Zaginiona Agartha

Pustym wzrokiem spoglądała na czarną postać odprawiającą pogrzebowy rytuał. Wydawało jej się, że ogląda niemy film. Wprawdzie usta księdza wypowiadały jakieś słowa, jednak ona zupełnie ich nie słyszała. Pogrążona w żalu, który towarzyszył jej od chwili, gdy dowiedziała się o śmierci matki, obserwowała ludzi zgromadzonych dookoła trumny, udających smutek, ale w głębi duszy wyczekujących tylko końca ceremonii.

Płakała, a wraz z nią płakało niebo. Ciemne chmury zapowiadały nadejście burzy.

Katie Medison dopiero, co skończyła studia na wydziale archeologii uniwersytetu Michigan i pragnęła rozpocząć kolejny etap życia. Nie o takim starcie jednak marzyła. Wyobrażała sobie, że razem z matką, będą przemierzać egzotyczne kraje w poszukiwaniu śladów zaginionych ludów. Czy nie tym właśnie zajmuje się archeolog?

Teraz jednak najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Zniknęła z powierzchni tego padołu ludzkich słabostek, zawiści i nietolerancji. Katie zawsze była silną kobietą, jak jej matka, w obliczu śmierci czuła się jednak nic nie warta, jak pyłek unoszony podmuchami wiatru.

Ksiądz przeszedł do ostatniej części ceremonii.

– Pożegnajmy Mary Medison, wybitnego archeologa i pedagoga, ale przede wszystkim matkę i żonę. Niech Bóg przyjmie ją do swojego Królestwa i pozwoli dostąpić szczęścia wiecznego. Duchowny odmawiał modlitwę, podczas gdy czterech rosłych grabarzy powoli spuszczało trumnę do wykopanego dołu.

Katie wzięła garść piachu i wrzuciła do grobu. Spadające grudki uderzyły w wieko i rozsypały się po powierzchni. Młoda Medison stała wpatrzona w miejsce ostatniego spoczynku najbliższej osoby. Żałobnicy rzucali na trumnę ziemię, która wydawała się w oczach Katie układać w logiczny ciąg znaków. Ktoś sypnął następną garść. To nie mógł być zbieg okoliczności – gorączkowo myślała Katie, coraz wyraźniej dostrzegając rysujące się kontury napisu. Przebudziła się z letargu otępienia spowodowanego smutkiem i ponownie spojrzała w dół przecierając oczy. Tak, była tego pewna. Rozsypana ziemia utworzyła napis – JESTEM.

Nie zdążyła zareagować, gdy grabarze zaczęli zakopywać dół.

– Stójcie, nie zauważyliście tego?! Tam było coś napisane. To musiał być znak. Ona chce mi coś powiedzieć – krzycząc rzuciła się na mężczyzn.

Wśród zgromadzonych rozległ się cichy pomruk. Ktoś złapał Katie za ramię i przytulił.

– Uspokój się. Wiem, co czujesz. Mnie też jest przykro – powiedział mężczyzna w czarnym płaszczu.

Był to jej ojciec. Miał czelność przyjechać na pogrzeb, po tym jak zostawił je same wtedy, gdy najbardziej go potrzebowały. Pojechał do Europy z jakąś kobietą. Może kiedyś mu wybaczy, może, ale teraz był ostatnią osobą, którą chciała widzieć.

– Zostaw mnie! – krzyknęła. – Czy naprawdę niczego nie zauważyliście? Jesteście ślepi, wszyscy…

Żałobnicy odprowadzali ją wzrokiem, gdy dziewczyna szybkim krokiem opuszczała cmentarz. Wsiadła do samochodu stojącego na parkingu i odjechała.

– Kontynuujmy – duchowny ze współczuciem patrzył za odchodzącą Katie. – Biedne dziecko, śmierć jest zawsze bolesnym ciosem. Pocieszajmy się jednak, że jest tylko przejściem do lepszego Bożego świata.

Rozpoczęły się modlitwy za zmarłą. Grabarze kończyli swoją pracę zastanawiając się czy na trumnie faktycznie mógł znajdować się jakiś napis. A jeśli nawet? Co z tego? To musiał być po prostu przypadek.

Main Street jedna z głównych ulic Ann Arbour<!–[if !supportFootnotes]–>[1]<!–[endif]–> świeciła pustkami. Czasami ktoś wychodził z domu, spoglądał w niebo i szybkim krokiem odchodził spiesząc się do pracy. Poranna godzina zapowiadała mające dopiero nadejść uliczne korki i miejski zgiełk.

Kobieta stanęła w progu jednej z kamienic i spojrzała na numer, aby upewnić się, że to właściwy adres. Weszła do środka skąd dotarł ją wszechogarniający swąd wilgoci i stęchlizny. Zniszczonymi drewnianymi schodami udała się na drugie piętro, zatrzymała przed drzwiami. Na tabliczce był napis – detektyw J.Holmes. Wyczuła roznoszącą się w powietrzu charakterystyczną woń cygar. Zapukała…

– Proszę wejść – dobiegł ją chrapliwy głos.

Znalazła się w niewielkim pokoiku urządzonym w stylu retro. Pośrodku stało solidne drewniane biurko, w głębi pomieszczenia znajdowała się dwudrzwiowa szafa i komoda, na ścianie zaś wisiał obraz. W skórzanym obrotowym fotelu siedział mężczyzna koło pięćdziesiątki, z lekko przyprószonymi siwizną włosami ułożonymi w taki sposób jakby ich właściciel za wszelką cenę próbował wygrać walkę z pogłębiającą się łysiną. Grube cygaro tkwiące w ustach i brązowa marynarka opinająca ciało przynosiły skojarzenia ze starymi czarno-białymi filmami z detektywem Dickiem Tracy. Brakowało tylko szklaneczki whisky.

– Może whisky? – zaproponował nieoczekiwanie.

– Nie, dziękuję – odpowiedziała.

– W czym mogę pomóc, pani… – zaciął się mężczyzna.

– Katie Medison.

– John Holmes – odpowiedział.

Wstał z fotela i podszedł do szafy, w której ukryty był okazały barek. Zrobił sobie drinka i zwrócił się do dziewczyny.

– Czy na pewno niczego się pani nie napije?

– Nie piję alkoholu – odrzekła stanowczo.

– Ja za to uwielbiam napić się czegoś mocniejszego – pociągnął łyk złotego płynu i rozsiadł się wygodnie w fotelu. – Słucham panią.

– Chciałabym zlecić panu sprawę.

– Dobrze pani trafiła, ale jeśli mam dla pani pracować, może przeszlibyśmy na mniej oficjalny ton. Jestem John – zaproponował.

– Nie mam nic przeciwko – Katie uśmiechnęła się subtelnie.

Była piękną kobietą. Delikatne rysy twarzy, mimo że nie były podkreślone makijażem wspaniale komponowały się z kręconymi, blond włosami. Świeżo upieczona pani archeolog miała na sobie czarny żakiet i spodnie do kostek. Nie wyglądała jak dama, ale na swój sposób była bardzo kobieca i pociągająca.

– Czy wierzysz w życie pozagrobowe? – zapytała.

– Tak – odpowiedział – wierzę. A skąd to pytanie? – w oczach Johna pojawiła się wyraźna oznaka zainteresowania.

– Chciałabym, abyś odnalazł moją matkę Mary Medison.

– Zaginęła? – zapytał Holmes.

– Zginęła.

– Słucham? – zdziwił się wyciągając cygaro z ust.

– W zeszły wtorek odbył się pogrzeb. Wydaje mi się, że mama próbuje zza grobu przekazać coś ważnego. Może to, że gdzieś tam jest a może coś więcej – Katie zasmuciła się a po policzku spłynęła jej łza.

– Uspokój się i opowiedz wszystko od początku – John podał jej papierową chusteczkę.

Dziewczyna przetarła oczy i rozpoczęła opowieść.

– Moja mama, Mary Medison była znanym i cenionym archeologiem. Zajmowała się kulturami ludów Azji. Zawsze fascynowały ją transcendentalne filozofie Tybetu. Zbierała materiały do napisania książki o śladach dziedzictwa kulturowego tamtych terenów. Niestety podczas ostatniej wyprawy zapadła na tajemniczą chorobę i krótko potem zmarła. Ostatnimi laty z powodu ciągłych wyjazdów mamy nie mogłyśmy się zbyt często widywać. Teraz bardzo tego żałuję, zawsze chciałam być jak ona. Marzyłam, że po studiach będę mogła uczestniczyć w jej podróżach. Dwie nieustępliwe panie archeolog odkrywające zagadki starożytności. Teraz jednak jest już za późno – oczy Katie ponownie zaszły łzami.

– Proszę mówić dalej – zachęcał detektyw.

– Przypominam sobie rozmowę z mamą. To było w Halloween. Dowcipkowałyśmy na temat duchów i życia po śmierci. Przyszedł mi wtedy do głowy dziwny pomysł – zaproponowałam, tak dla żartów, że jeśli którakolwiek z nas odeszłaby z tego świata, druga będzie się starała przekazać w jakikolwiek sposób, że istnieje życie pozagrobowe. Taki mały żart, żeby postraszyć się wzajemnie w przeddzień wszystkich świętych. Miałyśmy nawet umówiony sygnał, o którym przypomniałam sobie dopiero po jej śmierci.

– Co to za sygnał? – z zaciekawieniem zapytał John.

– Rozbite lustro. Znalazłam je po powrocie do domu. Mieszkam sama, dlatego od razu skojarzyłam ten fakt ze znakiem od Mary. Podczas pogrzebu mojej matki ziemia, którą zasypywano trumnę utworzyła napis JESTEM. Wszyscy tłumaczyli to zbiegiem okoliczności, nie chcąc uwierzyć. Ja wiem, że ona gdzieś tam jest i próbuje coś przekazać. Miałam nadzieję, że ty mi pomożesz i nie uznasz za wariatkę jak inni.

– Tak jak powiedziałem, dobrze trafiłaś. Teraz mnie posłuchaj. To, co usłyszysz, może wydawać ci się nieprawdopodobne, jednak w obecnej sytuacji myślę, że jesteś skłonna mi uwierzyć.

Zgasił cygaro zauważając, że dym tytoniowy wyraźnie ją drażni.

– Czy wiesz, czym są równoległe wymiary? – zapytał Holmes.

– Nie bardzo, a powinnam? – odpowiedziała z zażenowaniem.

– Razem z naszym światem, który codziennie oglądasz współistnieją inne wymiary. Oczywiście nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż prawie nigdy się ze sobą nie przecinają. Jednak czasami przy sprzyjających warunkach byty z zaświatów mogą ingerować w naszą rzeczywistość. Zdarzały się nawet sytuacje, kiedy takie zjawy ukazywały się w całej swojej okazałości. Ludzie zwykle nazywają je duchami, nie wiedząc, czym są. Jest to najłatwiejsze wytłumaczenie zjawiska, którego się nie rozumie.

Źrenice dziewczyny rozszerzyły się. W innych okolicznościach to, co przed chwilą usłyszała w najlepszym wypadku uznałaby za dobrą historię do straszenia przy ognisku, ale nie dziś. John wypowiadał to z takim spokojem i pewnością siebie jakby dyktował przepis na szarlotkę.Coś mówiło jej, że ten misiowaty mężczyzna o nieświeżym oddechu zdradza tajemnice strzeżone od tysięcy lat przez nieznane siły.

– Czy moja matka, znajduje się w równoległym świecie? – zapytała ze zdziwieniem Katie.

– Do innego wymiaru trafiają dusze zmarłych, które bronią się przed odejściem. Buntownicy, lub ci, którzy faktycznie mają coś bardzo ważnego do przekazania żyjącym.

– Właśnie takie odczucie towarzyszy mi każdego dnia od jej śmierci. Przeświadczenie, że ona gdzieś tam jest.

– To jest właśnie klucz do zakrzywiania wymiarów. Silna więź między członkami rodziny: miłość, nienawiść, rozpacz, pomaga otworzyć drzwi raz, czasami dwa, jednak wraz z zacieraniem się emocji coraz trudniej skrzyżować ze sobą dwa światy. Czas leczy rany a uczucia wygasają.

– Jak zatem możemy porozumieć się z mamą? – z nadzieją w głosie spytała Katie.

– W tym momencie, mogę jedynie zaoferować usługi mojej skromnej osoby – uśmiechnął się rozbrajająco John.

– Bardzo dobrze. Zatem zajmiesz się moją sprawą? Jeśli chcesz możemy przedyskutować kwestie finansowe.

– Nie w tym rzecz. Jeśli chodzi o zapłatę, to mam nadzieję że się dogadamy. Posiadam pewną cechę, a może przypadłość, która pojawiła się u mnie w wyniku wypadku samochodowego, wieki temu, fragment kości czaszki mam uzupełniony metalową płytką, o tutaj – John postukał się palcem po głowie. – Jestem po części cyborgiem – roześmiał się.

– Jaka to cecha?

– Potrafię zakrzywiać wymiary. Potrzebuję oczywiście medium, kogoś, kto byłby rodzajem bramy pomiędzy światami. Kto jest emocjonalnie związany z osobą z innej rzeczywistości, dlatego idealnie się dopełniamy. Ty będziesz drzwiami a ja kluczem do równoległej przestrzeni.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie i nadzieja jednocześnie. Nie dość, że ktoś ją wysłuchał to najwyraźniej uwierzył a w dodatku chciał pomóc. Potem okazało się, że niezupełnie za darmo. Zapłata była wysoka, jednak to nie miało znaczenia, liczyła się tylko możliwość kontaktu z mamą.

– Rozumiem zatem, że zaczynamy śledztwo – Holmes podsumował spotkanie.

– Oczywiście, najlepiej od razu – odpowiedziała. – Czy mogę zrobić coś, co mogłoby pomóc?

– Tak. Chciałbym się dowiedzieć, w jakich okolicznościach zginęła Mary. Jest to dla mnie bardzo istotne. Czy cierpiała? Co czuła? Jakie były jej ostatnie słowa?

– Spróbuję się czegoś dowiedzieć. Czy coś jeszcze?

– Wieczorem widzimy się przy grobie twojej mamy – uśmiechnął się John.

– Nie moglibyśmy za dnia? I dlaczego akurat przy grobie, nie można gdzieś indziej? – na twarzy Katie pojawiło się zdziwienie.

– Zaufaj mi, dziś o dwudziestej drugiej.

Holmes odebrał zaliczkę za przyjęcie sprawy, Katie zostawiła mu wizytówkę, zapisała miejsce spoczynku matki i wyszła.

Detektyw długo jeszcze siedział w fotelu i rozmyślał. Zapalił cygaro, nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky i patrząc na wiszący na ścianie „Krzyk” Muncha, zastanawiał się nad tym, co przed chwilą go spotkało.

Wreszcie klient – pomyślał. Bogaty i na dodatek piękny.

Zapadał zmrok. Niknąca za horyzontem różowa tarcza słońca rozświetlała chmury. Słabo widoczny księżyc zdawał się spychać ostatnie westchnienia umierającego dnia za widnokrąg. Nic nie mogło powstrzymać nadchodzącej nocy.

Nekropolia umiejscowiona w zachodniej części Ann Arbour była miejscem spokoju i zadumy. Znicze tlące się na grobach, przypominały o tych wszystkich, którzy na zawsze odeszli z tego świata.

Przy jednej z cmentarnych alejek majaczyła figura samotnie stojącej drobnej kobiety, która rozglądała się nerwowo, jakby oczekiwała czyjegoś przyjścia.

Na parking zajechał szary cadillac, z którego wysiadła tęga, barczysta postać.

– Dobrze, że jesteś – stwierdziła z ulgą Katie. – Dlaczego się tu spotkaliśmy?

– Chciałaś się widzieć ze swoją matką? – odpowiedział John. – Czy znasz lepsze miejsce niż jej grób.

– Czy to jest żart? Jeśli tak to mnie nie śmieszy – z irytacją stwierdziła. – W nocy jest tu tak strasznie.

– Pamiętasz jak mówiłem o nienawiści, strachu i odpowiednim stanie emocjonalnym kogoś, kto ma być medium pomiędzy światami. Drzwi i klucz, przypominasz sobie?

– Przypominam – odpowiedziała. – Teraz wszystko rozumiem. Zadbałeś o odpowiedni nastrój.

– Właśnie. Czy dowiedziałaś się czegoś o okolicznościach śmierci twojej matki?

– Tak, to całkiem interesująca historia, która może rzucić nowe światło na całą sprawę. Podczas ostatnich dni życia mama prowadziła wraz ze swoją ekipą prace wykopaliskowe w jaskiniach tybetańskich Himalajów. Pewnego dnia wydarzyło się coś dziwnego, Mary pozostawiła swoich ludzi i poszła w kierunku odległej o kilka kilometrów wioski. Lekarze orzekli, że była ciężko chora na rodzaj niespotykanej dotąd odmiany bakterii Ebola. Wycieńczona i ledwie świadoma zdążyła na łożu śmierci napisać tylko jedno zdanie: „Zagłada jest blisko, znajdźcie dysk”. Szukano miejsc gdzie mama mogła prowadzić ostatnie swoje prace, jednak niczego nie znaleziono. Członkowie jej ekipy również gdzieś zniknęli. Zresztą Tybet od lat okupowany jest przez władze chińskie, które bardzo niechętnie patrzą na amerykańskie ekipy przeszukujące ich tereny, trzeba uzyskać wiele zezwoleń na legalne prace wykopaliskowe. To dodatkowo utrudniało sprawę.

– Czy coś jeszcze? – zapytał Holmes.

– Niestety. I tak zdobycie tych informacji nie było łatwe. Co o tym sądzisz?

– Co mogła mieć na myśli pani Medison zapisując ostatnie zdanie? Czy chodziło o dysk twardy komputera? – głośno zastanawiał się John. – Może kojarzysz cokolwiek, co mogłoby pomóc?

– Po tym jak odszedł od nas ojciec, straciłyśmy z mamą bliski kontakt. Było jej ciężko, pochłonięta była pracą, ja studiami. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym się zajmuje, poza faktem, że jeździ po Azji i odkrywa świadectwa istnienia tamtejszych kultur. Ilekroć pytałam ją, co robi, zaraz zmieniała temat wypytując o moją naukę i te wszystkie mało istotne rzeczy z nudnego życia studenckiego. Dziś żałuję, że nie miałyśmy ze sobą cieplejszych stosunków. Tak bardzo ją kochałam, gdybym tylko wiedziała, że to nasze ostatnie chwile razem.

– Nigdy nie wiemy czy dzisiejszy dzień jest naszym ostatnim, carpe diem – chwytaj dzień. Jesteś gotowa na kontakt z duchami? – z wyraźnym rozbawieniem zapytał detektyw zmieniając ton wypowiedzi.

– Czuję się dziwnie. Czy ty mnie czasem nie próbujesz nastraszyć? – z niepewnością odpowiedziała dziewczyna.

– Jestem poważny jak nigdy. Weź kilka garści piasku i rozsyp je przed grobem, podobnie jak robiłaś to z ziemią na pogrzebie, kiedy pojawił się tamten tekst .

– Nikt oprócz mnie go nie widział. Może mi się tylko zdawało. Nie jestem już niczego pewna – powiedziawszy to sypnęła garść miałkiej ziemi na płyty alejki.

– Więcej, musi być więcej, tak by można było coś na nim napisać.

– Teraz spróbuj myśleć o mamie, wzbudź w sobie emocje, możesz się nawet rozpłakać.

Zapadł zmrok, oświetlany jedynie trupim blaskiem księżyca i nielicznymi latarniami, które w gęstym, gorącym powietrzu i tak nie dawały wystarczająco dużo światła. Płomyki tańczące wewnątrz zniczy, wyglądały jak świetliki próbujące wydostać się ze szklanego więzienia.

Mimo wielkiego skupienia i oczekiwania nic się nie działo. W głowie Katie pojawiła się myśl, że mogła zostać oszukana. John opowiedział łatwowiernej dziewczynie niestworzoną historię, a ona mu uwierzyła. Odejdzie inkasując zaliczkę i zostawi ją samą z własnymi problemami.

– Nie kochałaś swojej matki – odezwał się nagle John.

– Jak możesz tak mówić? To nieprawda – z wielkim sprzeciwem odpowiedziała.

– Nie kochałaś jej.

– Nie mów tak, nic o mnie nie wiesz – na twarzy Katie pojawił się grymas złości.

John spojrzał w kierunku rozsypanego piasku. Powoli, niczym za sprawą niewidzialnej siły na ziemi zaczęły rysować się kolejne litery, jak gdyby pisane patykiem na słonecznej morskiej plaży.

– Spójrz. Tam jest znak od Mary – mruknął John wskazując palcem w kierunku napisu.

Katie zaniemówiła, po jej policzkach popłynęły łzy. Przeżyła coś metafizycznego, czuła obecność matki, była tak blisko a jednocześnie tak daleko. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Ostatnimi czasy doświadczyła nadnaturalnych zdarzeń, jednak nigdy nie było to tak świadome obcowanie z siłami z innego świata.

Powiał wiatr, piasek został zdmuchnięty. Pozostało tylko dwoje uczestników niewiarygodnego wydarzenia.

– Widziałaś, co było napisane? – zapytał ze spokojem Holmes.

– Nie jestem pewna, ale dwie pierwsze litery to D i O i jeszcze chyba I, ale zbyt szybko zniknęły.

– To M – odpowiedział John. Nie było wyraźne, jakby coś przerwało przekaz, ale to na pewno było M. O czym myślałaś?

– Jak bardzo mi jej brakuje… widziałam nas przy wigilijnym stole, kiedy jeszcze byliśmy rodziną.

– Przepraszam, że musiałem cię sprowokować, ale to było konieczne, inaczej mogłoby się nie udać. Wybacz mi. Nie wątpię, że bardzo kochałaś swoją matkę.

– Przez chwilę byłam na ciebie wściekła, nie wiem czy szybko ci to zapomnę. Mogłeś użyć mniej dramatycznej metody.

– Musiałem działać szybko, a tylko to przyszło mi do głowy.

– Co mama chciała nam powiedzieć mówiąc o domu?

– Myślę, że tam właśnie znajdziemy odpowiedź. Gdzie mieszkała? – zapytał John.

– Miała niewielkie mieszkanko na Yellow Street.

– Jedźmy zatem – stwierdził z przekonaniem detektyw.

Dwupokojowe Mieszkanie Mary Medison mimo, że od tygodni stało puste, sprawiało wrażenie uporządkowanego. Widać było, że jego właścicielka to osoba ułożona i dbająca o czystość. Pośrodku mniejszego pokoju znajdowało się duże drewniane biurko i starannie zaścielone łóżko. W większym stał stół, skórzana kanapa i telewizor. Tylko uschnięte kwiaty i wszędobylski kurz wskazywały, że od dawna nikogo tu nie było.

– Po śmierci matki myślałam żeby posprzątać jej mieszkanie, ale wspomnienia były zbyt świeże. Ciekawe po kim odziedziczyłam zupełny brak szacunku do porządku?

– Pewnie po ojcu – stwierdził John rozglądając się po pomieszczeniu.

– Ojciec też zawsze lubił ład.

– Zatem pozwól, że nie będę zgadywał dalej – z ironią odpowiedział.

Katie zabrała zeschnięte kwiaty stojące w wazonie na stole i wyrzuciła do kosza. Podobnie postąpiła z uschniętymi doniczkowymi roślinami.

– Ciekawe, kto podlewał je podczas nieobecności mojej mamy?

– Może po powrocie zawsze kupowała nowe – John próbował silić się na dowcip.

– Czego szukamy? – zapytała.

– Czegokolwiek. Myślę, że nie bez powodu Mary Medison kazała nam tutaj przyjść. Spróbuj znaleźć coś w jej pracowni, ja przeszukam resztę pomieszczeń.

Mimo dokładnych oględzin całego mieszkania nie natrafili na nic ciekawego oprócz książek o starożytnych kulturach, prywatnych notatek i zapisków z wypraw archeologicznych. Pomiędzy osobistymi przedmiotami i biżuterią nie znaleźli jednak niczego, co pozwoliłoby wyjaśnić zagadkę śmierci i ostatnich wydarzeń z życia Mary.

– Co dalej panie Holmes? – zapytała Katie.

– Nic mój drogi Watsonie, będziemy znowu potrzebowali pomocy. Znajdź dużą kartkę papieru, najlepiej cały arkusz i coś do pisania.

– Czyżbyśmy znowu zaczynali czarować? A gdzie tradycyjne śledztwo, odciski palców, dedukcja i wszystkie te gadżety, które wykorzystują detektywi z książek i filmów.

– Nie mamy na to czasu, poza tym to nie jest zwykłe śledztwo.

Katie przyniosła duży arkusz białego papieru i zgodnie ze wskazówkami detektywa narysowała na nim znak krzyża. W lewym górnym rogu wypisała wszystkie cyfry od zera do dziewięć. Dookoła wyrysowała wszystkie litery alfabetu, na końcach którego dopisała wyrazy TAK, NIE, BYĆ MOŻE i NIE MOGĘ ODPOWIADAĆ. Gotową tablicę położyła na stole i przyłożyła wazonem po kwiatkach.

– Potrzebne jeszcze świece i ząbek czosnku przekrojony na cztery części – dodał detektyw.

– Słucham? Znowu żartujesz? – zapytała Katie, nie do końca wiedząc co myśleć o nowym pomyśle Holmesa.

– Tym razem mówię poważnie. Czasami poza bytami, z którymi chcemy się spotkać, przychodzą te mniej przyjazne. Spirytyści nazywają je larwami astralnymi.

– Nie do końca zrozumiałam o co chodzi z tymi robakami, ale pewnie wiesz co mówisz – zapaliła trzy świece i położyła obok znaleziony w kuchni, rozkrojony czosnek.

Holmes szukał czegoś między półkami. Po chwili usiadł do stołu kładąc na arkuszu papieru drewniany ołówek zaostrzoną końcówką w kierunku liter.

Na twarzy Katie zarysowało się zdziwienie połączone z ciekawością.

– No co, nigdy nie widziałaś wskaźnika? – zapytał. – Każdy spirytualista ma taki. Coś na kształt czarodziejskiej różdżki. Musiałem trochę zaimprowizować, ale mam nadzieję, że ten będzie odpowiedni. Jeśli możesz przynieś jeszcze coś osobistego, co należało do Mary, może być nawet fragment garderoby.

Dziewczyna wykonała polecenie. Zasiedli do stołu i w skupieniu oczekiwali na to, co miało się wydarzyć. Tak jak poprzednio John polecił Katie myśleć o matce, wzbudzić w sobie emocje, które pozwoliłyby na kontakt z innym wymiarem. Pomyślała o świętach, o tym jak bardzo byli wtedy z rodzicami szczęśliwi, o tym, że nigdy więcej nie doświadczy już takich chwil. Czuła, że musi wydorośleć, że powinna być odważna, powinna przeciwstawić się przeciwnościom losu, Mary na pewno tego właśnie by chciała.

Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego. Mimo, że nie było wiatru płomienie świec zadrgały, a ołówek zaczął obracać się po kartce. John jak w transie patrzył na to, co odbywało się na arkuszu papieru. Katie poczuła nagle czyjąś obecność, lecz to nie była jej matka. Coś wrogiego próbowało wtargnąć do tego świata. Nie widzieli niczego, ale doświadczali obecności zła, jakiejś nadprzyrodzonej siły próbującej zawładnąć ich umysłami. Nagle ołówek z dużą prędkością przesunął się po kartce i ustawił na cyfrze 5, sekundę później przemieścił się na kolejny znak. Siedzieli przy stole i patrzyli na mały przedmiot do pisania, teraz będący kluczem łączącym ich z innym światem. Po chwili świece zgasły a ołówek spadł ze stołu. Zapadła cisza. Milczeli zastanawiając się nad tym, co przed chwilą zobaczyli. Holmes gwałtownie wstał od stołu i przeszedł przez pokój zatrzymując się przy oknie. Był wyraźnie czymś zmartwiony i zaintrygowany.

– Zapamiętałaś wszystko?- zapytał.

– Cztery cyfry 5107. Nie widziałam niczego więcej.

– Ja też zapamiętałem tylko tyle. Musimy ograniczyć nasze spotkania z panią Medison, chyba, że chcemy na siebie ściągnąć nieszczęście. Czy czułaś zło otaczające pokój?

– Byłam przerażona, jeszcze teraz się trzęsę. Co to było?

– Tak się dzieje, kiedy ingeruje się w inne wymiary. Po drugiej stronie nie zawsze są ci, których kochamy i oczekujemy, czasami przychodzą postacie z koszmarów. Zakłócając spokój zmarłym narażamy się na spotkania z różnymi istotami. Musimy uważać i ograniczyć kontakty z zaświatem inaczej możemy postradać zmysły. Idź wziąć prysznic. Najpierw gorący potem zimny i o nic nie pytaj, po prostu zrób to – stanowczym głosem zażądał John.

Dziewczyna nie mogła się pozbierać, ręce jej drżały a ciało przeszywały dreszcze. Posłuchała Johna. Ufała mu. Wydawał się bardzo zdecydowany i pewny tego, co mówi. Podświadomie była przekonana, że trafiła na odpowiednią osobę. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był dla niej opiekunem, ojcem, którego niegdyś straciła, jakby duchowy przewodnik po świecie zmarłych.

Kąpiel rozluźniła ją na tyle, że była w stanie pozbierać myśli. Wychodząc z łazienki, zastała Johna siedzącego na kanapie i palącego cygaro.

– Przepraszam, wiem że nie lubisz kiedy palę, ale to pozwala mi się skupić i uspokoić – stwierdził detektyw widząc Katie stojącą w drzwiach łazienki.

– Nie ma sprawy. Dlaczego kazałeś mi wziąć prysznic? – zapytała. Czuła się jak adept czarnej magii na naukach u mistrza. Jak Harry Potter na wykładzie u Dumbledora. John wiedział o tylu rzeczach, o których normalni śmiertelnicy nie mieli pojęcia.

– To standardowa procedura. Ciała astralne czasami przyklejają się do żyjących. Chyba nie chcesz, żeby potem coś straszyło cię po nocach? Słyszałem nawet o zgwałconych przez ducha dziewicach – stwierdził z uśmiechem.

– Znowu nie wiem czy ze mnie żartujesz. Jeśli sądzisz, że się zarumienię to się mylisz. Dzisiejsze dziewice są bardziej bezpruderyjne niż wy starcy z ubiegłego stulecia.

Mokre blond włosy Katie lśniły w bladym świetle, przez chwilę przypominała anioła.

