Amberallskich wojen świadkowie II

Armia rozbiła obóz 5 km na wschód od Novercart, skąd Erben przybył pieszo przemierzając brukowaną drogę, którą wędrowali głównie kupcy. Gdy już znalazł się na kilometr od miasta wszedł do slumsów utworzonych przez uchodźców z północy. Slumsy nie utrudniały poruszania po drodze, bo straże miejskie pilnowały, by budowanych z drewna domów nie oddzielał od drogi pusty pas mniejszy niż 20 metrów, a same chaty nie były bliżej murów niż 50, co miało uniemożliwić ewentualnym najeźdźcom wspinanie się na mury po dachach chat.Gdy Erbenowi udało się przedostać przez bramy stolicy Królestwa Trenel ujrzał świat będący przeciwieństwem świata zza murów.
Pełen śmiechniętych twarzy, drzew, wystaw sklepowych, straży miejskiej dbającej o porządek w mieście znacznie bardziej niż 50 metrów za jego murami, ujrzał on również stojący naprzeciwko bramy, którą wszedł marmurowy posąg miłościwie panującego w Trenel króla Odfor IV, postawiony w tym miejscu przez wdzięczny lud Novercart, jak wynikało z tabliczki do niego przypiętej.
Erben wiedział, że nadszedł czas, wiedział, że musi zgodnie z zaleceniami znaleźć tutejszy oddział słynącego z rzetelności banku, która powodowała, że bank Gontad, zwany tak od imienia jego założyciela sprzed 200 lat był w świecie powszechnie szanowaną i uważaną za godną zaufania instytucją. Miał się w nim spotkać z Nallem Y’Woodem, pracownikiem obirejskiego pochodzenia, które pozwalało mu na przejście przez wiele lat prześladowań na obcej ziemi. Choć na morzu nienawiści do inności, jaką z pewnością był kontynent, to królestwo, w którym żył i pracował było wysepką tolerancji.
Wojownik ruszył w stronę rynku, gdzie swoją siedzibę miał bank, mijał po drodze wielu ludzi różnych nacji i wyznań. Gdy dotarł do Gontad wszedł przez ciężkie drewniane drzwi do środka i trafił do miejsca, w którym okna rozświetlały całe pomieszczenie, w któym panował duży ruch, tłum klientów obsługiwany przez nieco tylko mniejszy tłum pracowników banku stał rozproszony wokół okrągłego biurka pośrodku pokoju, za którym siedziała rozdzielająca zadania między pracowników banku recepcjonistka.
– Dzień Dobry pani, czy mogę porozmawiać z Nallem Y’Woodem?
–  Dzień Dobry, Nalle stoi w rogu, lecz jest zajęty obsługą klientów, mam mu coś przekazać?
– Nie, wolałbym sam z nim pomówić, nie wie pani kiedy kończy prace?
– Wieczorem powinien być wolny. – Uprzejmie odpowiedziała recepcjonistka, po czym zajęła się wysyłaniem kolejnych pracowników do kolejnych  klientów.
– Jeszcze nie skończyłem z panią rozmawiać – powiedział chwytając recepcjonistkę za ramię – Gdzie Nalle mieszka?
– Niech mnie pan puści – odpowiedziała zrzucając rękę gościa ze swojego ramienia – W czerwonym domu naprzeciwko banku – dorzuciła.
Erben odszedł od recepcjonistki, wyszedł drzwiami na ulicę i ruszył w kierunku znanej mu dobrze okolicznej karczmy, w której miał zamiar przeczekać czas do wieczora, a że było tylko nieco popołudniu, to zapowiadała się miła zabawa w towarzystwie podchmielonych pijaczków, którzy będą śpiewać o biuściastych dziwkach, a być może wyśpiewają jakąś zabawną historyjkę w stylu „Geronda pogromcy mrówek” – kocham Novercart – pomyślał.
Nadszedł zmierzch, więc Erben wyruszył do czerwonego domu, który tak jak powiedziała recepcjonistka stał naprzeciw banku. Erben zapukał kilka razy, po czym usłyszał kroki, skrzypienie drzwi, aż w końcu ujrzał twarz Obirejczyka, z którym miał zamiar się tu spotkać. Y’Wood był niski, chudy i z pewnością nie należał do ludzi zbytnio dbających o swój wygląd, co sugerowały przetłuszczone włosy długie paznokcie i poczucie beznadziei bijące od tego osobnika.
