowej grupy, po bitwie zostało ich ośmiu. Właśnie zastanawiali się co zrobić z jeńcami, kiedy podszedł do nich elf, który pilnował jeńców. Przysiadł się obok dowódcy i szepnął mu do ucha.
    – Podsłuchiwałem naszych jeńców.
    – Co mówili? – spytał dowódca.
    – Jeden z nich chwalił się, że brał udział w bitwie pod Brennd. – odparł konspiracyjnie elf.
    – Dawaj go tu. Już ja sobie z nim pogadam. – zadecydował Folik.
    Po chwili dwóch silnych elfów przyciągnęło do ogniska związanego Blaaga.
    – Słyszałem, że przechwalałeś się jakim to jesteś wiarusem! – powiedział kpiarsko Folik.
    Blaag fuknął tylko ze wzgardy, po czym powiedział.
    – To prawda! A tobie co do tego, szczurzy pomiocie?!!
    – Trochę więcej pokory panie Blaag. Jesteś moim więźniem, jak tak dalej będziesz się do mnie zwracał, karzę cię zabić. – zganił go elf.
    – I tak mnie zabijesz! – zaperzył się łowca.
    – Śmierć nigdy nie jest taka sama, panie Blaag. Od ciebie tylko zależy, czy umrzesz dziś, czy za kilka dni. A także czy umrzesz szybko, czy będziesz konał godzinami. – odparł spokojnie Folik.
    Na te słowa Blaag przełknął głośno ślinę i spokojniejszym już głosem spytał.
    – Co chcesz wiedzieć?
    – Czy to prawda, że walczyłeś pod Brend.
    – Jeśli powiem, to dacie nam wody? – próbował się targować Blaag.
    – Zgoda. – odparł elf, a zwracając się do swoich kamratów dodał. – Dajcie im wody.
    Gdy tylko wszyscy jeńcy ugasili pragnienie, Folik spytał ponownie.
    – Czy to prawda, że walczyłeś pod Brend?
    – Tak, to prawda. – odparł szczerze łowca.
    – Kto wami dowodził?
    – Jeden z aralskich oficerów. Nazywał się…
    – Jak?! – wrzasnął Folik wściekły nie na żarty.
    – Nie pamiętam. – odparł wymijająco Blaag.
    Na te słowa elf wyciągnął zza pazuchy myśliwski nóż, z dwoma ostrzami. Pierwsze, zwykłe służyło do dobijania zwierzyny. Natomiast drugie – ząbkowane służyć miało do oddzielania skóry od mięsa. Człowiek zaatakowany tym ostrzem umierał w strasznych męczarniach. Rana pozostawiona po tym ostrzu bardzo długo się goiła.
    – Mam tu coś, co pomoże ci przypomnieć! – powiedział Folik przystawiając nóż do gardła Blaaga.
    – Ja naprawdę nie pamiętam jego imienia. – zapewniał go łowca.
    – Więc nie marnuj mojego czasu, na swoje łgarstwa. – odparł elf, każąc swoim kamratom by położyli go, tam gdzie przedtem.
    – Nie kłamię!!! Byłem pod Brend, widziałem go! – krzyczał łowca.
    Na te słowa doskoczył do niego jeden z elfów.
    – Kogo widziałeś?! Mów!
    Blaag uśmiechnął się złośliwie i odparł.
    – Waszego wodza.
    – Kogo masz na myśli? – spytał ciekawie Folik.
    – Zelexa, przecież to jego szukacie?
    Folik tylko machnął od niechcenia ręką i dodał.
    – Łżesz. Nie pamiętasz swojego dowódcy, a twierdzisz, że widziałeś Zelexa.
    – Bo widziałem. – zapierał się łowca.
    – Jesteś Aralczykiem?
    – Tak. Byłem akurat w pobliżu Arakny kiedy ogłoszono mobilizację łowców. – zapewniał Blaag.
    – Kto wami dowodził?! – wściekał się dalej elf.
    – Nie wiem kto, ale wiem, że był wysokim oficerem. Ludzie gadali, że był przyjacielem Shezana. – dodał tajemniczo Blaag.
    – Powiedzmy, że ci wierzę. – powiedział chytrze Folik. – Jeśli daruję ci życie, zaprowadzisz mnie tam?
    – A uratujesz moich kompanów? – odpowiedział pytaniem na pytanie łowca.
    – Nie targuj się ze mną psi synu! – wściekał się elf. Lecz widząc zawzięcie w oczach Aralczyka dodał. – Nie mogę ci obiecać, że ich uratuję. Nie zabiję ich, tylko zostawię w tej oazie związanych.
    Blaag widział, że więcej nie może dla nich zrobić. Musiał się zgodzić.
    Następnego dnia skoro świt, komando elfów wyruszyło w drogę. Zabierając obydwa konie i jednego jeńca, pozostali jeńcy, związani leżeli w cieniu palmy. Na pierwszym koniu usiadł dowodzący komandem elf – Folik. Na drugim związany Blaag. Idąc na północny wschód kierowali się w stronę dbawnej farmy w Brend. Kiedy wyszli wreszcie z pustyni przewodnik elfów skierował się w stronę Nemeyu. Gdy tylko Blaag zorientował się w kierunku jazdy zaprotestował.
    – Po co skręcamy na północ?
    – Na skróty, przez Seth. – odparł lakonicznie przewodnik.
    – Każą nam zawrócić. – powiedział Blaag.
    – Kto miałby nam kazać? – spytał jadący na czele kolumny elf.
    – Nie wiecie, że Seth nie jest już własnością Aralii? – odparł łowca pytaniem na pytanie.
    – A czyją miałaby być?!
    – Od roku jest pod panowaniem Nemeyu. Nie wiedzieliście?!
    Po krótkiej chwili ciszy odezwał się Folik.
    – Mam nadzieję, że mówisz prawdę, bo kłamstwo będzie cię drogo kosztować. – powiedział elf grożąc przy tym jeńcowi palcem.
    Skręcając na wschód, po kilku milach ujrzeli las.
    – Za tym lasem będzie Khan. – powiedział Blaag.
    Folik spojrzał tylko na jeńca jadącego tuż za nim. Obawiał się, że będzie chciał teraz uciec. Zna teren, a w lesie łatwo się ukryć. Skinął więc ręką na jednego ze swych kompanów szepnął do niego.
    – Uważaj na tego Aralczyka. Coś mi mówi, że będzie próbował uciekać.
    Elf pilnujący jeńca kiwnął głową i wrócił na swoje miejsce. Trzymając za uzdę prowadził kasztanowego konia, co chwilę spoglądając podejrzliwie na siedzącego na nim człowieka. Ponieważ zaczęło się zmierzchać, Folik kazał rozbić obozowisko. O wiele bardziej wolał przechodzić przez las za dnia niż wieczorem.
 
 II

    Tymczasem w pałacu królewskim panowała narada, której celem miało być odzyskanie Seth. Wszyscy trzej bracia byli co do tego zgodni, wiedzieli że tylko odzyskanie miasta z rąk Nemeyczyków zagwarantuje Aralii powrót do dawnej świetności. Problem jednak w tym, iż miasto jest ściśle chronione. Aby wygrać trzeba wysłać tam co najmniej trzy pułki, na co skarb królewski nie mógł sobie pozwolić. Pozostawali jeszcze łowcy, ale klęska pod Brend przekonała młodego króla o tym, że łowcy nie są karnym wojskiem i nie nadają się do wojaczki. Średni z braci zaproponował pomoc zaciężnego wojska z zachodu. Jednak pozostali bracia, pomni przestróg ojca odrzucili ten pomysł. Kiedy wydawało się, że nie znajdą żadnego wyjścia Shegg wpadł na szalony pomysł.
    – Jest tylko jeden sposób na odzyskanie Seth i dawnej świetności Aralii.
    – Ciekawe jaki?! – odparł zgryźliwie Shezan.
    – Prosty i tani, ale wymagający nie lada poświęceń. – dodał tajemniczo najmłodszy z braci.
    – Jeśli tani, zgadzam się na wszystko! – odparł najstarszy z braci.
    – Jedynym sposobem na odzyskanie Seth jest pozyskanie sympatii Nemeyczyków, prawda? – powiedział Shegg.
    Pozostali bracia kiwnęli głowami, na znak, że się z nim zgadzają.
    – A jak pozyskać ich sympatię, znosząc niewolnictwo. – powiedział zadowolony z siebie.
    – Oszalałeś?!! – wściekał się najstarszy z braci.
    – To jedyne wyjście. – przekonywał go Shegg.
    – A co z łowcami, handlarzami! Zrujnujesz Aralię!!! – krzyczał Shezan.
    – Aralia już jest ruiną, lada chwila stracimy kolejne miasta. Arghańczycy przygotowują się do wojny. Wiedzą, że jesteśmy osłabieni, nie mamy armii, ani pieniędzy na nią. – apelował dalej.
    Shakull II usiadł na tronie rozmyślając nad pomysłem swego brata. Właściwie zgadzał się z nim, jedno co powstrzymywało go przed zgodą na ten szalony pomysł, to lęk przed tym, że uwolnieni niewolnicy mogliby obrócić się przeciwko Aralii. Albo co gorsza zażądać odszkodowania za lata niewoli.
    – Powiedzmy, że zniosę niewolnictwo, a Nemeyczycy i tak nie oddadzą Seth, co wtedy? – spytał Shegga.
    Shegg miał gotową odpowiedź na każde pytanie.
    – Po pierwsze, nie wierzę w to. Po drugie, jeśli nawet nie oddaliby nam Seth, zwerbujemy ich do armii. – odparł chytrze.
    – Chcesz mieć elfy w swojej armii!!! – oburzył się Shezan.
    – Nie zgodzą się, będą podejrzewać podstęp. – dodał Shakull.
    – Zgodzą się. Postawimy warunek, że jeśli chcą mieszkać w Aralii muszą albo wstąpić do armii, albo się osiedlić i płacić podatki jak wszyscy. – tłumaczył Shegg.
    – Tak, to jest pomysł. Albo zaczną się osiedlać, i skarbiec powiększy się o dodatkowe fundusze. Albo wstąpią do armii, jeśli choć połowa z nich tak zrobi, będziemy mięli największą armię świata. Argharta otworzy granice, zrobimy porządek z niedobitkami powstańców pętających się po kraju. – Shakull coraz bardziej przekonywał się do tego pomysłu.
    – Dobrze, a co zrobimy z łowcami? Wściekną się na wieść o zniesieniu niewolnictwa. – zaniepokoił się Shezan.
    – Nie ma ich aż tak dużo, żeby się ich bać. – uspokajał Shegg. – Dzisiejsi łowcy, to w większości Naddustyjczycy. Kiedy zniesiemy niewolnictwo, zamknie się dla nich granice.
    – Swynn będzie naciskał. – dodał ostrzegawczo Shakull.
    – Kiedy Nemey i Argharta zawiążą z nami pokój Swynn nie będzie miał nic do gadania. – uspokoił go najmłodszy brat.
    Zbliżała się północ, kiedy narada braci wreszcie się zakończyła. Niebo świeciło milionami gwiazd, a księżyc przybrał kształt rogala. Przyroda układała się do snu. Z oddali słychać było rechot żab i wycie kojotów. Nic nie zapowiadało tego, co już wkrótce wstrząśnie Aralią…
 

