Bez tytułu – rozdział I

Pogoda była wstrętna. Wiatr wiał przeraźliwie, wirując po domach dostając się jedną szczeliną a wydostając drugą. Na zewnątrz panował chłód a deszcz, który lał niemożliwie jeszcze bardziej ochładzał powietrze. Niebo, co chwilę rozjaśniały błyskawice, a domki z drewna drżały po każdym grzmocie. Burza była tak mocna, dawno w owym miasteczku takiej nie było.
Na jego uboczu mieścił się niewielki dom. Od zewnątrz wyglądał strasznie. Deski powykrzywiane i pognite. Drzwi prawie całkowicie opadły. Dach przeciekał, widoczne był na nim dziury dość dużych rozmiarów. W środku na łóżku leżała drobna starsza kobieta o brązowych włosach i jasnych oczach. Jedyne światło, które lekko rozświetlało pomieszczenia biło od świecy, która stała obok łóżka. Kobieta była blada i cała rozpalona od gorączki. Doskonale wiedziała, że to już jej koniec. Ból, który ją przeszywał był coraz mocniejszy i intensywniejszy. Obok niej klęczała młoda, drobna dziewczyna. O czarnych włosach. Jej twarz była zapłakana a oczy i policzki całe czerwone od łez. Czarnowłosa również wiedziała, że utraci matkę na zawsze, jedyną jej bliska osobę. Nie wiedziała, co począć. Nie mogła już pomóc. Matka, była jej jedyną przyjaciółką. Wiedziała, że jak ją straci to straci wszystko. Oprócz niej nie miała nikogo, do kogo mogłaby się odezwać. Zawsze były razem. Nigdy nie miała przyjaciół wśród rówieśników. Nie potrafiła nawiązywać z nimi kontaktu. Była zamknięta w sobie. Jedynie mamie zawsze o wszystkim mówiła. A teraz nawet już jej to nie zostanie.
-Lulu, kochanie wysłuchaj mnie – zaczęła kobieta. Widać było, że każde wypowiedziane słowo sprawia jej ból. Mówiła bardzo cicho, tylko tak, aby córka ją słyszała.
-Mamo proszę cię nic nie mów. To ci tylko sprawia dodatkowy ból. Niepotrzebnie się męczysz – powiedziała dziewczyna. Nie mogła znieść widoku cierpiącej matki. Nie potrafił jej w żaden sposób pomóc choroba ponaglała. A ona sama była bezsilna.
-Nie kochanie, w końcu nadszedł czas, abyś dowiedziała się prawdy – przerwała złapał ją nagły atak kaszlu. Lulu uniosła ją lekko, aby chociaż trochę pomóc. Kiedy kaszel ustąpił kobieta opadła z powrotem na poduszkę. – Musisz poznać prawdę, musisz dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś. I kto jest twoim ojcem.
-Ale ja nie chce znać tej prawdy, nie muszę. Mamo proszę cię nic już nie mów. Nie mogę patrzeć jak przez to tylko bardziej cierpisz. Mój ojciec jest nieważny mało mnie obchodzi. Zostawił nas, więc nic nie muszę, i nic nie chcę o nim wiedzieć.
-Nie dziecko. Oszukałam cię on nas nie zostawił. W końcu nadszedł czas prawdy. To jest ostatni moment byś ją poznała. Doskonale ja i ty wiesz, że to jest mój koniec.
-Mamo nie mów tak – po policzku dziewczyny popłynęły jeszcze większe łzy. Mimo, że miała rację. Nie potrafiła tego pojąć. Dlaczego ją to spotkało. Przecież nic złego nie zrobiła.
-Popatrz na znak na swej ręce – powiedziała kobieta poczym wzięła rękę dziewczyny. – Pamiętasz ile razy zadawałaś mi pytanie, co to.
-Tak mamo, ale teraz to mało ważne.
-To znak twego ojca. Tylko to ci po nim pozostało.
-Ale, jak to, kim on w ogóle jest – zapytała Lulu. To wszystko było takie. Sama nie wiedziała jak to nazwać.
-Twój ojciec, był demonem. On obiecał mi, że nigdy się do ciebie nie zbliży.
-Kim, był mój ojciec. Przecież to nie możliwe – zaczęła mówić czarnowłosa. To już kompletnie nie miało żadnego sensu.
-Proszę cię dziecko nie przerywaj mi. Opowiem ci to wszystko od początku. Mam nadzieję, że starczy mi na to czasu.
Lulu już nie płakał. Siedziała teraz na kolanach przed łóżkiem i trzymała matkę za rękę.
-Było to dokładnie 18 lat temu. Tyle samo ile ty masz lat teraz skarbie – kobieta na chwilę przerwała, aby nabrać więcej powietrza w płuca.