Czarny Łowca

 Był ciepły lipcowy wieczór i miasteczko Eden w stanie Maryland topiło się w czerwieni zachodzącego słońca. Już od kilku dni pogoda była naprawdę piękna i nic nie wskazywało, żeby dzisiejszego wieczoru coś miało się zmienić. Ann siedziała na ławce w malowniczym parku otaczającym tutejszą szkołę i z niecierpliwością wypatrywała Tommy’iego. Siedemnastoletnia dziewczyna miała na sobie jasną sukienkę w kwieciste wzory i letnie klapki. Jej długie, blond włosy opływały nagie ramiona. Była z nich bardzo dumna. Nie ścinała ich od dzieciństwa i bardzo o nie dbała. Jeszcze przed wyjściem spędziła kilka godzin na „robieniu się na bóstwo”. Uwielbiała siedzieć przed lustrem i rozczesywać swoje piękne, blond włosy. Musiała się spodobać Tommy’iemu. Bardzo jej na tym zależało. Ten wysoki brunet o szarych oczach, starszy od niej o rok, zawrócił jej kompletnie w głowie. Umówiła się z nim już tydzień wcześniej i cały ten czas chodziła spięta, lecz równocześnie rozmarzona, wyczekując tej chwili. Chwila ta jednak nie nadchodziła. Tom spóźniał się już piętnaście minut.
Czarny Ford Mustang z 1968 roku mknął autostradą numer 13 z zawrotną prędkością. Mroczny Johnny, siedzący za kierownicą, zajęty był studiowaniem mapy stanu Maryland i rozmową przez komórkę.
– Jesteś pewna, że to pieprzone Eden leży na tej trasie? – wykrzyczał do telefonu. – Jadę już od dobrych paru godzin, a nie poczułem nawet smrodu tej zasranej dziury!
– Spokojnie Jo – Dopływający ze słuchawki kobiecy głos był miękki i przyjemny. – Jak tylko miniesz Sulisbury, zjedź w prawo, a wrota Edenu rozstąpią się przed tobą – zachichotała.
– Nie kpij Jenny. Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. – powiedział Johnny trochę mniej rozgniewany. Tylko ona miała na niego taki wpływ. – Mam nadzieję, że tym razem dorwiemy drani. Poprzednio byłem już naprawdę blisko, ale ten pieprzony smarkacz rzucił się na mnie z pazurami.


Po tym zdarzeniu zostały Johnnemu trzy podłużne blizny na policzku. Mimo iż zakażenie które się w nie wdało przysporzyło mu trochę kłopotów, to cieszył się z nowych blizn w swojej kolekcji. Świetnie wkomponowały się w wizerunek jaki starał się sobą prezentować. Mroczny Johnny, tak nazywali go inni Łowcy, był ponad dwumetrowym facetem w wieku 34 lat. Nosił ubrania we wszystkich odcieniach czerni. Jego sięgający ziemi, skórzany płaszcz i kowbojski kapelusz, również mieściły się w tej palecie. Gęste, kruczoczarne, ciągle przetłuszczone włosy dopełniały jego mroczny wizerunek. Jedynym wyróżniającym się elementem była jego blada, ziemista cera. Johnny uwielbiał spojrzenia ludzi gdy po raz pierwszy go zobaczyli, przekonani, że stoi przed nimi sama śmierć.