  III

    Wstające słońce obwieściło właśnie początek dnia, na niebie nie było ani jednej chmury. Polną drogą pędził na koniu poseł królewski z bardzo ważnym listem do władcy Nemeyu – Fellena. Nieopodal drogi, tuż pod lasem swoje obozowisko zbierało komando elfów, wraz z Blaagiem. Nagle jeden z elfów podbiegł do Folika ze słowami.
    – Ktoś jedzie drogą!
    – Aralczyk, czy nasz? – spytał lakonicznie Folik.
    – Aralczyk, na ramieniu ma torbę, taką jaką noszą posłowie. – raportował dalej elf zwany przez kamratów Takalpem.
    – Łapmy go, zanim odjedzie!
    Dwóch elfów rozciągnęło cienką linę między dwoma drzewami stojącymi po obu stronach drogi. Przywiązali ją na takiej wysokości, by jadącemu konno sięgała po szyję. Ponieważ lina była bardzo cienka, w świetle słońca była niemal niewidoczna. Ledwie grupka elfów zdążyła skryć się w pobliskich krzakach, gdy zza zakrętu wyłonił się jeździec. Pędził co sił, więc linkę zauważył w chwili gdy wpijała mu się w szyję, strącając go z konia. Kurier królewski padł na drogę, uderzając głową o wystający kamień, natomiast jego koń pobiegł dalej nie zauważając braku jeźdźca. W chwilę potem leżącego na ziemi, obległy elfy. Najpierw ściągnęli go z drogi, by nikt ich nie zauważył. Po krótkim przeszukaniu, znaleźli zalakowany list.
    – Czytaj. – powiedział Folik, wręczając Blaagowi list.
    – Sam czytaj! – zaperzył się Blaag.
    – Nikt z nas nie umie czytać po aralsku. – odparł najstarszy elf.
    – Nie będę czytał, królewskiego listu. Za to można stracić głowę. – upierał się Blaag.
    – Możesz ją stracić wcześniej, niż sądzisz. – odparł grobowym głosem Takalp, przystawiając Blaagowi nóż do szyi.
    Blaag spojrzał na nóż i przełknął ślinę. Wziął z rąk Folika list, złamał królewską pieczęć i zaczął czytać. Po chwili złożył kartkę na powrót, spojrzał na stojące wokół elfy i rzekł.
    – Nie jest dobrze.
    – Mów, tylko wszystko! – ostrzegł go Takalp.
    – To jest list od naszego króla, do Fellena. – streścił krótko Blaag.
    – Ale co chce młody Shakull, od króla Nemeyu? Przecież Nemey jest w stanie wojny z Aralią. – spytał niedowierzająco Folik.
    – Nigdy byście nie zgadli! – powiedział zjadliwie Blaag. – Młody Shakull chce pokoju. Żeby zapewnić Nemey o swej dobrej woli, Shakull zniesie niewolnictwo. – zakończył Blaag.
    Pierwszy odezwał się Folik, był najstarszy spośród nich. Pamiętał czasy sprzed okresu niewolnictwa. Był niewolnikiem, by skończyć jako stary wiarus uczestniczący nie tylko w bitwie pod Brend, ale i w ostatniej decydującej bitwie na wzgórzach Troa. Od dziecka wpajano mu niechęć do Aralczyków i nieufność wobec ich obietnic.
    – Shakull czegoś chce. Nie wierzę, żeby pokój z Nemeyem był jedynym powodem do zniesienia niewolnictwa.
    – Poczekajcie, to nie wszystko. Na końcu listu jest jakiś szyfr, którego nie mogę odczytać. – powiedział Blaag.
    – Spytajmy zatem naszego kuriera. – powiedział z przekąsem Folik.
    Leżący w krzakach poseł królewski, właśnie oprzytomniał. Powoli przypominał sobie, co się z nim stało. Kiedy uprzytomnił sobie, że został napadnięty chciał uciec, lecz w tej samej chwili przyszedł po niego jeden z elfów. Związał i zaprowadził przed oblicze Folika. Stary elf spojrzał na posła i zapytał niewinnie.
    – Co wieziesz?
    – Nic takiego, tylko listy. – odpowiedział poseł, czując serce w gardle. Myśląc, że może w ten sposób zniechęci swych oprawców.
    – Wiemy o tym. Powiedz mi co znaczą te znaki? – spytał elf podsuwając posłowi list pod nos.
    Ten, widząc złamaną pieczęć, aż spotniał ze strachu. Wiedział, że jeśli przeczytali list, domyślają się, że istnieje jego dalszy ciąg.
    – Jakie znaki?! – spytał lękliwie.
    – Te na końcu listu! – wysyczał wściekle Folik.
    – A te! To takie grzecznościowe dyrdymały.
    – Dla mnie to wygląda na szyfr.
    – Mylisz się panie, to żaden szyfr. – łgał dalej poseł.
    – Dość tej zabawy, przywiążcie go do drzewa. Zaraz inaczej z nim pogadam! – wściekał się elf.
    Ponieważ kurier był szczupłym człowiekiem, wystarczyło dwóch elfów żeby przywiązać go za ręce do gałęzi. Wisiał kilka łokci nad ziemią, pod jego stopami Takalp układał sporą wiązkę chrustu i liści. Kiedy skończył, do wiszącego kuriera podszedł Folik i spytał.
    – A teraz powiesz nam, co znaczą te znaki?
    – Nic nie powiem! A za otwarcie królewskiego listu będziecie wisieć!!! – wrzeszczał.
    Folik miał jednak dla niego bolesną niespodziankę.
    – Takalp, podpalaj!
    Kiedy tylko elf podłożył ogień, do wiszącego zaczął docierać zapach spalenizny. Długo milczał, kiedy jednak ogień zaczął lizać podeszwy jego stóp, zawył przeciągle z bólu.
    – Czujesz?! Świetnie, jeszcze chwila i wszystko mi powiesz! – cieszył się Folik.
    Ból nie ustępował, wręcz przeciwnie coraz bardziej narastał. Po chwili kurier jęczał już z bólu. W końcu zdecydował się powiedzieć wszystko, by tylko uniknąć dalszych cierpień. Jeden elfów zgasił ognisko, a wtedy do wiszącego podszedł Folik.
    – Teraz mi powiesz?
    – Będziecie wisieć!
    – Chcesz, żebym cię jeszcze podpiekł? – spytał złośliwie Folik.
    – Nie! Błagam!
    – Mów! Co znaczą te znaki?
    – Takie znaki rysuje skryba. Znaczy to, że nie wszystkie wiadomości są przekazane w liście. – wybełkotał w końcu poseł.
    – Jeśli nie w liście, to gdzie? – spytał Folik.
    – W głowie kuriera. – podpowiedział Blaag.
    – A ty skąd o tym wiesz? – zapytał Folik odwracając się do związanego Aralczyka.
    – Tak słyszałem. – wyjaśnił Blaag.
    – To prawda?! – wrzasnął Folik odwracając się do kuriera.
    – Prawda. – odparł zmęczony i obolały poseł.
    – Powiesz mi wszystko, czy mam cię dalej podpiekać?! – zagroził Folik trzymając w ręku pochodnię.
    – Powiem! Tylko nie zabijajcie mnie!!! – krzyczał wystraszony kurier.
    – Czekamy.
    – Oto reszta listu: „Jego Wysokość Shakull II zastrzega jednocześnie, że wraz ze zniesieniem niewolnictwa, na uwolnione mniejszości nakłada się następujące obowiązki…” – wyrecytował poseł jednym tchem, spojrzał na groźne miny zebranych wokół niego zbójów i zaczął mówić dalej. – „Po pierwsze, będą musieli osiedlić się w jednym miejscu i systematycznie płacić podatki. Po drugie, gdyby nie zgodzili się na zamieszkanie, mieliby obowiązek wstąpienia w szeregi armii aralskiej. Po trzecie, w razie zagrożenia bezpieczeństwa kraju, każdy elf, niziołek, czy krasnal będzie musiał walczyć w armii Jego Wysokości.”
    – To wszystko? – spytał dla pewności Folik.
    – Tak! – zapewnił go ogniście kurier.
    Stary elf nakazał wszystkim zebrać się, by zdecydować co robić z listem. Kiedy już usiedli z dala od obu jeńców, jako pierwszy odezwał się Folik.
    – I co myślicie o tym liście, kamraci?
    – To chyba dobrze, że Shakull chce pokoju. – powiedział jeden z młodszych elfów.
    – Byłoby dobrze, gdyby nie te warunki stawiane przez Aralczyków! – zaperzył się Takalp.
    – Co powinniśmy zrobić z listem? – spytał Folik.
    – Wyślijmy go, Fellen i tak nie zgodzi się na te warunki. – zaproponował jeden z nich.
    – Zatrzymajmy go, Fellen nie jest już taki jak kiedyś. Powiadają w Sirap, że dziwaczeje. – dodał Takalp.
    Folik zasępił się, rozmyślając co zrobić z listem. Jeśli mieliby go wysłać dalej, król na pewno zauważyłby, że list był otwierany. Jeśli go zatrzymają, być może zaprzepaszczą ostatnią szansę na pokój z Aralią. Sytuację pogarszał napadnięty kurier. Kiedy dotrze do najbliższego miasta, zgłosi napad, a wtedy łowcy będą im siedzieć na karku. Może nawet wyślą oddział królewskich jeźdźców. Ani Folik, ani żaden z jego kamratów nie miał z pewnością ochoty wrócić do niewolniczej pracy. Chociaż, może król Nemeyczyków po przeczytaniu listu zdecydowałby się zaatakować Aralię? Nic tak bardzo nie ucieszyłoby elfy; jak wojna Aralii z Nemeyem, pewnie i Argharta przyłączyłaby się do walki.
    – List zostanie zniszczony. – zdecydował w końcu Folik.
    – A co z kurierem? – spytał Takalp.
    – Trzeba go uciszyć, żeby nie ściągnął nam na głowę łowców. – odparł
    Folik, podając jednocześnie Takalpowi nóż.
    Takalp powoli wziął nóż z jego rąk i spytał szeptem.
    – Mam go zabić?? Przecież wszystko nam powiedział.
    – Nie możemy go zostawić, mamy misję do wypełnienia. – odparł chłodno
    stary elf.
    Wczesnym rankiem, po ukryciu ciała posła, komando elfów ruszyło
    w dalszą drogę. Omijając uczęszczane trakty, szli na przełaj przez las
    w kierunku szumiącej z daleka rzeki. Las ten był bardzo stary, a wijące się tam ścieżki dawno nie używane. Idący na czele kolumny elf, musiał wycinać zasłaniające drogę gałęzie. Jadący za Folikiem Blaag, spytał w pewnym momencie.
    – Po co właściwie szukacie Zelexa?
    – Skąd wiesz, że właśnie jego szukamy? – odparł elf pytaniem na pytanie.
    – Wszyscy go szukają. Aralczycy chcą go powiesić, Nemyczycy chcą go obwieścić nowym królem, a elfy i tym podobni, chcą pod jego komendą rozpocząć nowy bunt. – wyliczał Blaag.
    – Kto ci naopowiadał tych bajd o nowym buncie?! – spytał złośliwie elf.
    – Tak gadają, dlatego pytam.
    – Chcemy go znaleźć, żeby upewnić się czy żyje. On i jego mistrz.
    – A jeśli żyją, to co? – spytał chciwie Blaag.
    – Myślisz, że ci powiem? Ty… szczurzy pomiocie. – zakpił Folik.
    – Jestem aralskim łowcą, nie łatwo mnie obrazić. – odparł Blaag i zaczął się głośno śmiać.
    Kiedy wreszcie wyjechali z lasu, ich oczom ukazała się dziwna scena. Otyły mężczyzna, poganiał czterech innych do spychania łodzi na rzekę. Jako argumentu, często używał rzemiennego bata. Ponieważ łódź była za ciężka dla czterech osób, spychanie odbywało się w ślimaczym tempie. Kiedy Folik wraz ze swymi kompanami podeszli bliżej zauważyli, że to handlarz ćwiczy batem swych niewolników. Folik wysłał dwóch swoich ludzi, by sprawdzić, czy nie ma w pobliżu więcej Aralczyków lub co gorsza wojska. Kiedy dali znak, że nie ma nikogo w pobliżu, do ataku ruszył Takalp. Z wściekłości gotowała w nim się krew. Kiedy dopadł aralskiego handlarza jednym ciosem powalił go na ziemię. Potem zabił, wbijając mu nóż aż po sam koniec ostrza. Niewolnicy z przerażeniem patrzyli na tę scenę niedowierzając swoim oczom. Po chwili podszedł do nich Folik.