– Nie mam pojęcia, co pani Medison chciała nam powiedzieć. Próbowałem dopasować te cyfry do czegoś, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Masz jakiś pomysł?

– Detektywie Holmes, może to pan powinien płacić mi za śledztwo.

John podniósł się ze skórzanej kanapy i zaciągnął cygarem. Zmarszczył czoło, kiedy Katie podeszła do obrazu wiszącego na ścianie. Przez chwilę próbował odczytać autora pejzażu, jednak oczy nie pozwalały mu dostrzec podpisu na dole płótna.

– I co? – zapytał zirytowany.

Dziewczyna złapała za róg obrazu i szybkim ruchem otworzyła go tak, jak robi się z kuchennymi drzwiczkami w poszukiwaniu konfitur czy cukru. Ukazała się stalowa płyta z pokrętłem.

– Sejf? – zapytał John odpluwając drobiny tytoniu.

Katie wykonała cztery ruchy gałką, pociągnęła za rączkę i otworzyła solidne drzwiczki.

– Brawo – krzyknął Holmes.

Uprzątnęli stół i ułożyli na nim zawartość sejfu. Pośród kilkunastu kartek wyglądających jak ksero z zeszytu licealisty znaleźli coś na kształt mapy, wykonanej odręcznie, niedbałą kreską. Był to fragment jakiegoś górskiego pasma, z naniesionymi szczegółowo rzekami, dolinami i wioskami.

Zaczęli pospiesznie studiować strony. Pośród ręcznie tworzonych rysunków znajdowały się fragmenty tekstu.

– Posłuchaj tego – zagadnęła Katie przyglądając się jednej ze stronic – to brzmi jak fragment pamiętnika.

Dotarliśmy do niewielkiej komnaty. Przypomina kaplicę jeszcze sprzed czasów buddyjskich, za panowania religii Bon. Schodzimy coraz głębiej. Docieramy do drzwi. Nie potrafimy ich sforsować. Wycofujemy się do obozu, aby przemyśleć wszystko raz jeszcze.

Na kolejnych stronach znajdują się dokładne mapy i sposób, w jaki udało nam się dotrzeć tak daleko… Rozmawialiśmy z mieszkańcami wioski. Twierdzą, że odkryliśmy świątynię Agharty. Według mnie, są to pozostałości dawnego kultu Szenraba Miło z Szangszungu. Muszę zabrać odnalezione przedmioty do Stanów i dokładnie je zbadać. Być może dowiemy się z nich czegoś więcej. Nie będzie łatwo je stąd wywieźć.

Kolejna strona zawierała dalsze wskazówki.

Wejście znajduje się w dolinie Altya-tagh pod powierzchnią Brahmaputry. Nie jestem pewna, czy rzeka zmieniła przez te lata swój bieg, czy ktoś celowo ukrył…

– Co o tym sądzisz? – zapytała Katie.

– Z jakiegoś powodu twoja mama przyprowadziła nas tutaj i wskazała te kartki. To kserokopie. Wygląda tak jakby ktoś chciał, aby informacje te nie zaginęły. Sprawdźmy dokładnie wszystkie strony.

Przeglądnęli skrupulatnie cały materiał, starając się odszyfrować treść rysunków, opisów i map. Katie będąc wykształconym archeologiem pochłaniała z łatwością wszystkie informacje. John starał się udawać, że jest zainteresowany tym, co ogląda, jednak ziewanie zdradzało oznaki znużenia.

Po kilkudziesięciu minutach młoda Medison wstała od stołu i usiadła na kanapie wpatrując się w Johna robiąc przy tym słodkie miny.

– Co znowu? Widzę, że dziwne myśli chodzą ci po głowie – zapytał znudzony Holmes.

– Kiedy ostatni raz byłeś na wakacjach? – zapytała.

– Nie pamiętam, dawno temu – odpowiedział, nie do końca wiedząc skąd wzięła się ta nagła zmiana tematu.

– Nie miałbyś ochoty pojechać do Tybetu?

– Chyba postradałaś zmysły. Kontakt z ciałami astralnymi pomieszał ci w głowie. W moim wieku na plażę w Miami jest daleko, a co dopiero do Chin. Wykluczone. Przyjąłem to zlecenie, ale o żadnych zagranicznych wyjazdach nie było mowy.

– Płacę podwójnie. Poza tym pokryję wszystkie koszty podróży. To może być bardzo ciekawa wycieczka, kultura buddyjska, mnisi, obcowanie z innymi rasami. Nie kusi cię to? Poza tym czuję, że nie masz zbyt wielu zleceń. A może się mylę?

– Nawet gdybyś płaciła poczwórnie nigdzie bym nie poleciał. Przecież to dokładnie na drugim końcu świata. Tam dzieją się straszne rzeczy. Chiny mają za nic poszanowanie praw człowieka, a co dopiero z prawami takiego amerykańskiego piernika jak ja.

– Możemy się podawać za holenderskich turystów. Z pieniędzmi w Chinach wiele można zdziałać. Jeszcze będziesz zaskoczony gościnnością Azjatów. Poza tym zapłacę ci sześciokrotną stawkę.

– Za każdy dzień? – zapytał John.

– Za każdy dzień.

– Niech to szlag. Na co mi przyszło na stare lata. Ale zaliczka za pierwsze dni musi być z góry.

– Umowa stoi. Lecimy do Tybetu. Zresztą to ja powinnam się bardziej martwić. Wyjeżdżam z prawie obcym mężczyzną do nieznanego kraju.

– Oczywiście, już możesz się zacząć bać. Szczególnie tego, że wykorkuję tam na zawał i będziesz musiała płacić za transport moich zwłok z powrotem do Ameryki. Dodatkowo mam jeszcze jeden warunek, a tak na prawdę to dwa.

– Jakie to warunki? – zapytała Katie.

– Zabieramy dużo whisky i karton cygar.

– Możemy mieć przez ciebie problemy, ale niech tak będzie. Zarezerwuję bilety lotnicze. Musimy się dobrze przygotować. Temperatura nie przekracza tam kilku stopni, a bywa i dużo chłodniej.

– Słucham, to mam jeszcze marznąć? – zapytał zrezygnowany John załamując ręce.

– Szanowni państwo. Amerykańskie linie lotnicze Pan Am witają na pokładzie – odezwał się z głośników skrzeczący głos. – Lot potrwa sześć godzin. Lądowanie odbędzie się na lotnisku w mieście Lhasa stolicy Tybetu. Proszę zapiąć pasy. Życzę miłego lotu.

– Mam nadzieję, że dobrze znosisz podróżowanie samolotem? – zapytała młoda archeolog.

– Poradzę sobie. Cały czas jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego się na to zgodziłem – odpowiedział John wzdychając.

– Dlatego, że jesteś pazerny na pieniądze – stwierdziła z ironią Katie.

– Gdybym chociaż, mógł zapalić cygaro – westchnął.

Samolot nabierał coraz większej prędkości. Odczuwalne przeciążenie dawało się we znaki mniej wytrzymałym pasażerom, którzy siedzieli wtuleni w fotele i mrużyli oczy. Koła oderwały się od pasa startowego a wielki Boeing 747 jak żelazny orzeł wzbił się w powietrze.

– Odrobiłeś zadanie domowe? Przygotowałeś się do podróży? – zapytała Katie próbując podtrzymać konwersację.

– Słucham? Nie widzisz, że cierpię, nienawidzę samolotów – wysyczał detektyw zagryzając zęby.

– Oficjalnie lecimy wraz z wycieczką turystyczną zorganizowaną przez biuro podróży „TRavel”. Tylko tak, można dostać pozwolenie na zwiedzanie niektórych otwartych miejsc Tybetu.

– My zapewne udamy się do tych zamkniętych – stwierdził John ze złośliwością.

– Musimy mieć przewodnika, to również wymóg chińskich władz – dodała.

– Dlaczego mówisz o Chinach? Przecież lecimy do Tybetu.

– Widzę, że zadania domowego jednak nie odrobiłeś. Pozwól, że wyjaśnię ci kilka spraw. Od 1950 roku Tybet okupowany jest przez Chiny, dążące do całkowitego zniszczenia tybetańskiej kultury.

John z zainteresowaniem słuchał relacji o politycznej, geograficznej i kulturowej sytuacji Tybetu. Katie mówiła z wielką pasją i zaangażowaniem. Po pewnym czasie detektyw zaczął sprawiać wrażenie znużonego i przytakiwał udając, że słucha. Tylko sporadyczne turbulencje samolotu skutecznie wybudzały go ze snu.

– Czy mają państwo coś do oclenia? – zapytał skośnooki urzędnik.

– Tylko kilka butelek whisky – odpowiedziała Katie.

– Proszę rozpakować – zażądał wskazując na stół do przeszukiwania bagażu. – Czy wiedzą państwo, że na teren Tybetu można wwieźć tylko litr alkoholu na osobę, a ja tu widzę więcej – stwierdził celnik z wyrazem triumfu na twarzy.

– W takim razie nadwyżkę będziemy musieli zostawić – powiedziała Medison wyjmując butelkę Johnnie Walkera z torby.

– W żadnym wypadku – zaoponował John.

Wyrwał flaszkę z rąk Katie otworzył i przystawił do ust. Łapczywie przełykając wlał w siebie połowę. – Czy jest jakiś przepis, który mówi, że nie można nadwyżki alkoholu przewieźć w brzuchu? – zapytał celnika.

Zdziwiony Chińczyk zmierzył wzrokiem postać Johna, przetarł czoło, postukał się w głowę i wskazując ręką kazał opuścić odprawę celną. Wypowiedział jeszcze kilka słów po chińsku i zwrócił swoją uwagę na bagaże kolejnych pasażerów.

– Ty pijaku! Nie mam zamiaru taszczyć cię do hotelu – krzyknęła wyraźnie zła Katie.

– Przecież nie mogłem… dopuścić, żeby… się zmarnowało… źle mi… – bełkotał lekko pijany już detektyw.

– Bardzo dobrze ci tak. Wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz wezwę taksówkę.

– Nic mi przecież nie jest… czuję się… kiepsko…

W drodze do hotelu John śpiewał stare żołnierskie piosenki z czasów Wietnamu. Katie siedziała obok kierowcy i rozmyślała o tym, że do jutra Holmes będzie dla niej zupełnie nieprzydatny. Po dłuższym namyśle stwierdziła jednak, że może ta sytuacja nie jest taka zła. Rozejrzy się po mieście i załatwi kilka spraw niezbędnych do dalszej podróży na północ Tybetu.

– Wstawaj śpiochu już dziewiąta, spałeś kilkanaście godzin – Katie weszła do pokoju Johna, do którego wczoraj musiała go wnieść. Bez pomocy hotelowej obsługi nie poradziłaby sobie z potężnie zbudowanym mężczyzną.

– Moja głowa, zaraz mi pęknie. Czy nie mógłbym jeszcze trochę poleżeć? – zapytał detektyw blady jak ściana.

– Wstawaj za godzinę wyruszamy wzdłuż rzeki Cangpo<!–[if !supportFootnotes]–>[2]<!–[endif]–>. Musimy dotrzeć do doliny Altya-tagh. To kawał drogi. Wszystko już załatwiłam.

– Jak to załatwiłaś? Beze mnie?

– Wynajęłam przewodnika. Tylko tak legalnie można tutaj podróżować. Udało mi się zatrudnić Tybetańczyka, mimo że obsługa wycieczki bardzo nalegała na Chińczyka. W tym miejscu pieniądze potrafią czynić cuda. Poza tym wynajęcie Hummera kosztowało mnie trzy tysiące Juanów i jeszcze kilkaset za dodatkowe rzeczy, bez których ciężko przeżyć na pustkowiach Tybetu. W tych rejonach, nie ma co liczyć na Statoila.

John zwlekł się z łóżka i zaczął gorączkowo przeszukiwać bagaże.

– Czego szukasz? – zapytała.

– Gdzie moje cygara? – nerwowo przerzucał zawartość torby, by po chwili znaleźć upragnione pudełko. Zapalił i podszedł do okna wypuszczając z ust kłęby dymu. Widok, który roztaczał się z dziesiątego piętra hotelu zapierał dech w piersi.

– Tybet nazywają dachem świata. Jesteśmy teraz na wysokości trzech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. A to, co widzisz przed sobą to najwyższe góry świata Himalaje. Piękny krajobraz nieprawdaż? – zapytała Medison.

– Piękny? W życiu czegoś takiego nie widziałem. To jest cudowne.

John stał w oknie i podziwiał. W pewnym momencie złapał się za głowę i zatoczył. Z pomocą przyszła ściana, dzięki której utrzymał równowagę.

– Mam strasznego kaca – stwierdził.

– To nie kac, tylko skutek zmiany klimatu. Za kilka godzin poczujesz się lepiej, zresztą i tak najgorsze przespałeś. Ja też to wczoraj przeszłam. My ludzie z nizin, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich wysokości. Pakuj się wyjeżdżamy, wycieczka wyrusza o dziesiątej.

– Jaka wycieczka? Będziemy coś zwiedzać? – ze zdziwieniem zapytał John.

– Na początku. Potem po prostu się zgubimy.

– Cudownie. Ciekawe, co będzie jak nas złapią? Chińczycy nie są przecież zbyt przyjaźnie nastawieni do Amerykanów.

– Za to Tybetańczycy są fantastyczni. To my bardziej zagrażamy im, niż oni nam. Za kontakty z turystami mogliby mieć spore kłopoty.

Jechali dużym terenowym Hummerem. Podążali przez pustkowia Tybetu wzdłuż rzeki Cangpo. Katie prowadziła. Jadący z nimi przewodnik o imieniu Dolkar starał się sumiennie wywiązywać ze swoich obowiązków, pamiętając sporą sumę, którą wcześniej zainkasował. Opowiadał o historii i losie, jaki spotkał Tybetańczyków.

– To bardzo uciemiężony kraj. Byliśmy szczęśliwi i przede wszystkim wolni. Mieliśmy swoją religię i kulturę, którą nasi przodkowie z wielkim mozołem budowali od wieków. Jednak przez ostatnie pięćdziesiąt lat Chińczycy wszystko zniszczyli, piąta część narodu przypłaciła okupację życiem a ośrodki kultury, nauki i sztuki zostały splądrowane lub zburzone. Tutaj od lat giną ludzie a prawa człowieka nie są respektowane, ale nikogo to nie interesuje, wystarczy jednak, że życie straci jakiś Europejczyk a cała światowa prasa i telewizja o tym huczą. Jeśli nikt nam nie pomoże, to niedługo cały nasz naród zostanie starty z powierzchni ziemi.

Samochód sunął po zaimprowizowanej drodze pozostawiając za sobą ślady kół. Powoli zbliżał się zmrok, majaczące w oddali himalajskie krajobrazy zachwycały. Czuło się w tym surowym klimacie otaczającą zewsząd duchowość i niemal boską obecność.

– Trzeba rozbić biwak – stwierdziła zmęczona podróżą Katie.

John dochodził do siebie i włączył się nawet do organizowania noclegu. Udało mu się zaparzyć herbatę i porozlewać ją do kubków. Niby niewiele, ale pozostali członkowie wyprawy byli wdzięczni za coś ciepłego przed snem. Namioty rozkładane na dachu Hummera sprawiały się doskonale. Ciepłe śpiwory i gorąca herbata dawały namiastkę domu, będącego tysiące kilometrów stąd.

John nie mógł zasnąć, ciągle się wiercił, coś nie dawało mu spokoju.

– Katie nie śpisz jeszcze? – spytał.

– Nie śpię. Coś się stało? – odpowiedziała ziewając.

– Ktoś tu z nami jest. Wyczuwam czyjąś obecność – stwierdził John.

– Czy to, aby nie alkohol płynący jeszcze w twoich żyłach?

– Duch twojej mamy jest tu z nami. Chce nam coś powiedzieć. Nie mylę się. Czy do tej pory miałaś powody, żeby mi nie wierzyć?

– Czy sugerujesz mały seans spirytystyczny? – Katie wyszła z namiotu i usiadła na rozkładanym krześle.

– Myślę, że to najlepsze wyjście w tej sytuacji – odpowiedział Holmes.

Popatrzyli w górę, gwiazdy wydawały się dużo większe, niż gdziekolwiek indziej na świecie, jakby w tym miejscu ziemia łączyła się z niebem. Temperatura spadła do kilku stopni Celsjusza. Ubrani w ciepłe kurtki starali się skoncentrować na nawiązaniu kontaktu z duchem Mary Medison, tak jak robili to w Stanach. Okoliczności jednak były dużo mniej sprzyjające, para unosząca się z ust i przenikliwe zimno nie pozwalały się skupić.

Mimo to po chwili zerwał się wiatr. Sino-blady kamienny księżyc świecił tak mocno, że rozjaśniał cały surowy krajobraz. Katie wyraźnie poczuła czyjąś obecność.

John w skupieniu wypatrywał wskazówki z zaświatów. Nagle na twardej ziemi zaczęły pojawiać się jakieś znaki. Było to jedno zdanie, jakby ktoś ogromną niewidzialną pieczęcią odbił je w twardej glebie. Wiatr ustał. Ogromne oddalone o dziesiątki kilometrów góry były dobrze widoczne, ośnieżone białe szczyty przechodziły w szarą część podstawy, by w końcu zatopić się w czarnej skorupie ziemskiej. Piękne i groźne – tylko takie słowa mogły oddać ich urok.

Podeszli do miejsca, gdzie w ziemi wyryty był tekst. Katie złapała za komórkę i zrobiła zdjęcie, aby utrwalić napis. Zdanie brzmiało: „Znajdźcie dysk w Talung”.

– Czym jest ten cholerny dysk i dlaczego jest to takie ważne? – zapytała Medison. Jej twarz spoważniała, jakby dziewczyna zaczynała powątpiewać w sukces rozwikłania całej zagadki.

– Myślę, że jeśli uda nam się dotrzeć do Talung znajdziemy również i dysk. Jutro zapytamy naszego przewodnika, może będzie coś wiedział. Pora już spać, musimy mieć siły na dalszą drogę.

– Sprawiasz wrażenie, jakbyś zaangażował się w rozwikłanie tej sprawy a nie był tutaj tylko dla pieniędzy – szyderczo stwierdziła Medison.

– Skoro już się tu znalazłem, to również chciałbym znać zakończenie tej historii. Sądziłaś, że jestem aż takim materialistą?

– Przez chwilę miałam takie wrażenie. Ale ufam ci, jesteś dobrym człowiekiem.

– Dziękuję za miłe słowa. Dowiemy się, co się za tym wszystkim kryje i spełnimy ostatnie życzenie twojej mamy. Obiecuję ci to. Zresztą z takim detektywem jak ja nie zginiesz.

Medison przytuliła się do Johna. Patrzyli jeszcze przez chwilę na ogromne górskie szczyty. Ciemna noc spowiła cały krajobraz, tylko ogromne gwiazdy rozświetlały pochmurne niebo, na którym królował księżyc – większy niż gdziekolwiek indziej. Po krótkiej chwili zdecydowali się wrócić do namiotu. Zdawali sobie sprawę z tego, że przed nimi trudna i wyczerpująca podróż.

Hummer jechał przez tybetańskie wyżyny. Trójka podróżników rozmawiała o wydarzeniach z ubiegłej nocy.

– Dolkar, czy słyszałeś o Talung? – zapytała Katie.

– Oczywiście. To jeden z klasztorów położonych nad jeziorem Mapam Yumco. Skąd znają państwo tę nazwę? – zapytał zdziwiony przewodnik. – Dawno jej nie słyszałem.

– Chcielibyśmy odwiedzić to miejsce. Czy jest dostępne dla turystów? – pytał dalej Holmes.

– Możemy spróbować. Skoro akurat tam muszą się państwo udać. W klasztorach życie jest bardzo skromne, na wszystko brakuje pieniędzy, dlatego mnisi chwytają się każdej metody, aby zdobyć dodatkowe środki – wyjaśnił Tybetańczyk.

– Jedźmy zatem nad jezioro. W którym to kierunku?

– Na południowy wschód, jakieś kilkadziesiąt mil stąd – Dolkar wskazał palcem punkt na mapie.

Położone na wysokości czterech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza górskie jezioro Mapam Yumco otoczone było licznymi klasztorami. Starodawne budowle, ośrodki buddyjskiej religii niegdyś tętniące życiem, dziś były tylko echem dawnej świetności. Wysokie mury i kamienne fundamenty tworzyły coś na kształt fortyfikacji. Opasające całą budowlę, mierzące kilkadziesiąt metrów schody prowadziły do bramy wejściowej.

Drogę pod górę pokonali z wielkim mozołem, szczególnie John musiał zatrzymywać się co kilka stopni aby zaczerpnąć powietrza. Dotarli do drewnianych drzwi i kilkakrotnie zapukali wielką stalową kołatką. Usłyszeli szczęk i zgrzyt otwieranego zamka, nie minęła chwila, kiedy wejście stanęło otworem. Powitało ich trzech mnichów ubranych w wiśniowe szaty. Dolkar służył za tłumacza.

– Witajcie przybysze. Czekaliśmy na was – rzekł jeden z zakonników.

– Cóż za gościnność. Naprawdę na nas czekaliście? Skąd wiedzieliście, że przyjedziemy? Widzieliście nasz samochód? – pytała Katie.

– Czekamy na was od miesięcy.

– Od miesięcy? – Katie spojrzała ze zdziwieniem na Johna – O co tu chodzi?

Wnętrze świątyni wypełniał szereg kaplic rozmieszczonych wokół prostokątnego dziedzińca. W centralnej części na wprost bramy znajdowała się statua Buddy Sakyamuni. Nad placem rozpięte były dachy pokryte złoconą blachą. Na ścianach osłonięte siatkami olejne malowidła przedstawiały świętych lamów.

– Wejdźcie do środka – Tybetańczyk wskazał ręką drzwi.

Przeszli do wąskiego korytarza prowadzącego w głąb budowli. Wnętrze było mroczne, spowite białym dymem pochodzącym z pieców ofiarnych i kadzideł. Nozdrza drażnił zapach cynamonu, goździków i drzewa sandałowego. Po chwili wędrówki dotarli do większego pomieszczenia.

Zostali ugoszczeni herbatą, którą w tych rejonach spożywano w ogromnych ilościach. Czegoś tak obrzydliwego Katie nie piła chyba nigdy. Później dowiedziała się, że była to mieszanka liści herbaty i masła z jaka – tybetański rarytas. Holmes korzystając z miłej atmosfery odezwał się pierwszy.

– Czekacie na nas od dawna. Czy aby nie pomyliliście nas z kimś innym? – zapytał.

– Poszukujecie medalionu świątyni Agarthy. Zmierzacie do miejsca gdzie według przepowiedni ma nastąpić koniec świata. Czy się mylę? – zagadnął sędziwy mnich.

– W pewnym sensie masz rację. Poszukujemy czegoś, co przypomina dysk, być może chodzi o medalion, o którym wspomniałeś. Na pewno znajduje się w tej świątyni. Jedziemy tam gdzie moja mama do niedawna prowadziła prace archeologiczne. O końcu świata nic nie wiem – z ironią stwierdziła Katie.- Może powiecie nam coś więcej, dlaczego na nas czekacie i co to za przepowiednia?

Mnich pokłonił się, jakby oddawał cześć jakimś niewidzialnym bogom, pociągnął łyk herbaty i rozpoczął opowieść.

– Nasz świętej pamięci arcykapłan Brahma-atma miał zeszłego lata kilka dni przed śmiercią proroczy sen. Objawił mu się sam Budda i powiedział, że właśnie dzisiaj do naszej świątyni przybędzie dwójka obcych z innego kontynentu w poszukiwaniu medalionu Agarthy. Najstarsi mnisi mówią, że jego moc ocali świat od zagłady a lud tybetański uwolni spod jarzma niewoli. Oczekiwaliśmy waszego przyjazdu. Od kilku lat nie zawitał do nas żaden turysta. Czy może to być zbieg okoliczności, że właśnie dziś stanęliście u progu naszego klasztoru? Wszyscy wierzymy w przepowiednię Brahma-atmy. Wyślemy z wami trzech naszych braci, którzy będą strzec medalionu a jednocześnie towarzyszyć wam podczas podróży, do miejsca gdzie mają się wydarzyć rzeczy tak ogromnej dla nas wagi.

– Skoro tak, to nie mamy nic przeciwko – stwierdził John. – Zbyt łatwo wszystko układa się po naszej myśli. Spodziewałem się problemów, a tu proszę, będziemy mieć dodatkowe wsparcie. Wolę jednak nie myśleć, co znajdziemy u celu naszej wyprawy.

– Nie czas, aby się teraz nad tym zastanawiać. Chyba powinniśmy ruszać w dalszą drogę – wtrąciła Medison dziękując mnichom za gościnę. Zaopatrzyli się w niezbędne do dalszej podróży rzeczy i opuścili klasztor.

Wraz ze swymi nowymi towarzyszami wyruszyli na południe Tybetu do miejsca zwanego Altya-tagh. Do przebycia mieli około dwustu mil stepowych bezdroży.

– Czym jest Agartha? Znam trochę tę legendę, ale chciałabym usłyszeć ją z waszych ust – zagadnęła Katie najstarszego mnicha, który mimo sędziwego wieku miał w oczach dziwny blask, jak gdyby wypełniała go jakaś kosmiczna energia, dwaj pozostali zdawali się dużo młodsi, jakby mniej doświadczeni przez los.

– Agartha to starożytna świątynia i miejsce założone przez samego Buddę. W starej księdze Agrouchada Parikshai<!–[if !supportFootnotes]–>[3]<!–[endif]–> jest napisane, że przed wiekami w podziemnych krainach znajdował się raj zamieszkiwany przez Wtajemniczonych, czyli dużą grupę potomków wcześniejszej cywilizacji. Krainą tą władał Budda, który jako jedyny znał magiczne formuły stanowiące symbol wszelkich sekretów nauk okultystycznych. Zaklęcie to znane jest powszechnie jako AUM<!–[if !supportFootnotes]–>[4]<!–[endif]–>, lecz Budda objaśniał jego ukryte znaczenie tylko Wtajemniczonym trzeciego, najwyższego stopnia.

Podobno ci, którzy tam przebywali, władali wielkimi mocami i posiadali wiedzę o wszystkich sprawach świata. Niestety jest to tylko legenda,. ani tego miejsca, ani świątyni nigdy nie odnaleziono. Nie wiadomo czy kiedykolwiek istniały.

– Dlaczego, w proroczym śnie waszego kapłana to właśnie my mamy ocalić świat? Jakie znaczenie ma w tym wszystkim dysk, który nosisz na piersi? – pytała dalej Katie.

– Medalion, jest jednym z przedmiotów wyniesionych ze świątyni Buddy. Od pokoleń znajduje się w naszym klasztorze jako relikwia. Mieliśmy nadzieję, że to wy powiecie nam coś więcej.

– Niestety znamy jeszcze mniej szczegółów niż wy, ale za to wiemy, gdzie szukać świątyni Agarthy. Reszta mam nadzieję wyjaśni się na miejscu – stwierdził John.

– Czy sądzisz, że moja mama odnalazła to legendarne miejsce? – zapytała Katie. – Wspominała o tym na pozostawionych w sejfie kartach.

– Nie wiem – ze zwątpieniem odpowiedział Holmes patrząc pustym wzrokiem przez okno samochodu.

– Byłoby to największe odkrycie w historii archeologii. Czy możesz to sobie wyobrazić? Świątynia Agarthy – rozentuzjazmowana Katie docisnęła pedał gazu. Jechali kilka godzin rozmawiając i studiując materiały pozostawione przez Mary. Pod wieczór zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, dlatego rozbili obóz i ułożyli się do snu.

Medison rozmyślała o miejscu, do którego zmierzali. Wyobrażała sobie jak doniosłe będzie to odkrycie. Młoda archeolog wkraczająca dopiero w zawodowe życie, która mogłaby się pochwalić tak wielkim sukcesem to byłoby coś wspaniałego. Ta myśl nie pozwalała jej zasnąć. A wszystko dzięki mamie, która nawet po śmierci nie zapominała o córce. W podświadomości dziewczyna czuła, że jest jednak coś jeszcze. Jakaś wielka tajemnica oczekująca na odkrycie w jaskiniach tybetańskich gór. Cel podróży był tak blisko, że nic już nie mogło pokrzyżować ich planów. Jeszcze tylko jedna noc i odkryją wszystko to, co Mary Medison próbowała usilnie przekazać im zza światów. Katie czuła się odpowiedzialna, za spełnienie woli swojej matki. Nie mogła towarzyszyć Mary w jej ostatnich chwilach, dlatego teraz była podwójnie zobowiązana do wypełnienia życzenia zmarłej. Wiedziała, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, zawsze duchem będą razem. Rozmyślając o tym zasnęła.

– Wstawać, co tutaj robicie? – zagrzmiał łamaną angielszczyzną donośny głos.

– Co się dzieje? – zaspanym głosem zapytała Medison.

– Nie wiem, zaraz zobaczę – odpowiedział John wychylając głowę z namiotu. – O cholera, policja.

– Proszę się wylegitymować – krzyczał chiński funkcjonariusz. Drugi mundurowy wysiadł z samochodu i zaczął odpinać kaburę z bronią.

– Zostaw wszystko mnie. Ja z nimi porozmawiam – powiedziała Katie wychodząc z namiotu.

– Co robicie w tym miejscu? Nie wolno tu przebywać. Proszę o dokumenty – zażądał policjant stanowczym głosem.

Katie podała papiery. Mundurowy wertował kartki studiując każdą z osobna.

– Zboczyliście z trasy waszej wycieczki. Będziemy musieli was zaaresztować a dodatkowo zapłacicie wysoką grzywnę.

– Mamy pozwolenie na zwiedzanie tych terenów. Proszę. – Katie wręczyła Chińczykowi niewielki dokument.

Policjant przez chwilę dokładnie mu się przyglądał. Spojrzał na dziewczynę i zapytał. – Przewodnik jest z wami?

– W samochodzie – odpowiedziała.

– W porządku, ale lepiej byłoby dla was, gdybyście wrócili na szlak wycieczki. Tutaj jest niebezpiecznie. Może stać się wam jakaś krzywda – ostrzegł oddając dokumenty.

– Oczywiście, wrócimy na szlak – przytaknęła pokornie.

Policjanci wsiedli do samochodu i odjechali.

Uczestnicy podróży odetchnęli z ulgą, widmo aresztu i wysokiej grzywny zostało zażegnane. Obserwowali jeszcze przez chwilę policyjny samochód niknący za wzgórzami.

– Skąd miałaś pozwolenie? – ze zdziwieniem zapytał Holmes.