Zrezygnowana Ann, pewna, że Tommy wystawił ją do wiatru, już miała zbierać się do powrotu do domu, gdy usłyszała zbliżające się kroki.
– Już ja mu pokażę! – pomyślała. – Nikt, nawet ktoś tak fajny jak Thomas Stelton, nie ma prawa tak mnie lekceważyć. Lepiej, żeby miał ze sobą kwiaty.
Splotła ręce na piersi i patrząc przed siebie czekała na chłopca. Jednak to nie Tommy nadszedł parkową ścieżką. Zamiast niego ujrzała małą, najwyżej dziesięcioletnią dziewczynkę. Zatrzymała się ona tuż przed nią i wbiła w siedzącą na ławce dziewczynę swój wzrok. Ann przeszedł dreszcz przerażenia. To małe z pozoru niewinne dziecko wyglądało upiornie. Dziewczynka miała nienaturalnie bladą skórę i włosy, ubrana była w białą sukieneczkę co jeszcze potęgowało efekt. Ale najgorsze w jej wyglądzie były oczy. Oczy, które patrzyły na nią, miały wyraziście czerwony kolor. Ann miała wrażenie, że może zajrzeć do głowy dziewczynki, zobaczyć wypełniającą ją krew. Z tego przerażenia wyrwał ją uśmiech dziewczynki, tak uroczy, że Ann nie mogła się oprzeć jego uspokajającej sile.
– Cześć – powiedziała słodkim głosem dziewczynka. – Chyba się mnie nie boisz?
– Nie, ja tylko… – zawahała się.
– Naprawdę nie ma się czego bać – wyszeptała i uśmiechnęła się ponownie, tym razem spoglądając jednak nad głową Ann.
Dziewczyna spostrzegła to i chciała się odwrócić, jednak w tym momencie ktoś położył jej na głowie dłoń. Jej ciało przeszedł zimny dreszcz. Począwszy od głowy, aż po palce u stóp, każdy z jej mięśni napiął się boleśnie, skutecznie ją unieruchamiając. Dziewczyna próbowała się wyszarpnąć, ale nie mogła poruszyć nawet najmniejszym mięśniem. Nie mogła zrobić nic, nawet mrugnąć powiekami. Ogarnęła ją panika, jej serce łomotało niemiłosiernie, a wzrok zaczął się rozmywać. Świat stawał się coraz bardziej nie wyraźny, dźwięki przytłumione i jedyne co docierało do Ann to oczy małej dziewczynki. Wpatrzone w nią, krwisto czerwone oczy.
Mroczny Johnny wjechał na główną ulicę Eden z piskiem opon. Miasteczko wyglądało jak każde inne. Szare niczym nie wyróżniające się budynki, przechodnie o twarzach bez wyrazu. Każdy zajęty własnym życiem, nawet nie zwrócili na niego uwagi. Z trudem otworzył wgniecione drzwi swojego Mustanga i postawił na „rajskiej” ziemi swoje okute metalem, ciężkie buciory. Z kieszeni płaszcza wyciągnął komórkę i wybrał numer do Jenny.
– Hej, właśnie wjechałem do Eden. Straszna nora, nie wiem jak ktokolwiek o zdrowych zmysłach mógłby chcieć tutaj mieszkać.
– Nie marudź, tylko bierz się do roboty – ponagliła go Jenny.
– Dobra, dobra. Jesteś pewna, że to na pewno tu?
– Na 86,7% – zażartowała. – Oni muszą być w Eden, Jo. Te wszystkie zniknięcia, plotki o białych ludziach porywających dzieci. Może to wymysły szukających sensacji brukowców, ale jak na razie to nasz jedyny trop.
– Lepiej, żeby ta twoja intuicja nas nie zawiodła – powiedział kąśliwie. – Nie przyjechałem tu po to, by wyprowadzić Skunera na spacer i patrzeć jak obsikuje hydranty.
– Zabrałeś ze sobą Skunera?! – krzyknęła Jenny. – To małe miasteczko, ludzie nie przywykli do takich rzeczy. Jo, to może się źle skończyć.
– Nie przejmuj się Jenny. Tylko Skuner może wywęszyć tych przeklętych białasów. I tak już za dużo czasu spędził w bagażniku, przyda mu się odrobina świeżego powietrza.
– Niech ci będzie, Jo. Tylko pilnuj żeby nikogo nie pogryzł. I nie narób z byt wielkich szkód Eden to piękne miasteczko.
– Ta, jasne. Będę w kontakcie. Na razie, Jenny. – rozłączył się.
Johnny westchnął. Nie widział jej dopiero 3 miesiące, a już za nią tęsknił. Jenny była Łowcą tak jak on. Poznali się na misji na Alasce. Zaimponowała mu siłą i wytrwałością w dążeniu do celu, no i była piekielnie seksowna. Długie, falujące, kasztanowe włosy, wydatne piersi i talia jak u osy. Tak, Jenny była super gorącą laską. Dziwił się, żę pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Mogła mieć każdego, a wybrała gburowatego, paskudnego olbrzyma, który delikatnością dorównywał skalnej lawinie. A jednak to ona właśnie sprawiała, że miękł przy niej jak baranek. On, najbardziej twardy Łowca w całych Stanach. No, ale przynajmniej znalazł sobie idealnego partnera na misje. Jenny byłą specem od komputerów i researchingu preferowała zacisze swojego domu, a on uwielbiał pracować samotnie, także dobrze się uzupełniali.

