Test Hioba

Młody, bo zaledwie siedemdziesięcioletni Anioł Stróż stopnia IV Aviriel był przestraszony. Szedł przez piękne, wypełnione światłem korytarze Nieba i łamał sobie głowę, dlaczego został wezwany, w dodatku przed oblicze samego Najwyższego. Pokręcił głową i potarł skroń. Tak, ten rozkaz stawienia się był co najmniej niepokojący. Aviriel zastanawiał się, co takiego zepsuł.
Gdyby musiał tłumaczyć się przed którymś ze Śpiewających w Chórach, którzy rangą ustępowali tylko Archaniołom, mógłby wybrać wariant pt. „Jestem młody i niedoświadczony”. Bo była to święta prawda. Aviriel opiekował się dopiero swym pierwszym śmiertelnikiem, bowiem dopiero niedawno zakończył szkolenie na Stróża. Wydawało mu się, że spośród rzeszy najrozmaitszych ludzi Hiob jest inny i odczuwał z tego powodu dumę. Był Aniołem Stróżem mężczyzny, którego wielu Uskrzydlonych pozazdrościłoby mu.
Zatrzymał się przed dwoma wielkimi strażnikami, którzy strzegli przejścia na wyższe poziomy, których Aviriel nigdy wcześniej nie widział, na których mieszkali sami Śpiewający w Chórach. Szybko podał swoje imię i poziom, poczym został przepuszczony. Zgarbił się lekko i zwiesił smętnie głowę.
Co mógł zrobić źle? Zupełnie nie wiedział. Hiob był, nawet w jego niezbyt obiektywnej ocenie, dobrym człowiekiem i wzorem do naśladowania. Mądry, sprawiedliwy, szczodry, miłosierny, otoczony dostatkiem i kochającą rodziną, a przede wszystkim bogobojny, nie sprawiał Avirielowi żadnych kłopotów. Stróż zaczynał się coraz bardziej bać. Co też mogło się takiego stać, że wezwał go sam Najwyższy? Nie słyszał, by w ciągu ostatniego wieku Anioł Stróż został wezwany choćby przez Archanioła. Prawdę powiedziawszy Aviriel nie słyszał, by kiedykolwiek zwykły anioł został wezwany na wyższe poziomy.
Został zatrzymany przed następnymi wrotami, gdzie bardzo dokładnie zbadano lotki w jego piórach by upewnić się, że to on. Westchnął ciężko i ruszył dalej w asyście jakiegoś Śpiewającego w Chórach, którego nigdy wcześniej nie widział, a na którego nawet teraz odważył się tylko zerknąć okiem. Spostrzegł, że ten anioł również mu się przypatruje z góry (Aviriel nie był zbyt rosłego wzrostu) i jego eteryczne serce niemal wyrwało się z klatki piersiowej. Jeszcze niżej spuścił głowę i patrzył w swoje miarowo poruszające się na tle błękitnej posadzki nagie stopy.
Co takiego mógł zrobić Hiob? Gdyby stało się cokolwiek złego, na pewno by zauważył, na pewno. Zawsze pilnował podopiecznego i czuwał nad nim, dodając mu sił i wspomagając go, na ile tylko pozwalał na to regulamin. Nigdy nie zostało mu przesłane z Góry nawet najmniejsze upomnienie, wręcz przeciwnie, dostał kilka pochwał, a niedawno nawet zawiadomienie, że niedługo, wobec swoich postępów w praktyce stróżowskiej, zostanie wyniesiony na poziom III. Bardzo się cieszył, że dzięki szczęściu Hioba on sam otrzyma wyższy status. Miał nadzieję, że na poziomie III pozwolą mu już nosić sandały.
Śpiewający w Chórach zatrzymał się nagle, a Aviriel niemal wpadł na niego, zatrzymując się w ostatniej chwili. Jęknął cichutko na myśl, co by mu zrobił tamten anioł, gdyby zwykły Stróż go dotknął.
Podniósł z ociąganiem głowę a Śpiewający w Chórach wskazał mu swoją zadbaną, śnieżnobiałą dłonią drzwi. Aviriel zawahał się, zastanawiając, czy to te drzwi. Anioł spojrzał na niego swoimi wielkimi, błękitnymi oczami naznaczonymi złotymi plamkami, a Stróż skulił się w sobie i szybko skłoniwszy się, zapukał. Na ciche „proszę” wszedł do środka.