– Jestem Erben. – Zaczął.
– Witam mości panie, może wejdziecie? Akurat zrobiłem trochę herbaty.
– Z ochotą.
Wnętrze było gustowne, pełne starych mebli, co nie znaczyło, że były zniszczone, a były  nawet bardzo zadbane. Ściany były pomalowane na biało, a wszystkie pomieszczenia rozświetlały zamontowane na ścianach świeczniki. Nalle zaprowadził Erbena w pobliże kominka i poprosił, żeby usiadł, a sam poszedł po nalaną do srebrnej zastawy herbatę. Erben wypił łyk, po czym przeszedł do rzeczy.
– No, to może przejdźmy do interesów, co masz ciekawego?
– Mam trochę trucizn, mogą się tobie przydać, mam jedną taką, trzeba czekać długo, żeby zadziałała, ale powoduje potworny ból, pozatym nie ma na to antidotum, gdybym dla przykładu ja się dowiedział, że to coś jest we mnie popełniłbym samobójstwo, chociaż…wtedy byłoby smutno mojej mamie, tak samo tacie, musiałbym ich zabić, tak samo wujek i ciotka, to byłaby rzeź…
– Przykro mi. – Przerwał wywód Nalle’a, zanim ten mógł się rozkręcić tak, że musiałby na jego koniec czekać do świtu. Y’Wood z tego słynął. – Wracając do interesów, co jeszcze możesz mi zaproponować?
– Pomyślmy, hmm może chciałbyś noże do rzucania? Spójrz tylko – powidział Y’Wood podając Erbenowi skrzynie, w której znajdowały się sztylety – dobra, felańska robota.
– Taaak, wezmę to, masz może jakąś broń białą?
– Tak, tak, tak, mam coś, co powinno cię zainteresować. – Nalle wstał i ruszył w stronę półki z książkami, zrzucił z niej parę książek, wyjął zza nich parę sztyletów i wrócił na swoje miejsce. – Spójrz, to jest rarytas, zdobyłem to, kiedy moi strażnicy dopadli jednego z  zabójców Nobijskiej Pięści, piękna robota, stal najwyższej jakości…
– Rozumiem, biorę to i jeszcze daj mi linę zakończony trzema hakami, trochę materiału, żeby go wyciszyć i łom. – Erben przerwał zanim kupiec się rozkręcił na dobre w opisie posiadanej przez niego broni. Z tego też słynął. – To by było wszystko, zapisz to na rachunek szefa, przyjacielu.
– Oczywiście, pozdrów go ode mnie.
– Na pewno to zrobię. – Obaj wiedzieli, że tego nie zrobi.
Gdy wyszedł z domu pracownika banku wciąż była noc. Wiedział, że powinien się pośpieszyć z zadaniem, nie musiał robić rozpoznania celu, wszystko było podane w zleceniu, wiedział, że może wlać truciznę do butelki, stojącej w kuchni na dole, a baron, z pewnością zabaluje w najbliższym czasie i z niej skorzysta, możliwe, że jeszcze tej nocy zadzwoni, a służba przywiezie mu kolacje, wraz z butelką pełną wina, pozwalającego na barażkowanie w każdym wieku, również starcowi, jakim był baron.
Ruszył natychmiast w stronę domu barona, wiedział, że gdyby dłużej zwlekał, to któryś ze szpiegów barona mógł donieść, że go widział, a wtedy zadanie byłoby trudniejsze.
Gdy doszedł do dzielnicy arystokratów podszedł w okolice bram rezydencji barona, znajdujących się około stu metrów od budynku mieszkalnego. Był to nie byle dom, pełen przepychu, marmurowych rzeźb, pozłacanych poręczy, mebli, lamp, srebrnych sztućców, obrazów co znakomitszych malarzy Novercart.
Erben postanowił ruszyć w stronę, którą mu polecono w liście – stronę na lewo od bramy, przy rogu, gdzie trzy metrowy płot miał mniej strażników, jako że była to najdalej odsunięta od domu barona część rezydencji, więc jego przejście przez płot w tym miejscu powinno zostać niezauważone.
