Potwory nie gryzą

Jeszcze chwilę temu to okno, do którego właśnie się wspinał nie wydawało się być tak wysoko, ale to być może nie byłoby tak wielkim problemem gdyby nie to, że w tym czasie ziemia znajdowała się tak nisko. Na domiar złego, gdy wreszcie udało mu się pokonać te kilka metrów i wsunąć się niezauważonym do środka małego pomieszczenia, zamiast delikatnego pocałunku, którego się spodziewał, przywitał go przenikliwy ból w łydce.

-Ugryzł cię? -delikatny szept rozległ się w pokoju.

Ciężko mu było odpowiedzieć przez wargi zaciśnięte z bólu, a poza tym patrząc na rudą kulkę puchu uczepioną jego łydki, uznał to pytanie za retoryczne.

-Kindzior, ty mały potworze- szept zaczął nabierać kształtów, które właśnie wyłaniały się z półmroku i to nie byle jakich kształtów. Ten zbiór linii krzywych, parabol i hiperbol, które zaczynały się dokładnie tam, gdzie miały zaczynać i kończyły w miejscach …hmm mniejsza o te miejsca. W każdym bądź razie ten zbiór krzywizn przyprawiłby o szybsze bicie serca niejednego adepta geometrii i nie tylko.

-Chodź tu do mnie-rozkazała właścicielka szeptu

Kulka puchu potruchtała wesoło, szczerząc małe ostre ząbki i gdyby miała ogon na pewno pomerdałaby nim z zadowolenia na myśl o wzorowo wykonanej misji obrony swej pani.

– Wolno wam tu trzymać zwierzaki ?-Ravenis odezwał się rozcierając łydkę i patrząc nieufnie na swego oprawcę

– Nie , tak jak nie wolno przyjmować nocnych adoratorów, ale wszystko można co nie można byle z wolna i ostrożna-odparła z uśmiechem Aleanaria.

– Ach, gdyby nie to, że odkąd studiujesz tą wiedze o ziołach i alchemii to twoja nalewka wiśniowa jest jeszcze lepsza, to już dawno zabrał bym cię z tego domu, pożalcie się bogowie, adeptów sztuk tajemnych-gdy to mówił sarkastyczny uśmiech rozkwitł na jego twarzy.

-Gdyby nie akademia, to nie wiedziałabym, że nic tak nie przyspiesza gojenia się ran jak ekstrakt z Plantago lanceolata- mówiła wcierając jednocześnie w łydkę Ravenisa maść sporządzoną z Urtica dioica

Gdyby wiedziała co robi, na pewno żałowałaby , że nie przykładała się bardziej do zajęć z zielarstwa leczniczego i różnych form uśmierzania bólu. Gdyby on wiedział co ona robi żałowałby jeszcze bardziej, ale o tym miał się dopiero przekonać.

-Może trochę piec i swędzieć -powiedziała odstawiając maść na półkę

-No tak –powiedział niezadowolony. Naciągnął nogawkę i poprawił krótki mieczyk wiszący mu u pasa

-A tu masz listę ziół, które potrzebuję na pojutrze – wręczyła mu kawałek papieru

-Ale…-zaczął, ale nie skończył, gdyż pocałunek zamknął mu usta i sprawił, że myśli o tym jak tu się wykręcić rozpłynęły się jak poranna mgła-nagle i nie wiadomo gdzie.

-To tylko dla zachęty-odparła zarumieniona- jak się dobrze sprawisz tooo…-przedłużyła ostatni wyraz, a policzki wciąż się rumieniły. Natomiast szeroki uśmiech na twarzy Ravenisa mówił sam za siebie co sobie właśnie w tej chwili wyobraża.

-…tylko nie wyobrażaj sobie za dużo-dodała widząc gdzie spoczywa wzrok Ravenisa. On jakby ocknął się i spojrzał jej w oczy.