    – Jesteście wolni!
    Wszyscy czterej niewolnicy aż krzyknęli z radości, przez wiele lat czekali na te słowa. Uściskom i wiwatom nie było końca.
    – Skąd jesteście? – spytał po chwili Folik.
    – My dwaj z Argharty, a Xelen i Yanx z Nemeyu.
    – Przyłączycie się do nas? – spytał zachęcająco Folik.
    – A chcielibyście?! – odparł niepewnie Soax.
    – Jasne, przecież wszyscy jesteśmy braćmi! – agitował wszystkich Takalp.
    Soax zmieszał się lekko, poczerwieniał i cicho dodał.
    – Z naszej czwórki tylko Yerg jest elfem. Yanx i Xelen są niziołkami, a ja krasnoludem.
    Na te słowa Folik rozłożył ramiona w powitalnym geście i powiedział.
    – Nie będziemy przecież dbać o czystość rasową!
    Kiedy już Yerg i jego kompani najedli się do syta Soax spytał.
    – A ten na koniu to kto? Wasz właściciel?! – zażartował krasnolud, a pozostali zaśmiewali się z jego dowcipu.
    – Pyszny dowcip, panie Soax! – odparł Takalp nie przestając się śmiać.
    Kiedy już śmiechy ucichły, Folik wytłumaczył nowoprzybyłym kim jest Blaag. Kiedy zakopali ciało handlarza, by nie rzucało się zbytnio w oczy; Folik dał znak do drogi. Szli kilka wiorst wzdłuż brzegu, szukając brodu, kiedy wreszcie Blaag zakrzyknął.
    – Tam!
    Ponieważ miał związane do tyłu ręce, przez chwilę nikt nie mógł odgadnąć o jakie miejsce chodzi. Kiedy wreszcie przeprawili się przez rzekę, zbliżał się wieczór. Kolejne obozowisko elfiego komanda, zostało rozbite tuż za rzeką. Po kolacji, każdy z nowych opowiedział o tym, jak trafił do handlarza. Xelen i Yanx mieszkali w małej wiosce nieopodal nemeysko – aralskiej granicy. Do handlarza trafili jeszcze przed buntem Zelexa. Od lat byli przyjaciółmi, a kiedy horda aralskich łowców najechała ich wioskę obaj byli jeszcze młodzikami. Ich wioska mimo, że broniła się zaciekle; została spalona i zrównana z ziemią. Mieszkańcy zostali albo zabici, albo tak jak oni, wzięci do niewoli. Mięli tyle szczęścia, że od początku trafili do tego samego właściciela. Przez kilka lat pracowali na farmie, kilka mil na zachód od Brend. Kiedy usłyszeli o buncie, uciekli z farmy, by przyłączyć się do formowanej armii. Niestety, na kilka dni przed słynną bitwą pod Brend obaj zostali schwytani przez miejscowych łowców. Łowcy ci, nie odwieźli ich do prawowitego właściciela, lecz sprzedali w Argharcie miejscowemu komendantowi straży. Kiedy po krwawej bitwie na wzgórzach Troa, Argharta zabroniła niewolnictwa zostali uwolnieni. Nie zdążyli jednak nacieszyć się wolnością, kiedy wracali do Nemeyu przez zniszczoną Aralię, kolejny raz trafili w ręce łowców. Kilka dni później łowcy sprzedali ich handlarzowi, którego przed chwilą zabił Takalp.
    Historia Soaxa różniła się nieco od przygód jego kompanów. Urodził się w Sirap, jego ojciec był bogatym kupcem. Żyło im się całkiem dostatnio, do czasu, kiedy Shakull I zniósł daninę na wszystkie przyległe państwa. Wraz z ogłoszeniem niewolnictwa, Aralczycy zaczęli najeżdżać przygraniczne osady, w poszukiwaniu elfów. Początkowo omijali stolicę, plotki bowiem głosiły, że w Sirap mieszkają tylko ludzie i krasnoludy. Jednak kiedy zaczęło brakować elfów, łowcy najechali Sirap. Po pierwszym takim ataku schwytano ponad stu krasnoludów i o połowę mniej niziołków. Soax został schwytany, razem ze swoją siostrą i babką. Z ich trójki tylko on dotarł do Arakny. Od razu trafił na targ, a stamtąd do pewnego szlachcica, u którego był paziem. Mimo, że nie miał ciężko, a jego właściciel był dla niego łaskawy; Soax pragnął wolności. Kiedy podrósł, uciekł z Arakny na północ, chciał dotrzeć do ojczyzny. Tak jak większość uciekinierów, wkrótce złapali go łowcy. Ponownie sprzedany do Królewskiej Kopalni Soli, uciekł wraz z całą grupą buntowników. W drodze spotkał swego brata Eytana. Jednak Eytan, tak jak większość buntowników zginął w bitwie na wzgórzach Troa. Sam Soax, przeżył tylko dlatego, że w pogoni za uciekającym oddziałem Aralczyków oddalił się od pola bitwy. Kiedy tam wrócił, z garstką swoich podkomendnych; domyślił się wyniku bitwy. Ponieważ był przekonany, że Aralczycy zaatakowali Nemey, nie wrócił do kraju. Skierował się na południe, chcąc dostać się do morza, by stamtąd uciec na jedną z wielu wysp morza Kerr. Gdzieś w połowie drogi, jego oddział starł się z grupą łowców. Po raz drugi, sam jeden uniknął śmierci. Łowcy, sprzedali go pierwszemu napotkanemu handlarzowi, który leży teraz martwy po drugiej stronie rzeki.
    Jako ostatni swoją historię opowiedział Yerg. Podobnie jak Soax mieszkał w Argharcie, jednak nie był krasnoludem. Mieszkał w nadmorskiej wiosce, a jego rodzina utrzymywała się z połowu ryb. Jako „rasowy” elf, wraz z całą rodziną trafił na targ. Pierwszym jego właścicielem był bogacz, dla którego tak jak dawniej łowili ryby. Mieszkał z całą rodziną i prawie nie odczuwał niewoli. Niestety po buncie w kopalni ich dola diametralnie się zmieniła. Właściciel w obawie przed buntem, rozdzielił jego rodzinę. Rodzice i rodzeństwo zostali sprzedani do odległych miast i wiosek. Zrozpaczony tym Yerg uciekł, zabijając swego właściciela. Od szubienicy uratowała go rozpoczęta właśnie wojna z buntownikami. Unikając miast i dużych skupisk ludzkich Yerg dotarł w końcu do granicy nemeysko – aralskiej, by skorzystać z dobrodziejstwa króla Zolana. Gwarantował on bowiem nietykalność dla mniejszości. Tak się akurat stało, że oddział Aralczyków goniący Zelexa i jego świtę, wziął go za jednego z buntowników i aresztował. Od śmierci uratował go handlarz, który kupił kiedyś jego matkę. Wykupił go od żołnierzy, wtedy właśnie poznał Soaxa. Tydzień później dobili do nich Xelen i Yanx.
    Gdy Yerg skończył, siedzący naprzeciw niego Folik rozparł ramiona i krzyknął do Soaxa.
    – Druhu! Ja też walczyłem pod komendą Zelexa!!!
    – A jak cię zwą?
    – Folik; elf. – przedstawił się stary elf.
    – Folik? – powiedział Soax szukając przez chwilę w pamięci. – Byłeś w grupie Xuna?
    – Walczyliśmy razem, ale przed ostatnią bitwą przegrupowano mnie do twego brata. – tłumaczył Folik. – To był dzielny wojak!
    – Długo się nie nacieszyliśmy, tym naszym spotkaniem. – odparł smutno Soax.
    – Ponoć twój brat jako pierwszy zobaczył znak na stopie Zelexa? – spytał ciekawie Takalp.
    – Tak, to prawda. Opowiadał mi jak spotkał mistrza Zoraxa i jak później sam Zelex szedł z nim na północ, w stronę formującego się oddziału. Potem Zelex zrobił mojego brata swym przybocznym. Ja sam też widziałem naszego wodza. – opowiadał dalej Soax.
    – Nie wiesz może co dalej stało się z Zelexem? Szukamy go, ale nie wiemy nawet gdzie szukać. – przerwał mu Folik z troską w głosie.
    Soax zafrasował się na chwilę i powiedział.
    – Tak jak wam mówiłem, rozdzieliliśmy się w bitwie. Ja goniłem uciekinierów. On zapewne, jako jego najbliższy wojownik, ruszył razem z Zelexem. Nikt nie wie gdzie jest Zelex i czy w ogóle ktoś przeżył.
    – A ty Yerg, nie widziałeś ich? Byłeś najbliżej. – Spytał Soax
    – Przybyłem tam tuż po tym, jak Zelex wraz ze swoją świtą przedzierał się przez granicę. Goniący ich żołnierze już wracali. Są dwie możliwości; albo ich zabili, albo nie dogonili. Tak czy owak, nikt nie wie o ich losach. – odparł Yerg.
    – Ten Aralczyk, wie ponoć gdzie mieszka Zelex. – powiedział Folik wskazując na Blaaga.
    Po chwili przypadł do niego Soax, by wydobyć z niego wiadomości.
    – Skąd wiesz, gdzie jest Zelex?!
    – Kto powiedział, że ja wiem gdzie jest?? – zaperzył się Blaag.
    – A co mówiłeś w oazie?! – wrzasnął wściekle Folik.
    – Mówiłem, że przypuszczam gdzie może być. – sprostował łowca.
    Soax tylko machnął ręką.
    – Zabijcie go, to łgarz! Nie tacy jak on szukali i nie znaleźli.
    – Jakem Blaag nie łżę; przysięgam! – zaperzył się.
    W tym momencie Xelen odwrócił się i spytał.
    – Jak się nazywasz – Blaag??
    – Tak, nie wspominałem wam o tym? – odparł spokojnie Folik.
    Xelen podrapał się po głowie, przypominając coś sobie. W pewnym momencie zapytał.
    – Yanx, pamiętasz dzień kiedy najechali nas łowcy?
    – Tak, dlaczego pytasz?
    – A pamiętasz, jak twój ojciec rzucił się na jednego z łowców i zranił go w policzek?
    – Jakby nie?! Zostawił mu ranę, długą na trzy palce. – wspominał Yanx.
    – Pamiętasz co wtedy ten łowca powiedział? „Żaden śmieć nie będzie podnosił ręki na wielkiego Blaaga!” – dodał Xelen, cytując słowa łowcy.
    Po chwili Yanx był tuż przy związanym łowcy. Jednym ruchem ręki przewrócił go na lewy bok, ukazując prawy policzek z wyraźną blizną.
    – A więc to ty, jesteś Blaag?! – spytał zdziwiony Xelen.
    Yanx odwrócił się do Folika i zapytał.
    – Bracie, oddasz mi tego więźnia?
    – Chcesz zemsty? Za co?! – zdziwił się Folik.
    – Po tym jak mój ojciec zaatakował tego tu nożem, on z zemsty uciął mojemu ojcu prawą rękę. Kilka dni później, ojciec umarł. – zakończył swoją opowieść Yanx.
    – Obiecuję ci, że zemsta dosięgnie tego człowieka, ale jeszcze nie dziś. Dziś jest nam potrzebny. – odparł wymijająco stary elf.
    – Wierzysz temu… temu… robakowi!!! – krzyczał Yanx.
    – Obiecuję ci, że jeśli okaże się, że nas okłamał; będzie twój. – powiedział spokojnie Folik i nakazał swoim kompanom przygotowania do snu.
    Yanx był rozczarowany decyzją Folika, ale kiwnął głową na znak, że się zgadza. Kiedy kładł się spać rzucił do łowcy.
    – Zapamiętaj szczurze, kiedy trafisz w moje ręce, będziesz błagał o śmierć. Będziesz cierpiał sto razy więcej, niż mój ojciec.
 