Zanim zabrał się za przechodzenie przez mur sprawdził liczbę patrolujących okolicę strażników – tych za murem. Było ich pięciu – jeden przy bramie, drugi, którego nominalną pozycją była naprzeciwko pierwszego przy bramie zrobił sobie przerwę podlewając moczem okoliczne drzewo. Kolejnych dwóch stało przy drzwiach domu, a ostatni nieco bezładnie poruszał się wokół domu, właśnie on przez zwykłą złośliwość losu zostanie usunięty poprzez użycie ostrzy nabytych u Obirejczyka, Erben nie zdecydował jeszcze jakich.
Gdy ostatni strażnik ominął narożnik, w którym po przejściu przez płot znajdzie się Erben zabójca ruszył – szybkimi ruchami pokonał płot i odległość dzielącą go od miejsca na lewo od domu barona, następnie wszedł na drzewo, wyczekując przyjścia przechadzającego się po ogrodzie strażnika numer pięć.
Zauważył go, trzymał pochodnię, z pasa obok lewego biodra zwisał mu krótki miecz, częściowo zakrywający kolczugę, którą ten miał nałożoną na ubranie, a na które z kolei opadały kosmki czarnych włosów, które przy gwałtowniejszych ruchach opadały mu delikatnie na młodzieńczą, okrągłą twarz, na której gdyby podszedł bliżej Erben dostrzegłby pozostałości trądziku.
Gdy młody strażnik przeszedł obok drzewa usłyszał cichy szelest wśród liści, a potem trawy, nie zdążył jednak się obrócić, gdyż został z morderczą precyzją trafiony nożem do rzucania, a mimo to nie zdążył upaść, bo postać ubrana w czarną kurtkę, która zadała jemu szybką i bezbolesną śmierć zdążyła go złapać nim ten upadł na ziemię. Po wrzuceniu trupa na drzewo Erben sprawdził dla pewności, czy tak jak mu napisano z tyłu domu nie było żadnych strażników – nie było. Tak jak został poinformowany – hrabia nie utrzymywał większej ilości strażników ze zwykłego skąpstwa, być może chłopak, który zginął żyłby nadal, gdyby hrabia nie utrzymywał swoich obecnych straży dla prestiżu.
W tych okolicznościach Erben zaczął wypełniać plan, choć nie miał nieograniczonego czasu, bo strażnicy z przody mogą zacząć się dziwić dlaczego „młody” tak długo siedzi z tyłu domu. Wziął więc linę, haki owinął materiałem i rzucił ją w górę. Pociągnął. Udało się, natychmiast zaczął wchodzić na dach, jednocześnie zwijając te część liny, którą zdążył już wykorzystać w czasie wspinaczki.
Gdy dostał się na płaski dach domu, rzucił linę, której „haczykowate zakończenie” zaczepiło się o dwa kominy stojące obok siebie. Teraz mu nie poozostało nic innego, jak wejść przez uprzednio otwarte łomem metalowe drzwiczki umiejscowione w ściance na brzegu budynku. Zszedł cicho schodami, które według wskazówek z listu prowadziły prosto do kuchni, było cicho, być może w okolicy było jakieś przyjęcie, na które stary baron został zaproszony.
Erben bez problemu znalazł na stole butelkę, do której nalał truciznę, po czym wszedł na dach. Strażnicy stali jak wcześniej, choć jeden z tych przy domu ruszył w stronę drzewa, na którym leżał trup, tak w pierwszej chwili pomyślał Erben, w następnej zobaczył, jak strażnik skręca tuż przy domu, nie mając szans na zauważenie trupa. Strażnik uznając, że młodzieniec wszedł do domu by zabawić się z jedną z pokojówek, z którą jak wiedzieli wszyscy w rezydencji miał romans. Strażnik niechcąc przeszkadzać młodemu wrócił na posterunek.
Dalej poszło jak z płatka zejście z dachu, przebiegnięcie jakichś 120 metrów i przejście przez płot nie zajęło Erbenowi więcej niż minutę.
Następnie mężczyzna w czarnej kurtce i z plecakiem na plecach ruszył do karczmy, by w gronie pijaczków siłujących się na rękę, bardów śpiewających, że „na rozstaju dróg ruda paskuda rozkłada swe uda” wyczekiwać nadejścia wieści o strasznej chorobie barona Wylcre i jego okropnej śmierci.