– Pokazałam im starą legitymację studencką – z uśmiechem odpowiedziała.- Grunt to dobry blef.

– Możemy mieć kłopoty. Powinniśmy się szybko zbierać, zanim ten policjant zakapuje, co tak naprawdę przed chwilą zobaczył.

– Nie będę się tym razem z tobą sprzeczać – odpowiedziała Katie. – Zmywajmy się stad.

Jechali przez górzyste pustkowia. Z oddali leniwie wyłaniała się pełna roślinności dolina Altya-tagh. Nie można jej było porównać z afrykańską dżunglą, jednak jak na tybetańskie warunki taka ilość drzew, krzewów i traw na jednym obszarze były zjawiskiem nad wyraz osobliwym. Równikowy krajobraz jak fata-morgana majaczył na pustynnym horyzoncie. Dolina tworzyła rodzaj enklawy, gdzie temperatura sięgała nawet dwudziestu stopni Celsjusza. Szeroka rzeka płynąca przez kotlinę nawadniała znajdującą się tam roślinność. Oaza zieloności umiejscowiona na bezkresnej pustyni – to właśnie był cel ich podróży.

Podążali wzdłuż rzeki Cangpo. Przez chwilę wydawało im się, jakby nie znajdowali się w mroźnym Tybecie, ale gdzieś na podrównikowych ciepłych obszarach. Katie studiowała mapę w poszukiwaniu miejsca, gdzie powinno znajdować się wejście do podziemnej świątyni Agarthy. Według opisów Mary Medison należało odnaleźć wodospad wypływający z kamienistego zbocza. Niewielki obszar doliny Altya-tagh, ułatwił odnalezienie celu. Rozbili obóz nad przepięknie umiejscowioną wodną kaskadą.

– Tutaj jest cudownie – westchnęła z zachwytem Katie.

– Mógłbym przyjechać w to miejsce na wakacje – dodał John. – Tylko co dalej?

– Jak to co? Bierzemy kąpiel – Medison z wesołą miną wyskoczyła z samochodu. Z bagażnika wyciągnęła sprzęt dla płetwonurków: pianki, płetwy, maski i rzuciła wszystko na ziemię.

– Cóż to takiego? – ze zdziwioną miną zapytał detektyw. Mnisi wraz przewodnikiem wysiedli z samochodu i zaczęli rozglądać się po okolicy.

– Ubranie dla nurków. Jestem przygotowana na podwodne eksploracje. Mam nawet rozmiar kombinezonu dla ciebie.

– Nigdy w życiu nie wejdę do tej wody. Ma pewnie kilka stopni Celsjusza- zaoponował John.

– Jeszcze się okaże. Zaczekajcie tu na mnie. Zobaczymy, co znajdę pod wodospadem.

Uczestnicy wyprawy rozeszli się po okolicy, tylko John stał nad brzegiem i nerwowo obserwował rozwój sytuacji. Perspektywa zanurzenia się w zimnej rzece napawała go przerażeniem.

Katie założyła piankę, akwalung i butlę. Wreszcie przydadzą się umiejętności nurka-grotołaza – pomyślała. Pierwszy kontakt z lodowatą wodą nie należał do najprzyjemniejszych, na szczęście skafander dobrze utrzymywał ciepło ciała.

Dziewczyna nabrała powietrza w płuca, poprawiła maskę i zanurzyła głowę pod powierzchnię krystalicznie czystej, górskiej wody. Widok, jaki ujrzała był zachwycający, mieniące się kolorami, różne odmiany roślin oraz przepływające ryby, przyglądające się Katie ze zdziwieniem, tworzyły zdumiewający pejzaż. Mimo kilku metrów głębokości piaszczyste dno akwenu było świetnie widoczne. Młoda archeolog nie mogąc oprzeć się pokusie przez jakiś czas pływała swobodnie podziwiając przy tym podwodną florę i faunę. Po chwili przypomniała sobie, w jakim celu znalazła się w tym miejscu. Trzymając się ściany pod powierzchnią kaskady próbowała znaleźć jakiekolwiek zagłębienie, którym można byłoby wpłynąć do wnętrza góry. W pewnym momencie wzrok Katie przykuła niewielka ryba wypływająca ze skalnej jaskini znajdującej się kilka metrów poniżej poziomu wodospadu.

– Coraz mniej mi się to podoba – stwierdził tybetański przewodnik. – Widzę, że wpakowałem się w jakąś niezłą kabałę.

– Nie martw się. Nasza pracodawczyni zapłaci ci za cały zmarnowany czas. Sądzisz, że ja jestem tutaj dla przyjemności? – uspokajał John. – Znajdziemy zaginioną jaskinię i wracamy do domu. Katie Medison stanie się sławna a my zarobimy przy tym dużo pieniędzy. Nie pożałujesz. Pomyśl, mógłbyś zostać jednym z jej ludzi w Tybecie. Nasze życie odmieni się na zawsze.

Dolkar wywodził się z biednej rodziny, dlatego możliwość szybkiego wzbogacenia się podziałała na jego wyobraźnię.

– Skoro tak mówisz, to idę z wami – stwierdził przewodnik. – A co z mnichami? Oni naprawdę wierzą w jakąś przepowiednię.

– Na to wygląda, ale nie wyprowadzajmy ich z błędu. Mogą nam się jeszcze przydać. Znają te tereny znacznie lepiej od nas. Zobaczmy, co robi Katie, może wypłynęła już na powierzchnię – zaproponował John, gdy nagle dostrzegł postać wyłaniającą się z wody.

– Znalazłam! Jest przejście do podziemnej jaskini. Będziemy potrzebowali światła, strasznie tam ciemno – wysyczała Medison odpluwając resztki wody.

Przeprawa szóstki podróżników podwodnym tunelem nie należała do prostych. Szczególnie dużo problemu nastręczał John. Nigdy w życiu nie nurkował, dlatego pierwsze lekcje udzielone przez Medison zniósł ciężko. Pozostali członkowie ekipy poradzili sobie znacznie lepiej. Mnisi szkoleni całe życie w różnych technikach oddychania, bez wielkiego wysiłku przepłynęli do podwodnej groty pomagając przy tym Katie przetransportować do wnętrza niezbędny sprzęt.

Przedostanie się przez wąski skalny korytarz, było dla Johna nie lada wysiłkiem. Cały czas powtarzał sobie, że robi to dla pieniędzy, nie chciał przyznać, że w głębi duszy odkrył w sobie nutkę podróżnika. Poza tym polubił Katie i chciał jej pomóc. Nie liczył oczywiście na nic więcej poza pieniędzmi i sympatią młodej pani archeolog. Co tak piękna dziewczyna mogłaby zobaczyć w starszym facecie po przejściach? John traktował ją trochę jak córkę, którą zawsze pragnął mieć. Jednak w życiu zabrakło mu czasu i okazji, aby zrealizować to marzenie.

Wypłynął na powierzchnię i rozglądając się dookoła próbował coś dostrzec. Po chwili zorientował się, że jest w dużej grocie wykutej wewnątrz góry. Medison, która wyszła z wody przed detektywem włączyła reflektor rozświetlając wnętrze jaskini. Skierowała strumień w kierunku Johna.

– Wyłaź z tej wody, bo się przeziębisz.

Młoda archeolog omiotła światłem zakamarki skalnej groty, mrocznej i wilgotnej przypominającej smoczą pieczarę.

Pozostała część ekipy zdążyła wyjść z wody, osuszyć się i ubrać. Na skórze czuć było delikatny strumień ciepłego powietrza.

– Mogliśmy zostawić kogoś na zewnątrz, na wypadek nieprzewidzianych problemów. Widzę jednak, że i tak nie znalazłby się nikt chętny do pełnienia straży – stwierdziła Katie spoglądając na pozostałą część ekipy. Holmes tylko wzruszył ramionami i niczego nie odpowiedział.

Katie wyposażyła wszystkich w kaski z latarką, podobne do tych, jakie noszą górnicy i grotołazi.

– Czy to już wszystko? – zapytał Holmes. Możemy wracać z powrotem? Świątynia Agarty została odkryta?

– Widzę, że strach cię obleciał. Nie studiowałeś dokładnie materiałów mojej mamy. Przed nami daleka droga. Na szczęście mamy wszystko, co będzie nam potrzebne – z pewnością w głosie stwierdziła młoda archeolog wskazując ręką w głąb jaskini. – Chodźmy tędy. Czuję, że podmuch powietrza dochodzi z tamtego miejsca.

Przeszli ze sporych rozmiarów skalnej groty do wąskiego korytarza, w którym ledwie mieścił się stojący człowiek. Katie wiedziała, że wyprawy w głąb gór są bardzo niebezpieczne. Dodatkowo miała na względzie zupełny brak doświadczenia pozostałej części załogi, dlatego starała się być bardzo ostrożna. Czuwała nad ich bezpieczeństwem, idąc z tyłu i obserwując wszystkich uważnie. Klaustrofobicznie ciasny tunel napawał trwogą. Przodem szedł Dolkar ostrożnie stawiając kroki. Zewsząd dobiegał cichy odgłos wody przelewającej się gdzieś pomiędzy skalnymi szczelinami.

– Jeśli zauważycie coś podejrzanego nie próbujcie niczego dotykać – stwierdziła opiekuńczym głosem Katie. – Nie róbcie nic na własną rękę. Jeśli chcemy wyjść z tego miejsca cało, musimy mieć oczy dookoła głowy.

– Dobrze mamusiu, nie musisz się o nas martwić. Będziemy grzeczni – ironicznie odpowiedział John. Przez chwilę przeszła detektywowi przez głowę myśl związana z bezsensownością włóczenia się po tybetańskich jaskiniach, jednak zaraz przypomniał sobie sporą sumę pieniędzy, jaką Katie płaciła mu za każdy dzień. To pozwoliło zapomnieć o trudach marszu i skoncentrować się na tym, co było przed nimi.

Korytarz stawał się coraz szerszy. Powiew powietrza na policzku był coraz mocniej wyczuwalny. Johnowi wydawało się, że widzi w oddali światło wpadające do skalnej groty. Nie mylił się. Weszli do wysokiej na kilkanaście metrów jaskini. Przez kilka otworów w suficie wpadały promienie rozświetlając mroczną pieczarę. Zatrzymywały się na pięciu dziwnie wyglądających skalnych płytach rozmieszczonych w odstępie kilku metrów na ścianach pomieszczenia. Grube, pancerne drzwi wykonane były z materiału przypominającego granit. Po prawej stronie każdej z płaszczyzn znajdowały się trzy kilkucentymetrowe skalne kafle. Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło Katie do głowy to hotelowa winda, którą można przywołać wciskając klawisz kierunku jazdy. Jednak te wielkie granitowe bloki zupełnie nie przypominały drzwi. Nie posiadały klamek, ani niczego, czym można byłoby je otworzyć.

– Cóż to jest do cholery? – wysapał John rozglądając się dookoła oczami wielkimi jak pięćdziesięciocentowe monety.

– O tym właśnie pisała moja mama. Gdybyś przeczytał wszystkie karty znalezione w sejfie teraz nie miałbyś takiej miny. Zresztą sama nie mogę uwierzyć w to, co widzę.

Mnisi usiedli na ziemi i zaczęli odprawiać modły.

– Co oni robią? – zapytała Katie Dolkara.

– To dla nich naturalne w obliczu obcowania z boskim dziełem. Oni wieżą, że sam Budda wyrzeźbił te skały. Dla mnie również jest to zupełnie nieprawdopodobne. Kto mógł stworzyć coś takiego?

– Może Wtajemniczeni, o których mówi legenda Agarthy – uczniowie Buddy – odpowiedziała Katie. W jej oczach dało się zauważyć wielkie podekscytowanie. Jeszcze nigdy John nie widział jej w stanie takiej euforii. Nie bez przyczyny poszła na studia archeologiczne, zawsze chciała odkrywać największe tajemnice świata ukryte pod ziemią. Nie przypuszczała jednak, że tak szybko ziści się jej marzenie.

– Spróbujcie się rozejrzeć. Ja sprawdzę, co napisane jest na temat tej jaskini w materiałach mojej mamy. Przekartkowała kilka stron i odnalazłszy właściwy fragment krzyknęła. – Słuchajcie tego! Teraz wiem, co Mary miała na myśli pisząc te słowa. Zaczęła czytać na głos, aby wszyscy dokładnie słyszeli.

To nieskończony labirynt. Układ większych skalnych jaskiń połączonych jest z mniejszymi grotami i korytarzami doprowadzającymi. Zwiedziliśmy kilkadziesiąt takich pomieszczeń. Aby dostać się z jednego miejsca do następnego należy otworzyć drzwi wykonane z nieznanego wypolerowanego kamienia, przypominającego granit lub marmur. Nie jest to jednak takie proste. Cały układ tuneli jest istną matematyczną układanką. Azja jest miejscem powstania systemu dziesiętnego i dynamicznego rozwoju nauk ścisłych, jednak stopień zaawansowania techniki, jaka potrzebna była do zbudowania tych tuneli przerasta nasze pojmowanie. Nie jesteśmy w stanie wyjaśnić jak starożytne ludy mogłyby zbudować tak skomplikowane mechanizmy. Może jednak byli to członkowie wybranego ludu Agarthy. Czy byłoby to możliwe? Nie ustajemy w poszukiwaniach…

Zbadaliśmy najbliższe pomieszczenia. Tylko jedną drogą udało nam się dotrzeć do komnaty, będącej rodzajem ołtarza. Cały labirynt jest naszpikowany pułapkami. Należy bezwzględnie trzymać się moich wskazówek, inaczej można stracić zdrowie a nawet życie. Kilku członków mojej ekipy zostało dotkliwie pokaleczonych, podczas prób otwierania kolejnych grot, dlatego posuwamy się bardzo wolno i ostrożnie. Czasami z braku pomysłu, w jaki sposób przedostać się do kolejnego pomieszczenia musimy cofać się, aż na samą powierzchnię. Zagadki pomaga nam rozwiązywać wybitny matematyk doktor Anger, jednak bywa, że i dla niego okazują się zbyt trudne, dlatego wybieramy inną drogę niż początkowo zakładaliśmy.

Członkowie ekipy przyglądali się kamiennym drzwiom i kaflom znajdującym się obok. Próbowali odnaleźć jakieś ślady, które mogłyby pomóc w dalszej drodze.

– Posłuchajcie jeszcze tego, mam wskazówkę dotyczącą miejsca gdzie się znajdujemy – zawołała Katie.

Będąc w pierwszej jaskini należy kierować się drugimi drzwiami na lewo od wejściowego korytarza. Wyryliśmy na nich litery MM, aby nie pomyliły nam się drogi. Wpadające promienie słoneczne, co jakiś czas rzucają na kamienne wrota znaki. Zmieniają się one w zależności od położenia słońca. Należy przechodząc przez wejście zapamiętać, jaki symbol wyświetlany był na skalnej ścianie. Będzie to później niezbędne, aby przejść przez kolejne pomieszczenie.

– To jest niesamowite! – stwierdziła z podnieceniem Medison.

– Coraz mniej mi się to podoba. Czuję w tym miejscu złowrogą aurę. Jakby coś zakłócało przepływ energii. Wchodząc tu, myślałem, że nic nam nie grozi. Czy słyszałaś legendę o odkrywcach grobowców faraonów? Ginęli od umieszczonych tam pułapek, lub na skutek klątwy rzucanej przez egipskich kapłanów na tych, którzy bezcześcili święte miejsca pochówku królów.

– To są tylko legendy. Z mojej wiedzy wynika, że nic takiego nie miało miejsca. Mit z klątwą został wymyślony przez turystów zaraz po odkryciu grobowca Tutenhamona. Zresztą mamy mapę tych tuneli, poradzimy sobie. Musimy tylko być rozważni. Z opisu mojej mamy wynika, że gdzieś ponad trzema małymi kaflami powinien być tekst zagadki w języku tybetańskim.

Dolkar podszedł do marmurowych drzwi i odczytał treść napisu.

– To jakiś ciąg cyfr: 1,1,2,3,5,8,13,21,

Na trzech kaflach poniżej są kolejne: 33,34,35.

– Czy wiecie, co to może znaczyć? – zapytała młoda Medison.

– To ciąg Fibonacciego – stwierdził John po chwili namysłu – zupełnie proste. Już starożytni znali metodę złotej proporcji a Leonardo da Vinci wykorzystywał go w swoim malarstwie. Nawet Dan Brown napisał o tym jakąś książkę, tylko nie pamiętam tytułu – oznajmił John chełpiąc się znajomością tematu. – Co na ten temat pisze twoja mama?

– Tu jest podane, że należy wcisnąć 34 – odpowiedziała Katie.

– To oczywiste, jest to kolejna liczba ciągu. Zauważ, że poza pierwszą i drugą cyfrą, każda liczba jest sumą dwóch poprzednich. Dlatego 34 jest prawidłową odpowiedzią. Wciskaj klawisz – z podnieceniem w głosie stwierdził John.

– Poczekaj, zapomnieliśmy o jednej rzeczy. Świetlny znak na marmurowej płycie. Co na niej widać? – zapytała pani archeolog.

– Coś jakby wielokąt. Może warto byłoby go gdzieś przerysować, skoro będzie w dalszej podróży taki istotny – stwierdził Dolkar.

Katie wyciągnęła telefon komórkowy i zrobiła zdjęcie świetlistego kształtu. – Teraz nie zapomnimy jak wyglądał. Odruchowo spojrzała na wyświetlacz. Nie ma zasięgu, niedobrze – pomyślała.

– Co zatem robimy? Naciskamy? – zapytał John.

– Myślę, że tak. Zanim słońce zmieni położenie i zniknie znak na drzwiach.

Z niemałym trudem Dolkar przycisnął kamienny klawisz z napisem 34. Przez chwilę wszyscy zamarli w bezruchu oczekując tego, co ma się wydarzyć. Kilka sekund później usłyszeli głośne terkotanie mechanizmu, jakby wielkie zębate koła obracały się w zegarze na wieży Big-Ben. Kamienne drzwi wolno zaczęły unosić się w powietrze.

– Według opisu wrota uchylają się tylko na chwilę, potem samoczynnie zamykają się. Na szczęście można je łatwo otworzyć naciskając klawisz na odwrotnej stronie drzwi. Ktoś sprytnie to wymyślił, aby ułatwić drogę powrotu. Łatwo wyjść, piekielnie trudno wejść.

Weszli do kolejnego tunelu. Bardzo wysoki i szeroki na około trzy metry cały pokryty był wyrzeźbionymi w skale kwadratowymi płytami, które przypominały łazienkowe kafelki, były jednak od nich dużo większe i umiejscowione na suficie, podłodze i ścianach. Wewnątrz każdej płytki znajdował się jakiś symbol.

– Zatrzymajcie się. Nie idźcie dalej – krzyknęła Katie. Widzicie te kwadraty w podłodze. Wyglądają trochę jak płyty chodnikowe. Można stąpać tylko po tych, na których widać znak podobny do tego ze zdjęcia – Katie podała Dolkarowi telefon komórkowy. – Przypatrzcie się dokładnie zdjęciu i w żadnym wypadku nie ruszajcie płyty z innym wizerunkiem. Zresztą myślę, że najlepiej będzie jak pójdę pierwsza.

– Mówisz tak, jakbyśmy byli dziećmi. Nie ufasz nam? – ze złością zapytał John.

– Czuję się za was odpowiedzialna. W końcu to mój pomysł, że bawimy się w grotołazów i poszukujemy czegoś, co może w ogóle nie istnieje.

– W porządku. Musimy się uspokoić i jakoś zorganizować – podsumował Holmes.

– Idźmy gęsiego. Ja pójdę pierwsza i będę świeciła reflektorem.

Korytarz wydawał się długi, jednak wytężając wzrok dawało się na jego końcu dostrzec znajomą granitową płytę przypominającą kolejne drzwi. Szli ostrożnie, ważąc każdy krok. Nic nie mówili, starali się maksymalnie skoncentrować. Nie wiedzieli, czym grozi nadepnięcie na złą płytkę, jednak nikt nie miał najmniejszej ochoty, aby się o tym przekonać.

– Czy słyszycie te odgłosy? – zapytał Dolkar.

– Jakby jakiś mechanizm, zegar czy coś – dopowiedziała Katie.

Tajemniczy odgłos tykania przerywał, co kilka sekund przenikliwą ciszę wypełniającą wnętrze. W powietrzu czuć było wilgoć wymieszaną z zapachem przypominającym zgniliznę.

– Odpocznijmy chwilę, zrobiło mi się słabo – wyszeptał Holmes. – Czuję, że zbliża się coś bardzo niepokojącego.

– Już niedaleko, widzę koniec korytarza – pocieszała Katie. – Dasz radę. Jeszcze tylko kilka kroków.

Nagle nad ich głowami rozległ się przeraźliwy huk, jakby skalisty dach zaczął się walić.

– Co się stało? – krzyknął Dolkar.

– Nie wiem. Poświecę do góry – Medison skierowała snop światła na sufit.

Przerażenie sięgnęło zenitu. Kamienny sufit powolnym ruchem osuwał się na ich głowy. Mieli może kilkadziesiąt sekund na to, aby jak najszybciej wydostać się pułapki. Widmo śmierci zajrzało wszystkim w oczy.

– Musimy wracać! – krzyczał John.

– Uruchomienie pułapki zablokowało wyjście z powrotem. Do przodu! Kurwa mać, nie sprawdziłam, jaka zagadka kryje się przed nami – zaklęła Katie.

Biegli najszybciej jak potrafili. Walcząc o życie przebyli dystans dzielący ich od wyjścia w rekordowym tempie. Sufit niebezpiecznie zbliżał się do ziemi trzeszcząc i chrupiąc podczas ocierania się o boczne ściany.

– Dolkar czytaj, co tam jest napisane, a ty Katie znajdź odpowiedź na tę pieprzoną zagadkę – poganiał John.

Obok kamiennych drzwi znajdowały się trzy znajome kafle i tabliczka z zagadką.

– Nie mogę znaleźć odpowiedzi – krzyczała Katie. Niech to szlag mogłam wcześniej sprawdzić.

– Co jest większe e do potęgi pi czy pi do potęgi e. Trzy odpowiedzi na kaflach: znak większości, mniejszości i równości – wykrzyczał Dolkar. – Trzeba jedynie uzupełnić wyrażenie tak, aby było prawdziwe – dopowiedział. Pospieszcie się… zaraz sufit zakryje

klawisze z odpowiedziami a wtedy…

– A skąd ja mam kurwa wiedzieć, co jest większe niż jakieś pi. Zaraz zginiemy jak czegoś nie wymyślimy! Pierdolę to! Odsuńcie się – krzyknął John odpychając Dolkara i Medison od drzwi.

– Poczekajcie mam! Nie! Szlag mnie trafi, naszło ich na jakiś dowód matematyczny – przeklinała Katie rozpaczliwie szukając prawidłowej odpowiedzi.

Sufit zaczął powoli zakrywać granitowe drzwi, zbliżając się niebezpiecznie do podłogi.

John nie wytrzymał napięcia i w akcie rozpaczy wcisnął skrajny lewy klawisz. Przykucnął, i obserwował marmurowe drzwi modląc się, by drgnęły choć odrobinę. Kamienny sufit ciągle jednak się obniżał.

Mnisi przylgnęli do podłogi i w oczekiwaniu na pewną śmierć odmawiali modły. Katie przestała szukać odpowiedzi, straciła już nadzieję na ocalenie.

W pewnym momencie ku ich wielkiemu zaskoczeniu marmurowa płyta drzwi poruszyła się. Klęcząc na ziemi ledwie mogli się poruszać.

– Szybko tędy! Jest niewielki otwór pod drzwiami – krzyknęła Katie.

Kamienne wrota podniosły się na taką wysokość, że ludzkie ciało mogło się z trudem przez nie przecisnąć. Przeturlali się po ziemi tak, aby znaleźć się poza zasięgiem spadającego kamiennego sufitu. Tylko biedny John z racji swojej tuszy nie mógł się prześlizgnąć. Wierzgał rękami i nogami jak bezbronny robak próbujący uwolnić się ze śmiertelnej pułapki.

– Pomóżcie mi! – krzyczał.

Kamienne drzwi uniosły się na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. Sufit niebezpiecznie zbliżał do podłogi. Trójka mnichów ciągnąc w rozpaczy Johna za ręce wydobyła go spod kamiennego bloku.

Znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Przez przesuwające się coraz wyżej granitowe drzwi obserwowali opadający sufit, który uderzył delikatnie o podłogę i jakby nigdy nic zaczął unosić się z powrotem do góry.

Kolejne pomieszczenie do złudzenia przypominało jaskinię z pięcioma wypolerowanymi drzwiami, z której tak niedawno wyszli. Nie miało jednak żadnych otworów, którymi powietrze i słońce mogłoby się dostać do środka.

– Pieprzę taką wycieczkę – uniesionym głosem wykrztusił z siebie detektyw. – Zginiemy tu jak karaluchy. Nikt nas nie odnajdzie, jak wszystkich tych, którzy przybyli tu z twoją matką. To jakiś piekielny labirynt. Wszystkie te jaskinie są identyczne. W końcu zabraknie nam szczęścia i utkniemy w jednej z pułapek.

– Nie podnoś głosu – odpowiedziała wzburzona Medison. Może to ja powinnam zapytać, dlaczego sufit się na nas obsunął. Byliśmy przecież ostrożni. Stąpaliśmy po prawidłowych płytach. Czy masz mi może coś do powiedzenia?

– Brakowało mi tchu… oparłem się ręką o ścianę… inaczej bym upadł – skruszonym głosem wysyczał Holmes.

– O mały włos nie zginęliśmy, jak mogłeś…- Katie przeszła do centralnej części jaskini i rozejrzała się dookoła, próbując się uspokoić. Wszyscy czuli strach i niepokój. Wiedzieli jednak, że tylko współpracując mają szansę pokonać kolejne pułapki. John nieco się uspokoił, jednynie drżenie rąk wskazywało na emocje, które jeszcze przed chwilą przeszywały całe jego ciało.

– Przepraszam. W tych lochach dzieje się coś bardzo niedobrego. Zwykle czuję obecność ciał astralnych, tutaj jednak moje zmysły milczą. To wygląda tak, jakby boskie siły opuściły to miejsce. Takie rzeczy zdarzają się tylko w piekle. Weszliśmy do siedziby samego szatana – John usiadł na podłodze i schowałł twarz w dłonie.

Katie objęła go. – Spróbuj się opanować. Ja też się boję. Jeśli będziemy trzymać się wskazówek mojej mamy, nic złego nam się nie stanie. To już bardzo niedaleko. Pójdziemy jeszcze kawałek, jestem to winna Mary. Pomóż mi proszę.

– Dobrze. Pójdziemy dalej, ale zrobię to tylko dla ciebie. Mam gdzieś pieniądze. Martwy i tak nie będę mógł ich wydać – spokojnie podniósł się z podłogi i rozejrzał dookoła.

– Jeśli mogę się wtrącić. Skąd wiedziałeś, który klawisz jest tym odpowiednim? – zapytał Dolkar.

– Ze mną możecie się czuć bezpieczni, w końcu posiadam nadnaturalne zdolności. Powiedziała mi to pani Medison – z butą w głosie stwierdził Holmes odzyskując nieco pewność siebie.

– Rozumiem – odpowiedział uspokojony Dolkar.

Katie zbliżyła się do Johna tak, aby pozostali członkowie ekipy nie mogli usłyszeć tego, co mówi.

– Blefowałeś? Powiedziałeś, że niczego w tych jaskiniach nie czujesz – stwierdziła szeptem.

– Lepiej mi podziękuj, że was ocaliłem. Czasem miewam trochę szczęścia – odpowiedział John.

– A tak z ciekawości. Chcielibyście wiedzieć, jaka jest prawidłowa odpowiedź na poprzednią zagadkę? – zapytała Katie dla rozluźnienia nerwowej atmosfery.

– Nie obchodzi mnie to ani trochę. Chciałbym już wrócić do domu. Gdybym chociaż mógł zapalić cygaro – narzekał dalej Holmes.

– Zostały w samochodzie. Zapalisz jak stąd wyjdziemy. Swoją drogą na kartach mojej mamy jest długi wywód doktora Angera, na temat tego, która z tych liczb jest większa e do potęgi pi czy pi do potęgi e. Aby udowodnić to wyrażenie trzeba wykorzystać logarytmy i pochodne a o ile dobrze pamiętam ze studiów wynaleziono je dopiero kilkaset lat temu. Jakim cudem budowniczowie tych korytarzy dysponowali taką wiedzą?

– Mówię ci, że to dzieło szatana – stanowczym głosem stwierdził John. – Popatrz na nich. Oni są tego niemal pewni – wskazał palcem przerażonych mnichów.

– Zapytaj ich, co o tym wszystkim sądzą? – Katie zwróciła się do Dolkara.

Nastąpiła krótka rozmowa i wymiana zdań.

– Oni mówią, że pójdą z wami wszędzie. Jesteście wybrańcami Buddy – odpowiedział Dolkar po krótkiej dyskusji z mnichami.

– No tak, jeszcze trzech Tybetańczyków do niańczenia – stwierdził John. – Prowadź Laro Croft. Twój uczeń pójdzie wszędzie tam gdzie ty – dodał z przekąsem.

– Widzę, że wraca ci humor. To dobrze. Takiego właśnie cię lubię. Zgryźliwego tetryka i złośliwca – odwdzięczyła się Katie.

– Co tym razem mówi nasz przewodnik turystyczny? – kontynuował złośliwości Holmes.

– Wchodzimy w środkowe wrota. Przeczytajcie zagadkę – zaproponowała Medison.

Dolkar podszedł do kamiennej płyty. Kątem oka dostrzegł wykuty na nich znak MM. Po lewej stronie klawisze z napisami 16,17,19. Nieco powyżej w języku tybetańskim ciąg liczb: 1,2,3,5, 7,11,13,.

Odczytał na głos wszystkie cyfry. Zapadła cisza, którą po chwili przerwał John.

– Przecież to liczby pierwsze. Te zagadki są zupełnie łatwe – z pewnością w głosie stwierdził detektyw. – Prawidłowy klawisz to ten z cyfrą 17. To kolejna w ciągu liczba pierwsza. Wciskaj Dolkar.

– Naciskaj, ta sama odpowiedź jest w kartach Mary – potwierdziła Katie.

Kolejne przejście stanęło otworem. Przed nimi pojawił się wysoki i wąski tunel.

– Pieprzę – stanowczo zaoponował Holmes. Zostaję tutaj. Nie mam klaustrofobii, ale tak małe przestrzenie mnie przerażają.

