Zdolny uczeń

            Głośne walenie w drzwi rozległo się po komnacie. Medling wyrwał się z zadumy nad księgą.

            – Tak z rana? Kto by pomyślał, że ten leń tak wcześnie wstanie…- zamruczał pod nosem.

            Wstał od ciężkiego, dębowego stołu, i ruszył w stronę wejścia. Odsunął rygiel i otworzył drzwi.

            Nim zdążył się zorientować, jaki błąd popełnił, huknęły drewniane wrota o ścianę, a koniec zimnego ostrza dotknął jego szyi.

            -Nie ruszać się!

            Przed nim stał wysoki, szeroki w barach mężczyzna o osiłkowatym wyglądzie. Szeroki nos i niskie czoło nadawały jego twarzy nieco tępy wyraz. Całości obrazu dopełniały wredne oczka i kilkudniowy zarost.

            -Czarodzieju Medlingu, aresztuję cię w imieniu króla Orchii!

            Mag próbował poruszyć dłonią, żeby rzucić jakiś unieszkodliwiający czar, ale tamtem zareagował natychmiast.

            -Stać! Nie ruszać się! Tylko bez tych twoich sztuczek! – wojownik przysunął miecz bliżej.

Czarodziej poczuł zwiększony nacisk żelaza na szyję i zrezygnował z zamiaru przełknięcia śliny.

            -Wyciągnij ręce przed siebie! Powoli! I nie próbuj mi tutaj rzucać żadnych czarów, bo ci gardło poderżnę!

            Mężczyzna nie żartował. Medling posłusznie wyciągnął ręce do przodu, a tamtem szybko wysunął sznur zza pasa i je związał. Ciasno, aby unieszkodliwić rzucenie czaru rękoma. Na dodatek był ten powróz ozdobiony trzema srebrnymi medalionami z symbolami antymagicznymi, które unieszkodliwiały magię. Łowca był dobrze przygotowany do zadania.

            W przeciwieństwie do mnie, pomyślał czarodziej. Tak głupio dać się złapać na stare lata! Chyba rzeczywiście przyszła już na mnie pora…

            -Król Varnas wyznaczył nagrodę za twoją głowę – powiedział wojownik, zaciskając mocniej węzeł.- Więc chętnie bym ją odrąbał. Ale jeszcze więcej da mi za dostarczenie ciebie żywego, to ci ją na karku zostawię.

            -I chwała mu za to – mruknął czarodziej.

            Rosły mężczyzna stanął tuż przed nim i popatrzył mu w oczy.

            – Wielki Czarodziej – prychnął – a nie sięga mi nawet do brody!

            – Rozwiąż mnie, a przekonasz się o mojej wielkości.

            – Jeszcze czego! Teraz ja tu rządzę! A ty się zamknij!

            Potem łowca rozejrzał się po wnętrzu komnaty.

            – No, no! Nieźle się tu urządziłeś! Z wierzchu rudera, a w środku takie wygody!

            Rzeczywiście, mieszkanie maga mieściło się w biednie wyglądającym budynku. Komnata była mała, ale dobrze wyposażona. W całym pomieszczeniu pełno było uczonych ksiąg i buteleczek z dziwnie wyglądającymi płynami.

            Wojownik wziął z ciekawością pierwszą z brzegu do ręki.

            – Nie dotykaj, bo zamienisz się żabę!

            – Od razu wiedziałem co to! – rzekł z udawaną obojętnością i czym prędzej odstawił ją na miejsce- Franad z Orchii nie taki głupi i zna się na tych, no… rzeczach!- dokończył.

            – Właśnie widzę- rzucił czarodziej z pogardą.

            – No, stary, ruszaj się!- łowca popchnął go w stronę wyjścia- Bo mi się do nagrody spieszy!

            Medling westchnął i posłusznie zaczął schodzić po schodach. Cały czas próbował niepostrzeżenie poluzować więzy.

 

            Koń stąpał ciężko, niosąc na grzbiecie wielkiego jeźdźca. Skrępowany Medling szedł posłusznie z boku. Jednak jego umysł wcale nie miał zamiaru tak łatwo się poddawać.

            Nagle jakiś ruch w zaroślach obok gościńca zwrócił uwagę Franada.

            – Stój! Kto idzie?

            Żadnej odpowiedzi. Wojownik zeskoczył z konia.