W niewielkim pomieszczeniu było bardzo jasno, tak jasno, że Aviriel musiał osłonić dłonią oczy i nie wiedział przez to, w którym kierunku się skłonić. Zakołysał się niepewnie na nogach.
– Podjedź bliżej, Aniele Stróżu. Spocznij, zapewne nieźle musiałeś się nachodzić po tych korytarzach, nim tu dotarłeś z Najniższych Komnat.
Aviriel podszedł powoli do niewielkiego, zasypanego górą papierów biurka i zapadł się w ustawionym naprzeciwko niego wielkim fotelu, oczywiście najpierw skłoniwszy się zasiadającej przed nim istotą. Potem spuścił pokornie głowę i czekał, pełen napięcia.
– Więc to ty jesteś Aviriel, Anioł Stróż stopnia IV? – Aviriel przytaknął. – I to ty opiekujesz się śmiertelnikiem Hiobem? – Ponownie potwierdził.
Zaryzykował i lekko uniósł wzrok. Siedząca za biurkiem istota była względnie anielokształtna, tyle że zbudowana z migoczącej wszystkimi kolorami tęczy przeźroczystej mgiełki. Aviriel zastanawiał się, czy to może być jeden z Archaniołów. Zadrżał. Nigdy żadnego nie widział, ale myślał, że jednak są aniołami. Istota, przed którą siedział, nie miała nawet skrzydeł.
– Ach, zapomniałbym zupełnie, wybacz brak gościnności – powiedziała nagle, unosząc migoczącą i falującą lekko dłoń, czemu towarzyszył jakby podźwięk tysięcy małych dzwoneczków. – Napijesz się czegoś?
– Może… – zaczął Stróż i zająknąwszy się, przycisnął brodę do mostka. Zebrał się w sobie. – Może trochę wody święconej? – pisnął nieśmiało.
– Woda święcona? – powtórzyła istota. – Ależ oczywiście.
Klasnęła w dłonie, a dźwięk ten rozszedł się echem w głowie anioła. Obok niego pojawiła się jakaś Uskrzydlona.
– Tak, szefie? – zapytała, uśmiechając się lekko do Aviriela, który mimowolnie uniósł głowę, by spojrzeć na nią. Anioł Stróż stopnia IV oblał się rumieńcem i wbił się głębiej w fotel, aż zatrzeszczały skrzydła.
– Dla naszego miłego gościa wodę święconą a dla mnie to co zwykle – powiedziała istota. Po chwili na biurku została postawiona srebrna taca z dwoma misternie rzeźbionymi czarkami i niewielkimi dzbanuszkami.
– Częstuj się. – Aviriel nalał sobie drżącą ze zdenerwowania ręką trochę napoju. Czemu tak długo trzymają mnie tutaj, zamiast od razu poprowadzić przed oblicze Najwyższego?, łamał sobie głowę. Gospodarz, jakby słysząc jego myśli, uśmiechnął się lekko.
– Wezwaliśmy cię, Avirielu, ponieważ jesteś Aniołem Stróżem Hioba – zaczęła istota, splatając przed sobą obłoczki palców.
Aviriel zacisnął dłonie na czarce, aż pobielały mu knykcie.
– Naprawdę chciałem jak najlepiej – powiedział szybko zduszonym głosem. – Starałem się, bardzo się starałem. Zaliczyłem kurs na Stróża z wyróżnieniem, nie dostałem żadnych upomnień, nie wiedziałem, że robię coś źle…! – zamilkł raptownie, zdawszy sobie sprawę, że zaczął niemal krzyczeć. Spojrzał jednak w twarz istoty. Ta pokiwała lekko głową.
– Rozumiem, Avirielu, ale musisz ponieść odpowiedzialność za swoje czyny. Szatan zainteresował się twoim Hiobem.
Aniołowi serce załomotało gwałtownie. Otworzył szeroko oczy.
– Szatan? – wyszeptał z przerażeniem.
– Tak, Szatan – potwierdził gospodarz. – I Ja, jako jego Pan, oczywiście.
– Pan Szatana? – powtórzył bezwiednie Aviriel. Jego rozmówca skinął głową.