– No, czas na polowanie – powiedział do siebie z uśmiechem.

Sięgnął do samochodu i ze schowka wyjął czarne, ozdobne pudełko. Położył je na siedzeniu i otworzył. W wyścielonych szkarłatnym jedwabiem pudelku znajdowały się dwa srebrne, bogato zdobione Colty oraz jedenaście dodatkowych nabojów rewolwerowych z pociskami wykonanymi z dziwnego czarnego materiału, połyskującego nienaturalnie jakby własnym wewnętrznym blaskiem. Substancję tą znaleziono we wnętrzu meteorytu, który spadł w Rosji w 1908 roku. Łowcy przechwyciły ją od rosyjskich tajnych służb specjalnych, które to odnalazły fragmenty meteorytu nie pozwalając aby jakiekolwiek informacje wyciekły do opinii publicznej.
Były to jedyne naboje, które były w stanie wyrządzić Białym jakąś krzywdę. Johnny żałował tylko, że były tak trudno dostępne. Musiał zaoszczędzić sporo kasy na ten komplet, a już zdążył wykorzystać jeden z naboi. Nigdy się nie spodziewał, że Biały może być na tyle odważny, że rzuci się na niego z pazurami. Na szczęście zdążył wyciągnąć swojego Colta i mały praktycznie nadział się na pocisk. Gdy tylko Ater, tak Łowcy nazywali czarną substancję, wszedł w reakcję z ciałem chłopaka, zrobił się on szary, nabrzmiał, a chwilę potem jego flaki rozbryzgały się po pomieszczeniu. Wszystko dookoła pokryła czarna, lepka maź. Tak, zdecydowanie uwielbiał widok i zapach rozwalonego białasa. Właśnie dla takich chwil stał się Łowcą.

– No, Johnny. Nie czas teraz na zachwyty. – Otrząsnął się z zadumy.

Delikatnie wyjął rewolwery i schował je do kabur przy pasie, a dodatkowe naboje powciskał w przegródki. Schował pudełko z powrotem do schowka i zamknął drzwi auta. Już miał się odwrócić, lecz poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.


Przeklął w duchu swoją czujność. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo dał się podejść. Teraz na pewno Biały użyje swoich paraliżujących zdolności, zaciągnie go do gniazda i z całą rodzinką zasiądzie do wystawnej kolacji. Mroczny Johnny, od siedemnastu lat niepokonany Łowca, skończy jako posiłek jakichś posranych białasów. Jenny nigdy by mu tego nie wybaczyła.
Nie poczuł jednak tego zimnego dreszczu, który poprzedzał paraliż i ze zdumieniem stwierdził, że mięśnie nie odmówiły mu posłuszeństwa. Cała ogarniająca go rezygnacja zniknęła w jednej chwili i jego organizm przestawił się na instynktowne działanie. Gwałtownie obrócił się, jednocześnie łapiąc i wykręcając rękę która go dotknęła. Zanim jeszcze sterowane wykręconą dłonią kolana nieznajomego dotknęły ziemi, Johnny celował już jednym ze swoich rewolwerów prosto miedzy jego oczy. Dopiero teraz zdążył skupić swój wzrok i zrozumieć błąd jaki właśnie popełnił. Klęczał przed nim, z wypisanym na twarzy wyrazem bólu, pięćdziesięciokilkoletni mężczyzna, ubrany w mundur szeryfa. Łowca patrzył się jeszcze przez chwile w jego spłowiałe, niebieskie oczy, po czym wypuścił dłoń przedstawiciela władzy. Tamten wstał z trudem i rozmasowując sobie nadgarstek odezwał się do Johnny’ego.
– Proszę, Proszę. Dopiero co wjechaliśmy do naszej spokojnej miejscowości, a już mamy na koncie napaść na funkcjonariusza. – Głos mu się trochę łamał. Tak nagła reakcja mężczyzny trochę go zaskoczyła, ale wiedział, że to po części jego wina. Nie powinien zachodzić obcego od tyłu.


