Niewymiarowi goście

W podcieniu pod kolumnadą Domu Farbiarzy mógł czekać choćby cały dzień bez obaw, że będzie się zbytnio rzucał w oczy straży miejskiej. Hondalberg to duże miasto, ale Starski bywał już tu wcześniej, a po ostatniej robocie niezbyt lubili się z kapitanem lokalnej straży. Niezbyt oznaczało w tym przypadku, że Adam chętnie sprałby drania w ciemnej uliczce, natomiast Vandee wyraziłby swą niechęć w sposób odrobinę bardziej wyrafinowany, na przykład pokazując Starskiemu pełną gamę możliwości katowskiego koła. Oczywiście kapitan nie chodził samotnie po mieście, a na pewno już nie zapuszczał się bez obstawy w ciemne uliczki. Z drugiej strony młodego szlachcica formalnie chronił przywilej neminem captivabimus, na mocy którego żaden przedstawiciel władzy nie mógł teoretycznie wtrącić go do lochu, ani tym bardziej torturować bez prawomocnego wyroku sądu szlacheckiego. Niemniej Starski doskonale wiedział, że przy odrobinie dobrej woli władza może obejść każde prawo, więc na wszelki wypadek lepiej było nie pchać się strażnikom pod palce. Niestety jego zleceniodawca wyraźnie zażyczył sobie spotkania na Małym Rynku w Hondalbergu, więc Adam nie miał wyboru i musiał jakoś przeczekać te dwa lub trzy dni, które dzieliły go od umówionego spotkania. Wynajął więc pokój u szewca partacza, który wykonywał prywatne zlecenia jakiegoś magnata. A że do cechu nie należał, to i pytań nie zadawał, ani biegać z donosem do władz specjalnie nie miał ochoty. Wiadomo, miasto broniło interesów cechów. I tak każdego dnia między jedenastą a pierwszą pojawiał się na rynku czekając na tajemniczego „przyjaciela z Panajahary”, jak jego zleceniodawca podpisał się był na liście. List zresztą wyglądał na dzieło osoby niespełna rozumu lub też przynajmniej pragnącej za taką uchodzić. Gdyby nie całkiem konkretna i przekonywująca sakiewka dołączona do listu, Starski cisnąłby papier w ogień i przyjął jakąś normalniejszą robotę. Tak więc czekał. Jednak podobnie jak Hondalberg nie był najlepszym miejscem na spotkanie, tak rynek nie był najlepszym miejscem na długie oczekiwanie. Za dużo ludzi, zbyt wiele hałasu, za łatwo przez przypadek wpakować się w kłopoty. Czytaj dalej Niewymiarowi goście

Kto powiedział „Aaargh” ?

Uciekłszy od rodziny, a zanim spotkaliśmy się w Górach Libanu, Ad-ari-ann z Sumerii chwytał się wielu zawodów: był najemnym żołnierzem w Babilonie, gladiatorem w Ugarit, rabusiem grobów w Kam-t, wykidajłą w nocnej karczmie Megiddo, połykaczem węży w Aszur, łowcą czarowników w Mari. Tym razem jednak los zaniósł go na zachód do stolicy Imperium Keftiu, gdzie w stołecznym Knossos, roztrwoniwszy resztki skarbu zbójców zaciągnął się był w rozpaczy do grupy awanturników, którzy pod wodzą pięknej pani kapitan rodem z Troi, umyślili płynąć na zachód, na krańce świata, w poszukiwaniu Wysp Cynowych…

Przechyliłem się przez burtę Delfina i rzygałem jak sto demonów piekieł.
–Lepiej? – spytał, gdy przerwałem na chwile.
–Chyba… trzymaj butelkę! – kolejna partia zielonkawych wymiocin powędrowała za burtę.
–Pierwszy raz widzę, żeby demon rzygał?
Nie odpowiedziałem, nie miałem nastroju. Jak do tej pory znosiłem podróż całkiem dobrze, aż dwa dni temu nadszedł sztorm. Dopadł nas nim zdążyliśmy dobić do brzegu i niemal rozszarpał statek na strzępy. Przez całą noc płynęliśmy niesieni wiatrem na zachód, aż wreszcie nad ranem gwałtowny podmuch zerwał wreszcie żagiel i od tej pory niosły nas tylko fale. Wreszcie koło południa wiatr osłabł na tyle, że dało się wylać wodę, wyciągnąć wiosła i rozejrzeć za jakimś brzegiem. Od tego czasu jednak regularnie składałem daninę Okeanosowi, niechybnie dała znać ciążąca nade mną klątwa, bo przecież od stuleci nic nie jadłem. Ad‑ari‑ann znosił to z godnym bogów spokojem.