Stróż przez chwilę siedział oniemiały, potem zamrugał gwałtownie a czarka wypadła mu ze zmartwiałych dłoni i roztrzaskała się na podłodze. Zerwał się jak oparzony i ujął skraj swojej wypłowiałej szaty, by wytrzeć wodę.
– Zostaw – zamarł w pół ruchu, z wyciągniętymi ku kałuży rękoma.
– Wybacz mi, Panie, błagam, wybacz mi… – zaczął łamiącym się głosem.
– Uspokój się, Avirielu – powiedział łagodnie Najwyższy i gestem nakazał mu usiąść. Bezszelestnie zjawiła się Uskrzydlona i szybko sprzątnęła odłamki szkła, zerkając spod zasłony czarnych rzęs na Stróża, któremu nagle zrobiło się bardzo gorąco. Szybko spojrzał na Najwyższego. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy spostrzegł, że On się uśmiecha.
– Widzisz, jako Wszechwiedzący – zaczął, odchylając się w swym wysokim fotelu – znam wszystkich ludzi na ziemi. Widzę, jak żyją, i serce mi krwawi. Ale, ale, nie będę cię zanudzać swoimi problemami – machnął mglistą dłonią. – Mój nieprzyjaciel – skinął głową czającej się w kącie ciemności, którą Anioł Stróż dopiero teraz dostrzegł, a która poruszyła się lekko – stwierdził, że twój człowiek, Hiob, również mógłby stać się taki sam jak reszta.
– Ależ, Panie, nie mógłby – zapewnił gorąco Aviriel. Spojrzał z obawą na kłębowisko cieni, które, jak mu się zdawało, mruknęło coś groźnie.
– Wiem, Avirielu, ja również w niego wierzę – potwierdził łagodnie Najwyższy. – Jednak pan Szatan jest zdania, że gdyby los obrócił się na niekorzyść Hioba, przestałby on wysławiać Moje imię. Obydwaj – tu uśmiechnął się lekko – jesteśmy pewni, że to my mamy rację, a nie strona przeciwna, więc postanowiliśmy się nie spierać, tylko załatwić rzecz praktycznie.
– Praktycznie…? – powtórzył Aviriel z lękiem, otwierając szeroko oczy.
– Tak – potwierdził Najwyższy. – Chcąc wypróbować wiarę Hioba, dałem panu Szatanowi pozwolenie, by zrobił z nim, co zechce, byle nie odbierał mu życia.
– Co zechce… – wyszeptał Anioł Stróż stopnia IV.
– Chciałem, byś dowiedział się o tym osobiście, bo wiem, jak ci Śpiewający w Chórach potrafią wszystko pomieszać – boskie oblicze skrzywiło się lekko.
Aviriel ograniczył się do bezwiednego skinięcia głową, która nagle zrobiła się bardzo ciężka. Zamrugał gwałtownie, gdy twarz Pana zaczęła dziwnie falować. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz nie zdążył. Zapadł się w ciemność.
Widział Hioba. Swojego Hioba, któremu działy się różne dziwne, straszne rzeczy. Przerażające. Aviriel zesztywniał ze strachu, z czystego, porażającego strachu, który nagle nim zawładnął. Nie, to niemożliwe, pomyślał anioł, to nie może być on. Przecież istota, którą widzi, upodlona, zmieszana z błotem, nie może być jego podopiecznym. Nie może…

Z cienia równie bezszelestnie jak poprzednio, wyłoniła się Uskrzydlona.
– Masz? – zapytał Najwyższy. Skinęła głową i uniosła wyżej rękę. Zalśniła trzymana w dłoni długa, wykonana z przeźroczystego szkła fiolka.
– Niedobrze, niedobrze – mruknął Szatan, wyłaniając się z cienia i przysiadając na brzegu boskiego biurka. – Trzyma się ten Hiob, trzeba przyznać.
– Mówiłem, że będzie – powiedział Pan lekko poirytowany.
– Tak, tak, znowu Twoje „A nie mówiłem” – prychnął tamten.
– Ależ, panowie, panowie – zawołała Uskrzydlona, stawiając fiolkę na blacie.
Wszystkie otwarte pary oczu zwróciły się na nią. Uśmiechnęła się lekko kącikiem zgrabnie skrojonych warg.
