Koloman: Obrońca

Koloman: Obrońca

Prolog

Jestem kolejnym kronikarzem, który próbuje przedstawić Wam, potomnym, historię pewnego wojownika, którego przeznaczeniem stało się odrodzenie legendy. Niedawno przedstawiłem Wam część jego historii spisanej na podstawie odnalezionej niedawno Księgi Przeznaczenia. Jednakże nie jest to koniec opisanych jego przygód. Jakiś czas temu znalazłem urywki stron tej Księgi, leżały one w najróżniejszych miejscach. Zapewne służyły za Prolog i Epilog. Pozwolę sobie zatem Wam je przedstawić. Dalej znajdziecie ciąg dalszy opowieści o Kolomanie I. Osobiście wydaje mi się, że Prolog, który teraz Wam przedstawiam powinien znajdować się przed opowiadaniem rKsięga Przeznaczeniar1; ale to są, niestety wady, odnajdywanych po jakimś czasie dokumentów.

r…I wkrótce jego losy się odwróciły. Czekała go bowiem kolejna nadzwyczajna przygoda. Koloman przejeżdżając przez kolejne państwa w poszukiwaniu pracy usłyszał, że znana osobistość w świecie – Hrabia Brandt został porwany. Ponoć posiadał jakieś ważne dokumenty lub księgę – dokładnie nikt nie wiedział – którą miał przekazać pewnemu Majowi, Majronowi. Koloman, który poznał Majrona podczas jednej z poprzednich przygód, postanowił go zawiadomić i pomóc w poszukiwaniach Hrabiego licząc na to, że znów spotka przyjaciela, będzie mógł komuś udzielić pomocy i przeżyje niesamowite chwile. I tym razem przeczucie go nie omyliło bowiem…r1;

Tłumaczenie z: KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.

Wokół walczących wojowników roztaczał się przykry widok. Gdy się rozglądali dookoła siebie brało ich obrzydzenie. Gdzie tylko spojrzeli leżały same trupy bez kończyn, bez głów. Co chwilę słychać było chrzęst łamanych kości, rozdzierające mrok nocy krzyki, które nie jednemu mroziły krew w żyłach. Nie było wojownika w armii króla, który nie byłby poplamiony krwią wroga lub jego wierzchowca. Krew lała się, płynęła nie kończącą się rzeką. Po tylu latach walki nie wiedzieli już o co ona się toczy. Byli pod rozkazami miłościwie im panującego Kolomana I, którego wszyscy kochali jak ojca, i chcieli za niego oddać życie wierząc, że w końcu zwyciężą najeźdźców. Król osobiście nimi dowodził i wszyscy słuchali rozkazów jego i jego dowódców. W dodatku sam walczył między nimi i podnosił ich na duchu.
Bitwa rozpoczęta o wschodzie słońca szybko przerodziła się w rzeź mieszkańców. Prawie połowa stolicy Euve płonęła a z drugiej połowy pozostały już jedynie zgliszcza. Domostwa waliły się pozostawiając po sobie jedynie ruiny. Nie było dachu, który nie zajął się nieśmiertelnym żywiołem. Walkę obrońcom utrudniali mieszczanie uciekający ze swoich dobytków, plątali się pod kopytami koni. Wśród walczących w królewskich oddziałach znaczna liczbę stanowili najemnicy pod dowództwem znanego w całym Świecie Zapomnianym z męstwa i odwagi Propolisa.
Ten wielce szanowany wojownik jako pierwszy się opamiętał. Przypomniał sobie zasłyszaną gdzieś w świecie przepowiednię starej czarownicy sprzed wielu, wielu lat, która niestety zaczęła się teraz sprawdzać ku nieszczęściu całego państwa. rOstatni potomek celtyckich królów wkrótce oszaleje z miłości. Rozpocznie się krwawa wojna, która doprowadzi do upadku najpotężniejsze państwo Świata Zapomnianego. Lecz znajdzie się wojownik, który nawet za cenę zdrady spróbuje ocalić królestwo…r1;. Propolis nie pamiętał dalszego ciągu przepowiedni ale to mu wystarczyło aby wziąć to do siebie. Tak bardzo się nią przejął, że uwierzył iż to on jest oczekiwanym wybawcą. Teraz postanowił działać. Cofnął się na tyły oddziałów króla, a za jego przykładem poszli wszyscy najemnicy i zaatakował.
– Wybić te psy! Co do jednego! r11; Dał się słyszeć upiorny głos Propolisa.
Euveńczycy zostali kompletnie zaskoczeni. Nad Kolomanem, który nigdy nie ujawniał swoich prawdziwych uczuć, złość wzięła górę i krzyknął pełen wzburzenia:
– Zdrada!
W porównaniu z tym co się teraz rozpoczęło, niszczenie miasta było niczym. Wojownicy króla zostali wzięci w dwa ognie. Byli w mniejszości. Jeden z dowódców przedarł się, torując sobie krwawo drogę, do Kolomana. Sczepił się z nim plecami, chroniąc w ten sposób króla przed zdradzieckimi ciosami.
– Może powinniśmy oddać im Marzę?
– Prędzej zginę! r11; Odkrzyknął Koloman.

* * *

Walki pomału zaczęły słabnąć. Najeźdźcy zaczęli się wycofywać zostawiając trupy poległych. Także Propolis nakazał wycofywać się najemnikom. Po krótkim czasie na polu walki r11; dziedzińcu przed najpotężniejszą warownią Euve pozostał już tylko Koloman ze swoim wojskiem. Wokół króla leżały stosy trupów.
rPrzykry widok. Tylu niewinnie poległych dzielnych żołnierzy. Ale walczę w słusznej sprawie. Jeśli się poddam, zginę i Marza też zostanie stracona.r1; r11; Myślał wchodząc po popękanych kamiennych schodach na mury. Stanął na ostatnim i jeszcze raz powiódł powoli spojrzeniem po pięknym niegdyś dziedzińcu. Z drzew owocowych dających chłód w letnie wieczory gdzieniegdzie pozostały jedynie pnie. Na ziemi pożółkłe liście i samotne konary przykrywały ziemię wchłaniającą krew. Teraz żywiła się nią zdeptana trawa i resztki kwiatów wszelakiego rodzaju, które okrywały niedawno ten dziedziniec niczym różnokolorowy dywan, gęsto rozsiane. Ogromny żal ścisnął serce króla. rTyle niesprawiedliwości na świecie.r1; r11; Rzekł sobie w duchu i skierował się do korytarza prowadzącego w głąb zamku.
Minął tuzin komnat zanim trafił wreszcie o swojej. Nie zapalił pochodni tylko wszedł i siadł na wyściełanym łożu z baldachimem. Zdjął metalowy szyszak i kolczugę i ułożył się wygodnie. Przez okiennice widział jak powoli słońce ukazuje się na widnokręgu. Tego dnia wydawało się bardzo powoli płynąć na niebie. Sypialnia królewska była najciemniejszą komnatą w zamku. Koloman mógł długo rozmyślać zanim zaczynały oślepiać go promienie ognistej kuli. Zastawiał się dlaczego Propolis, służący mu wiernie od momentu objęcia tronu do dzisiaj, go nagle zdradził. Akurat w momencie największego zagrożenia całego Euve.
Z zamyślenia wyrwało go wycie stada hien i szakali, które wychodziło na żer o świcie aby nakarmić swoje młode świeżym mięsem przed kolejnym wyczerpującym i gorącym dniem. Teraz zbliżało się do areny bitwy czując zapach upragnionego pożywienia. – Do południa nie będzie ani śladu nocnej walki. r11; Dobiegł Kolomana głos kobiety skrywającej się w mroku. Teraz powoli zbliżała się do króla nadal jednak pozostając poza promieniami słońca.
Koloman nie mógł ukryć zdziwienia gdy stanęła w promieniach słońca. Pamiętał ją zawsze piękną, chodzącą w długich sukniach z cekinami, przeszywanych złotem, zawsze elegancką. Teraz Marza jawiła mu się w innym obliczu. Jak zawsze na jej twarzy nie widać było ani śladu wyczerpania. Teraz miała na sobie skórzaną opaskę przytrzymującą idealnie przykrywający piękne uda wycięty kawałek aksamitu. Przez otwarte okno wpadło trochę powietrza podnosząc skórzaną koszulkę zasłaniającą okrągłe, kuszące piersi. Koloman nie mógł oderwać od niej wzroku. Spojrzał na przytroczony przy jej pasie pokryty złotem miecz.
– Chyba nie będziesz walczyć? r11; Zapytał z niepokojem w głosie.
Marza podeszła powoli do króla i uklękła obok niego na łożu.
– Nie zapominaj, że jestem pół krwi amazonką. Chcę walczyć przy Twoim boku.
Koloman wiedział nie uda mu się nakłonić jej do zmiany postanowienia. Jak sobie coś wbiła do głowy to żadne argumenty jej nie przekonywały.
Nagle drzwi do komnaty otworzyły się z wielkim hukiem i bez pukania weszło trzech wojowników z przybocznej straży króla. Koloman nie krył swojego wzburzenia. Ledwo słońce ukazało się na horyzoncie a on już był zasypywany złymi wieściami.
– Panie! Złapaliśmy rano szpiega i dowiedzieliśmy się, że nasi sąsiedzi zbierają siły, ponoć mają przybyć do nich posiłki. W dzień nie będą ryzykowali utraty ludzi ale nocą prawdopodobnie znów zaatakują.
Koloman nie odpowiadał. Zastanawiał się skąd Propolis i Quarton mogą zdobyć posiłki. Od dłuższego czasu w Zapomnianym Świecie panował względny spokój. Po ostatnich licznych wojnach królowie leczyli rany. Odprawił wojowników i zaczął chodzić po komnacie nadal nie znajdując odpowiedzi na dręczące go pytania. Marza próbowała go jakoś uspokoić ale nie dawało to żadnych rezultatów. Koloman nie oglądając się za siebie wyszedł szybkim krokiem z komnaty i przyszła królowa została sama nie wiedząc co robić.

Wszyscy Euveńczycy krzątali się wokół rannych, robili prymitywne nosze z gałęzi połamanych niedawno drzew. Inni znosili jedzenie i wszelką dostępną broń. Wyglądali już jak cienie, nie jak ludzie. Pomagały im kobiety starcy i dzieci. Koloman nagle, jak z podziemi, pojawił się na murach przy jedynej nienaruszonej baszcie r11; z pozostałych kilkunastu były już tylko resztki. Spoglądał z zatroskaną i srogą miną na swych podwładnych. Wyglądał jak sędzia w otaczających go od tyłu promieniach słońca. Miecz przytroczony mocno do pasa przy mocniejszym powiewie wiatru wydawał z siebie ostry zgrzyt uderzając o metalową zbroję. Koloman wezwał do siebie gestem dłoni kilku wojowników. Natychmiast stanęli koło niego zaskoczeni.
– Panie nie powinieneś pokazywać się bez ochrony.
Celt nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się w dla swoim sokolim okiem zamyślony jakby chciał ujrzeć kraniec świata.
– W dzień nic mi nie grozi. r11; Powiedział po dłuższej chwili. r11; Przygotujcie się na nocny zwiad.

* * *

Ciemność zaczęła już spowijać ziemię gdy grupa dwudziestu okutych w zbroję wojowników otrzymawszy wskazówki od króla i Marzy opuszczała Zamek Czarnej Pantery, przygraniczną twierdzę Euve udając się na zwiad. Parę chwil wcześniej nie mogli ukryć wzruszenia. Król żegnał ich jak dobry ojciec zdając sobie sprawę, że mogą zostać zaatakowani i część z nich może nie wrócić do zamku. I oni o tym wiedzieli. Byli ochotnikami i zdecydowali się zawsze walczyć za swojego króla. Żal ściskał ich serca gdy przechodzili ukradkiem przez boczne tajemne drzwi w południowej części muru. Przeszli po moście nad trzydziesto metrowej głębokości fosą i tylko jeden raz spojrzeli się za siebie.

Koloman nadal stał na murach żegnając ich smutnym spojrzeniem. Widzieli go r11; olbrzyma, okutego w zbroję, z obusiecznym mieczem w dłoniach, czujnego i przygotowanego na odparcie każdego ataku. Obok niego pojawiła się Marza piękna jak zawsze, także teraz w błyszczącej zbroi. Jej długie, piękne złote włosy opadały kaskadą na smukłe ramiona. Loki przykryły oczy więc Koloman mógł się jedynie domyślać, że uroniła kilka łez. Nie chciał się także rozczulić, choć łzy napływały mu do oczu. Królowi nie wolno pokazywać słabości. Odezwał się najbardziej opanowanym głosem na jaki w tym momencie się zdobył:
– Musimy przygotować się odparcia kolejnej fali walk. Chodźmy.
Po czym oboje poszli sprawdzić szyki swoich podwładnych.