Amberallskich wojen świadkowie

Erben szedł lasem, szczypany przez zimno w rytmie skrzypiącego pod jego butami śniegu. Szedł tak już od paru dni, pchany pamięcią o swojej misji. Nie zwalniając kroku ani na chwilę mijał za drzewami porozbijane wozy, wokół których leżał tłum poległych walczących w obronie dobytku i być może honoru. Jak widać nie powiodło się im to, więc ponad wszystko kochający spokój Erben nie wychodził z lasu na drogę, chyba że po coś przydatnego, jak zdobyty w ten sposób miecz, który znalazł przy zwłokach leżących na początku orszaku trupów. Było to jakieś 20 minut temu, 50 metrów temu i właśnie spotkał przód kolumny dawniej uchodźców, dziś…zwłok uchodźców.

Gdy Erben postanowił rozbić obóz nastawał zmrok, a zwłoki uchodźców leżały trzy kilometry za nim. Gdy nasz bohater o długich, brązowych włosach i piwnych oczach przespał parę godzin jego odpoczynek został przerwany przez soczystego kopniaka wymierzonego mu przez mężczyznę przywdzianego w grubą skórzaną kurtkę i również skórzane, twarde buty. Nowy, niedbający o dobre pierwsze wrażenie znajomy Erbena nie był jedyną osobą, którą ten ujrzał w blasku pochodni po tym, gdy czyjeś silne dłonie podniosły go z ziemi. Obok oskórowanego mężczyzny stały trzy konie, na jednym z nich siedziała ubrana po męsku kobieta, która w rękach trzymała kuszę, która była wycelowana w Erbena. Postać, która obudziła Erbena stała przed nim, więc ten, kto go podniósł i teraz trzymał go z tyłu skutecznie blokując mu ręce nie był tym, który go kopnął – Cóż za dedukcja drogi Erbenie, nie zastanawiałeś się kiedyś nad karierą detektywa? – Pomyślał wyrwany ze snu osobnik.

– Kim jesteś? Co tu robisz? – głos należący do mężczyzny stojącego przed nim wyrwał Erbena z zamyślenia.

– Jestem prostym facetem, który postanowił uciec przed okrucieństwem wojny.

– Sprawdziliśmy twój ekwipunek…czy w twoich stronach prości mężczyźni noszą ze sobą noże, miecze i buteleczki z niezbyt dobrze pachnącymi płynami?

– Taka kultura – Odpowiedział, po czym zderzył się z drzewem, co swymi silnymi ramionami wymógł mężczyzna stojący zanim.

– Co tu robisz?! Kim jesteś?! – Mężczyzna mówił podniesionym głosem.