– Dobrze. Niech tak będzie. Pójdę sama. Wy zostańcie. Spróbuję sfotografować kolejną zagadkę i zaraz wracam – stwierdziła.

Nikt nie zaoponował słysząc pomysł Medison. Perspektywa przeciskania się przez wąski tunel w szóstkę wydawał się kiepskim pomysłem. W przypadku problemów mieliby utrudnioną możliwość powrotu. Niewielka osoba mogła za to w miarę szybko poruszać się po korytarzu.

– Musicie cały czas utrzymywać ze mną kontakt głosowy. Gdyby wrota się zamknęły ponownie je otwórzcie. Jeśli coś mi się stanie wracajcie na powierzchnię.

Katie wyruszyła przez ciasne przejście. Szła ostrożnie oświetlając drogę przed sobą. Dziwny odgłos tykania mieszał się z chlupotem wody przelewającej się przez skalne szczeliny. Nieprzyjemny zapach zgnilizny stawał się coraz bardziej wyczuwalny, drażnił nozdrza utrudniając oddychanie.

– Słyszycie mnie? – krzyknęła Medison.

– Doskonale. Echo świetnie niesie głos – odpowiedział Dolkar. – Widzisz coś?

– Na razie nie, oprócz jakichś znaków na ścianach – odpowiedziała.

Wpatrywała się w ciemność próbując dostrzec kolejne wrota. Przez chwilę miała wrażenie, że widzi niebieskie światło. Przetarła oczy, lecz niczego nie zobaczyła. Podświadomie tłumaczyła sobie, że to na pewno zmęczenie daje się jej we znaki. Oświetliła dokładniej tunel przed sobą. W oddali zauważyła ledwie widoczną, jasną, granitową powłokę.

– Widzę bramę – krzyknęła.

– Sfotografuj zagadkę – dobiegł ją w odpowiedzi głos Johna.

Na końcu korytarz stał się znacznie szerszy.

Kamienna brama i trzy kafle obok to widok, jaki będzie mi się śnił do końca życia – pomyślała.

Katie wyciągnęła telefon komórkowy i zrobiła zdjęcie. Nie znała tybetańskich znaków. Liczyła na to, że Dolkar będzie w stanie z łatwością je odczytać.

– Mam wszystko, wracam do was.

Drogę powrotną pokonała niezwykle sprawnie.

Wszyscy dokładnie przyglądnęli się zdjęciu, na którym widniały ułożone w kwadrat cyfry:

816

357

492

– Nie ma o tej zagadce ani słowa w materiałach mojej mamy. Co to takiego? – zapytała Katie.

Na zdjęciu trzech kafli znajdowały się znaki: 15,16,17.

Po chwili sędziwy mnich zaczął coś tłumaczyć, rysując palcem w powietrzu kształty.

– Co on mówi? – zapytał John.

– To magiczny kwadrat. Znany w Azji już od tysiącleci. Mnisi wieżą, że w cyfrach zaklęta jest niezwykła moc. W krajach zachodu nazywa się to numerologią – odrzekł przewodnik.

– W porządku, tylko jaka jest prawidłowa odpowiedź? – zapytał poirytowany Holmes.

– Policz sumę oczek w pionie poziomie lub na skos a uzyskasz prawidłową odpowiedź – z uśmiechem odrzekł Dolkar.

– Bardzo sprytne. Pamiętam takie zabawy, jak jeszcze byłem dzieckiem – odrzekł John. Zatem cyfra 15 jest prawidłową odpowiedzią. Szli wężykiem przez wąski korytarz, którym wcześniej przeciskała się Katie. Brak informacji o zagadce w materiałach Mary Medison mógł wskazywać, że są już bardzo blisko celu. Zapach zgnilizny stawał się coraz bardziej intensywny, wręcz trudny do wytrzymania. Wyobrażali sobie jak musiałby się czuć samotny człowiek pozostawiony w tych labiryntach bez pożywienia i światła. Pogrzebanie żywcem, śmierć głodowa, utknięcie w pułapce bez wyjścia – takie myśli przychodziły im teraz do głowy.

Dotarli do granitowych wrót. Dolkar wcisnął klawisz z cyfrą 15. Zatrzeszczało i kolejne wejście stanęło przed nimi otworem. Przeraźliwy smród zgniłego mięsa, który w nich uderzył niemal powalał na kolana. Skierowali światło przed siebie. Ogromna sala wykuta w skale zrobiła na nich tak piorunujące wrażenie, że słychać było tylko westchnienie, które echem poniosło się w przestrzeń. Sala przypominała kościół lub świątynię z przerażającymi postumentami umieszczonymi rzędem na bocznych ścianach pomieszczenia. Człekopodobne stwory z długimi nogami przechodzącymi w rodzaj stóp zakończonych dwoma palcami i pazurami. Wygląd głowy nasuwał skojarzenie ze smokiem lub jaszczurką. Smukłe ciało nie posiadało rąk tylko długie odrosty w kształcie szczypiec zakończone żądłami. Stwór wyglądem przypominał skrzyżowanie człowieka, raka, skorpiona i warana z komodo. W przedniej części sali znajdowała się kamienna budowla podobna do ołtarza. Z egzotycznymi zdobieniami i wyżłobionymi otworami przypominała jakiś niezwykle skomplikowany mechanizm. Podłoga w pomieszczeniu była płaska. Czasami tylko wyrastał z niej skalny kształt podobny do stołu. Półokrągłe sklepienie spinało potężną czaszą całą jaskinię. Na ziemi leżały ludzkie ciała. Było ich może kilkanaście rozkładających się i cuchnących odrażającym fetorem. Wilgotny mikroklimat jaskini sprzyjał procesom gnilnym.

– Mój Boże – wystękał Holmes zakrywając twarz rękawem, aby nie zwymiotować.

– Co do jasnej cholery? – dopowiedziała równie przerażona Katie.

– Myślę, że wiem, co stało się z członkami ekipy twojej mamy – stwierdził John wchodząc ostrożnie do sali.

– Ciała wyglądają strasznie – stwierdziła Katie.

– Jestem sparaliżowany strachem. Powinniśmy się stąd jak najszybciej wynosić. Co mogło zabić tych ludzi? – zapytał Holmes.

– Nie wiem. Ciężko mi się skupić. Może jednak powinniśmy się rozejrzeć. Przebyliśmy tak długą drogę. Im już raczej nic nie pomoże – stwierdziła wskazując na leżące ciała.

Członkowie zespołu rozeszli się po pomieszczeniu. Przyglądali się zwłokom, postumentom stworów i dziwnemu ołtarzowi. Fetor gnijącego mięsa był trudny do wytrzymania, jednak po chwili nozdrza przyzwyczaiły się do zapachu na tyle, aby nie wywoływać odruchu wymiotnego.

– Zauważ, że niektóre ciała są mniej rozłożone od innych. To świadczyłoby o tym, że przybyli tu w różnych odstępach czasu. Spójrz ten tutaj wygląda całkiem dobrze – powiedział John wskazując zwłoki brodatego starszego mężczyzny.

– Patrz! Ma dziwny znak na szyi, jakby od ugryzienia. Może powinniśmy sprawdzić czy mają jakieś dokumenty? – zapytała Katie.

– Nie odważę się dotknąć rozkładających się zwłok. Zmywajmy się stąd jak najszybciej. Tutaj wydarzyło się coś przerażającego i modlę się, aby i nas to nie spotkało.

– Zaraz się stad wynosimy. Rzucę tylko okiem na ołtarz i zrobię kilka zdjęć. Może wykorzystamy naszych tybetańskich przyjaciół i poprosimy ich, aby przeszukali ciała. Powinni mieć wprawę w takich rzeczach. W końcu śmierć i cierpienie jest częścią ich życia pod chińską okupacją. Skoro już dotarliśmy tak daleko nie mogę przepuścić okazji, aby dowiedzieć się, co zabiło moją mamę i jej towarzyszy. Jestem im to winna. Wiem, że jesteś przerażony. Czuję to samo, coś jednak każe mi dokończyć to, co zaczęliśmy. Daj mi kilka minut i zaraz stąd wychodzimy.

Dolkarowi udało się przekonać mnichów, aby przeszukali ciała. Ci nie wzdrygając się specjalnie zaczęli przeczesywać kieszenie martwych.

– Spójrz na te postumenty – wskazała ręką Katie.

– Są potworne. Mam nadzieję, że to tylko wytwór czyjejś wyobraźni i żadna istota nie posłużyła jako żywy model do ich wykonania.

Katie walcząc z uczuciem strachu podeszła do ołtarza. Skomplikowany mechanizm, przypominał układ scalony z tranzystorami, kondensatorami i rezystorami. Pośrodku znajdował się owalny otwór, od którego odchodziły we wszystkich kierunkach małe rowki.

– To płyta główna komputera – stwierdziła Katie. – Miejsce w środku wygląda jak slot na procesor. Pamiętam to z wykładów architektury komputerów na studiach.

– Czy zastanawiasz się nad tym, co ja? – zapytał John podchodząc do ołtarza.

Nagle podbiegł do nich Dolkar trzymający w ręku dokumenty oraz plik różnych kartek.

– Tyle znaleźliśmy – stwierdził.

– Co my tu mamy? Dokumenty, karty kredytowe, jakieś rachunki, czeki. A jednak to byli Amerykanie – biedacy. Spójrz tutaj – Katie wskazała na dowód osobisty, na którym widniało nazwisko Martin Anger. – Czy to nie ten matematyk, który pomagał mojej mamie rozwiązywać zagadki labiryntu?

– Bardzo możliwe. Sprawdź czy miał przy sobie coś jeszcze – dodał Holmes.

– Spójrz to chyba list. Charakter pisma mojej mamy – zauważyła Katie.

– Czytaj – z niecierpliwością ponaglał John.

Drogi Martinie

Myślałam żeby zadzwonić, ale list chyba będzie lepszy. Znając twoje podejście do tego, co robię pewnie byś się denerwował, a tego chciałabym uniknąć. Tym razem nie zwracam się do ciebie z prośbą o rozwiązanie kolejnej matematycznej łamigłówki. Piszę, bo mam przeczucie, że wydarzy się coś złego. Wiesz dokładnie, z jakim trudem przedostawaliśmy się przez kolejne pomieszczenia labiryntu i jak wiele nas to kosztowało. Wracam z powrotem do Tybetu, bo dostałam informację od Toma, że udało im się wreszcie odnaleźć świątynię. To, co zdążył mi zrelacjonować telefonicznie napawa mnie przerażeniem. Kazałam im się wycofać i niczego nie ruszać, zanim nie przyjadę i sama wszystkiego nie sprawdzę. Jak wiesz do tej pory myślałam, że odkryłam świątynię Agarthy. Sądzę jednak, że grubo się pomyliłam. Wszystko układa mi się w bardziej przerażający i fascynujący jednocześnie ciąg poszlak. Pozwól, że opowiem ci starą legendę, abyś lepiej zrozumiał, co mam na myśli. W podaniach różnych kultur funkcjonuje opowieść o ludziach podziemia, w Tybecie nazywają ich Szambalami. Dziesiątki tysięcy lat temu żył na ziemi lud, który według wierzeń Braminów, osiągnął wysoki stopień cywilizacji, znacznie wyższy od dostępnego współczesnej ludzkości. Na skutek załamania się atmosfery ziemskiej musieli zejść do podziemi, budując tam miasta, drogi i całą strukturę cywilizacji.

Zapoznałam się ostatnio z badaniami niejakiego Aleca Maclellana, który dowodzi, że sieć korytarzy ciągnie się od Brazylii poprzez Amerykę Środkową, zachodnie wybrzeże Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Kanady, dalej przez Alaskę, Syberię, Mongolię, Chiny, Tybet, Azję Mniejszą, Egipt, Czad aż po Wybrzeże Niewolnicze. Powołuje się on na liczne podania ludowe mówiące o podziemnym królestwie zamieszkiwanym przez wysokich, szczupłych ludzi o blond włosach, którzy czasami wychodzą na powierzchnię, by nawiązać kontakt z wybranymi przez siebie mieszkańcami świata naziemnego, lecz zwykle jednak żyją pod ziemią, oddając się nauce i medytacji.

Trudno jest tutaj nie zgodzić się z Maclellanem, albowiem podania o takich cywilizacjach występują prawie we wszystkich kulturach świata. Istnieją wszakże między nimi spore różnice. W kulturze chrześcijańskiej legenda przeobraziła się w obraz piekła, miejsca przebywania szatana i ludzi skazanych na wieczne potępienie.

Maclellan powołuje się również na opowieści ludzi, którzy chodząc po podziemnych korytarzach lub szybach górniczych, nieraz napotykali niebieski światło i słyszeli odgłosy śpiewów dobiegające z czeluści.

Tyle mówią podania. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Świątynia Agarthy była miejscem przebywania Wybranych, starożytnego ludu prowadzonego przez Buddę. Żadne przekazy czy legendy nie przedstawiają niczego o setkach kilometrów korytarzy łączących ze sobą większe pomieszczenia. Zaczynam przychylać się do tezy, że odkryłam przejście do podziemnego świata. Wiem, że brzmi to kuriozalnie, jednak nie potrafię na razie inaczej tego wytłumaczyć.

Dlatego piszę ten list, aby podzielić się z tobą moimi obawami. Skopiowałam część materiałów, które tworzyłam podczas wyprawy. Zostawiłam je w sejfie w mieszkaniu w Ann Arbour. To te same, które stopniowo ci wysyłałam.

Gdyby coś mi się stało powiedz mojej córce, że bardzo ją kocham…

Mary Medison

W oczach Katie pojawiły się łzy. Ostatni list napisany przez jej mamę przywołał dawne wspomnienia.

– Nieprawdopodobne – z fascynacją stwierdził John. – Co o tym sądzisz?

– Zastanawiam się, co mogło zabić tych ludzi. Z jakiegoś powodu moja mama doprowadziła mnie aż tutaj, sugerując abym przyniosła ze sobą medalion Agarthy. Znaleźliśmy miejsce, które jak ulał pasuje kształtem do wyglądu dysku. Skoro taka jest wola Mary wetknijmy ten pieprzony przedmiot w otwór ołtarza i zobaczmy, co się stanie. Może w ten sposób uratujemy świat przed kataklizmem tak jak napisane jest w legendzie tybetańskich mnichów.

– Poproś starego, aby przyniósł dysk – zwrócił się John do Dolkara.

Mnich zdjął z szyi medalion i podszedł do dwójki przyjaciół stojących przy ołtarzu.

Katie kątem oka zauważyła w głębi sali ruch. Jeden z postumentów zdawał się ożyć. Zignorowała ten fakt tłumacząc go sobie przywidzeniem, odebrała od mnicha dysk i obracając go starała się wpasować w otwór skalnej płyty. Nagle potężny ryk dzikiego zwierzęcia wypełnił jaskinię. Wszyscy odwrócili się w stronę dźwięku. Powolnym krokiem w ich kierunku szła przerażająca, obślizgła postać. Kolejne postumenty kreatur ożywały. Ich skóra pokryta była lepką, zielonkawą mazią przypominającą klej. Martwe dotychczas, kamienne odnóża zaczynały budzić się do życia.

– One się ruszają! – krzyknął Dolkar. – Jesteśmy zgubieni.

– Nie chcą dopuścić do umieszczenia medalionu w ołtarzu. Wetknij go – rozpaczliwie ponaglał John. – Pospiesz się. To nasza ostatnia szansa.

Przerażające postacie wolnym, zwierzęcym krokiem schodziły z postumentów i szykowały się do ataku. Medison wetknęła dysk w szczelinę. Ten wpasował się idealnie wydając z siebie osobliwy trzask. Przeszywający krzyk wypełnił całą jaskinię. Dziwne stwory zaczęły wić się w spazmatycznych bólach wydając z siebie przerażające odgłosy. Płyta ołtarza zapaliła się niebieskim światłem, jakby pokryta została fluorescencyjną farbą. Fragmenty kamiennych elementów zaczęły poruszać się w różnych kierunkach tworząc fantazyjną układankę. Ziemia drżała.

– Uciekajmy stąd – krzyknęła Katie.

Szóstka podróżników rzuciła się do wyjścia. Biegli ile sił w nogach. Słysząc odgłosy monstrów i czując wibracje trzęsącej się podłogi marzyli tylko, aby jak najszybciej wydostać się z tej piekielnej sali. Z trudem udało im się dotrzeć do wrót, którymi tu przybyli. Kątem oka Katie zauważyła jak kolejne kamienne postacie ożywały i schodząc z postumentów wiły się w agonalnych skurczach. Rzucały się na ziemię i przeraźliwie krzyczały, przypominały ranne stworzenia uwięzione w śmiertelnej pułapce. Przez głowę przeszła Katie myśl jak niebezpieczne potrafią być zwierzęta w potrzasku, bywa, że aby przeżyć odgryzają sobie uwięzione części ciała, by ze zdwojoną agresją uderzyć na swoich oprawców w akcie zemsty.

Znaleźli się w wąskim tunelu. John wyraźnie już zmęczony dyszał wydając z siebie świszczące odgłosy.

– Musicie wytrzymać. Wydostaniemy się stąd – pocieszała Katie przeciskając się przez skalną szczelinę. – Zaraz dotrzemy do pięciodrzwiowej jaskini.

Przerażające odgłosy dobiegające echem z olbrzymiej sali wydawały się nieco milknąć.

Wszyscy modlili się, aby medalion umieszczony w ołtarzu ocalił ich od agresji apokaliptycznych istot. Może wszystkie już zginęły? Kim były te przerażające kreatury? Czy ekipa Mary Medison została przez nie zabita? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Jedyne, co się teraz liczyło to jak najprędzej wydostać się na powierzchnię, uwolnić się od dręczących myśli, że nieziemskie stworzenia idą tuż za nimi traktując ich jak posiłek. Biegli potykając się ze zmęczenia. Dotarli do pomieszczenia z pięcioma granitowymi płytami. Stali przez chwilę spoglądając na siebie. W ich oczach rysowało się przerażenie, przypominali zwierzynę uciekającą przed drapieżnikiem.

– Co to było? – zapytała Katie próbując złapać oddech.

– Nie pytaj wolę nie wiedzieć. Mam tylko nadzieję, że to coś zginęło – odpowiedział zdyszany Dolkar.

– Musimy biec dalej – ponaglał John. Czuję, że coś się zbliża. One wcale nie zginęły. Mam złe przeczucia.

Jakby na zawołanie Holmesa pięć kamiennych bram powoli się otwierało. Z oddali dobiegały ich przerażające odgłosy dzikich zwierząt drapiących o skalną powierzchnię, oczekujących na swoją zdobycz. Pod kamiennymi płytami zauważyli upiorne, znane im cienie.

– A więc jednak wcale nie zginęły- krzyczała Katie – szybko do wyjścia.

Nie zdążyła się ruszyć, kiedy potwory rzuciły się na nich z siłą lwów. Tybetańscy mnisi próbując odeprzeć atak heroicznie zasłonili pozostałych członków ekipy swoją piersią. Na nic jednak zdały się wszelkie próby, potężna siła przydusiła ich do podłogi, żądła jadowe utkwiły w ciałach i zaczęły tłoczyć śmiertelną truciznę. Zakonnicy początkowo opierali się napastnikom. W miarę jednak jak coraz większa ilość dziwnej substancji z żądeł potworów przedostawała się do krwi przestawali się bronić.

Ocalałej trójce udało się cudem dotrzeć do pomieszczenia wypełnionego kamiennymi płytami. O dziwo monstra zajęte ciałami mnichów nie podążały w ich kierunku, tak jakby przeczuwały jakieś niebezpieczeństwo. Kotłowały się tylko oczekując aż wrota, przez które uciekli Katie, Dolkar i John zamkną się.

Ocalała trójka skakała po kamiennych płytach pamiętając, że każdy błąd może się dla nich skończyć śmiercią. Nie rozmawiali. Byli zbyt przerażeni, aby zebrać myśli. Jedyne, o czym marzyli, to jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. A takim była tylko powierzchnia ziemi i Hummer czekający na nich jak anioł wybawienia. Wydostać się z tej śmiertelnej pułapki, przeżyć, przetrwać – takie myśli wypełniały ich głowy.

– Czy sądzisz, że będą na nas czekać w kolejnej pięciodrzwiowej grocie – zapytał John ledwie łapiąc oddech. Nie był stworzony do takiego wysiłku, serce waliło jak opętane, płuca palacza ledwie wytrzymywały napięcie.

– Nie wiem, jeśli się pospieszymy może nie zdążą tam dotrzeć. A jeśli tak, to wolę nie myśleć, co z nami będzie. Widziałeś, co te potwory zrobiły z mnichami. Wypełniły ich jakimś jadem, jak pająki pożerające muchy.

Dotarli do wejścia prowadzącego do jaskini z pięcioma drzwiami. Gdyby udało im się przez nie przedostać pozostałby im do pokonania tylko jeden długi korytarz. Tam znajdowało się wymarzona wodna szczelina, przez którą wpłynęli do tego diabelskiego miejsca. Wyjście było już tak niedaleko.

Podniosły się wrota i znaleźli się w komnacie z otworami w suficie. Najprawdopodobniej zapadł zmrok, gdyż promienie światła nie wpadały do sali, wyczuli jedynie powiew rześkiego powietrza. To dodało im sił, aby biec dalej, by wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii. Jednak ich nadzieje szybko zostały rozwiane. Pięcioro kamiennych drzwi zaczęło się znowu otwierać. Zwierzęce odgłosy jak poprzednio dobiegły do ich uszu. Charczące, mlaskające i śliniące się kreatury kierujące się tylko jednym celem – za wszelką cenę dopaść swoje ofiary.

Nie mieli już sił, jednak przerażenie nie pozwalało im się zatrzymać, rzucili się do korytarza wyjściowego. Hordy dzikich bestii wydostały się spod wrót i dopadły uciekającego Dolkara. Ten szamocząc się próbował uderzać je latarką, zasłaniać się plecakiem z ekwipunkiem, jednak na niewiele się to zdało, ogromne szczypce przygniotły go do skalnej ściany. Drugi potwór wbił w jego szyję żądło, z którego popłynął jad paraliżując ciało. Życie zaczęło z niego uchodzić, oczy zaszły mgłą a ciało przeszywały przedśmiertne drgawki. Dwójka ocalała przy życiu przesuwała się wzdłuż wąskiego tunelu. Zajęte Dolkarem istoty zaprzestały ataku, jednak po chwili rzuciły się w kierunku uciekających. Ci próbowali zrzucać z siebie ubrania i przedmioty, jakie mieli przy sobie, choć trochę tarasując w ten sposób korytarz i udaremniając ataki nacierającym monstrom.

Niemal cudem udało im się dotrzeć do jaskini z wodną szczeliną, przez którą tu przybyli. John nie ważąc na nic rzucił się do otworu. Katie nie miała tyle szczęścia. Jedna z obślizgłych kreatur dopadła ją łapiąc za nogę. John widząc to postanowił za wszelką cenę pomóc dziewczynie. Wydostał się z wody i z całą siłą natarł na potwory. Twarde żądło jednego z monstrów utkwiło w ręce Katie. Holmes złapał kreaturę i mocno odepchnął. Zanurzone w ciele Katie ostre odnóże oderwało się zostawiając tylko niewielki ślad. John chwycił archeolog za rękę i szarpnął w kierunku wodnego przejścia. Ich ciała runęły w dół. Rozpryskujące się krople ostudził nieco zapał nacierających bestii. Stały nad otworem i wydając przeraźliwe okrzyki przepychały się pomiędzy sobą. John wzniósł się na wyżyny swoich sportowych umiejętności. To na nim spoczął teraz ciężar uratowania dziewczyny. Katie była zamroczona, wiedziała jednak, że musi nabrać dużo powietrza i nie oddychać, aż do momentu znalezienia się na powierzchni. Łatwo było powiedzieć, gorzej wykonać. John pod wodą przypominał wielkiego żółwia ciągnącego za sobą ciało Medison, która próbowała układać je w taki sposób, aby stawiać jak najmniejszy opór.

Ledwie żywi wydostali się na powierzchnię. Pierwszy łyk powietrza był jak zbawienie, czuli jak życiodajna, bezwonna substancja wypełnia ich płuca przynosząc ulgę. Katie zrobiło się znacznie lepiej, zamroczenie minęło. Była w stanie o własnych siłach dopłynąć do brzegu i doczołgać się do samochodu. John wcale nie był w lepszej formie. Wysiłek, jaki włożył w ucieczkę spowodował torsje, wyczołgał się na brzeg i zwymiotował. To pomogło. Jakby rezerwy sił zmagazynowane gdzieś w zakamarkach jego ciała uaktywniły się. Wstał na nogi i rozglądnął się dookoła.

– Chyba za nami nie idą – wystękał. Musimy się stad zmywać, wezwać kogoś i pokazać to miejsce. Zniszczyć te kreatury, czymkolwiek są ludźmi czy diabłami.

Złapał Katie pod rękę i pomógł usiąść na siedzeniu pasażera, sam zajął miejsce za kierownicą i ruszył. Pragnął jak najszybciej opuścić dolinę Altya-tagh. Nie był wprawnym kierowcą, jednak na bezdrożach Tybetu nie miało to większego znaczenia. Jego ręce dygotały a twarz rozpalała gorączka. Czuł jednak, że powoli dochodzi do siebie, że wracają mu siły. Niestety stan Katie pogarszał się. Wyschnięta skóra, siniaki pod oczami i blada cera wskazywały, że bardzo cierpi.

– Co ci jest? Dobrze się czujesz? – zapytał John.

– Nic mi nie będzie. To tylko jad. Mam nadzieję, że moje ciało da sobie z nim radę – odrzekła.

– Co teraz zrobimy? – zapytał John.

– Musimy powiadomić władze, kogokolwiek o tym, co tutaj widzieliśmy. W kieszeni mam telefon komórkowy, powinien mieć już zasięg.

Na ciele Katie zaczęły pojawiać się ledwie widoczne owrzodzenia, jakby nieznany wirus powoli zdobywał przyczółki jej ciała. – Widzisz to. Moja mama miała takie same plamy. Źle ze mną – wysapała. – Umrę jak ona.

– Nie mów tak. Będziesz żyć. Zaraz dotrzemy do jakiejś osady i pomożemy ci – z przerażeniem odrzekł dociskając pedał gazu.

Hummer sunął po bezdrożach z zawrotną prędkością. John wiedział, że każda minuta jest ważna. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna, jednak nie wolno było tracić nadziei. Udało im się ujść z życiem po to, aby ostrzec wszystkich przed niebezpieczeństwem czyhającym w podziemiach. Nie po to pokonali wszystkie te przeciwności i ponieśli ofiary, aby teraz się poddać. Najbliższa wioska, gdzie mogliby uzyskać pomoc, była niespełna kilka kilometrów stąd. Przez myśl Johna przemknęło, że była to ta sama osada, do której udało się dotrzeć Mary Medison zanim skonała.

– Katie nie umieraj – próbował podtrzymywać rozmowę. Wiedział, że nie może jej pozwolić odejść. Dlatego mówił do niej licząc, że dziewczyna nie straci przytomności. Jeśli tylko odpowiadała utwierdzał się w przekonaniu, że jeszcze żyje.

– Może opowiesz jakiś dowcip. Bardzo lubię ten twój sarkazm i ironię – wyszeptała. Będzie mi ich brakować…

– Czy sądzisz, że to właśnie byli ludzie podziemia, ci, o których pisała twoja mama. Nie przypominali przystojnych blondynów – John mimo tragicznej sytuacji próbował silić się na dowcip.

– Gdybyś siedział pod ziemią tysiące lat twoje ciało również zmieniłoby swój wygląd. Dostosowałbyś się do otaczających warunków- zmutowałbyś.

– Nie rozumiem jednego, dlaczego twoja mama tak bardzo chciała umieścić ten dysk w ołtarzu, skoro to i tak nie powstrzymało tych bestii.

– Legenda mówi, że to inteligentne istoty. Coś sprawiało, że nie mogły wydostać się na zewnątrz. Czekały na swój czas.

– Tylko dlaczego akurat teraz się uaktywniły? – zapytał John.

– Ktoś zakłócił ich spokój. Siedziały pod ziemią tysiące lat sądząc, że na powierzchni warunki nie nadają się do życia. – Katie wyraźnie słabła i opadała z sił. – Czuję się coraz gorzej. Pospiesz się John. Źle ze mną – odplunęła krwią i zrobiła się blada jak ściana.

– Trzymaj się. Walcz. Nie poddawaj się. Błagam cię. Pewnie twoja mama podobnie jak mnisi sądzili, że dysk ocali ludzkość od zagłady. Nic z tego nie rozumiem. Odpowiedz mi Katie. Słyszysz?

– Detektywie Holmes. Czy popełniłeś kiedykolwiek błąd? – ledwie żywa zapytała.

– Co przez to rozumiesz?

– Czy zdarzało ci się kontaktować z duchem jakiejś osoby…, kiedy tymczasem tak naprawdę odpowiadała jakaś inna istota? Może dzięki swoim nadnaturalnym zdolnościom…, podszyli się pod moją mamę i wykorzystali nas…, aby wydostać się na ziemię…, ten medalion był kluczem… , dziwne siły, które czuliśmy podczas seansów…

– Czy sugerujesz, że twoja mama to nie była twoja… Medison… Katie… …odezwij się do mnie…to niemożliwe… jeszcze nigdy się nie pomyliłem…

– Alfa zgłoś się – ledwie słyszalny głos pilota zatrzeszczał w radiu.

– Tu podbiegunowa stacja badawcza alfa. Słabo cię słyszę. Powtórz.

– Lecimy w waszą stronę. Widzimy stado dziwnych zwierząt biegnące w kierunku stacji.

– Czy to pingwiny? – zapytał głos.

– Zaraz obniżę lot. Matko święta, to na pewno nie są pingwiny. Musicie się ewakuować. Są ich setki, może nawet tysiące.

– Halo Beta, zgłoś się. Słabo cię słyszę. Szlag by trafił ten sprzęt. Zawsze psuje się nie w porę – narzekał Tom jeden z członków stacji meteorologicznej. Podszedł do okna i zaczął się rozglądać, zbliżała się śnieżna zamieć. Temperatura dochodziła do trzydziestu siedmiu stopni poniżej zera, widoczność była słaba. Nawet psa z kulawą nogą nie wygnałby na taką pogodę – pomyślał. – Idę do pozostałych. W taką śnieżycę tylko coś mocniejszego może poprawić samopoczucie.