Siedzieli tak przez chwilę razem trzymając się za dłonie. On w swych skórzanych spodniach, wełnianej koszuli i kurtce, której najlepsze czasy już minęły i mieczem przypiętym do pasa. Ona prawie kompletnie naga lub jak wolą inni ubrana we wstyd, w zwiewnej koszuli nocnej, swymi czarnymi włosami sięgającymi ramion i pięknymi rumieńcami wciąż kwitnącymi na policzkach. Siedzieli tak dosłownie chwilę, a dokładnie tyle ile czasu mija między jednym, a drugim uderzeniem serca. Odgłosy na korytarzu wyrwały ich z zadumy, właśnie w momencie, kiedy…

-No tak, oczywiście teraz- westchnął, gdy przestała go całować

-Szybko-wyszeptała ciągnąc go za rękę w stronę okna- musisz już iść i nie zapomnij o ziołach-prawie wypychała go przez okno, kątem oka obserwując drzwi.

O ile droga w górę była mozolna i dość uciążliwa, to na dół okazała się niespodziewanie szybka. Wszystko to za sprawą wyciągu z Urtica dioica, który właśnie zaczął działać i sprawił iż prawa łydka kompletnie zdrętwiała, co z kolei zapewniło mu dość szybki lot w wiadomym kierunku i spotkanie z ziemią, która w takich przypadkach jest zazwyczaj twarda, tym razem była bardzo twarda . Podniósł głowę i spojrzał w stronę ledwie słyszalnego chichotu, który dochodził z miejsca gdzie jeszcze kilka sekund temu wisiał uczepiony ściany. Uśmiech, którym chciał zamaskować grymas bólu powoli malujący się na jego twarzy nie spełnił pokładanych w nim nadziei, więc postanowił przynajmniej odejść z godnością, na ile było to możliwe z obolałymi plecami i niedowładem jednej nogi. Aleanaria odprowadziła go spojrzeniem swych zielonych oczu, w których tego wieczoru księżyc zdawał się zarazem odbijać jak w tafli jeziora i jednocześnie tonąć w bezdennej studni szmaragdowej zieleni…

Jak mówi „Przewodnik po ziołach, tudzież podręcznik Zielarza” (praca zbiorowa) najbardziej odpowiednią porą do zbierania ziół jest noc podczas pełni księżyca. Ravenis jednak, ani nie mógł czekać tak długo, ani nie lubił włóczyć się nocą po lesie. Poza tym uważał, zresztą nie bezpodstawnie, że szukanie roślin, w lesie, przy prawie całkowitej ciemności, to zadanie dla szaleńców, a w najlepszym razie botaników zapaleńców, między którymi nie widział znaczącej różnicy. Było już prawie zupełnie jasno, lecz słońce jeszcze nie wychyliło swej tarczy znad horyzontu. Sprawiało to dość dziwne wrażenie jakby bawiło się z nocą w chowanego. Ravenis idąc leśnym traktem też odniósł to wrażenie i zastanawiał się właśnie, co by się stało, gdyby któregoś dnia (jeśli można byłoby to wtedy nazwać dniem) słońce nie dało się znaleźć. Na szczęście tak jak reguły zabawy w chowanego są nieugięte tak samo niezmienne są prawa natury i Słońce, może trochę zawstydzone, że znów dało się znaleźć, zaczęło leniwie wychodzić znad linii widnokręgu..

Krwawnik Pospolity, Mniszek Lekarski, Jałowiec…-czytał w myślach zastanawiając się od czego by tu zacząć, gdy jakieś poruszenie w krzakach tuż obok niego i jakieś pomrukiwania wyrwały go z zadumy. Jego oczom ukazał się widok, na który kąciki ust same powędrowały do góry . Starzec, który właśnie wygramolił się z chaszczy wyglądał wprost karykaturalnie. W resztce siwych włosów miał pełno suchych liści i kwiatów łopianu, szata z wielkim kapturem którą miał na sobie cała upstrzona była od malin, które rosły tu dziko. W dodatku miał zwichrzona brodę, torbę przerzuconą przez ramię, zaś w dłoni dzierżył drewniany kostur, który zapewne służył mu do walki z gałęziami i co większymi krzakami. Jedynie inteligentne spojrzenie, którym zlustrował Ravenisa świadczyło, że nie koniecznie musi być szaleńcem na jakiego w tej chwili wyglądał.