– To nie było mądre posunięcie szeryfie. – powiedział Johnny. – Mogłem odstrzelić panu łeb. Nie wie pan, że Łowcy są trochę przewrażliwieni?
– Że niby ty jesteś Łowcą? – zdziwił się szeryf. – Będziesz musiał mi pokazać jakieś dokumenty.
– To musi panu wystarczyć, szeryfie. – Johny Rozsunął poły płaszcza. Na jego szyi wisiała, srebrna, siedmioramienna gwiazda Łowcy.
Szeryf przyjrzał się jej uważnie. Bez wątpienia jest prawdziwa. Do cholery, teraz nie będzie mu mógł nic zrobić.
– Masz szczęście, że chroni cię immunitet, wielkoludzie. Powinienem cię aresztować za mierzenie do mnie z broni – powiedział lekko zawiedziony szeryf. Nadgarstek wciąż go jeszcze bolał i z chęcią skopałby mu tyłek i zapakował do celi. – Będę jednak nalegał, abyś opuścił Eden. To spokojne miasteczko i Łowcy nie mają tu czego szukać.
– Niestety moje źródła mówią co innego. Nie mieliście tu przypadkiem jakichś nowych lokatorów? – zapytał.
Poza tobą nie było tu nikogo od paru dobrych lat – powiedział szeryf. – Ale na zachodnim krańcu miejscowości jest parę opuszczonych domów. Na prawdę nieciekawa okolica. Ostatnio przeganiałem stamtąd jakichś przybłędów, więc jeśli to czego szukasz znajduję się w Eden, to najprawdopodobniej właśnie tam.
– Jak tam dojechać, szeryfie?
– Wystarczy, że za kościołem skręcisz w lewo i dalej prosto aż zobaczysz rozpadające się domy.
Chciał jeszcze coś dodać ale Johnny dotknął tylko ronda kapelusza, wsiadł do auta i odjechał zostawiając za sobą tumany kurzu. Gdy dotarł na miejsce od razu wiedział, że oni tu są. Jego krew popłynęła szybciej i poczuł przyjemny skok adrenaliny. Teraz na pewno ich dopadnę, całą popapraną rodzinkę białasów. Wysiadł z auta, sprawdził jeszcze raz rewolwery, po czym podszedł do bagażnika i otworzył klapę.
– Wstawaj Skuner! Czas na mały spacer. Musisz wywęszyć dla mnie kilku białasów.
Wyciągnął z kieszeni smycz, przypiął ją do obroży i wyciągnął Skunera z bagażnika. Stworzenie to, wyhodowane przez Łowców, było wielkości dużego psa jednak kształtem przypominało człowieka. Johnny nie karmił go za często, także Skuner składał się praktycznie tylko z szarej, wysuszonej skóry i kości. Był też całkowicie łysy i nagi, nie licząc zapiętej na szyi obroży. Gdy Skuner wyszedł z bagażnika, spojrzał na Johnny’ego swoimi czarnymi, pustymi oczami i uśmiechnął się, pokazując kły.
– Witaj, o panie mój! Miło cię znowu widzieć. To będzie już ponad dwa tygodnie jak trzymasz mnie w tym piekielnym bagażniku. – Jego głos brzmiał sucho i chrapliwie. – Niewątpliwie, jestem ci teraz niezmiernie potrzebny.
– Zamknij się Skuner! – krzyknął na niego Johnny – Musimy znaleźć kilku Białych, a twój nos najlepiej się do tego nadaje. Jak dobrze się sprawisz, to może zostanie dla ciebie trochę resztek.
– Tak, panie. Do usług, panie. – wycharczał Skuner.
– Przeszukaj teraz te rudery, z tego co mówił szeryf siedzą tu jakieś ścierwa, ale może znajdziesz kilku białasów. Tylko się streszczaj, Skuner. Nie mam całego dnia.
– Tak, tak, tak. – powiedział Skuner, po czym pognał w stronę najbliższej rudery.
Johnny oparł się o maskę swojego Mustanga, wyciągnął paczkę papierosów i odpalił jednego. Zaciągając się dymem wspominał chwile spędzone z Jenny. Jego Jenny. Wciąż jeszcze nie do końca w to wierzył. Będzie musiał przystopować i spędzać z nią więcej czasu. Z rozmyślań wyrwał go nadbiegający Skuner. Zaskoczyło go, że tak szybko mu poszło.
– Są, są, są. Trzech Białych siedzi w tym dużym domu z czerwonym dachem. – Zdyszany Skuner mówił tak szybko, że Johnny ledwo go rozumiał. – Jest z nimi także dwójka ludzi. Oj, oj, niedobrze, krew, krew, krew, czułem tam krew.