<!–[if !supportFootnotes]–>[1]<!–[endif]–> Ann Arbour – Miasto w Stanach Zjednoczonych

<!–[if !supportFootnotes]–>[2]<!–[endif]–> Cangpo – tak Tybetańczycy nazywają rzekę Brahmaputrę

<!–[if !supportFootnotes]–>[3]<!–[endif]–> Księga Duchów

<!–[if !supportFootnotes]–>[4]<!–[endif]–> Pradźwięk, odwieczna wibracja wszystkich form energii.

Tajemnica starego domu

Tajemnica starego domu

„Życie jest jak gra w szachy, gdzie za przeciwnika ma się los,
ale ważne jest by ostatni ruch należał do Ciebie.”

T. Dwornik

– Szczerząc zęby w grymasie wymuszonego uśmiechu urzędnik wysyczał – oto i on, czyż nie jest piękny?
– O kurwa – skwitował z wyrafinowaniem Eryk – to jakaś stara rudera.
– No… ten tego – zająknął się urzędnik – może faktycznie wymaga lekkiego remontu, ale to wspaniały dom. Wejdźmy do środka a przekona się pan o jego zaletach.

Ścieżka wydeptana w wysokiej trawie prowadziła na skraj lasu. Z pomiędzy drzew wyłaniał się ponury kształt starego domu. Zwisające z dachu pnącza winogron, jak drapieżne zielone węże pieszczotliwie otulały zniszczone ceglane mury, mosiężne balustrady balkonu i półokrągłe okna. Cała budowla z daleka sprawiała wrażenie posępnej twarzy z wyszczerzonymi zębami.

– Proszę uważać na krowie placki, rolnicy z wioski wypasają tu bydło.
– Niech to szlag. Nie mogłeś powiedzieć tego trochę wcześniej. Załatwiłem swoje nowe buty.
– To na szczęście. Nie ma się czym przejmować. Jeśli chciałby pan tutaj zamieszkać, trzeba się będzie przyzwyczaić. Gumowe obuwie też się przyda.

Urzędas wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Różowa koszula, opinająca wielkie cielsko wydawała się krzyczeć z rozpaczy. Plamy potu rozciągające się w okolicach pach i pleców dopełniały żałosnego widoku.
– Jeszcze chwilkę, muszę odnaleźć właściwy klucz – zdyszanym głosem wyartykułował.
Zamek zatrzeszczał i drzwi stanęły otworem.

Mimo palącego, czerwcowego słońca, w domu było chłodno. Duży hol wypełniały stare, drewniane meble. Ciemne i ponure wnętrze wydawało się jednak czyste i zadbane.

– I jak? – zapytał grubas.
– Pierwsze wrażenie nie było pozytywne, ale zaczyna odżywać we mnie nadzieja.
– Dom należał do nauczyciela matematyki. Uczył w tutejszej szkole. Zmarł z piętnaście lat temu. Nazywał się chyba Krystian Wór czy może Wir.
– Dlaczego gmina przejęła dom? Nie miał rodziny? – zapytał Eryk rozglądając się dookoła.
– Chyba miał żonę i córkę, ale od czasu kiedy pewnego dnia obie zaginęły biedak strasznie zdziwaczał, załamał się. Dom przeszedł w posiadanie gminy, nie było spadkobierców. Szukaliśmy, ale nikt się nie zgłosił. Zresztą słabo pamiętam, dawne czasy…

Uwagę Eryka przyciągnęła podłoga ułożona z marmurowych kafli podobnych do łazienkowych płytek, jednak znacznie od nich większych. W środku pomieszczenia kafelki tworzyły biało-czarną mozaikę przypominającą szachownicę. Mimo widocznego wieku i pokrywającej je warstwy brudu, odbijały padające z zewnątrz światło. Większą część parteru zajmował hol. Kominek i drewniane schody prowadzące na poddasze tworzyły specyficzny staroświecki klimat.
– Czasami wysyłamy tutaj sprzątaczkę z urzędu. Są nawet wysłużone meble. Gdyby nie dało się ich wykorzystać w najgorszym razie mogą posłużyć jako opał do kominka. Dotychczas mieliśmy kilka osób zainteresowanych kupnem posiadłości, jednak wszystkich odstraszała spora odległość od Warszawy. No i brak cywilizacji. W całej wiosce jest zaledwie kilka domów i może z setka mieszkańców.
– A GPRS działa?
– Słucham? Czy pan mnie czasami nie obraża? – drapiąc się po głowie ze zdziwieniem spytał urzędnik.
– Czy telefony komórkowe mają tutaj zasięg?
– Aaaa… telefony. Jasne, to równinny teren. Nie będzie z tym problemów. A dlaczego pan pyta, jeśli można wiedzieć?
– Piszę Firewalle – zapory ogniowe.
– Jest pan strażakiem?
– Czy wyście się tutaj zatrzymali w epoce kamienia łupanego? Jestem informatykiem, programistą, piszę programy komputerowe. Potrzebuję mieć łączność z Internetem, choćby poprzez telefon komórkowy. Muszę codziennie wysyłać efekty mojej pracy do firmy w Warszawie. Rozumie pan co mówię? Komputer… takie pudełeczko, co miga diodami i czasem piszczy jak się naciśnie jakiś guzik.
– Aaaaa, mamy komputer w urzędzie gminy. Wójt całymi dniami gra w pasjansa, dlatego marny z niego pożytek. Z komputera rzecz jasna. Wójt to porządny człowiek. A ja nawet maszynę do pisania umiem obsługiwać, to może też mógłbym pisać te, no… „ogniste wały”.
– Taa, jasne stary. Nie wały, tylko zapory i nie ogniste… A zresztą… Może oprowadzisz mnie po poddaszu?
– Oczywiście, proszę tędy – wskazał grubas, ocierając rękawem koszuli krople potu spływające po czole.

Solidne drewniane schody prowadzące na poddasze, zachęcały do wejścia na górę. Rzeźbione balustrady i półokrągłe okna z mosiężnymi, zdobionymi zawiasami ujawniały przedwojenne pochodzenie budowli.
Urzędnik wchodził pierwszy. Sapiąc i dysząc pokonywał kolejne schody, przytrzymując się poręczy. Dla wiekowych stopni było to jednak zbyt duże obciążenie. Jedna z desek nie wytrzymała naporu i pękła pod naciskiem olbrzymiego cielska. Eryk instynktownie usunął się w bok i pozwolił grubasowi stoczyć się ze schodów. Bezwładna masa runęła w dół.
– Pewnie wykituje albo przynajmniej coś sobie złamie – przemknęło mu przez myśl.
– Żyję. Jestem cały. Nic się nie stało – wystękał – odliczę ten schodek od ceny domu. Z mozołem podniósł się z ziemi i ponownie zaatakował schody. Z grymasem bólu na twarzy przeskoczył złamany stopień i niczym łania pognał na poddasze.
– Tutaj są pokoje gościnne, łazienka i balkon, z którego można podziwiać okolicę.
– Proszę, niech Pan na niego nie wchodzi, nie chcę mieć nikogo na sumieniu – z drwiną w głosie stwierdził informatyk.

Polna droga i pastwiska to widok, który przebijał przez leśne gęstwiny otaczające dom. W oddali lśniła w słońcu tafla niewielkiego jeziora. Żadnych zabudowań, tylko ten nieprzenikniony busz.
– Rozumiem, że cena ulegnie obniżeniu, choćby ze względu na zniszczone schody – z ironią zapytał Eryk.
– Jest już i tak wyjątkowo niska, czy kwota dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy złotych za dom i ziemię będzie odpowiednia? Pięć tysięcy za złamany schodek to chyba dobra cena? – wysapał urzędnik, próbując złapać oddech.
– Proszę mi tu nie umierać. Zgadzam się, tylko proszę odpocząć.
– Tutaj niedaleko w lesie jest stary cmentarz. W razie gdybym wykorkował, można będzie mnie tam pochować – grubas zdobył się na odrobinę sarkazmu. Czerwony kolor jego twarzy wróżył nadchodzący krwotok wewnętrzny lub przynajmniej zawał serca. – Proszę się trochę przejść, ja tu odpocznę. Na dole jest jeszcze piwnica. Zagracona, bo sprzątaczka boi się tam schodzić. Może znajdzie Pan jakieś skarby po byłych lokatorach.

Eryk zwiedził wszystkie pomieszczenia na poddaszu. Pokoje były posprzątane, jednak brak remontu i mijający czas odcisnęły na nich swoje piętno. Pożółkłe ściany i stare okna zapowiadały spore wydatki. Kolejne kroki skierował do piwnicy. W rogu holu znalazł stalową klapę. Podniósł ją. Ujrzał strome schody prowadzące w dół. Drewniana podłoga w piwnicy skrzypiała przy każdym kroku. Niski strop sprawiał, że musiał iść pochylony. Małe promyki światła wpadające przez brudne piwniczne szyby delikatnie rozświetlały pomieszczenie. Ciemne nieoświetlone kąty zdawały się kryć jakąś mroczną tajemnicę. Lekka poświata padała na drewniane drzwi.
– Na pewno są tu szczury i bóg wie co jeszcze – przeszło mu przez myśl.
Za drzwiami w mrocznym pokoju walały się przeróżne graty; jakieś żelastwa, butelki, ubrania. Wzrok Fiałkowskiego przykuła podniszczona, drewniana, zdobiona szachownica. Wewnątrz znajdowały się ręcznie wykonane i malowane figurki. Zabrał przedmiot ze sobą i wrócił na górę. Usiadł na kanapie i zaczął oczyszczać szachownicę czekając na urzędnika dogorywającego na poddaszu.

Po chwili pojawił się gruby.
– To co? Jedziemy do urzędu miasta załatwić wszystkie formalności – zapytał.
– Pewnie tak… Jak się nazywa ta miejscowość – Gęby?
– Czołomyje, gmina Mordy – wykaszlał.
– No tak, to brzmi świetnie. Powiem kolegom w pracy witam – Eryk Fiałkowski z Czołomyjów w gminie Mordy – główny programista „Corpo Association” . Brzmi jak: cześć – jestem z Marsa.

***

Droga z Warszawy do Czołomyjów upływała Fiałkowskiemu na rozmyślaniu. Odległość stu kilometrów dawało się pokonać w dwie godziny, wliczając nawet postój w korkach na wyjeździe z miasta. Firma przewozowa „Żęch” już zajęła się transportem całego dobytku do nowego miejsca. Mieszkanie w Warszawie udało się sprzedać za fantastyczną kwotę. Wydawało się, że powinno wystarczyć na remont, a nawet znacznie więcej. Układ jaki Eryk zawarł z „Corpo Associations” pozwalał mu pracować w domu. Liczyły się tylko efekty. Jako filar jednego ze sztandarowych produktów firmy mógł sobie pozwolić na dyktowanie warunków.

Eryk zawsze był chudy i wysoki. Długie kościste ręce i nogi upodabniały go do pająka. Proste włosy blond opadały na ramiona. Lekki zarost i brud za paznokciami wskazywały brak specjalnej troski o higienę osobistą. Mimo swoich 28 lat był kawalerem, tłumaczył sobie, że tak jest wygodniej, że to jego własny wybór. Miłosnych podbojów nawet nie warto wspominać – jedno wielkie pasmo porażek. Zawsze był odludkiem, ciężko dogadywał się z ludźmi. Znacznie lepiej rozumiał maszyny. Czytelne, nigdy nie zaskakiwały. Wiadomo czego się po nich spodziewać. Ludzie byli inni, nie dawali się zmierzyć, wyliczyć. A szczególnie najbardziej skomplikowana odmiana maszyny zwanej człowiek – kobieta.

Mignęła niewielka tabliczka – Gmina Mordy. Fiałkowski obudził się z letargu koszmarnych wspomnień, które jak czarne pająki rozłaziły się po głowie.
– Zaczynam nowe życie. Z dala od tłoku miasta i wyścigu szczurów. Może kiedyś wrócę do Warszawy. Musze trochę odpocząć – pomyślał – wtedy zobaczymy.
Następne dni zleciały na urządzaniu nowego domu. Remont odłożył na przyszły rok, nie miał ochoty na cały ten zgiełk i użeranie się z ekipą budowlaną. Dawało się tu mieszkać; dach nie przeciekał, okna były szczelne. Urządził dla siebie jeden z pokoi na poddaszu. W holu na dole postawił kilka mebli przywiezionych z warszawskiego mieszkania. Minimalista, ktoś mógłby powiedzieć, jednak dla niego było aż nadto luksusów. Kominek, wiejskie życie, dzikie zwierzęta wokół, pełna asymilacja z naturą. Wolność, to słowo, które najlepiej oddawało jego stan emocjonalny.

***

Zapisał ostatni fragment programu na twardym dysku laptopa. Wybrał połączenie modemowe przez GPRS, komórka zaświeciła się niebieskim światłem. Zautoryzował się na firmowym serwerze i zaczął przesyłać pliki nowego systemu Firewall. Puszka piwa zakupionego w oddalonym o trzy kilometry wiejskim sklepiku zachęcała, aby ją otworzyć. Pierwsze łyki złotego płynu były jak zbawienie dla zmęczonej wymyślaniem nowych algorytmów głowy. Pasek postępu kopiowanych plików dobiegł do końca. Jeszcze jedno kliknięcie myszki i można będzie zamknąć to piekielne pudełko, nad którym człowiek spędza większą część dnia.

Letni wieczór. Odgłosy świerszczy dobiegające zza okna i ta hałaśliwa cisza, świdrująca w głowie. Brak świateł, gwaru miasta i odgłosów cywilizacji. Trudno się do tego przyzwyczaić. Eryk podrzucił drwa do kominka i pociągnął kolejny łyk piwa.
– Ciekawe czy w tych lasach są wilki? – pomyślał.
Gałęzie drzew niczym długie chude ręce poruszały się na lekkim wietrze szumiąc cichutko. Księżyc w pełni i przepływające chmury tworzyły niesamowicie mroczny klimat. Delikatne światło kominka wypełniało pomieszczenie. Eryk zanurzony w wygodnym skórzanym fotelu patrzył w tańczące po drewnie ogniki. Właśnie miał sięgać po kolejną puszkę piwa, gdy na drewnianym stole zauważył stare szachy przyniesione z piwnicy. Wziął do ręki zabrudzone, zamykane na skobelek pudełko; oczyścił je rękawem. Spod warstwy kurzu wyłoniła się biało – czarna szachownica: na polach wyryte litery alfabetu, wewnątrz ręcznie wykonane figurki. Na tylniej ściance widniał napis.

„Tajemnica tkwi w oczku konika”

– Jaka tajemnica? Jakie oczko konika? – pomyślał – i te dziwne litery na szachownicy.
Fiałkowski miał analityczny umysł, lubił zagadki. Bardzo łatwo przychodziło mu zapamiętywanie liczb. Jednak słowa zarówno te pisane, jak i mówione nie były jego domeną. Mimo tego, tak zapisane zdanie pobudziło jego ciekawość. Zaczął się zastanawiać… Konik zapewne szachowy, tylko dlaczego oczko. Spojrzał raz jeszcze na szachownicę. Litery wyryte na polach wydawały się nie mieć żadnego sensu. Próbował złożyć z nich wyrazy, znaleźć jakieś znaczenie. W dodatku niektóre pola zostawały niezapisane.

Włączył laptopa, połączył się z Internetem. Najpierw w przeglądarkę wpisał słowo „oczko”. Pojawiło się kilkanaście pozycji, wśród których dostrzegł zdanie „gra karciana polegająca na zebraniu 21 punktów czyli oczka”. Następnie wpisał „konik szachowy” i „tajemnica”. Po chwili wyskoczyło kilka linków do stron z zagadkami szachowymi. Otworzył stronę szachista.pl i zaczął czytać. Wśród wielu tekstów znalazł:

„Łamigłówka konika szachowego – jedna z bardziej popularnych zagadek szachowych szczególnie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku.
Należy skakać konikiem zgodnie z jego ruchami, tak aby odwiedzić jak największą liczbę pól na szachownicy nie stając na żadnym dwukrotnie”.

Jak mógł na to nie wpaść? Na pierwszym roku studiów przerabiało się takie algorytmy. To wystarczyło. Umysł Eryka pochłonęła zagadka. Kto mógł zostawić zakodowaną informację? Co chciał przekazać, i dlaczego ukrył ją w ten sposób? Czyżby nauczyciel matematyki?
Wziął konika i postawił na szachownicy. Skokami przesuwał go po polach odczytując jednocześnie litery, na których stawiał figurkę. Po kilku minutach zrezygnowany wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Ktoś ukrył w szachownicy tajemny przekaz, a on geniusz informatyki nie potrafił go odczytać. Informacja musi być zakodowana w ruchach konika szachowego. Gdzie mam jednak zacząć? W którym miejscu szachownicy i ile ruchów mam wykonać? Krótka analiza faktów nie pozwalała wątpić, nad czym Eryk spędzi najbliższy czas. Wziął laptopa na kolana, uruchomił środowisko ulubionego języka programowania i zaczął układać założenia algorytmu. Odzwierciedlił w programie szachownicę z literami. Ustalił, że cztery puste pola na szachownicy powinny być najbardziej prawdopodobnymi miejscami, w których należy zacząć. Ruchów ma być dokładnie dwadzieścia jeden – oczko.

Pisanie programu zajęło go tak bardzo, że nie zauważył, iż kominek przygasł, a zegar wybił północ. Wiatr za oknami uginał gałęzie, jakby zbierało się na burzę, niebo jednak było czyste. Księżyc odbijający się w tafli jeziora spoglądał w okno starego domu, z którego dobiegała dziwna łuna niebieskiego światła.

– Skończyłem – z zadowoleniem stwierdził Eryk. Uruchomił swój nowy program. Analiza wszystkich możliwych dwudziestu jeden ruchów nie powinna trwać długo. Ciągi znaków były automatycznie zapisywane do pliku. Eryk wiedział, że ich liczba będzie duża. Zostawił włączonego laptopa na stole i poszedł na górę do sypialni. Zastanawiał się jaki efekt przyniesie jego program. Nie mógł zasnąć. Postanowił, że jutro zrobi sobie wolne w pracy, i tak napisał znacznie więcej, niż przewidywał harmonogram. Powie, że źle się czuje gdyby pytali. Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył gdy nadszedł sen.

Rano obudził go telefon. Spojrzał na wyświetlacz.
– Cześć Adam – rzucił zaspany Eryk.
– Cześć. Śpisz? – zapytał głos w słuchawce.
– Nie, nie śpię – odpowiedział, zastanawiając się nad głupotą pytania. Jasne, że nie śpi przecież gada przez telefon. A z drugiej strony, gdyby kogokolwiek w środku nocy spytać czy śpi, wszyscy zawsze odpowiadają skądże, w życiu, nigdy.
– Wiesz, mam pytanie o ten moduł, który ostatnio przesłałeś do firmy.
Omówienie szczegółów rozwiązania jednego z elementów nowego oprogramowania zajęło kolegom trochę czasu.
Fijałkowski odłożył słuchawkę. Dzień nie był tak słoneczny jak wczoraj. Chmury zasnuwały niebo i padał letni deszczyk. Zerknął na zegarek – południe. Schodził na parter, gdy nagle przypomniał sobie o komputerze. Program skończył analizować wszystkie układy. W pliku wynikowym znajdowała się spora liczba możliwych ciągów znaków, większość z nich nic nie znaczyła. Po krótkiej weryfikacji dało się jednak zauważyć jedno zdanie, które miało sens.

„Znak czerwonej kostki”

Znowu jakiś rebus – pomyślał – głodny jestem.
W trakcie robienia śniadania analizował otrzymaną odpowiedź. Cóż to mogło znaczyć? Jedyne skojarzenie, jakie był w stanie wymyślić to cegła – czerwona kostka. Jednak czym był znak cegły? Może znak na cegle. To bez sensu, cały dom jest z tego zbudowany. Mam szukać wszędzie? Zastanawiał się, w którym miejscu domu mogły znajdować się cegły. Oprócz zewnętrznych części elewacji przypomniał sobie ścianę w piwnicy. Rzucił wszystko i pobiegł na dół zabierając po drodze wiekową latarkę.

Oświetlił dużą ścianę z czerwonej, przedwojennej cegły. Szukając jakiegokolwiek znaku badał każdą z osobna. Wszystkie jednak były identyczne. Zrezygnowany miał już wracać z powrotem, gdy nagle snop światła latarki spoczął na przeciwległej ścianie. Coś błysnęło, jakby jakiś metal. W jedną z cegiełek wkomponowany był mały znaczek przypominający wojskowe odznaczenie a może herb jakiegoś rodu.
W pomieszczeniu ze starymi gratami, znalazł metalowy pręt, którym podważył czerwoną kostkę. O dziwo, z łatwością wypadła na ziemię rozbijając się na małe kawałki, i uwalniając wmurowany znaczek. Fijałkowski zabrał go do kieszeni i ostrożnie włożył rękę do otworu po cegle. Wyczuł blaszane pudełko, małe, zardzewiałe, z pokrywką. Na górze niewyraźny napis „herbatniki z cukrem”.
No to faktycznie odkrycie… – pomyślał. – Spleśniałe wypieki z ery głębokiego komunizmu.
Zabrał znalezisko i udał się na ulubioną kanapę przed kominkiem. Zasiadł wygodnie, otworzył pudełko. Wewnątrz znajdowała się pożółkła kartka papieru zapisana pochyłym tekstem.

Matematyka to królowa nauk, zawsze była moją miłością. Mam nadzieję, że czyta ten list ktoś, kto podziela moją pasję. Ja zapewne już dawno nie żyję. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zostawił jakiegoś śladu. U progu śmierci potrzebuję mieć chociaż nikłą nadzieję, że ktoś odkryje tajemnicę mojego życia. Będzie mi łatwiej umierać z tym przeświadczeniem, że podzielę się swoim brzemieniem z kimś jeszcze.
Mam nadzieję, że podejmiesz wyzwanie i pomożesz mi wyspowiadać się z grzechów. Jeśli jednak czytasz to przez przypadek i nie masz ambicji podążać za moimi wskazówkami po prostu spal list i wyjedź. Pozwól mojej tajemnicy umrzeć razem ze mną.

Krystian Wir 15.09.1985

Fiałkowski odwrócił kartkę papieru w poszukiwaniu dodatkowych wytycznych. Na dole odnalazł tekst napisany drobną czcionką: „Znajdź grób mojej córki, tam ukryta jest kolejna wskazówka”.
Oczy Eryka zajaśniały. Jego wrodzona ciekawość rozwiązywania trudnych zagadek została mile połechtana. Teraz już nie mógł odpocząć, odpuścić sobie. To nie w jego stylu. Ścisły umysł pracował na najwyższych obrotach. Kto mógłby powiedzieć coś o tajemniczym Krystianie Wirze?

***

Kościół św. Piotra w wiosce Olędy położony był na krańcu lasu. Ksiądz Janusz, trzydziestokilkuletni proboszcz parafii po zakończonej mszy czyścił kielichy. Świątynię opuszczali ostatni wierni. Niektórzy zostawali dłużej po ceremonii, aby porozmawiać z kapłanem. Eryk usiadł w pierwszej ławce i czekał na okazję, by zagadnąć proboszcza. Z zainteresowaniem oglądał kościół. Ponad stuletnia drewniana świątynia, miała półokrągłe okna z kolorowymi witrażami przedstawiającymi sceny ze Starego Testamentu, które wspaniale komponowały się z ręcznie wykonanym ołtarzem pokrytym malunkami i rzeźbami świętych. Majestatyczne wnętrze mogące pomieścić kilkuset wiernych sprawiało piorunujące wrażenie. Bez wątpienia był to największy i najokazalszy budynek w całej okolicy.
– Witaj, synu. Nie widziałem cię tu nigdy wcześniej – stwierdził ksiądz.
– Jestem nowym właścicielem domu w Czołomyjach. Chciałem zapytać o poprzedniego mieszkańca Krystiana Wira.
– A, nowa owieczka w parafii. Jestem proboszczem od dziesięciu lat. Nieczęsto zdarza się, że pojawia się ktoś nowy. Częściej odchodzą starzy.
– Czy nie zna ksiądz kogoś, kto pamięta Krystiana Wira? – poirytowany powtórzył Eryk.
– Słyszałem o nim różne historie, głównie stare opowieści ludzi z wioski. Najczęściej nic dobrego. Po śmierci córki i żony przestał spotykać się z kimkolwiek. Stał się odludkiem.
– To one zmarły? Podobno zaginęły.
– Tak naprawdę nie wiadomo. Słyszałem nawet opowieści, że utopiły się w jeziorze a ich duchy nawiedzają okoliczne tereny. Odebrały sobie życie, bo nie mogły żyć z Krystianem pod jednym dachem. Ale to tylko legendy. Wiem za to, kto znał Wira osobiście.
– Czy będę mógł się z tym kimś spotkać? – z nadzieją w głosie zapytał Eryk.
– Czy ja wiem? Zapytam. Stary proboszcz już dawno przeszedł na emeryturę. Nie lubi gości. Modli się. Chciałby dożyć trzystu lat – jak święci. Brakuje mu jeszcze dwustu dwóch.

Ksiądz odszedł, zostawiając Eryka samego. Informatykowi przyszły do głowy myśli: Co to za dziura? Gdzie ja trafiłem? Tylko czekać, aż pewnej nocy mieszkańcy okolicznych wiosek przyjdą z pochodniami w ręku w białych kapturach jak członkowie sekty ku-klux-klan. Staną przed drzwiami mojego domu i wywloką na zewnątrz, aby spalić na stosie za to, że nie przybyłem na mszę. Oczami wyobraźni widział siebie nabitego na pal, przypiekanego żywcem, gotowanego w smole.
Chyba bredzę. To od upału – pomyślał. Mamy dwutysięczny rok a nie średniowiecze.
Ksiądz Janusz pojawił się w drzwiach zakrystii i machnął ręką – Proszę wejść, proboszcz zgodził się z Panem porozmawiać.

Znalazł się w nieoświetlonej komnacie o ascetycznym wystroju. Drewniane łóżko w rogu, stół, dwa krzesła i modlitewnik były jedynymi elementami skromnego wyposażenia wnętrza. Obok łóżka dostrzegł małą przygarbioną postać w pocerowanej sutannie. Ręce wyciągnięte przed siebie wykonywały osobliwe ruchy, z gardła wydobywał się dziwny odgłos, jak gdyby indiański szaman odprawiał modły nad zmarłym.
Ksiądz Janusz po wprowadzeniu Eryka do pomieszczenia szybko się wycofał zamykając za sobą drzwi, jakby przeczuwając jakieś nadchodzące niebezpieczeństwo. Sytuacja wyglądała groteskowo. Stary kapłan odprawiający osobliwe rytuały i Fiałkowski stojący przy wejściu czekający na rozwój sytuacji. Po kilku minutach, które wydawały się godzinami, informatyk zakaszlał i wystękał cichutkie przepraszam.
Nagle starzec odwrócił się. Zapadł cisza. Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Nie chciałbym przeszkadzać, ale miałbym kilka pytań.
W jednej chwili ksiądz ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi w stronę szyi Eryka. Dwie kościste dłonie z siłą niedźwiedzia zaczęły dusić przybysza.
– Nie dam się zabrać. Powiedz milicji, że nigdzie nie pójdę – krzyczał zaciskając coraz mocniej uchwyt na krtani ofiary.
– Puść, nie jestem z milicji – w obronnej reakcji złapał ręce kapłana i zaczął je odciągać.
Jestem Eryk Fiałkowski, z Czołomyjów… – wycharczał.
Uchwyt starca nagle zelżał.
– To nie jesteś z milicji.
– Nie, nie jestem. Puść mnie – łapiąc powietrze wykaszlał. – Chciałeś mnie zabić. Z taką siłą w rękach to faktycznie dożyjesz trzystu lat. Kto by pomyślał, że takie chuchro…
– Przepraszam, stary już jestem, słabo widzę i słyszę. Usiądź, rozgość się. Słucham cię synu, z czym przybywasz? –powiedziawszy to podreptał w kierunku łóżka.
Fiałkowski z nieufnością w oczach, przesunął krzesło i usiadł w bezpiecznej odległości, by na wypadek ponownego ataku, mieć czas na reakcję.
– Słyszałem, że znał proboszcz Krystiana Wira.
– Hmmm… Wir. Był taki, mieszkał dawno temu przy lesie w Czołomyjach, z żoną i córką.
– Czy mógłby ksiądz coś mi o nim opowiedzieć? – z zainteresowaniem w głosie zagadnął.
– Osiedlił się kilka lat po wojnie w starym domu. Poznał tutaj żonę. Pobrali się. Wiekowy człowiek już wtedy był. Mimo to mieli dziecko. On uczył matematyki w tutejszej szkole. Prowadził również kółko szachowe, nawet z sukcesami. Jego wychowankowie zdobywali medale na zlotach młodzieży socjalistycznej.
– Co stało się z jego rodziną? Ksiądz Janusz wspominał, że zaginęli.
– Że, co? A, rodzina. Słabo słyszę. Głośniej trzeba i do lewego ucha synu. Jednego dnia żona i córka przepadły bez echa, wszyscy szukali. Nie udało się ich znaleźć, nawet jezioro przeszukiwali. Wir po tym wydarzeniu odszedł na emeryturę, zwariował. Raz nawet psem mnie poszczuł, jak po kolędzie chodziłem. Niedługo potem zmarł. Znaleziono go w fotelu. Rozgrywał sam ze sobą partię szachów.
– Czy córkę i żonę pochowano? A może miał jeszcze jakieś dzieci, rodzinę? – z coraz większym zaciekawieniem pytał programista.
– Do końca swoich dni liczył na to, że one wrócą. Innej rodziny nie miał. Przybył po wojnie jak wielu z nas znikąd. Nikt wtedy nie pytał o pochodzenie. Ruskie zawsze mogły przesiedlić człowieka – strach było o cokolwiek pytać. Chociaż…
– Czyli było coś jednak?
– Tak, teraz sobie przypominam. Miał córkę Gabrysię, chyba… Zmarła mając kilkanaście dni. Sam odprawiałem pogrzeb na cmentarzu w lesie, za domem. Teraz nekropolia jest już zamknięta, porosła chaszczami. Ech stare czasy, młody wtedy byłem – ledwie siedemdziesiątka na karku. Świat mogłem zawojować – z rozrzewnieniem w głosie zaczął wspominać stary proboszcz.
– Czy było jeszcze coś dziwnego w tym człowieku? Czy ksiądz coś zapamiętał?
– Skromny był, małomówny. Zawsze bardziej wolał liczby niż ludzi. Tak dziwnie wymawiał głoskę „r”. Chyba nic więcej nie zapadło mi w pamięci. A czemuż ty synek tak o niego wypytujesz? Czy ty aby na pewno z milicji nie jesteś?
– Proszę księdza milicji nie ma już od dawna, teraz jest policja. Tak poza tym mieszkam w jego domu, chciałem coś wiedzieć o poprzednim lokatorze. Zwykła ludzka ciekawość.
– Synek, ciekawość to pierwszy krok do piekła. A na spowiedzi kiedy byłeś?
– To może ja już pójdę proszę księdza. Do widzenia – to powiedziawszy Eryk szybko wymknął się z pokoju unikając kolejnych niewygodnych pytań. Pożegnał się z księdzem Januszem i wsiadł do samochodu.
Odetchnął z ulgą – może jednak wyobrażenia o nabijaniu na pal, nie były aż tak bardzo przesadzone – pomyślał zapalając silnik.