– Jestem groźnym psychopatą! Argh! Zaraz was zabiję! – Kolejne zderzenie z drzewem. Denerwowanie ludzi, którzy go obudzili było nienajgorszym pomysłem, w końcu nie wyglądali na takich, którym by zależało, żeby po przesłuchaniu Erben odszedł w jednym kawałku.

– Nie jesteśmy tu dla żartu i ty pewnie też nie, pytanie po co? Współpracuj przyjacielu, a oszczędzisz sobie mnóstwo bólu. – Tym razem spokojnie powiedział nieznajomy.

– Jes… – W tym momencie ciężki but Erbena spadł na nogę trzymającego go mężczyzny, po czym Erben błyskawicznie wyprowadził kolejny cios trafiając przeciwnika w genitalia, co spowodowało jego upadek. Natychmiast po drugim ciosie Erben odskoczył w lewo wyciągnął zza prawego buta nóż do rzucania, który chwilę później wystawał z prawego oka niewiasty, która trzymając kuszę osunęła się ze swojego rumaka na ziemię.

W chwili, gdy Erben rzucał nożem mężczyzna w skórze odrzucił pochodnię i wyciągnął miecz. Erben widząc to, pobiegł do leżącego mężczyzny, któremu przy okazji zabrał miecz z pochwy, przy okazji kopiąc go w głowę uzupełniając jego liczbę obrażeń o złamany nos.

Mężczyzna w skórze zaatakował Erbena mieczem, lecz Erbenowi udało się sparować ten cios i wyprowadzić kontrę, która zabiłaby jego przeciwnika, gdyby nie cios w nogi zadany przez leżącego mężczyznę o zmiażdżonych genitaliach, który wytrącił Erbena z równowagi niemal doprowadzając do jego upadku i nie pozwolił wyprowadzić skutecznej kontry. Stojący na nogach przeciwnik Erbena zdołał zaatakować wojownika, który mimo uniku doznał rany, która ciągnęła się przez połowę przedramienia sprawiając dotkliwy ból jej właścicielowi.

W tym momencie mężczyzna zaczął wstawać i kierować się w stronę swojej zmarłej towarzyszki, wojownik postanowił coś z tym zrobić i zrobił – dogonił ociężałego mężczyzne i ciął go wzdłuż kręgosłupa, co poskutkowało rozcięciem na szarej koszuli, oraz bolesną raną ciągnącą się od łopatek, aż do pasa. Mężczyzna o zgniecionych genitaliach, złamanym nosie i czerwonej plamie na plecach osunął się na ziemię tracąc wolę walki i resztki godności układając się w pozycji płodowej.

W chwilę po tym, gdy teraz leżący mężczyzna otrzymał ranę, która jeśli przeżyje stanie się eksponatem godnym pokazania w burdelu, w którym panie zarażają panów syfilisem, czy innym świństwem, Erben zobaczył wycofującego się z obszaru walk mężczyznę, po czym sięgnął po naładowaną kuszę kobiety z wbitym w lewe oko nożem, wycelował, strzelił…trafił go w kolano. Bełt wystawał z obu stron kolana. Nie mogący biec dalej mężczyzna upadł na ziemię krzycąc w sposób w jaki sposób krzyczałaby większa część ludzkiej populacji, gdyby bełt przebił jej się przez kolano, nie musiał się tego wstydzić.

Erben wolnym krokiem ruszył w stronę leżącego wśród drzew mężczyzny.

– Zabij mnie! Proszę. – Krzyknął do Erbena mężczyzna, w stronę którego ten kierował kroki.

– To nie jest taka poważna rana, powinieneś z tego wyjść kulejąc…o ile będziesz współpracował. – Spokojnie odparł idący wojownik, który nie lubił, gdy się go brutalnie budzi, który wiedział, że kobieta i dwóch mężczyzn byli tylko bandytami, który postanowił dla samej satysfakcji potorturować więźnia.