 IV

    Tymczasem tuż przy arghańsko – aralksiej granicy…

    W małym przygranicznym miasteczku swoje obozowisko rozbił pułk arghańskiej armii. Było tam kilkuset konnych, około setki łuczników i całe rzesze piechoty. Wszyscy podenerwowani zbliżającym się atakiem na Aralię. Na długości kilkudziesięciu mil rozstawione były małe oddziały Arghańczyków. Wszyscy w pełnej gotowości, uzbrojeni po zęby i przygotowani na kilkudniowy nawet brak w dostawie żywności. Słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, oświetlając na czerwono niebo po aralskiej stronie. Wtem zdał się słychać coraz wyraźniejszy tętent kopyt. Po chwili, oczom stojących na drodze strażników ukazał się jeździec na koniu. Nie był to jednak zwykły kurier, czy żołdak. Tajemniczym jeźdźcem okazał się wysłany ze stolicy, zastępca Ministra Wojny. Kiedy wreszcie dojechał do przydrożnej strażnicy zsiadł z konia, i powiedział do stojącego tam żołnierza.
    – Kto tu dowodzi?
    Na te słowa starszy z żołnierzy, podszedł do jeźdźca i odparł.
    – Na tej strażnicy, ja. A o co chodzi?
    – Prowadź mnie do dowódcy tego garnizonu! – rozkazał jeździec.
    – Mam rozkaz nikogo nie wpuszczać. – odparł strażnik prężąc się, jakby był na paradzie.
    – Jestem Wiceministrem Wojny, mnie żadne zakazy nie obowiązują! – odparł hardo.
    Strażnik zasalutował mu, odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę wybudowanego na prędce garnizonu. Jeździec żwawym krokiem poszedł za nim. Kiedy wreszcie doszli do drewnianej chaty, pełniącej funkcję kwatery głównej, prowadzący gościa strażnik zasalutował i powiedział.
    – Wybacz Panie, że przeszkadzam. Prowadzę wam gościa ze stolicy.
    Dowódca spojrzał na przybysza, a gdy rozpoznał w nim Wiceministra Wojny, stanął na baczność nie gorzej od swego podwładnego. Po krótkiej chwili odprawiono strażnika, i obaj panowie mogli spokojnie porozmawiać.
    – Witam tak wspaniałego gościa. – powiedział pułkownik przymilnie.
    – Nie przyszedłem tu na ucztę, pułkowniku. – odparł zgryźliwie Minister widząc miskę z owocami, podsuwaną mu przez pułkownika. – Przynoszę rozkazy od samego króla. – dodał, wyjmując zza pazuchy glejt.
    Pułkownik wprawnym ruchem złamał pieczęć, otworzył i przeczytał list. Zawierał on rozkazy, dotyczące nadgranicznych pułków.
    – Mamy zbyt mało ludzi. – powiedział pułkownik odkładając list na stół.
    – Zbyt mało do czego? – spytał Minister.
    – Zbyt mało, by sumiennie wypełnić rozkaz.
    – Ilu ludzi tu stacjonuje?
    – Dziesięć centurii, a w okolicznych lasach mam jeszcze pięćdziesięciu. Większość to piechurzy. Do rozpoczęcia ataku, potrzeba więcej konnych. – raportował pułkownik.
    – A jak Aralczycy, niczego nie podejrzewają?
    – Póki co, nie. Nasi szpiedzy co noc penetrują okolicę po aralskiej stronie. Żadnych ruchów wojsk, mobilizacji. Miejscowi ludzie spokojni, nigdzie się nie przenoszą.
    – To dobrze. Za kilka dni dotrze tu kilka centurii konnych, a potem atakujemy. – powiedział Minister z nieukrywaną przyjemnością.
    – A ty Panie, kiedy wracasz do stolicy?
    – Dopiero po pierwszym ataku. – odparł podekscytowany Minister.
    Pułkownik wolałby nie mieć w pobliżu nikogo ze stolicy, w trakcie ataku. Lubił sam dowodzić wojskiem, nigdy nie pytał o radę swoich podwładnych. Nie lubił, kiedy zwierzchnik towarzyszył mu w trakcie wypraw. Teraz będzie musiał jakoś przekonać tego nadętego szlachcica, żeby wrócił do stolicy.
    – Nie boisz się Panie o życie? Może być niebezpiecznie. – spytał nieśmiało.
    – Jestem żołnierzem jak ty, śmierć nie jest mi straszna! – odparł hardo.
    Następnego dnia, w samo południe przybyły oddziały konnych. Tak szybkie ich przybycie dawało szansę wcześniejszego ataku. Po krótkiej naradzie pułkownika z Wiceministrem, wyznaczono atak nazajutrz tuż po wschodzie słońca.
 