            – Wyłaź, mówię, albo mieczem przebiję!

            Z krzaków wylazł chudy, pryszczaty chłopak. Potargane, ciemne włosy opadały mu na oczy.

            – Nie czyńcie krzywdy biednej sierocie, o szlachetny rycerzu!

            „Szlachetny rycerz” nie odczytał kpiny. Aż tak inteligentny nie był.

            – Coś za jeden?- spytał, wyraźnie zadowolony z tego, jak go nazwano.

            – Widziałem, żeście tego złego człowieka pochwycili odważnie, dlatego za wami idę od miasta.

            – Jest mój! – warknął Franad – Wara ci od niego!- nadstawił miecz.

            – Ależ oczywiście, że jest twój, mój panie. Nie moim zamiarem ci go odbierać. Pozwól mi tylko wyrównać z nim, hm, rachunki…

            – To mój więzień! Zjeżdżaj, smarkaczu! – warknął wojownik.

            – Wybacz mi zuchwałość mą, o szlachetny rycerzu! Jakżebym śmiał o coś takiego prosić waszą wspaniałość! Pozwól mi jedynie napawać oczy widokiem zniewagi, jaką mu zadajecie, wielki panie.

            – Napa… co?

            – Napawać. Chcę tylko patrzeć, jak go na sznurku prowadzicie, tyle upokorzenia mu tym zadając.

            Wojownik podrapał się po głowie grubym palcem.

            – Coś za jeden?

            – Były sługa świątynny. Przez tego tu człowieka batem ciężko ćwiczony i ze świątyni wyrzucony.

            – Batem, mówisz? A nie obłapiał cię ten staruch przypadkiem?

            – O, wypraszam sobie takie bezpodstawne pomówienia! – oburzył się Medling.

            – Cicho siedź! – uciszył go łowca głów. – To czego chcesz? – zwrócił się do chłopaka.

            – Niczego, wielki panie. Nienawidzę tego starego pryka, jako żywo, więc pozwólcie mi patrzeć tylko jak go na postronku prowadzicie. W zamian mogę wam usługiwać. Przydałby się wam pachołek, co?

            Franad chwilę pomyślał. Widać było, że przychodzi mu to z trudem.

            – No dobra. Ale tylko do granicy.

            – Jak sobie życzysz, mój panie – chłopak ukłonił się nisko z dworską manierą.

            I ruszyli dalej, w trójkę.

 

            – Stać! Tu odpoczniemy. – zarządził Franad.

            Zatrzymali się na małej polanie pośrodku lasu.

            – Rozpal ognisko! – rzucił chłopakowi.

            – Ale tu nie ma chrustu… – ociągał się mały.

            – To idź nazbieraj w lesie!

            Wyrostek ruszył niechętnie, walcząc z lenistwem, które zniechęcało go do wszelkich zajęć fizycznych.

            Tymczasem wojownik zsiadł z konia, a wodze przywiązał do gałęzi drzewa. Do drugiej przyczepił koniec sznura z amuletami, krępującego ręce czarodzieja.

            – Król ucieszy się na twój widok!

            – Obawiam się, że nie odwzajemnię jego gorących uczuć.

            – Śmiej się, póki możesz. Jak wpadniesz w jego łapy, to już z nich nie uciekniesz!

            – A więc z twoich łap mam taką szansę?

            – Milcz! Król Varnas bardzo cię nie lubi, a ty już dobrze wiesz, za co.

            – Bo nie udzieliłem mu wsparcia, kiedy chciał najechać ziemie lorda vaBaaga. Nie miał do nich żadnych praw i słusznie przegrał.

            – To już nie twoja sprawa – miał, czy nie. Król poniósł klęskę i wściekł się na ciebie.

            – Postąpiłem słusznie. To on złamał prawo.

            – A król wyznaczył nagrodę za twoją głowę. –ciągnął dalej Franad. – Wielu cię szukało, ale po roku dali spokój. Ale mi się poszczęściło i to po trzech latach poszukiwań!

            – Szkoda, ze tylko trzech.

            – Co?

            – Nico!

            – Poczekaj, czarodzieju! Ja cię zabić nie mogę, ale pachołki Varnasa już się z tobą dobrze zabawią!

            – Poczekamy, zobaczymy…

            – Mam te gałęzie! – chłopak wyłonił się z lasu z naręczem chrustu.