– Odpowiem na wszystkie pytania, tylko mnie potem zabij, proszę.

– Przeżyjesz. – Spokojnie powiedział Erben.

– Właśnie, że nie! Bełt, jak i miecz, którym cię uderzyłem były pokryte trucizną, ot taka sztuczka. – Pięść Erbena trafiła bandytę w twarz rozcinając łuk brwiowy. Nie zrobił tego z powodu trucizny, ani trzech ostatnich słów bandyty, ale on poprostu to lubił.

– Nie żartuj sobie kolego. Gdzie są moje noże i miecz?

– Leżą tam –bandyta wskazał palcem dużą czarną torbę, z którą Erben zwykł podróżować – proszę, zabij mnie.

– Nie, nie zabiję cię, pozwolę ci umrzeć, lecz najpierw zaknebluję ciebie i twoich towarzyszy, a potem was do siebie przywiążę, no może poza tą dziewczyną pozwalając wam cieszyć się waszymi ostatnimi chwilami razem w ciszy. Nastała cisza, którą chwilami mącił płacz grubasa leżącego opodal.

Jak powiedział, lecz wcześniej zakopał pod jednym z drzew swój ekwipunek, poza jedną buteleczką, z której płyn wlał sobie w ranę na lewym przedramieniu, co miało zwiększyć szybkość gojenia rany, oraz zneutralizować działanie trucizny, co uprzedził oznaczeniem drzewa pod którym zakopał ekwipunek. Erben wiedząc, że za jakieś półgodziny będzie nieprzytomny i jest duża szansa, że nigdy nie odzyska przytomności (kto wie co to za paskudztwo było na tym mieczu) postanowił wejść na trakt i kontynuować podróż, licząc, że gdy opadnie nieprzytomny na ziemię będzie miał tyle szczęścia, że przed południem go znajdą…

Gdy obudził się na czerwonych poduszkach słysząc stukot koni zdał sobie sprawę, że jedzie wozem, który mógł należeć do każdego – kupców, czy wędrownych grajków.

Gdy wyjrzał na zewnątrz zobaczył tłum ludzi podążających zwartym szykiem w zbrojach, kobiety ubrane w niebieskie płaszcze, lekką jazdę. Wśród tłumu było wielu rannych, choć przeważali w nim ludzie, którzy śpiewali pieśni w języku trenelskim. Erben już wiedział, kto go znalazł – była to armia Trenelczyków, która wspomogła Amberall w obronie jego terytorium przed inwazją zza morza. Skoro Trenelczycy byli weseli i ranni, to oznaczało, że wykonali swoją robotę, więc najwyraźniej Amberallczykom udało się odeprzeć inwazję.

Wystającą z wozu głowę Embera dostrzegła jedna z kobiet i natychmiast do niego podbiegła, oczy miała błękitne, włosy blond i ładną figurę, a ubrana w niebieski płaszcz wyglądałą oszałamiająco.

– Witam.

– Witam.

– Widzę, że już się obudziłeś. Pewnie zastanawiasz się skąd się tu wziąłeś, otóż jesteśmy trenelską armią, która wraca ze zwycięskiej wojny w Królestwie Amberall. Znaleźliśmy cię po drodze na wozie kupców, którzy cię odnaleźli i mówią, że znaleźli cię nagiego i nieprzytomnego na drodze jedenaście dni temu. – Erben teraz zauważył, że jego strój jest inny, na odsłoniętym przedramieniu nie ma śladu po ostatniej bójce. Zauważył również, że nie był już w lesie pokrytym śniegiem, a jego wóz jechał pośród zielonych łąk wśród palącego słońca.

Po minie dziewczyny można było wywnioskować, że czeka na lawinę pytań, która powinna posypać się z jego ust, lecz zamiast tego usłyszała – Dziękuję za troskę, czy daleko do Novercart?

– Nie, jeszcze tylko dwa dni drogi…