Zwiadowcy jeszcze przez chwilę widzieli światełko wschodzącego księżyca odbijającego się od zbroi króla. Weszli powoli w las otaczający zamek od zachodniej strony. Kierowali się prosto wiedząc, że od tej strony co noc atakuje nieprzyjaciel. Przedzierali się przez kępy roślinności i pomiędzy licznymi drzewami najciszej jak tylko prowadzili. Nie chcieli wypłoszyć zwierząt, które mogłyby wzbudzić czujność podwładnych Propolisa. Wysłannicy króla czuli coraz silniejszy zapach ogniska, a to oznaczało iż powoli zbliżali się do obozowisk. Jeden z nich przechodząc pod drzewem nie zauważył grubego konara wystającego z boku, uderzył się w głowę i upadł. Zanim zdołał się podnieść jego towarzysze znikli mu z pola widzenia. Przyspieszył kroku chcąc ich dogonić.
Znajdowali się teraz w takiej odległości, że nie widzieli nic oprócz otaczającego ich zewsząd mroku i lasu, w którym wszędzie mogło kryć się jakieś niebezpieczeństwo. Choć znali ten las bardzo dobrze r11; bawili się w nim już jako dzieci r11; wiedzieli, że licho nie śpi. Nie widzieli już nawet najwyższej, pięćdziesięciometrowej baszty zamku Skull. Szli już od paru godzin różnymi, tylko sobie znanymi, ścieżkami, dróżkami szukając nieprzyjaciela. Z każdym ich krokiem zapach ogniska się wzmagał.
Wkrótce przez mały prześwit ujrzeli przedziwny widok. Nie takiego ogniska się spodziewali. Byli tak zaskoczeni i zauroczeni, że nie zauważyli przemykających się za nimi jak cienie żołnierzy. Poczuli jedynie ostrza mieczy przyłożone do pleców. Stali jak sparaliżowani, nie byli w stanie się poruszyć. Po chwili byli już otoczeni ze wszystkich stron przez najemników Propolisa. Wokół siebie mieli około setki zdrajców. Pchani za pomocą mieczy i kopniaków zostali doprowadzeni do obozu w którym stacjonowali najeźdźcy.

Jeden ze zwiadowców r11; ten, który został w tyle – wreszcie dogonił swoich kompanów. Skrył się w krzakach, w miejscu gdzie wcześniej zostali napadnięci jego towarzysze i patrzył pomiędzy gałęziami. Jego oczom ukazała się koszmarna scena. Złapani wojownicy zostali wyprowadzeni na polanę, na której obozowali najeźdźcy. Odebrali więźniom broń. Po środku polany stało ognisko. Stało, bo na ziemi poukładane były drewniane kłody, a obok nich stał ziejący ogniem, pooblepiany wodorostami skrzydlaty smok. Zwiadowca zakrył sobie nos aby nie czuć odrażającego smrodu zwierzęcia. Z miejsca, w którym się znajdował słyszał jedynie urywane słowa. Cały drżał z przerażenia, mógł się tylko domyślać treści rozmowy.
– Dawajcie ich tu! r11; Krzyknął jeden z obozowiczów śmiejąc się wesoło. r11; Nasz pupilek jest głodny! Nie ma czego podgrzewać. W tym momencie cały obóz zaczął się szyderczo śmiać. Echo tego upiornego śmiechu rozlegało się po całym lesie odbijając się od każdego drzewa. Skryty w krzakach wojownik widział jak potwór odwrócił się w stronę więźniów, którzy stali teraz samotni i bezbronni na polanie oko w oko ze zwierzęciem. Obozowicze utworzyli wokół nich koło i nadal się śmiali oczekując na scenę, która miała teraz nadejść. Smok przyglądał się chwilę swojemu pożywieniu z zainteresowaniem. Widocznie nigdy jeszcze nie jadł tak małej liczby wojowników na kolację. Jego czarne oczy rozszerzały się i zwężały. Chrapy wciągały zapach potu i strachu ofiar. Więźniowie nie poruszali się. Modlili się do wszystkich znanych sobie bogów. Smok prawdopodobnie znudził się widokiem nieruchomego jedzenia bo otworzył pysk i zaczął ziać ogniem w swoje ofiary. Ukryty wojownik widział dramatyczną próbę ucieczki swoich towarzyszy, próbę walki gołymi rękoma i rozszarpywanie tych biednych ludzi. Dookoła latały zakrwawione strzępy skóry, głowy, ręce i inne kończyny. Zwiadowca nie mógł powstrzymać funkcji obronnych swego organizmu. Nie mógł już dłużej patrzeć na ten koszmar. Odwrócił zaczął biec ile sił w nogach w stronę zamku Skull. Przedzierał się przez chaszcze oddalając się coraz bardziej od obozowiska. Cały czas w słyszał odbijające się po lesie echo mordowanych towarzyszy. Miał ich przed oczami. Gdy zdecydował się uciekać policzył pozostałych przy życiu wysłanników króla r11; było ich już tylko dziesięciu. Zastanawiał się ilu mogło zginąć w czasie jego ucieczki. Może wszyscy? Wiedział, że jeżeli byłaby to prawda, to najeźdźcy przygotowywaliby się znowu do ataku. Musiał się spieszyć. W przeciwieństwie do niego oni są wypoczęci i mogliby go dopaść zanim dotarłby do pałacu. Wtedy nie mógłby uprzedzić króla o zbliżającym się zagrożeniu. Zdawał sobie z tego sprawę, że jeżeli nawet ostrzeże Kolomana, to jego wojska nie mają szans aby wygrać tą bitwę, a od niej może zależeć zakończenie całej od lat toczącej się bezsensownej, w jego mniemaniu, wojny. Nie wiedział czy to tylko przewrażliwienie, ale zdawało mu się, że czuje ciepło ziejącego ogniem, podążającego za nim krok w krok potwora. Nogi zaczęły mu już z wolna odmawiać posłuszeństwa. Ze strachu wiele razy już pomylił drogę. Nie wiedział czy w dobrym kierunku biegnie czy znów się zgubił. A pogoń mogła być tuż tuż. Minęło kilka godzin nim wojownik zobaczył za pobliskim zakrętem prześwit oznaczający upragniony koniec lasu i wyłaniające się powoli zachodnie mury okalające zamek.

Koloman chodził przygnębiony i zaniepokojony z komnaty do komnaty nie mogąc znaleźć sobie miejsca w ogromnym zamczysku. Marza została w komnacie gościnnej oczekując na dobre wieści. Także bardzo się martwiła. Zdawała sobie sprawę, że to ona wciągnęła w wojnę całe Euve. Żałowała teraz, lecz nie mogła się już wycofać. Nie mogła zostawić Kolomana samego.
Król nie mógł uwolnić się od dręczących go krwawych wizji. Ściskał w swej potężnej dłoni swoją Księgę Przeznaczenia, ale nadal nie chciała wyjawić mu wszystkich swoich tajemnic. Opisywała tylko wydarzenia bieżące. Koloman co pewien czas udawał się na zewnątrz zamku, osobiście sprawdzał obwarowania, uzbrojenie i starał się podnosić na duchu żołnierzy. Spoglądał daleko swym sokolim wzrokiem na zachód r11; stamtąd zwykle atakowali najeźdźcy, ale niczego podejrzanego nie dostrzegał. To dodatkowo wzmagało jego czujność i obawy. Mogli zaatakować z każdej strony, ale tylko z zachodniej mogli podejść niezauważeni lub atakować z ukrycia. Gęsty las był wyśmienitą zasłoną.
Teraz znowu włóczył się po całym zamku niczym duch, zatopiony w swoich rozmyślaniach. Martwiło go, że nie ma żadnych wieści od wysłanych wcześniej zwiadowców. Przecież minęło już wiele godzin. Spodziewał się najgorszego. Znał Propolisa i wiedział, że ten mógł zastawić jakieś pułapki na szpiclów, pomimo tego, że Koloman wysłał ich pierwszy raz od kilku dni obawiając się pogłosek o mających, rzekomo, nadejść sojusznikach Propolisa. Dodatkowo lękiem napawał do fakt, że noc zbliżała się ku końcowi a nieprzyjaciel nie przypuścił żadnego szturmu. Takie przypadki zdarzały się bardzo rzadko w trakcie tej wojny i ani razu, do tej pory, nie wróżyły niczego dobrego.
– rMoże się poddali i wycofali a moi zwiadowcy świętują zapominając o całym świecie. Ale nawet jeżeli to prawda, to jeszcze pozostały do zażegnania liczne bunty wzniesione przez mieszczan przeciwko mnie w pozostałych miastach Euve.r1; r11; Przemknęło mu przez myśl ale zaraz zdał sobie z tego sprawę, że jest to złudna nadzieja. r11; rCuda się nie zdarzają. A teraz może już być już tylko gorzejr1;. r11; I znów ogarnął go lęk o swoich poddanych.
Nagle do komnaty wbiegła zdyszana Marza.
– Zwiadowca wrócił.

Koloman siedział w Komnacie Gościnnej wysłuchując relacji swego podwładnego z podchodów. Gdy wojownik skończył opowiadać, król siedział w milczeniu przyglądając mu się uważnie. W oczach wojownika nadal malowało się przerażenie. Koloman nie mógł dłużej siedzieć, wstał i spacerował po komnacie z rękami założonymi na plecach. Nie wiedział co o tym myśleć. Bezgranicznie wierzył swoim żołnierzom r11; jeszcze nigdy go nie okłamali. Zdrada Propolisa to inna sprawa. On był tylko najemnikiem, zaufanym ale obcym. Król znowu spojrzał na zwiadowcę. Nie wiedział co ma robić. Domyślał się, że to początek końca jego panowania na tronie Euve, ale oznaczało to jednocześnie śmierć księżniczki Marzy i wszystkich jego zwolenników. Został sam. Znowu wszyscy przyjaciele z innych państw go opuścili. Był w potrzasku. Postanowił jeszcze raz przeanalizować usłyszaną przed chwilą wiadomość. Natychmiast kazał podwoić straże na murach, zamknąć bramy wjazdowe i podnieść most, aby nieprzyjaciele nie mogli się tak łatwo przedostać przez głęboką fosę. Ale pozostawała sprawa najgroźniejszego w tym momencie przeciwnika r11; latającego smoka. Koloman domyślił się, to są te zapowiadane posiłki Propolisa i króla Gwityn Saghtu r11; Quartona.
Marza w tym czasie poleciła przygotować posiłek dla zgłodniałego i zmęczonego podróżą wojownika. Gdy był już gotowy osobiście podała go zwiadowcy chcąc go w ten sposób nagrodzić za wierność królowi. Koloman nadal chodził bijąc się z własnymi myślami o chwilę zerkając na jedzącego pieczonego łosia gwardzistę, przegryzając go dobrze wypieczonym razowym chlebem i popijając tęgo wyśmienitym winem. Zapach posiłku roznosił się po każdym zakamarku zamku. Gdy zwiadowca skończył jeść zostawiwszy tylko kości służba rzuciła je hienom na pożarcie. Nocą znów przyjdą na posiłek. Król cały czas przyglądał się badawczo wojownikowi. W końcu usiadł z powrotem na hebanowym tronie i zaczął zadawać mu pytania nadal go bacznie obserwując.
– Wiem już czego mogę się spodziewać. Czy tylko Tobie udało się przeżyć?
– Nie wiem, Panie. Gdy tylko zobaczyłem co się dzieje, postanowiłem Cię zawiadomić.
– Dobrze. Jaka jest liczebność wroga?
– Jest ich przeszło trzy razy więcej aniżeli nas, Miłościwy Panie. r11; Odrzekł wojownik.
Koloman zrozumiał, że najeźdźcy zebrali pod swoimi skrzydłami około dziewięciuset żołnierzy. Do tego należałoby dodać bunty wewnątrz państwowe. Nie przedstawiało się to ciekawie. Ale wojowników można pokonać.
– Wspominałeś o smoku.
– Tak, Panie. To prawdziwy demon. Zieje ogniem, mierzy około czterech metrów. Sam ogon ma około metra. Ma potężne skrzydła. Jest cały zielony, obrośnięty wodorostami a jego odór mógłby ożywić naszych przodków. Nie wiem, mogę się tylko domyślać, Panie, ale wydaje mi się, że ma bardzo grubą skórę.
– Smok, nie smok. W końcu to też zwierzę i można go zabić r11; powiedział król jakby chcąc sobie samemu dodać otuchy. Jednak w głębi serca wiedział, że istnieje bardzo mała szansa zwycięstwa. rAle jeżeli moi poddani są gotowi aby oddać życie w słusznej sprawie, to będziemy walczyć do końcar1; r11; pomyślał, a głośno powiedział r11; będziemy walczyć i …
Nie zdążył dokończyć zdania, nagle drzwi do komnaty otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wbiegło kilku wojowników z Gwardii Królewskiej. Oblicze Kolomana spochmurniało r11; był zły, że weszli bez wezwania. Musiały być ważne powody, musiało się stać coś złego. Akwan, dwudziestoletni porucznik gwardii, był zawsze bardzo karny. Do komnaty zaczęło przychodzić coraz więcej wojowników. Porucznik szybkim krokiem podszedł do króla stojącego koło stołu. Po jego przeciwnej stornie stała zaniepokojona Marza. Akwan uklęknął na prawe kolano przed władcą.
– Wstań! r11; Rozkazał Celt.
– Królu mój i Panie. Atakują. Przyłączyli się do nich buntownicy. Dochodzą wieści, że w całym królestwie rozgorzały walki. Trzeba się spieszyć, Panie.
Jakby na potwierdzenie słów Akwana pałac zatrząsł się w posadach od potężnego uderzenia, jakby od wstrząsu ziemi.
– Wychodzimy! r11; Rozkazał Koloman kierując się ku drzwiom.
Wszyscy w pośpiechu opuścili komnatę i udali się na mury. Nie było chwili do stracenia. Każda stracona sekunda równałaby się utracie królestwa.