Nagle zagrała muszla.
­–Kapitan wzywa – powiedział pocierając butelkę.
Wyprysnąłem na świeże powietrze, opadłem na deski przy dziobie pokładu patrząc jak mój pan Sumeryjczyk znika za resztkami żagla.
Czytaj dalej Kto powiedział „Aaargh” ?

A taniec, taniec – niech trwa.

Zamek sunął na zachód ponad atramentowo czarną taflą może jeziora a może morza – nie wiedzieli tego na pewno. W każdym razie brzeg, porośnięte lasem góry, był cały czas w zasięgu wzroku. W przeciwnym kierunku, gnane wieczornym wiatrem żeglowały szarobiałe obłoki.

Gry spoglądał przez okno chmury, góry, ptaki, szybujące na wznoszących prądach smoki, albo inne gadopodobne paskudztwo.
-Prowadzisz, czy myślisz?
-Myślę – odpowiedział odwracając się w kierunku stolika. Na dębowym blacie leżała wymalowana na pergaminie plansza i kilka drewnianych figurek, spoglądających ze strachem na odlane w ołowiu kości.

To głupie, ale tu na Infinitii powtarzali te same rytuały, co na Ziemi. Jakby nic się nie zmieniło, a rzeczywistość naokoło nie była wystarczająco fantastyczna, wcielali się co wieczór w fikcyjne postacie dokonujące heroicznych czynów w wyimaginowanym świecie. Chociaż właściwie nie było to żadne wymyślone uniwersum, a ich rodzinny świat – ze wszystkimi jego brudami: smogiem, głodem, bezrobociem. Starali się przywołać w pamięci każdy szczegół w nadziei, że powtórzy się to, co stało się tamtego, pamiętnego dnia, gdy nagle po nieszczęśliwym rzucie kośćmi przenieśli się wszyscy do tej magicznej krainy. Nie było w tym żadnej metody, raczej rozpaczliwa nadzieja, że wielokrotne odprawianie tych samych guseł sprawi, że w końcu jakiś litościwy bóg ich wysłucha. Ale po prostu nie mieli innego pomysłu.

-Nad czym tak myślisz? – Tlareg odgarnął znad czoła jasne, niemalże siwe włosy i korzystając z chwilowej przerwy w grze zarzucił na parapet stopy w ciężkich skórzanych butach.
-Zastanawialiście się kiedyś nad horyzontem?
-Mówisz o tej urojonej linii, gdzie niebo pozornie styka się z ziemią i która ucieka, gdy próbujemy się do niej zbliżać?
Czytaj dalej A taniec, taniec – niech trwa.

Kowal z Debliente

Marquine brała kąpiel w wielkiej miedzianej wannie okupującej jej osobistą łazienkę. Trudno o coś lepszego i bardziej odprężającego po ciężkim dniu niż gorąca kąpiel z dużą ilością piany. Drzwi do łazienki uchylił się lekko i przez szparę dobiegł ją głos Kerhoina:
-Mogę na chwilę kochanie? Chciałbym omówićć kilka spraw.
-Natury służbowej, czy prywatnej – spytałaa księżniczka, pani na zamku Arhoax, poprawiając na wszelki wypadek pianę.
-Służbowej, chodzi o zamek – wyjaśnił ksiąążę.
-No dobrze, wejdź – odpowiedziała, starająąc się ukryć rozczarowanie.
Kerhoin otworzył drzwi i z magiczną tabliczką w ręku wkroczył do łazienki. Wytarł ręcznikiem skraj wanny i usiadł tam, gdzie zwykł był siadać, gdy chciał porozmawiać o czymś ważnym z panią swego serca.
-Więc co to za pilna sprawa? – spytała Marrquine, zdmuchując z wyciągniętej dłoni chmurkę piany.
-Chciałbym osadzić nasz zamek w jakimś spookojnym miejscu. Powinniśmy dokonać paru napraw i przeglądów, które można przeprowadzić tylko na ziemi.
Czytaj dalej Kowal z Debliente

Praca dla wiedźmina

Staliśmy tak chyba w trzydziestu już od godziny, czekając na księcia. W ogłoszeniu stało wyraźnie, że musimy stawić się punktualnie, bo czas księcia jest cenny. Kto się spóźni, tego w ogóle nie wpuszczą na przesłuchanie. Dlatego nikt się nie spóźnił, choć wiadomo było, że i tak pracę dostanie tylko jeden, a pozostali nie mieli żadnych szans na zarobek. No chyba, że przergacz utłucze pierwszego. Wtedy strażnicy miejscy rozkleją na murach nowe ogłoszenia i całe teatrum powtórzy się raz jeszcze. Cóż, ciężkie czasy. Nie, żeby potworów było mało, ale po ostatniej wojnie ludzie nie mają pieniędzy i nie bardzo kogo stać na najęcie wiedźmina. Jeśli pieniędzy ledwo starcza na życie to i do potwora można się przyzwyczaić.
Czytaj dalej Praca dla wiedźmina