            – To rozpal ognisko!

            – Ee… ale jak?

            – Co?

            – Nico! – mruknął wyrostek cicho pod nosem. A głośno spytał – Jak to zrobić?

            – Toś ty nigdy ogniska nie rozpalał? Ułóż te gałęzie na jedną kupę! – rozkazał wojownik. – Co ty za głupek, smarkaczu?

            – Były sługa świątynny, do usług – uśmiechnął się tamten głupkowato. – Mogę ci pisać i czytać listy w razie potrzeby, mój panie.

            – A na co mi twoje pisanie i czytanie? – warknął Franad, bo sam był niepiśmienny i nie lubił, kiedy mu to wytykano. – Składaj no mi te gałęzie! Zanim skończę sikać, ognisko ma być! Głodnym bardzo!

            Podszedł do małego krzaka i zaczął rozpinać pasek spodni, kątem oka obserwując więźnia. Czarodziej patrzył tak, jakby chciał go przewiercić wzrokiem. Łowca głów poczuł, że nie może tak, na jego oczach.

            – Ty, mały! Pilnuj więźnia! Ino dobrze, bo jak nie, to mieczem posiekam!

            Odszedł kilka kroków i odwrócił się tyłem. W chwili, gdy już rozpiął pasek, chłopak zakradł się do niego z największą i najgrubszą gałęzią, jaką zdołał unieść, i rąbnął go w sam środek potylicy. Franad zatoczył się i zwalił na ziemię bez przytomności, a dzieciak aż krzyknął z radości.

            Zaraz też odwrócił się i pobiegł do czarodzieja. Jakie było jego zdziwienia, gdy zobaczył, że ręce Medlinga są wolne.

            – Gdzieżeś się podziewał tak długo?

            – Ja? Ja… zaspałem, mistrzu… jak się wydostałeś z więzów? – zmienił szybko temat.

            – Rozwiązałem sznur jeszcze zanim z miasteczka wyszliśmy. A ty znowu zaspałeś! – skarcił go. – Oj, Brendalu, co z ciebie wyrośnie?

            – Przepraszam, mistrzu. To już się więcej nie powtórzy… a co z nim? – wskazał na leżącego w krzakach wojownika.

            – Zaczarowałem go tak, że nie będzie nic pamiętać. Jak się obudzi, to będzie go boleć głowa i pomyśli, że się upił. Chodźmy już, zanim to nastąpi!

            Chłopak ruszy do miasta, idąc za swoim nauczycielem.

            – Mistrzu, mogę cię o coś spytać?

            – Tak.

            – Dlaczego nie uciekłeś od razu, jak tylko rozwiązałeś sznur?

            Medling przystanął na chwilę i odwrócił się.

            – Pomyśl sam, dlaczego…

            – Hm, czekałeś na mnie i na to, co zrobię?

            – Tak, chłopcze – odpowiedział mistrz. – I dobrze się spisałeś. Ale za nazwanie mnie „starym prykiem” masz karę – dwa tygodnie czyszczenia wszystkich preparatów i zbierania chrustu w lesie!

            – Nie!..

            – No już, idziemy! Nie ociągaj się!

            Czarodziej odwrócił się do niego plecami i uśmiechnął. Nie będzie mu mówić, że to jego czary powaliły tego draba, a nie ta licha gałąź. Niech dalej myśli, że pokonał Franada.  Brendal może i jest trochę leniwy, ale to zdolny chłopak.

 

 

06.2007

 