Gdy tylko Koloman i kilku wojowników stanęło na murach, król jednym mocnym ciosem miecza pozbawił głowy atakującego go z prawej strony najeźdźcę. Gdy rozejrzeli się dookoła każdym z nich wstrząsnął widok rozpaczliwej walki obrońców. Wszelkie nadzieje na zwycięstwo króla poszły w niepamięć. Na jego oczach rozgrywała się apokalipsa. Jego wojownicy padali jak muchy. Przewaga wroga była ogromna. Nagle zamkiem ponownie zatrzęsło i rozległ się ogłuszający huk jakby całe niebo się waliło. Król obejrzał się: przed fosą pod murami stała machina oblężnicza przy której bez ustanku pracowało pięciu wojowników. To była prawdziwa katapulta. Koloman nigdy wcześniej nie widział takiego kolosa. Ale nie miał czasu mu się przyglądać. Jego poddani byli dziesiątkowani. Nim ruszył do walki zdążył ujrzeć jeszcze walczącą dzielnie nieopodal Marzę. Król zaczął torować sobie krwawą drogę. Ciął mieczem na prawo i lewo nie zważając na liczne rany. Wiedział, że zginą ale chciał jak najmocniej osłabić szeregi nieprzyjaciela. Wokół niego padało coraz więcej ciał. Nie odczuwał najmniejszego nawet zmęczenia. Chciał przedostać się do księżniczki. Jeśli mają zginąć to zginą razem. Przechodząc schodami w górę kopnął w wystająca obok ponad murem drabinę zrzucając kilkunastu wojowników Propolisa do fosy. W szale bitewnym nie słyszał nawet krzyków roztrzaskujących się najemników o jej dno. Parł naprzód niczym taran. Król usłyszał głośny świst i kolejny wypuszczony z katapulty ognisty pocisk strzaskał część muru. Wstrząs był tak duży, że Koloman chwycił się mocno pozostałości baszty aby nie stracić równowagi. Inni jednak nie mieli tyle szczęścia i padali przysypani gruzem. Król zobaczył, że przez nowopowstałą dziurę zaczyna wpływać woda. Gdzie indziej zamek pustoszył niosący żniwo śmierci nieśmiertelny ogień. Koloman znów ruszył w stronę walczącej, z kilku najemnikami naraz, Marzy. W jednej ręce trzymał zakrwawiony miecz torując sobie drogę, a w drugiej kubeł z wrzącą smołą, którym rzucił w skupisko kilkunastu nieprzyjaciół pomagając w ten sposób swoim żołnierzom. Od księżniczki nadal dzieliła duża przepaść walczących i musiałby przelać jeszcze morze krwi aby do niej dotrzeć.
Obrona zamku pomału zaczęła słabnąć. Koloman widział, że ma już coraz mniej ludzi zdolnych do walki. Za to nieprzyjaciół tak jakby w ogóle nie ubywało. Dzień zbliżał się już końcowi. Udało się wreszcie królowi utorować drogę do Marzy i ruszył w jej kierunku a nagle jakby z podziemi wyrósł mu przed oczami potężny, okuty cały w zbroję z obusiecznym toporem w dłoniach wojownik. W jego oczach nie było widać nienawiści ale było wiadomo, że nie przepuści króla. Koloman poznał wojownika chociaż widział go tylko raz w życiu. Był to sam długo oczekiwany król Quarton.
Nieopodal pojawił się Propolis i walczył z Marzą.
Nagle z gardeł wszystkich obrońców wyrwał się mrożący krew w żyłach krzyk nad ich głowami pojawił się cień, czterometrowy ziejący ogniem smok.

* * *

Zamek Czarnej Pantery przypominał już tylko ruiny. Propolis nadal walczył z księżniczką. Smok mordował resztki Gwardii Królewskiej lecz Koloman tego nie widział. Starł się w walce z Quatronem i nic się dla niego więcej nie liczyło. Naparł na nieprzyjaciela całym swoim ciężarem. Jego miecz sczepił się z toporem. Walczyli już tak od długiego czasu. Obydwaj byli ciężko ranni ale żaden nie zamierzał ustąpić. Koloman uwolnił lewą rękę z żelaznego uścisku przeciwnika i sięgnął za pazuchę. Wyciągnął sztylet. Wbił go po samą rękojeść w udo Quartona. Mimo bólu jednak przeciwnik go nie puścił. Słychać było tylko szybkie oddechy obydwu wojowników i szczęk uderzającego o siebie metalu. W ferworze walki nie spostrzegli się nawet, że tylko oni zostali na polu bitwy.
Propolis stał nieopodal przyglądając się widowisku. Księżniczka ranna w ramię leżała zemdlona obok niego. Pozostali przy życiu poddani Kolomana byli przywiązani do murów. Straż nad nimi trzymał smok ziejąc ogniem w ich stronę. Najwyraźniej był już głodny. Słońce chyliło się już za horyzont a dwaj wojownicy nadal walczyli. Byli niczym niezmordowani tytani. Inni po otrzymaniu tylu ran dawno dołączyliby do swoich przodków. Ale ci dwaj mieli w sobie niespotykaną siłę walki. I walczyliby tak zapewne jeszcze bardzo długo ale smok postawił im przerwać. Do tej pory siedział wyrozumiale, przyglądał się pojedynkowi i podgrzewał jeńców, ale teraz zaczął się niecierpliwić. Szedł wolno w stronę walczących porykując złowrogo. Z każdym jego krokiem ziemia dygotała miarowo.
Wojownicy ledwo utrzymywali się na nogach ale dalej walczyli.
– Nie oddam Ci Marzy! Nie pozwolę Ci jej zabić! r11; krzyknął Koloman.
Smok stanął za nim przyglądał mu się ciekawie.

Propolis nie czekał dłużej. Kazał swoim najemnikom opuścić most nad fosą i otworzyć bramę wjazdową. Spojrzał jeszcze na Quartona, który nieznacznie skinął mu głową, przerzucił sobie bezwładne ciało Marzy przez ramię niczym szmacianą lalkę i opuścił teren zamku. Gdy był już na polanie skierował się ku nienaruszonej bitwą kolubrynie. Znalazł na ziemi kawałki sznurków r11; pozostałości ubrań martwych wojowników i zaczął przywiązywać przeguby rąk księżniczki do drewnianej machiny. Marza oprzytomniała na chwilę czując ból rąk i nóg, ale był on tak silny, że natychmiast zemdlała ponownie. Przywiązując jej nogi Propolis żałował, że musi się to tak skończyć. Kochał ją, ale zdradziła swój naród. Zamiast zasiąść na tronie obok niego po ustąpieniu Qartona, ona uciekła do Euve. Teraz musiała ponieść śmierć jak zwykły zdrajca. Już nie była księżniczką, teraz Lilith była już tylko kolejną ofiarą wojny. Propolisowi stanęły łzy w oczach r11; bardzo ją kochał.
Księżniczka nieświadomie wydała z siebie głośny krzyk. Usłyszał go Koloman. Zdążył na moment odwrócić głowę i jego kierunku nim Quarton zadał kolejny cios. Byłby to niechybnie cios śmiertelny gdyby Celt nie zdążył go w porę sparować swoim mieczem. Ale przez ułamek sekundy widział przywiązaną do katapulty ukochaną i zdrajcę stojącego przed nią i mówiącego do niej. Domyślił się, że Propolis odczytuje jej zaocznie wydany wyrok śmierci wymierzony za zdradę swej ojczyzny. Kolomana przepełniała wściekłość. Wiedział, że nie jest wstanie uratować jej z rąk Propolisa dopóki nie pokona Quartona. A to wcale nie było takie proste jak się na początku wydawało.
– rTrafiła kosa na kamieńr1; r11; pomyślał z goryczą.
Sztylet nadal tkwił w ciele przeciwnika, który najwyraźniej nic sobie nie robił z piekącego bólu.

Nagle przyszła Kolomanowi pomoc z najbardziej nieoczekiwanej strony. Stojący do tej pory spokojnie za plecami walczących smok wydał z siebie głośny wrzask i rozpostarł upierzone skrzydła. Machając nimi zrobił taki silny wiatr, że wszyscy stracili grunt pod nogami. Koloman został wyniesiony jego powiewem na wysokość kilku metrów i wrzucony do fosy.

Quarton podniósł się i obejrzał pobojowisko. Kazał przeszukać każdy zakamarek zamku i murów ale nigdzie nie znalazł Kolomana. Jego wysłannicy spenetrowali dno fosy lecz także wrócili do króla z pustymi rękami. Quarton nie wierzył własnym uszom.
– To niemożliwe! Nie mógł się przecież rozpłynąć z powietrzu!
– Panie, jest już ciemno. Na dnie fosy leży wiele ciał w zbrojach, ale nie można ich rozpoznać. Poczekajmy do rana. Wtedy wyłowimy wszystkie ciała i się okaże czy na dnie leży król Koloman I.
Quarton bardzo cenił Celta. Wiedział, że jest on największym i najsławniejszym wojownikiem jaki kiedykolwiek chodził po Świecie Zapomnianym. Krążyło o nim wiele legend. Quarton cieszył się, że udało mu się pokonać tak wielkiego żołnierza ale żałował jednocześnie. Kiedyś marzył aby połączyć z nim siły, walczyć u jego boku. Ale teraz nie było to już możliwe.
– Gdyby nie historia z Lilith Marzą byłoby zupełnie inaczej. Nie musiałby najeżdżać Kolomana r11; myślał. r11; Ale teraz to już nie miało znaczenia. Może Koloman żyje i znów się spotkają w bardziej przychylnych okolicznościach. r11; W głębi serca liczył na to.
Teraz należało już tylko czekać na powrót smoka przeczesującego las na zachód od zamku. Po pewnym czasie powrócił potwór r11; także nie znalazł zwłok Kolomana. Quarton uspokoił się nieco. Ale pozostawał jeszcze jeden problem r11; nigdzie nie było ciała księżniczki. Propolisa natomiast znaleziono. Jego zwęglone ciało leżało koło płonącej katapulty. Obok niego leżała zapalona pochodnia.