 V

    Tymczasem w Araknie z niepokojem oczekiwano odpowiedzi od króla Nemeyu. Mimo, że list został wysłany tydzień temu, nadal pozostawał bez echa. Wszyscy trzej bracia zaniepokoili się brakiem odpowiedzi. Coraz częściej nachodziła ich myśl, że brak odpowiedzi oznacza, iż Zolan nie zgodził się na propozycję ugody. A skoro się nie zgodził, z pewnością szykuje się na wojnę z Aralią. Wojnę, na którą państwo nie ma ani pieniędzy, ani ludzi. Co gorsza w wojnę wmiesza się Argharta, a nie wiadomo czy i nie Naddus. Odkąd młody król odrzucił propozycję Swynna w sprawie pomocy w opanowaniu buntu, oba kraje przestały ze sobą współpracować. Sytuację pogarszają się szerzące się po królestwie plotki, jakoby na morzu Kerr istniała wyspa zamieszkała przez wojowniczy lud. Rybacy gadają, że ów lud jest bardzo zainteresowany Aralią i prawdopodobnie szykuje się do inwazji. Po całym kraju wciąż błąkają się niedobitki buntowników, grabiących nielicznych już kupców. Jedynym wyjściem z sytuacji, okazało się zacieśnienie przyjaźni z Naddusem. Może propozycja sojuszu, załagodzi poprzednie zatargi.
    Przeciw temu pomysłowi stanął Shegg, pamiętny przestrogi ojca.
    – Kiedy zaatakuje nas Nemey, będziecie mi wdzięczni za ten pomysł. – powiedział Shezan.
    – A jeśli podpiszemy sojusz, a w kilka dni później dostaniemy odpowiedź od Zolana? – dopytywał się Shegg.
    – A jeśli nie dostaniemy odpowiedzi? Zolan ma po swojej stronie rzesze mniejszości. – apelował najstarszy z braci.
    – Trzeba wysłać glejty do komendantów przydrożnych strażnic. Może kurier nie dojechał, może go ktoś zabił? – dodał Shegg.
    – Masz rację. Napiszę dziś listy, i za kilka dni wszystkiego się dowiemy. Ale sojusz z Naddusem, to też dobry pomysł. – dodał po chwili namysłu młody król.
 

 VI

    Słońce właśnie wstawało, gdy grupa elfów szykowała się do dalszej drogi. Gdy już wszyscy się spakowali, a ślady po ognisku zostały pozacierane, Folik dał znak do drogi. Jak twierdził Blaag, przypuszczalne miejsce, gdzie ponoć ukrywa się Zelex jest już nie daleko. Szli na północ, na wprost granicy aralsko – nemeyskiej. Na czele kolumny, jak zwykle jechał Folik. Za nim na koniu prowadzonym przez Takalpa i Yanxa jechał związany Blaag. Przez większość czasu Yanx szeptem „obiecywał” mu, co z nim zrobi, kiedy już go dopadnie. Blaag w końcu tego nie wytrzymał.
    – Zrób coś żeby on tak nie gadał! – krzyknął do Folika, mając na myśli Yanxa.
    Folik tylko wzruszył ramionami.
    – Chce się zemścić. Ciesz się, że jeszcze cię mu nie oddałem.
    – Tak, korzystaj z życia, póki żyjesz! – zażartował idący po drugiej stronie Takalp.
    – Daleko jeszcze? – spytał rzeczowo Folik.
    – Jeszcze pięć mil na północ, a potem kilkaset wiorst na wschód. Jeszcze dziś powinniśmy tam dojść – obiecał Blaag.
    – No dobrze, ale skąd będziemy wiedzieć, że to już tu? – spytał rzeczowo Takalp. – Czego mamy wypatrywać? Chaty, szałasu?
    – Tego nie wiem, ale w pałacu to chyba nie mieszkają?! – zakpił Blaag.
    Przejechali kilka mil, kiedy nagle zza krzaków z krzykiem wyskoczyła grupa uzbrojonych łowców. Wszyscy uzbrojeni w topory i naddustyjskie noże, pierwszy ich atak skupił się na jadącym na czele Foliku. Mimo późnego wieku elf ten nie miał problemów z odparciem ataku. Jednym ruchem wyjął zza pazuchy swój nóż i wbił go w pierwszego nadbiegającego napastnika. Zanim dobiegł drugi, wokół swego dowódcy stali już wszyscy z bronią gotową do ataku. Mimo, że łowców było tyle samo co elfów, już po chwili na placu boju pozostały tylko elfy. Nikt z ich komanda nie zginął, tylko osłabiony niewolniczą pracą Yanx został ranny w rękę. Musieli jak najszybciej opuścić miejsce walki, by nikt ich tu nie zobaczył. Szli przez las już dobre pięć mil, kiedy znowu odezwał się Folik.
    – Czy to już tu?
    – Jeszcze tylko kilka wiorst. – obiecywał łowca.
    – Mówisz tak od kilku mil. – wypominał mu Yanx, a zwracając się do Folika dodał. – Mówiłem, że on łże. Nie powinieneś mu wierzyć.
    – Jeśli nie znajdziemy żadnych siedlisk, zaraz stracę cierpliwość. – zagroził Folik. – Jeśli szliśmy taki szmat drogi na próżno, gorzko tego pożałujesz Blaag.
    Czas mijał, słońce powoli szykowało się do snu, kiedy Folik rozkazał zatrzymać się na popas. Domyślił się, że Blaag okłamał go, żeby ratować własną skórę. Są coraz bliżej granicy, a im bliżej granicy, tym większe prawdopodobieństwo napotkania patrolu. Folik wiedział, że takie spotkanie może się dla niego i jego podkomendnych skończyć tragicznie. Z przeczytanego listu wnioskował, że Aralia, szykuje się do wojny. Niebawem cały ten las może zaroić się od Aralczyków, a oni będą w samym środku bitwy. Wolał pojechać na wschód do Argharty, która może włączy się do wojny, ale na pewno nie będzie głównym celem Aralczyków. Kiedy już nakarmiono konie, Takalp rozpalił ognisko, by przy nim upiec kolację. Blaaga położono z boku, obok pasących się koni. Wokół ogniska zebrali się wszyscy kamraci Folika, by radzić co dalej zrobić.
    – Blaag was oszukał, oddaj mi go. – powiedział Yanx.
    – Może przeszukajmy okolicę, przecież w tak gęstym lesie mała ziemianka nie rzuci się w oczy. Może ich jeszcze znajdziemy. – zaproponował Takalp.
    – Przeszliśmy już dość, trzeba go zabić! – zaprotestował Yanx.
    – Poszukać możemy. – odparł ugodowo Folik, a zwracając się do Yanxa dodał. – Zabić zawsze go zdążymy, poczekajmy jeszcze.
    Po skromnym posiłku wszyscy rozeszli się na cztery strony świata, by dokładniej przeszukać okolicę. Niestety po wielu poszukiwaniach, wszyscy wrócili do obozowiska. Niestety, po Zelexie i Zoraxie nie było ani śladu. Kiedy wszyscy na powrót usiedli wokół ognia, Soax powiedział.
    – Chyba przestaliście już wierzyć temu szczurzemu pomiotowi? Najwyższy czas zabić tego śmiecia!
    Yanx i Xelen przyklasnęli tej propozycji. Nawet Folik zgodził się z Soaxem. Kiedy Takalp przyprowadził go przed oblicze Yanxa, Folik kiwnął tylko głową na znak, że się zgadza. Takalp, wraz z Yanxem przywiązali Bllaga do drzewa, Yanx wyjął zza pazuchy długi nóż. Podszedł do przywiązanego łowcy, zamierzył się na niego, i już miał zadać pierwszy cios, kiedy odezwał się Folik.
    – Dlaczego chcesz go zabić?
    – Przecież ci opowiadałem, co ten człowiek zrobił! – odparł Yanx odwracając do niego głowę.
    – Chcesz się zemścić, ale co to da?? – spytał filozoficznie starszy elf.
    – Pomszczę śmierć mego ojca. To zemsta nie tylko za niego, ale za wszystkich tych, którzy umierali na farmach i kopalniach w całej Aralii! – agitował Yanx.
    – Zemsta to choroba, którą zarazili nas Aralczycy.
    – I kto to mówi?! – zakpił Soax. – Ktoś, kto wędruje po całej Aralii zabijając wszystkich napotkanych na drodze Aralczyków. Jak możesz potępiać tego chłopca??
    Starzec zasępił się, a po chwili odparł.
    – Zabijałem dlatego, by nie trafić na targ. Nie z zemsty. Jestem już stary, mam dość zabijania.
    – Na co czekasz druhu, zabij go! – podjudzał Soax.
    Yanx kolejny raz zamierzył się swym nożem, kiedy wtem, tuż nad głową świsnęła mu strzała. Nie zdążył nawet się przestraszyć, kiedy z pobliskich krzaków wyszedł młody mężczyzna z krótką płową brodą o wyraźnych elfich rysach. Siedzący wokół ogniska sięgnęli po broń, ale Folik gestem nakazał swym wojownikom odłożyć broń. Kiedy nieznajomy podszedł do ogniska powiedział.
    – Prawdę mówiłeś starcze. Złość jest złym doradcą, a zemsta aralskim wynalazkiem. Nie dla nas.
    – Kim jesteś, żeby mówić „my”? – spytał Takalp.
    – Waszym rodakiem. – odparł nieznajomy.
    – Siadaj z nami przy ognisku. – powiedział gościnnie Folik.
    Kiedy nieznajomy usiadł przy ognisku, Folik poczęstował go piwem korzennym i kawałkiem pieczeni. Mężczyzna chętnie przyjął zaproszenie, kiedy już podjadł, zwrócił się do Folika.
    – Co robicie w tej okolicy?
    – Szukamy naszego ziomka, Zelexa. Znasz go może?
    – Mieszkam tu już kilka lat i nikogo o tym imieniu nie spotkałem.
    – A jak cię zwą?
    – Yolan, jestem elfem.
    – Co robisz na takim pustkowiu? – spytał ciekawie Soax.
    – Mieszkam. Poluję, zbieram jagody. Kilka kroków stąd płynie strumień, może potrzebujecie wody?
    – Jak tu trafiłeś? – spytał go Folik.
    – Urodziłem się w Arghańskiej wiosce. Ale odkąd weszli tam Aralczycy, uciekłem do lasu. Wolałem to, niż trafić na targ.
    – Brałeś udział w buncie? – spytał ciekawie Yanx.
    – Nie. Trzymam się z dala od wszelkich wojsk.
    – Ale pewnie widziałeś tu naszych? Kilka mil na zachód był punkt, w którym przerzucano chorych i rannych do Nemeyu. – dodał podchwytliwie Takalp.
    – Tak, kilka razy. Ale starałem się, żeby oni mnie nie zobaczyli.
    Folik zauważył coś ciekawego w tym jak nieznajomy odpowiadał na pytania. Sprawiał wrażenie jakby kogoś, albo coś ukrywał. Starzec od pierwszego spojrzenia zauważył, że nieznany łucznik jest rdzennym elfem. To go zaintrygowało. Jak to możliwe, żeby jakikolwiek elf nie przyłączył się do buntu mimo, że o nim wiedział. W ciągu swego długiego życia poznał cechy wszystkich ras. Jedno o czym był przekonany, to legendarne już u elfów serce do walki. A im czystszej krwi, tym bardziej jest zapamiętały w boju, bardziej waleczny. Yolan wiedział o buncie i nie przyłączył się do niego, wydawało się to wręcz niemożliwe. Coś mu mówiło, że Yolan kłamie. Albo boi się zasadzki, albo nie jest tym, za kogo się podaje. Ale po co miałby kłamać, przecież widzi, że niema tu nigdzie Aralczyków. Jaką tajemnicę ukrywa?
    Wszyscy przygotowywali się do snu, moszcząc sobie miejsce wokół ogniska. Wtem, Folik dostrzegł coś ciekawego. Kiedy Yolan zdejmował buty, w świetle ogniska dało się zauważyć bliznę na jego stopie. Starzec dobrze wiedział, że tylko jedna osoba ma tak charakterystyczną bliznę. Niewiele myśląc, wstał, podszedł do Yolana i zapytał.
    – Po czym masz taką „pamiątkę”?
    Yolan speszył się na te słowa. Czym prędzej zasłonił stopy kocem.
    – Nic takiego, zraniłem się o kamień.
    – Czemu się ukrywasz? Jesteśmy po twojej stronie.
    Yolan zmieszał się nieco i wybąkał od niechcenia.
    – Ja się ukrywam?! Nic podobnego!
    Folik jednak nie dawał za wygraną.
    – Tylko jedna osoba ma tak charakterystyczną bliznę. Ty, Zelex.
    Na dźwięk tego imienia jako pierwszy przybiegł Soax.
    – To naprawdę ty?? – niedowierzał
    – Tak. – potwierdził Yolan.
    – Jak mogłem cię nie poznać?? – dziwił się Soax.
    – Starałem się zmienić wygląd. Po buncie, Aralczycy szukali mnie przez dwa lata. Gdyby mnie znaleźli… – tłumaczył Zelex.
    – Miałem nadzieję, że jeszcze żyjesz! – powiedział uroczyście Folik. – Szukam cię po całym świecie, razem z moimi kompanami. I pomyśleć, że przez cały ten czas mieszkałeś w tym lesie! Ale dlaczego właśnie tutaj?
    – To w tym lesie umarł Zorax. Mogę pokazać wam dokładne miejsce. Tu też go pochowałem. – powiedział Zelex.
    – A Yavax i inni, ocaleli? – Spytał natarczywie Soax.
    – Większość z grupy ucieczkowej, umarła w drodze. Do granicy dotarł tylko Xun. Yavax zginął z rąk łuczników, a i ja sam też dostałem kilka. Uratował mnie Zorax. Wciągnął mnie do małej jaskini, i tam wyleczył. Niestety, w kilka dni potem zmarł. Xuna nigdy później nie widziałem, nie wiem nawet czy żyje. – zakończył smętnie Zelex.
    – Jutro pokażesz nam grób Zoraxa, później pomyślimy co dalej. Teraz kładźmy się spać. – zadecydował Folik.
    Jednak sen w świetle takich wydarzeń, był tylko pobożnym życzeniem. Jeszcze przez kilka godzin rozmawiali z cudownie ocalałym.
    O świcie obudził ich tętent kopyt i rżenie koni. Wszyscy więc poderwali się na równe nogi, sięgając po broń. Kiedy konie wybiegły zza krzaków, Folik rozpoznał w jeźdźcach łowców napotkanych na Naddustyjskiej pustyni. Rozbudzony i wciąż przywiązany do drzewa Blaag wrzeszczał na całe gardło.
    – Do ataku kamraci!!!
    Piesi przeformowali się w dwurzędowy szereg, a konni opuścili włócznie do pozycji bojowej, kiedy zza pleców Folika wyszedł Yolan i wyciągając przed siebie prawą dłoń, krzyknął.
    – Stójcie przybysze!
    Jeden z konnych podjechał do Yolana. Już zamierzał się na niego wielkim toporem, kiedy elf wyszeptał cicho kilka słów. W chwilę potem z jego dłoni popłynęła fala rozgrzanego powietrza, wyrzucając jeźdźca z siodła. Wszyscy zamarli ze zdumienia. Yolan opuścił dłoń i powiedział do pozostałych.
    – Nie trzeba więcej krwi, już dość jej przelano!
    Pierwszy odezwał się Freek.
    – Jesteś magiem? – spytał z niedowierzaniem.
    – Tylko jego uczniem, dobry człowieku. – odparł spokojnie Zelex.
    – To Aralczycy, których spotkaliśmy kilka dni temu. – wyjaśnił Folik. – przyszli odbić swego kamrata.
    – Zabierajcie go, i odejdźcie. – zdecydował Zelex wciąż takim samym spokojnym tonem.
    – Hola, hola! – krzyknął Soax. – Mamy z nim pewne porachunki!
    – Nie pozwolimy go zabić! – odkrzyknął Freek.
    – Nie będzie żadnych porachunków, żadnego rozlewu krwi! – odparł Zelex.
    – Muszę pomścić śmierć moich rodaków! – zaperzył się Yerg, przy aprobacie Xelena.
    – Popatrzcie do czego doprowadziła was chęć zemsty? Jest czas wojny i czas pokoju. Dość zabijania, nadszedł czas pokoju! – zakończył Zelex.
    Zapadła głucha cisza. Tak łowcy, jak i podkomendni Folika milczeli. W końcu odezwał się sam Folik.
    – Yolan dobrze mówi, oddajmy im więźnia i rozejdźmy się w pokoju. – a zwracając się do łowców dodał. – Oddamy wam Blaaga, pod warunkiem, że nas nie zaatakujecie.
    – Wszyscy łowcy na te słowa mięli głupie miny. Po raz pierwszy przeciwnicy nie chcieli z nimi walczyć. W końcu odezwał się Freek.
    – Zgoda. Jeśli oddacie nam Blaaga, my odjedziemy bez walki.
    Po chwili wahania, Takalp podszedł do związanego Blaaga. Wyjął zza paska nóż i rozciął więzy. Kiedy Blaag podszedł do Freeka, szepnął mu do ucha.
    – Atakujcie, ten z przodu to Zelex.
    Freek tylko przecząco pokręcił głową, i razem z resztą zawrócił konie. Kiedy uszli kilka kroków dalej, Blaag powiedział głośniej.
    – Czemu nie atakujesz? Za głowę Zelexa dostalibyśmy majątek!
    – Była umowa. – odparł Freek.
    – Umowa z tymi śmieciami jest nie ważna! Zawróćmy.
    – Nie będziesz mi rozkazywał! Już tu nie dowodzisz, rozumiesz?? – odparł Freek, wściekły nie na żarty.
    Kiedy podkomendni Folika zwinęli obozowisko, wszyscy poszli na grób Zoraxa. Niedaleko wspomnianej przez Zelexa jaskini leżał głaz, na którym wyryte były znaki, układające się w zdanie: „Tu leży wielki mistrz magii – Zorax. Kto zniszczy jego grób, będzie przeklęty na wieki…” A na dole krótkie motto: „Niewolnictwo, jest najgorszym, wynalazkiem, jakie mógł wymyślić człowiek.”
    Wszyscy obecni, uczcili pamięć wielkiego maga chwilą ciszy. Po czym ruszyli na północ, w stroną Nemeyu…
 