-Jestem już na to za stary- powiedział botanik zapaleniec, jakby chciał się usprawiedliwić.

-Tak, tak. Starość nie radość- powiedział Ravenis wciąż się uśmiechając

-Starość nie radość, ale młodość nie wieczność chłopcze- odparł starzec próbując się doprowadzić do wyglądu jaki przystoi jego wiekowi

-A ty chłopcze. Co robisz o tej porze w lesie? – zapytał , choć nie wyglądał na takiego, którego by to za bardzo obchodziło – Nie powinieneś odpoczywać po nocnych harcach, albo uganiać się za jakimiś dziewczętami-dodał z naciskiem na dziewczęta

-No właśnie –powiedział cicho Ravenis i spojrzał na listę-…może i powinienem, może i nie, ale wy dziadku nie powinniście się włóczyć nocą po lesie to niebezpieczne

-A kto mówi ze się włóczę -odparł dziadzio nieco urażony -zioła zbieram- dodał jednocześnie ukazując zawartość torby przewieszonej przez ramię

Ravenis już myślał jak może wykorzystać tą niespodziewaną znajomość, która nie ukrywajmy była mu bardzo na rękę, gdy bez żadnego słowa staruszek zaczął ładować się w krzaki po drugiej stronie drogi.

-Dziadku poczekajcie -powiedział wbiegając w nie za nim- Przecież możemy sobie jakoś pomóc, ja też muszę nazbierać trochę tych, no… ziół-mówił idąc, gdyż staruszek nie zamierzał na niego czekać

-A w czym ty mi możesz pomóc?- zapytał i popatrzył z pobłażaniem dziadek wciąż się nie zatrzymując -Wy młodzi nie znaleźlibyście źdźbła trawy na łące nawet jakby je wam pokazać.

-Jestem pewien, że się do czegoś przydam-odparł już pokorniej Ravenis, gdyż znał swój poziom wiedzy na temat ziół i innych chwastów

-Hmm..- dziadzio zdawał się chwilkę myśleć-pokaż no ta kartkę co miętosisz w ręce-rozkazał po czym dodał- I masz słuchać tego co mówię to się może czegoś nauczysz

Ravenis uśmiechnął się w ten głupi sposób, w jaki uśmiecha się ktoś kto w końcu znalazł kogoś tak naiwnego, że odwali za niego całą robotę i nie zapyta nawet o zapłatę.

Słońce było już wysoko i zdawało się powoli rozglądać za miejscem, gdzie może schować się dzisiaj i w końcu oszukać noc. Chciało wspiąć się jak najwyżej po nieboskłonie i znaleźć jak najlepszą kryjówkę. W końcu zabawa w chowanego to nie przelewki. Tego dnia nie było jedynym które czegoś szukało

-Achillea Millefolium, Taraxacum officinale, Juniperus……- czytał w myślach kartkę zastanawiając się czego im jeszcze brakuje

-…wy młodzi to w ogóle nie szanujecie natury- kazanie na temat dzisiejszej młodzieży, które staruszek kontynuował od kilku dobrych godzin, już nie tylko nudziło Ravenisa, ale powoli zaczynało go irytować. Starał się jednak uśmiechać, gdyż zbieranie tych ziół zajęłoby mu pewnie cały dzień, a tak dzięki pomocy staruszka koniec wydawał się bliski. Słuchanie tych bredni uważał zaś za cenę którą musi za to zapłacić zapłacić, teraz zastanawiał się czy aby nie jest ona zbyt wysoka.

-Weźmy na przykład wyprawy na potwory.- kontynuował dziadzio bez zająknięcia- Kto powiedział, że potwory są złe?

-?

-Nikt! Potwory nie gryzą. Tylko wy młodzi ubzduraliście sobie, że każdy z was może chwycić miecz, najlepiej zebrać się w liczną gromadę i jechać zabijać bogom ducha winne potwory. I to dlaczego?