– Po co te nerwy? – zapytała spokojnie, podchodząc do śpiącego Anioła Stróża i muskając palcami jego czoło. – Zaraz się wszystkiego dowiemy, powolutku. Hiob już kończy być poddawany swojej próbie, tak?
Najwyższy i Szatan jednocześnie skinęli głowami. Wpatrzyli się z napięciem w twarz anioła. Ten jęknął cichutko, a potem spod powieki wypłynęła mu łza. Uskrzydlona skrzywiła się paskudnie, a Diabeł poruszał bezgłośnie ustami, licząc.
– Cóż, Lilith, pierwszą część zakładu już przegraliśmy – powiedział Najwyższy ponuro. – Ty twierdziłaś, że nie uroni w tym momencie ani jednej łzy, ja, że jedną. Ile ich tam było? – zapytał Szatana.
– Dziesięć, tak jaj przewidywałem – odparł tamten, szeroko uśmiechnięty.
– Pamiętaj, że to nie jest właściwy zakład – przypomniał Pan.
– Tamten też wygram – powiedział spokojnie.
– Zaraz zobaczymy – Lilith spojrzała na Szatana pytająco. – Skończyłeś już z tym Hiobem?
Diabeł skinął lekko głową. – Tak, wytrzymał – o dziwo.
– Żadne „o dziwo” – zaprotestował Najwyższy. – Mówiłem, że wytrzyma.
– Jeden, jeden, zero, Lilith – Szatan spojrzał na nią z udawanym żalem. – Twoja ostatnia szansa, by się z nami zrównać.
– Dobrze o tym wiem – odparła Uskrzydlona i pocałowała Anioła Stróża w czoło. Ten poruszył się lekko w fotelu, na jego blade oblicze wypłynął nagle nieśmiały, radosny uśmiech. Trzy istoty pochyliły się nad nim. Spod powieki wypłynęły trzy łzy.
Lilith ostrożnie zebrała je do fiolki i mrucząc coś pod nosem, postukała paznokciem w denko. Płyn podzielił się na trzy warstwy – białą, zieloną i czerwoną.
Trzy pary oczu wymieniły znaczące spojrzenia.
– I znów nikt nie wygrał – mruknął Najwyższy, opadając na swój fotel.
– Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – stwierdziła Lilith. – Teraz nie muszę już udawać służącej.
– Lub na złe – dodał Szatan, zacierając ręce. – Ten Hiob trochę sobie pocierpiał.
– Tak, trochę – zgodził się Pan. – Będę musiał wysłać jakiegoś Archanioła, by objawił się w Moim imieniu na ziemi i natchnął kogoś, bo wypadałoby to spisać.
– Może jego? – Lilith wskazała głową na śpiącego Stróża, nieświadomego, że stał się obiektem zakładu.
– Nie, lepiej nie – powiedział szybko Szatan. Pozostała dwójka spojrzała na niego zaskoczona.
– No bo wiecie – uniósł znacząco brwi. – Lepiej, żeby nie miał styczności z większą ilością ludzi. – Wzdrygnął się. – Co by wtedy dopiero było…
Skinął im głową, rozległo się ciche pyknięcie i zniknął w obłoku szarego dymu.
– Pewnie masz dużo pracy – Lilith wpatrywała się przez chwilę w fiolkę z trójbarwnym płynem. – Jeden, jeden, jeden, co? – uśmiechnęła się i zniknęła.
Najwyższy westchnął cicho i przywołał dwóch Śpiewających w Chórach, by wynieśli nieprzytomnego Stróża. Zanotował w pamięci, by później kazać przenieść go na II poziom. To powinno zamknąć mu usta. Pan Nieba zmarszczył w skupieniu brwi. Trzeba będzie zadość uczynić Hiobowi, na pewno. Skrzywił się lekko. Jakby to wyglądało, gdyby po tej próbie Hiob pozostał w takim stanie. Niedobrze, z pewnością niedobrze. Musi dbać o wrażenia estetyczne konsumentów. Zdecydowanie musi.
Ale, ale, zabawa zabawą, a On ma jeszcze tyle pracy… Westchnął ponownie i zagłębił się w papierach.
Promienie słońca rozjaśniły trójbarwną ciecz w fiolce, dodając jej migotliwego blasku.