 VII

    Słońce rozjaśniało niebo po wschodniej stronie, kiedy kilka tysięcy żołnierzy pod komendą Wiceministra Wojny ruszyło na zachód, ku granicy z Aralią. Z powodu zubożenia królewskiego skarbca, pierwsza nadgraniczna strażnica znajdowała się dopiero pięć mil od granicy. Zaskoczeni i zaspani żołnierze nie mięli najmniejszych szans z potężną armią. Po zdobyciu strażnicy, armię przegrupowano. Kilka centurii pozostało w zdobycznym forcie, dwa pułki skierowały się na południe, natomiast reszta na zachód; w stronę stolicy. Ponieważ w skład grupy, która ruszyła w stronę stolicy wchodzili głównie konni, drogę do Arakny przebyli w cztery dni. Piątego dnia, stanęli pod jej murami. Wiadomość o ataku Arghańczyków dotarła do pałacu zaledwie dwa dni przed nimi. Było to spowodowane tym, iż Arghańska armia napotykając na swej drodze forty, wybijała ich mieszkańców nie pozostawiając w nich żywej duszy. Dopiero fort leżący na wzgórzach Troa zatrzymał na dłużej napierające wojska. Uciekający z niej żołnierze przekazali do stolicy straszną wiadomość. Przed przybyciem Arghańskiej armii, król zdążył wydać rozkaz umocnienia murów i wałów obronnych. Wszyscy mieszkańcy podgrodzia zostali przewiezieni do miasta. Z okolicznych strażnic i fortów przybywali żołnierze, by bronić stolicy. Dowódca wojsk arghańskich, stanąwszy u wrót Arakny, rozkazał rozbić obozowisko i zwołać oficerów na naradę. W dużym, zacienionym namiocie, nad którym powiewała flaga Argharty zebrało się czterech oficerów w otoczeniu naczelnika wojsk.
    – Jak panowie już zapewne odgadli – podjął temat Wiceminister. – Stoimy u wrót Arakny, jeszcze do niedawna stolicy świata. To największa fortyfikacja jaką ktokolwiek, kiedykolwiek i gdziekolwiek widział. Mury są tu wysokie na dwadzieścia łokci. Co prawda dawno nie odnawiane, ale jak donoszą nasi szpiedzy; o wiele grubsze od arghańskich, czy nemeyskich. Do miasta prowadzą trzy bramy: północna, zachodnia i południowa. Teraz czekam na wasze pomysły. – zakończył i usiadł na rzeźbionym w drewnie tronie.
    – Ponieważ od tej strony nie ma bramy. Radziłbym ustawić tu katapulty, i dwa pułki łuczników. Konnych i ciężkozbrojnych wyślijmy na północną bramę. – powiedział oficer zwany Kourem.
    – A ja proponowałbym zaatakować od południowej strony. – odparł drugi oficer; o imieniu Borugh.
    – Tak? A to dlaczego?? – spytał Wiceminister.
    – Kiedy zaatakujemy od północnej strony, Aralczycy będą mogli dostać posiłki z nadmorskich fortów. – wyjaśnił mu podkomendny.
    – Jeśli na czas zaatakujemy, żadne posiłki im nie pomogą. – zaperzył się Kour.
    – Zdążą, jeśli oblężenie potrwa dłużej niż trzy dni. – poparł Borugha, Gwaendl.
    – Prawdę powiadacie, mości oficerze? – niedowierzał Wiceminister.
    Gwaendl spojrzał na niego i odparł.
    – Tak, to prawda. Do najbliższego nadmorskiego fortu jest 30 mil. Wprawny jeździec z dobrym koniem pokonuje taką drogę w dwa dni.
    – Ale powrót trwa o wiele dłużej! – rzekł Kour, nie dając za wygraną.
    – Jeśli będzie to mały oddział…
    – Jeśli nie przyślą co najmniej dwóch centurii, rozgromimy ich do wieczora. – dodał Wiceminister wpadając Borughowi w słowo. – Jednakże, plan zaatakowania południowej bramy, bardziej mi się podoba od konceptu mości Koura. Tylko jedna rzecz mnie jeszcze dręczy, kiedy zaatakować?
    – Noc jest najlepszą porą do ataku. – zaproponował Kour.
    – A to czemu? – spytał go zwierzchnik.
    – Jak świat światem, atakowano nocą. Najlepiej bezksiężycową.
    – A ja zaatakowałbym wczesnym rankiem. – zaproponował Borugh. Widząc pytające spojrzenia pozostałych, ciągnął dalej. – Noc jest dobra, pod warunkiem, że atakuje się z zaskoczenia. Podejrzewam, że Shakull już wie o naszym przybyciu. Zapewne już przygotowuje miasto do obrony. Żołnierze przez całą noc będą czuwać na murach i wypatrywać sygnału zwiastującego atak. Najlepszy efekt miałby atak rankiem, zanim zmienią się straże na murach. Wojsko będzie spało, a strażnicy zmęczeni po nieprzespanej nocy, będą łatwymi przeciwnikami. – zakończył Borugh, po czym otrzymał gromkie brawa za tak celny koncept. Nawet Wiceminister sceptycznie nastawiony do swych podkomendnych; nie żałował mu pochwał. Księżyc świecił bladym światłem na zachmurzonym, nocnym niebie; kiedy oficerowie skończyli naradę rozchodząc się do swych kwater. Do świtu pozostało jeszcze mnóstwo czasu, mogli więc położyć się spać.
    Tymczasem w pałacu panowała gorączkowa atmosfera. Wszyscy dworzanie krzątali się pracowicie po pałacu, na podwórcu słychać było miarowe kroki maszerujących kolumn. Co chwilę, ktoś przynosił wieści o nowych oddziałach przybyłych do stolicy. Król, oraz jego dwaj bracia nie spali od świtu. Shezan formował wojska, pilnował pogłębiania fosy, wzmacniał straże i rozdzielał nowoprzybyłym ekwipunek. Shegg był odpowiedzialny za żywność i wodę w mieście. Wszędzie otwierał nowe spichlerze; w piwnicach, magazynach, sklepach, a nawet w prywatnych domach. Był zapobiegawczy; wiedział, że jeśli miasto stanie w ogniu spali się jedyny w mieście spichlerz. Jeśli zasoby zostaną rozdzielone na kilka mniejszych, podczas pożaru jednego spichlerza nie zmarnują się wszystkie zapasy. Gromadzono także wodę. W beczkach i studniach, znajdowała się woda pitna, natomiast w wiadrach; deszczówka służąca do gaszenia ognia. Jednak najwięcej obowiązków spadło na najstarszego z braci. Shakull starał się zawiadomić jak najwięcej fortów, by na czas zdążyli dostać się do miasta. Przez całe dni wysyłał szpiegów, mających wypatrywać Arghańczyków. Wysłał także dodatkowo listy do Nemeyu i Naddus, by ich przywódcy wspomogli go w dostawie żywności lub broni. Niestety; na skutek włóczących się po północnej Aralii zbójów, list do Zolana nie dotarł. Swynn, na prośbę o pomoc odpowiedział zdawkowo, wspominając coś o  aralskich łowcach krążących po całym kraju, z którymi nie może sobie poradzić. Shakull przekonał się szybko, że nie może liczyć na pomoc sąsiednich państw. Nemey, spiskuje z Arghartą; chcąc podzielić Aralię na dwie części. Natomiast Swynnowi wojna w Aralii była na rękę. Osłabione państwo, będzie dla niego łatwiejszym łupem. Dodatkowo pojawił się nowy kłopot. Siedzący w lochach Gwend, osadzony tam zaraz po przejęciu władzy przez Shakulla II, zażądał uwolnienia. Motywował to swoją udawaną obawą o los kraju. Tak naprawdę chodziło mu jedynie o zemstę za swoje krzywdy. Wieść o jego uwolnieniu szybko rozniosła się po mieście, dając Gwendowi mnóstwo popleczników, którzy zaczęli naciskać młodego króla. Pierwszym obrońcą uwięzionego maga stał się były namiestnik Królewskiej Kopalni Soli – Corden. Przebywający przejazdem w stolicy, w tajemniczy sposób skumał się z Gwendem; planując wspólne zgładzenie Shakulla. Nawet teraz w czasie mobilizacji, Corden przybył do pałacu z prośbą o uwolnienie Gwenda.
    Shakull, po wysłuchaniu jego perory wstał z tronu i powiedział.
    – Drogi panie, mam teraz większe problemy niż uwolnienie więźnia. Niebawem Arghanie staną pod miastem, trzeba przygotowywać się do odparcia ataku.
    – Ale mistrz Gwend, może w tym tylko pomóc. – agitował dalej Corden.
    – Jedyne czego chce mistrz Gwend, to zgładzić mnie i moich braci. – odparł dobitnie król.
    – Ależ Panie! To są zwyczajne plotki, rozsiewane przez wrogów naszego kraju. – wykrzyknął Corden.
    – Jeśli to wszystko, co miał pan mi do powiedzenia mości Corden, to żegnam!
    – Jeszcze raz chciałbym serdecznie poprosić Waszą Wysokość…
    – Żegnam! – przerwał mu chłodno król.
    Corden wiedział, że więcej dzisiaj nie wskóra. Wolał wyjść zanim młody król rozzłości się na dobre. Prosto z sali audiencyjnej udał się do podziemi, by odwiedzić Gwenda. Sfałszowany glejt z królewską pieczęcią, znacznie ułatwił mu wydanie zgody na widzenie. Jeden ze strażników zaprowadził go przez długi, chłodny korytarz. Po obu jego stronach ciągnął się szereg drzwi, prowadzących do poszczególnych cel. Jednak cela Gwenda, znajdowała się na najniższym poziomie. Tam cele były jednoosobowe. Siedzieli tu najwięksi zbrodniarze Aralii; mordercy, zbóje i zdrajcy. Ostatnia cela, była przeznaczona dla Gwenda. Tam właśnie przykuty stalowymi kajdanami do ściany siedział pierwszy mag Aralii. Klucz zgrzytnął w zamku, a po chwili ciężkie drzwi uchyliły się na tyle, by mógł przejść przez nie człowiek. Smuga światła pochodni oślepiła przez chwilę Gwenda. Corden zauważył, że jego przyjaciel siedzi w całkowitej ciemności, bez ani jednego nawet kaganka. Wszedł dalej, zamykający za nim drzwi strażnik powiedział:
    – Tylko nie za długo!
    Mag nie mógł nawet zasłonić sobie oczu przed światłem.
    – Odsuń ode mnie tą pochodnię!
    Corden ochoczo spełnił prośbę, poczym usiadł obok niego.
    – Jak się domyślam, znalazłeś już ten sfałszowany glejt. – powiedział szeptem mag.
    – Był tam, gdzie go schowałeś. – odpowiedział cicho Corden.
    – Byłeś już u tego chłystka z prośbą o moje uwolnienie?
    – Właśnie od niego wracam. Nie zgadza się; psia jucha!
    – He, he! Już on dobrze wie co go czeka. – zaśmiał się złowieszczo Gwend. Po czym spytał. – A ludzi zorganizowałeś?