Zamieć

Szedł nocą przez zamieć. Płatki śniegu wirowały wokół w ciemnościach, przylepiały sie do rzęs. Mróz niemiłosiernie ciął po młodej twarzy.  Otulony brązowym wełnianym płaszczem przedzierał się przez zaspy, ale szło mu się dziwnie lekko. W mroku zdawało się niemal, że szedł po ich grzbietach, nie zapadając się prawie wcale. Może dlatego, że śnieg był tu już ubity, nie to, co w gęstwinie między drzewami.
 Był na skraju lasu i wychodził z jego zacisza. Po kolejnym kroku uderzył w niego lodowaty podmuch wiatru znad pól. Nie poczuł specjalnie zimna. Może to już idzie odwilż, a może przyzwyczaił się do mrozu. Dziwne, bo w lesie nie wiało, a było mu tam znacznie zimniej. A teraz na polu, nie czuł już nic- ani zimna, ani gorąca… Tylko ten wiatr tak mocno dmie i ścieżkę wciąż zasypuje.
 Jeszcze chwila i dojrzał w zamieci migające żółte światełko. Zbliżał się do skraju wsi. To znaczy, że nie zgubił w ciemności drogi, choć czarno wokół i śnieg sypie. Jeszcze parę kroków i światło przestało migotać. Zrobiło się większe, pomarańczowe. I było kwadratowe, od kształtu maleńkiego okienka, przez które się wydostawało. A potem tuż obok pojawiła się pionowa kreska, żarząca się tą samą barwą. Szczelina w niedokładnie zbitych z desek drzwiach.
 Zbliżał się do kuźni stojącej na skraju wsi. Powoli podszedł do szpary w drzwiach i zajrzał ostrożnie jednym okiem do środka. Wysoki, silny kowal krzątał się przy dogasającym palenisku. Czerwony żar nadawał drewnianemu wnętrzu iście piekielny wygląd. W krwawym blasku wszystkie te młotki, obcęgi i inne metalowe przedmioty jawiły się niczym narzędzia tortur.
 – Diabli nadali- mruczał pod nosem rosły kowal, odkładając na półkę ciężki młot i zgarniając metalowe odłamki ze stołu.- Wieje od południa, do jutra  śniegu nawali…
 Odsunął się od szczeliny w drzwiach. Znów otoczyła go gęsta ciemność nocy. Odwrócił głowę. Po prawej stronie zobaczył kilka świateł. Jest już prawie we wsi. Jeszce parę kroków i będzie w domu. Ciekawe, czy matula jeszcze czeka na niego, czy już poszła spać. Ucieszył się w duchu, że wreszcie odpocznie, chociaż teraz już nie czuł zmęczenia, a i szło mu się tak jakoś łatwo.
 Ruszył w stronę zabudowań na skraju. Z pierwszej lichej zagrody dobiegły go jęki i jakieś trzaski i hałasy. Pewnie Grzyb znowu tłucze swoją żonę. Jutro biedna kobiecina będzie chować przed ludźmi swoje sińce, a oni będą udawać, że ich nie widzą, jak zwykle. A potem będzie w domu potulnie usługiwać mężowi, aż do następnego wieczora, kiedy ten wróci pijany i znów ją spierze. Czyli niedługo.
 Z trudem już dostrzegał zarysy chat. Śnieg padał coraz gęstszy i wiatr wiał mocniej. Szedł środkiem wsi, nie zdając sobie sprawy, że nie zostawia za sobą śladów na drodze. A może to śnieg od razu je przysypywał…
 Następny ciemny kształt wyłonił się z mroku, po lewej stronie. Duży, prostokątny- kolejna chata. W środku ciemno, wszyscy juz poszli spać. A może nie śpią jeszcze, tylko leżą niespokojnie, nasłuchując wycia zimowego wiatru za oknem i martwiąc się zawieją.
 Nagle śród szumu dobiegł go jakiś słaby głosik. Ktoś śpiewał kołysankę. Ostrożnie zakradł się do następnej zagrody i zajrzał przez małe okno. Wewnątrz tylko jedna świeczka oświetlała pokój. Na krześle siedziała młynarzowa z małym dzieckiem na ręku. Stary chrapał w łóżku, nakryty cały pierzyną, a ona tuliła maleństwo, które nie chciało zasnąć.
 -Juści, śpij… spij maleńki…
 Popatrzył na nią i uśmiechnął się lekko, łagodnie. Tak u nich cicho i spokojnie. A tu, na dworze, mróz i zamieć.
 Ale to jeszcze nie jego chata. Odsunął się od ściany i wrócił na środek wsi. Droga biegła prosto. Już niedaleko. Jeszcze trochę i będzie… Gdzie? Dokąd zmierza tak sam ciemną nocą? Już sam nie wiedział, co było celem jego wędrówki. Ruszył wolno przed siebie, gdzie nogi poniosą. Przed sobą nic już nie miał, za sobą zostawiał pustkę i ciemność, wszystko znikało.
 Rozpłynął się wśród wirującego śniegu…

 Jutro na skraju lasu, przed wsią, znajdą jego zamarznięte ciało. Ciekawe, czy sprawią mu ładny pogrzeb…