– Kurde, mam nadzieję, że nie jest za późno! – powiedział Johny. – Skuner, zostań i pilnuj!
Wyrzucił niedopałek, wyciągnął swoje rewolwery i pognał w stronę opuszczonego domu. Teraz ich mam. Nareszcie. Podanych jak na tacy. Zemszczę się za te blizny i upoluję swoją zdobycz. Zrobię im krwawą jatkę. Nie, muszę się skupić, wyrzucić z głowy chęć zemsty i skupić się na misji. Zabić pieprzonych białasów.
Johnny zwinnie przeskoczył rów pomiędzy domem a drogą i przeszedł przez ogrodzenie, z którego niewiele już pozostało. Po chwili był już na tyłach domu. Przystanął na chwilę i pchnął łokciem drzwi, które na szczęście były otwarte i ustąpiły pod naciskiem. Powoli przekroczył próg. W domu śmierdziało kurzem i pleśnią, a na ziemi walało się pełno śmieci. Johnny przeszedł kilka kroków, starając się nie narobić większego hałasu. Nagle usłyszał stłumiony przez ściany dźwięk, potem kolejny. Dochodziły gdzieś z góry, czyli białasy zalęgły się gdzieś na piętrze. Przeszedł powoli do przedpokoju i zaczął ostrożnie wchodzić po starych, przeżartych przez korniki schodach. Gdy dotarł na górę, jego oczom ukazał się wąski korytarz. Spod drzwi na wprost niego wydobywało się słabe światło. Przeszedł kilka kroków i przystanął. Słyszał jak wali mu serce, adrenalina osiągnęła maksymalny stężenie we krwi.
Johnny wziął głęboki oddech i mocnym kopniakiem otworzył drzwi. Wparował do pokoju, ocenił sytuację i wymierzył w siedzących przy stole Białych. Było ich troje, mężczyzna, kobieta i mała dziewczynka, wszyscy tak samo biali, o białych włosach i ubraniach. Trzy pary krwiście czerwonych oczu zwróciła się w jego stronę. Wyglądali na zaskoczonych, że ktoś przerywa im posiłek. Johnny spojrzał na stół i zrozumiał, że przybył za późno. Leżały na nim nagie zwłoki nastoletniego chłopaka, w połowie już zjedzone, a po blacie spływała jego krew. W tym momencie do Białych dotarło w końcu co się stało i ich zdumienie przerodziło się we wściekłość. Jednak zanim jeszcze zdążyli podnieść się z krzeseł, wypaliły oba Colty Johnny’ego.
– Skosztujcie tego, parszywe białe świnie! – wykrzyczał i zaśmiał się tryumfalnie.
Przez chwilę jeszcze panowała cisza, którą przerwał nagły wybuch obojga z dorosłych Białych. Całe pomieszczenie zachlapała czarna maź która z nich została. Przerażona dziewczynka, pokryta resztkami swoich rodziców, wpadła pod stół, przeczołgała się pod nim i pobiegła do sąsiedniego pokoju. Johnny skoczył za nią, ale gdy przekroczył próg pomieszczenia ujrzał tyko otwarte okno. Wyjrzał przez nie i ze zdumieniem zobaczył uciekająca dziewczynkę.
– Jakim cudem nic jej się nie stało? – powiedział do siebie. – Te cholerstwa są wkurzająco twarde. Mam nadzieję, że Skuner ją dorwie, inaczej spędzę kolejny miesiąc uganiając się za nią.
Wrócił do pokoju i dopiero teraz spostrzegł, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Do ściany, która wcześniej była po jego prawej stronie, grubymi kajdanami przykuta była dziewczyna. Jej jasna sukienka i długie blond włosy zachlapane były wnętrznościami Białych, ale poza tym chyba nic więcej jej nie było. Johnny znalazł w resztkach, pozostałych z ojca rodziny, klucz i wyswobodził dziewczynę. Miała pół otwarte oczy i chyba nie była do końca przytomna. Łowca przerzucił ją sobie przez ramię i wyszedł z pokoju. Gdy schodził po schodach, wydawało mu się, że dziewczyna coś mówi. Brzmiało to jak imię, coś jak Tony albo Tommy. To pewnie ten chłopak, który skończył jako kolacja. Biedna mała, będzie miała traumę do końca życia.