    – Znalazłem kilku odważnych. Teraz nawet będzie łatwiej, wszyscy są zajęci mobilizacją.
    – Jaką mobilizacją, o czym ty mówisz? – zaniepokoił się Gwend.
    – To nic nie wiesz? – zdziwił się Corden. – W stronę stolicy nadciągają Arghanie!
    – Arghanie powiadasz? To rzeczywiście ułatwi nam zadanie.
    – Co teraz mam robić? Król jak na razie nie zgodził się na uwolnienie. Szczerze mówiąc wątpię, by kiedykolwiek się zgodził. – odparł sceptycznie Corden.
    – Nawet na to nie liczę. Zbliż się, przekażę ci resztę planu. – powiedział Gwend. Corden długo nasłuchiwał, kiwał głową, a na koniec powiedział.
    – Bądź pewien, że już nie długo stąd wyjdziesz. A wtedy…
    Było jeszcze całkiem ciemno, kiedy w obozie Arghan ogłoszono pobudkę. Nie zapalając pochodni, czy kaganków, przegrupowywano armię. Ustawiono katapulty miotające nawet dwucetnarowymi głazami. Wycelowane zostały prosto w mury. Obok katapult, stanął pułk łuczników. Konnych skierowano w stronę południowej bramy, a pieszych i ciężkozbrojnych na północną. Ledwie słońce wynurzyło się zza lasu, kiedy dobosze uderzyli w swoje wielkie bębny, a trębacz zadął w róg, na znak ataku. W jednej chwili uderzono na miasto z trzech stron. Katapulty wyrzucały kamienie, robiąc w murach wielkie wyrwy. Łucznicy, wystrzelili setki płonących strzał, które przelatując nad murami trafiały w słomiane strzechy. Zaskoczeni grodzianie, zaczęli gasić pierwsze chaty, kiedy od strony południowej strony dobiegł ich hałas. To Arghanie rozbijali właśnie taranem bramę. Ledwie Arlczycy zdążyli ogłosić alarm, kiedy padła także północna brama. Z dwóch przeciwległych krańców miasta dobiegały odgłosy walki. W jednej chwili, dowodzący armią musieli podzielić siły obronne na dwa fronty. Tylko wielkim talentem dowódczym Shezana, mieszkańcy Arakny zawdzięczają to, iż miasto nie padło jeszcze przed południem. Tylko on bowiem potrafił sprawnie i szybko przegrupować żołnierzy. Pierwszą linię obrony stanowiły przedmieścia i położony na południu rynek. Drugą linię ataku zdołano zatrzymać tuż za bramą. Tam sytuacja obrońców była znacznie lepsza. Nieco zniszczone, ale wciąż jeszcze stojący mury osłaniały ich przed naporem Arghan. Największym jednak problemem były wciąż sypiące się z góry setki kamieni i płonących strzał. Tym zajmował się Shegg. Ponieważ już wiadomo było, które części miasta są najbardziej narażone, akcja gaszenia pożarów był ułatwiona. Taka sytuacja utrzymała się do południa. Arghanie widząc bezcelowość ataku łuczników, przesunęli ich na południe. Tam dopiero mogli sprawnie wspomagać piechotę. Zaskoczeni obrońcy, dali się wypchnąć aż pod sam pałac królewski. Miotający ognistymi strzałami łucznicy, przyczynili się do wyniszczenia prawie całej południowej części miasta; włącznie z kilkoma ukrytymi spichlerzami.
    W samym pałacu panowała gorączkowa atmosfera, król zdał sobie sprawę, że będzie musiał uciekać z pałacu. Wszyscy zaczęli się pakować, zabierając co cenniejsze przedmioty. Przygotowując się do opuszczenia pałacu, nikt nie myślał o więźniach zamkniętych w lochach. Nikt, oprócz Cordena, który przemykając zamkowymi korytarzami, niósł pęk kluczy. Tym razem nikt go nie zatrzymywał i nie legitymował. Wszyscy żołnierze, zostali przydzieleni do obrony miasta. Corden biegł co sił w nogach. W końcu dotarł do znajomej celi, wybrał z pęku jeden klucz i począł nim gmerać w zamku. Po kilku nieudanych próbach, wreszcie otworzył drzwi. Wpadł do środka z radosną nowiną.
    – Mam wszystkie klucze!
    – To świetnie, dobrze się sprawiłeś! – pochwalił go przykuty do ściany starzec.
    Teraz obaj zaczęli mocować się z zamkiem przy kajdanach. Po kolejnych kilku próbach zamek wreszcie ustąpił. Po latach przebytych w pozycji siedzącej; Gwend z trudem wyprostował się. Rozsmarował obolałe ręce i razem z Cordenem wyszedł z celi.
    – Teraz szybko do pałacu! – ponaglał go Corden.
    – Jak sobie poczynają nasi przyjaciele? – spytał jadowicie mag.
    – Arghanie nadal atakują; doszli już prawie do pałacu. Moi ludzie czekają w pogotowiu. – raportował Corden.
    Kiedy już obaj wydostali się z lochów, ruszyli prosto do kryjówki, gdzie czekali na nich pozostali spiskowcy. W małej komnacie, wokół drewnianego stołu siedziało dziesięciu Aralczyków. U szczytu stołu stanął Gwend.
    – Drodzy rodacy! Nadeszła przełomowa chwila w dziejach naszej ojczyzny. Po raz pierwszy, obywatele będą mogli wybrać swego króla. Stworzymy nową Aralię! Jednak, aby stworzyć coś nowego, wpierw trzeba zniszczyć to, co stare. Pierwszym krokiem, ku temu będzie zgładzenie króla.
    – Jakże chcecie panie Gwend tworzyć nową Aralię, skoro atakują nas Arghanie? – spytał jeden ze spiskowców.
    – Bardzo dobrze, że atakują! – przyświadczył Gwend. – Niech niszczą i palą to co stare. Nowa Aralia stanie na gruzach starej.
    – A jeśli oni zajmą cały kraj? – spytał drugi.
    – To prymitywny naród i łatwo będzie odbić Aralię z ich rąk. – bagatelizował mag.
    – Ten prymitywny naród, niszczy właśnie stolicę! – zawołał trwożnie ktoś inny.
    Gwend ręką uciszył pozostałych, którzy też chcieli coś powiedzieć. Kiedy ucichli powiedział.
    – Nie bójcie się Arghan, oni są jak podwórkowe psy. Szczekają, szczerzą kły, ot i wszystko! Zapewniam was, że nie utrzymają Aralii dłużej niż rok. Teraz najważniejsze jest to, by w porę zgładzić tego młokosa, uzurpującego sobie prawo do korony.
    Kiedy skończył, wybuchnęły gromkie brawa. Lecz i te Gwend szybko uciszył. Sprawdził broń i ekwipunek, wszystkich zamachowców. Przedstawił im swój plan, a w chwilę później wszyscy opuścili komnatę. Drogę do pałacu wskazywał im Corden, który mieszkając w stolicy raptem dwa tygodnie zdążył zapoznać się z planem miasta. W samym zamku drogę torował im Gwend. Przeszukując wszystkie komnaty dotarli wreszcie
do sali tronowej, gdzie zastali króla, w otoczeniu kilku dworzan. Nikt nie zdążył nawet zaalarmować straży pałacowej, kiedy ludzie Gwenda rozprawiali się z dworzanami. Młody król musiał salwować się ucieczką. Nie uciekł jednak za daleko, bo już w czytelni dogonili go spiskowcy. Król bronił się dzielnie, jednak atakowi czterech ludzi musiał w końcu ulec. Podszedł do niego Gwend i powiedział.
    – Wreszcie się spotykamy! Czas byś ukorzył się przede mną, ty mały robaku!!!
    Shakull spojrzał mu głęboko w oczy i odparł.
    – Prędzej rzeka Khan zacznie płynąć w drugą stronę; sprzedawczyku!
    – Hardyś! Ale i tak zginiesz. Za wszystkie moje krzywdy, za te lata spędzone w lochach, za wszystkie zniewagi! – wrzeszczał Gwend.
    – Przyszedłeś tu gadać, czy mnie zabić?! – zakpił z niego Shakull.
    – Giń, psi synu!!! – krzyknął Gwend podnosząc nóż, a po chwili wbił go w pierś Shakulla. Odwracając się do kompanów dodał.
    – Nadchodzi czas zmian, czas wojny!
    Tymczasem na zewnątrz rozgorzała bitwa, już tylko zamek stawiał opór najeźdźcy, klęska była tuż tuż. Shezan dwoił się i troił, jednak nie zdołał powstrzymać napierających zewsząd wrogów. Postanowił więc wszystkie wojska skierować do obrony pałacu. Najpierw, jednak należało wycofać ludzi gaszących pożary, wraz z dowodzącym im Sheggiem. Zbliżał się wieczór, a Arghanie wciąż niezmordowanie atakowali. Z góry wciąż sypały się kamienie wyrzucane przez katapulty, ogień zajął już prawie całe miasto. Wszystko wokół płonęło, co chwila kolejny fragment muru rozwalał się z łoskotem. Mieszczanie uciekali, głównie na zachód, bowiem tylko przez zachodnią bramę można było wyjść z miasta. Nikt już nie gasił domów, a i samych obrońców ubywało z minuty na minutę. Shezan wydawał rozkazy, umacniał mury zamkowe i rozmieszczał ludzi. Coraz bardziej dojrzewał do decyzji poddania zamku. Wciąż jednak nie wiedział, czy jego bratu udało się uciec tajemnym korytarzem prowadzącym z zamku do zachodniej bramy. W końcu zniecierpliwiony, sam postanowił to sprawdzić. Szukając swego brata po wszystkich komnatach, trafił w końcu do czytelni. Zastał tam Gwenda i jego ludzi.
    – Co tu… – zaczął jednak nie dokończył, Corden jednym ruchem ręki rzucił w niego sztyletem; trafiając prosto w szyję.
    – Niech żyje nowy porządek, niech żyje nowa Aralia! – krzyczał Corden.
    – Nie czas na wiwaty, mości Corden. Teraz szybko do lochów. – przerwał mu Gwend.
    – Do lochów, po co? – spytał przerażony jeden ze spiskowców.
    – Tam jest tajemne wyjście z pałacu, chodźmy szybciej, zaraz tu będą Arghanie. – wyjaśnił mag otwierając ukryte w ścianie drzwi, prowadzące do lochów.
    W tym samym momencie, Arghanie zdobywali zamek. Padła ostatnia forteca, teraz już nic nie stawało im na przeszkodzie. Rozdzielili się na kilka grup i zaczęli szukać króla, lub jednego z jego braci. Lecz zamek był całkowicie opustoszały, jeśli nie liczyć, pozostawionych przez zamachowców ciał. Arghanie zadowolili się widokiem dwóch spośród trzech. Tuż po zmierzchu miasto zostało zdobyte. Tej nocy jednak nikt nie zasnął. Napastnicy, przez całą noc plądrowali miasto i zamek. Mieszczanie i nieliczni żołnierze, uciekali z miasta by nie trafić na szafot. Grupa zamachowców, przedostając się do zachodniej bramy; znikła w pobliskim lesie.