***

Zbierało się na burzę. Czarne chmury spowiły całe niebo. Wiatr uginał gałęzie drzew, które z trudem przeciwstawiały się napierającym masom powietrza. Wieczorną godziną pomiędzy drzewami, wśród ciemności jaśniał mały promień latarki. Wysoka i chuda postać przypominająca Nosferatu przedzierała się pomiędzy zaroślami.
– Kurwa … Ja chyba postradałem wszystkie zmysły – zaklął na głos Fiałkowski. – Lezę przez las i szukam starego cmentarza. Zaraz coś mnie napadnie, jak to się zawsze w horrorach kończy. Na dodatek zbiera się na deszcz. Kurwa mać… – skwitował.
Trzask! Jeden z piorunów uderzył w pobliżu. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Ciemność wypełniła cały las. Delikatna łuna księżycowego światła przebijająca pomiędzy chmurami teraz gdzieś znikła. Tylko stara zardzewiała latarka oświetlała fragment dróżki prowadzącej przez gęstwinę. W oddali majaczyła niewielka polanka z niewyraźnymi kształtami krzyży i grobów. Całość tworzyła przerażające wrażenie.
– Po co ja tu przyszedłem? Chyba wezmę nogi za pas. Spokojnie, odnajdę właściwy grób, rzucę okiem i zwiewam stąd. – Fiałkowski próbował się uspokoić.
Zerwał się ulewny deszcz. Błyski piorunów rozświetlały czarne niebo a huk wdzierał się w czaszkę potęgując poczucie zagrożenia. Eryk przeskoczył przez niewielkie ogrodzenie i wszedł na wysoki grobowiec, próbując odnaleźć dziecięce mogiły. Światło latarki padło na małe kurchany, na skraju polanki.
To musi być tam – pomyślał.
Przechodził przez zarośniętą alejkę pomiędzy mogiłami, gdy nagle coś złapało go za nogę. Runął jak długi na ziemię. Zdawało mu się, że kątem oka widzi cień długiej kościstej ręki, z powykrzywianymi palcami. Przylgnął do mokrej trawy i skulił się chcąc obronić się przed nagłym atakiem. Twarz schronił w dłoniach i w pozycji embrionalnej czekał na rozwój wydarzeń. Serce waliło jak młot, tętno wzrosło. Nie wiedział co może się wydarzyć, ale oczekiwał najgorszego. Minęło kilka sekund, nic jednak się nie działo. Żadna bestia nie rozszarpywała jego wnętrzności. Podniósł głowę spomiędzy dłoni odwrócił się i roześmiał. Nad nim niczym strażnik grobów rozpościerało się małe wyschnięte drzewko. Bezlistne gałęzie rozpostarte niczym ręce starca z rozcapierzonymi palcami uginały się na wietrze. Zapuszczone korzenie wiły się po ziemi jak węże. Deszcz nieco zelżał. Niebo również zaczynało się przejaśniać.
– No i po burzy, ot mała letnia ulewa – pomyślał – a ja leżę na mokrej ziemi i trzęsę się ze strachu przed konarami drzewa.
Wstał otrzepał się z błota i ruszył dalej w poszukiwaniu małego grobu. Podchodził do tablic nagrobnych i w świetle latarki próbował rozszyfrować napisy. Niektóre z nich słabo już widoczne, ledwo dawały się odczytać. Był cały mokry i bał się, jednak nie dawał za wygraną. Poczucie uczestniczenia w grze, którą Wir przygotował i chęć rozwiązania łamigłówki były silniejsze. Nagle na jednej z tablic dostrzegł:

„Gabrysia Wir”
„Kochana córeczka.
Odeszła zbyt wcześnie.
Panie przyjmij ją do swego królestwa”
Ur. 1968.03.15 13:31:21.000001 ns
Zm.1968.03.31 23:44:21.781287 ns

Eryk stał jakiś czas nad grobem Gabrysi, próbując wszystko zapamiętać. Każdy drobny szczegół mógł mieć istotne znaczenie. Fotograficzna pamięć rejestrowała wszystkie fakty mogące pomóc w rozwiązaniu układanki.
– Zmywam się stąd, muszę to wszystko przemyśleć. Zaraz trupy zaczną wstawać z grobu, jak jeszcze chwilę tu zostanę.
Odwrócił się i zaczął biec. W wyobraźni widział za sobą, rozpadające się ciała wstające z trumien. Długie dłonie próbujące złapać go za kark i odgryźć kawał mięsa. Wszystkie sceny z horrorów, które zawsze tak lubił nagle zaczęły pojawiać się przed jego oczami. Przyspieszył. Biegł najszybciej jak potrafił. Potknął się jeszcze dwa razy. Cały mokry i ubłocony próbował nie myśleć, nie analizować, wyłączyć wyobraźnię. Po kilku chwilach sprintu mocno zmęczony zwolnił. Odprężył się. Spomiędzy drzew widać już było jego dom.
I o co tyle strachu? Przecież to tylko cmentarz, wszyscy kiedyś tam trafimy – pomyślał.

***

Gorące piwo z miodem i suche ubranie od razu przywróciły Fiałkowskiemu dobrą formę. Siedział na kanapie i trzymając laptopa na kolanach odtwarzał z pamięci tekst przeczytany na grobie Gabrysi. W zasadzie nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie jeden fakt. Kto u licha zapisuje na grobie dokładny czas narodzin i śmierci i to jeszcze w nanosekundach (jedna milionowa część sekundy). Wydawało mu się, że dokładny czas został dopisany później. Napis był bardziej wyraźny, a może to tylko złudzenie. Może czas obszedł się z tym fragmentem tekstu mniej okrutnie. Wszystko to było zagmatwane, a informacja, która miała się rzekomo znaleźć przy grobie niekoniecznie musiała dotyczyć napisu. Może powinien tam wrócić i dokładniej zbadać to miejsce. W żadnym wypadku – pomyślał – a na pewno nie dzisiaj. Może w jakiś słoneczny dzień odważy się pójść tam ponownie.
Miał garść informacji, które nijak nie chciały się ułożyć w jedną całość. Jedynymi punktami zaczepienia wydawały się podejrzane daty. Otworzył arkusz kalkulacyjny. Wpisał datę urodzenia i śmierci małej Wirowej. Chwilę spoglądał na obie daty.
– Biedna – pomyślał – żyła dwa tygodnie. Ciekawe na co zmarła?
Intuicyjnie odjął jedną datę od drugiej. Arkusz wskazał dokładny czas życia Gabrysi. Zmienił formatowanie, tak aby czas wskazywał liczbę nanosekund jej życia.
Otrzymał wartość: 1419171218714.
– Co może oznaczać ta liczba? Może jest w niej ukryta jakaś informacja? Tylko jak ją odczytać? – pojawiało się w myślach. – A może to błędny trop?
Z pomocą przyszedł Internet. Kilkanaście minut studiował strony kryptograficzne. Przeszukiwał najbardziej popularne szyfry i łamigłówki. Piwo z miodem zaczęło lekko szumieć w głowie. Instynktownie bez zastanowienia wstał i poszedł do kuchni przygotować sobie kolejną porcję trunku.
Godzinę i kilka piw dalej głowa stawała się coraz cięższa. Eryk zapisywał kolejne hasła, wynikające z przyjętej metody szyfrowania tekstu. Doszedł już do kilkunastu. Dosyć – to jakaś Enigma – stwierdził. Odłożył laptopa i mocno już zmęczony położył się spać. Przez myśl przeszło mu jeszcze – muszę sobie kupić jakieś zwierzątko, choćby kotka. Strasznie tu pusto a kotek to zawsze coś… Rozmyślając nad nowym lokatorem zasnął.

***

Wracając z Warszawy zastanawiał się nad swoim nowym życiem. Czy słusznie postąpił wyprowadzając się na wieś? A może trzeba było zostać w mieście? Co jakiś czas musiał meldować się w firmie, aby porozmawiać o kolejnych krokach, planach związanych z rozwojem systemu. Od czasu gdy zamieszkał na wsi w „Corpo Association” nastąpiły duże zmiany. Nowa krew zatrudniona w ramach planów rozwojowych firmy potrzebowała wskazówek i mentorskiej opieki. W tym Eryk czuł się wspaniale. Był niedoścignionym wzorem logicznego myślenia. Każdy problem dało się sprowadzić do postaci algorytmu i zapisać go w dowolnym języku programowania.
Jest jeszcze tajemnica starego domu. Przebiegłość poprzedniego lokatora, który wciągnął Fiałkowskiego w dziwną grę. Co można wygrać? A może na końcu jest tylko porażka? Sprawa trafiła na podatny grunt. Gdyby odkrył ją ktoś inny, zapewne już dawno dałby sobie spokój. Nie drążyłby tematu, odpuścił. Ale nie najpotężniejsza głowa „Corpo Association”. Ciekawość jaką wzmagało odkrycie zagadki z przeszłości nie pozwalała mu się skupić, przeszywała na wskroś, drążyła umysł niczym kropla wody skałę.
Nie po to eksplorował stare cmentarze, narażał życie, chodząc w nocy po starym lesie, aby teraz dać za wygraną. Podczas ostatniej nocy stał się ekspertem kryptologii. Można powiedzieć doktoryzował się w różnych metodach szyfrowania informacji. Jednak żadna z poznanych metod nie pozwalała rozszyfrować tego piekielnego ciągu liczb: 1419171218714.
Nagle do głowy przyszła mu prosta zabawa z dziecięcych lat. Eryk ponumerował w głowie litery alfabetu, licząc A jako 1, B – jako 2 itd. Następnie dopasował kolejne pary liczby do takiego kodu. Chwilę analizował wyraz, który powstał mu w głowie. Głośno się roześmiał. Nie wysilił się zbytnio nasz matematyk, że też wcześniej na to nie wpadłem – takie proste słowo KOMINEK. Szukałem zaawansowanego szyfru i to mnie zmyliło – pomyślał – pewnie za dużo wczoraj wypiłem. Do domu zostało jeszcze kilka kilometrów piaszczystej, wiejskiej drogi. Eryk zastanawiał się czy to, może być to aż takie proste? Zatrzymał samochód przed domem, wpadł do holu i zaczął wygrzebywać z kominka stare, niedopalone polana. Następnie zdjął osłonę, która oddzielała palenisko od wylotu powietrza. Wreszcie zniecierpliwiony wsunął swoje długie ciało w głąb komina. Ciasno i brudno. Zaledwie mógł się okręcić wokół własnej osi.
– Niech to szlag. Kominiarze to mają przesrane – pomyślał gdy wymacał niewielkie zagłębienie. Ostrożnie wsunął rękę, walcząc z resztkami węgla i drewna, którymi palono w kominku przez lata. Pod ręką wyczuł jakieś dziwne organiczne przedmioty, może to zgniłe szczury, albo karaluchy. Miał już zrezygnować, wyobrażając sobie, że jego wsunięta w otwór ręka zaraz zostanie pożarta przez jakiegoś szczura wielkości psa, gdy nagle wyczuł mały przedmiot. Koniuszkami palców złapał go i zaczął wyciągać. Poczuł lekki opór. Stękał i klął wygrzebując się z otworu po kominie. W rękach niewielkie blaszane pudełko po ciastkach zapowiadało kolejną część łamigłówki. Wewnątrz znalazł mocno zużytą kartkę papieru z tekstem:

Zabiłem sukinsyna. Zastrzeliłem go z zimną krwią. Sprawiło mi to nawet przyjemność. Dawno się tak nie czułem. Mieliśmy się spotkać, porozmawiać. On musiał jednak przyjść pod moją nieobecność do mojego domu i zacząć węszyć. Gdyby się nie pojawił, one jeszcze by żyły. Boże jak ja go nienawidzę. Odnalazłem spokój w Czołomyjach. Założyłem rodzinę, a on wszystko popsuł. Niech gnije w ziemi…
Wybacz za ten wstęp, ale kiedykolwiek przypomnę sobie o nim nie jestem w stanie się opanować. Jeśli chciałbyś go odnaleźć, zakopałem ciało w starym poniemieckim bunkrze we wsi Klimy kilka kilometrów stąd. I jeszcze ostatnia rada – wyjedź z tego miejsca jak najszybciej.

Krystian Wir 16.09.1985

I to wszystko. Trup? – zafrasował się Fiałkowski. Cały sekret to pieprzony umarlak w jakiejś ciemnej norze. Sfrustrowany otrzepał z resztek czarnego węgla ubranie, nadające się tylko do prania.

***

Kolejne dni upływały na konsultacjach z „Corpo Association”. Nowe oprogramowanie musiało być ukończone do jesieni. Dużo pracy wymagał jeszcze moduł administracyjny. Mimo ciągłego zajęcia i pracy kilkanaście godzin dziennie Eryk gdzieś w zakamarkach mózgu nieprzerwanie analizował problem ciała zakopanego w poniemieckim bunkrze przez Krystiana. Kim był człowiek, który wyrządził tyle krzywdy rodzinie Wirów? Czy był mordercą? Dlaczego został zabity? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Czy cała tajemnica ukryta w starym domu dotyczyła zabójstwa? A może było coś jeszcze?

Zalogował się na publiczny serwer. Zgłosił się znak zachęty powłoki systemu UNIX. Eryk uruchomił specjalny skrypt wysyłający do policji e-maila. Adresatem były również trzy największe lokalne dzienniki. Znał te wszystkie informatyczne sztuczki, pozwalające uniknąć rozpoznania komputera, z którego wysłano pocztę. Treść wiadomości brzmiała:

Najuprzejmiej donoszę co następuje: We wsi Klimy, gmina Mordy, województwo mazowieckie zakopane są w starym poniemieckim bunkrze zwłoki. Leżą tam od dobrych kilkunastu lat, dlatego ich stan może być niezadowalający. To nie jest żart. Proszę o potraktowania sprawy poważnie i sprawdzenie niniejszego donosu.

Wylogował się z serwera i zamknął laptopa. Poszedł do kuchni zastanawiając się czy wysłana właśnie informacja odniesie efekt. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do starego lochu z łopatą i wiaderkiem. Kopiącego w ziemi, wyciągającego zgniłe zwłoki na zewnątrz. Poszukującego wskazówek mogących odkryć kolejną część układanki. A może żadnego trupa już tam nie ma? Może to tylko wymysł starca, który u schyłku życia stworzył niewiarygodną historię? Może niepotrzebnie wysyłałem e-maila? Jednak życiowa ciekawość i pasja rozwiązywania tajemnic kazała Erykowi węszyć dalej, dociekać, sprawdzać i analizować.

***

Podczas kolejnej wizyty w Warszawie informatyk odwiedził sklep zoologiczny. Jego uwagę przykuły małe, kudłate stworzonka na czterech łapkach. Obok napis PERS. Zakupił jednego włochacza, płacąc za niego coś koło czterystu złotych.
Jadąc samochodem do Czołomyjów, spoglądał co chwila na siedzenie pasażera. Drobny zwinięty w kulkę kotek spał jak zabity. Wyglądał tak słodko.
– Mam nadzieję, że mi nie zdechnie – zatroskał się Fiałkowski.
Po przybyciu do domu położył małego futerkowca na kanapie, a sam otworzył laptopa i połączył się z Internetem. W wyszukiwarkę wpisał hasła związane z donosem wysłanym kilka dni temu. Na stronie jednej z lokalnych gazet, w dziale kryminalnym zauważył krótki artykuł prasowy:

Szkielet w bunkrze

Stołeczna Policja w Warszawie odnalazła ciało mężczyzny zakopane w starych, poniemieckich bunkrach we wsi Klimy. Mężczyzna, ubrany w Izraelski mundur, miał przy sobie dokumenty na nazwisko Abraham Pfeffeberg. W miejscu odnalezienia zwłok kilkunastoletni sataniści organizowali Czarne msze. Śledczy nie wiążą, działalności satanistów z odnalezionym ciałem. Wstępne oględziny wskazują, że przeleżało ono w ziemi kilkanaście lat. Policja dostała anonimową informację e-mail o miejscu położenia zwłok. Po krótkim śledztwie udało się odnaleźć nadawcę elektronicznej wiadomości. Okazało się, że pochodziła z komputera osiemnastoletniego mieszkańca Warszawy. W trakcie przeszukania mieszkania, odnaleziono również pirackie oprogramowanie i pornografię przechowywaną w kanapie.
Siedemdziesięcioletnia opiekunka została odwieziona przez pogotowie, gdy okazało się, że nastoletniemu przestępcy grozi do pięciu lat więzienia. Badany jest trop wiążący nastolatka z satanistami i odnalezionym ciałem.

– Cholera, chyba kogoś wkopałem. Zresztą nie był bez winy.
Przez chwilę Fiałkowski szukał jeszcze dodatkowych informacji, ale nic więcej nie udało mu się odnaleźć.
– Czyli stary pisał prawdę. Kim w takim razie był ten żydowski wojskowy? – zastanawiał się.
Otworzył kolejne okno przeglądarki i wpisał hasło „Abraham Pfeffeberg”. Na jednej z anglojęzycznych stron odnalazł lakoniczną wzmiankę:

Założona przez Szymona Wiesenthala organizacja poszukiwania zbrodniarzy hitlerowskich od kilkunastu lat tropi byłych żołnierzy niemieckich ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Do najskuteczniejszych funkcjonariuszy w dziejach „Jewish Documentation Center” należeli nieżyjący już: Dawid Goldsmith, Abraham Pfeffeberg, Alfred Shostak.

– Coś tu nie gra – pomyślał. Czego izraelski żołnierz ścigający hitlerowskich zbrodniarzy szukał w domu Wirów? Kim był Krystian? – nasuwało się na myśl. Eryk czuł, że to nie koniec zagadki. Tajemnica ma ciąg dalszy.
Siedział przed komputerem z głową w dłoniach i rozmyślał nad faktami. W końcu sięgnął do kieszeni po telefon i wybrał numer.
– Cześć – odpowiedział głos – kopę lat. Nic się nie odzywałeś.
– Dużo pracy – odpowiedział Fiałkowski – poza tym, wyprowadziłem się z Warszawy.
– Nie gadaj, rzuciłeś pracę?
– Piszę teraz w domu, czasami dojeżdżam do firmy. Lepiej powiedz co u ciebie?
– Będziemy mieć z Sylwią dziecko, poza tym zostałem redaktorem naczelnym „Faktów i Kłamstw”.
– Gratuluję. W zasadzie to dzwonię do ciebie w interesie – z niepewnością w głosie oznajmił.
– Tak myślałem. Normalnie byś nie zadzwonił. O co chodzi?
– Jak by ci to powiedzieć. Czy znasz może kogoś z gazety „Dziennik Mazowiecki”?
– Jasne. Prasa to wbrew pozorom hermetyczny światek. Każdy z nas ma rozległą siatkę informatorów i wiele znajomości. Nigdy nie wiadomo, kto się przyda. Dlaczego pytasz?
– Wczoraj ukazał się mały artykuł o zwłokach wykopanych niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale czy mógłbyś wypytać niejakiego A. Sadzę, autora wzmianki o kilka szczegółów dotyczących ciała. Czy odnaleziono przy nim jakieś przedmioty? Czy nie zauważono czegoś ciekawego?
– Wiesz, nie zapytam, do czego potrzebne ci są te informacje. Zapewne byś mi nie odpowiedział. Mam nadzieję, że nie wplątałeś się w jakąś kabałę.
– Zapewniam cię, że wszystko jest w najlepszym porządku. Moje życie zaczyna być spokojne i harmonijne. Potrzebuję tylko tej informacji. Możesz to dla mnie zrobić. Postaram się odwdzięczyć.
– Zobaczę co da się zrobić, ale niczego nie obiecuję. Z którego numeru jest ten artykuł?
– Z wtorkowego, strona 7, wiadomości kryminalne, tytuł „Szkielet w bunkrze”. Musimy się umówić na piwo jak będę w Warszawie.
– Zawsze tak gadasz, a potem nie widzimy się pięć lat. Dobra muszę lecieć, trzymaj się.
– Na razie, dzięki – zakończył rozmowę Eryk.

Stał jeszcze przez chwilę gryząc końcówkę telefonu komórkowego. Jego przymrużone oczy świadczyły, że w głowie toczy się istna wojna neuronów. Impulsy elektryczne z prędkością światła przemierzały zakamarki jego pamięci, analizując każdy istotny fakt.
Nagle przypomniał sobie o świecącym znaczku znalezionym w piwnicy. Tam za ceglaną kostką w pudełku po ciastkach był pierwszy liścik Wira. Pobiegł szukać spodni, które wtedy miał na sobie. Poszukiwania zakrojone na szeroką skalę. Niełatwe zadanie. Porządek, to nie była jego domena. Porozrzucane ubrania, puszki po piwie, łóżko, które wyglądało jakby niedawno rozegrała się w nim najgorętsza scena z filmu porno.
– Muszę tu posprzątać – stwierdził widząc nieporządek w pokoju. Ciężko jednak było wcielić ten plan w życie. W końcu nikt nie powie mu złego słowa. Jeśli ma umrzeć z brudu, niech tak się stanie. Nikomu nic do tego.
W kieszeni spodni odnalazł znaczek przypominający wojskowe odznaczenie. Dawał się odczytać słabo widoczny napis: GAUSIEGER. Sprawdził w Internecie. Na jednej ze stron zobaczył zdjęcia niemieckich odznaczeń z lat 1914-1918, wśród nich widniało podobne do tego, które odnalazł w piwnicy.
– Coś mi tu śmierdzi- pomyślał. Za dużo Szwabów.

Nagle zadzwonił telefon.
– Cześć. Szybko oddzwaniasz – stwierdził Eryk – masz coś?
– Rozmawiałem z dziennikarzem, twórcą artykułu. Był tam, kiedy Policja wykopywała ciało. W zasadzie powtórzył mi tylko to, co zostało opisane w gazecie.
– Czy nie zauważył czegoś dziwnego?
– Mówił, że ciało przeleżało w ziemi wiele lat. Mało apetyczne, zawinięte w stary worek. W zasadzie był to tylko szkielet. Ubrany w mundur, chyba jakiegoś żydowskiego funkcjonariusza wojskowego, z napisami po hebrajsku.
– Miał przy sobie jakieś przedmioty?
– Dokumenty, mocno już zniszczone. Dało się wyczytać imię i nazwisko: Abraham Pfeffeberg. Zapalniczkę i małe blaszane pudełko jakby po cygarach lub tytoniu.
– Pudełko? – z błyskiem w oczach zapytał. – Czy w środku coś się znajdowało?
– Nie wiem czy ma to jakieś znaczenie, ale wewnątrz był czarny szachowy król, lekko nadjedzony przez czas i korniki.
– Czy coś jeszcze?
– Tyle. Niczego nie udało mi się więcej dowiedzieć. Podobno dostali anonimowego e-maila od jakiegoś małolata. Dostał sporą grzywnę. Czy ty aby nie masz z tym nic wspólnego?
– Skądże znowu. Dziękuję ci mam nadzieję, że mi pomogłeś – odpowiedział informatyk.
– Masz nadzieję? – ze zdziwieniem zapytał dziennikarz.
– Mam nadzieję – to mówiąc Fiałkowski rozejrzał się po holu. Jego wzrok utkwił na dużych kaflach na podłodze. Błyszczały w świetle kominka. Pośrodku podłogi układały się w biało-czarną szachownicę. Ich kolor wyraźnie odróżniał się od pozostałych.
– Dziękuję ci bardzo – próbował zakończyć rozmowę – kiedyś się odwdzięczę.
– Nie wiem czy ci pomogłem. Trzymaj się.
– Pomogłeś mi. Na razie – skwitował.

Znajdując się pośrodku holu starał się odnaleźć w kwadratowej czarno-białej mozaice miejsce, na którym stałaby figura czarnego króla szachowego. Podszedł do płytki na szachownicy przykucnął i zaczął oglądać. Ponad półmetrowy porysowany kafel wydawał się zwyczajny, niczym nie odróżniał od pozostałych. Postukał butem w kilka płytek. Kafel króla szachowego wydawał nieco inny dźwięk. Tak jakby pod spodem zamiast metrów betonu i ziemi wiała pusta przestrzeń.

Pobiegł do piwnicy. Gdzieś w rupieciach widział kilof. W amoku przeszukiwał zardzewiałe żelastwa. Wpadł w rodzaj ekstazy. Tak blisko znalezienia rozwiązania. Jeszcze nigdy nie czuł takiego podniecenia.
Złapał coś co przypominało kilof i wybiegł na górę. Z wielką siłą zaczął uderzać w kafel. Ten opierał się pod pierwszymi ciosami. Wreszcie puścił. Pod nim kilkucentymetrowa warstwa betonu. Pod kolejnymi uderzeniami rozkruszone kawałki wpadły do środka pomieszczenia robiąc przy tym potężny huk. Ukazał się ciasny przesmyk prowadzący w dół. Eryk przypomniał sobie o starej latarce. Słabe światło skierowane do środka tunelu zatrzymało się na głębokości około trzech metrów.
– Cholera ciemna i głęboka ta nora – stwierdził. Muszę wymyślić sposób, aby się tam dostać. Z kuchennej szafki wyciągnął sznur. Przywiązał go do schodów, drugi koniec zrzucił do otworu. Bardzo powoli przytrzymując się ścianek ciasnego przejścia zaczął zsuwać się po linie. Wąska dziura ledwo mieściła chude ciało.
– Cholera… Co ja wyprawiam, jeszcze utknę w tej dziurze.
Nigdy nie cierpiał na klaustrofobię. Jednak myśl o uwięzieniu dwa metry pod ziemią, w wąskim kanale mroziła krew w żyłach. Umrę z głodu, nikt mnie nie usłyszy. Nawet po telefon nie dam rady sięgnąć – rozmyślając nad najgorszymi scenariuszami niespodziewanie poczuł grunt pod nogami.
– Uff, ziemia – z ulgą wysapał.
Wyciągnął latarkę schowaną w kieszeni i wcisnął włącznik. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu z betonowymi ścianami, w głębi dostrzegł drewniane drzwi. Na ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia niemieckich żołnierzy. Fiałkowski rozpoznał tylko Adolfa Hitlera, nigdy specjalnie nie interesował się historią II wojny światowej. Postacie wydawały się być wysokiej rangi kadrą oficerską. W kącie mrocznego pokoju stało biurko z krzesłem, na którym zawieszony był niemiecki mundur. Na blacie kilka książek, notes w skórzanym etui i zwinięte w rulon gazety.
Eryk ostrożnie obszedł ciasne pomieszczenie, oglądając dokładnie wszystkie zdjęcia rozklejone na ścianach. Podpisy pod zdjęciami: Rudolf Hess, Haindrich Himmler – dobrze znani niemieccy patrioci – stwierdził z drwiną.
Na kolejnej fotografii dwie obejmujące się kobiety. Może to rodzina Wira – pomyślał.
Podszedł do biurka. Sprawdził czy krzesło wytrzyma jego ciężar. Usiadł z latarką w ręku i zaczął po kolei oglądać znajdujące się na nim przedmioty.
„Main Kampf” Adolfa Hitlera, „Der Stern“ z 1943 roku, długopis i niewielki notes z zapiskami w języku niemieckim. Wewnątrz Fiałkowski znalazł klucz i dziwnie znajomą kartkę zapisaną z obu stron odręcznym, drobnym pismem.

Witaj znajomy. Mam nadzieję, że mogę tak do ciebie mówić, po tym co razem przeszliśmy.
Nazywam się Christian Wirth. Urodziłem się w 1905 r. w Oberbalzheim w Württembergii. Zapewne domyślasz się, że jestem oficerem SS. Chciałbym napisać o sobie kilka słów. Nie wiem jednak, co musiałbym wyznać, abyś mnie zrozumiał. Postaram się być obiektywny i zrelacjonować wszystko bez emocji.
Podczas pierwszej wojny światowej mój ojciec służył jako podoficer na froncie zachodnim, gdzie wyróżnił się w walce i został uhonorowany wysokimi odznaczeniami. Byłem z niego bardzo dumny. Chciałem być jak on. Po dojściu nazistów do władzy w Niemczech służyłem w Policji. Jednak moja prawdziwa kariera, a jednocześnie pasja zaczęła się wraz z objęciem funkcji szefa administracji w centrum eutanazji w Brandenburgu. W grudniu 1939 przeprowadziliśmy pierwsze eksperymenty gazowania ludzi z użyciem tlenku węgla. To były prawdziwie twórcze lata. Zaczynaliśmy jeszcze od gazu musztardowego zwanego iperytem, jednak był on nieskuteczny. Wprowadziłem wiele usprawnień w procesie uśmiercania niepotrzebnych i starych jednostek ludzkich. Jeden z największych wynalazków, z którego jestem szczególnie dumny to pomysł maskowania komór gazowych jako łaźni. Piekielnie sprytny pomysł – nieprawdaż? Za cały ten wkład i pomysłowość w 1940 r. zostałem mianowany inspektorem wszystkich ośrodków eutanazji w Niemczech i Austrii. Moje dalsze losy potoczyły się jeszcze ciekawiej. Pod koniec 1941 zostałem mianowany przez Haindricha Himmlera komendantem obozu zagłady w Bełżcu. Stworzyliśmy od podstaw cały system zagłady. Obozy w Treblince, Sobiborze i Auschwitz stosowały wymyślone przez nas rozwiązania. W 1942 roku zostałem inspektorem wszystkich obozów akcji Reinhard (zagłada żydów).W 1943 na przedmieściach Triestu w dawnym młynie ryżowym San Samba założyliśmy z Globocnikiem obóz. Przesłuchiwaliśmy tam partyzantów i żydów. Prowadziliśmy również testy nowego gazu bojowego. Byliśmy już bardzo bliscy celu. Losy wojny mogłyby rozstrzygnąć się na korzyść Niemiec. Wyprodukowaliśmy już kilkadziesiąt kontenerów. To była prawdziwie skuteczna i śmiercionośna broń. Pamiętam gdy na oddziale kobiet podaliśmy sałatę nasączoną Cyklonem – X (taką roboczą nazwą posługiwaliśmy się podczas tworzenia i testowania gazu). Wszystkie kobiety zaczęły wymiotować krwią i opętańczo krzyczeć trzymając się za brzuchy. W ciągu 10 minut były martwe. Cholerni Alianci musieli wkroczyć do Triestu. Tydzień przed planem rozrzucenia Cyklonu – X nad największymi miastami Europy. Musiałem uciekać. Przebrałem jakiegoś biedaka w mój mundur i dałem swoje dokumenty. Jugosłowiańscy partyzanci nawet nie pozwolili mu powiedzieć słowa. Dostał kulkę w łeb. Sam ukryłem się w Austrii. To były ciężkie czasy. Potworny strach, głód i brak snu – to jedyne co pamiętam. Całą zimę 1945 roku, aż do końca wojny przeżyłem tylko dzięki pomocy jednej z wiejskich rodzin. Los w końcu rzucił mnie na wschodnie tereny Polski. W 1947 roku powracali tu zesłani więźniowie. Nikt nie pytał skąd pochodzisz, jaką masz przeszłość. Całkiem dobrze mówiłem po polsku. Zamieszkałem więc w domu po wysiedlonej rodzinie. Podobno Rosjanie zesłali ich na Syberię. Wiodłem spokojny żywot. Znalazłem dom, rodzinę. Ożeniłem się z kobietą prostą, ale uczciwą. Pochodziła z Wilna. Byliśmy nawet szczęśliwi. W 1960 urodziła nam się córka. Nie byliśmy już młodzi gdy największe nasze marzenie – mieć dziecko – ziściło się. Pierwsza nasza córka zmarła po kilkunastu dniach, ale tę historię zapewne znasz, inaczej nie czytałbyś tego listu.
Pieprzeni mściciele Szymona Wiesenthala – jak ja ich nienawidzę. Tropili wszystkich byłych niemieckich oficerów, żołnierzy, zresztą także i urzędników. Nikomu nie przepuścili. Jeden z nich trafił do mojego domu. Musiałem walczyć. Zabiłem go. Niczego dzisiaj nie żałuję. Brakuje mi żony, dziecka. Bóg i ludzie nigdy nie wybaczą mi moich grzechów. Nawet ich o to nie proszę.
Dziś jestem starym człowiekiem. Czuję, że mój czas nadchodzi. Została mi tylko gra w szachy…
W notesie jest klucz do drzwi w głębi pomieszczenia. Tam znajdziesz ostatnią część mojej smutnej historii.

Christian Wirth 21.10.1985 r.

Teraz wszystko stało się jasne. Historia zaczynała tworzyć jedną całość. Co znajdzie za drewnianymi drzwiami? Może powinien stąd uciekać. Strach i ciekawość mieszały się między sobą.
Fiałkowski wziął do ręki klucz. Oglądał go przez chwilę. Wstał i podszedł do drzwi. Wyglądały na solidne. Wsunął klucz do zamka. Przekręcił i usłyszał głośny chrzęst. Drzwi stanęły otworem. Słabe światło latarki nie pozwalało ogarnąć wzrokiem całego pomieszczenia, jednak to co zauważył wstrząsnęło nim zupełnie.
W niewielkim betonowym pomieszczeniu pod ścianą stało kilka żółtych kontenerów z napisem „Ahtung! Toxisch!”. Obok na ziemi przytulone do siebie leżały dwa ciała w stanie głębokiego rozkładu. W rękach mniejszego szkieletu błyszczał jakiś przedmiot.
Eryk zamarł z przerażenia, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, ręce zaczęły dygotać. Jeszcze nigdy tak się nie bał. Mimo paraliżującego strachu podszedł do leżących ciał. Zauważył znajome, małe, blaszane pudełeczko. Sięgnął po nie, otworzył. Wewnątrz była kartka. W świetle latarki odczytał:

Powinienem się nienawidzić jednak w głębi duszy cieszę się, że czytasz tę wiadomość. Zbyt wiele zła wyrządziłem, aby teraz coś odczuwać. Dlatego pozostaje mi tylko satysfakcja z tego, że dałeś się uwikłać w dokończenie dzieła mojego życia. Na moje usprawiedliwienie przemawia fakt, że cię ostrzegałem. Prosiłem abyś wyjechał…
Nie dbam o nikogo… W całym moim życiu wierzyłem tylko w Trzecią Rzeszę…i kochałem swoją żonę, córkę.
Boże wybacz mi, że musiałem je zabić – tylko tego żałuję. Niestety nie dano mi innego wyjścia. Pewnego dnia przyszła do mojego domu ta żydowska gnida i wszystko im powiedziała. Abraham, chyba tak się nazywał pokazywał liczne dowody. One mu uwierzyły… Zresztą dzisiaj to już nieważne.
Jedyne co mam teraz w duszy, to chęć zemsty, zniszczenia całego tego cholernego świata. Być może zabiorę moją gorycz do grobu, ale dzięki tobie powiem swoje ostatnie słowo. Bardzo na ciebie liczyłem, a ty mnie nie zawiodłeś. Wybacz mi, ale posłużyłem się tobą jak narzędziem. Wchodząc do tego pomieszczenia uaktywniłeś zegar czasowy. Nie próbuj go szukać. Za kilka minut nastąpi eksplozja, która rozniesie zmagazynowany tu Cyklon-X na wiele kilometrów po okolicy. Uwierz mi, że nie było łatwo go tutaj przetransportować, ale jak widzisz udało się.
Zastanawiam się jeszcze co przekazać ci w moim i twoim ostatnim zdaniu.

„Życie jest jak gra w szachy, gdzie za przeciwnika ma się los,
ale ważne jest by ostatni ruch należał do Ciebie.”

Kochany Pan Miś

Kochany Pan Miś

„Mała dziewczynka, zagadkę odgadła,
do jej pokoiku śmierć się zakradła.
Zbyt późno jednak, sierotka mała
o czyhającym zagrożeniu się dowiedziała.
Dlatego uważaj na lalkę, misia swojego,
bo możesz już nie ujrzeć, światła dziennego.”

Niewielu znalazłoby się takich, którzy uwierzyliby w tę nieprawdopodobną historię. Ty również nie dałbyś wiary, co może wydarzyć się w dziecięcym pokoju.
Pełnia księżyca na gwiaździstym niebie rozświetlała miasto i roztaczała ponurą aurę tajemniczości, jakby coś złego miało się wydarzyć. Gwar cywilizacji za dnia ciężki do wytrzymania, teraz zamienił się w sporadyczne odgłosy przejeżdżających aut, tramwajów i ludzkich rozmów.

Wychylił się zza rogu i próbował dostrzec w oparach fioletowego światła drogę, prowadzącą do sklepu z zabawkami. Chodził nią często, jednak teraz sytuacja była zupełnie inna. Krótka przebieżka, która zwykle zajmowała mu kilka minut, obecnie wydawała się być prawdziwą eskapadą na koniec świata. Każdy kąt mógł kryć śmiertelne zagrożenie. Muffy oczami wyobraźni widział Jego twarz z wielkimi wybałuszonymi oczyma i demonicznym uśmiechem. Przynajmniej tak opisywali go ci, którym udało się przeżyć spotkanie z Nim. Zło w czystej postaci. Wcielenie najgorszych koszmarów.
Muffy wiedział, że jak najszybciej musi wszystkich ostrzec. Ta myśl drążyła jego mózg, nie dawała spokoju. A może to już niepotrzebne? Może oni już dawno nie żyją?
Idąc na palcach przemieszczał się w kierunku mysiej dziury prowadzącej ze sklepu na zaplecze. Stamtąd było już niedaleko. Ominął wyłożoną przez właścicielkę łapkę na myszy i przystanął nasłuchując. Doszedł go dźwięk, coś jakby szuranie butów. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy może to cierpiące dusze wszystkich tych, których On zabił? Trzeba iść dalej – pomyślał. Mimo paraliżującego strachu nie wolno mu się było zatrzymać, odpocząć.
Uklęknął i posuwając się na czworakach próbował przecisnąć się przez otwór. Połową ciała znajdował się już na zapleczu gdy poczuł, że coś łapie go za nogi. Zimny dreszcz przeszył ciało. Serce biło jak oszalałe. Zaczął się wyrywać, kopać, jednak coś mocno trzymało. Chwilę potem poczuł ogromny ból w kostkach. To coś zaczęło go ciągnąć za nogi. Próbował szarpać, jednak nadaremnie. Ogromna siła, wyciągnęła go z otworu i rzuciła jak workiem o ziemię. Leżąc na brzuchu próbował się podnieść, jednak ból skutecznie udaremnił jego plany.
– Przeciąłem ci pęciny. To stara sztuczka, aby uniemożliwić ofierze ucieczkę. Życie jest brutalne – zagrzmiał donośny głos.
Muffy jak bezbronny żuczek przewrócił się na plecy i zobaczył potężną postać, trzymającą ostry, długi przedmiot. W ciemności nie był w stanie dostrzec dokładnie wszystkich szczegółów, jednak bez wątpienia to był On. Krew sącząca się z przeciętych kostek, zalewała podłogę a ból przeszywający ciało, krępował ruchy. Z wielkim wysiłkiem Muffy wstał na kolana i próbował zebrać siły do ucieczki. Nagle poczuł na karku silny uścisk a chwilę potem wisiał kilkanaście centymetrów nad podłogą. Ktoś trzymał go za szyję i niczym szmacianą lalką wywijał w powietrzu. Oprawca popchnął go w kierunku pułapki na myszy. Muffy mimo rozpaczliwych prób zapanowania nad ciałem nie był w stanie wygrać z siłą bezwładności. Metalowy pręt uderzył z prędkością kuli. Trzask pogruchotanych kości i przeraźliwy jęk przeszyły ciszę.
– Teraz na pewno mi nie uciekniesz – zagrzmiał głos.
Oprawca podszedł do uwięzionego Muffiego. Nadepnął mu na dłonie, uniemożliwiając poruszanie rękami. Używając ostrego narzędzia wykonał dwa głębokie nacięcia na wysokości nadgarstków, tam gdzie zwykle robią to samobójcy.
Muffy wił się z bólu, jego krzyk rozległ się w całej kamienicy. Kat czekał. Przeraźliwe jęki stopniowo ucichły. Muffy spojrzał na oprawcę pustym wzrokiem i tylko ciche westchnienie świadczyło, że uchodzi z niego życie.

Zerwał się wiatr. Czyste niebo zasnuły chmury. Małe trąby powietrza niosące jesienne liście tańczyły jak baletnice, wykonując egzotyczne figury.
Morderca stał i sycił się widokiem martwego, sponiewieranego i zakrwawionego ciała. Trzymał chirurgiczny skalpel, z którego kapały jeszcze krople krwi.
Oprawca podniósł ręce do góry w geście triumfu.
– Starożytni bogowie Venomu dodajcie mi sił – wykrzyczał. – Panie nie zawiedź moich oczekiwań. Twój wierny sługa wypełni przepowiednię i proroctwo stanie się faktem. Ziemia pokłoni się przed ostatnim synem rodu Valgendorf.
Teraz wydawał się jeszcze większy i potężniejszy. Ogromne ramiona trzymające ostre narzędzie i demoniczny wyraz twarzy obwieszczały całemu światu nadchodzący koniec.

Wolnym krokiem, szli leniwie ulicą Marynarską w kierunku centrum handlowego „Galeria Mokotów”. Żona i dzieci senatora Iwasińskiego przyzwyczajeni byli do luksusów. Halina ubrana w garsonkę od Versace, skórzane buciki za jedyne siedemset złotych z wyprzedaży i torebkę z krokodylej skóry prowadziła za rączkę Jacusia, siedmioletniego, zmanierowanego chłopczyka. Znudzona, pięcioletnia Małgosia szła obok i co chwila zaglądała w sklepowe wystawy. Przystawiała twarz i rączki do szyby, wystawiała język i wpatrywała się do środka. Od wewnątrz rozpłaszczony nos przypominał świński ryjek.
– Małgoniu! – krzyknęła mama. Chodź tutaj.
Dziewczynka nic nie robiąc sobie z reprymendy udzielonej przez Halinę dalej w najlepsze zaglądała przez szybę.
Za jedną ze sklepowych wystaw dostrzegła ślicznego pluszowego misia. Miał szare futerko, czarny nosek i przecudne, lśniące jak węgielki oczka, którymi patrzyły w kierunku Małgosi i prosił: „Zabierz mnie ze sobą. Jestem tu taki samotny. Nie mam się do kogo przytulić. Jeśli masz dobre serduszko, uratuj biednego misia”.
– Mamusiu, mamusiu, popatrz – z przejęciem w głosie zagadnęła dziewczynka. Złapała mamę za spódnicę i szarpiąc stanowczym głosem krzyczała – Ja chcę misia, musisz mi go kupić. Rozkazuję ci, inaczej nie będę jadła do końca życia.
– Córeczko, czy nie widzisz, co to za sklep? Przecież nie wejdziemy do lumpeksu. Co sobie ludzie o nas pomyślą? Kupimy ci lepszą lalkę w Centrum Handlowym.
– Ale ja chcę tego misia, nie lalkę – z płaczem w głosie krzyczała. Otworzyła sklepowe drzwi i wślizgnęła się do środka.
– Utrapienie z tymi dziećmi – westchnęła mama, ciągnąc za rękę Jacusia. Chcąc nie chcąc weszli do second handu. Małgosia trzymała w objęciach kilkudziesięciocentymetrowego pluszowego niedźwiadka. Krzyczała głośno, że nie wyjdzie stąd, dopóki mamusia nie kupi jej zabawki.
– Dziecko, czy wiesz ile robactwa znajduje się w takiej zabawce? Kto wie, czy nie ma w niej wszy, albo pcheł? – z oburzeniem westchnęła Halinka.
– Mamusiu, ale on jest taki kochany, będzie moją ulubioną maskotką – lśniące oczy dziewczynki oznajmiały, że nie ma najmniejszego zamiaru rozstać się z nową zabawką.
Zrezygnowana mama zapłaciła za misia i z markotną miną wyszła ze szmateksu.

Sobotnie popołudnie jak co tydzień spędzali w hipermarkecie. Halina przeszukiwała markowe sklepy w poszukiwaniu butów i garsonek. Dzieci starały się dotrzymywać jej kroku. Co chwilę jednak rozbiegały się widząc nowe, kolorowe stoiska. Małgosia cały czas nie wypuszczała pluszowego misia z rąk. Tuliła go i głaskała, mimo że leżąc na sklepowej wystawie, zdążył się zakurzyć i lekko pobrudzić.
– Nazwę cię Teddy – stwierdziła z przekonaniem. – Jesteś taki kochany. Co prawda trochę śmierdzisz, ale jak wrócimy, mama wypierze cię w pralce. Będziesz jak nowy.

Późnym popołudniem przybyli do domu. Parterowa willa z czerwonym dachem zamieszkiwana przez rodzinę Iwasińskich, nie wyróżniała się niczym spośród innych domów zamożnych osób z dzielnicy. Politycy, biznesmeni, aktorzy, stworzyli w tym miejscu enklawę dla bogatych.
Pokój Małgosi przypominał świat z bajki. Zielone ściany z namalowanymi kolorowymi kwiatuszkami idealnie komponowały się z niebieskim sufitem pokrytym świecącymi, fluorescencyjnymi gwiazdkami. Wszędzie porozrzucane było mnóstwo najnowszych, najpiękniejszych zabawek.
Na parterze znajdował się jeszcze zabawkowy pokój Jacusia. Przeważali tam bohaterowie kreskówek i komiksów. Pomieszczenia sypialne dzieci mieściły się na piętrze, obok sypialni rodziców.

Teddy przeszedł pranie i dezynfekcję. Skoro miał zająć honorowe miejsce wśród innych domowników, musiał być wzorem czystości i schludności. Małgosi przeszło nawet przez myśl, że pluszowe misie idealnie nadają się do łapania w futerko brudu i kurzu, i że firmy sprzątające powinny zatrudniać je zamiast sprzątaczek.
Teddy zajął najważniejszą pozycję w całym pokoiku, został posadzony na komodzie uważanej za honorowe miejsce w pokoju.

Nastała noc. Wszyscy domownicy ułożyli się do snu. Nawet pies Azor, zwinął się w półmetrową kulkę i cichutko pochrapując śnił o baleronach, szynkach i kiełbasach. Wszystkie łapki schował pod siebie i wyglądał z daleka jak duża futrzana bryłka. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak przerażające wydarzenia rozegrają się przed jego nosem.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że cudowności dzieją się na świecie.
Nocy każdej, gdy wszystkie śpicie
w domkach waszych wstaje życie.
Zabawki wszystkie ze snu się budzą
i ani trochę wtedy się nie nudzą.
Zabawy i harce urządzają sobie,
jedną z historii opowiem dziś tobie.”

Zabawki powoli zaczęły przebudzać się z dziennego snu. Wiadomością dnia, było przybycie kolejnego mieszkańca zielonego pokoju.

– Słyszeliście nowe wieści? – odezwał się Clown. – Mamy nowego.
– Niemożliwe, kto to taki? – odpowiedział długonosy Pinokio.
Szary miś wywołany do tablicy najuprzejmiej jak potrafił przedstawił się.
– Witam, wszystkich nazywam się Teddy, przynajmniej tak nazwała mnie moja nowa właścicielka.
– Skąd jesteś? Jak się tutaj znalazłeś? – dopytywali mieszkańcy.
Pojawienie się nowego domownika, nie było rzeczą rzadką. Wybredna Małgosia średnio raz w tygodniu dostawała nową maskotkę. Pierwszoplanowe role odgrywały jednak Barbie i Ken – modne, pachnące i ubrane w najlepsze ubranka lalki. Niższą kastę społeczną stanowiły misie, clowny i smutny mim z łezką w oku. Nie mogło zabraknąć również kucyków Ponny.
Na prośbę mieszkańców Teddy rozpoczął opowieść o swoich losach, wszyscy słuchali go z zainteresowaniem.
Oto moja historia – zaczął. Mieszkałem w zamożnej rodzinie na obrzeżach miasta. Niczego mi nie brakowało. Miałem swojego opiekuna Piotrusia. Byliśmy przywiązani do siebie tak bardzo, że ani na moment się nie rozstawaliśmy. Kiedyś do naszego domu przyszli źli ludzie. Wszystko obrabowali. Zabrali również i mnie. Dlaczego? Tego zapewne nigdy się już nie dowiem, może przypominałem im zabawkę z dzieciństwa. Po wielu perypetiach trafiłem wreszcie do sklepu z używaną odzieżą, gdzie wbrew woli swojej mamy kupiła mnie mała dziewczynka. I tak właśnie znalazłem się u was, przyjaciele moi kochani.
– Biedny misiu, my się tobą zajmiemy – z wyraźnym rozczuleniem westchnęła Barbie, przytulając Teddiego. – U nas nic złego cię nie spotka. Żyjemy tutaj w spokoju i zgodzie z zabawkową naturą.
Rozmawiali przez całą noc o różnych sprawach. Teddy budził wśród mieszkańców pokoju coraz cieplejsze uczucia. Wszyscy polubili misia, za jego dobre usposobienie, śliczne czarne oczka i słodki wyraz twarzy. Jednocześnie współczuli mu trudnej przeszłości. Opowiedzieli mu o pokoju Jacusia i o tych wszystkich bohaterskich postaciach, z którymi ciężko znaleźć wspólny język. O psie, na którego trzeba uważać, bo można skończyć jako śniadanie. O beztroskim życiu, jakie prowadzi się w domu Iwasińskich.
Nowy lokator zdążył się zadomowić. Czuł się tutaj dobrze, lecz o ukrytym życiu lokatorów zielonego pokoju przyszło mu się dowiedzieć nieco później…

– Czy aby nie za bardzo zaufałaś temu misiowi? – zapytał Ken.
– Czy ty zawsze we wszystkim doszukujesz się podstępu? – pytaniem na pytanie odpowiedziała Barbie.
– Nie o to chodzi, ale według mnie za bardzo zbliżyłaś się do niego, mimo że jest u nas od niedawna.
– Nie widzisz jak smutny był jego los, należy okazać mu trochę zrozumienia i czułości – z rzewnością w głosie stwierdziła lalka.
– Ja nic nie sugeruję, ale nie podoba mi się ta sytuacja. Tak jak i to, że wieczorami wychodzisz do pokoju Jacka. Krążą plotki, że spotykasz się z ActionManem.
– Jesteś zazdrosny! Nie mogę tego słuchać! Czy insynuujesz, że cię zdradzam – z wyrzutem w głosie zaprotestowała.
– Nic nie sugeruję. A ty nie podnoś na mnie głosu – wykrzyczał mocno podenerwowany Ken.
– Myślisz, że nie widzę, jak gapisz się na cycki tej lalki w niebieskiej sukience – odpierała atak Barbie.
– Mówisz o Klarze? To tylko moja przyjaciółka.
– A skąd ja mam wiedzieć, że nie pieprzycie się za moimi plecami.
– Dosyć! Nie mogę tego słuchać. Z nami koniec. A ty idź sobie do tego swojego mięśniaka bez mózgu – wyrzucił z siebie i odszedł.
– Bardzo dobrze. Ty też idź sobie do tej silikonowej lafiryndy. Aż dziwne, że produkują nas jako parę – wywrzeszczała do odchodzącego Kena.

Czarny pluszowy miś z klapniętym uszkiem podszedł do Teddyego, usiadł obok i przedstawił się.
– Cześć, jestem Rolo – powiedział piskliwym głosikiem.
– Cześć, miło mi cię poznać – odpowiedział grzecznie Teddy.
– Jak leci? – pytał dalej próbując podtrzymać konwersację Rolo.
– Dobrze – z dystansem odrzekł szary miś.
– Jestem taki samotny – zaczął się żalić.
– Mogę być twoim przyjacielem jeśli chcesz – zaproponował Teddy.
– No coś ty naprawdę? Od początku wyglądałeś mi na swojego misia. Brakuje mi prawdziwej miłości – zaczął szlochać czarny.
– Nie mazgaj się, proszę. Bądź misiem stary.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. To co, pójdziemy na boczek i ten tego… – natychmiast się rozchmurzył a w jego oczach zajaśniały małe ogniki.
– Słucham? – ze zdziwieniem patrzył Teddy, nie bardzo wiedząc o co chodzi.
– Może gdzieś się schowamy i zaznamy prawdziwej misiowej miłości – z nadzieją w głosie przekonywał Rolo.
– Czego ty ode mnie oczekujesz?
– Jasna cholera. Fajny to ty może jesteś, ale kapujący to za grosz – z konsternacją stwierdził czarny. – Nic nie kumasz?
– Nie bardzo wiem, co mam kumać. Czy nie mógłbyś tego powiedzieć tak wprost, bez owijania w bawełnę? – zaproponował Teddy.
– Wiesz chciałbym cię bzyknąć, albo lepiej nie, to ty możesz bzyknąć mnie. Jeśli tylko chcesz – mrugając oczami, starał się być czarujący.
Na twarzy Teddyego pojawiło się zniesmaczenie i zdziwienie równocześnie.
– Ty zboczeńcu jeden. Teraz wszystko rozumiem. Idź sobie w cholerę. Ja taki nie jestem. Pomyliłeś się – z oburzeniem w głosie oznajmił Teddy.
– Życie jest ciężkie. Jeszcze do mnie przyjdziesz i będziesz prosił o łaskę.
– Zobaczymy. Nie licz na moje towarzystwo – to powiedziawszy oddalił się, aby nie prowokować Rolo.

– Wiesz Fioletowy, ten Teddy jest bardzo sympatyczny. Nie uważasz? – zapytał różowy konik Ponny.
– Tak, masz rację. Mimo, że jest u nas od niedawna, bardzo go polubiłem – odpowiedział Fioletowy.
– Co innego ten kłapouchy miś. Jak on się nazywa – Rolo?
– Chyba tak. Boję się go. Nie zamieniłem z nim ani słowa, mimo że jest u nas już od miesiąca.
– Ma w oczach coś złego. Jakby ukrywał jakąś tajemnicę.

Barbie siedziała obok pudełka z zabawkami i cichutko szlochała.
– Co się stało? – zapytał Teddy, najdelikatniej jak potrafił.
– Znowu pokłóciłam się z Kenem. Obwinia mnie, że go zdradzam. Wymyśla niestworzone historie a ja jestem niewinna – wyszlochała lalka.
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Przejdzie mu, faceci tacy już są. Podszedł do niej i przytulił do pluszowej piersi. Lalka przestała płakać i poczuła się lepiej.
Siedzieli tak wtuleni w siebie. Z oddali obserwował wszystko Ken tłumacząc sobie całą sytuację jednoznacznie. Dziwka, na pewno pójdzie z nim do łóżka – pomyślał – co mi tam, znajdę sobie inną dziewczynę.

Teddy siedział na dywanie, trzymając w objęciach Barbie.
– Jesteś taki miły. Dobrze mi – to mówiąc, gładziła misia po brzuszku.
– Wiesz co Barbie? – zapytał stanowczym głosem.
– Słucham cię mój pluszaku.
– Puszczalska jesteś. Ken ma rację, że ci nie ufa.
– Słucham? – popatrzyła ze zdziwieniem, podnosząc głowę.
– Szmata i zdzira jesteś. Czy mam ci to narysować? – zapytał szary miś.
Na twarzy Barbie zarysował się grymas zdziwienia.
Teddy zerwał się na nogi i szybkim ruchem złapał Barbie za włosy.
Lalka starała się wyrywać, krzyczeć jednak nie była w stanie. Jedną ręka trzymał ją mocno za złociste długie włosy, drugą zakrywał twarz, aby nie mogła krzyczeć.
– Ciekawe z kim jeszcze się gziłaś, dziwko. Zobaczymy, co tam masz pod tymi różowymi ciuszkami. Położył ją na ziemi i zaczął rozpinać bluzkę. Jej nagie piersi wzbudziły w nim uczucie pożądania, którego dawno już nie czuł. Próbowała się uwolnić, jednak po chwili dała za wygraną i zupełnie spokojnie poddała się jego woli widząc, że opór tylko pogarsza sytuację. Teddy rozebrał lalkę i zaczął dotykać swoimi wielkimi, włochatymi łapskami. Leżała bez ruchu. On wyciągnął z kieszeni srebrny błyszczący skalpel i przyłożył jej do gardła. Jego misiowa chuć i energia musiały znaleźć ujście. Sytuacja potoczyła się jak burza. Zdarł z lalki bieliznę i trzymając za włosy gwałcił, grożąc, że zabije jeśli zacznie krzyczeć. Gwałtownymi ruchami penetrował jej ciało. Na jego ustach pojawiła się piana, a oczy płonęły z nienawiści. Był jak w narkotycznym transie. Przypominał dzikie zwierzę, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Drapieżnik i ofiara, której los, jest już przesądzony. Scena uniesienia trwała krótko. Miś wydobył z siebie głośne westchnienie. Stoczył się ze swojej ofiary, wstał i spojrzał w jej kierunku. Leżała jak martwa. Obojętna twarz nie przedstawiała żadnego uczucia przerażenia czy strachu.
– Zaraz zginiesz mała suko – wycharczał.
Przyłożył Barbie skalpel do policzka. – Jak się teraz czujesz? Boisz się? Masz już pełne majtki? Co ja mówię, przecież ty nie masz majtek – wybuchnął śmiechem, zachodząc się z własnego wyszukanego dowcipu.
Wykonał delikatne cięcie po policzku lalki, mała stróżka krwi popłynęła po twarzy.
– I nie próbuj krzyczeć, bo cię wypatroszę – zagroził miś.
Było jej wszystko jedno. Nie dbała o to, co dzieje się z jej ciałem. Po tym co jej zrobił, nie znajdowała w sobie energii do dalszej walki. Biernie poddawała się swojemu losowi. Mimo, że ciało jeszcze żyło, dusza była już martwa. Koszmar jaki przeżyła, spowodował całkowitą utratę woli życia.
– Skończmy już ten spektakl, nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem – to mówiąc miś przeciągnął ostrym narzędziem po szyi ofiary. Barbie opadła na kolana i oparła ręce o podłogę. Uszkodzone tętnice tłoczyły wyciekającą krew. Teddy musiał się odsunąć, aby nie ubrudzić futerkowych łapek w czerwonej posoce.
– Agghhh – upadając wydobyła z siebie ostatnie westchnienie. Jej ciało leżało w kałuży krwi i wykonywało dziwne ruchy.
Teddy stał obok i obojętnym wzrokiem patrzył na ostatnie oznaki uchodzącego z niej życia. Jej czysta dusza jak piękny motyl, żyjący na świecie tylko kilka dni, odchodziła do lepszego świata.
Teddy spojrzał w kierunku domku, zamieszkiwanego przez Kena – On będzie następny – warknął. Wolnym krokiem podszedł do drzwi i zapukał.
– Kto tam? – zapytał zgorzkniały głos Kena.
– To ja, nowy mieszkaniec zielonego pokoju, chciałbym z tobą porozmawiać.
– O czym? Odejdź, nie mam nastroju do rozmowy – odrzekł.
– Otwórz, właśnie przerżnąłem twoją laskę – z drwiną w głosie zażartował – dosłownie i w przenośni.
– Co takiego? – ze zdziwieniem odpowiedział głos i w drzwiach pojawił się Ken.
Nastąpił cios. Wielka kosmata łapa, uderzyła Kena w nos. Ten z wielką siłą przeleciał przez cały domek. Jego ciało zsunęło się po ścianie, a świadomość zgasła.
Obudził się po krótkiej chwili. Wisiał na linie, przywiązany za ręce i nogi do sufitu. Obok na ziemi siedział znudzony szary miś i czekał, aż Ken odzyska świadomość. Lalka miała być głównym daniem tego wieczoru.
– Witaj – zaczął Teddy.
Kenowi powoli wracało czucie. Cios był potężny. Językiem wyczuł, że brakuje mu kilku przednich zębów. Twarz, bolała jak diabli. – Czego chcesz? – wyseplenił odpluwając krew.
– Ciebie, mój mały. Życie jest ciężkie – wstał i podszedł do wiszącego.
– Zabij mnie, jeśli chcesz. Od początku wiedziałem, że jesteś nienormalny – wysapał Ken.
– Zabawimy się w grę – zaproponował miś. Ty mi powiesz, jak chciałbyś zginąć, a ja za każdą złą odpowiedź, odetnę ci palec, a może coś innego. Co ty na taki układ? – z wyraźnym rozbawieniem zapytał.
– Odpieprz się. Jesteś pomylony. Idź do diabła, tam twoje miejsce.
– Zła odpowiedź, tracisz fant. – to powiedziawszy wetknął do ust wiszącej lalki kawałek szmaty. – To abyś nie krzyczał.
Następnie chwycił rękę Kena i gwałtownym ruchem, odciął mały palec.
Ofiara wiła się z bólu, wydawała z siebie dziwne dźwięki. Teddy złapał Kena za gardło i poczekał, aż ten się uspokoi. Następnie wyjął knebel z ust.
– Runda druga, proszę wybrać metodę swojej śmierci. Do wygrania nic – z wyraźnym rozbawieniem stwierdził pluszak.
– Ty pojebie… Ratunku! – zaczęła krzyczeć lalka.
– I znowu zła odpowiedź. Oddajesz kolejny fant. Wetknął knebel i odciął mu mały palec z drugiej ręki.
Ken zemdlał. Krew z odciętych palców, wylewała się na podłogę. Jego ciało opadło, a twarz pobladła.
– Mięczak – burknął Teddy. Sam wybiorę dla ciebie śmierć. Wbił skalpel w klatkę piersiową Kena na wysokości serca i niczym sprawny chirurg zaczął przedzierać się przez skórę, mięśnie i kości. Dotarł do bijącego serca i pozbawił je doprowadzających żył i tętnic. Złapał organ w rękę i wyszarpnął z ciała ofiary. Fragmenty układu krwionośnego i mięśnie stawiały opór, ale miś pomógł sobie ostrym narzędziem. Nabił serce Kena na końcówkę skalpela i wbił swoje zębiska w życiodajny organ. Odgryzł kawałek i wypluł.
– Panie mój! Przyjmij tę ofiarę i spraw, aby twój wierny sługa, dostąpił zaszczytu poznania wielkiej tajemnicy starożytnej księgi zabawek. Mistrzu marionetek, zgodnie z twoim proroctwem, pozostała mi jeszcze jedna dusza. Nie zawiedź mnie i pozwól mi dostąpić wtajemniczenia. Zbyt wiele poświęciłem w imię Twoje. Ja Abaddon ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf, zaklinam was bogowie Venomu, dajcie mi siłę.
Jego ciało umazane krwią i wnętrznościami ostatniej ofiary osunęło się na ziemię. Mimo skrajnego wyczerpania zdawał sobie sprawę, jak niewiele dzieli go od dostąpienia do wielkiej tajemnicy.

Wśród zabawek zapanowała panika, kiedy rozeszła się wieść o śmierci Barbie i Kena.
Nigdy jeszcze, nie zdarzyło się w ich świecie, tak okrutne morderstwo. Tymczasem dwa ciała ich współtowarzyszy okrutnie okaleczone leżały bez życia, a oni mogli być następni. Podejrzenie padło na Rolo. Nikt go nie lubił, wszystkim wydawał się bardzo podejrzany, a chodziły nawet słuchy, że jest homoseksualistą, co dodatkowo przemawiało przeciwko niemu.
Zabawki zebrały się i zaczęły obradować, co zrobić w takiej sytuacji. Oprócz Rolo brakowało również Teddyego. Bali się, że niebawem odnajdą również i jego ciało. Jednak nie to teraz było najważniejsze.

– To ten przybłęda Rolo. On zabił naszych – stwierdził Pinokio.
– Od początku twierdziłem, że jest dziwny – zaznaczył Pajacyk.
– Co zrobimy? – zapytały koniki Ponny.
– Musimy się jakoś zjednoczyć i dopaść tego drania.
– Ale my nawet nie wiemy jak walczyć, nie mówiąc o schwytaniu misia oprawcy – z przejęciem w głosie stwierdziła Różowa.
– Musimy wezwać na pomoc gwardię narodową z pokoju Jacka – padła propozycja. – Nigdy nie żyliśmy z nimi w przyjaźni, jednak sytuacja jest wyjątkowa.
– Ja pobiegnę – stwierdził Fioletowy. – Wy się schowajcie i czekajcie na mój powrót. Spróbujcie się jakoś zorganizować. Postaram się wrócić jak najszybciej.

Fioletowy, pożegnał się z Różową. W jej oczach widać było strach i niepokój o partnera. Wiedziała jednak, że bez pomocy z zewnątrz wszyscy zginą.
– Wracaj szybko, ukochany. Będziemy czekać twojego powrotu. – Ostatni uścisk kopyt i bohater wyruszył na niebezpieczną wyprawę. Zdawał sobie sprawę, że od niego zależy ich los, to dodawało mu odwagi.

Fioletowy wyruszył. Miał do przebycia cały przedpokój i pokój gościnny. Nie była to może jakaś wielka wyprawa, jednak Ponny czuł, powagę sytuacji. Odpowiedzialność, jaka na nim ciążyła, była ciężkim brzemieniem, nie mógł zawieść.
Wyszedł z zielonego pokoju i rozglądnął się. Bywało, że pies Azor leżał w przedpokoju i nasłuchiwał odgłosów. Jednak dzisiaj go nie było, zapewne spał u Haliny w sypialni.
Zorientowawszy się, że nic nie stoi mu na drodze Ponny ile sił w kopytkach pobiegł. Musiał jak najszybciej dotrzeć do pokoju gościnnego. Tentem kopytek uderzających o posadzkę słychać było, aż w zielonym pokoju. Tam w kąciku wszyscy mieszkańcy przerażeni i stłoczeni na małej powierzchni czekali na wybawienie. Zabawki dyskutowały nad planem awaryjnym na wypadek, gdyby pojawił się Rolo, albo Fioletowy nie wrócił z wyprawy.
Konik tymczasem przebył ponad połowę drogę i widział już drzwi do pokoju Jacka. Ominął stół i parę foteli. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Pędził jak wiatr. Był już o krok od celu, gdy nagle wyrosła przed nim ogromna postać. Teddy szczerząc zęby, stał trzymając w ręku narzędzie zbrodni. W oczach miał zemstę, krwawą wendettę. Konik starał się zatrzymać, przebierał kopytkami, jednak śliska posadzka skutecznie mu to uniemożliwiała. Wpadł prosto w łapska oprawcy. Miś złapał konika za grzywę, powalił na ziemię i przycisnął kolanem. Ponny starał się bronić. W akcie rozpaczy, zdołał wbić zęby w udo napastnika. Zacisnął szczękę najsilniej jak potrafił. Teddy wydał z siebie okrzyk bólu i w odwecie wbił skalpel w ciało konika. Ostrze weszło jak w masło a w miejscu uderzenia pojawiła się strużka krwi. Wijąc się w spazmatycznych bólach konik coraz mocniej zaciskał zęby na udzie Teddyego. Ten w obronnym odruchu zaczął szlachtować Fioletowego ostrym narzędziem uderzając gdzie popadnie. W końcu uścisk szczęki na udzie zelżał. Miś przestał krzyczeć. Życie Ponnyego kończyło się. Ostatni cios został zadany w głowę. Skalpel przeszył skroń. Teddy z trudem wstał z ciała. Udo bolało go okropnie. Rana gryziona wyglądał paskudnie, jednak nie to, było najważniejsze.
Teddy stanął z wyciągniętymi w górę rękami, skalpel wypadł na podłogę. Wydawało mu się, że jego ciało unosi się w powietrze. Czuł otaczające go nadprzyrodzone siły. Wstępowały w niego moce Pana, przepowiednia miała się wypełnić. Wydał z siebie okrzyk zachwytu, słyszalny w całym domu.
– Jestem królem całego świata! – upadł na podłogę. Nie mógł złapać oddechu, jednak był szczęśliwy. Leżał bez ruchu, powoli dochodząc do siebie. Wielkie proroctwo Mistrza Marionetek spełniło się.

Zabawki tymczasem zaczęły się niepokoić. Dlaczego Ponny nie wraca? Powinien już tu być. W dodatku Pajacykowi wydawało się, że słyszał przeraźliwy krzyk. Nie wiedzieli kto go z siebie wydał, jednak był to niepokojący sygnał.
– Co teraz, zrobimy? – zapytał Clown.
– A co, jeśli Rolo dopadł Fioletowego – z trwogą w głosie zapytała Różowa.
– Musimy wierzyć, że uda mu się dotrzeć do żołnierzy gwardii, że sprowadzi pomoc – uspokajał Pinokio.
– Potrzebujemy planu awaryjnego na wypadek, gdyby Rolo przyszedł po nas, a Ponny nie wrócił.
– Wszyscy zginiemy – z grozą stwierdziły zabawki.
– Musimy walczyć, niech każdy znajdzie coś, co mogłoby służyć jako broń – poradził Pinokio.
– Ja idę szukać Fioletowego – stwierdził Różowa. – Nie mogę tu tak biernie czekać, kiedy mój narzeczony, naraża swoje życie.
Zabawki nie zdążyły nic powiedzieć, klacz pobiegła za ukochanym.
– Stój! Dopadnie cię. Nie możesz tak narażać siebie i nas. Razem mamy szansę – krzyczał za odbiegającą Pajacyk.
Różowej jednak ani w głowie było zawrócić. Biegła ile sił w nogach. Wpadła do przedpokoju i schowała się pod lustrem. Postanowiła trochę się rozejrzeć zanim ruszy dalej. Przylgnęła do podłogi, starała się maksymalnie zlać z otoczeniem. Rozglądała się po całym przedpokoju. Nagle zauważyła Teddyego, idącego w stronę zielonego pokoju. Ucieszyła się widząc, że żyje jednak nadal tkwiła w ukryciu. To był zupełnie inny miś niż ten, którego znała. Idący wolnym krokiem szary pluszak wyglądał przerażająco. W ręku trzymał skalpel, cały był umazany krwią, przypominał ogromnego wilka na polowaniu. Wydawał się potężniejszy niż kiedykolwiek. Różowa uświadomiła sobie, że mordercą jest Teddy a nie Rolo. Bała się ruszyć. Nie wiedziała czy pobiec ostrzec wszystkich przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, czy poczekać i sprowadzić pomoc. Postanowiła siedzieć cicho. Zabawki nie mają szans – pomyślała. Najgorsze, że nie zdają sobie sprawy, że to Teddy jest oprawcą. Starała się wymyślić jakiś sposób na ocalenie przyjaciół i jednoczesne sprowadzenie pomocy. Przyszedł jej do głowy rozpaczliwy pomysł.
Kiedy Teddy był blisko drzwi do zielonego pokoju wyszła spod lustra i ruszyła w stronę gościnnego pokoju. Miś kontem oka zauważył konika i rzucił się za nim w pogoń. Różowa jednak była szybsza, wpadła na dywan i najszybciej jak potrafiła biegła nie odwracając się za siebie. Teddy próbował ją dogonić, jednak nie był w stanie. Postanowił wrócić i rozprawić się z pozostałymi zabawkami.

W zielonym pokoju przygotowywano się do wojny. Każdy trzymał w ręku jakąś broń: agrafkę, spinacz biurowy, znalazła się nawet igła. Przed wejściem usypano zasieki i wały obronne. Wykorzystano w tym celu ziemię z doniczki i rupiecie z biurka Małgosi.
Kiedy wszystko było przygotowane, w drzwiach pojawił się Teddy. Szedł w ich kierunku z uśmiechniętą miną. Skalpel schował w kieszeni. Starał się być miły i uroczy. Wszystkie zabawki wybiegły do niego, nie przeczuwając żadnego zagrożenia.
– Słyszałeś co się stało? – pytały. – Musimy się schować. Barbie i Ken nie żyją.
– Przed kim mamy się chować, nic nam nie grozi. Poradziłem sobie z mordercą – odpowiedział miś.
– Rozprawiłeś się z Rolo? Co z nim zrobiłeś – z nadzieją w głosie pytały zabawki. – Nic nam już nie grozi?
– Oczywiście, że nie. Chodźcie, opowiem wam, co się wydarzyło – w jego oczach pojawił się ledwie dostrzegalny błysk, a na twarzy szyderczy uśmiech.

Różowa tymczasem, przebiegała przez pokój gościnny, gdy jej oczom ukazało się potwornie pokaleczone ciało ukochanego. Małe serduszko napełniło się niewyobrażalnym smutkiem i rozpaczą. Leżała nad Fioletowym i szlochała. Zanosiła się spazmatycznym płaczem a ból i cierpienie jakie odczuwała, był nie do opisania. Kątem oka dostrzegła misia Rolo leżącego w kałuży krwi. To jednak, było już nieistotne.

Teddy opowiedział wszystkim zabawkom o okrutnym Rolo. O tym, że jakimś cudem udało mu się obezwładnić przeciwnika i wskutek nieszczęśliwego wypadku Rolo nabił się na własny nóż. Zapanowała ogromna radość. Mimo ofiar jakie ponieśli pozostałe zabawki były już bezpieczne. Teddy urósł do rangi bohatera, wybawcy. Uśpił czujność wszystkich mieszkańców zielonego pokoju.

Różowa zdołała się pozbierać, wiedziała, że przyjaciele czekają na pomoc, że Teddy jest mordercą, a mieszkańcy zielonego pokoju są nieświadomi zagrożenia. Z wielkim trudem dotarła do celu swojej podróży i opowiedziała o wszystkim. Zabawki z pokoju Jacka postanowiły zorganizować wielką akcję ratunkową pod kryptonimem „Krucjata”. Żołnierze piechoty morskiej, kawaleria, saperzy, bohaterowie kreskówek; Batman, SpiderMan, ActionMan, wyruszyli do pokoju Małgosi na ratunek. Jeszcze nigdy w historii domu Iwasińskich nie przeprowadzono manewrów na tak wielką skalę. Sytuacja była nadzwyczajna. Oto ktoś dopuścił się największej zbrodni – zabójstwa.
Odsiecz jednak nadciągnęła zbyt późno. Widok jaki zastali w zielonym pokoju był przerażający. Małe, okaleczone ciała zabawek pokrywały podłogę. Jakby jakiś psychopatyczny rzeźnik zebrał krwawe żniwo na niczego nie spodziewających się biednych owieczkach.
Nagle jakaś postać poruszyła się na biurku.
– To Teddy. Brać go, to on jest mordercą – krzyczała Różowa. Wszyscy zjednoczyli się w jednym celu złapać misia. Teddy próbował uciekać, potem się bronić, zranił nawet kilku żołnierzy, jednak SpiderMan skutecznie związał go swoją siecią.
– Zanieście tę gnidę na środek pokoju i przywiążcie go do krzesła tak, aby nie uciekł – powiedział Człowiek Pająk. – Czas na sąd wojenny.

W ławie sędziowskiej znalazło się pięciu najstarszych i najbardziej zasłużonych żołnierzy. Teddy został związany, jednak mógł mówić.
Na środek wkroczył oskarżyciel.
– Wysoki sądzie, przyjaciele! Przed nami znajduje się miś Teddy, który dopuścił się najstraszniejszej zbrodni w dziejach zabawkowego świata. Z zimną krwią, brutalnie i bezlitośnie pozbawił życia naszych braci i siostry. Czy taki czyn może mu ujść na sucho? Odpowiedź brzmi – nie! Dowody są bezsprzeczne. Wnioskuję zatem o najsurowszy wymiar kary. Śmierć! Zabawki nigdy nie były mściwe i nie zabijały, jednak sytuacja, którą zastaliśmy jest więcej niż nadzwyczajna. Ten osobnik dopuścił się czynu tak okropnego, że jeszcze przez wiele lat ród zabawek będzie o tym pamiętał. Dlatego kara może być tylko jedna. Powtarzam jeszcze raz – śmierć.
Najstarszy i najbardziej poważany przewodniczący ławy sędziowskiej zabrał głos.
– Dziękuję oskarżycielowi, ale chciałbym przesłuchać Teddyego.
– Czy oskarżony mnie słyszy? – zapytał sędzia.
– Tak proszę sądu słyszę i odpowiem na każde pytanie – odpowiedział skruszony Teddy.
– Proszę się przedstawić.
– Jestem Abaddon, ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf – z dumą odpowiedział.
– Co masz do powiedzenia na swoją obronę? Zważ, że wszystko co powiesz, może mieć wpływ na dalsze postępowanie w tej sprawie oraz na wysokość kary.
– Proszę sądu, opowiem wszystko od początku. Liczę, że mnie wysłuchacie, zrozumiecie a co najważniejsze, przyłączycie się do mnie.
– Mów zatem, słuchamy cię – powiedział stanowczo sędziwy żołnierz.

Teddy – Abaddon zaczął opowieść. Wszystkie zgromadzone na rozprawie zabawki przysłuchiwały się z uwagą.
Zamieszkiwaliśmy południowe zbocza islandzkiego księstwa Vik. Mój ojciec Mortyr Wielki, król rodu Valgendorf miał trzech synów: Cronosa, Mantasa i mnie. Byłem najmłodszy. Moi bracia, dzielni rycerze zasłynęli wieloma heroicznymi czynami. Królestwo rosło w siłę a podwładni byli szczęśliwi. Ojciec nasz miał jednak jedną, wielką wadę. Ambicją jego życia, niemal obsesją, było odnalezienie starożytnej księgi zabawek.
Na Sali rozpraw rozległ się szum. Dawało się słyszeć wyrwane zdania: wielka księga zabawek…, tajemna książka.., ona nie istnieje… , to tylko legendy…
– Proszę o spokój– uciszał sędzia – mów dalej.
Całe swoje życie podporządkowaliśmy woli ojca, poszukiwaliśmy legendarnej księgi bogów Venomu. Przemierzyliśmy morza, oceany i kontynenty. Okazało się, że księga była tuż obok w domu w Islandii.
– Czy twierdzisz zatem, że odnaleźliście zaginioną, starożytną księgę zabawek? – zapytał z niedowierzaniem sędzia.
– Nie tylko tak twierdzę, ale jestem o tym przekonany– z pewnością w głosie odpowiedział Teddy. – Dzięki niej, podczas jednego z seansów spirytystycznych zorganizowanych przez ojca i moich braci przywołaliśmy Wielkiego Mistrza Marionetek.
– Bzdura! On bredzi. Spalić go na stosie – krzyczał tłum. – Niech odpowie za wszystkie swoje zbrodnie.
Zapanowała konsternacja. Mówiono o założycielu, praojcu wszystkich zabawek. O kimś, kto żył tylko w legendach i podaniach. Możliwość istnienia Mistrza Marionetek nie mieściła się w głowie.
– Proszę o ciszę. Zaraz każę wyprowadzać tych, którzy przeszkadzają w rozprawie – krzyknął sędziwy żołnierz.
Teddy mówił dalej. – Nie wiedzieliśmy z jakimi siłami się mierzymy. Pokusa wykorzystania starożytnej księgi zabawek była jednak większa. Mistrz Marionetek przybył na nasze wezwanie. Dziś przeklinam ten dzień. Jak żądny władzy był mój ojciec i bracia? Ja zresztą również – ze skruchą stwierdził pluszowy, szary miś. – W nasze dusze wlano nienawiść, chęć władzy i najgorsze cechy o jakich ktokolwiek słyszał. Pan obiecał nam, że będziemy mogli rządzić całym światem, że zdejmie z nas odwieczny zakaz nici życia.
– Prawo nici życia nie może być złamane – wyrwał się jeden z sędziów – jeśli ktokolwiek z nas podniósłby rękę na człowieka stanie się zwykłą zabawką. Jego życie gwałtownie się zakończy. Prawo to jest tak stare jak wszechświat, obowiązuje od czasów, kiedy pierwsze dwie zabawki podniosły rękę na człowieka. To jak grzech pierworodny wśród ludzi.
– A ja Abbadon ostatni syn książęcego rodu Valgendorf mogę to prawo łamać. Jestem w stanie zabijać ludzi.
– Dlaczego jesteś ostatni, co stało się z twoimi braćmi i ojcem? – zapytał sędzia.
– Zabiłem ich z żądzy władzy. Mistrz Marionetek to okrutny władca, zażądał bardzo wysokiej zapłaty za możliwość łamania prawa nici życia.
– Jakaż to cena?
– Warunkiem osiągnięcia proroctwa było zabicie czterdziestu czterech braci. Poświęcenie w ofierze czterdziestu czterech istnień ze świata zabawek. Pan wiedział, że będziemy za to wyklęci, że nigdzie nie znajdziemy sobie miejsca.
Po jednej z kłótni zakradłem się do pokoju swoich braci i zabiłem ich z zimną krwią. Zostałem opętany, rządza władzy i panowania nad światem była silniejsza niż wszystko inne. Pomyślcie tylko możemy pozbyć się ludzi. Jestem tym, który może spowodować, że staniemy się najwięksi na całej planecie. Zapanujemy nad światem. Przyłączcie się do mnie. Pomyślcie jak wiele możemy zdziałać.
– Ludzie są naszymi panami, nie możemy im się przeciwstawić – krzyknął ktoś z tłumu.
– Ależ, właśnie mówię wam, że możemy. Ja jestem kluczem, aby ród zabawek mógł zapanować. Będziemy się rozmnażać, stworzymy nowy, lepszy świat. Zastanówcie się, jacy możemy być potężni. Wybierzcie mnie na swojego przywódcę, króla a ja poprowadzę was przeciwko ludzkości. Nie zaprzepaśćmy tej szansy, błagam was. Wiem moja droga Ponny, że straciłaś ukochanego, ale poświęcił się on dla wyższej idei. Był czterdziestą czwartą ofiarą złożoną przeze mnie Wielkiemu Mistrzowi. Taki był warunek. Pomyślcie tylko, spełniło się. Niech dotrze do was, jak wielką mocą dysponuję. Zastanówcie się nad tym.
Teddy opuścił twarz i zamilknął.
– Czy to wszystko co masz do powiedzenia? – zapytał sędzia.
– Tak wysoki sądzie. Proszę jedynie abyście rozważyli to co powiedziałem. Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy. Zbyt wiele istnień poświęcono dla tej sprawy.
– Dobrze zatem. Sąd odchodzi na naradę, po powrocie wyda wyrok.
Sędziowie wyszli z zaimprowizowanej sali rozpraw. Tłum gapiów zamilkł. Wszyscy zastanawiali się nad tym co przed chwilą usłyszeli. Czy to możliwe? Historia wydawała się tak niesamowita, że aż nieprawdopodobna. A co jeśli on mówi prawdę? Czy zabawki mogłyby zapanować nad światem? Czy są na to gotowe?
Po kilku minutach pojawili się sędziowie. Wszyscy w skupieniu wyczekiwali na to co się wydarzy.
– Proszę o uwagę. Sąd odczyta wyrok – wykrzyczał jeden z żołnierzy, pełniący rolę strażnika.
– Ze względu no to, że dopuszczono się wyjątkowo nikczemnego czynu, niespotykanego w ostatnich czasach w świecie zabawek – morderstwa. Sąd skazuje oskarżonego na karę śmierci. Sąd nie dał wiary historii opowiedzianej przez Teddyego. Ze względu na okrucieństwo z jakim zabijał swoje ofiary postanowiono, że kara śmierci wykonana zostanie jak za czasów średniowiecznych. Ręce i nogi osądzonego zostaną przywiązane do końskich uprzęży. Czterech jeźdźców w jednym czasie rozjedzie się w czterech kierunkach świata rozrywając mordercę na strzępy. Niech choć przez chwilę poczuje to co czuły jego ofiary. Ród zabawek nigdy nie był okrutny, jednak nie możemy dopuścić, aby wśród nas żył tak zwyrodniały i nie mający żadnych uczyć obywatel. Sąd zakończył rozprawę, proszę o wykonanie wyroku.
– Nikczemnicy, nie wiecie co czynicie – zaczął krzyczeć Teddy – tej szansy nie wolno zaprzepaścić, przyłączcie się do mnie – jego twarz wykrzywiła się w okropnym grymasie. Próbował się uwolnić, pluł, wyrywał się. To był ten sam miś, który zabijał, ten sam wyraz oczu odmalował się na jego twarzy, ta sama nienawiść biła we wszystkich kierunkach.
– Zabić go, niech zdycha, na pohybel, zasłużył sobie na to – krzyczały głosy zgromadzonych.
Czterech kawalerzystów na pięknych, gniadych koniach, wyjechało na środek placu. Żołnierze przywiązali cztery liny do dłoni i rąk Teddyego, ich końce do końskich uprzęży. Na znak, wszyscy mieli rozjechać się w cztery strony świata.
– Zemszczę się, wrócę tu. Biada wam, biada. Nie zdajecie sobie sprawy, co czynicie. Opamiętajcie się. Wszyscy zginiecie, przyrzekam wam. Wrócę zza grobu i wyrżnę was wszystkich w pień – to krzycząc miś szarpał liny. Z pyska sączyła się piana a czerwone oczy wyglądały tak, jakby opętał go demon, jakby wstąpiła w niego nieczysta siła – zło wcielone.
– Ruszajcie, czyńcie swoją powinność jeźdźcy – zawołał sędzia.
Konie ruszyły, liny coraz bardziej się napinały. W pewnym momencie nastąpiło szarpnięcie. Tylko najbardziej odważni z tłumu gapiów nie odwrócili wzroku. Ogromna siła rozerwała ciało misia na cztery kawałki. Wyszarpnięte kończyny z kawałkami kości, mięśni i żył powlekły się na linach za odjeżdżającymi rumakami. Korpus Teddyego, do którego przytwierdzona była głowa, wyleciał w powietrze i spadł w pobliżu zgromadzonych zabawek. Miś w ostatnim przedśmiertnym odruchu wystękał – Zemszczę się.
Wszyscy odetchnęli. To był koniec koszmaru. Z całego zielonego pokoiku ocalała tylko mała różowa klacz, która siedziała w kąciku i pochlipywała. Opłakiwała swoich przyjaciół i narzeczonego. Ta noc przeszła do niechlubnej historii świata zabawek, jednak to co miało się wydarzyć później, było po tysiąckroć gorsze.

Nastał dzień. Wszystkie ocalałe przy życiu zabawki zasnęły.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że okropności dzieją się na świecie.
Dnia każdego, gdy słońce wstaje,
odetchną z ulgą zabawkowe kraje.”

Małgosia obudziła się tego ranka wyjątkowo wcześnie. Czuła podświadomie, że wydarzyło się coś złego. Zbiegła z piętra i pobiegła do zielonego pokoiku. To co tam zobaczyła bardzo ją zasmuciło. Wszystkie zabawki były popsute. Leżały z powyrywanymi nóżkami i rączkami. Z ich ciałek wystawały jakieś farfocle, nitki i wata. Pośrodku leżał pies Azor i kończył obgryzać nogę Barbie.
– Wynocha Azor – krzyknęła rozwścieczona Małgosia. – Mamusiu, moje zabawki – zaczęła szlochać. Halinkę obudził płacz dziecka. Miała w zwyczaju wstawać pierwsza i krzyczeć na cały dom – wstawać lenie do szkoły, do przedszkola, do pracy. Teraz jednak ktoś najwyraźniej obudził się przed nią. Zbiegła na dół i zobaczyła córkę leżąca wśród popsutych zabawek, zachodzącą się płaczem.
– Co się stało Małgosiu? – zapytała mama.
– Niedobry Azor, zżarł wszystkie moje zabawki. Oszczędził tylko tę różową szkapę, której i tak nigdy nie znosiłam. Wzięła konika Ponny i ze złością ukręciła mu główkę odrywając ją od tułowia. Rzuciła popsutą zabawką w kąt i zaczęła dalej płakać.
– Nie martw się córciu, kupimy ci identyczne zabawki. Jeśli chcesz, to jeszcze dziś pojedziemy do centrum handlowego.
– Naprawdę? – z nadzieją w głosie spojrzała na Halinkę.
– Oczywiście, to tylko zabawki. Nowe spodobają ci się jeszcze bardziej.
– A co z Teddym? – ocierając łzy spytała. – Jest rozdarty na cztery kawałki, a nie kupimy takiego w sklepie.
– Wiesz, jeśli chcesz to go zszyjemy. Wypchamy go materiałem i będzie jeszcze piękniejszy niż był. Przynieś go, zaraz zrobimy mu operację. Jeszcze przed twoim wyjściem do przedszkola, będzie jak nowy.
– To super, mamusiu. Jesteś kochana. To moja najlepsza zabawka. A ty Azor idź do budy. Za karę śpisz od dzisiaj na zewnątrz.
Halinka nie była zawodową krawcową, jednak z pluszowym misiem poradziła sobie bardzo sprawnie. Teddy był jak nowy.
– Nie odstąpię cię na krok – przytulając misia wzdychała Małgosia. – Od dzisiaj śpisz ze mną w łóżeczku.

– „Tygodnik Regionalny” poproszę – wymamrotał siwy, przygrabiony starszy pan.
– Proszę – odpowiedział sklepikarz.
– I jeszcze Marlboro Light – dopowiedział mężczyzna.
Zabrał gazetę pod pachę, zapłacił osiem pięćdziesiąt drobnymi i poczłapał na przystanek autobusowy. Cholera znowu się spóźni – pomyślał – to przez te korki. Boże, jak ja nienawidzę tego miasta. Autobus spóźnił się tylko kilka minut, co jak na warszawskie warunki było i tak dobrym wynikiem. Siwy mężczyzna usiadł przy oknie i jadąc jak co dzień do pracy, zaczął czytać kupioną przed chwilą gazetę. Przekartkował strony i zatrzymał się na artykule z działu kryminalnego. Znowu kogoś zabili – pomyślał. Początek artykułu brzmiał.

Rytualne morderstwo

W jednym z podwarszawskich domów zamordowano małą dziewczynkę. Okoliczności zabójstwa są bardzo dziwne. Prokuratura bada wszystkie poszlaki. Rodzice rano odnaleźli swoją pięcioletnią córkę w straszliwym stanie. Całe ciało dziecka było pocięte ostrym narzędziem. Mógł to być nóż, jednak rozmiary ran były stosunkowo niewielkie, co mogłoby wskazywać na inny rodzaj narzędzia. Tak jakby napastnik wykonywał krótkie chirurgiczne cięcia ostrym przedmiotem. Jedna z ran, od której prawdopodobnie umarła dziewczynka, zadana została na wysokości krtani. Rodzice są wstrząśnięci, gdyż drzwi i okna były w nocy zamknięte. W jaki sposób morderca dostał się do pokoju dziecka, tego nie wiadomo. Brak odcisków palców i śladów włamania. Policja przypuszcza, że mogło to być morderstwo na tle rytualnym, gdyż na czole dziecka wyryto napis Abaddon. Z hebrajskiego oznacza to anioła zagłady opisanego w Apokalipsie św. Jana (9,11), jako pana przepaści, księcia czeluści piekielnych. Ironicznie obok okaleczonego ciała dziewczynki leżał pluszowy szary miś.