Tym czasem Kolomanowi udało się przepłynąć niepostrzeżenie pod powierzchnią wody. Dobrze pamiętał, że woda do fosy wpływa z lasu. Ranny dopłynął do pierwszych krzaków i wyczołgał się na brzeg po ostrych kamieniach, które dodatkowo raniły jego zmęczone ciało. Po walce z Quartonem gdy emocje już opadły, jego członki zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Chował się za drzewami gdy smok latał nad lasem poszukując go. Gdy noc już zapadła postanowił wyjść z ukrycia. Była wyjątkowo ciemna jak na okres Czarnego Pana więc nie musiał się obawiać, że będzie zauważony. Przypuszczał, że Quarton ze swoimi ludźmi położył się spać i nie będą go już szukać. Koloman postanowił odszukać Marzę. Wyszedł z lasu i zaskoczony zobaczył oświetlony zamek. Widział jak najeźdźcy stopniowo całą twierdzę zrównują z ziemią a z kamieni na jego miejscu budują coś nowego.
Skradał się w cieniu resztek murów nie zauważony przez nikogo. Dotarł do resztek kolubryny ale nigdzie nie było ciała księżniczki. W pierwszym momencie zastanawiał się czy nie zostało zabrane do zamku ale ujrzał zwęglone ciało Propolisa. Nie zostawiliby swego żołnierza na uciechę hien. W takim razie i Marza musiała być w pobliżu.
Nad ranem znalazł wreszcie swoją ukochaną. Była ledwo żywa. Zabrał ją i ukryli się w lesie. Koloman postanowił poczekać do rana. Musieli odpocząć przed podróżą. Przyrządził ze znalezionych liści opatrunki na rany i ułożyli się do snu, który ich szybko zmógł. Oboje spali bardzo czujnie.
Rano Kolomana obudził tętent koni. Zerwał się na równe nogi szybkością błyskawicy i chwycił swój miecz. Był gotów zginąć za Marzę. Ale zobaczył tylko oddalających się wolno najeźdźców i złowrogiego smoka latającego nad nimi. Widocznie Quarton zrezygnował z dalszych poszukiwań myśląc, że Koloman i Marza zginęli i postanowił wrócić do Gwityn Saghtu.
Gdy znikli już z pola widzenia i księżniczka obudziła się oboje poszli zobaczyć to co zostało z zamku. Ich oczom ukazała się goła ziemia bez żadnych śladów walki a zamiast zamku stał trzymetrowej wysokości, posąg bohatera r11; kamienny smok a obok niego na kupce reszta kamieni. Widocznie nie zużyli na jego budowę tyle ile początkowo przewidzieli. Koloman wiedział, że przegrywając tę wojnę stracił uznanie i szacunek w oczach podwładnych, przestał być królem Euve ale widząc co się stało poprzysiągł sobie, że to jeszcze nie koniec, że kiedy powróci na tron jako Koloman I zemści się za poległych na Quartonie choćby do tego czasu miały minąć lata. Koloman i Marza odwrócił się i ruszyli w długą drogę.

Epilog

r…I tyle tylko pozostało z przepięknego zamku, który nosił nazwę Zamku Czarnej Pantery Skull na cześć kapitana, który uratował kiedyś Kolomana i jego Przyjaciela. Koloman ze swoją ukochaną Marzą, w innych krajach znaną także jako Lilith, wędrują z państwa do państwa przemierzając cały Świat Zapomniany.
Wkrótce oboje zaciągają się do wojska Baronii. Chęć życia pcha ich jednak dalej. Książę Gardonii Illus V wysyła ich więc po paru latach wiernego oddania ze swoja Armada na Morze Piekielne aby pomagali mu w walce z żądnym krwi kuzynem Allemverhem.

Konrad Staszewski

Koloman: Księga Przeznaczenia

Koloman: Księga Przeznaczenia

 Prolog

Wkrótce walki przenoszą się na terytoria Euve. Koloman staje się obrońcą swego państwa, ale przede wszystkim ukochanej księżniczki. Po paru latach walk ze zmiennym szczęściem państwo Kolomana I stoi na skraju ruiny. Lecz król się nie poddaje – postanowił walczyć do końca. Nie mógł zawieść swojej miłości ani wiary poddanych. Nadal miał niezłomną nadzieję na zwycięstwo, choć królestwo stało już na skraju przepaści. Oto jak bezgraniczna miłość potrafi doprowadzić do destrukcji całe państwa, królestwa i czasami także narody. Ale przede wszystkim do zniszczenia życia wewnętrznego każdego człowieka, nawet króla. Bo ta miłość tragiczna, nieszczęśliwa razem ze swoją zawsze nieodłączną towarzyszką – kosą śmierci – już zaczęła zbierać swoje żniwo.

Tłumaczenie z: KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.

Wysoki, barczysty wojownik przepychał się między stolikami, wykrzykując, aby zejść mu z drogi. I mężczyźni ustępowali mu rzeczywiście – wyglądał bowiem groźnie. Muskularny, wyćwiczony tors okrywała błyszcząca kolczuga. Spod bryczesów wyłaniały się potężne nogi, nade wszystko zaś przyciągały wzrok niebieskie, aż mroźne jak lodowce oczy. Zatrzymał się na środku tawerny, odrzucił do tyłu czarną jak smoła grzywę i rozejrzał się powoli dokoła. Jego wzrok prześlizgiwał się po twarzach siedzących pod ścianami gości – lecz na żadnej nie zatrzymał się dłużej. Widocznie nie było tego, kogo oczekiwał. Nie chciał chyba pytać, gdyż ponownie omiótł spojrzeniem salę i skierował się ku wyjściu. Zatrzymał się przed tawerną, spojrzał w górę, jakby upewniając się, że jest we właściwym miejscu. Tak, szyld nad tawerną wprost krzyczał: „Krwawy Orzeł”. A więc to tutaj. Teraz należy tylko czekać. Właśnie zastanawiał się, jak powinien postąpić, kiedy tuż przed nim zatrzymał się ktoś i usłyszał słowa:
– Witaj, Majronie. Dawno się nie widzieliśmy.
– Witaj, Kolomanie. Domyślam się, że nie wezwałeś mnie dla samej przyjemności widzenia. Masz jakieś ciekawe wiadomości? Mężczyzna nazwany Kolomanem, nieco wyższy od Majrona, przypominał go wyglądem. Podobny ubiór, choć kolczuga mocno sfatygowana, a szyszak pognieciony, taż sama siła woli i nieugiętość spojrzenia. Oczy intensywnie zielone patrzyły jednak teraz przyjaźnie a dłoń uniosła się ku powitaniu.
– Przyjacielu. Zawsze miło Cię widzieć. Lecz do rzeczy. Doszły mnie słuchy, że bliski Ci Hrabia Brandt zaginął. Wracałem właśnie z Pogranicza Babilońskiego, postanowiłem więc wstąpić do Hermenii. Wysłałem Ci wiadomość i oto jestem.
– Opowiadaj więc – wszystko co ma związek z Brandtem bardzo mnie interesuje – Majron badawczo przyglądał się Kolomanowi.
– Niewiele tego. Hrabia przechowywał podobno dla Ciebie jakąś księgę, niezwykle cenną – tak sądzono – która zaginęła wraz z nim. Żołnierze opowiadają, że widzieli zjawę, która porwała go i uniosła ze sobą. Byli tak przerażeni, że wprawdzie poznali hrabiego, ale oprócz słowa „zjawa” nie umieli nic powiedzieć. Nie widzieli jej nigdy wcześniej, z nikim im się nie kojarzyła. Ale ja domyślam się, gdzie może mieszkać. Jest tylko jedno takie miejsce. To Wyspa Śpiących na Jeziorze Gahra.
– Nie znam tego regionu – odrzekł Maj.
– Nie przejmuj się, Majronie. Tak się składa, że znam ten teren. To w środkowej części Krain Agawy. Nie tak daleko stąd.
– Ustalmy więc strategię i do dzieła.

* * *

Ranek zastał wojowników w drodze. Konie wypoczęte parskały raźno i minęło dobrych kilkanaście godzin, gdy jeźdźcy i wierzchowce poczuli zmęczenie.
– Majronie, poszukajmy jakiejś karczmy. Chętnie zjadłbym coś i przespał się porządnie.
– Ja też, ledwo trzymam się w siodle. Myślę, że niedługo ujrzymy mury Naski i tam znajdziemy odpowiednie miejsce.
– Już wyłaniają się z mroku. Widzę wieżę wartowniczą i mury.
Brama była już zamknięta. Na głośną interwencję przybyszy w otworze muru ukazała się głowa wartownika.
– Kto tam?
Majron w odpowiedzi błysnął pierścieniem. Głowa zniknęła, a po chwili otworzyły się w bramie małe drzwiczki, umieszczone na wysokości dorosłego człowieka. Majron podsunął rękę z pierścieniem do otworu. Wartownik widocznie poznał znak, ponieważ wydał rozkaz:
– To Majron – otwierać!
Maj nie zwracał uwagi na ukłony żołnierzy. Prowadził Kolomana za sobą wąską uliczką, wiodącą do centrum. Gdzieś niedaleko rozlegały się odgłosy walki. Zanim dotarli na miejsce okazało się, że po walce pozostały jedynie niewielkie ślady – tak jakby ktoś spłoszył walczących. Zastanowiło to Kolomana, lecz Majron zbagatelizował sprawę:
– Powód był pewno prosty – wino lub dziewczyna – i wywietrzał im z głowy wraz z pierwszymi ciosami.
– Pewnie masz rację – odpowiedział Koloman.
Ruszyli dalej i po kilku minutach dotarli do karczmy. Po spożyciu soczystej pieczeni popijanej tęgim winem, wojownicy zatroszczyli się o wierzchowce, a następnie ułożyli do snu. Noc przeszła spokojnie i Koloman budząc się, pomyślał, że to chyba pierwszy posiłek, jaki zjadł w tawernie spokojnie, bez burdy.
– Na brodę Barda, to dziwne.
Następnego dnia ruszyli o świecie i bez przeszkód przebyli pustynne połacie Zardonii. Zatrzymali się dopiero nad Jeziorem Gahra. – Potrzymasz przez chwilę? – zapytał Majron, zsiadając z konia i rzucając jego uzdę Kolomanowi.
– Oczywiście – Koloman chwycił w locie uzdę ogiera i z zaciekawieniem zwrócił się do towarzysza – Dokąd idziesz?
– Zaraz wracam, dam tylko znak moim ludziom – odpowiedział Maj i zniknął za najbliższym wzniesieniem.
Z tego miejsca dokładnie widział zakotwiczone opodal statki. Były to galery, w większości dwudziestoczterowiosłowe dwustutonowce. Na takich statkach, ożaglowanie osadzone na niskich masztach, służyło tylko do pomocy. Statki poruszane były siłą mięśni i ich prędkość zależna była od tempa wiosłujących. Wśród kilku galer wyróżniała się jedna o wyższych burtach i osłoniętym dziobie. Z daleka nie było tego widać, ale znawca od razu mógł się zorientować, że to statek wojenny, przeznaczony do dalekich wypraw. Dwa rzędy wioseł oraz trapezowe ożaglowanie rejowe zapewniały większą szybkość. Przy doświadczonym kapitanie i załodze statek ten był bardzo groźnym przeciwnikiem. Na maszcie nie powiewała żadna flaga, a sam okręt wyglądał jak wymarły. Okazało się jednak, że gdy tylko Majron zatrzymał się i wykonał upierścieniowaną dłonią kilka powolnych, dla postronnego widza dziwnych ruchów, statek ożył. Rozległ się głos komendy i po chwili spuszczono szalupę. Czterech ludzi z załogi statku – Tyberyjczyków – szybko popychało łódź do przodu. Majron nie czekał, aż szalupa dopłynie do brzegu. Odwrócił się i skierował w miejsce, w którym pozostawił przyjaciela.
– Wszystko w porządku – stwierdził. – Statek Panthery oczekuje nas w pełnej gotowości. Łódź płynie po nas i za chwilę obejrzysz moje „wodne królestwo”.
– Z ochotą – odpowiedział Koloman. – Czas byłby odpocząć. Tylko co zrobimy z wierzchowcami?
– Nie martw się o nie, moi ludzie będą wiedzieli, gdzie je ukryć. Ruszajmy.
Wojownicy skierowali się ku łodzi. Tyberyjczycy powitali okrzykiem swego kapitana i wstrzemięźliwie – z ciekawością – jego towarzysza. Majron odpowiedział na okrzyki i wsiadł pierwszy do łodzi. Koloman zajął miejsce naprzeciwko. W milczeniu dopłynęli do statku i wdrapali się na pokład. Z gromady marynarzy wysunął się młody mężczyzna, cały w zbroi, i ukłonił się przybyłym.
– Witam, Kapitanie – odezwał się do Majrona. – Jesteśmy na Twoje wezwanie, każdej chwili gotowi do odpływu.
– Dobrze, Wolar. Poznaj Ty, i Wy wszyscy, mojego starego przyjaciela z „Łobuza”. To Kapitan Skull – powiedział głośno Majron.
W oczach Wolara ukazał się błysk, jednak w chwilę później, gdy podawał rękę Celtowi, głos jego brzmiał szacunkiem.
– Miło mi poznać Cię, Kapitanie – powiedział. – Cieszysz się wśród nas głębokim szacunkiem i ogromną popularnością.
– Dziękuję Ci – odparł Koloman.
Wolar zwrócił się teraz do Majrona:
– Dokąd ruszamy i kiedy?
– Natychmiast – brzmiała odpowiedź. – Na Wyspę Śpiących. Koloman wami pokieruje.

* * *

Wyspa Śpiących, zlokalizowana na północy jeziora, powstała przez wynurzenie części dna morskiego. Pojawiła się nagle, wzbudzając wśród ludzi przestrach i przeświadczenie, że jej powstanie wiąże się z czarodziejskimi mocami. Potwierdzeniu tego przysłużył się także wygląd wyspy. Wielu żeglarzy próbowało już dostać się na nią – jedni z ciekawości, inni w nadziei zdobyci bogactwa, jeszcze inni dla poszerzenia wiedzy – opływali ją dookoła, nie znajdując miejsca, do którego można byłoby przybić. Ogromne głazy, przypominające opierających się o siebie, śpiących rycerzy i demonów, otaczały dokładnie brzegi wyspy. Wyglądało to tak, jakby dostać się na nią można było tylko z powietrza.
Koloman wiele słyszał o tej wyspie. Płynąc w jej kierunku, zastanawiał się, ile prawdy było w opowiadaniach wieśniaków o krzykach mrożących krew w żyłach, rozlegających się po nocach, odrażającym nieludzkim śmiechu i masowym odlocie ptaków w pewnych dniach roku. Odsuwając się od obrazów, które podsuwała mu wyobraźnia, zaczął zastanawiać się, jak dostać się na brzeg. Okrzyk „Ziemia!” zbudził go z zamyślenia. Obok niego pojawił się Majron, marynarze powybiegali spod pokładu i wszyscy w milczeniu patrzyli na wynurzającą się na horyzoncie wyspę. Jeszcze trochę czasu minęło i padł rozkaz Panthery:
– Spuścić szalupę! Sześciu ludzi do łodzi. Wolar, obejmujesz dowództwo statku!
Szalupa wioząca kapitanów, poruszana silnymi rękami wioślarzy, szybko zbliżała się do brzegu. Oczy wypatrywały wąskiego choćby przesmyku, którym można byłoby się dostać do środka. Po długim poszukiwaniu brzegu, kiedy galera znikła im z oczu, za którymś występem skalnym zatrzymali się nagle. Zobaczyli wyraźnie postać człowieka stojącego w przesmyku między skałami. Z odległości wyglądało to tak, jakby skały rozsunęły się dając dostęp do wnętrza wyspy.
Na polecenie kapitana łódź dobiła do brzegu. Czterech marynarzy pozostało na straży, a dwóch wraz z Majronem i Kolomanem udało się wolnym krokiem w kierunku mężczyzny. Ten stał nieporuszony, czekając.
Jakież było zdziwienie kapitanów, gdy przekonali się, że mężczyzną był Hrabia Brandt. Po pierwszych okrzykach i powitaniu hrabia poprowadził gości w głąb wyspy. Po drodze jednak milczał, co zdziwiło Majrona, znającego go z uprzejmości i wręcz gadatliwości. W ciszy dotarli do domostwa, które wyłoniło się nagle zza bujnej zieleni. Kiedy wchodzili po schodach, okazało się, że są sami – Brandt i dwaj marynarze zniknęli. Kierując się odgłosami dochodzącymi z głębi domu, dotarli do wielkiej sali. Bez sprzętów i ozdób robiła ponure wrażenie. Pod ścianami umieszczono luźno kilka ław, a po środku tron. Zdumieni wojownicy zauważyli, że były to umieszczone obok siebie rzeźby wymarłych – jakby demonów, ułożonych na kształt tronu. Rozejrzeli się jeszcze raz po sali i stwierdzili, że tych rzeźb jest dużo więcej – pomiędzy nimi właśnie stały ławy, które zauważyli wcześniej. Nieokreślone uczucie niepokoju wtargnęło w serca wojowników.
Nagle usłyszeli słaby odgłos dochodzący zza pleców. Machinalnie odwrócili się i ujrzeli wyłaniającego się z cienia starca. Ciało jego okryte zielonym aksamitem, płynęło jakby w powietrzu. Zbliżył się na odległość kilku kroków i wbił wzrok w rycerzy. Koloman i Majron równocześnie chwycili za miecze. Mężczyzna uniósł dłoń i wymamrotał coś szeptem. Ręce obydwu wojowników zdrętwiały i wypuściły broń, która z chrzęstem upadła na posadzkę.
– Kim jesteś i czego chcesz? – zdenerwował się Majron.
– Jestem pewien, że nie słyszałeś o mnie. Niech Ci wystarczy, że jestem jednym z Wyższych Magów. To, co pokazałem przed chwilą, jest tylko kroplą moich umiejętności.
– Ale czego chcesz? – wmieszał się Koloman. – Gdzie jest Brandt i nasi ludzie?
– Hrabia Brandt nie jest mi już potrzebny. Spełnił swoje zadanie – mag zaśmiał się piskliwie.
– Zadanie? Jakie zadanie? – dopytywał się Koloman.
Mag podszedł do tronu i powoli usiadł na nim. Chwilę milczał, a potem odrzekł:
– Chyba muszę wyjaśnić to od początku. Wszystko zaczęło się wiele, wiele lat temu. Mój ojciec, wielki czarnoksiężnik, wymyślił „Księgę Przeznaczenia”. Dzięki odpowiednim zaklęciom, zwyczajna księga zapisywała życie i przygody wybranej osoby, wyprzedzając je czasowo. Żaden śmiertelnik nie mógł wiedzieć, że jego los jest zapisany z góry przez maga, że nie ma ona na nie żadnego wpływu. I, oczywiście, nie mógł widzieć księgi i zmienić swego przeznaczenia. Był jedną z nitek poruszanych przez maga. Dzięki takim działaniom można było wywoływać wojny, zwyciężać wrogów i zdobywać królestwa. Ale można było także pokonać innych czarnoksiężników i rosnąć we władzę i siłę. Ciebie, Majronie, mój ojciec wybrał na tego, który ostatecznie podniesie jego władzę. To nie ty zwyciężałeś wrogów, zdobyłeś królestwo i miłość poddanych – to zapisał mój ojciec w twojej księdze przeznaczenia. Spełniłeś wszystko, czego on sobie życzył. Oto ta księga – to mówiąc, wskazał na księgę, która nagle pojawiła się w jego rękach i skinął na Majrona, by się zbliżył. Maj powoli podszedł do tronu i wziął do rąk księgę oprawioną w skórę. Kartkował stronę po stronie, aż zatrzymał się w połowie i po namyśle rzekł:
– Czyżby to miała być moja ostatnia przygoda?
– Tak – odrzekł Maj.
– Myślę, że wyjaśnisz mi, dlaczego zapis w księdze urywa się i nie ma w niej zapisanej mojej śmierci.
Mag milczał przez chwilę. Zdawało się, że myśli jego błądzą gdzieś daleko w przeszłości. Następnie odezwał się silnym, władczym tonem.
– Mój ojciec miał ucznia, który był zbyt gorliwy w nauce rzemiosła i nie zdając sobie sprawy z wartości księgi, którą przypadkowo odkrył, zabrał ją z zamku, wyjeżdżając z jakimś poleceniem Maga. Po drodze spotkało go nieszczęście i księga zniknęła. Oto dlaczego nie zapisano w niej twoich kilku przygód, w czasie których zdobyłeś przyjaźń Kolomana, a przede wszystkim nie zapisano twego ostatniego zadania i śmierci.
– Czy to znaczy, że zmieniłem częściowo przeznaczenie, poznając Kolomana i Hrabiego Brandta i przybywając tutaj? – zapytał Majron.
– Niezupełnie – mag zmarszczył brwi, jakby lekko zaniepokojony. – Rzeczywiście, postać Kolomana nie była przewidziana w Twoim życiorysie, jak i poznanie Hrabiego. Ale wykorzystałem te fakty, aby ściągnąć cię tutaj – przez tych właśnie ludzi.
– To znaczy – Koloman myślał intensywnie – że Brandt znalazł księgę, poznał się na niej i chciał oddać ją Majronowi. Myślę, że wtedy straciłaby swą moc.
– To prawda – mag zerwał się z tronu, lecz Majron był szybszy. Ochraniając księgę rzucił się z nią do ucieczki.
– Nic z tego – zaśmiał się Mag. – Mogę ją odzyskać w każdej chwili dzięki zaklęciu. Lecz ona na nic ci się nie przyda. Jesteście wszyscy zgubieni.
– Mamy jeszcze przyjaciół – dobitnie rzekł Koloman – a ty widocznie nie potrafisz dopisać nic do księgi. Ojciec nie przekazał ci swoich zaklęć.
– Milcz, zuchwalcze – mag zaperzył się i wyciągnął przed siebie dłonie. – W jednej chwili mógłbym zmienić cię w proch lub głaz. Lecz chcę nacieszyć się tą chwilą i odebrać wam ostatnią nadzieję. Myślisz, że nie znam twoich przyjaciół, że nie pokierowałem wszystkim jak należy?
Mag ponownie zasiadł na tronie, mówił teraz spokojnie, jakby relacjonował zdarzenia dawno przeżyte:
– Porwałem Hrabiego Brandta i odebrałem mu księgę. Wykorzystałem Twoją obecność, Kolomanie, abyś powiadomił o tym Majrona. Wstrzymałem burdę, która wisiała w powietrzu, gdy tych kilku wojowników na ulicach Naski zaczaiło się na was. Doprowadziłem także spokojnie i statek Panthery na miejsce spotkania. Postarałem się także o to, by Wolar przypomniał sobie, kto wykrył i udaremnił jego spisek przeciwko królowi Staryjskiemu. Nie wiedziałeś, że to on stał na jego czele. Jest Ci teraz niewymownie wdzięczny – zaśmiał się Mag. – Nie myślisz chyba, że otrzyma Wam wierności?
– Nie wierzę – krzyknął Koloman – że to Wolar! Jest na to za młody!
– Tak, jest młody, ale żądny władzy. Jest także pamiętliwy i nie przebacza wrogom.
– O co chodzi z tym spiskiem? – zapytał Majron.
– Musisz wiedzieć – odpowiedział Mag – że przez wiele lat Starią rządził król San Tuon II. Był potężnym władcą, zaskarbił sobie szacunek podwładnych, był bowiem sprawiedliwy i nie nadużywał czarnej magii. Płacili chętnie daniny, wiedząc, że pójdą nie tylko do skarbca króla, lecz także na potrzeby kraju. Jednakże, jak się często zdarza, nie wszystkim odpowiadały takie rządy. Zawiązano spisek i wybrano przywódcę – Wolara – który, choć młody, pochodzi ze szlachetnego rodu i jest wspaniałym żołnierzem. W ciągu roku doprowadził do rozłamu w państwie. Gdyby udało im się obalić władzę, to Staria z czasem przestałaby istnieć. Na szczęście w porę pojawił się wojownik, urodzony przywódca, który zorientował się w sytuacji i zaoferował swe usługi królowi San Tuonowi. Ten człowiek bez plemienia, o imieniu Koloman, został najemnikiem i stanął na czele całego wojska, aby stłumić bunt. Przez ponad rok udaremniał spiski, aż w końcu doprowadził do otwartej walki, w której prawie wszyscy spiskowcy zginęli. Uratował się jedynie ich przywódca – Wolar. Wkrótce po bitwie zaginęły o nim wszelkie wieści. Koloman odebrał nagrodę od samego San Tuona II i ruszył dalej w świat, a mściwy Wolar czekał na odpowiednia chwilę, by się zemścić. I ta chwila nadeszła.
– Wolar wiele mi zawdzięcza – odrzekł Majron. – Na pewno nas nie opuści.
– Już się to stało, zgodnie z moim poleceniem odpłynął na spokojniejsze wody.
– Nie wierzę! – krzyknął Majron.
– Więc patrz.
Mag nakreślił w powietrzu prostokąt. Pojawił się biały ekran, na którym po chwili można było rozpoznać jakieś kontury. Stopniowo obraz stawał się wyraźniejszy i wojownicy ujrzeli dwie galery walczące ze sobą. Na jednej wyraźnie widzieli Wolara dowodzącego marynarzami Panthery. Po dłuższej obserwacji Koloman zorientował się, że drugim statkiem był „Łobuz”, należący do Mrocznego Stowarzyszenia.
– Chyba nie to chciałeś nam pokazać – Koloman zaśmiał się szyderczo. – Mroczne Stowarzyszenie na pewno zwycięży.
– To niemożliwe – Mag stał zaskoczony i nie poruszał się.
Koloman wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił nim w sam środek obrazu. Prostokąt rozprysnął się w powietrzu, a nóż przeleciał przez salę i wbił się w pierś siedzącego maga. Ten wrzasnął przeraźliwie i próbował wyciągnąć stalowe ostrze, które wbiło się aż po rękojeść. Kolejne, coraz słabsze wysiłki nie przyniosły rezultatu i przy ostatnim ruchu krzyknął przeraźliwie i skonał. W jednej chwili ziemia poczęła drżeć, a ściany trzeszczeć.
– Wynośmy się stąd! – krzyknął Koloman.
– A Brandt? – Majron nadal trzymał kurczowo księgę i z niedowierzaniem wpatrywał się w tron.
– Jego nie ma! – zawołał. – I tych głazów pomiędzy ławami też nie. Szybciej – ponaglał Koloman. – Szukajmy wyjścia.

Biegli teraz przed siebie kolejnymi korytarzami raz w górę, raz w dół, tak jak prowadziły schody. Wydawało im się, że są w labiryncie bez wyjścia. Sale wyglądały jednakowo – puste przestrzenie zakończone drzwiami lub tylko otworami w ścianach. Zdyszani zatrzymali się w kolejnej komnacie.
– Jest coraz gorzej! – krzyknął Majron. – Jeśli nie znajdziemy wyjścia, zginiemy! Czuję coraz większe ruchy ziemi i niedługo ten cały kram zwali się na nas.
– Tam są jeszcze chyba jedne schody! – krzyknął Koloman, kierując się w róg komnaty, w którym dostrzegł niewielki otwór.
Pobiegł ku niemu. Okazało się, że są to lekko uchylone drzwi. Zaraz za nimi przestrzeń urywała się. Koloman spojrzał w dół i wydawało mu się, że widzi schody. Powoli wymacał nogą kawałek podłoża i postawił na nim stopę, potem drugą. Powtórzył ruch nogą i znalazł kolejny stopień.
– Tak, schody w dół! – zawołał Koloman. – Może tam jest wyjście.
– Zwariowałeś? – odpowiedział Majron. – To na pewno lochy. Tam nie będzie wyjścia.
– A może. Nie mamy innej możliwości.
Koloman pokonał już znaczną część schodów, kiedy usłyszał słaby odgłos – jak gdyby uderzenia o kamień.
– Coś słyszę! – zawołał do Majrona. – Choć za mną.
Majron nadal nie przekonany, zaczął spuszczać się w ciemność. Powoli oczy przyzwyczajały się i można było rozróżnić kontury ścian i schodów. Koloman poczekał na przyjaciela i razem kierowali się ku słabym uderzeniom dochodzącym z dołu. Nad nim słychać było niepokojące odgłosy trzeszczenia ścian. Zeszli jeszcze kilkanaście stopni w dół i Koloman krzyknął:
– Jest tu ktoś?
Gdzieś z boku zadźwięczały łańcuchy i odezwał się słaby głos:
– Tutaj, w celi.
Koloman sprawdził nogą grunt. Okazało się, że schody się skończyły i można było się poruszać po równej przestrzeni. Nadal kierując się wyraźnym już chrzęstem łańcuchów, dotarł do drzwi celi. Za nim stanął Maj. Cela nie była zamknięta na klucz, drzwi otworzyły się skrzypiąc i wojownicy stanęli w progu. Majron wymacał na ścianie pochodnię, lecz nie było czym zapalić.
– Kto tu jest? – zawołał Koloman.
– Brandt – brzmiała słaba odpowiedź.
– Hrabia Brandt? – Majron wszedł do środka i zbliżył się do cienia przy ścianie. – Trudno to będzie sprawdzić. Już raz daliśmy się nabrać.
– Czy to ty, Majronie? – zapytał mężczyzna. – Zapewniam Cię, że jestem Brandt. Przyniósł mnie tu Mag i zakuł w kajdany. Nie wiem, co się dzieje, ale całe mury drżą i pewnie niedługo nas zasypie.
– Zdaje się, że nic nie poradzimy. Szukaliśmy już wyjścia. – odparł Majron. – Lecz na próżno. Ten wstrętny czarnoksiężnik wyprowadził nas w pole.
– Ja wiem, jak się stąd wydostać – zawołał Brandt – ale jestem przykuty, pomóżcie mi się uwolnić.
– Ty, Ty wiesz, jak się stąd wydostać? Wiesz, gdzie jest wyjście? – zapytał z niedowierzaniem Koloman. – Chcesz powiedzieć, że Mag pokazał Ci je?
– Oj, tak. Naigrawał się ze mnie, że patrzę na wyjście i nie mogę z niego skorzystać. To miała być największa tortura – odpowiedział Brandt. – Poza tym przy drzwiach na ziemi leżą klucze do kajdan. Zawsze je tam zostawiał, kiedy wychodził po kolejnych psychicznych torturach.
Majron schylił się i przez chwilę macał ziemię, po czym uniósł się dźwięcząc kluczami.
– Myślę, że musimy mu zaufać – powiedział. – Nie mamy innego wyjścia. Koloman w milczeniu skinął głową. Majron podszedł do więźnia i powoli, z rozwagą otwierał kolejne kajdany. Kiedy więzień był wolny, opadł na ziemię i chwilę odpoczywał. Majron chwycił go pod ręce i pociągnął do przodu.
– Nie czas na słabość – powiedział. – Gdzie jest wyjście?
– Tutaj, trzeba zdjąć pochodnię i wcisnąć kamienny głaz – odparł hrabia i próbował nacisnąć kamień, ale bez skutku.
– Pozwól – rzekł Koloman i mocno uderzył we wskazany kamień.
Czekali w milczeniu. Po chwili nastąpił zgrzyt, mężczyźni odskoczyli i patrzyli, jak ściana rozsuwa się i do piwnicy wpada światło słoneczne. Nie zwlekając, wziąwszy hrabiego pod ręce, wojownicy wyszli z lochu i poczęli wspinać się na zielony pagórek naprzeciwko. Brandt ledwie powłóczył nogami, tak, że Majron i Koloman musieli go prawie nieść. Kiedy znaleźli się kilkanaście kroków od zamku nastąpił głośny huk, ziemia zatrzęsła się pod ich stopami. Silny wstrząs wyrzucił ich do góry.

* * *

Pierwszy ocknął się Koloman, wstał i rozejrzał się dookoła. Za sobą zobaczył jedynie gruzy, a przed sobą w oddali wstęgę morza. Otrząsnął się z ziemi i począł cucić przyjaciół. Majron szybko wrócił do siebie, natomiast Brandt otworzył wprawdzie oczy i próbował wstać, lecz nie udało mu się to. Był zbyt wyczerpany. Silne dłonie przyjaciół podniosły go do góry i podtrzymały.
– To chyba Koniec Maga – mruknął Koloman.
– Prawdopodobnie – odrzekł Majron. – Lecz dla nas to nie koniec problemów. Jak wydostaniemy się z wyspy?
– Przede wszystkim, czy jest ten przesmyk między skałami, którym weszliśmy – stwierdził Koloman – bo jeśli chodzi o statek, to może nie będzie problemów. Liczę na Mroczne Stowarzyszenie.
– A właściwie jak się tutaj dostaliście? – zapytał Brandt. – Przecież tu nie ma dojścia od morza.
Wojownicy popatrzyli na siebie, potem na hrabiego.
– To długa historia – odpowiedział Majron – a my nie mamy zbyt wiele czasu. Wydaje mi się, że z tą wyspą dzieje się coś dziwnego.
– To prawda – rzekł Koloman. – Ruszajmy!

Trójka przyjaciół powoli posuwała się przed siebie. Szli bez szlaku pewni, że dojdą do skał odgradzających ich od morza. Jakież było ich zdziwienie, gdy dotarli wreszcie do pierwszych głazów. Nie były to zwykłe kamienie, lecz ludzie. Rycerze w zbrojach, w pełnym bojowym rynsztunku, w pozach stojących lub leżących, opierających się o siebie tak, że tworzyli mur o różnej wysokości. Koloman podszedł do jednego ze stojących rycerzy i dotknął go. To, co się potem stało, zaskoczyło ich jeszcze bardziej. Ciało rozsypało się w proch, a zbroja z chrzęstem upadła na leżące obok ciało. Przez następne kilkanaście chwil słychać było jedynie odgłos chrzęszczących zbroi i padających mieczy, a potem nastąpiła cisza. Opadł pył i powoli wojownicy torowali sobie drogę na zewnątrz, odsuwając zbroje i depcząc po mieczach. Kiedy przeszli już za mur, Koloman odwrócił się, schylił i wybrał dwa miecze. Jeden z nich wręczył Majronowi, a drugi przypasał sobie. Następnie znalazł jeszcze sztylet, podniósł go ku górze, jakby oceniając i schował w zanadrzu.
– Myślę, że musimy postarać się o jakąś łajbę – rzekł Koloman. – Inaczej nie wydostaniemy się stąd.
– To może być trudne – odpowiedział Majron – chyba, że Wolar powiedział o naszych planach.
– Miejmy więc nadzieję, że „Łobuz” przypłynie. Chodźmy na brzeg. Wojownicy ruszyli przed siebie, pozostawiając za sobą mur prochu i zbroi – pozostałość siedziby Maga. Mieli nadzieję, że wyspa zachowa pamięć o tych wszystkich, którzy tutaj zginęli i w pamięci potomnych pozostanie jako Wyspa Śpiących.
Zatrzymali się nad samym brzegiem. Brandt, zmęczony padł na piach, a kapitanowie przeszukiwali wzrokiem horyzont. Nic nie pojawiło się jednak w promieniu wzroku. Może „Łobuz” przegrał bitwę, może marynarze zwyciężyli i odpłynęli upojeni zwycięstwem. Jeśli tak, to nieciekawie przedstawiała się ich przyszłość.
Tak zastała ich noc – chłodna, przejmująca wiatrem. Skulili się razem, dając sobie trochę ciepła i przespali się dwie lub trzy godziny. Potem Koloman i Majron dla rozgrzewki maszerowali wzdłuż brzegu, wracając ciągle do miejsca, gdzie leżał Brandt. Przyjaciele martwili się o niego. Przy jego wyczerpaniu pobyt na wyspie mógł być śmiertelny. Noc dłużyła im się bardzo, ale świt powitali z nadzieją.
Tknięty przeczuciem Majron zaczął przeglądać Księgę Przeznaczenia. Zatrzymał się na jej ostatnich stronach zaskoczony.
– Co się stało? – zapytał Koloman.
– To niesamowite! – odrzekł Majron. – Księga się sama zapisała. Nie wiem, jak.
Koloman nie rozumiejąc o czym przyjaciel mówi, zbliżył się i także zaczął oglądać Księgę. Ujrzał dokładnie zapisaną ich ostatnią przygodę – ratunek Brandta i spotkanie z Magiem. Także Koloman nie krył swego zaskoczenia ale zauważył coś jeszcze.
– Nie jest tu opisany nasz powrót.
– To prawda, ale Księga też nie jest ukończona. Ostatnie zdanie urywa się w połowie. Ponadto jest opisane nasze spotkanie i poprzednie przygody, jakie przeżyliśmy razem, a to oznacza, że w pewien sposób sami tworzymy tę Księgę. – Mówiąc to, Majron nagle wypuścił Księgę z rąk z krzykiem. – Co się z nią dzieje?! Sparzyła mnie!
Księga spadła na ziemię i zaczęła fosforyzować zielonym światłem. Wojownicy cofnęli się i zaczęli się jej przyglądać z zaciekawieniem. A Księga nagle otworzyła się, rozerwała w połowie i z jednej nagle zrobiły się dwie. Po chwili przestała fosforyzować i wyglądała tak jak poprzednio, z tą tylko różnica, że teraz były dwie. Koloman zbliżył się do nich ostrożnie, obawiając się magii. Wziął je do rąk, a widząc, że nic się więcej nie dzieje, podał jedną przyjacielowi. Majron przejrzał dokładnie Księgę podpisaną jego imieniem.
– Nic się nie zmieniło – rzekł z rozczarowaniem w głosie. – Nadal jest tu opisane całe moje życie, od narodzin, aż do tego momentu. I nadal nie jest opisany nasz powrót, a ostatnie zdanie jest niedokończone. A może w tej części, którą Ty trzymasz jest coś więcej? Koloman nie odpowiedział. Był całkowicie pochłonięty przeglądaniem Księgi. Odezwał się dopiero, gdy skończył:
– Ta część Księgi opowiada moją historię, mojego życia. Nie jest o Tobie. Ale kończy się tak samo jak Twoja. Nadal nic nie wiemy – to powiedziawszy, odwrócił Księgę i Majron zobaczył na niej wygrawerowany napis: „Księga Przeznaczenia Kolomana”, Koloman dokończył. – Teraz obaj mamy jakieś przeznaczenie, którego nie znamy.
W tym czasie Brandt się obudził i wszyscy siedli na ziemi, czekając i nie wiedząc, co ich jeszcze czeka.

Jakieś dwie godziny po wschodzie słońca ujrzeli zbliżającą się galerę. Znacznie mniejsza od statku Panthery, zwinna i zwrotna, prezentowała się wspaniale w promieniach słońca. Na bocianim gnieździe marynarz penetrował oczami wyspę. Nie przeoczył machających, gdyż po chwili spuszczono małą szalupę i trzech marynarzy podpłynęło do brzegu. Jednym z nich był kapitan.
– Zapewne czekaliście na nas! – wykrzyknął, uśmiechając się szeroko. – Witaj, kapitanie Skull.
– Dziękujemy, kapitanie – mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Jesteśmy Twoimi dłużnikami.
Nareszcie wojownicy mogli odpocząć. Na statku we wspólnej kajucie Koloman zapytał przyjaciela:
– Chyba nie martwisz się już o Księgę Przeznaczenia. Sam ją będziesz dalej tworzył.
– Masz rację, zastanawiam się tylko, do czego byłem potrzebny Magowi i jak miał zamiar wykorzystać mnie i moją Księgę.
– Tego, przyjacielu, nie dowiesz się już nigdy. I dobrze.
Koloman uśmiechnął się cicho. Majron rozmyślał jeszcze przez chwilę, po czym zmorzył go sen. Uśmiechał się przez sen – może wspominał dobre czasy, a może marzył o jeszcze wspanialszej przyszłości. Koloman przyglądał mu się przez chwilę, a potem sięgnął po swoją Księgę i zaczął ją po cichu studiować od pierwszego do ostatniego, nadal nie dokończonego zdania.

Epilog

r…lecz to nie był koniec przygód Kolomana. Po rozstaniu z przyjacielem przemierza cały Świat Zapomniany w poszukiwaniu nowych niesamowitych przygód. Tknięty, jak zawsze, swym niezawodnym przeczuciem kierując się wciąż w stronę morza, dociera do państwa Euve. Tam wkrótce zasiada na tronie jako ostatni potomek panującego tam rodu królewskiego. Za jego rządów państwo przeżywa rozwój finansowy, zdobywa nowe terytoria i wzrasta w dobrobyt. Ale nie trwa to długo. Piątego roku panowania Kolomana I przybywa do niego, w poszukiwaniu schronienia, następczyni tronu sąsiedniego państwa, w którym doszło do buntu.

Konrad Staszewski

Sennik nie z tej ziemi – Po drugiej stronie

 

Sennik nie z tej ziemi – Po drugiej stronie

Dziwnie się czułem, jakbym nagle znalazł się w powietrzu – taki lekki, ze skrzydłami zamiast ramion. Wokół mnie świat wirował barwą szarości, nieba przed burzą.
Boże, czy ja już umarłem? Uczucie wiatru i chłodu, które na mojej skórze wywoływało ciarki zdawało się przeczyć moim rozważaniom. Może siedziałem w samolocie szybując po niebie jak wolny ptak? Rozejrzałem się wokół siebie ale nie dostrzegłem ani pasażerów, ani siedzeń czy kokpitu.
Dziwne uczucie wzmogło się dodatkowo gdy nagle poczułem silne szarpnięcie. Z przerażeniem w oczach zdałem sobie sprawę z tego, że spadam w dużej wysokości. Zacząłem krzyczeć i długo krzyczałem ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Bałem się, że stało się ze mną to samo co z jedną z bohaterek książki Opowieści z Przeklętej Doliny. Ale ja żyłem i przekonałem się o tym gdy ból, który był niemal nie do wytrzymania zagościł w moich plecach. Upadłem na ziemię a nade mną wisiało niebo. Nie było zachmurzone ale szare i przyprawiające o dreszcze. Niespodziewanie rozsunęła się kotara do innego świata. Zobaczyłem cmentarz pełen starych i nowych grobów. Wszystkie sprawiały przygnębiające wrażenie, jakby świat i żywi ludzie zapomnieli o ich istnieniu. Przed moimi oczami przesuwały się mogiły. Czytałem wyryte na nich napisy, nawet te częściowo zatarte przez czas. Szukałem jednego grobu ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. Szukałem swojej babci, która zmarła zaledwie kilka lat temu. Nie znajdowała się na tym cmentarzu. Widziałem jak z grobów powstawali zmarli. Nie wyglądali jakoś nienaturalnie. Byli normalni, może w łachmanach ale jak żywi z tą tylko różnicą, że bladzi i szarzy jak papier. I tacy smutni. Szukałem wśród nich tej jednej osoby, swojej babci ale jej nie znalazłem.
Zmarli zbliżali się do mnie, wyciągali ku mnie swoje ramiona ale żadnego z nich nie znałem. Byli przeźroczyści jak mgła i widziałem przez nich cały cmentarz. Z grobów powstawały setki dusz. Bałem się, że idą po mnie. Może nie chciałem trafić do nieba ale do świata zapomnienia też nie chciałem trafić.
Nie wiedziałem skąd wśród zapomnianych pojawiła się szczególna postać i rosła na moich oczach. Wkrótce przesłoniła wszystkie pozostałe dusze. Miałem przed sobą mężczyznę w średnim wieku, o łagodnym spojrzeniu i przyjaznym obliczu. Nic nie mówił tylko uśmiechał się do mnie tajemniczo. Wyciągnął w moim kierunku rękę. Coś w nich trzymał ale z początku byłem tak przestraszony, że nie spojrzałem nawet na zawiniątko. Stał nadal przede mną z tym swoim tajemniczym uśmiechem i wyciągniętymi rękami. Zaufałem jego obliczu i spojrzałem na jego dłonie. Mężczyzna z zaświatów podawał mi dziecko.

Do tej pory nie wiem czy to był sen czy jawa. Z początku byłem pewien, że to sen. Obudziłem się w swoim łóżku. Byłem pewien, że widziałem w nim czyściec ale na szczęście nie znalazłem w nim swojej babci. Tym mężczyzną mógł być mój dziadek – zmarł przed moim urodzeniem i podobno bardzo kochał dzieci.
Teraz już wiem, że się myliłem. Nieważne czy to był sen czy jawa; czy ukazał mi się Bóg czy szatan wiem, że coś jest po drugiej stronie. Ktoś na nas czeka. Opisane przeze mnie zdarzenie miało miejsce w tym roku, zaledwie parę miesięcy temu a dnia ósmego listopada tego roku zostałem ojcem – urodziła mi się córeczka.

Z cyklu „Sennik nie z tej ziemi” do tej pory ukazały się opowiadania: Sen?, Demony Nocy i Po drugiej stronie.

Konrad Staszewski

 

Sennik nie z tej ziemi – Demony nocy

Sennik nie z tej ziemi – Demony nocy

„Sen mara
Bóg wiara”.

Stare przysłowie.

Pamiętam jakby to było wczoraj, a może to było wczoraj? Myślę, że to mało istotna kwestia w tej chwili, chyba, że wiąże się z teraźniejszością w sposób ścisły. Czasem zastanawiam się czy nie zacząć pisać senników popartych dowodami ale nie imionami. Przy okazji zaznaczę dla wyjaśnienia, że wszystkie imiona oprócz mojego, jeśli się ukażą w niniejszym opowiadaniu zostały zmienione i ich zbieżność może być jedynie przypadkowa. Co się zaś tyczy zdarzeń – oparte są na faktach.
Czy jedna noc może poddać w wątpliwość umysł?

W kalendarzu widniała data 25 września 2006r. Niby dzień taki jak każdy inny. Wiadomo: rano pobudka, śniadanko, wyjazd do pracy (teoretycznie od 7.00 – 15.00 a w rzeczywistości różnie to bywa), powrót do domu, obiad. A po obiedzie? A po obiedzie się właśnie zaczęło.
Umówiłem się z kumplami (Leonem i Arkiem) na jedno małe. Wracali od dentysty i czekali na mnie w Centrum, koło kina. Dotarłem bez przeszkód, chociaż z drobnym spóźnieniem. Postanowiliśmy odwiedzić Gacka – „Gacek” to taki lokal kupiony jakiś czas temu przez mojego znajomego. Wypiliśmy, tak jak się umówiliśmy, po jednym. Nawet nie wiem kiedy zrobiła się godzina 20.00 i trzeba było się zbierać. Jeszcze musiałem popracować w domu a jutro znów do pracy. Odprowadziliśmy ( ja i Leon) Arka pół drogi – bo akurat mieszka niedaleko nas – pożegnaliśmy się z nim i poszliśmy dalej.
Mieszkamy z Leonem na jednej ulicy, ale na dwóch jej końcach. Gdy się pożegnaliśmy i doszedłem do połowy ulicy już wiedziałem, że ta noc będzie dla mnie dość interesującym przeżyciem. Nie raz zdarzyło się, że ktoś na „mojej” ulicy został napadnięty albo pobity – moje miasto niczym nie różni się od innych. Przyznam, że i mnie kilka razy się to przytrafiło a bardzo nie lubię się bić. To jedna z moich „wad”. Szczególnie różne męty wychodzą na ulicę. Szedłem sam, a ich było kilku, dopiero się zbierali – poznałem bo dochodzili do nich inni. Możliwe, że byli nawet jacyś których znam ale w ciemności i z pewnej odległości ich widziałem więc nie jestem pewien. Możliwe, że byli pod wpływem alkoholu a sam przeciwko nim miałem nikłe szanse na zwycięstwo. Zbliżałem się do skrzyżowania w połowie ulicy. Grupa, która szła z naprzeciwka mogła mnie widzieć dość wyraźnie. Postanowiłem, nauczony niedawnym doświadczeniem (jakiś czas temu, niedawno, w biały dzień zostałem napadnięty na tej samej wysokości „mojej” ulicy gdy w niedzielę wieczorem wracałem z kościoła. Prawie mnie pobili i zareagowała na to tylko jedna osoba) uniknąć ponownego spotkania. Skręciłem w równoległą ulicę. Nie miałem pewności czy nie pójdą za mną, kiedyś bowiem podeszli nawet pod mój dom. Mogliby nawet za mną jechać – od pewnego czasu są u nas, na uliczkach, w nocy organizowane jakby wyścigi samochodów i motocyklistów i nie chciałbym znaleźć się pod ich kołami.
Dzięki Bogu jednak, tym razem udało mi się szczęśliwie dotrzeć do domu. Ale takich znaków, a może ostrzeżeń miałem mieć tej nocy więcej.

Tak jak sobie obiecałem popracowałem, popisałem, poczytałem i urywek filmu obiecałem. Troszkę czasu mi to zajęło. Czasem tak mam, że najpierw się bawię a potem dopiero myślę. Tej nocy było tak samo. I pomyślałem, że muszę mieć co na siebie włożyć do pracy. Kilka rzeczy dzień wcześniej, tak na szybko, wrzuciłem do pralki i teraz wystarczyło zejść do piwnicy i coś rozwiesić. No właśnie, zejść do piwnicy. Niby nic, takie to banalne. Banalne? No to sprawdziłem – moja mama oglądała jakiś film w telewizorze w drugim pokoju. Pozapalałem światła i zszedłem do piwnicy. Pokonałem kilkanaście schodów i żaden demon mnie nie zjadł ale… Poczułem coś co rozpaliło moje zmysły. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. W piwnicy roznosił się dziwny zapach. Z początku myślałem, że to może benzyna bo wujek wjeżdżał samochodem do garażu ale im bardziej zbliżałem się do kotłowni tym zapach stawał się silniejszy. Nie czekając ani chwili dłużej zawołałem mamę. Oboje stwierdziliśmy, że to gaz ulatnia się z bojlera.
Przyjrzeliśmy mu się (bojlerowi) dobrze – zaczął korodować a mechanik prawdopodobnie sprzedał nam przestarzałą anodę. „Trzeba będzie jutro wezwać serwisanta” – pomyślałem, po czym z duszą na ramieniu wróciłem z mamą na górę. Mama znowu zaczęła oglądać film a ja poszedłem spać.
Ale długo nie dane mi było pospać.

Spojrzałem na zegarek: wskazówki na tarczy wskazywały godzinę 23.30. Leżąc na łóżku odwróciłem głowę w stronę dużego pokoju. Ponieważ drzwi do przedpokoju miałem otwarte zobaczyłem zapalone światło, włączony telewizor i moją mamę siedzącą w fotelu z głową w dość nienaturalnej pozycji. Nasłuchiwałem jakiś dziwnych odgłosów ale w cały domu panowała przerażająca cisza, nawet moje dwa psy spały jak zabite.
– Mamo!
– Co? – Odpowiedziała sennym głosem.
– Jest wpół do dwunastej, trzeba iść spać.
– Już idę. – wyłączyła światła i zgasiła telewizor. Coś ją tknęło – poszła wypuścić psy na dwór przed snem i zeszła do piwnicy. Wróciła dopiero po dziesięciu minutach. – Masz jakieś spodnie na sobie?”
– Nie, a mam zejść?
– Nie wiem. Może byś się przydał. Wyłączyłam bojler ale nie wiem czy dobrze. Spróbuję zakręcić dopływ gazu.
Ponownie zeszła do piwnicy. Chcąc nie chcąc zwlokłem swoje ciało z łóżka, włożyłem jeansy i wyszedłem na klatkę. Ledwo przekroczyłem próg gdy do moich nozdrzy ponownie doleciał zapach gazu. Tym razem nie tylko piwnica śmierdziała, unosił się na całej klatce. Czym prędzej zszedłem do piwnicy. Moja mama już otworzyła dolną pokrywę bojlera i czytała przetłumaczoną kiedyś przeze mnie instrukcję.
– Przekręć zawór w prawo.
– Ale w to prawo czy w to prawo? – miałem na myśli prawo do siebie czy do bojlera.
– W to – i przekręciła.
– Mam nadzieję, że dobrze.
– Ja też, ale i tak trzeba będzie dzwonić po mechanika. Tylko nie wiem do którego bo do tego poprzedniego nie mam już za grosz zaufania.
Pogasiliśmy światła i wróciliśmy na górę. Ponownie poszliśmy spać. Zasnąłem jak niemowlę, twardym snem i byłem pewien, że nic mi się nie przyśni.

Jak zwykle rano, w tygodniu gdy trzeba iść do pracy, zadzwonił budzik o godzinie 05.10.
– Pobudka. Trzeba wstawać, dzisiaj nie możemy się spóźnić do pracy – zawołała moja mama i wyłączyła budzik.
„Znowu to samo” – pomyślałem ale po kilku minutach wstałem. Miałem nadzieję, że ta noc już się skończyła. Zanim się ubrałem podszedłem do okna. Nie byłem całkiem nagi więc nie było tak źle. Poranek się dopiero zbliżał więc teoretycznie nikt nie mógł mnie zobaczyć. Niestety pomyliłem się. Nie było już tak ciemno, żebym nie dostrzegł czarnego samochodu stojącego przed moim oknem, koło sklepu mojego wujka. Tym bardziej, że choć światła miał wyłączone, to drzwi od strony kierowcy były otwarte i światło wewnątrz zapalone. W środku ktoś siedział, dostrzegłem kontury conajmniej jednej osoby, zdaje mi się, że to był mężczyzna, dość młody. Z początku pomyślałem, że to jacyś klienci przyjechali do sklepu mojego wujka, ale on otwiera sklep dopiero o godzinie 05.30. Potem pomyślałem, że może tajemniczy nieznajomy na kogoś czekał. Może to jeden z tych nocnych „rajdowców”. Nagle, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ktoś podszedł do samochodu ale nie od strony sklepu tylko mojego domu. „Może ze spaceru” – pomyślałem. Ale chyba nie. To była kobieta. Spojrzała w moje okno i chyba mnie dostrzegła.
Przez ten jeden moment, minutę może dwie, zobaczyłem kogoś kogo nigdy nie zapomnę. I nie mam tu na myśli jej wyglądu – o tym za chwilę – ale jej reakcję. Młoda, elegancka, gustownie ubrana, może około 30-sto letnia brunetka, o włosach średniej długości, zakrywających uszy. Była ładna, wyższa ode mnie (przynajmniej tak mi się zdawało), szczupła i ubrana w coś białego (nie pamiętam czy w kurtkę czy bluzkę – aż tak dobrze nie zdążyłem się jej przyjrzeć). Taki widok z samego rana mógłby skusić niejednego mężczyznę. Ale nie mnie, ja już mam serce zajęte. Przyjrzała mi się ale nie uciekła jak dziecko. Odwróciła się, nachyliła nad samochodem i rozmawiała z kimś kto siedział w jego środku. Ten ktoś wychylił głowę i już byłem pewien, że to mężczyzna. Kobieta jeszcze raz spojrzała w moje okno, po czym wsiadła do samochodu od strony kierowcy, zgasiła światło, zapaliła reflektory i odjechali. Pojechali w stronę sklepu, zawrócili i, jakby specjalnie, przejechali wzdłuż mojego domu. Mimo tego spotkania, tej jednej czy dwóch minut patrzenia na siebie nie rozpoznałem tej kobiety. Samochodu też nie. Wiem tylko, że był czarny, a la BMW albo Mercedes na nowych, białych rejestracjach – chyba województwa śląskiego.
Mój umysł zaczął pracować na przyspieszonych obrotach. Jakby z ukrytego zakamarka świadomości przywołał sen, który mógłby być dopełnieniem tej nocy; sen, który – jestem pewien, właśnie tej pamiętnej nocy mi się przyśnił.

Byłem w tym samym domu, w którym mieszkam ale nie potrafię określić swojego wieku. Teoretycznie powinienem być młodszy aniżeli jestem teraz ponieważ mam w świadomości, że była w tym domu także moja babcia, która zmarła pięć lat temu w wieku dziewięćdziesięciu lat. Wiem, że była w tym śnie chociaż jej nie widziałem ani nie słyszałem. Wiem też, że to było w tym domu, ponieważ przeprowadziłem się do niego wraz z mamą i babcią 15 lat temu. Dziwne, że w tym śnie nie pojawił się mój pies, nie jeden z tych dwóch, które mam obecnie ale wcześniejszy, który się do nas przybłąkał jeszcze gdy mieszkaliśmy w Tychach. Dziwniejsze jest jeszcze to, że w tym śnie pojawia się Leon – mój kumpel, z którym byłem w „Gacku”. Jest w moim domu i mówi:
– Powiedz dziewczynom, że się przeprowadzamy.
– Znowu? – pytam się.
– Tak, komornik się zbliża.
I tu sprawy zaczynają się komplikować. Leona znam od prawie 10-ciu lat. Poznałem go już po przeprowadzce. W tym śnie jakby uosabiał głowę domu (ojca? – ojca widziałem 2 razy w życiu. Nawet go nie znam.). Dodatkowo to określenie: „Powiedz dziewczynom…” – tak często o swojej mamie i siostrze Leon mówi u siebie w domu. W świadomości mam to, że w tym śnie jeszcze była moja dziewczyna a znam ją przecież dopiero od połowy lutego tego roku i, że jej też ta wypowiedź dotyczyła. W tym właśnie momencie linia czasu we śnie została zakłócona. I w rzeczywistości nigdy nie miałem na głowie komornika.
Rano gdy zobaczyłem gości z samochodem, tę kobietę i kogoś w środku, gdy przypomniałem sobie ten sen, ten gaz w domu i spotkanie w drodze z baru zrozumiałem, że czekają mnie jakieś kłopoty. Może są to ostrzeżenia dla mnie ale przed czym albo przed kim? Tego nie wiem. Może właśnie babcia mnie ostrzega?
Tak czy inaczej rano pojechałem do pracy. Dom mi nie wybuchł choć gaz nadal czuć na klatce, i jeszcze żyję.

„Sen mara,
Bóg wiara”?

Na końcu winien jestem Wam, Drodzy Czytelnicy słowo wyjaśnienia. „To mi się przydarzyło naprawdę – i ten sen i te zdarzenia opisane nie we śnie”. I wiem, że sen się śnił a reszta nie. Działo się to w czasie 25 i 26.09.2006r.

Sen – stan ciała, ducha i umysłu niekontrolowany przez człowieka. Czasem podróż astralna umysłu, powiązana z przekazem od innych źródeł niematerialnych i niewyjaśnionych za pomocą nauki. Czasem odzwierciedlenia marzeń, bojaźni, zdarzeń lub pragnień a czasem zapowiedzi, ostrzeżenia przekazywane od światów wyższych i niższych, od niezidentyfikowanych i wymykających się nauce i rozumowi człowieka istot – definicja autora.

26.09.2006

Konrad Staszewski

Sennik nie z tej ziemi – Sen?

Sen?

Opowiadanie to dedykuję, kobiecie, którą kochałem
albo tak mi się wtedy wydawało
a której nie umiałem tego powiedzieć.

Dzień jak każdy inny, a raczej noc jak co noc. Wolno otwieram oczy, wyjmuję rękę spod kołdry i patrzę na zegarek. Jest 20-ty marca 2005-tego roku czyli, mniej więcej, czas obecny. Wskazówki dają mi wyraźnie do zrozumienia, że to jeszcze nie pora. Zamykam oczy ale nadal nie mogę spać. Wsłuchuję się w otaczającą mnie ciszę a przed oczami przemykają mi różne obrazy. Zatrzymuję się przy jednym z nich.
– Wiedziałem, że przyjdziesz. – Wyłaniasz się z mroku. Nic nie mówisz tylko uśmiechasz się słodko. Znów rozjaśniasz otoczenie.
– Długo się nie widzieliśmy, nic się nie zmieniłaś. – Przyglądam Ci się. Twe piękne czarne włosy, cała pachniesz tak jak Cię pamiętam. Ty też przyglądasz mi się swoimi zielonymi oczami i dopiero po chwili coś mówisz. Różowa bluzka – zawsze mnie nią kusiłaś.
– Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham. A Ty mnie kochasz?
– Nie wiem.
Odpowiedź taka jak przez ostatnie prawie półtora roku. Czego się spodziewałem o czym sobie myślałem.
– Postawisz mi runy?
– A czy kiedyś Ci odmówiłem?
– Tak, dwa razy.
To prawda, dwa razy Ci odmówiłem ale teraz Ci nie odmówię. Siadamy na łóżku tak jak nigdy. Mieszam karty, losujesz a ja stawiam rozkłady i interpretuję. Jeden po drugim i tak mijają godziny. Pochylasz się nade mną, czuję Cię koło siebie i znów jestem szczęśliwy, w raju. Już zapomniałem co to za uczucie. Chciałbym Cię przytulić, dotknąć, pocałować tak jak kiedyś, ale tak jak kiedyś także i dzisiaj nie mam na to odwagi.
– Ty też się nie zmieniłeś.
„Nawet nie wiesz ile w tym jest prawdy. I nadal Cię kocham a Ty nadal mnie nie.” – Pomyślałem sobie.
– Postawić Ci tarota? – Pytasz gdy odkładam karty na półkę.
– Nie mam żadnych pytań. Nic nie przychodzi mi do głowy. Już wszystko wiem.
– Ok. – Twoja stała odpowiedź.
Siedzimy a wokół nas cisza. Pali się tylko jedna czarna świeca w lichtarzu na biurku. Mija parę minut.
– Twoja mama gdzieś dzisiaj wychodzi …?
Przecząco kiwam głową. Uśmiechasz się. Zawsze do szaleństwa doprowadzał mnie Twój mały pieprzyk w okolicach ust. Za parę dni skończysz 26 lat. Między nami jest trzy lata różnicy – mnie to nigdy nie przeszkadzało, ale Ty zawsze powtarzałaś, że jestem dla ciebie za młody. A czy 3-y lata to naprawdę tak wiele?
– Zrobisz mi masaż a potem odprowadzisz mnie do domu? – Kładziesz się na łóżku na mym wymarzonym brzuszku a ja siadam na tobie, rozpinam Ci bluzkę …

Dzień jak każdy inny, patrzę na zegarek – jest poniedziałek, 5-ta rano. Na siódmą muszę być w pracy.

To był tylko sen ale jakże realny. Opisana przeze mnie historia jednakże nie raz przytrafiła się w moim życiu. Tak dziewczyna istnieje naprawdę, nie raz do mnie przychodziła i niejeden wieczór tak wyglądał jak właśnie w opisanym przeze mnie śnie. Tylko ja wiem jak bardzo ją kocham i jak bardzo cierpię. Popełniłem wiele błędów trakcie w trakcie naszej znajomości i wiem, że ona nigdy mi ich nie wybaczy. Nie da mi jeszcze jednej szansy. Ostatnio napisała mi prawdę: „Jesteś nikim …” – właśnie ale czy nikt potrafi mieć uczucia?

Konrad Staszewski