    Epilog

Wkrótce po zajęciu stolicy, Arghanie zdobyli pozostałe części Aralii. Tereny te zostały wciągnięte do Argharty. Na tronie nowej Aralii zasiadł syn Fellena – Zanner. Wkrótce poślubił córkę Zolana – Nemezję. W ten oto sposób, nowa Aralia stała się pretekstem do sojuszu między dwoma ościennymi krajami. Była gwarantem bezpieczeństwa przed najazdem z zachodu. W skutek nacisków, Swynn zniósł niewolnictwo, a wraz z nim pozwolenie na polowania. Lękając się o suwerenność swego kraju, podpisał sojusz z Nemeyem. W kilka dni później zmarł nie pozostawiając następcy. Aralia niepodzielnie zapanowała, król nie zapomniał nawet o mniejszościach. Aby załagodzić ich postawę roszczeniową; oddał im północno – wschodnią część Aralii. Państwo te zajmowało wszystkie historyczne dla nich miejsca: wzgórza Troa, Brend, aż po granicę z Nemeyem. Tam w samym środku puszczy zbudowano pomnik upamiętniający największego buntownika Aralii. Sam Zelex został niekwestionowanym przywódcą Groandii – kraju elfów, krasnoludów i niziołków…

    KONIEC
  
autor nieznany

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz