Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział IV

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa

Rozdział IV

Dzień zapowiadał się nie mniej interesująco aniżeli noc, ale z pewnością mniej upojnie. Gdy John leniwie otworzył oczy jakiś czas po przebudzeniu się, w środku nocy, nie czuł już ciepła kochanki. Sam siebie nie poznawał. To nie leżało w jego charakterze, ale w tej chwili nie miał nawet wyrzutów sumienia wobec Nikki. Po kilkunastu minutach wstał z łoża. Nie zakręciło mu się w głowie, czego się tak bardzo obawiał, ale nie umiał sobie przypomnieć, co dokładnie wydarzyło się minionej nocy. Pamiętał smak czerwonego, półsłodkiego wina, po którym puste puchary stały jeszcze na stoliku, obok półmisków, z niedojedzonymi resztkami pieczonego bażanta i innymi potrawami.
Nad ich zapachem górowała delikatna woń różanych perfum Lady M. Mothman nie wiedział skąd, ale tkwiło w jego świadomości, że ta kobieta musiała być jego żoną. Czuł się tak jakby nagle znalazł się w zupełnie innym świecie, wolnym od jakichkolwiek trosk.
Na języku czuł jeszcze lepką słodycz Lady.
Stał nagi i wspominał uczucie ciepła na podbrzuszu, które towarzyszyło mu tej nocy.
Po drugiej stronie łóżka, na pomiętej pościeli czekało na niego świeże ubranie, godne Pana Domu. Wrzucił je na siebie w pośpiechu. Czas zobaczyć, co się tu dzieje – pomyślał.
Machinalnie włożył rękę do kieszeni. Pod palcami poczuł coś jakby kawałek papieru. Może to liścik miłosny od żony? – Uśmiechnął się sam do siebie. Ale nie był to liścik.
Nogi ugięły mu się z przerażenia. Cofnął się o kilka kroków i opadł ciężko na łóżko. Płacz wstrząsnął całym jego ciałem. Drzwi do pokoju były zamknięte, więc nikt nie mógł usłyszeć szlochu detektywa. Z kawałka papieru patrzyła na niego twarz Nikki – te same oczy, włosy i usta, chociaż była bardzo zniekształcona. Patrząc na jeden zakrwawiony oczodół dostawał mdłości.
Dziewczyna, a raczej jej nieme zdjęcie patrzyło na detektywa błagalnie i jakby z wyrzutem. Nikki, którą trzymał teraz w dłoni miała zaszyte igłą i nićmi usta, a w ich kącikach widać było zakrzepłe krople krwi. Jakby jej język ucięli, żeby nie mogła mówić. Jaki zwyrodnialec… A może to ktoś chory żartuje sobie ze mnie… – myślał. – Cały ten dom jest chory, ale już ja go wyleczę. Czuł, że cały trzęsie się ze złości.
Jej piękne, złote włosy były potargane i zlepione, a cała twarz jakby pocięta nożem.
John był tak wstrząśnięty, że nie słyszał, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły. Nie interesowało go, co się wokół niego dzieje. Podniósł głowę i ujrzał ubraną w błękitną suknię Lady M. Biła od niej świeżość i pełnia energii.
Mothman, w innych okolicznościach rzuciłby się na nią i przygniótł do ściany albo do łóżka, ale teraz jedynie opuścił wzrok i wbił go w zdjęcie dziewczyny.
– Widzę, że masz już to zdjęcie – zaczęła zagadkowo, ale detektyw nie dał jej dokończyć.
W mgnieniu oka, niczym lew dopadł swą ofiarę. Chwycił ją za włosy i brutalnie przeciągnął przez pokój. Rzucił ją na łóżko i przygniótł swym ciałem. Szarpała się jak ranne zwierzę, ale silnym uściskiem trzymał jej przeguby rąk nad głową, a wolną ręką macał stojącą obok szafkę w poszukiwaniu czegoś ostrego. Znalazł jedynie nóż do otwierania listów. Przyłożył jego ostrze do gardła kobiety. Oddychała coraz trudniej, ale nie przestawała się szamotać. Nawet nie krzyczała.
– Co zrobiliście mojej siostrze? – pytał przez zaciśnięte zęby. – Skończysz gorzej niż ona.
Lady M. nawet mu nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na niego wymownie.
– To nie jest… – zdążyła z siebie wykrztusić gdy nagle, zupełnie niespodziewanie poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Jego ciało bezwładnie opadło na kobietę. Nim stracił całkowicie przytomność usłyszał jeszcze wściekłe słowa Hrabiego:
– Smiths wracają.
Nic więcej już nie usłyszał.

* * *

Nikki sama nie wiedziała gdzie idzie. Była jakby na wpół świadoma tego, co robi. W sercu czuła dziwne ciepło, jakby ktoś w nie wlał nową nadzieję. Coś mówiło jej, że powinna znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, chociaż sama nie bardzo wiedziała, przed czym ma się chronić.
Szła przed siebie omijając kawiarnie, głośne speluny i podejrzane uliczki, które, jak podejrzewała panienki z dobrych domów starały się omijać.
Z każdą chwilą stawało się coraz ciemniej i tylko latarnie rozświetlały mrok, choć i one z trudem przebijały się przez gęstą mgłę. Zwolniła kroku by nie potknąć się w ciemnościach o jakiś kamień.
W zasadzie to nawet nie zastanawiała się gdzie idzie. Nogi same ją prowadziły, a serce ciągnęło ku tylko jemu znanemu miejscu.
Właśnie mijała kolejną, straszącą ruiną posiadłość i dobudowaną do niej karczmę, gdy nieoczekiwanie jej drzwi otworzyły się na oścież. Wyszło z niej kilku ledwo trzymających się na nogach klientów. Nikki odruchowo przyśpieszyła kroku. Nie oglądała się w ich stronę – dobrze wiedziała, jakie szumowiny mogły zbierać się w takich miejscach.
Pamiętała pikantne opowiadania brata mające na celu ostrzeżenie i przestraszenie jej na przyszłość.
Chciała jak najszybciej ukryć się w ciemnościach nocy, ale, ku swemu przerażeniu zorientowała się, że grupka mocno podchmielonych mężczyzn ją dostrzegła.
– Panienko, gdzie się tak śpieszysz? – Usłyszała chrypiący głos.
– Zgubisz się sama. Poczekaj, odprowadzimy Cię! – Zaśmiał się złowieszczo inny pijany głos.
Mężczyźni widocznie postanowili nie dać łatwo za wygraną. Nikki słyszała ich wulgarne propozycje i, z gwałtownym biciem serca zaczęła biec.
Cały czas czuła na karku ich gorące, śmierdzące oddechy. W głębi serca ucieszyła się jak jeden ze ścigających ją mężczyzn potknął się o coś i upadł na ziemię. Na całą ulicę rozległy się wtedy jego obelżywe przekleństwa i „obietnice” pod adresem dziewczyny. Nikki bała się nawet myśleć, co by się z nią stało gdyby ją złapali.
Cały czas deptali jej po piętach. Skręciła za róg rozsypującej się kamienicy. Chciała jak najszybciej zgubić pościg. Jeden z napastników wcześniej wpadł na ten sam pomysł i skręcił we wcześniejszą przecznicę. Nikki dobrze wiedziała, że sama, w obcym miejscu ma nikłe szanse ucieczki, tym bardziej, że ścigający ją, mimo stanu odurzenia świetnie znali okolicę. Po chwili przekonała się jak bardzo.
Za następnym zakrętem wpadła w rozwarte ramiona jednego z napastników. Ten aż mlasnął z radości łapiąc długo oczekiwaną zdobycz. Krzyknął do swoich towarzyszy, a zapach z jego ust przyprawił ją o mdłości. Nikki próbowała się wyrwać z trzymających ją tłustych i spoconych rąk. Im bardziej się wyrywała tym mocniej oprawca ściskał ją ramionami. Wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu i zaczął przybliżać swoje do jej ust. Dziewczyna z obrzydzeniem splunęła mu prosto w twarz i kopnęła kolanem w jądra. Napastnik wydał z siebie ryk śmiertelnie ranionego bawoła, puścił Nikki i złapał się za obolałe miejsce. Odetchnęła z ulgą.
– Przeklęte miejsce – pomyślała.
Mimo odżegnania niebezpieczeństwa nadal nie czuła się zbyt bezpiecznie. Cofała się krok po kroku i aż krzyknęła, gdy poczuła parę rąk obłapiających jej piersi. Ze strachu serce podeszło jej aż do gardła.
Napastnik brudną od sadzy dłonią zatkał jej usta. Nikki nie miała już nawet siły, żeby się szamotać.

– Mam przeczucie, że wkrótce nasze sprawy przybiorą szybszy obrót – Gvidon siedział z zamkniętymi oczami na krześle.
Samuel patrzył na ojca w milczeniu. Liczył na to, że może dowie się czegoś więcej, ale Gvidon umilkł. Nie chciał zdradzać swoich myśli. Samuel musiał się dowiedzieć, co ojciec miał na myśli, co przed nim ukrywał. Młody prawnik nerwowo spacerował po spartańsko umeblowanym pokoju. Gvidon zawsze był oszczędny, skąpy nawet, a bogactwo rodziny miało być tylko na pokaz. Samuel zatrzymał się tuż przed krzesłem, na którym siedział jego ojciec, a jego cień złowrogo padł na starszego prawnika. Ten jednakże nawet nie otworzył oczu, żeby na niego spojrzeć. Siedział z opuszczoną głową, podpartą dłońmi. Jego łokcie wbijały się mocno w blat stołu.
– To znaczy?
– Odbieram dziwny przekaz. Ktoś próbuje się z nami skontaktować – Gvidon nadal nie otwierał oczu.
– Nie pierwszy raz – Samuel machnął lekceważąco ręką. – To nic nie znaczy.
Odetchnął z ulgą.
– Wręcz przeciwnie – Samuel aż przystanął z wrażenia. To nie był głos jego ojca. Zdawało mu się, że słyszy kogoś ze swej przeszłości; kogoś tak potężnego jak on sam. Ale czy to możliwe, żeby po tym wszystkim, co nastąpiło od ich ostatniego spotkania. To niemożliwe, żeby ten człowiek mógł jeszcze nawiązywać jakikolwiek kontakt mentalny.
Gdy Samuel widział go po raz ostatni, jego największy wróg wyglądał jak człowiek, co najmniej w wieku dziewięćdziesięciu lat, a jego dziwne oczy sugerowały, że mógłby być jeszcze o wiele starszy. Od tego czasu do dnia dzisiejszego minęło kilka lat. Samuel był pewien, że ten starzec już dawno sczezł w lochach tartaru. Ale odkąd dowiedział się, że to zombie, jak go często nazywał, nadal żyje i próbuje pomagać Mothmanowi czuł, że powoli traci grunt pod nogami. Ale to, że jeszcze miał na tyle siły psychicznej, żeby się z kimś kontaktować jak z medium przeraziło go.
– Cieszę się, że mnie poznajesz.
Samuel wszędzie rozpoznałby głos Cagliostra.
– Czego chcesz? – Zapytał grubiańsko, gdy otrząsnął się z pierwszego wrażenia.
– Mam dla Was interesującą propozycję.
W głosie Hrabiego nie dało się wyczuć żadnych emocji.
– Ani ja ani mój ojciec…
– Wiem, czym się zajmujesz. Mogę Ci pomóc albo Cię zniszczyć. Twój wybór. Czekam na odpowiedź po Waszym powrocie do Doliny.
Samuel chciał jeszcze coś powiedzieć, ale połączenie z Hrabią zostało przerwane. Gvidon powoli znów stawał się sobą. Oddychał powoli, ale miarowo jakby obudził się długiego snu.
Młody prawnik nerwowo chodził po pokoju.
– Musimy pierwszym pociągiem dotrzeć do Przeklętej Doliny. Nastąpił przekaz – powiedział nie przestając krążyć po spleśniałej podłodze.
– Od kogo? – Gvidon był całkowicie zaskoczony.
Wyraźnie się ożywił. Samuel był przyzwyczajony do tego, że jego ojciec zawsze zapominał szczegółów tuż po zakończeniu kontaktu.
– Od Cagliostra.
Ta krótka odpowiedź sprawiła, że starszy prawnik machinalnie się przeżegnał. Samuel nawet nie zwrócił uwagi na ten odruch dewocji ojca. Obaj milczeli zatopieni we własnych myślach. Ciszę przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi. Samuel miał nadzieję, że gość się jednak rozmyśli i odejdzie, ale po kilku sekundach ciche, przerywane pukanie rozległo się ponownie. Młody prawnik podszedł i wolno otworzył drzwi.
Obaj domyślali się, kim może być wieczorny gość – zostawili wyraźne wskazówki recepcjoniście na parterze, kogo ma im szukać, ale takiego widoku się nie spodziewali. Nawet Gvidon wstał i otworzył usta w niemym podziwie ujrzawszy stojącą w progu kobietę. Mimo chłodnej, wieczornej pory ubrana była niemalże tak jakby dopiero zeszła z plaży.
Pewnie mieszka w tym hotelu, pomyślał Gvidon. Jego wzrok zatrzymał się na czarnej, połyskującej bluzeczce ściśle przylegającej do ciała. Przez siateczkę można było dostrzec nagie, pełne piersi. Jak zaczarowany patrzył na jej głęboki dekolt. Samuel natomiast zamknął za nią drzwi, gdy weszła do pokoju. Przyjrzał się jej szczupłym udom ukrytym pod czarną spódniczką. Długie nogi dziewczyny były gładkie jak polerowane ostrze.
– Jak masz na imię?
– Jackie – głos miała jeszcze dziewczęcy. Ta rudowłosa piękność o modrych oczach i pełnych wargach mogła mieć zaledwie dwadzieścia lat, ale doświadczeniem zapewne mogła pokonać niejedną konkurentkę. Miała wszelkie walory, aby zostać gwiazdą. Na samą myśl o tym się uśmiechnął. Ona także odwzajemniła jego uśmiech.
Nie dała po sobie poznać, jakie na pierwszy rzut oka pokój zrobił na niej wrażenie. Najwyraźniej była przyzwyczajona do pracy w różnych miejscach. Nie okazała także zdziwienia, gdy Samuel położył dłonie na jej kształtnej pupie. Kolejny pociąg do Przeklętej Doliny odjeżdżał dopiero o brzasku, tam chcieli się z kimś spotkać i dopiero powiadomić Cagliostra, a więc mieli jeszcze około czterech godzin czasu.
– Nie bój się, Jackie – powiedział Gvidon zbliżając się do dziewczyny. – Wszystko zostanie w rodzinie. Będziesz naszą gwiazdą na jedną noc.

* * *

Pierwszym uczuciem, które przeniknęło jego ciało po odzyskaniu przytomności był przeszywający ból głowy. Na szczęście pamiętał, co się stało. Delikatnie dotknął potylicy i pod palcami poczuł zimny, wilgotny materiał. Domyślił się, że bandaże przesiąkły krwią. Miał wrażenie, że był nieprzytomny cały dzień. Znów leżał na łóżku. Wiedział, że nie powinien zabijać Lady M., ale nie panował nad swoimi uczuciami. Gdyby nie cios zadany przez Cagliostra ta kobieta nie siedziałby teraz tak spokojnie na fotelu naprzeciwko łóżka. Światło w pokoju było nieco przygaszone, ale wyraźnie widział swoją żonę. Siedziała i przyglądała mu się w milczeniu.
Detektyw z wysiłkiem i zaciśniętymi z bólu zębami usiadł na łóżku. Nigdzie nie dostrzegł hrabiego. Przez chwilę patrzyli na siebie nie wiedząc, co powiedzieć.
– Źle mnie oceniłeś. To nie jest zdjęcie Nikki, to Mary. Musisz mi pomóc ją odnaleźć, choćby po to, żeby ją pochować. Po to Cię wezwałam.
– Nikki może być następna r11; pomyślał.

Samuel i Gvidon czuli się zupełnie bezkarni, gdy opuszczali tandetny motel. Mimo, że byli jego jedynymi gośćmi nie przypuszczali, żeby ktoś ich słyszał. A gdyby nawet to i tak nikt nie mógłby ich odnaleźć.
Teraz, gdy siedzieli już spokojnie w pociągu i zbliżali się do Przeklętej Doliny, zastanawiali się ile czasu upłynie nim ktokolwiek znajdzie ciało Jackie. Nie spodziewali się, żeby specjalnie ktoś jej szukał. Z doświadczenia wiedzieli, że z reguły dziewczyny takiego pokroju jak ona nie miały rodzin ani znajomych. A gdyby nawet ktoś ją znalazł, to i tak nie mógłby rozpoznać jej zmasakrowanej twarzy.
I tak jak jej powiedzieli – wszystko zostało w rodzinie.

* * *

Zbliżał się poranek, ale na ulicach Przeklętej Doliny mgła szczelnie zasnuwała zaułki. Wiatr tańczący wśród liści drzew zagłuszał krzyk Nikki. Jej oprawcy dopiero teraz rozpoczynali swoją zabawę. Poczuła jak rozpinają jej spodnie. Znów zaczęła się szarpać, ale nadal bez rezultatu. Poczuła jak te dłonie, które jeszcze przed chwilą ledwo ją złapały, teraz bez trudu rozpinają jej spodnie i zdejmują je z niej. Po chwili, wśród obleśnego uśmiechu, odrzucającego zapachu i oddechu nieco już otrzeźwiałych napastników to samo uczynili z jej majteczkami. Teraz ich ruchy stawały się coraz bardziej skoordynowane, co oznaczało, że oprawcy zaczynali dochodzić do swego naturalnego stanu. Ich dłonie krążyły i zagłębiały się w coraz bardziej intymne miejsca jej ciała. Do napastujących ją mężczyzn dołączyło jeszcze kilka osób.
Jej przerażenie sięgnęło szczytu, gdy na wysokości pupy poczuła coś podłużnego i bardzo twardego. Nie mogła nawet krzyknąć, bo we mgle nie widziała, kto, ale ktoś ponownie zatkał jej usta i wsunął w nie palec.
Ale nic nie robili więcej i Nikki zupełnie nie wiedziała, co się stało.
– A może ze mną się zabawicie? – Usłyszała za swoimi plecami głos, który sprawił, że na chwilę odebrało jej mowę. Nie wiedziała, do kogo należał, ale po jego barwie zrozumiała, że choć ochrypły to jednak był to głos jakiejś kobiety. Nikki była pewna, że teraz obie zginą, ale wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Jeden z oprawców z przeraźliwym krzykiem przyłożył dłonie do oczu. Nikki nie wiedziała, co się dzieje. W otaczającej ją mgle dostrzegła dziwną, zielonkawą kulę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz większa i bardziej oślepiająca. Nikki także zaczęły boleć oczy, ale miała wrażenie, że dzięki tej kuli zaczynała coś widzieć, jakby ta dziwna poświata rozrzedzała mgłę. Na jej oczach przybrała kształt rąk i palców, które skoczyły do oczu napastnika i dziewczyna widziała jak mu je wydłubały. Oślepiony po omacku uciekł w mgłę. Pozostali oprawcy też nagle zniknęli. Nikki odwróciła się, aby podziękować tajemniczej kobiecie, ale gdy ją zobaczyła, słowa znów uwięzły jej w gardle. Patrzyła na osobę ubraną w mnisi habit. Bała się, że to ta kobieta z pociągu. Tylko jej kształty utwierdzały dziewczynę w przekonaniu, że jej wybawicielką była kobieta.
– Kim jesteś? – Zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. – A jak mogę ci podziękować?
– Wystarczy, że tu przyjechaliście.
Kobieta tylko machnęła ręką. Nikki przypadkowo ujrzała zniekształconą dłoń wystającą z rękawa. Wydawało się jej, że dostrzegła palce połączone błoną, ale wolała się im nie przyglądać. Na samą myśl o tym odczuwała silne mdłości.
– Chodź ze mną – ten głos także wydawał się Nikki dość dziwny.
Do ogólnego wrażenia dołączył jeszcze jeden szczegół. Otóż tajemnicza kobieta ani na chwilę nie zdejmowała kaptura z głowy. Dziewczyna nie mogła nawet dostrzec jej twarzy. I myśląc o swoim wcześniejszym wrażeniu nie miała ochoty jej oglądać. Mimo to, z bijącym ze strachu sercem ubrała się i zdała się na jej przewodnictwo.

* * *

Detektyw dopiero po chwili otrząsnął się z ogarniającej go apatii. Chcąc nie chcąc musiał raz jeszcze zaufać siedzącej naprzeciwko niego kobiecie.
– Załóżmy, że to wszystko prawda – jego bezbarwny głos powinien dać jej do myślenia.
– Jest jakby bliźniaczką twojej siostry. Mogłeś się pomylić patrząc na wycięty kawałek gazety. Nie mam do ciebie o to żalu.
Mothman tylko machnął lekceważąco ręką jakby to nie miało dla niego znaczenia. W rzeczywistości jednak było zupełnie inaczej.
– Jeśli mamy współpracowaćr30; – zmienił temat i odwrócił wzrok od kobiety, kierując go na jeden z arrasów wiszących na ścianie. – To powinniśmy się zastanowić gdzie rozpocząć poszukiwania. Masz jakiś pomysł?
– Hrabia Cagliostro mógłby nam pomóc, ale zauważyłam, że niezbyt przyjaźnie się do siebie odnosicie.
Ciekawe spostrzeżenie, zauważył w duchu. Ale trudno wymagać od niego, żeby szczególnie lubił podejrzane indywidua.
– Myślę… Jest takie jedno miejsce, to Bloody Cemetery. Nie wiem skąd wzięła się nazwa tego cmentarza. Jedna z ofiar tych maniaków została na nim pochowana, ale tutejsi Strażnicy nie zezwolili na oględziny zwłok. Może ty, swoim zawodem jakoś ich przekonasz.
– Nie wiem. Guardianie zwykle mnie unikają – udał, że się nad tym zastanawia, ale tak na prawdę uderzyło go stwierdzenie Lady. Nie wiedział czy się przejęzyczyła czy wiedziała coś więcej o popełnianych w dolinie morderstwach. Czemu powiedziała o sprawcach a nie o sprawcy? Nie wierzył w jej intuicję. – Ale spróbuję.

Po kilkunastu minutach pożegnał się z Lady M. Nie chciał tracić czasu na niepotrzebne rozmowy. Wyjaśnienia kobiety mogły być całkowicie fałszywe, ale musiał sam się o tym przekonać. Dostał od niej mapę Przeklętej Doliny i kierując się nią ruszył w stronę cmentarza.
Dziwnie czuł się w urzędowym stroju, ale czasem okoliczności zmuszały go do jego noszenia. Bardzo go nie lubił.
Wiedział, kogo ma szukać. Ze słów Lady wynikało, że ofiarą była córka miejscowego prefekta. Była tak zmasakrowana, że ojciec ledwo ją rozpoznał. Detektyw domyślał się, że łatwo odnajdzie miejsce jej pochówku – rodziny księży przeważnie miały okazałe groby. A gdyby było inaczej to zna jej nazwisko. Mimo mało sprzyjającej nawet na spacer pogody, nie wezwał woźnicy i nie skorzystał z powozu czekającego w stajni. Pomyślał, że spacer i chłodny wiatr wstającego dnia wywieje mu z głowy myśli udręki. Zdawał sobie sprawę, że nadal walczy z cieniem. Liczył na to, że idąc ulicami Przeklętej Doliny natknie się na ślad Nikki. Przecież ktoś musiał ją widzieć.
Stanął pod latarnią i w jej nikłym świetle spojrzał na mapę. Musiał założyć okulary i mocno wytężyć wzrok, żeby coś na niej dostrzec. Na ulicach nie widać było żywej duszy i skazany był tylko na swoje zmysły. Dowiedział się od Lady, że cmentarz znajduje się w środku doliny i tym się kierował. Spojrzał na tabliczkę na ścianie na pobliskiej kamienicy: znajdował się na ulicy Gościniec Podróżnych. Z trudem odszukał ją na mapie i upewnił się, że idzie w dobrym kierunku – do centrum doliny. Lada chwila powinien dotrzeć do cmentarza. Złożył mapę i schował ją wraz z okularami do kieszeni, co i raz to oglądając się na boki.
Raźniejszym krokiem skręcił w najbliższą przecznicę i po chwili, wśród opadającej mgły ujrzał żelazne ogrodzenie cmentarza.

* * *

Gvidon pierwszy wysiadł z pociągu, tuż za nim wyskoczył Samuel. Nie musiał patrzeć na zegarek, żeby się zorientować, która jest godzina – w Przeklętej Dolinie nie było przeskoku czasu. Poza tym mało, który z jej mieszkańców mógł sobie pozwolić na luksus posiadania zegarka.
Prawnicy spojrzeli na niebo; chociaż noce prawie niczym nie różniły się od dni, i może właśnie, dlatego życie w dolinie toczyło się własnym tempem – obie pory były zachmurzone, dżdżyste i chłodne, a mgła rzadko się rozrzedzała, nauczył się rozróżniać bladą poświatę księżyca od ledwo przebijających się promieni słońca.
Teraz Gvidon rozglądał się uważnie wśród grupek ludzi czekających na peronie na swoje pociągi, wyraźnie kogoś wypatrując.
– Powinni już tu być – powiedział przyciszonym, niemal ledwo słyszalnym głosem Samuel. Jego czujne oczy też nikogo nie dostrzegły. Czyżby nikt na nich nie czekał?
Poczekali jeszcze chwilę i gdy już mieli odchodzić, z szarości świtu wyłoniło się kilku mężczyzn.
Wolnym krokiem podeszli do siebie.
– Nikt was nie śledził? – Zapytał Gvidon.
– Nie, ale nie tego powinniśmy się najbardziej obawiać – odparł jeden z mężczyzn. Jego twarz przypominała maskę, na której nie malowały się żadne uczucia. Odkąd Gvidon go pamiętał, a znali się kilka lat, nie okazywał swoich uczuć.
Samuel nie umiał powstrzymać swoich emocji i chwycił mężczyznę za kołnierz płaszcza.
– Mów ważniejsze rzeczy.
Znajomy Gvidona nawet nie spiorunował wzrokiem młodego prawnika.
– Przyjechali.
Samuel odetchnął głęboko. Z biciem serca czekał na potwierdzenie swego złego przeczucia i właśnie nastąpiło to, czego się tak obawiał. Osłabł z wrażenia, puścił mężczyznę i Gvidon musiał podtrzymać syna, żeby nie upadł.
– To przez zmiany powietrza – wytłumaczył Gvidon. – Biedaczek, zawsze mu się to zdarza, gdy wracamy z jakiejś podróży. – Zdawało mu się, że uwierzyli i oby tak było.
– Gdzie są? – Głos Samuela był cichy jak szum wiatru.
– Śledziliśmy ich, ale nic o tym nie wiedzą. John Mothman mieszka u Lady M.
Prawnicy spojrzeli na siebie z niepokojem. Przeszli wraz ze zwiadowcami w ustronne miejsce i ukryli się przed niepotrzebnymi świadkami ich rozmowy, w budynku stacji kolejowej.

Teraz, gdy już siedzieli w knajpce dla podróżnych i wolno sączyli piwo, mogli swobodnie rozmawiać. Mało w niej było trzeźwych ludzi i mało, kto odważyłby się zaczepić czy podsłuchiwać rozmowę jedenastu ludzi.
– Co on tam robi?
– Moi informatorzy twierdzą, że z nią mieszka, podobno jak mąż z żoną.
Gvidon nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
– Może właśnie to chce nam przekazać Cagliostro – powiedział słabym głosem Samuel, który długo nie mógł dojść do siebie.
– Możliwe – odparł inny ze zwiadowców. – On także mieszka w tym domu.
Gvidon, usłyszawszy to, zakrztusił się piwem.
– Muszą się nienawidzić. A co z dziewczyną?
– Uciekła nam. Żyje, ale ciężko będzie ją odnaleźć.
– Skoro ją zgubiliście to skąd pewność, że jeszcze żyje?
– Była napastowana przez grupkę pijanych mężczyzn. Nie zdążyli jej zgwałcić, bo uratowała ją… – nie wiedział jak to powiedzieć.
Prawnicy, z jednej strony odetchnęli z ulgą, że Nikki nic się nie stało, ale z drugiej strony wyczuwali jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo.
– Kto? – Dopytywał się Gvidon. – I gdzie to miało miejsce?
– Niedaleko Klasztoru St. Mary.
Oczy Samuela rozszerzały się coraz bardziej.
– Kobieta – kontynuował ich rozmówca. – Ubrana w mnisi habit. I o bardzo dziwnym głosie.
– Widziałeś jej twarz?
– Nie, ale z jej całej postaci emanowała jakaś zielona poświata. Gdy dotknęła jednego z napastników poczułem swąd palonego mięsa i biedak uciekał z krzykiem, jakby go obdzierano ze skóry. Pozostali napastnicy także się rozpierzchli w popłochu.
– I nie widziałeś jej twarzy? – Jeszcze raz zapytał Samuel.
– Nie, stałem za daleko. Poza tym skryła ją pod kapturem.
Prawnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Podziękowali swoim rozmówcom, zostawili kilka złotych monet na zapłacenie rachunku i wyszli z budynku stacji, zostawiając mężczyzn przy pełnych kuflach.
– Musimy spotkać się z Cagliostrem.
– Ojcze. Myślisz, że to ona mści się po tylu latach?
– Nie mam żadnych wątpliwości. Musimy znaleźć dziewczynę.
– Ale gdzie?
Gvidon milczał.

* * *

Miejsce było dość przygnębiające. Odczuł to, gdy tylko zbliżył się do marmurowej, zarośniętej bluszczem i powojem bramy. Lady M. Ostrzegała go przed Strażnikami, ale żadnego z nich jeszcze nie spotkał na swej drodze. Nikt nie zatrzymał go nawet wtedy, gdy bez pozwolenia przeciskał się przez zardzewiałą, na wpół otwartą kratę. Zresztą zdawało mu się, że tak na prawdę cały cmentarz był bez dozoru. No, może tylko czarny kot był stróżem.
Zwierzę uciekło z sykiem spod buta detektywa, gdy mijał krzaki rosnące w pobliżu zaniedbanych grobów. Mothman dostrzegł tylko wystające żebra i liniejące futro kota. Długo do jego uszu dobiegało jeszcze miauczenie zwierzęcia, ale sam kot zniknął gdzieś między grobami.
Mothman wiedział, że będzie musiał sprawdzić wszystkie mogiły nim znajdzie interesujący go grób. Cmentarz imponował mu wielkością i detektyw przygotował się na kilkugodzinne poszukiwania.

Zaczął od grobów znajdujących się wokół, gdzieniegdzie pękającego i rozsypującego się już ogrodzenia. Następnie spoglądał na groby, krzyże i figury przedstawiające anielskie postacie, ale na żadnym z nich nie znalazł szukanego imienia i nazwiska.
Stopniowo zbliżał się ku środkowi cmentarza mijając poniszczone, popękane i zdewastowane groby, i obawiał się, że jego poszukiwania okażą się daremne, gdy, przeciskając się pomiędzy sięgającymi mu aż do piersi grobowcami, i odsuwając dłonią zroszone liście topoli rosnącej między nimi dostrzegł coś, co wyraźnie przykuło jego uwagę. Po prawej stronie ścieżki znajdował się mały, zupełnie niewidoczny wśród gałęzi grobowiec. Mothman zapewne nie zwróciłby na niego uwagi, tym bardziej, że napis na nim był mało czytelny. Ale na płycie nagrobnej siedział czarny kot, który kilka godzin wcześniej uciekł detektywowi spod buta, i wpatrywał się w niego prowokująco.
Mothman podszedł powoli do grobu. Gdy stanął tuż przed nim, kot zamiauczał jakby chciał mu coś powiedzieć i czmychnął z płyty. John, nie zastanawiając się nad tym, co robi, machinalnie pochylił się nad grobem. Nie zważając na szkło, dłonią zepchnął na ziemię potłuczone znicze i zwiędłe kwiaty. Jego oczom ukazał się zalany miejscami napis. Paznokciami zdrapał parafinę i przeczytał: Julie James. Znalazł tą, której szukał.
– To święte miejsce. Bez pozwolenia nie wolno tu wchodzić.
Drgnął słysząc te słowa. Nie spodziewał się, że ktoś go śledzi. Odwrócił się i ujrzał, stojącego przed sobą i rzucającemu mu złowrogie spojrzenia, mężczyznę. Patrząc na niego detektyw poznał, że takich ludzi miała na myśli Lady M. mówiąc o strażnikach.
Zacięta twarz i zimne oczy świadczyły o charakterze tego człowieka, dla którego nic się nie liczyło oprócz służby. Tylko, że Mothman nie bardzo wiedział, komu ten człowiek służył.
– Jestem tu w celach służbowych – odparł i sięgnął do kieszeni uniformu po dokumenty.
Strażnik nic się nie odezwał, tylko zmarszczył szpakowate brwi i przyglądał mu się badawczo. Mothman wyjął legitymację i podał mężczyźnie mówiąc:
– Prowadzę dochodzenie w sprawie zaginięć i zabójstw młodych kobiet.
Guardian albo go nie słuchał, albo bardzo dobrze udawał brak zainteresowania. W milczeniu przeglądał książeczkę legitymacyjną. Wyraźnie zwęziły mu się oczy, gdy zobaczył nazwisko i zawód Mothmana. Nie uszło to uwagi detektywa, który postanowił podążać dalej obraną ścieżką.
– I chciałbym obejrzeć zwłoki Julie James.
Strażnik drgnął i spojrzał groźnie na Mothmana. Z oczu biły mu błyskawice. Detektyw jednak wytrzymał jego spojrzenie.
– Dzisiaj to niemożliwe, Panie Detektywie – powiedział ironicznie i podkreślając ostatnie wyrazy. Z niechęcią oddał mu legitymację.
Mothman nie odpowiedział, schował dokument i skierował się ku bramie cmentarza. Czuł jednak odprowadzający go wzrok strażnika. Na pożegnanie usłyszał jeszcze:
– Śledztwo może niczego nie wykazać. A jeśli wykaże to tym gorzej.
Gdy Mothman obrócił się, ujrzał tylko oddalającego się człowieka. W promieniach słońca, ledwo przebijającego mgłę dostrzegł znajomy symbol, wyszyty na plecach munduru strażnika. Była to prosta, gruba kreska, od której, po prawej stronie, ukośnie skierowane w dół, i symetrycznie odchodziły dwie linie równej długości, tworząc jakby pół dłuższej strzałki, i leżącej na niej pół krótszej. Widział go wśród krwistych znaków, znajdujących się na stronicach „Autobiografii” Mary Mothman.
Sprawdzi to po powrocie do domu.

Tu znajdziesz schronienie. Tu będziesz bezpieczna – kołatały jej w głowie słowa tajemniczej wybawicielki. I tak właśnie było.
Siedziała w specjalnym pokoju, Pokoju Zagubionych Dusz – jak go nazywały opiekujące się nią zakonnice. Klasztor St. Mary wydawał się być najspokojniejszym miejscem na świecie. Nikki kontemplowała jego piękno. Nie był to taki klasztor, o jakich słyszała w opowiadaniach matki. Był piękny, ale gustowny i skromny. Nie było w nim marmurów, drogich kamieni – wszystko było w drewnie. Obrazy, ryciny – naliczyła ich jedenaście. Na ołtarzu zauważyła tylko posąg w kształcie krzyża, ale nie dostrzegła figurki Chrystusa. Nigdzie też nie widziała miejsca ukrycia Hostii. Pomyślała, że pewnie ksiądz przynosi ją na początku mszy.
Tyle zdążyła zauważyć, gdy wraz ze swoją wybawicielką przemierzała klasztor i teraz zastanawiała się nad tym w Pokoju Zagubionych Dusz. W sąsiedniej komnacie tajemnicza kobieta rozmawiała z księdzem.

Minęło kilkanaście minut nim drzwi się otworzyły i weszli do pokoju. Zakonnice wyszły zabierając naczynia do kuchni.
– Smakowało? – Zapytał ksiądz. Miał może trzydzieści lat i łagodne rysy twarzy. Jego głos wlewał ukojenie w serce.
– Tak. Bardzo dziękuję, Ojcze – odpowiedziała wstając zza stołu.
– Siedź, moje dziecko – poczuła nienaturalną siłę uścisku jego dłoni na swoim ramieniu. Była tak brutalna, że Nikki musiała ponownie usiąść za stołem. Ta siła zupełnie nie pasowała do łagodnego oblicza księdza.
– To jest Ksiądz Hugon – powiedziała tajemnicza kobieta. – Jest proboszczem tego klasztoru. Będzie traktował cię jak ojciec.
– Nie bój się. To nie więzienie – po tych słowach zostawił kobiety same, wychodząc z pokoju.
– Pokażę ci twoją sypialnię.
Nikki wstała i, wraz ze swoją wybawicielką wyszły z pokoju.

Ciekawość nie pozwalała mu nawet na chwilę oderwać myśli od tajemniczego symbolu. Gdy tylko przekroczył próg domu, przebieg kilka pokoi w poszukiwaniu Lady M. Nie zamknął nawet drzwi wejściowych. Służba nie wiedziała, co się stało, i przezornie wolała zejść mu z drogi, a nawet nie wychodzić z pokoi.
Odgłos jego butów roznosił się po parkiecie.
Mothman myślał, że pierwszą osobą, jaką spotka będzie Cagliostro, ale tak się nie stało. Zamiast niego, nieomal na niego nie wpadając wyłoniła się pobliskiego pokoju młoda pomocnica kucharki. Na rękach niosła kilka dopiero, co umytych talerzy. Detektyw nie zważał na nic. Stanowczo zagrodził jej drogę. Mocno chwycił ją za ramiona, tak mocno, że wypuściła talerze z rąk. John jakby nie słyszał tłukących się naczyń. Młoda dziewczyna nie odważyła się nawet spojrzeć mu w oczy.

– Przepraszam – powiedziała tylko ledwo słyszalnym, wystraszonym głosem. – Nic nie zrobiłam.
Detektywowi zrobiło się jej żal. Skarcił sam siebie w duchu i powiedział już nieco łagodniejszym głosem:
– Nic się nie stało. Wystraszyłem Cię. Chciałem się tylko dowiedzieć gdzie jest Lady.
Zwolnił uścisk i dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nadal nie miała odwagi podnieść na niego wzroku. Była od niego niższa, więc musiał patrzeć na nią z góry i wyraźnie widział jej pełne, unoszące się szybko piersi. Starał się odegnać od siebie sprośne myśli, ale nie potrafił oderwać wzroku od atrybutów kobiecości młodej dziewczyny.
– Pani jest w ogrodzie, ale prosiła, żeby jej nie przeszkadzać.
– Nie bój się. Wezmę odpowiedzialność na siebie – pogłaskał ją lekko po buzi. Dziewczyna przycisnęła swoją dłonią jego rękę do policzka.
– Dziękuję r11; wyszeptała.
John chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nagle puściła go i uciekła do drugiego pokoju. Mothman przez chwilę zastanawiał się nad jej zachowaniem, po czym przemierzył kilka korytarzy i wyszedł na balkon jednego z pokoi.
Schody prowadziły do ogrodu, który na oko mógł mieć kilka hektarów wielkości. Mothmanowi zdawało się, że w oddali widzi postać leżącą na trawie. Kształtem przypominała człowieka. Wolno zszedł po schodach i zagłębił się w krzaki i las, przetykany gdzieniegdzie polankami. Roślinność i drzewa miejscami tylko przepuszczały blade promienie słońca. Nie wyobrażał sobie ile potrzeba rąk ludzkich do zagospodarowania takiej połaci terenu.

Minęło kilkanaście minut nim wreszcie dotarł do leżącej pod jabłonią kobiety. Podniosła na niego wzrok, odrywając wzrok od czytanej książki. Zamknęła ją, gdy tylko zobaczyła, kto przed nią stoi, i wyciągnęła do niego rękę. Widziała jego groźne spojrzenie i zacięte wargi, ale nic nie powiedziała. Nadal trzymała tylko wyciągniętą przed siebie rękę. Ale jej oczy wyrażały miłość i błaganie, którym nie mógł się oprzeć.
– Dowiedziałeś się czegoś? – Zapytała kusząco miękkim głosem. Detektyw nie odpowiedział. Chwycił ją za rękę i usiadł koło niej na trawie. Wyraz jego twarzy się nie zmienił.
– Tak myślałam. Bałam się tego. Minie sporo czasu zanim Strażnicy przyzwyczają się do ciebie i zaczną z nami współpracować.
– Tak – odpowiedział niby od niechcenia.
Chciał sprawdzić jej reakcję. Nie pomylił się – Lady M. uniosła brwi z zaskoczenia.
– Tak, dowiedziałem się czegoś – nieco skłamał. – Co to jest? – Zapytał rysując patykiem tajemniczy znak na ziemi, ten sam, który ujrzał na płaszczu Guardiana i ten sam, który widniał na stronach Biografii Mary Mothman.
Kobieta przyjrzała mu się uważnie, po czym powiedziała, starannie dobierając każde słowo:
– To bardzo silny znak. Jeden z tajemnych, magicznych i alfabetycznych znaków ludów skandynawskich. Słyszałam, że ktoś w dolinie używał tych znaków, ale było to bardzo dawno temu. Rozumiem, że widziałeś ten znak w książce. Ja też go tam widziałam, jest w niej zapisany cały alfabet.
– Nie tylko w niej go widziałem. A co możesz mi powiedzieć o ludziach posługujących się tym symbolem w dniu dzisiejszym?
Kobieta milczała. Patrzyła tylko detektywowi prosto w oczy. Jej dłoń trzęsła się i nie wiedział czy ze strachu czy z wrażenia. Chciała coś powiedzieć, ale John ją ubiegł.
– Widziałem go na płaszczu strażnika.
Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.
– Jesteś tego pewien? – Głos Lady wyraźnie się załamywał.
– Tak jak ciebie teraz.
– Myślałam, że… – zaczęła ale urwała w połowie zdania. Mothman chwycił ją mocno za ramiona i potrząsnął nią. Był już na dobrym tropie.
– Co myślałaś? – Niemal krzyknął
– Że Ansuzyjczycy już dawno nie istnieją. Przestało być o nich głośno 20 lat temu. To niebezpieczni ludzie. Jeśli dalej istnieją to będę zmuszona prosić cię o opuszczenie doliny, gdy tylko odnajdziesz Nikki.
– Ale kim oni są? – Nadal trzymał ją mocno w swoich dłoniach. Oczy mu się zwęziły i zaczęły ciskać złowieszcze błyski. – Widzę, że dużo o nich wiesz.
– Tylko z książek – próbowała się bronić. – Pokażę ci jedną z nich. Lepiej będzie jak sam o nich poczytasz.
Lady M. spojrzała na niebo, które zasnuły ciemne chmury. Lada moment znów zaczną się opady. Wiatr przybrał na sile i zamieniał się już w porywach w wicher. Nagle cały ogród zaczął żyć. Szum liści zagłuszał ich słowa. Nie mogli się porozumieć. Nawet jabłoń nie mogła oprzeć się jego sile i niechętnie się pod nim ugięła.
Dopiero na balkonie John usłyszał jej urywane słowa.
– Gdzie są te książki? – Zapytał, krzycząc jej prosto do ucha.
– W bibliotece Hrabiego.
Mothman miał nadzieję, że się przesłyszał, ale niestety tak nie było. Znowu ten Cagliostro, pomyślał ze złością. Może, chociaż raz mu się na coś przyda. Ale interesowało go skąd hrabia ma wiadomości o ansuzyjczykach i czemu się nimi interesuje.
– Zaprowadź mnie tam.
– Hrabia nie lubi, nikogo nie wpuszcza do swojej biblioteki, ale go nie ma dzisiaj.
– A gdzie jest? – Zapytał detektyw.
– Nie wiem. Powiedział, że ma jakieś ważne spotkanie i prosił, żebyśmy nie czekali na niego z obiadem, ani z kolacją.
Mothmanowi zdawało się, że wyczuł podkreślenie ostatniego wyrazu.

Przeszli przez pokój. Ledwo weszli do niego, pokojówka zamknęła drzwi balkonowe. Garderobiany odebrał od Mothmana wierzchni strój urzędowy – był tak mokry, że krople lały się po parkiecie i zaniósł do garderoby.
Detektyw miał okazję bliżej przyjrzeć się swojej posiadłości. Kobieta prowadziła go po różnych korytarzach, pokojach. Oglądał sprzęt i pracujących w domostwie ludzi.
– Z czego utrzymujemy ten dom?
– Hrabia nam pomaga – odpowiedziała. Szli po schodach prowadzących na drugie piętro. Mothman nawet nie wiedział, że jest drugie piętro. Musiały to być prywatne pokoje Cagliostra i chyba nie mniej tajemnicze niż on sam. Lady M. zapaliła świeczniki stojące w korytarzu, żeby nie potknęli się o stopnie. – To chyba jedyne miejsca nieoświetlane w tym domu.
– Dlaczego?
– Hrabia nie zgodził się podłączać elektryczności. Nie wiem, czemu. Często w nocy słyszałam jak chodzi po piętrze. Kiedyś nawet zakradłam się zobaczyć, co robi, ale drzwi były zamknięte od środka. W każdym razie nie widziałam nawet iskry, a co dopiero światła. Jakby wszystko robił po ciemku. Gdyby teraz był w domu to nie miałabym odwagi nawet oddychać w tych zakamarkach domu, ale teraz go nie ma i możemy śmiało rozmawiać.
– Hrabia ma bardzo dużo tajemnic – zastanawiał się Mothman. – Może nawet za dużo.
– Dużo się zmieniło odkąd wyjechałeś.
– Wyjechałem? Cały czas mam wrażenie, że mylicie mnie z kimś innym. Ja nie mieszkam w dolinie, przyjechałem tylko, dlatego, że listonoszowi pomyliły się listy. Ty wysłałaś do mnie przesyłkę i od początku mnie okłamujesz, tak samo Cagliostro. I lepiej powiedz mi, o co tu chodzi.
– Dobrze.
Lady M. odwróciła się na szczycie schodów i spojrzała mu prosto w oczy. Stali przed drzwiami, które prowadziły do pokojów hrabiego.
– To ja wysłałam list i książkę. Twoja matka urodziła się w Dolinie. To jej dom. Zapisała go w spadku mnie, ale pod warunkiem, że cię odnajdę i za ciebie wyjdę. Cagliostro miał być gwarantem małżeństwa. Ślub odbył się kilka lat temu. Potem wyjechałeś i ślad po tobie zaginął. Zabrałeś ze sobą Nikki i zostałam sama. Postanowiłam cię odnaleźć i wiedziałam, że jesteś detektywem. Najlepszym pretekstem mogła być tylko sprawa, która by cię zainteresowała. Lata czekałam aż coś się wydarzy w dolinie i się doczekałam. Teraz już wiesz wszystko.
Patrzyła na niego i wiedział, że w tej chwili nic więcej nie mógł już z niej wyciągnąć. Na wszystko przyjdzie czas.
– Wierzysz mi? – Zapytała słodkim głosem zbesztanej dziewczynki. – Nie martw się, z czasem wszystko ci się przypomni. To wszystko przez ten przeskok czasowy.
– Masz rację – powiedział. Wiedział, że albo w tej dolinie wszyscy są szaleni albo on wkrótce oszaleje. – Pokaż mi książkę. Muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia, zanim ponownie spotkam się ze Strażnikami.
– Kiedy chcesz się z nimi spotkać?
Otworzyła drzwi. Nie wiedział skąd, ale miała klucz do zamka. Uśmiechnęła się widząc jego zaskoczenie.
– To jest nasz dom. Dla bezpieczeństwa musimy mieć zapasowe klucze do wszystkich pokoi – uśmiechnęła się kokieteryjnie. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Jutro – rzekł sucho, wchodząc do ciemnego pomieszczenia.
Przez chwilę stała bez ruchu. Teraz ona była wyraźnie zaskoczona. Odpaliła knot świecy od świecznika stojącego na schodach. Weszła za Johnem i odpaliła od niej świeczniki. Oczom detektywa ukazał się obszerny pokój. Na suficie nie dostrzegł żadnego żyrandola, tylko kilkanaście świeczników zamocowanych przy ścianach oświetlało pomieszczenie. W pokoju było jedno okno, ale tak małe, że przepuszczało niewiele światła. Cagliostro musi mieć świetny wzrok, pomyślał Mothman.
Pod ścianą stał drewniany segment cały wypełniony książkami. Zaiste, była to prawdziwa biblioteka. John tylko przelotnie oglądał oprawione w skórę, zapewne zwierzęcą, woluminy, papirusy o datach sprzed wieków. Ale nie dostrzegał między nimi zwykłej literatury tylko księgi znajdujące się do nie dawna na Indeksie Ksiąg Zakazanych. Niektóre z nich nadal jeszcze były do niego wpisane. Czyżby hrabia parał się czarną magią?
Lady M. w milczeniu przeglądała tytuły książek. Nie miała tak dobrego wzroku jak właściciel pokoju i podświetlała segment trzymanym w ręku świecznikiem. W pewnej chwili jej dłoń zatrzymała się na chwilę.
– Znalazłam – powiedziała. Wyjęła z półki książkę i podała Mothmanowi.
Detektyw rzucił na nią z ciekawością. Nie sądził, żeby znalazł w niej coś, co mogłoby zaważyć na prowadzonych przez niego poszukiwaniach, ale przez lata prowadzonej pracy nauczył się, chociaż pobieżnie studiować wszelkie dokumenty. Jednakże tytuł, który teraz miał przed oczami mógł go do czegoś doprowadzić. W milczeniu wziął z jej rąk zakurzony wolumin. Skórzana oprawa była szorstka w dotyku, dobrze zakonserwowana i na pewno była naturalna.
– Myślę, że powinniśmy się przyjrzeć tej książce. Za ile może wrócić hrabia? – Nie odrywał wzroku od książki.
– W każdej chwili. Co chcesz zrobić?
Nie odpowiedział. Podszedł do stolika ustawionego pod ścianą, naprzeciwko kredensu i położył książkę na blacie. Kobieta odprowadzała go wzrokiem.
– Postaw świecznik na stoliku, ale nie gaś go. I stań koło stolika skierowana w stronę drzwi.
W czasie, gdy to robiła, Mothman zaczął się przechadzać wolno wzdłuż każdej ściany.
– Czym zajmuje się hrabia w wolnych chwilach? Ma jakieś ulubione miejsce? Ma jakieś hobby?
– Nie wiem. Rzadko wychodzi z tego pokoju. Ale czasem go nie ma i… – zawahała się.
– I? – Zatrzymał się na chwilę. Przyglądał się jej z wyraźnym oczekiwaniem.
– Nie wiem, do czego zmierzasz? Podejrzewasz mnie o coś?
– Póki, co, każdy jest podejrzany – w zamyśleniu podrapał się po trzydniowym zaroście.
– Nikt nie wie gdzie on wtedy jest.
– Dziwne. Ja nie mógłbym wytrzymać w jednym pokoju, mając dyspozycji cały dom. Wspominałaś, że ma więcej pokoi.
– Tak, ale wejście do nich znajduje się w innej części domu. Zetrzesz sobie skórę – widziała, jak co jakiś czas dotykał dłonią ściany.
– Obejrzyjmy tę księgę.
– Tutaj? – Zapytała przerażona. – A jeśli nagle hrabia przyjdzie?
– Wtedy… – niby przypadkowo oparł się o ścianę dłonią i Lady M. usłyszała najpierw przeraźliwe skrzypienie, a potem jej oczom ukazało się ukryte za ścianą mroczne pomieszczenie. – Myślę, że zamyka się samoczynnie po wejściu do pokoju. – Podszedł do stolika, a ściana pozostała odsunięta.
W milczeniu siadł w fotelu i przysunął bliżej świecznik. Kobieta przysunęła drugi fotel i siadła obok Johna, żeby także widzieć książkę. Palcem przesunął po tłoczonym tytule jakby chciał się upewnić, że jest rzeczywisty. Odwrócił okładkę i w świetle świec płonących w świeczniku zobaczył namalowany taki sam znak, jaki widział na płaszczu Strażnika. Nad nim czerwone litery głosiły: Historia Zakonu Ansuzyjczyków.
– Domyślam się, że jest to jakaś sekta – powiedział półgłosem.
– Bardzo groźna.
– Zakładam, że czytałaś tę książkę – spojrzał pytająco na kobietę.
– Tak, ale bardzo dawno temu. Mimo to myślę, że uda mi znaleźć w niej coś, co może nam się przydać.
– To poszukaj, ja muszę chwilę pomyśleć.
Podał jej książkę, a ona z werwą zaczęła ją przeglądać.

Co chwilę zamykał oczy i otwierał je tylko gdy pokazywała mu pewne opisy. Analizował fakty. Co jakiś czas dochodziły nowe. Książka była ciekawa, a Lady M. umiała szybko znaleźć najważniejsze rzeczy. Wiedział już, kiedy powstał Zakon, z raczej sekta, kto stał na jego czele i jakie miał źródła pochodzenia. Mniej więcej też orientował się w regułach życia i zasadach postępowania. Ale to była historia. Nadal jednak nie wiedział, czym ansuzyjczycy zajmowali się obecnie.
– Nic więcej na razie nie znajdę.
– Myślę, że to chwilowo powinno nam wystarczyć. Jutro sprawdzę informacje. Chodźmy, zrobiło się późno. Książkę weźmiemy ze sobą – może się nam jeszcze przydać. Cagliostro ma tu tyle książek, że z pewnością nie zauważy jak sobie jedną od niego pożyczymy.
Lady M. nie protestowała. Odstawiła fotel na swoje miejsce, zabrała świecznik ze stolika, a pozostałe zgasiła.
– A co z ukrytym przejściem?
– Musi tak zostać – odpowiedział John wychodząc z pokoju. – Może się samo zamknie.
Kobieta podążyła za nim. Zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. W milczeniu zeszli po schodach. Na piętrze doleciał do nich zapach obiadu. Unosił się po całym domu.
– Chyba dzisiaj znowu zjemy sami – uśmiechnęła się. Detektyw nie miał nic przeciwko temu.

* * *

Cagliostro i prawnicy, wszyscy trzej domyślali się gdzie może przebywać Nikki Mothman i kto może jej pomagać. Każdy z nich chciał ją wydostać z ukrycia.
Ksiądz Hugon wszedł do bocznej kapliczki przy klasztorze i ukląkł na ziemi. Nie zważał na kałuże i błoto. W milczeniu pogrążył się w modlitwie. Postanowił zaopiekować się dziewczyną, ale potrzebował siły i wiary, oświecenia od Boga. Wierzył, że gorąca i szczera modlitwa pomoże mu. Może z czasem odnajdzie jakąś rodzinę Nikki. Na razie musi pomóc biedaczce. Jego przyjaciółka nie powiedziała mu, co jej grozi, ale nie miał wątpliwości, że chodziło o życie Nikki. A to było teraz dla niego najważniejsze.
Tak się zapomniał w modlitwie, że przestał całkowicie słyszeć, co się dzieje dookoła niego. Nie słyszał zbliżających się do niego kroków. Miał zamknięte oczy, żeby lepiej się skupić i nie widział nawet cienia rzucanego przez atakującego go napastnika.
Pierwszy cios pobawił go przytomności. Ksiądz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zabójca pochylił się nad nieprzytomnym ciałem i przyjrzał się wyraźnie jego twarzy.
– Ojczulku, złamałeś pewne zasady. Nie ma kary bez winy.
Złośliwy uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy spod płaszcza wyjął ostry jak brzytwa nóż i sprawnym ruchem podciął ofierze gardło. Przez chwilę z chorą fascynacją przyglądał się mieszającej się z kałużą krwi. Końcówką noża, na czole księdza wyciął tajemnicze symbole. Opłukał nóż w kałuży, schował pod płaszcz i w milczeniu opuścił teren klasztoru.

Konrad Staszewski

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział III

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

Rozdział III
Furman nawet nie zdążył zatrzymać koni, gdy pierwszy mężczyzna wyskoczył na chodnik. Jego, do niedawna jeszcze lśniące, czarne buty rozchlapały kałużę na boki. Ubrany w długi, czarny płaszcz mężczyzna zaklął pod nosem i krzyknął do swoich towarzyszy, aby się pośpieszyli.
– A zapłata? – Zapytał bezceremonialnie furman.
Mężczyzna, który pierwszy wyskoczył na chodnik, odwrócił się do niego myśląc, że to pytanie było skierowane tylko do niego i odparł zaczepnie:
– Za chwilę wracamy. Chyba, że nie chce pan na nas czekać. A może ma pan coś na sumieniu i woli nie stać przed gmachem tej instytucji?
Przy tych słowach mężczyzna w płaszczu spojrzał wymownie na swego rozmówcę. Ten spojrzał tylko na drzwi wejściowe do budynku i nic się już nie odezwał. Nasunął tylko kaptur na głowę, jakby dla niepoznaki.
Mężczyzna w czerni uśmiechnął się pod wąsem i ruszył w stronę wejścia. W między czasie z furmanki wysiedli pozostali mężczyźni. Wszyscy wyglądali tak samo, tak samo byli ubrani – jakby należeli do jakiegoś stowarzyszenia. Ale furman wolał nie wiedzieć za dużo. Odetchnął z ulgą, gdy wysiedli.
Przyprawiali go o gęsią skórkę, chociaż sam nie wiedział, z jakiego powodu.

– A jeśli go już nie będzie? – Mężczyzna nie był tak pewny siebie jak ten, który rozmawiał z furmanem i teraz szedł tuż przed nim. Był młodszy, ale bardzo przypominał go nie tylko z wyglądu. Miał podobne, tylko nieco łagodniejsze rysy twarzy i tak samo zimne i przenikliwe oczy.
– I tak go znajdziemy, synu.
– Panowie do…? – Zagadnął ich strażnik pilnujący parteru. Mężczyźni spojrzeli na siebie równocześnie, po czym przenieśli wzrok na uniform młodego obrońcy prawa. Strażnik poczuł się bardzo nieswojo. Cofnął się o kilka kroków i znalazł się w pomieszczeniu, które służyło za recepcję, a z zewnątrz wyglądało jak dobrze zaopatrzony sklep z bronią. Sięgnął pod ladę jakby szukał pistoletu. W rzeczywistości jednak starał się wymacać dłonią dzwonek alarmowy.
– Nie chcieliśmy Pana przestraszyć tym najściem. Szukamy detektywa Mothmana. Wie o naszych odwiedzinach – gładko skłamał młodszy z mężczyzn. Gdy wypowiadał te słowa nawet powieka mu nie drgnęła. Sięgnął do kieszeni i wolno, ale zdecydowanie zbliżył się do „budki” strażniczej. Guardianowi, widocznie mało jeszcze doświadczonemu w pracy, kropelki potu wystąpiły na czoło i zaczęły trząść się ręce. Ubrany w płaszcz mężczyzna położył mu na biurku jakąś małą karteczkę. Strażnik spojrzał na nią i odetchnął nieco spokojniej. Mógł się domyśleć, że to prawnicy: świdrujące, zimne oczy i energiczny, zdecydowany chód, zimne rysy twarzy. Obrazu dopełniał ich ubiór – te buty z najlepszej skóry, bawełniane długie płaszcze, teraz rozpięte i śnieżnobiałe koszule musiały kosztować majątek. Jeden z nich miał jakąś teczkę, pewnie z dokumentami. Guardian uspokoił się nieco, przypomniał sobie plotki o Panie J.M., jak mówiono o detektywie Mothmanie, krążące wśród pracowników całej Guardian Street. Może nie powinien się dziwić jego gościom.
– To taka mała klitka na…
– Znajdziemy – przerwał mu „mężczyzna od wizytówki” i odwrócił się w stronę swoich towarzyszy. Wszyscy w milczeniu ruszyli ku schodom prowadzącym na piętra.
– „Smith ‚n’ Smiths Lawyer Co.” Mogą mi się jeszcze kiedyś przydać – pomyślał strażnik chowając wizytówkę do kieszeni spodni i spojrzał na zegarek stojący na biurku. Otworzył zeszyt i zanotował skrupulatnie godzinę odwiedzin prawników.

Minęli kilka korytarzy i pokoi nim dotarli do gabinetu detektywa. Mijani przez nich pracownicy nie zwracali na nich większej uwagi, widocznie mieli pełne zaufanie do strażnika na parterze, albo byli tak zadufani w sobie, że nikt nie ośmieli się zaatakować w jakikolwiek sposób siedziby stróżów prawa.
Przybysze stanęli przed drzwiami detektywa i spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– A jednak się spóźniliśmy – pomyślał Gvidon patrząc na kawałek kartki przyczepiony tuż pod metalową plakietką z inicjałami detektywa.
– Kazał posprzątać gabinet? Może ktoś nas uprzedził, ale nie sądzę, żeby znalazł rękopis albo zdjęcie, ojcze. Może wejdziemy i sami poszukamy? – Zapytał młodszy z mężczyzn. Pozostali spojrzeli wyczekująco na Gvidona.
– Nie mamy na to czasu Samuelu. Musimy go znaleźć zanim wyjedzie do doliny. Mam dziwne przeczucie, że ktoś mu pomaga.
Zbiegli po schodach na parter i, nie zatrzymując się nawet przy strażniku, wybiegli z budynku. Furman czekał tam, gdzie go zostawili.
– Ruszaj! – Rzucił ostro Gvidon wskakując do furmanki jako ostatni.
– Jedziemy do jego posiadłości? – Stukot kopyt prawie zagłuszył pytanie.
– Nie. Złapiemy go na nabrzeżu.
Furman zrozumiał, że ma się kierować do portu.

Pierwszą myślą, jaka teraz krążyła mu po głowie było jak najszybciej spakować bagaże i odnaleźć Cagliostra. Nic nie zwróciło jego uwagi – ani uchylona furtka na podwórzu, ani ślady błota zostawione na klatce i schodach – a może nie chciał ich widzieć. Myślał tylko, co powinien spakować.
Wbiegł po schodach, przeskakując po dwa, trzy stopnie i stanął zaskoczony przed swoim gabinetem, nie mogąc złapać oddechu ani wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Jego wzrok wędrował z jednej zapakowanej i zamkniętej szczelnie skórzanej walizki, na której widniały wyszyte inicjały J.M. na drugą z inicjałami N.M. Pomiędzy nimi widział parę wypolerowanych butów. Ich właściciel stał wsparty o grawerowaną laskę ze złotą rączką i uśmiechał się najwyraźniej zadowolony i dumny z siebie.
Detektyw zebrał w sobie resztkę siły i rzucił się na niego i rękami chwycił za kołnierz. Stracili równowagę i wpadli do gabinetu. John przygniótł przeciwnika do ściany i uniósł do góry. Tamten poczerwieniał na twarzy, ale nie zmienił wyrazu oczu i nie wypuścił laski z ręki. Żaden wyraz skrzywienia, bólu, złości ani zaskoczenia nie przebiegł przez jego oblicze.
– Gdzie jest moja siostra?! – Wysapał detektyw. W jego oczach tliły się iskierki szaleństwa. – Mów, łajdaku!
– W Przeklętej Dolinie – wykrztusił z siebie Cagliostro.
– Zabiję Cię!
– Jeśli Ci się uda – na wargach hrabiego pojawił się ironiczny uśmiech. – Ale wątpię czy ją wtedy odnajdziesz.
Detektyw puścił Cagliostra, nie chciał popełnić morderstwa, poza tym tylko hrabia wiedział gdzie jest Nikki.
Hrabia poprawił płaszcz. John nie wiedział, co ma robić, złapał się za głowę.
– Pomyślałem, że lepiej będzie jak wyjedziemy jeszcze dzisiaj. Spakowałem nasze bagaże.
Słowa hrabiego nieco otrzeźwiły Johna.
– Ale tu jest tylko walizka Nikki i moja a…?
– Moja jest w przechowalni na dworcu. Pociąg mamy za godzinę.
– Ale nie mogę tak zostawić… – wahał się jeszcze detektyw.
– Tu chodzi o życie Nikki.
John w odpowiedzi chwycił walizki i zbiegł po schodach. Hrabia podążył tuż za nim. Zostawili domostwo na pastwę losu. Detektyw tylko pozamykał drzwi i furtkę. Gdy znaleźli się na ulicy krzykiem wezwali powóz. Wrzucili bagaże na sam tył i wsiedli do środka.
– Zawieź nas na dworzec! Co koń wyskoczy! – Krzyknął John siadając wygodniej. Gdy zamykał drzwiczki usłyszał świst bata i rżenie paru koni. Z miejsca ruszyli galopem.
– Pogoda nam sprzyja – rzekł niby od niechcenia Cagliostro. John wyjrzał przez okienko – nawet nie wiedział kiedy słońce zatrzymało się w zenicie.
Ulica w połowie była jeszcze zamarznięta, a w połowie już zabłocona.
John nic się nie odezwał. Postanowił milczeć całą drogę i przeanalizować zaistniałą sytuację. Nie wyglądała ona zbyt ciekawie: najpierw zaginięcie matki, potem tajemnicze przesyłki, zniknięcie Nikki, a teraz wyjazd z nieznajomym i podejrzanym. Ale John miał dużo czasu na refleksje, ponieważ stacja Jednego Szlaku znajdowała się na drugim końcu miasteczka.
Ukradkiem tylko zerkał na wyniosłego towarzysza podróży.
– Kim Ty naprawdę jesteś? – Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, ale wiedział, że najbliższe dni, a nawet godziny, mogą przynieść mu wiele niespodzianek nie bardzo przyjemnych. Nie wiedział czy hrabia zdaje sobie sprawę, że jest bacznie obserwowany.
Zdawało mu się, że Cagliostro specjalnie nie patrzy w jego stronę. Jakby tendencyjnie zamknął oczy i udawał, że śpi.

Cagliostro obudził się w momencie, gdy wjechali na brukowaną uliczkę prowadzącą na stację. Spojrzał na detektywa i uśmiechnął się jak gdyby cieszył się z jego widoku.
– Chyba dojeżdżamy – Mothman próbował odgonić od siebie złe myśli. W tej samej chwili woźnica zatrzymał konie.
– Jesteśmy na miejscu – detektyw rozpoznał głos młodego lekarza. – Dziwny zbieg okoliczności – pomyślał.
Wysiadł z powozu, a za nim lekko wyskoczył hrabia. Oparł się o swoją laskę i przyglądał się w milczeniu jak woźnica zdejmuje ich walizki i kładzie je na chodniku.
– Proszę zanieść je na peron – powiedział sucho hrabia.
– Myślę, że wystarczająco nam Pan już pomógł – odparł detektyw. Swoje słowa skierował do lekarza, ale wzroku nie spuszczał z Cagliostra. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak rewolwerowcy przed pojedynkiem. W między czasie młody mężczyzna podniósł walizki i skierował się na peron.
Cagliostro i detektyw patrzyli na siebie w milczeniu. Mothman odwrócił się od hrabiego i także poszedł na dworzec. Odchodząc krzyknął przez ramię:
– Albo zdążysz albo jadę sam!
– I tak sam nie pojedziesz!
– Zobaczymy – pomyślał.

* * *

– Przeklęta Dolina? – Marynarz był wyraźnie zdumiony. Patrzył na kilku mężczyzn stojących koło niego. Nie wiedział czy ich pytanie powinien traktować jako żart czy pytali poważnie. Inni marynarze, siedzący nieopodal i pijący piwo z kufli, usłyszawszy ich rozmowę nie mieli najmniejszych wątpliwości i śmiali się do rozpuku.
Jeden z nich, mimo tego, że ledwo mógł utrzymać się na nogach, podszedł do nich i oparł się o Samuela. Otoczył go ramieniem i chuchał mu prosto w twarz. Jego towarzysze śmiali się na całe gardła.
– Chcecie dopłynąć do Przeklętej Doliny? – Zagadnął. – To bardzo daleka podróż. Widzisz przyjacielu, właśnie stamtąd wróciłem i do tej pory cierpię na chorobę morską.
Marynarz pozieleniał na twarzy i zrobił taką minę jakby miał zamiar wypluć swoje wnętrzności wprost na Samuela. Ale jego twarz nagle zmieniła kolor z zielonej na trupio bladą i oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy mężczyzna w czerni wyjął spod płaszcza rewolwer i przyłożył mu lufę do brzucha. Teraz nikt już nie odważył się uśmiechnąć. Przedstawienie przestało być zabawne.
Przyglądający się temu zdarzeniu marynarze, pomału, krok po kroku zaczęli podkradać się do stojących przed nimi mężczyzn w czerni. Ale któryś z nich widocznie zauważył kącikiem oka jakiś ruch, bo odwrócił się w stronę skradających się i jednoznacznie sięgnął ręką pod płaszcz. Marynarze nie zauważyli, że w czasie rozgrywającego się widowiska przyjechały jeszcze dwa powozy i wysiedli z nich inni, ubrani także na czarno mężczyźni. Teraz już nie było ich czterech, ale tuzin. Marynarze byli całkowicie zdezorientowani: niektórzy złapali się za głowy mniemając, że oszaleli, kilku uciekło, a pozostali wrócili do swoich kufli pozostawionych w kantynie.
– Do przeklętej Doliny nikt nie pływa dla przyjemności i mało, kto stamtąd powraca. Każdy, kto ma tam wypłynąć najpierw spisuje testament. Poza tym to daleka podróż – powiedział poważnie stary marynarz. – Nikt z Wami nie popłynie. A odpowiadając na Wasze pytanie: z tego portu, nie tylko dzisiaj, ale w ciągu kilku ostatnich dni nie wypłynął ani jeden statek do Przeklętej Doliny, o którym bym nie wiedział. A Wy się nie boicie? – Zapytał.
– Nie – odpowiedział twardo Gvidon, ten sam, którego rodzice kiedyś, przypadkiem znaleźli się w Przeklętej Dolinie i pozostali w niej już na zawsze; ten sam, który się w niej urodził i wychował. – A jak możemy się do niej dostać? – Zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
– Balonem albo pociągiem.
Wsiedli do powozów nie odwracając się ani nie dziękując marynarzom. Gvidon dobrze wiedział gdzie jest dworzec. Z Samuelem i kilkoma innymi pojechał na stację Jednego Szlaku, a pozostałe furmanki porozjeżdżały się w przeciwnych kierunkach.

Młoda jasnowłosa dziewczyna wsiadła do wagonu. Pociąg był podstawiony – tak jakby tylko na nią czekał. Znalazła wolne miejsce koło jakiejś starszej kobiety, czytającej Wiejskie Wieści i usiadła nie pytając jej o pozwolenie. Nie zwracała uwagi na ciekawskie spojrzenia innych pasażerów, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie codziennie widzi się kogoś jadącego do Przeklętej Doliny bez jakiegokolwiek bagażu.
Siedząca naprzeciwko niej kobieta, ubrana nieco jak mniszka w czarny habit, nawet na nią nie spojrzała. Gazeta drżała jej w rękach, gdy przewracała kolejne strony. W pewnym momencie Nikki mignął przed oczami nagłówek gazety: „Bestialskie zabójstwo młodej dziewczyny”.

* * *

Wnieśli bagaże do pociągu w momencie, gdy już ruszał. John odwrócił się do lekarza, żeby mu podziękować, ale ten już zdążył wyskoczyć, w ostatniej chwili, gdy pociąg nabierał szybkości. Detektyw zobaczył go przelotem na stacji. Przeniósł bagaże do wolnego przedziału i usiadł przy oknie.
– A jednak nie zdążył” – uśmiechnął się na samą myśl o Cagliostrze. W wyobraźni widział go wybiegającego z bagażem z przechowalni i dobiegającego na stację w momencie, gdy pociąg już znikał na zakręcie.
– Teraz pewnie stoi oparty o tą swoją laskę i wyciera pot z czoła.
Mothman zamknął oczy i spróbował się wyciszyć. Może nawet udałoby mu się zasnąć gdyby nie usłyszał ogłuszającego niemalże dźwięku otwieranych drzwi. Jak z najgorszego koszmaru do przedziału wszedł lekkim krokiem Cagliostro. Na jego twarzy nie było widać żadnego śladu zmęczenia. Z uśmiechem na twarzy postawił swoją walizkę obok bagaży Johna.
– Zdążyłem – powiedział z taką beztroską w głosie jakby to było coś najzwyklejszego na świecie. Zdjął płaszcz i Mothman ze zdziwieniem stwierdził, że hrabia ma na sobie czyściutkie, świeże ubranie, jakby odebrane prosto od krawca. John nie wiedział kiedy jego towarzysz podróży zdążył się przebrać w krwistoczerwoną, szytą według najnowszej mody koszulę, ze złotymi zapinkami; spodnie tego samego koloru o rozszerzanych ku dołowi nogawkach, zakończonych falbanami i przykrywających wypolerowane trzewiki. Przy tym ubraniu nawet jego twarz wydawała się być jakby młodsza, a ostre rysy łagodniejsze. Tylko oczy nadal pozostawały tajemnicze i nieprzeniknione.
– Czeka nas ekscytująca podróż.
– Nie rozumiem – odparł, zaskoczony detektyw.
– Mamy okazję poznać miejsce, o którym krążą niesamowite opowieści.
– Z naszej wcześniejszej rozmowy zrozumiałem, że kiedyś już tam byłeś Hrabio.
– A ja, że nasze kontakty przestały już być takie oficjalne, Detektywie.
Mothman poczuł się jakby dostał w twarz, ale nic się nie odezwał. Cagliostro ze stoickim spokojem kontynuował:
– Nie przeczę, byłem tam nieraz, ale powiedzmy, że… – zamilkł jakby chciał odpowiednio dobrać słowa. – Moje podróże odbywały się na nieco innych zasadach.
– Czy w tym także pomagali Twoi mocodawcy?
– Poniekąd, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły. Musimy mieć do siebie trochę zaufania, a i tak obaj mamy jakieś tajemnice i póki, co niech tak zostanie. Wkrótce poznasz moich przyjaciół.
John, nie wiedząc, czemu, jeszcze raz spojrzał głęboko w oczy swojemu rozmówcy – były inne i mimo woli go przyciągały, jakby chciały mu wyjawić jakąś tajemnicę skrywaną przed całym światem i przez całe lata. Poczuł się nagle bardzo znużony.
– Pewnie to ten monotonny dźwięk jazdy – pomyślał. Jego zmysły się przytępiły. Jak za sprawą zamkniętych szczelnie drzwi przestał cokolwiek słyszeć. Oczy same mu się zamknęły. Zmuszając się jeszcze do karkołomnego wysiłku, na chwilę otworzył je i ujrzał, siedzącego naprzeciwko siebie i patrzącego na niego wyrozumiale Cagliostra. Zdawało mu się, że ma swoiste deja vu, ale to wrażenie minęło tak szybko jak się pojawiło.
Niespodziewanie przed jego oczy napłynęły obrazy, które do tej pory starał się wyrzucić z pamięci.

Znów stał przed lustrem i przyglądał się swemu odbiciu. Nieraz zastanawiał się jak będzie wyglądał w przyszłości. W pokoju przylegającym do salonu, przebierała się jego młodsza siostra. Wiedział, że w przyszłości będzie musiał się nią zajmować, ale ta przyszłość wydawała się jeszcze taka daleka. Była między nimi różnica wieku kilku lat, ale patrząc w lustro nie widział już dziecka tylko dorastającego młodzieńca i był z tego dumny. Młody i silny pragnął złamać świat, ale nie wiedział jeszcze, że już niedługo to świat złamie jego.
Wrócił do swojego pokoju i wyjrzał przez okno. Jego matka biegała boso po ogrodzie i wchłaniała pierwsze zapachy wiosny. Ta kobieta była dumą całego rodu.
– John! – Zawołała dostrzegając go w oknie. Jej głos był tak dźwięczny jak śpiew słowika. – Niech Nikki pomoże mi zebrać kwiaty do wazonu!
Taki obrządek odbywał się u nich w domu, co roku. Gdy odszedł od okna ponownie usłyszał krzyk, ale nie był to już krzyk ich matki. Obudził się. Czuł, że drży z wrażenia.
– To tylko zły sen – tłumaczył sam sobie. Jakby w odpowiedzi usłyszał kolejny kobiecy krzyk. Dochodził z pociągu. Rozejrzał się, dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł Cagliostra.

Nikki zupełnie nie wiedziała, co robić, pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Spoglądała raz po raz to na siedzącą naprzeciwko niej kobietę, a raz na mężczyznę, który przed chwilą otworzył drzwi do przedziału i był nie mniej niż ona zaskoczony reakcją kobiety. Patrzył na Nikki i widocznie zastanawiał się czy nie powinien siąść w innym wagonie, bo jedną nogą przekroczył próg, a drugą stał jeszcze za nim. Zdecydował się, gdy usłyszał kolejny, ogłuszający niemalże krzyk pasażerki. Nikki nadal nie odezwała się ani słowem, więc tylko uśmiechnął się nieco nieśmiało, ale wyrozumiale do dziewczyny i wyszedł z przedziału. Nikki wolała się nawet nie zastanawiać, co sobie o nich mógł pomyśleć.
„Niby mniszka” przy drugim krzyku wyraźnie wskazała Nikki palcem i zaczęła się trząść jakby nagle dostała ataku padaczki. Gazeta wypadła jej z rąk, ale to już nie interesowało dziewczyny. Podeszła do kobiety i chciała ją uspokoić, ale, z każdym krokiem Nikki, krzyczała coraz głośniej, jakby była opętana przez jakiegoś demona. W jej oczach malowało się paniczne przerażenie.
– Proszę się uspokoić. Pomogę Pani – Nikki ponownie zaproponowała nieznajomej. Ta na chwilę się uspokoiła i, jakby przyjmując pozycję obronną, mocniej przylgnęła do siedzenia.
Dziewczyna nie wiedziała, co ma o tym myśleć.
– Najbezpieczniej chyba będzie siąść naprzeciwko tej kobiety – pomyślała. Po chwili milczenia, która wprawiłaby w zakłopotanie każdego, rzekła najspokojniejszym głosem, na jaki w tej sytuacji mogła się tylko zdobyć. – Stało się Pani coś? Może uda mi się jakoś Pani pomóc – wyciągnęła ręce w kierunku kobiety.
Ta, zapamiętała w swoim przerażeniu zaczęła machać przed sobą rękami i krzyczeć:
– Ni…, Ni…
– Widocznie nie chce ode mnie pomocy – pomyślała Nikki. – Może nie jest stąd, bo nie mówi naszym językiem.
Z zamyślenia wyrwało ją nieoczekiwane zachowanie towarzyszki z przedziału.
Dziewczyna nic nie robiła, starała się zachowywać naturalnie, żeby nie denerwować ani nie niepokoić „niby mniszki”. Ta też w milczeniu przyglądała jej się chwilę bardzo badawczo. Zastanawiała się, co robić i analizowała zaistniałą sytuację i wtedy nastąpiło coś, czego Nikki nie zapomni do końca życia. Kobieta niespodziewanie poderwała się z miejsca, podbiegła do okna i otworzyła je. Dziewczyna siedziała i nie wiedziała, co ma robić. Była jak sparaliżowana, a kobieta wydała z siebie jeszcze jeden krzyk, ostatni, mrożący krew w żyłach i nie oglądając się za siebie wyskoczyła z pędzącego pociągu. Nikki zdawało się, że ten krzyk zawierał w sobie jej imię, ale nie była tego pewna.
Tak jakby słyszała drugi, wydany równocześnie z pierwszym, ale dobiegający z innej strony. A może jej się tylko tak wydawało; może „Ni…” wyskakującej zostało tylko nienaturalnie wydłużone przez świst wiatru i szum pociągu. Nie wiedziała. Nie wiedziała również, co stało się z samobójczynią, ale nie chciała tego sprawdzać. Nadal nie była w stanie nawet się poruszyć, a co dopiero zbliżyć się do okna.
Spojrzała tylko na drzwi do przedziału – były nadal zamknięte, tak jak zostawił je wcześniej podróżny, który zdecydował się znaleźć inny przedział. Teraz zdawało jej się, że w ich szybie widzi swego wybawiciela, kogoś, kogo tak bardzo pragnęła w tej chwili zobaczyć i się do niego przytulić, że już się czasem obawiała, że zaczyna mieć przywidzenia.
Wpatrzyła się w szybę jakby zobaczyła w niej ducha swej matki. Ale to nie była twarz Mary Mothman. I te oczy, nie Johna, ale tak miłe sercu.
– Hrabio – niemalże krzyknęła i wskazała ręką okno.
Cagliostro jednak zachowywał się jakby jej w ogóle nie widział.
– Hrabio! – Tym razem krzyknęła.
Nadal żadnej reakcji z jego strony. Przemogła odrętwienie i podeszła do drzwi. Energicznie pociągnęła za klamkę, ale były zamknięte, chociaż nie dostrzegła w nich żadnego zamka. Bezradnie spojrzała na Cagliostra. On patrzył niby na nią, ale Nikki miała wrażenie jakby jego wzrok utkwiony był gdzieś w oddali.
Dziewczyna z determinacją pociągnęła za drzwi, ale ponieważ nie dawało to żadnego rezultatu, ze łzami w oczach usiadła na podłodze i ukryła twarz w dłoniach. Jak dziecko zacisnęła pięści i przetarła nimi oczy.
Gazeta, którą wcześniej upuściła jej dziwna towarzyszka podróży, leżała teraz w zasięgu ręki dziewczyny.

John nie czekał aż usłyszy po raz trzeci tajemniczy krzyk. Już wychodził z przedziału, gdy w szybie drzwi zobaczył jakieś odbicie. Był pewny, że odbiło się coś, jakby ubranie i, że to odbicie się w szybie musiało pochodzić od okna. Zbliżył się do niego, otworzył i wyjrzał na zewnątrz pociągu. To, co zobaczył nawet jego przyprawiło o mdłości, detektywa, który był świadkiem już niejednej śmierci. Ale nie takiej.
Ciało jakiejś kobiety na jego oczach zostało rozjechane przez pociąg. Jeszcze widział zakrwawione torowisko. Miał nawet wrażenie, że słyszał chrzęst łamanych kości, może czaszki, i widział przez chwilę wleczoną, zaczepioną na kole zakrwawioną, oderwaną rękę. Ku jego zdziwieniu maszynista nawet nie zwolnił szybkości jazdy. Może nic nie wie, pociąg jest długi i głośny – pomyślał.
Był pewien, że w tym pociągu popełniono morderstwo. I miał już podejrzenia, kto mógł je popełnić. Na kolejnym zakręcie dostrzegł w którymś przedziale otwarte okno. Wszystkie pozostałe były pozamykane.
– Jeśli to nie tam popełniono morderstwo to może chociaż pasażerowie coś słyszeli – pomyślał. – Wszystko powinno się wyjaśnić jak odnajdę Hrabiego. Wybiegł z przedziału nie dbając o pozostawione bez opieki bagaże i poszedł wzdłuż pociągu. Ponieważ siedział w ostatnim przedziale, zaglądał do każdego mijanego, ale nie dostrzegał w nich niczego podejrzanego. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że morderca dokonał zabójstwa w przedziale z otwartym oknem. Poza tym nadal nie natknął się na Cagliostra, a minął już kilkanaście przedziałów i kilka wagonów, nie liczył nawet ile.
Otworzył drzwi oddzielające kolejne wagony i stanął zupełnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Hrabia, którego ponoć żaden z podróżnych nie widział, gdy ten przemykał się koło ich przedziałów, stał teraz kilkanaście kroków przed detektywem, zwrócony do niego bokiem, a przodem do drzwi przedziału. Mothman domyślił się, że to w tym przedziale zostało popełnione morderstwo, a podejrzanym był oczywiście Hrabia. Detektyw miał ochotę rzucić się na niego i wycisnąć z niego wszystkie wiadomości, ale wiedział, że na razie nie mógł niczego podobnego uczynić. Potrzebował zebrać przeciwko niemu niezbite dowody, a póki, co miał tylko poszlaki i podejrzenia.
Ostrożnie zaczął zbliżać się do Hrabiego. Ten widocznie usłyszał jego kroki, bo odwrócił się w jego stronę a Mothman stanął i zaczął mu się dokładnie przyglądać.
Pierwsze, co przykuło jego uwagę to była jakaś zmiana, która zaszła w Hrabim. Najbardziej widać to było w jego oczach – były nadal nieprzystępne, ale teraz smutniejsze i jeszcze zimniejsze niż zwykle. Już nie widział w nich tej iskry życia, tak jakby ich właściciel w ciągu tej krótkiej podróży bardzo się postarzał. Znalazło to odbicie w całej jego twarzy: jej rysy stały się ostrzejsze i bardziej widoczne. Gdy tak stał oparłszy się mocno o swoją laskę bardziej teraz przypominał trawionego śmiertelną chorobą starca aniżeli pełnego prawie młodzieńczej energii mężczyznę, który kilka godzin wcześniej przyszedł do Mothmans Library. Johnowi, im dłużej na niego patrzył tym bardziej robiło mu się go żal. Może ma teraz wyrzuty sumienia po dokonanej zbrodni – pomyślał. – Mimo to jest jej winny. Z drugiej jednak strony czy świadomie odważyłby się popełnić morderstwo wiedząc, że jestem detektywem? Czy zaryzykowałby zdemaskowanie? Nie, głupi nie jest, jego inteligencja jest raczej równa przebiegłości. A może to rodzaj testu dla mnie, może mnie sprawdza. Jeśli tak to zagrajmy. Kąciki ust zadrgały mu w ledwo widocznym uśmiechu. Miał nadzieję, że Hrabia nie dostrzeże tego, co rozgrywa się teraz w jego myślach i duszy. I chyba tak było.
Mothman podszedł do niego zdecydowanie. Cagliostro dopiero jakby go wtedy zauważył, gdy ten stanął tuż przed nim.
– Stało się coś? – Zapytał detektyw jakby o niczym nie wiedział.
Hrabia patrzył na niego jakby nie rozumiał, co John do niego mówi. Dopiero po chwili odpowiedział, a każde jego słowo wbijało się w serce Mothmana niczym sztylet.
– Twoja siostra…
Te dwa słowa sprawiły, że krew zawrzała detektywowi w żyłach. Już przed oczami przesuwały mu się najstraszniejsze obrazy. Chwycił Cagliostra i zaczął go dusić i szarpać.
– Co z nią?! Gdzie ona jest?! Gadaj łajdaku! Zabiłeś ją! Powinienem zrobić z Tobą to samo! ? Krzyczał, a twarz Hrabiego stawała się coraz bardziej popielata z braku powietrza.
Urywanym, ledwo słyszalnym głosem wykrztusił:
– …popełniła morderstwo.
Mothman usłyszawszy to puścił go i cofnął się o parę kroków. Zachwiał się na nogach i musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
– O czym Ty mówisz? Łżesz.

* * *

Samuel podciągnął rękaw płaszcza. Zawsze był dumny z tego, że jako jeden z nielicznych mieszkańców Doliny ma zegarek na ręce. Dla innych był to jedynie nieosiągalny cud techniki, ale nie dla niego, nie dla syna Wielkiego Gvidona jak często nazywali jego ojca. Święcące upiornym blaskiem wskazówki utwierdziły go tylko w tragicznym przeczuciu, ale wolał nie mówić o tym nikomu. Miał nadzieję, że Gvidon nie zapyta. Tak też się stało. Zapytał dopiero, gdy znaleźli się na stacji.
Podszedł do okienka i zastukał z niecierpliwością dłonią w blat drewnianej przybudówki. Dźwięk odbijającego się złotego sygnetu rozniósł się po całym pomieszczeniu Informacji. Dopiero po kilku minutach zjawił się ktoś, kto mógł udzielić mu potrzebnych informacji. Była to kobieta, w wieku może około czterdziestu lat. Jej ponętne kształty mogły przywodzić na myśl kobiety, które w Dolinie nieraz zaczepiały go składając niedwuznaczne propozycje. Zachowanie kobiety siedzącej teraz naprzeciwko niego mówiło samo za siebie. Uśmiechała się do niego zalotnie – widocznie chciała zatuszować tym złe wrażenie, które zrobiła na nim okazując pewnego rodzaju niesubordynację w pracy. Ale Gvidon nie zwracał nawet najmniejszej uwagi na okazywane mu zbyt nachalne zainteresowanie i może chęć przeprosin w sposób, na który nie miał teraz ochoty tracić czasu.
– Za ile minut odjeżdża stąd pociąg do Przeklętej Doliny? – Ponowił pytanie, którego widocznie kobieta przy okienku nie słyszała, gdy je zadał, przekraczając próg pomieszczenia, choć starał się je zadać jak najgłośniej.
– Odjechał – spojrzała na duży zegar wiszący na ścianie tuż za jej plecami i odwróciła się z tym samym wulgarnym uśmiechem w stronę przybyszów. – Dwadzieścia minut temu.
– Co?!
– To prawda, ojcze – Samuel zbliżył się kilka kroków. – Zapomnieliśmy o zmianie czasu pomiędzy… – zamilkł pod piorunującym wzrokiem Gvidona.
– Która jest teraz godzina?
To, prawie warknięcie przez zęby sprawiło, że nawet kobieta z informacji wyraźnie spoważniała. Teraz skierowała swój bardziej nieśmiały uśmiech w kierunku Samuela, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Zerknął natomiast ukradkiem, tak, żeby nikt tego nie zauważył, na swój zegarek. Nie mógł wprost odpowiedzieć na pytanie ojca, aby nie narazić się na podejrzenia ze strony innych. Nie każdy uwierzyłby, że odziedziczył w genach talent do przepowiadania przyszłości od ojca, talent, który i tak, tak jak wszystkie pozostałe, w miarę pokoleń stawał się coraz słabszy i mniejszy i zanikał w pewnym wieku mężczyzny. Tylko mężczyźni go dziedziczyli z pokolenia na pokolenie, a kobiety tylko raz na ileś lat, ale i tak podejrzewał, że straci ten dar w wieku ojca, tak jak przytrafiło się to Gvidonowi.
– Ta kobieta – powiedział z wyraźnym akcentem na drugie słowo. – Niestety ma rację.
– A kiedy będzie następny? – Gvidon znów skierował wzrok na pracownicę stacji.
– Dopiero jutro rano.
Już się odwrócili i podeszli do drzwi wyjściowych ze stacji, gdy Gvidonowi coś przyszło do głowy. Odwrócił się na progu i zapytał głośno:
– A czy do tego pociągu wsiadał ktoś, kto w jakiś szczególny sposób przykuł Pani uwagę?
– Nie… – zawiesiła głos jakby się nad czymś zastanawiała albo próbowała coś sobie na siłę przypomnieć. – No, może oprócz jednego jegomościa, który miał niesamowite oczy i maniery. Także wyglądał na nietutejszego jak Panowie, dlatego pomyślałam, że Panowie są tacy sami jak on.
– Pomyliła się Pani – Samuel pierwszy raz na nią spojrzał ale w jego spojrzeniu nadal nie było nawet cienia zainteresowania nią.
– Wiem – westchnęła smutno.
– Czy może nam Pani coś bliżej opowiedzieć o wyglądzie tego, jak go Pani nazwała „jegomościa”?
– Nie sądzę. Nie znam Panów.
Stawała się coraz ostrożniejsza i Gvidon to zauważył. Szybkim krokiem wrócił do okienka. Kobieta chciała jakoś zareagować, ale nie zdążyła. Wyjął z kieszeni wizytówkę i położył ją na blacie. Kobieta nawet nie wyciągnęła po nią ręki, więc wsunął karteczkę w szparę pod szybą. Kobieta aż otworzyła usta z wrażenia.
– Może jednak przypomina sobie Pani jakieś szczegóły jego wyglądu?
– Wyglądał jak jakiś… – zaczęła już trochę bardziej rozluźniona, ale już nie próbowała się narzucać przybyszom. Z prawnikami nie ma żartów – pomyślała.

– Jestem pewny, że to Cagliostro.
Gvidon nic się nie odezwał. Traktował Samuela tak, jakby go w ogóle w pobliżu nie było.
– Prawie nas zdradziłeś – rzucił tylko, gdy wychodzili ze stacji.

* * *

Siedziała z podkulonymi nogami oparta o drzwi przedziału, a płacz, co chwilę targał jej ciałem. Otworzyła gazetę na stronie, którą czytała samobójczyni i przez łzy, jak przez mgłę zobaczyła nagłówek artykułu. Pod nim było prawdopodobnie zdjęcie zamordowanej dziewczyny, ale widocznie ktoś niespełna rozumu je wyciął. Nikki nie czytała artykułu tylko bezmyślnie wpatrywała się w dziurę po fotografii jakby ta przedstawiała jakiegoś jej znajomego. Łzy rozmazały jej litery druku i nie była w stanie przeczytać podpisu zamieszczonego pod miejscem po zdjęciu.
Odłożyła gazetę, gdy tylko usłyszała głosy. Przestała płakać i spróbowała się w nie wsłuchać. Była pewna, że dochodzą zza drzwi. Wolno wstała i starała się coś dostrzec przez szybę. Coraz wyraźniej słyszała rozmowę, kłótnię, która z każdym słowem stawała się ostrzejsza. Nie wiedziała, co stało się jej powodem, ale słyszała Johna i Cagliostra. Zaczęła krzyczeć i uderzać z całej siły pięściami w drzwi. Nagle rozmowa ucichła i dziewczyna zobaczyła upragnione oblicza. Przylgnęła do drzwi jak rozgnieciona mucha. Widocznie i oni ją zobaczyli albo usłyszeli, bo John najpierw zaczął szarpać, a potem napierać na drzwi – najwidoczniej chciał je wyważyć. Nikki na wszelki wypadek odsunęła się o kilka kroków i czekała w napięciu. Łzy jeszcze świeciły jej w oczach, ale w serce wstąpiła nowa nadzieja. Za chwilę ten koszmar się skończy – pomyślała.

John nadal nie mógł uwierzyć w słowa Hrabiego. Nawet teraz, gdy zobaczył Nikki w jedynym przedziale z otwartym oknem. Poza tym widział jej zapłakaną twarz i przerażenie w oczach. A wszystko jakby za mgłą, w oddali – zdawało mu się, że nie drzwi ich dzielą a wielka odległość.
Brutalnie odepchnął od siebie Cagliostra i próbował otworzyć drzwi. Gdy to nie dawało rezultatu krzyknął na całe gardło mając nadzieję, że siostra go usłyszy:
– Otwórz drzwi!
Ale ona nawet nie ruszyła się z miejsca.
John nadal szarpał za klamkę.
– Obawiam się, że to nic nie da. Tych drzwi nie otworzysz od zewnątrz – powiedział Hrabia i detektywowi zdawało się, że w jego głosie usłyszał nutkę szczerego smutku.
– Dlaczego sama nie otworzy tych drzwi? – John syknął przez zaciśnięte zęby.
– Może się zacięły.
John spojrzał na towarzysza spode łba i ponownie skierował wzrok na Nikki. Wydawało mu się, że trzyma coś w rękach, jakby gazetę. Z determinacją naparł całym ciałem na drzwi, ale te nie chciały ustąpić. Mothman zaczynał tracić siły.
– Będziesz tak stał i mi nie pomożesz? – Zapytał z wyrzutem Hrabiego.
– I tak ich nie otworzymy. Mam wrażenie, że działają tutaj siły potężniejsze od nas.
– Co masz na myśli?
– To, że zbliżamy się do celu naszej podróży. A z tego, co wiem to Przeklęta Dolina jest dość specyficznym miejscem.
John spojrzał na niego i chciał o coś jeszcze zapytać, ale Hrabia uprzedził go odpowiedzią:
– Za chwilę się dowiesz.

Mothman nie wiedział, co Hrabia miał na myśli.
– Stajesz się coraz bardziej tajemniczy. Myślę, że skoro już razem jedziemy to powinniśmy zacząć jakoś współpracować.
Cagliostro spojrzał na detektywa, ale nic mu nie odpowiedział. Wyraźnie natomiast cofnął się o kilka kroków, odsunął się od drzwi jakby chciał się odsunąć od Mothmana. John ruszył w jego kierunku, ale niespodziewanie poczuł tak mocne szarpnięcie jakby cały pociąg uderzył w jakąś niewidzialną przeszkodę z ogromną prędkością. Hrabia zdążył złapać się metalowej poręczy przytwierdzonej do ściany, ale Mothman nie zdołał utrzymać się na nogach – twardo wylądował na podwoziu, pojechał po nim jak zabawka i zatrzymał się dopiero uderzając w ścianę tuż pod stopami Cagliostra. Miał szczęście, że nie uderzył głową, bo wtedy, prawdopodobnie zginąłby na miejscu. Na chwilę zgasło światło w całym wagonie i zapanowała mrożąca krew w żyłach cisza. Detektyw nie słyszał nawet własnego oddechu ani bicia serca. Nie słyszał także niczego, co mogłoby wskazywać na czyjąkolwiek obecność w pobliżu. Mimo, iż wcześniej jego zmysły nie rejestrowały najmniejszego ruchu pociągu był pewien, że teraz się zatrzymał.
Światło zapaliło się samoczynnie i John zobaczył pochylającego się nad nim Hrabiego.
– Jesteśmy na miejscu – odezwał się uspokajającym głosem, ale Mothman był jakby otępiały. – Pomogę Ci wstać. Moi przyjaciele nie powinni Cię zobaczyć w takim stanie.
Pomógł mu się podnieść z podwozia i użyczył czasowo swojej laski, żeby detektyw nie upadł ponownie gdyby stracił czucie w nogach.
Mothman wodził mętnym wzrokiem dookoła i nawet nie słyszał jak drzwi do przedziału wcześniej się otworzyły. Dopiero, gdy jego wzrok przez krótką chwilę prześlizgnął się przez otwarty przedział w pełni wróciła mu pamięć i odzyskał siły. Odrzucił laskę Hrabiego i wbiegł do przedziału, ale nie znalazł w nim Nikki. Cagliostro otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Podniósł laskę i w milczeniu wszedł do przedziału. Nie odzywali się do siebie.

* * *

John przyglądał się drzwiom, ale nie mógł w nich znaleźć żadnego zamka. Cagliostro natomiast przeglądał zostawioną przez dziewczynę gazetę.
– Pomógłbyś mi.
– Myślę, że to jest ciekawsze – odparł Hrabia. – Obawiam się, że niczego nie znajdziesz w tych drzwiach natomiast to może Cię zainteresować – przy tych słowach podsunął mu przed oczy gazetę.
John spojrzał na artykuł i oczy nabiegły mu krwią z przerażenia i złości. Jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale czuł, że jego siostrze grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. To, że jest osobą podejrzaną o popełnienie morderstwa wydawało mu się teraz mało ważne. Podszedł do okna, przez które wcześniej wypadła nieznajoma kobieta. Na zewnątrz pociągu panowała dziwna ciemność przemieszana z mgłą. Widział ludzi chodzących po stacji, biegających w różne strony, szukających bagaży i czekających na pociągi. Jego wzrok przykuła grupka ludzi. Niby wyglądali normalnie, ale w ich zachowaniu było coś nienaturalnego. Nawet ich ruchy wydawały mu się sztuczne. Nie widział ich twarzy, ale chyba nawet nie chciałby ich zobaczyć z bliska. Nagle zobaczył Nikki. Był pewien, że to ona. Chociaż była daleko rozpoznał ją bez trudu. Była w tym samym ubraniu, w którym widział ją uwięzioną w przedziale. Krzyknął na całe gardło jej imię, gdy przechodziła koło grupki podejrzanych mężczyzn, których nie spuszczał z oka. Widocznie nie dosłyszała jego krzyku, bowiem nie odwróciła się nawet w stronę pociągu a wręcz przeciwnie – odwróciła się plecami do grupki mężczyzn i odeszła w mrok.
– Przyjechali – John usłyszał wyraźnie jednego osobnika z podejrzanej grupy i miał wrażenie, że pochodzi on z najgłębszego piekła.
– Nikki! – Krzyknął ponownie i zaczął gramolić się przez okno. Gdy był już jedną nogą na zewnątrz złożył gazetę na kilka części i schował do kieszeni.
– John – ten spokojny, łagodny kobiecy głos sprawił, że detektyw nie umiał ruszyć się z miejsca. Poczuł także na ramieniu delikatną dłoń – dotknięcie, które tak dobrze pamiętał z dzieciństwa.
Machinalnie zszedł z okna i stanął twarzą w twarz z gośćmi.

* * *

– Domyślam się, że skoro tu przyjechałeś razem z Hrabią to otrzymałeś mój list.
Jej głos przyprawiał go o dreszcze. Nie śmiał się do niej odezwać ani oderwać od niej wzroku.
– Jest zawstydzony Twoją urodą, Pani – odpowiedział za niego Cagliostro.
John w milczeniu przyglądał się kobiecie. Jej wzrok palił jego serce. Był ciepły, zachęcający, a jednocześnie wywołujący ból wspomnień. Była tylko o parę lat starsza od niego, ale wyglądała jak obraz jego matki. Nigdy do końca nie wyleczył się z kompleksu Edypa.
Krępująca cisza przedłużała się niemiłosiernie.
– Pozwolę sobie Was przedstawić. Pani, to jest jeden z najlepszych detektywów, jakich kiedykolwiek spotkałem, John Mothman – Mothman nie zareagował na jego komplement. – John, przedstawiam Ci Lady M.
Po niej, po kolei przedstawił pozostałych przedstawicieli Delegacji, jak ich nazywał Cagliostro. Mothman zmusił się ledwo do przelotnego spojrzenia na nich i błyskawicznie wrócił do stojącej przed nim kobiety.
Wiedział, że i tak nie zapamięta ich nazwisk. Były wyszukane, obco brzmiące dla jego uszu, a tytuły delegatów reprezentowały tutejszą arystokrację – z niej najbardziej jednak interesowała go tajemnicza Lady. Wyróżniała się spośród pozostałych nawet ubiorem. Wszyscy ubrani byli w iście galowe stroje – modne koszule z bufiastymi rękawami, złotymi spinkami przy mankietach i szafirowymi guzikami. W ich butach mógłby się przejrzeć jak w lustrze. Ale ona i tak ich przyćmiewała. Piękna suknia obszyta cekinami i diamentami leżała na niej jakby była szyta na miarę. Nawet oczy miała inne od nich – łagodne, lśniące, ale przyjazne zarazem.
– Otrzymałeś mój list, prawda? – Zapytała i chwyciła go za rękę. Trzymała ją bardzo delikatnie. Za ten dotyk i ten wzrok w niego wpatrzony gotów byłby oddać życie. W tej chwili zapomniał nawet o ratowaniu swojej siostry. Lady M. magnetyzowała go wzrokiem. Jak we śnie wyjął list z kieszeni i podał kobiecie.
Uśmiechnęła się do niego, a pod nim ugięły się nogi ze szczęścia. Ośmielony jej czułym spojrzeniem powiedział:
– Dostałem także Pani książkę.
– Ale – zaczęła i spojrzała pytająco na stojących wokół niej przyjaciół, a gdy milczeli dokończyła. – Nie wysyłaliśmy żadnej książki.
Cagliostro był nie mniej zaskoczony od detektywa.
– W takim razie…
– A co to za książka? – Spytała kobieta.
– Ta – John otworzył swoją walizkę przyniesioną przez jednego z przyjaciół Hrabiego i wyjął z niej autobiografię.
Lady M. rozszerzyła oczy ze zdumienia widząc okładkę książki. Rozbłysły, gdy zobaczyła pierwsze znaki napisane na stronach.
– Czy wiecie, co to za symbole?
– To jakiś…
– Dość! – Ucięła ostro kobieta.
Hrabia nie był zadowolony, że się z nim nie liczyła. Ale już niedługo – pomyślał i już zacierał ręce w myślach.
– To runy – powiedziała dobitnie i spojrzała znacząco na Mothmana.
– Moja siostra kiedyś wspomniała… – i nagle przypomniał sobie o Nikki. Zerwał się z miejsca, chwycił walizkę i wybiegł z pociągu.
Cagliostro i Lady M. wybiegli tuż za nim. Delegaci zabrali pozostałe bagaże i także opuścili pociąg.
– Jego siostra Nikki zaginęła w tej Dolinie – kobieta usłyszała głos Hrabiego. Nagle stanęła jakby w nią piorun strzelił.
Spojrzała na Cagliostra a w jej oczach malowało się przerażenie.
– John! – Krzyknęła za biegnącym detektywem. – Ona żyje!
Mothman zatrzymał się w połowie drogi dzielącej go od grupy nienaturalnie wyglądających mężczyzn i odwrócił się w stronę kobiety. Wolno ruszył ku niej z zaciśniętymi do białości pięściami. Widząc jego desperację Hrabia zagrodził mu drogę.
– Uspokój się. W nocy i tak jej nie znajdziesz, a my możemy Ci pomóc. Zaginięcie Twojej siostry może mieć związek z wydarzeniami, które ostatnio mają tu miejsce. Sam nie pokonasz tych ludzi.
Mężczyźni, którzy wydawali mu się podejrzani nagle odeszli i detektyw nie wiedział gdzie, ale podejrzewał, że jeszcze ich spotka. Spojrzał błagalnie na kobietę. Ona patrzyła mu prosto w oczy. Pod tym spojrzeniem lód topnieje – pomyślał znowu zapominając o Nikki.
– Myślę, że po podróży należy Wam się porządny odpoczynek i posiłek – zwróciła się także do Cagliostra. – Zapraszam wszystkich do siebie.
Instynkt samozachowawczy nagle coś Mothmanowi przypomniał.
– W tej Dolinie mieszka ktoś, kto przez pomyłkę otrzymał adresowane na mnie przesyłki. Powinienem je jak najszybciej odzyskać. Dziękuję za kuszące zaproszenie, Pani, ale nie mogę z niego skorzystać.
– Twoje paczki są u mnie. I tak musisz ze mną jechać – przy tych słowach uśmiechnęła się zniewalająco ukazując szereg białych, równych zębów.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mimo heroicznej walki z samym sobą nie umiał się jej oprzeć.

Nieopodal stacji czekało już kilka powozów zaprzęgniętych w najprzedniejsze konie. Lady M. zatrzymała się przed powozem, niemalże karetą obitą złotem i zaprzęgniętą w sześć Arabów.
– Pan detektyw pojedzie ze mną. Muszę mu wyjaśnić kilka rzeczy – zadecydowała. – Hrabia pojedzie tuż za nami i będzie trzymał pieczę nad bagażami – przy tych słowach nie raczyła nawet spojrzeć na Cagliostra.
Stangret nawet nie czekał na polecenia Lady, zeskoczył z karety i z ukłonem otworzył drzwiczki. Kobieta wsiadła pierwsza i podała rękę detektywowi. Gdy John usiadł wygodnie na wyłożonej aksamitem i suknem kanapie stangret nie zwlekając zamknął drzwiczki. Bagaże także zostały załadowane przez woźnicę stojącego obok nich wozu i, chcąc nie chcąc Hrabia zniknął w kabinie. Gdy tylko drzwiczki jego powozu się zamknęły opuścił czarne zasłony. Zazdrość zmieszała się z nienawiścią do Mothmana i zapłonęła żywym ogniem w jego oczach. Nie chciał, żeby ktoś widział targające nim emocje. Zacisnął pięści. Usłyszał stukot końskich kopyt – pierwsza kareta odjeżdżała, ale nie zamierzał nawet uchylić zasłon, wiedział, która zawsze jechała pierwsza.

Nie śpieszyli się jakby Lady specjalnie wypróbowywała jego cierpliwość. Słyszał jak we śnie rżenie koni, odgłos toczących się kół. Przez na wpół zasłonięte czerwone zasłony wpadały blade odblaski księżyca. Nie wiedział czy atmosfera panująca wewnątrz karety czy sama świadomość bliskości umiłowanej osoby sprawiła, że pot wystąpił mu na czoło. Kobieta widząc to wyciągnęła z jakiegoś schowka chusteczkę i przy świetle księżyca zaczęła mu wycierać pojawiające się kropelki potu. Zamknął oczy ze szczęścia. Jej delikatny dotyk, zapach lawendowych perfum i całego ciała, i gorący oddech, który poczuł przed swoimi ustami sprawiły, że nieświadomie wypowiedział imię matki.
– Mary – powtórzył półprzytomnie i nagle czar prysł.
Oddech zniknął i detektyw już nie czuł czułego dotyku. Otworzył oczy. Lady M. przyglądała mu się badawczo.
– Kim jest Mary?
Mothmanowi zrobiło się bardzo głupio i poczerwieniał jak mały chłopiec złapany na jakimś przestępstwie. Odwrócił wzrok od kobiety.
– Była moją matką. Zginęła, gdy ja i Nikki byliśmy jeszcze prawie dziećmi. Nigdy jej nie odnalazłem – mówił zduszonym głosem. Nie wiedział, czemu ale miał do siedzącej obok siebie kobiety więcej zaufania aniżeli do Hrabiego. – Nie mam dowodu, że nie żyje, dlatego gdy otrzymałem pocztą stąd jej autobiografię miałem nadzieję, że ją odnajdę.
– Domyślam się, że to ta książka, którą mi pokazałeś. A Nikki to Twoja siostra? Gdzie jest teraz?
– Nie wiem. Wiem tylko, że gdzieś w tej Dolinie i że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Nie jest jedyną zaginioną. Niedawno została zamordowana córka mojej przyjaciółki. Miała na imię Mary. Napisałam do Ciebie, bo jest ona już nie pierwszą ofiarą. Wszyscy nas zawiedli. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.

Detektyw słuchał z uwagą opowieści o młodej, pełnej życia dziewczynie. Tym bardziej się denerwował, bo z tego, co mówiła Lady M. wynikało, że wszystkimi zaginionymi były dziewczyny i kobiety mniej więcej w jednym wieku, w wieku Nikki. Jeden szczegół mu nie pasował w jej opowieści.
– Opowiedziałaś mi, Pani, tylko o jednej dziewczynie, ale z Twojej opowieści wynika, że jest więcej przypuszczalnych ofiar.
– Tak. Zaginęły dwadzieścia cztery osoby. Twoja siostra może być dwudziestą piątą. Wszystkie pochodzą z dobrych, arystokratycznych domów.
– Oprócz Nikki – zauważył detektyw. W jego głosie dał się słyszeć żal. Lady ścisnęła nieco mocniej jego dłoń. Spojrzał w jej modre oczy.
– Wasza matka była bardzo szanowaną osobą w Przeklętej Dolinie.
– Co z tym wszystkim ma wspólnego jej autobiografia?
– Na pierwszy rzut oka nic, ale…
Nie dokończyła. John usłyszał świdrujący uszy świst. Powóz przechylił się niespodziewanie skręcając i detektyw wylądował w ramionach Lady. Poczuł się niezręcznie, gdy jego usta znalazły się między jej piersiami.
– Bardzo Panią przepraszam – zaczął zawstydzony i wrócił na swoje miejsce.
– To było bardzo przyjemne – uśmiechnęła się do niego życzliwie – ale na to będziemy mieli jeszcze dzisiaj czas. – Zawiesiła zagadkowo głos.
Drzwi karety otworzyły się i Mothman zobaczył uśmiech na twarzy stangreta.
– Jesteśmy na miejscu.

Przetarł oczy niedowierzając widokowi miejsca, w którym się znalazł. Urzekł go barokowy styl pałacyku. Mimo mgły i strug deszczu dostrzegał najmniejsze szczegóły dekoracji ogrodzenia. Stajenny wprowadzając powozy przez ogromną, zwieńczoną łukiem bramę wspominał o krwiożerczych psach strzegących posiadłości. Tuzin tych bestii był teraz zamknięty w specjalnie przystosowanym do tego celu budynku na tyłach posiadłości. Mothman słyszał tylko ich zacięte ujadanie. Stajnia znajdująca się kilka metrów od ściany budynku z łatwością mogła pomieścić kilkanaście koni. Ładny dworek ? pomyślał, ale dopiero, gdy detektyw przekroczył próg głównego hollu mógł ocenić go lepiej. Obrazy, gobeliny na czyściutkich ścianach, kilka jadalni i dwa saloniki sprawiły, że poczuł się jak członek wycieczki zwiedzającej zamek. Służba krzątała się po całym domostwie i nie wiedział gdzie się podziać, żeby nie przeszkadzać w porządkach. Wiedział, że posprzątać sam dom – salony, jadalnie, holle, kilkanaście pokoi, łazienki i ubikacje, sypialnie, których z pewnością było kilka, nie licząc przybudówek i pomniejszych budyneczków wraz ze stajnią i psiarnią było nie lada wyczynem nawet dla czterdziestu ludzi. Zastanawiał się, jaki ogród pasowałby do takiego domostwa. Chciał zapytać na przyjęcie, kogo trwają takie przygotowania, ale nigdzie nie widział pana domu a Lady M. zniknęła gdzieś wydając coraz to nowe polecenia.
Detektyw postanowił zaszyć się w jakimś cichym pomieszczeniu i przeanalizować obecną sytuację. Tym bardziej, że od momentu przyjazdu czuł na sobie czyjś wzrok. Komuś wyraźnie przeszkadzała jego obecność. Zaczął podejrzewać milczącego i stroniącego od niego od pewnego czasu Hrabiego.
John wszedł do pierwszego lepszego pokoju i stwierdził, że cały dworek jest przesiąknięty iście królewskim przepychem. Złote zastawy stołowe, pianino, arcydzieła malarstwa podpisane własnoręcznie przez mistrzów. Usiadł w hebanowym fotelu obitym czerwonym suknem. Złote poręcze lśniły czystością. Lady M. lubiła wykwintne życie i kolor krwi, który dostrzegał w całym jej otoczeniu. Na szklanym stoliczku przed fotelem stał inkrustowany złotem i drogimi kamieniami kałamarz. Leżące obok, na notatniku pióro było przygotowane do pisania. Mothman rzucił tylko okiem na nogi stoliczka. W oczach zaświeciło mu złoto, a pod blatem ujrzał chyba największy na świecie krwawnik. Nie namyślając się chwycił obłożony skórą notatnik, umoczył pióro w kałamarzu i zaczął spisywać swoje spostrzeżenia.

* * *

Nie ominął najmniejszego nawet szczegółu. Wypisał wszystkie pytania i wątpliwości. Narysował sobie nawet drzewko osób podejrzanych – ich krąg systematycznie się powiększał. Podejrzewał już nie tylko Cagliostra, do niego dołączyła grupka na stacji, kobieta z pociągu, Lady M. a nawet swoją własną siostrę. Kluczem do rozwiązania zagadki mogła być książka. Notatki zajęły mu kilka stron. Wstał na chwilę, żeby rozprostować nogi. Podszedł do okna, ale dżdżysta pogoda nie chciała ustąpić nieba zachodzącemu słońcu.
Z odrętwienia wyrwało go energiczne pukanie do drzwi. Szybko schował notatki do kieszeni i usiadł w fotelu. Udawał, że dopiero się budzi. Pukanie rozległo się ponownie.
– Proszę – powiedział niechętnie.
Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich ubrany w czysty, prawie odświętny strój Cagliostro.
– Przepraszam, że Cię obudziłem. Lady M. zaprasza na posiłek – odezwał się z wymuszonym uśmiechem.
– Znajdę swój bagaż. Jak się przebiorę to przyjdę.
– Lady nie lubi czekać. Ubierz coś z szafy – Hrabia podszedł do stojącej pod ścianą szafy i otworzył ją. Johnowi stanął przed oczyma szereg najrozmaitszych męskich ubrań.
– Ale to stroje Pana domu. Nie mogę…
– Możesz. Nie widziałeś tabliczki na drzwiach wejściowych? – Zapytał ironicznie Hrabia. – Na bramie pisze to samo. I w dokumentach tego dworku też, zresztą powinny one być w Autobiografii, którą otrzymałeś. Myślałem, że już ją przeczytałeś.
– Ty mi ją wysłałeś?
– Ja tylko zredagowałem list na polecenie Lady M. Ona go przepisała i wysłała.
– Ale jak…?
– Mam dar odnajdywania ludzi. Poczekam na Ciebie w hollu – Cagliostro odwrócił się i wolno wyszedł z pokoju.
Detektyw nie był zadowolony, że ktoś pokroju Hrabiego wytknął mu brak spostrzegawczości. Wybiegł do hollu drugimi drzwiami. Po kilku minutach stał przed domem i z niedowierzaniem wpatrywał się w tabliczkę przytwierdzoną do drzwi. Drewniane zadaszenie chroniło go przed strugami ulewnego deszczu. Trzy razy przeczytał nim napis „John Mothman i Lady M.” dotarł do jego świadomości. Wrócił do pokoju tą samą drogą, którą się z niego wymknął.

Po kilku minutach był już umyty i przebrany. Gdy otworzyły się drzwi i wszedł przez nie Hrabia, Mothman przyglądał się sobie w lustrze. Smoking leżał na nim jakby był szyty na miarę.
– Możemy już iść, detektywie? – Usłyszał niecierpliwe pytanie.
– Tak – odwrócił się i w tym momencie w progu pojawiła się Lady M. Długa różowawa suknia z falbanami kusząco opinała jej wąską kibić. Pełne piersi falowały z każdym jej ruchem jakby nie były niczym hamowane. Usta niemalże błagały o pieszczoty. Delikatny łańcuszek podkreślał miękkość jej skóry. John pragnął wtulić się w te lśniące, brązowe włosy opadające kaskadą na ramiona.
Cagliostro także usłyszał jej pantofelki.
– Już schodzimy. Przepraszam, że… ? zaczął, ale kobieta nie dała mu skończyć. Podeszła do Johna i delikatnie ujęła go za rękę. Nie odwracając się w stronę Hrabiego zadecydowała:
– Kolacja jest już przygotowana. Wszyscy czekają na Ciebie, Hrabio, w jadalni. My zjemy w prywatnym pokoju – uśmiechnęła się do Mothmana.
Cagliostro bez słowa wyszedł z pokoju i trzasnął za sobą drzwiami. Jego przekleństwa dały się słyszeć w całym hollu.

Niezrażona zachowaniem Hrabiego Lady M. prowadziła detektywa wzdłuż szeregu pokoi, a zapach jej perfum unoszący się wokół niej przyćmiewał mu zmysły. W końcu zatrzymali się przed masywnymi drzwiami. Lady M. otworzyła wszystkie siedem zamków i schowała klucze w fałdach sukni.
– To jest moja Twierdza.
Po tych słowach wciągnęła Johna do pokoju. Tutaj też, tak jak w innych pomieszczeniach światło zapalało się automatycznie po otwarciu drzwi. Pierwsze, co rzuciło się Mothmanowi w oczy, oprócz suto zastawionego stolika, było dwuosobowe, zasłane łoże z baldachimem.
Jego kolacja zapowiadała się bardzo interesująco.

Konrad Staszewski

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział II

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

 

Rozdział II

Był wyższy od Johna o głowę, a ubrany cały na czarno wyglądał na jeszcze wyższego. Popatrzył na stół i leżącą na nim otwartą książkę niby od niechcenia, potem ponownie przeniósł wzrok na Johna i Nikki.
– Biblioteka dzisiaj zamknięta – odezwała się ostro Nikki.
– Zdaje się, że mogę Wam w czymś pomóc a Wy mnie – odparł gość zupełnie nie zwracając uwagi na jej słowa, jakby jej w ogóle nie było w bibliotece.
John nie odezwał się ani słowem, zmrużył tylko oczy. Nikki stanęła na wprost intruza, a ten jakby dopiero teraz ją spostrzegł. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głowy. Jego oczy zatrzymywały się tylko na ponętniejszych częściach ciała młodej kobiety. Nikki czuła jak jej nogi uginają się pod spojrzeniem jakby mieniących się różnymi kolorami, nieprzeniknionych, ale jakże czułych oczu gościa.
Może zapach jej perfum to sprawił a może dostrzegł, co się dzieje, John otrząsnął się z marazmu.
– W jaki sposób?
Cagliostro w milczeniu siadł naprzeciwko niego.
– Jak już wspominałem jestem Cagliostro, a właściwie Hrabia Cagliostro. Myślę, że Pan w swoim zawodzie spotkał się już z pewnymi informacjami na mój temat – dodał nieskromnie.
John próbował wrócić pamięcią do przeszłości. Faktycznie, raz czy dwa razy to nazwisko przewijało się w jego dokumentach. Nawet jakaś grubsza sprawa była z nim związana, ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, o co w niej chodziło, może o jakieś oszustwa albo uprawianie czarnej magii. Najpewniej o to drugie – zawsze na koniec wieku ludzie wracali do niebezpiecznych praktyk. Postanowił baczniej przyjrzeć się Hrabiemu.
– Mogę się przyjrzeć księdze? – Cagliostro spytał dla formalności. Położył na niej dłoń i energicznie przysunął do siebie. W słabym oświetleniu komnaty Nikki dostrzegła sygnet, który odbijał się upiornym światłem. Nie wiedziała, czemu ale poczuła jakiś niedający się wytłumaczyć pociąg do tajemniczego gościa. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, a serce chciało jej wyskoczyć z piersi. Wsłuchiwała się w każde wypowiadane przez niego słowo, jego czuły namiętny głos rozpalał młode zmysły, a oddech czuła na swoim ciele.
– To bardzo stare i prawie zupełnie już zapomniane pismo – Cagliostro przeciągał każdą sylabę. – Te symbole, zwane runami, były używane zarówno jako zwykły alfabet i jako tajemny język magii. Dla wzmocnienia ich mocy często barwiono je własną krwią. Widzę, że ktoś próbuje wskrzesić starą tradycję – spojrzał czujnie na Johna. Ich oczy się spotkały i przyglądali się sobie w milczeniu jakby się badali, jak rewolwerowcy tuż przed pojedynkiem. Napięcie niebezpiecznie wzrastało. Nikki chciała przerwać irytującą ciszę i zwrócić na siebie uwagę Cagliostra, ale Hrabia, jakby domyślając się jej zamiarów, zapytał nie spuszczając wzroku z przeciwnika.
– Skąd macie tę księgę?
– Dostaliśmy… – zaczęła swym kuszącym głosem Nikki, ale John natychmiast jej przerwał i sam dokończył:
– Dostaliśmy ją pomyłkowo. Listonosz nam dzisiaj przyniósł, ale pewnie pomylił adresatów – gładko skłamał.
– Widocznie musiał ją dostarczyć zanim go widziałem, bo mnie mijał wyjeżdżając z miasta. Bardzo się śpieszył – mówiąc to Cagliostro nawet nie zmrużył oczu. Spojrzał na okładkę.
Nikki chciała coś powiedzieć, ale John ponownie storpedował ją wzrokiem.
– Ciekawy zbieg okoliczności. Wygląda na to, że Mothman to dość popularne nazwisko. Rozumiem, że do tej książki był dołączony jakiś list. Mogę go zobaczyć? Choć pewno niejedna osoba Pańskiego nazwiska nosi także Pańskie imię – zastanawiał się głośno.
– Myślę, że w tej sytuacji nie powinna nas interesować treść listu, a tylko miejsce zamieszkania adresata. Co nas interesuje czyjaś korespondencja?
– Słusznie – przytaknął Cagliostro. – Ale w Pańskim zawodzie…
– Właśnie w moim zawodzie najważniejsza jest dyskrecja – uciął kategorycznie.
Wyjął z kieszeni zaadresowaną kopertę i położył ją tuż przed Hrabią. Ten tylko spojrzał na nią przelotem.
– Przeklęta Dolina – zamyślił się. – Kiedy chcieliby Państwo tam jechać? – Spojrzał znacząco na Nikki.
John szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Kątem oka dostrzegł jak w oczach Nikki zapaliły się ogniki i cała jej twarz oblała się rumieńcem. Dobrze znał dziewicze żądze, które w niej drzemały. Cagliostro miał ją na wyciągnięcie ręki.
– Pomyślałem, że najlepiej będzie osobiście przekazać tę księgę adresatowi. Nie możemy pozwolić, żeby znów trafiła w niepowołane ręce.
John miał dziwne przeczucie, co do siedzącego naprzeciw niego gościa, ale nie mógł nie przyznać mu racji – lepiej jak sam odda list. Poza tym coraz bardziej intrygowała go ta sprawa.
Cagliostro, jakby odgadując jego myśli rzekł, znów patrząc mu prosto w oczy:
– Takie przypadki raczej rzadko się zdarzają. Pan jest dość znaną osobistością i często można o Panu czytać w różnych gazetach. Nie sądzę, żeby to był przypadek, a jeśli mam rację to sprawa godna kogoś takiego jak Pan.
– Ale wystarczy nas dwóch.
– Ta biblioteka, z tego, co wiem z dobrych źródeł, jest Pańską własnością. Zgadza się?
– Ma Pan dobrych informatorów. Kim oni są?
– Nigdy nie zdradzam swoich mocodawców, ale mogę Pana zapewnić, że udzielą nam wszelkiej pomocy. A to najważniejsze. Zdaje mi się także, że ta młoda kobieta może nam pomóc.
Johnowi zdawało się, że dostrzegł dwuznaczny uśmieszek na twarzy rozmówcy.
– Nikki w żadnym wypadku z nami nie pojedzie.
– Niech Pan pomyśli rozsądnie. Ja mało wiem o tej sprawie – tylko znam to pismo, Pan ostatnio siedzi za biurkiem; z braku czasu to ona prowadzi bibliotekę. Jej wiedza na temat niektórych książek może nam się bardzo przydać.
– Wykluczone – powtórzył i tak spojrzał na Nikki, że spuściła wzrok i wolno wyszła do drugiej komnaty. Gdy zamknęła drzwi usłyszał jej cichy płacz. Też posmutniał. Żal mu jej było, ale już podjął decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.
Cagliostro także patrzył w ślad za nią. Może miał nadzieję, że jej ognisty temperament weźmie górę. Że zbuntuje się, wróci i będzie walczyć, ale nic takiego się nie stało – zamknęła za sobą drzwi i płakała. Hrabia był zawiedziony, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Myślę, że jutro moglibyśmy wyjechać – powiedział beznamiętnym głosem. – Spotkajmy się jutro w południe na stacji Jednego Szlaku. Odpowiada to Panu? Myślę, że zdąży się Pan spakować.
– Trzy dni urlopu dobrze mi zrobi.
Hrabia rzekł wolno, przeciągając każdy wyraz:
– Sprawa może wymagać od nas dłuższego pobytu w dolinie.
John chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Hrabia, zupełnie niespodziewanie, wstał od stołu i wyciągnął rękę na pożegnanie. John także się podniósł.
– A jaki Pan ma w tym interes? – Zapytał, gdy się żegnali.
– Powiedzmy, że jest mi Pan zapisany w gwiazdach.
Nim zdążył zadać kolejne pytanie, Cagliostro omiótł swym długim płaszczem podłogę i wyszedł z budynku. Przy wyjściu rzucił tylko przez ramię:
– Do jutra John.
Nie wiedział czy to świst wiatru czy głos Hrabiego, ale zdawało mu się, że słyszał jeszcze:
– Do zobaczenia wkrótce Nikki – ciarki przeszły mu po ciele. Ten głos wydawał mu się jakiś taki inny, jakby nie ludzki.
Siedział jeszcze chwilę w milczeniu. Może był przeczulony, ale Cagliostro mu się nie podobał. Ale nadal nie mógł sięgnąć pamięcią w przeszłość. Jakby ktoś wyciął z niego wiadomości tak jak kasuje się dane z komputera.
Wsłuchał się w odgłosy pokoju. Na zewnątrz ustawała już burza. Mógł spokojnie iść do domu, zastanowić się nad zaistniałą sytuacją i przygotować się do wyjazdu. Dziwna cisza dochodziła z komnaty, w której zamknęła się Nikki. Czyżby zasnęła? Drzwi nie były zamknięte, chociaż wcześniej – był tego pewien – słyszał jak przekręcała klucz w zamku. Ale nie to było najdziwniejsze, ale to, że dziewczyny nie było w pomieszczeniu. Przeszukał wszystkie zakamarki. Ta komnata była właściwą biblioteką – ogromna, z kilkudziesięcioma szafami i regałami od podłogi do sufitu wypełnionymi najrozmaitszymi książkami, często nawet jemu niewiadomego pochodzenia. Nie wiedział, jakie tajemnice kryją te alfabetycznie opisane półki, wiedział natomiast, co ma zrobić. Tylko dla uspokojenia własnego sumienia podniósł książkę leżącą na najbliższej półce. Spojrzał na tytuł: „Zapomniane Symbole i Rytuały w Magii”. Nazwiska autora nie był już w stanie odczytać. Odłożył ją na miejsce i dopiero teraz dostrzegł postrzępioną kartkę. Jej róg ledwo był widoczny z pod wiekowej okładki. Szybko rozłożył kartkę i podszedł z nią bliżej światła. Stanął pod samym żyrandolem. Na kartce były napisane tylko cztery słowa. Bez trudu rozpoznał pismo Nikki. Te cztery słowa wystarczyły, żeby kropelki potu wystąpiły mu na czoło i cały pobladł ze strachu. W jednej chwili stracił resztkę siły i ciężko opadł na krzesło. Kartkę położył na biurku i przyglądał się jej otępiały. Blask świec bijący z żyrandola tylko podkreślał, jakby patrzące na niego ironicznie litery. Przeczytał jeszcze raz wiadomość od Nikki.
– Jestem w Przeklętej Dolinie.
– Czy to możliwe, żeby pojechała sama? Ale jak? Kiedy? Musiała się wymknąć jak był zaprzątnięty rozmową z Hrabią. Ale przecież trwało to bardzo krótko. A może ta biblioteka ma jakieś drugie drzwi, o których nic nie wiedział. Ale skąd wiedziała gdzie jest ta dolina i jak się do niej dostać? To pewnie sprawka tego Cagliostra. Nikki na pewno jest już w drodze a ja muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapiął płaszcz, schował książkę, żeby nikt jej nie widział i wybiegł z budynku. Nawet nie pogasił świateł ani nie zamknął drzwi – najwyżej zawistni ludzie puszczą bibliotekę z dymem. Teraz najważniejsze było życie Nikki.
Wiedział, co ma robić.

Słońce wolno wychodziło zza chmur. Może, chociaż troszkę ogrzeje świat. John podszedł do rozmawiającego z kimś nieopodal jakiegoś woźnicy.
– Ma Pan teraz wolny kurs?
Tamten spojrzał na niego groźnie. Nie był zadowolony, że ktoś mu przerywa opowiadanie plotek.
– Mam – odparł sucho i ponownie zwrócił się do swego rozmówcy.
– Niech mnie Pan zawiezie na Guardian Street.
– Panie… – zaczął grubiańsko woźnica.
– Mothman – To jedno słowo wystarczyło, żeby zmienił swój stosunek do Johna. Widocznie skojarzył fakty: miasto, ulicę i nazwisko. Mógł nie rozpoznać Johna, szczególnie, że teraz wyglądał jak żebrak, a nie jak szanujący się stróż prawa – zresztą zawsze uchodził za ekscentryka. Przyzwyczaił się do tego. Nawet był zadowolony, że wyróżniał się jakoś z tłumu.
Nie oglądając się dłużej na woźnicę, wskoczył na zydel furmanki. Nie musiał długo czekać. Nim się obejrzał skonfundowany woźnica szybko pożegnał się ze swoim rozmówcą i energicznie chwycił lejce. Siadł przed Johnem i z miejsca ruszyli galopem. Woźnica próbował się wytłumaczyć, przed Johnem ze swojego zachowania, ale ten słyszał tylko, co któreś jego słowo. Zrozumiał, że tamten jest nowy w mieście i że tylko dorabia jako woźnica. Tak naprawdę jest lekarzem i ma własną praktykę. Reszty nie dosłyszał, ale nie pytał, bo już dotarli do miejsca podróży. John zeskoczył lekko z wozu, poślizgnął się na zamarzniętej kałuży, ale utrzymał równowagę.
– Ile płacę? – Zapytał sięgając do kieszeni płaszcza.
– Nic – woźnica uśmiechnął się przyjaźnie.
– Ale ja nie jestem żebrakiem.
– Wiem. Powiedzmy, że jest Pan moim honorowym klientem. Jeśli mi Pan zapłaci, będę czuł się zobowiązany osobiście zwrócić Panu pieniądze.
John wyjął z kieszeni ile uznał za stosowne i wręczył pieniądze woźnicy.
– Wspominał Pan, że jest lekarzem. To na praktykę.
Woźnica chciał coś powiedzieć, ale John machnął tylko ręką i dodał:
– Poza tym Pańska wiedza medyczna może mi się kiedyś przydać.
Odwrócił się i zaczął wchodzić po krętych schodach do budynku. Usłyszał za sobą oddalający się chrzęst końskich kopyt na śniegu.

Pokonał kilkanaście schodów i znalazł się na wysokości drugiego piętra budynku. Zawsze wchodził do swojego biura tylnym wyjściem – omijał w ten sposób liczne korytarze, biura zazdrosnych pracowników, docinki i zaczepki ze strony współpracowników. Cenił sobie swój czas.
Przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Cicho zamknął za sobą drzwi – nie chciał, żeby ktoś wiedział, że jest w pracy, żeby ktoś mu przeszkadzał. Zanim oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności potknął się o coś, jakby krzesło leżące na środku biura, ale nie przypominał sobie, żeby je przestawiał. Po paru krokach dotarł do okna i otworzył okiennice. O mało nie krzyknął z przerażenia, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca ogarnęły pomieszczenie. Nie było go zaledwie dwa dni, a nie poznawał swojego biura. Dokumenty potargane, niektóre pomięte leżały prawie wszędzie, gdzie się rozejrzał. Meble połamane, nie miał nawet, na czym usiąść. Z każdym krokiem, gdy przemierzał biuro, słyszał pod butami chrzęst drzazg. Nawet metalowy sejf miał wyłamany zamek.
– Ktoś się nieźle natrudził. Ale czego szukał? Może tego, co ja – pomyślał i zaczął grzebać w papierach. Szukał jakichś gazet, wycinków prasowych albo notatek służbowych. Nie znalazł nic, co mogłoby go naprowadzić, chociaż na ślad Cagliostra.
Zawiedziony usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Nie miał już innego wyjścia, musiał jechać w ciemno i zaufać przeznaczeniu. Wszystkie możliwe dowody przemawiające przeciwko Hrabiemu przepadły. Podniósł z podłogi kawałek papieru i poszukał czegoś do pisania i do przytwierdzenia jej do drzwi. Znalazł ołówek, sam nie wiedział gdzie, jakby sam nawinął mu się pod rękę. Napisał kilka słów i przyczepił kartkę do futryny od strony korytarza. Ponownie zamknął okiennice i wyszedł z budynku tak jak wszedł. Nikogo nie zawiadomił o włamaniu – wolał wszystko załatwić osobiście.

Gdy zszedł po schodach, skierował się w stronę domu. Postanowił się przespacerować, może powiew świeżego powietrza podsunie mu jakiś pomysł do głowy.

* * *

Z drugiej strony Guardian Street do Budynku Straży, zaprzęgnięta w kilka koni zbliżała się furmanka. Siedzący w niej mężczyźni, co i raz poganiali woźnicę okrzykami.
– Obyśmy tylko zdążyli! – Basowy głos dochodził z jej środka.

Konrad Staszewski

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Rozdział I

 

 

Dzień z pozoru niczym nie różnił się od nocy. Gdyby detektyw miał inny charakter pewnie już dawno uciekłby z tego domu, czasem sam się sobie dziwił, że jeszcze tego nie zrobił. Czuł jednak, że ten dom go jakoś przyciąga – może krył w sobie jakieś mroczne tajemnice z przeszłości, może tradycje rodzinne a może korzenie. Nawet jego siostra czasami nazywała go ekscentrykiem, chociaż mieszkała w tym samym domu. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. A może faktycznie był inny?
Z zadumy wyrwało go dopiero ciche, ledwo słyszalne stukanie do drzwi.
– Dziwne – nie przypominał sobie, żeby zamykał drzwi do swojego pokoju.
Wyjął kaganek spod kanapy i zapalił świeczkę. Przy jej nikłym świetle spojrzał na busolę. W komnacie było ciemno jak w środku bezksiężycowej nocy.
– Piąta rano – pomyślał. – Wejdź.
Drzwi otworzyły się z głuchym zgrzytem. W progu stanęła młoda dziewczyna. W ręku trzymała zapalony kandelabr. Ze zdziwieniem stwierdził, że jest już całkowicie ubrana. Ponownie spojrzał na busolę – tylko on umiał za jej pomocą odczytać godzinę.
– Nie za wcześnie?
– Przecież wiesz, że dzisiaj muszę być nieco wcześniej w pracy.
Nic nie odpowiedział. Zapadła chwila krępującej ciszy. Oczywiście, że wiedział. Przecież dzisiaj był wyjątkowy dzień. Tego dnia, dzień po jej urodzinach była promocja w bibliotece – każda osoba, która się zapisze tego dnia dostanie książkę w prezencie. I właśnie tego dnia miała być nowa dostawa. Ale nie to było najgorsze, ale to, że biblioteka była zarejestrowana na niego.
W dokumentach on był jej właścicielem i zgodnie z prawem tylko on mógł kwitować odbiór przesyłek. A że listonosz nie odwiedzał ich już od kilku dni, musiał osobiście udać się na pocztę.
Tknięty nieokreślonym przeczuciem zapytał:
– O której wróciłaś do domu?
– Byłam cały czas i czekałam na Ciebie. Specjalnie zostawiłam zapalone światło w korytarzu.
Nic nie odpowiedział. Tępo patrzył jak zamyka za sobą drzwi. Słyszał jeszcze jak schodzi po schodach. Wstał wolno z kanapy.

* * *

Wolno zszedł do kuchni. Nie zataczał się, przecież nic nie pił ani tego dnia ani żadnego wcześniejszego, ale i tak czuł się jakiś nieswój. Tłumaczył to sobie brakiem snu – ostatnio mało sypiał. Jeszcze ten list. Cały czas podświadomie przyciągał jego umysł. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć.
Jakby na domiar złego nie zdążył zjeść śniadania. Gdy tylko wszedł do kuchni zobaczył stojącą w progu Nikki – kobietę, która zawsze go poganiała. Ona miała w sobie jakąś siłę, która w każdej chwili potrafiła go zmobilizować, wręcz zmusić do działania. Nawet tego dnia nie było inaczej. Wystarczyło, że rzucił na nią okiem a już dostrzegł ten niesamowity błysk w oczach. Gdyby nie była kobietą, swym wzrokiem niczym wąż ukąsiłaby niejednego przeciwnika, każdego z wyjątkiem jego. Mimo to, że znał ją niemalże od dziecka, gdy na nią spojrzał odebrało mu mowę.
Jej uroda onieśmieliłaby każdego śmiertelnika, a on mimo swych zdolności też był przecież zwykłym człowiekiem.
– Jej młode, piękne piersi… Jak chciałbym się w nie wtulić – myślał.
Nieraz tonął w takich marzeniach, ale wiedział, że to tylko chore myśli.
– Kimże ja jestem, żeby bawić się w Boga?
Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ale ona tylko stała. Nic nie mówiła, tylko stała w swej wyzywającej, kuszącej pozie.
Nie był w stanie powstrzymać swego instynktu. W jego oczach zapłonęła żądza.
Zbliżył się do niej kilka kroków.
– Zamówiłam powóz. Pewno już stoi przed domem.
Jakby obuchem dostał w głowę. Jakby na potwierdzenie jej słów usłyszał rżenie koni przed bramą. Zaklął pod nosem. Miał nadzieję, że tego nie usłyszała, a gdyby nawet to i tak pewnie nie dałaby tego po sobie poznać.
– Włożę na siebie tylko płaszcz. Daj mi chwilę.
Nie odezwała się ani słowem, ale miał wrażenie jakby wyczytał w jej oczach niemą ironię.
– Ach gdyby tylko nie była… – nie dokończył swoich myśli.
Odwrócił się i wyszedł do przedpokoju.
Faktycznie, woźnica czekał już przed bramą. Nikki siedziała już w środku powozu. Zamknął drzwi na trzy zamki. Sąsiedzi pewnie jeszcze spali, ale niemiłosiernie skrzypiąca furtka z pewnością ich obudziła. Uśmiechnął się ironicznie i wsiadł do dorożki. Nikki spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie śpieszyłeś się.
Spojrzał w jej zielone jak toń wodna oczy.
– Został nam kwadrans.
– Zdążymy. Poczta jest koło biblioteki.
Woźnica nie pytał o drogę. Chwycił cugle i popędził konie. Minęli kilkanaście domostw i jakieś ruiny – wyglądały jak pozostałości starego zamczyska.
W zaledwie kilka minut powóz zatrzymał się przed pocztą. Gdy wysiedli i zapłacili woźnica jakby od niechcenia zauważył:
– Krwawe i nieme chmury wiszą w powietrzu – popędził konie.
– Dziwny ten woźnica. O czym on mówił? – Zapytała Nikki.
– Nie wiem. Nie mniej dziwny niż my – pomyślał, gdy wchodzili na pocztę.
Jak zwykle o tej porze byli jedynymi petentami. Poczta była mała i ponura. Paliły się jedynie trzy lampy. Energicznym krokiem zbliżył się do jedynego okienka. Za szybą pojawił się starszy człowiek. Ponoć znał wszystkich w miasteczku. Nie było w tym nic dziwnego, bo miasteczko było niewielkie.
– Dzień dobry Panu. Witam Panienkę – rzekł cicho, gdy się zbliżyli. – Chciałby Pan nadać list?
– Wręcz przeciwnie Simon, chciałbym odebrać przesyłkę.
Mężczyzna otworzył usta ze zdziwienia, ale zaraz potem jego twarz stała się blada i pot wystąpił mu na czoło.
Wszyscy wiedzieli, że Simon jest bardzo sumienny i bał się popełnić jakikolwiek błąd – był już starym człowiekiem i nie miał żadnej rodziny, praca na poczcie była wszystkim, co miał i nie chciał jej stracić.
– Co się stało? Źle się Pan czuje? – Zapytała Nikki.
Jej słodki głos mógłby złamać niejedno serce. Oczy napłynęły jej troską.
– Nie, nie Panienko.
Schylił się pod ladę i wyjął stary, gruby zeszyt. Szybko przerzucił kilka kartek. Palcem odszukał odpowiednie nazwisko i przeczytał:
– Było kilka paczek dla Pana, ale wszystkie zostały wysłane na Pański adres do Przeklętej Doliny. Listonosz wczoraj zawiózł je na miejsce. Nie dotarły?
– Ale przecież ja tam nie mieszkam.
W odpowiedzi Simon pokazał zeszyt. Dużymi literami widniało „John Mothman – Przeklęta Dolina”. Detektyw nie dowierzał własnym oczom.
– Została tylko jedna przesyłka dla Pana, ale nie ma na niej adresu ani nazwiska nadawcy.
Nagle zegar nad okienkiem wybił godzinę 05.30. Nikki drgnęła.
– John i co teraz?
– Idź do biblioteki. Zaraz przyjdę.
– Pocałowała go w policzek i wybiegła z poczty.
– Niech Pan pokażę paczkę.
Simon wyjął ją spod lady. Gdy Tylko John na nią spojrzał oczy natychmiast nabiegły mu krwią. Zaadresowana była na „J.M.”. Litery napisała ta sama ręka, co list, który znalazł dzień wcześniej w skrzynce. Rozerwał paczkę i jego oczom ukazała się przepięknie złocona na brzegach książka. Jej tytuł brzmiał: ?Mary Mothman – Autobiografia”. Bez słowa wybiegł z poczty. Nawet nie podziękował Simonowi ani nie pokwitował przesyłki.

Nie pamiętał nawet czy podziękował Simonowi. Chyba nawet się z nim nie pożegnał. Schował książkę, żeby nie zamokła i wybiegł z poczty. Skierował się w stronę biblioteki. Poślizgnął się na krawężniku i wylądował twarzą w kałuży. Nie zważał na nic. Wytarł rękawem twarz na tyle by widzieć drogę i pobiegł dalej.
Serce biło mu jak oszalałe. Jeszcze tylko dwie przecznice. Przebiegł już prawie całą drogę. Oparł się ciężko o barierkę. Już tylko trzy schody dzieliły go od drzwi. Wskoczył na nie bez namysłu. Chwycił klamkę i szarpnął – były zamknięte od wewnątrz. Uderzył w nie kilka razy pięścią, ale grzmot go zagłuszył. Zaklął siarczyście i naparł na drzwi całym ciałem, ale ustąpiły dopiero za drugim razem.
Błyskawica rozświetliła okolicę, gdy wpadł do biblioteki. W przebłysku światła, błyskawice następowały jedna po drugiej już niemal bez przerwy, ujrzał Nikki stojącą w drzwiach prowadzących do głównej sali. Lampa trzęsła jej się w ręce.
Dziewczyna z przerażeniem w oczach spoglądała raz na wyłamane z zawiasów drzwi a raz na podnoszącego się z nich mężczyznę. Nie poznała go w pierwszej chwili i krzyknęła:
– Co Pan?! Biblioteka jeszcze zamknięta! Niech Pan wyjdzie albo wezwę żandarmów!
Odwróciła się i pobiegła do sąsiedniego pomieszczenia.
– Nikki!
Usłyszała krzyk i szybkie kroki zbliżające się w jej kierunku. Chwyciła stojący na szafce wazon, ale nie zdążyła zaczaić się za drzwiami.
Z początku myślała, że burza zniekształciła głos mężczyzny i upodobniła go do głosu Johna; że miała tylko przesłyszenia, ale gdy stanął w progu i zapalił światło wazon wypadł jej z rąk i potłukł się na drobne kawałeczki. Oparła się o ścianę i zakryła twarz dłońmi.
Wyobrażał sobie jak tragicznie musiał wyglądać. Dopiero teraz zauważył krew na rękawie, jednocześnie poczuł dotkliwy ból nosa. Był cały zabłocony, brudny i śmierdziało od niego potem.
Nikki uchyliła nieco okno. Otrząsnęła się z pierwszego wrażenia.
– Jak Ty wyglądasz. Siadaj – przysunęła mu krzesło. – Zaraz zrobię Ci okład.
Gdy wyszła z sali podniósł i dopasował wyłamane drzwi do zawiasów.
– Prawie idealnie – pochwalił sam siebie półgłosem i wyjrzał na, zewnątrz, ale nic się nie zmieniło – nadal padał śnieg z deszczem. W taką pogodę mało, kto mógłby poznać, że drzwi są już tylko atrapą.
John zadowolony ze swego dzieła dopiero teraz usiadł przy stoliku. Dotknął złamanego nosa i pod palcami poczuł lepką ciecz. Jeszcze krwawił. W tej samej chwili usłyszał słowa nagany:
– Nie dotykaj. Trzeba to zdezynfekować, bo wda się zakażenie.
Nikki zbliżała się do niego energicznym krokiem. W rękach niosła mały flakonik z jakimś nieznanym mu specyfikiem i kawałek czystego białego materiału. Wylała przeźroczystą zawartość buteleczki na materiał i zbliżyła „opatrunek” do jego nosa.
– Z początku może troszkę szczypać, ale wytrzymasz. Przyłóż go do nosa a ja wywieszę kartkę, że biblioteka dzisiaj będzie później otwarta.
– Dzisiaj zamykamy bibliotekę.
Chwycił ją tak zdecydowanie za rękę, że wypuściła z niej opatrunek. Zaskoczyło ją zachowanie brata.
– Dzisiaj nie otwieramy biblioteki – zadecydował. – Zapal więcej światła i siadaj.
Zawahała się, ale zrobiła, co kazał. Gdy już siedzieli naprzeciwko siebie John wyjął spod poły płaszcza książkę i w milczeniu, prawie z namaszczeniem położył ją na stole.
– To dla mnie? – Nikki prawie krzyknęła z radości i z nieukrywaną nadzieją w głosie. W jej oczach znów tańczyły ciepłe płomyki szczęścia. Chciała podbiec i ucałować brata z radości, że jednak nie zapomniał o jej urodzinach. Ale nie wypadało jej tego robić, nie była już dzieckiem. Dzisiaj stała się kobietą, przynajmniej psychicznie a fizycznie – ciągle wierzyła, że znajdzie tego jedynego.
– To nie to, co myślisz – odwrócił wzrok, żeby nie widzieć rozdzierającego serce zawodu w jej oczach i spojrzał na książkę. – To coś o wiele cenniejszego – powiedział jakby chciał się przed nią usprawiedliwić. – Wiesz, co to jest?
– Książka – odpowiedziała lekceważąco. – Jak każda inna. Co może być w niej takiego interesującego?
Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, przecież nawet nie przejrzał tej książki, od razu przybiegł z nią do biblioteki. Ale…
– Popatrz na jej autora a raczej autorkę – poprawił się specjalnie podkreślając ostatni wyraz i wskazał na okładkę.
Nikki otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
– To książka o naszej mamie. Kto ją napisał?
– To autobiografia – na potwierdzenie swoich słów pokazał jej tłoczony napis „Mary Mothman” na okładce.
– Pięknie zachowana. Skąd ją masz? Z jakiegoś muzeum? Musi być bardzo stara.
– Wręcz przeciwnie, Nikki. Ktoś mi ją przysłał. Książka jeszcze pachnie drukiem a raczej…
– Krwią – dokończyła przerażona. Wzięła książkę i szybko przewróciła kilka kartek. Johnowi mignęła przed oczami data jej wydania.
– To jej charakter pisma. Książka też wygląda jakby była nowa.
– Bo jest nowa.
Popatrzyła na niego.
– Chyba oszalałeś. Nasza matka nie żyje. Też do niedawna jeszcze się łudziłam. Ale to już dziesięć lat. John, ona już nie wróci. Musimy się w końcu z tym pogodzić.
– Nie znaleźliśmy ciała – upierał się John. – Śledztwo nic nie wykazało.
– Ty i to Twoje śledztwo. Wiedziałam, że kiedyś ta praca zacznie na Ciebie źle wpływać.
Powinieneś wyjechać gdzieś, odpocząć trochę.
– Tak, masz rację siostrzyczko, tak zrobię, ale jak rozwiążę zagadkę jej zaginięcia.
Chciała coś powiedzieć, ale nakazał jej milczenie przykładając palec do ust. Wziął książkę z jej rąk, odszukał datę, która wcześniej mignęła mu tylko przed oczami a gdy był już pewien, że się nie przywidział wskazał ją Nikki.
– Sama zobacz.
Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom. Z wrażenia głos zamarł jej w gardle.
– Tak, ta książka została wydana w tym roku i nie mamy wątpliwości, że została ona napisana przez naszą mamę. Własnoręcznie – podkreślił. – Ale nie to mnie zastanawia. Wiemy już, że nasza matka żyje – zdawał sobie sprawę, że nie w pełni przekonał swoją siostrę, ale… – Zastanawiają mnie tylko te znaki na rogach książki – wskazał je palcem.
– Może to jakieś symbole, też są napisane krwią. Myślisz, że to może być krew naszej mamy?
– Nie mam tej pewności – odpowiedział. – Dostałem też list z takimi samymi znakami. Przejrzałem książki w domu, ale nie znalazłem w nich nic podobnego. Chyba, że poszukamy jeszcze tu, w bibliotece – zasugerował.
– A może ja Państwu w czymś pomogę?
Oboje jednocześnie spojrzeli w stronę skąd dobiegł ich nieznajomy głos. Przed nimi stał mężczyzna. Cała jego postać była niesamowita. Ale najdziwniejsze były jego oczy – zdawały się zupełnie nie pasować do całej postaci, były to oczy bardzo starego człowieka, jakby sprzed wieków. Patrzył na nich spod szerokiego ronda czarnego kapelusza.
Pierwsza z wrażenia otrząsnęła się Nikki.
– Kim Pan jest? – Wstała zza stołu.
– Różnie mnie nazywają. Ale Wy mówcie na mnie Cagliostro.

Konrad Staszewski

 

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Prolog

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Prolog

 

Jeszcze raz przeczytał list, jego czujne oczy prześlizgnęły się po nim bardzo dokładnie, ale nie znalazł żadnej wzmianki na temat nadawcy. Zamiast tego dane adresata były napisane bardzo wyraźnie, nawet mniej wyczulone oko rozpoznałoby w tym piśmie młodą kobietę, ale on widział więcej. Był niemal pewien, że adres napisano silną, energiczną ręką. Dopracowanie każdej literki dobitnie świadczyło o pedantyzmie nadawcy. Nigdzie nie było widać, żeby ręka zawahała się choćby na moment. Ta osoba dobrze wiedziała, do kogo i co pisze. Musiała także być bardzo zdesperowana. Zastanowiła go tylko forma listu. Jakby był tłumaczeniem jakiegoś starodruku. I te dziwne symbole na jego rogach, jakby napisane krwią – dokładnie 24ry.

Ze zdumieniem zauważył, że z każdą chwilą był coraz bardziej zainteresowany tą historią. Zdjął cieniutkie okulary i przetarł aksamitną chusteczką, włożył do pudełka z wygrawerowanymi na wieczku inicjałami „J.M.”. Ostrożnie schował wszystko do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Mimo dość mroźnej, bo miejscami spadającej poniżej -15 stopni Celsjusza temperatury jemu było ciepło. Zresztą był dopiero początek grudnia, a on nigdy nie zważał na temperaturę.

Złożył list na czworo i schował do oddzielnej kieszeni uszytej specjalnie na rzeczy znalezione. Jeszcze raz zajrzał do skrzynki, ale nie znalazł żadnej więcej poczty. Listonosz znowu się spóźniał, ale zimą często się to zdarzało. Zamknął skrzynkę i wszedł do ogrodu. Z przyzwyczajenia chciał zamknąć furtę, ale przypomniał sobie, że ta dziewiętnastowieczna żelazna brama się zacinała. Przymknął ją mocno, przeszedł przez ogród – na śniegu pozostały tylko jego ślady. Rzadko miewał gości, wszyscy omijali jego dom z daleka, bali się. Odzwyczaili się od mrocznych budowli z łukowymi oknami, gargulcami nad drzwiami. Nawet w dzień przypominała katedrę. Nocą była niewidoczna.

Podszedł do ciężkich drewnianych drzwi. Wymacał ręką mosiężnego gargulca i pociągnął za jego szczękę. Zza drzwi dał się słyszeć cichy dźwięk organ i melodyjny kobiecy głos. Bardzo lubił taką muzykę, kontrast siły i subtelnej delikatności. Mroczna, smutna a jaka piękna, nostalgiczna, opowiadająca o uczuciach i przemijaniu. Tą odmianę gotyku lubił najbardziej, zresztą pasowała do tego miejsca.

Odczekał chwilę nim pieśń całkiem nie zamilknie, ale nikt nie otworzył mu drzwi. Wyjął pozłacany klucz z poły płaszcza i włożył go w oko gargulca, przekręcił dwa razy i jednym pchnięciem otworzył obie części drzwi – rozwarły się jak brama. Zatrzasnął je i zaryglował. Uderzyła go niesamowita cisza.

– Jesteś w domu? – Nie otrzymał odpowiedzi. – Pewno znowu gdzieś wyszła ze znajomymi – pomyślał.

Mimo, że na zewnątrz dopiero nadchodził zmierzch a zegar w pokoju nie wybił jeszcze godziny 4-tej po południu w domu panowały nieprzeniknione ciemności. Znalazł wyłącznik, przekręcił go i całe pomieszczenie zalała fala światła. Świece w sześcioramiennych żyrandolach zapaliły się równocześnie. Płaszcz powiesił na masywnym, drewnianym wieszaku w drugim pokoju. Teraz w dobrym świetle mógł jeszcze raz przyjrzeć się listowi. Wyjął go z kieszeni, rozłożył i krzyknął ze zdziwienia – miał przed sobą prawie czystą kartkę. Treść jakby nigdy nie istniała. Tylko na rogach pozostały te dziwne symbole.

– Jest tylko jedna szansa – pomyślał.

Zrzucił buty i na bosaka wbiegł po krętych schodach na piętro. Nawet nie zgasił światła na dole. Świece i tak były wieczne.

Pamiętał, że odkąd odziedziczył z siostrą ten dom ani razu nie nawaliło oświetlenie.

Oparł się o barierkę. Spojrzał na koniec ciemnego holu. W żadnym pokoju nie paliło się światło. Drzwi były pozamykane. Przekręcił klucz w zamku i wszedł do jednego pokoju, nazywanego przez niego biurem. Faktycznie tak było urządzone – stary segment z ciemnego drewna po brzegi wypełniony książkami naprzeciwko drzwi, biurko 4-ro szufladowe i stylowe fotele, wszystko było tak dobrane, żeby na pierwszy rzut oka stanowiło komplet. Pamiętał jak znosili te meble ze strychu. Zapalił lampę stojącą na strychu i usiadł na krześle. Wokół niego leżało kilka niezapłaconych rachunków, zebrał je na kupkę i rzucił na drugi fotel. Rozłożył ostrożnie list. Kartka była czysta nie licząc tajemniczych znaków na rogach. Przypomniał sobie, że jego siostra przyniosła kiedyś jakąś książkę o tajemniczych znakach i symbolach, ponoć przeklętą. Przeszukał cały segment i znalazł ją dopiero po dwóch godzinach. Przejrzał ją, ale niczego szczególnego się z niej nie dowiedział. Owszem, były zdjęcia i opisy różnych symboli, ale nie tego, czego szukał. Były podobne, porównywał je z listem, każdą kreseczkę, ale jednak nie identyczne. W całej książce znajdowała się tylko jedna przydatna informacja. Ponoć istniały kiedyś języki magiczne składające się z 24-ro literowych alfabetów i co ciekawe – zawsze były pisane ludzką krwią. Potwierdziło to tylko jego wcześniejsze spostrzeżenia. Zamknął książkę i odłożył na półkę. Spojrzał na busolę leżącą koło lampy – była pierwsza w nocy.

– Jak ten czas szybko mija – pomyślał. Jego siostra jeszcze nie wróciła. – Na pewno znowu wróci nad ranem. W razie, czego i tak ja usłyszę a jak nie to ma zapasowe klucze.

Wziął list, żeby go złożyć i schować do kieszeni, ale gdy światło lampy padło na papier od tyłu coś zobaczył.

– Oczywiście. Atrament sympatyczny! – Krzyknął. Sam się dziwił, czemu wcześniej o tym nie pomyślał.

Podniósł papier i aż usiadł na krześle. Nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Na kartce ktoś wyraźnie pisał:

„Uratuj nas póki jeszcze możesz.

Johnie, jesteś naszą ostatnią nadzieją i…”.

Ostatnich słów nie umiał odczytać – były rozmazane, jakby napisane w pośpiechu. Ale skąd ten ktoś znał jego imię? Owszem, był dość znany z racji zawodu, który wykonywał, ale przecież cały świat go chyba nie znał. Przeszukał wzrokiem jeszcze raz trzymaną w rękach kartkę, musiał do tego założyć mocniejsze okulary, które wyjął z szuflady z biurka, ale nie znalazł żadnej wzmianki o nadawcy – ani adresu ani podpisu, ale był niemal pewien, że napisała go ta sama ręka, co adres na kopercie.

Płynące falą myśli brutalnie przerwał mu odgłos otwieranej furtki. Już dawno należało ją naprawić, skrzypieniem umarłego mogłaby obudzić. Nie wyjrzał nawet przez okno. Miała klucze. Złożył list i schował do kieszeni – zajmie się nim rano. Zgasił lampę, położył się na kanapie i utonął w natłoku myśli. Nawet nie wiedział, kiedy Morfeusz wziął go w swe objęcia.

Konrad Staszewski