-?-Ravenis wciąż udawał, że słucha

-Niby to w poszukiwaniu, sławy, wiecznej chwały i temu podobnych bredni , a tak naprawdę chodzi wam tylko o jedno i tylko niektórzy się przyznają, że jadą uwalniać dziewice. Sam byłem kiedyś chłopcem w twoim wieku – Ravenis szacował wiek staruszka na „starszy od węgla”

-Wtedy też chodziło mi tylko o jedno , ale ja mój drogi chłopcze plotłem dziewczętom piękne wianki i układałem im bukiety z różnorakich kwiatów.

-W to akurat jestem gotów uwierzyć- Ravenis myślał trochę za głośno

-Cos mówiłeś?

-Nie, nie . Proszę kontynuuj

-Hmm.. na czym to ja … aha. I muszę ci powiedzieć, że miałem spore powodzenie. W sumie dziwie się czemu los pozostawił mnie w starokawalerstwie. Może nie znalazłem tej jedynej…o Traxacum- powiedział schylając się po żółty kwiat

– Uff..- odetchnął z nieukrywaną ulgą Ravenis- więc został już tylko jałowiec?

-Nie tak szybko chłopcze- uśmiech dziadka pokazał wszystkie jego zęby, a w szczególności uwypuklił dość widoczne braki w ich liczbie -pamiętaj o naszej umowie.

-Eee…???

-Czyżbyś był aż tak głupi i myślałeś, że znalazłeś naiwniaka co odwali za ciebie robotę i nie zapyta o zapłatę, czy próbujesz mnie oszukać?- zapytał z miną nie tyle groźną ile pobłażliwą

-Cóż mogę dla ciebie zrobić?- powiedział to tak, że gdyby sarkazm był ostry to w tym momencie mógłby ciąć powietrze

-Po co te impertynencje? Może jest jedna rzecz…-uśmiech nie znikał z twarzy dziadka

-Mów- uprzejmość już nie była konieczna-nie mam całego dnia.

-Widzisz tę jaskinię? – wskazał na otwór w skale, który wyziewał z góry znajdującej się tuż kilkaset metrów od lasu. Dzieliła ich od niej jedynie dość płaska przestrzeń, na której rosło jedne samotne drzewo i kilka mizernych krzewów.

-Psilocibe semilanceata to rodzaj grzybów, który tam rośnie. Ja nie dam rady się tam wspiąć, za stare kości, a dla ciebie to betka- jakby na potwierdzenie swych słów znów pokazał jak ząb czasu nadgryzł jego własne zęby i ułożył je w kształt który mógłby uchodzić za uśmiech

-Tylko tyle? – Ravenis ocenił odległość i stromość urwiska i rzeczywiście zadanie zdawało się być łatwe, zbyt łatwe. Popatrzył na staruszka i stwierdził, że nie ma co szukać podstępu w prośbie ekscentrycznego poczciwca. Pomyślał też, że byłoby cudem, gdyby po tylu nocach włóczenia się po wilgotnych lasach, bagnach i moczarach nie miał reumatyzmu lub jeszcze jakichś innych gorszych chorób.

-Ile mam tego nazbierać? -sięgnął z ufnością po torbę, z ufnością, która za chwile miała się okazać zgubną

A ile zdołasz – uśmiech nie znikał z twarzy dziadka- Mój drogi chłopcze.

-No myślę, że tyle wystarczy –powiedział cicho z uczuciem ulgi, a jaskinia rezonowała jego szept

-Teraz jeszcze tylko znaleźć ten przeklęty jałowiec i mogę wracać- z monologu wyrwał go odgłos czyichś kroków. W zasadzie to co słyszał to nie były kroki, ale raczej człapanie, a to co człapało zdawało się zbliżać.

-Jednak udało się staruchowi wczłapać na górę- taka myśl przeszła mu przez głowę i zostałaby tam pewnie na długo, może nawet do końca życia, gdyby nie zorientował się że człapanie dobiega nie z wylotu lecz z wnętrza jaskini. Zaczął powoli biec potykając się w ciemności. Torba przewieszona przez ramię obijała się o wystające stalagmity, a krótki mieczyk, który nosił przy sobie znowu zaciął się w pochwie. Te kilka razy kiedy spojrzał za siebie tylko upewniały go w przekonaniu, że to co się zbliża to nic przyjemnego. Dwa czerwone punkciki zbliżały się może nie szybko, ale zbliżały się i to go niepokoiło. Do końca jaskini zostało jeszcze kilkaset metrów gdy całe jej wnętrze wypełnił przeraźliwy ryk. Odwrócił się po raz ostatni i to co zobaczył sprawiło, iż ostatnie sto metrów przebiegł szybciej niż wiedział, że może. Każdy zareagowałby tak samo na Mantikorę biegnącą w jego kierunku, bo choć nie był jasnowidzem to wiedział ze to nie wróży nic dobrego. Gdy wybiegał z jaskini bijąc swój życiowy rekord na sto jardów stracił grunt pod nogami i zaczął staczać się ze zbocza. Możliwe, że to właśnie uratowało mu życie, gdyż rozpędzona bestia wypadła tuż za nim i straciwszy grunt rozłożyła błoniaste skrzydła i zerwała się do lotu. Może nie była to największa Mantikora na jaką mógł trafić, ale nie zmieniało faktu, że był przerażony. Stworzenie wzleciało majestatycznie jakby chciało pokazać, kto tu jest myśliwym a kto ofiarą. Ravenis nie miał co do tego wątpliwości. Dlatego gdy mniej lub bardziej z własnej woli dotarł do podnóża góry zaczął biec w stronę lasu. Gdy zbliżył się do samotnego dębu zauważył starca opartego o drzewo i …nie mógł w pierwszej chwili uwierzyć… śpiącego. No tak pomyślał mogłem się tego spodziewać. Spojrzał w stronę lasu, kątem oka wciąż obserwując szybującą Mantikorę.

-Nie zdążę- pomyślał- pozatym nie mogę zostawić tu tego starego durnia- chociaż ta opcja wydawała mu się kusząca. Samotne drzewo, przy którym spal botanik, podsunęło mu pewien pomysł. Gdy Mantikora zatoczyła koło i zaczęła lecieć w jego kierunku, on zaczął biec w stronę drzewa. Odwrócił się na chwile by ocenić sytuację i w tej samej chwili pożałował swego pomysłu, gdyż potwor zbliżał się w zatrważającym tempie.

-Teraz już i tak nic nie wskóram- myślał biegnąc co sił w nogach i wiedział, że jeśli zdąży, to już nigdy nie będzie wątpił w swą szczęśliwą gwiazdę. Wbiegając pod koronę dębu już niemal czul jej oddech na karku wtedy padł nagle i przeturlał się zwinnie do tylu, tak, że potwór chcący go chwycić znalazł się tuż nad nim. Wtedy obiema nogami z całych sił kopną w brzuch bestii. Zdezorientowane stworzenie próbowało zerwać się do lotu, jednak uderzyło w gałęzie i padło bez ruchu na trawę. Ravenis w ostatniej chwili przeturlał się unikając przygniecenia. Ciężko dyszał, ale wiedział, że bestia wciąż żyje i że musi skończyć to co zaczął. Spokojnie już teraz wyciągnął swój miecz by zadać cios poczwarze i zrobiłby to zapewne, gdyby nie silne uderzenie z tyłu w kolano które kazało mu kucnąć i ostry ból w ręce, który kazał mu puścić miecz.

-To jest to o czym mówiłem -rozległ się glos, którego nie można było pomylić z żadnym innym- człowiek się na chwile zdrzemnie i już się zaczyna zabijanie potworów. Za moich czasów…

Adrenalina powoli zaczęła opuszczać rozedrgane mięśnie i nie wiedział czy to co widzi dzieje się naprawdę.

-Czy ty mnie ugryzłeś?- zapytał

-Wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków mój drogi chłopcze- odparł dziadek przybierając pozę zafrasowanego mędrca- gdyby nie to, to zabiłbyś to maleństwo, a przecież to jeszcze dziecko-wskazał na leżącą Mantikorę

– Może się mylę, ale to dziecko właśnie próbowało mnie zjeść -mówił dysząc-, a jeśli miałoby pecha, pewnie ciebie zjadłoby na deser

-Pewnie chciała się tylko pobawić- powiedział oglądając złamane skrzydło bestii- a teraz minie miesiąc zanim znów będzie latać.

-Bredzisz starcze- odezwał się w nim glos rozsądku- gdy tylko się ocknie znów spróbuje rozerwać nas na strzępy

-Myślę, że powinieneś już iść. Puszek nie lubi jak się o nim mówi w ten sposób. Jałowiec znajdziesz przy strumyku, wśród sosen, tuż na skraju lasu.

Dochodził już do miasta, gdy słonce schowało się za horyzontem. Patrząc na zachód mógłby przysiąc, że słońce posiedzi tam bardzo długo -nawet całą noc. I tak jak wychodząc o świcie był pewien, że słońce wstanie, to w tej chwili nie był pewien niczego. Czy to on oszalał czy szalony był ten starzec…Jak to jest z tymi potworami…I do czego Aleanarii potrzebny jest ten przeklęty jałowiec …Zastanawiał się nad tym jeszcze chwilę, ale gdy zobaczył święcący nadzwyczaj jasno sierp księżyca inna myśl zajęła jego umysł. Zastanawiał się czy dziś ten księżyc znów będzie tonął i jednocześnie odbijał się w jej oczach. Aby być zupełnie szczerym i precyzyjnym to tak naprawdę tak jak to chłopcy w tym wieku myślał o tym, czy dziś on będzie się tylko odbijał, czy utonie w bezkresnej zieloności jej oczu….

Zapach ziół, perfum i wiśniowej nalewki, którą tak lubił były nagrodą samą w sobie, a jej obecność zdawała się już zbytkiem łaski, na który nie zasłużył. Była taka czuła kiedy opatrywała mu dłoń i gdy zdawała się chłonąć każde słowo, które opowiadał. Gdy skończył czar szybko prysł.

-Mantikora powiadasz, gdyby ropuchy miały zęby to powiedziałabym, ze ugryzła cię jedna z nich i to w dodatku stara

– W sumie nie mylisz się za bardzo- uśmiechnął się w duchu do swoich myśli

-Potwory nie gryzą. Ciekawa teoria- stwierdziła siadając obok niego na łóżku- tak jak twoja historia zupełnie oderwana od rzeczywistości, ale ciekawa. Dobrze, że przyniosłeś jałowiec. Będzie z niego pyszna jałowcówka.- wyraz jego twarzy, bezcenny

– A ty co sądzisz? Potwory gryzą?

– Nie wiem nic o potworach, ale ludzie mogą być strasznie zgryźliwi- odpowiedział obejmując ją i przytulając do siebie

-Chyba zrzędliwi?- poprawiła go

-To też- uśmiechnął się wiedząc dobrze o czym mówi

-Nie znasz mego profesora od botaniki i wszelakiej roślinności niezwykłej oraz jego kazań o dzisiejszej młodzieży – powiedziała zaczynając rozpinać jego koszule

– Mam dziwne wrażenie ze potrafiłbym go sobie wyobrazić- odparł gdy razem padli na lóżko

– Któregoś razu na wykładzie…-już jej nie słuchał. Zaczął powoli tonąć. Tonąć bez możliwości wypłynięcia na powierzchnię ale i bez obawy przed tym co czeka na dnie. Na dnie tych zielonych oczu. Pierwszy raz miał szczere pragnienie, aby słońce nigdy nie dało się znaleźć, aby noc szukała je wiecznie.

Pocałował ją delikatnie w szyję , a potem czule ugryzł w uszko.

-Ty potworze-wyszeptała i zaczęli tonąć razem