Miecz Króla: Kamil II

Dzieje losów jeszcze się nie zmieniły, wszystko jest tak, jak jest zapisane w księgach boga. Króla Daniela otruto, wtoczono stan wojenny. Adam objął tron i nazwał siebie Królem Kamilem drugim. Już minęły cztery dni od króla Daniela pierwszego. Obecny władca wysłał trzy z siedemnastu legionów królewskich. Wysłane legiony to trzeci, czwarty i piąty. W czwartym legionie, po środku stał on. Niczym się nie wyróżniał, ten sam miecz, zbroja, tarcza, hełm, nagolenniki, buty. Wojska zaczęły na siebie nacierać, wszyscy ruszyli, pierwszy rząd, rugi, za nimi trzeci, a jeszcze później reszta. On zaczął już również biec. Wojska wbiły się na siebie, a on pchał się do przodu. Za ojczyznę! obłędnie krzycząc. Pole bitwy dotarło do niego, zręcznie machał mieczem, idealnie osłaniał tarczą nadchodzące ciosy przeciwników. Teraz zablokował cios idący z jego prawej strony i pchnął mieczem w nogą przecinając, ujrzał krew. Wyciągnął miecz, spojrzał wyżej i odciął napastnikowi głowę. Spojrzał przelotnie na leżące bez głowy ścierwo i ruszył dalej… za ojczyznę. Obronił właśnie cios nadchodzący znad głowy przeciwnika, i pchnął miecz w brzuch. Wydobył go mocnym kopem w tułów przeciwnika. Znów szedł przed siebie, gotowy na wszystko, idealnie się okręcił, przy czym kucnął i wystawił w odpowiednim momencie przed siebie miecz. Odciął krzyczącemu teraz żołnierzowi nogę. Dobił go cięciem w kark. Poczuł ból w udzie, został zraniony, zobaczył kolejny cios z jego lewej strony, z dołu szedł do góry. Zablokował go mieczem i uderzył przeciwnika z całej siło tarczą. Cios wyglądał jakby pchał tarczę. Tarczę odsunął żeby mógł spojrzeć przed siebie, przeciwnik leżał. Szybkim susem zrobił dwa kroki i wbił miecz w klatkę piersiową żołnierza. Tym razem zasłaniając swą lewą stronę, by uniknąć następnego urazu. Rozglądał się w prawo, szukał swej następnej ofiary. Ktoś uderzył w jego tarczę. Przeturlał się przez trupa, w prawo. Gdy wstał od razu zasłonił się tarczą. Ktoś w nią uderzył, tak jak się spodziewał. Wyjrzał za nią i zobaczył wielkiego chłopa w lekkiej zbroi, z wielkim młotem ręku, biorącego zamach. Zaparł się, oczekując następnego silnego uderzenia, które właśnie nastąpiło. Zrobił dwa kroki w tył. Ciął na ślepo przed siebie, tylko raz i znów się schował za tarczą. Przeciwnik uderzył w niego, tym razem w nogę. Poczuł ból, straszny. Noga była złamana, on też to wiedział. Boga wyła jak bomba która włąśnie ma wybuchnąć, lub jest w fazie wybuchu. Zasłonił się tarczą. Tak jak słyszał, przed śmiercią życie przeleciało mu przed oczami, a wyglądało tak:

***

-Cześć mamo! – wykrzyczał malec wracający do domu.
-Cześć synku! O jak się ubrudziłeś, idź się umyj do rzeki dobrze?
-Ale nie pozwalasz mi chodzić tak daleko od domu mamo! Przecież sama to powiedziałaś. – Powiedziało z lekkim oburzeniem dziecko.
-Ale zawsze chciałeś iść sam i pokazać że już jesteś samodzielny. Więc teraz ci pozwalam tam chodzić.-Powiedziała matka. uśmiechnęła się szczero, naprawdę. – Idź już.- Powiedziała. Chłopiec ruszył w stronę drzwi, a w drzwiach podziękował. Pobiegł dalej. Biegł już tak chwilę. Był troszkę zmęczony. Zwolnił, zaczął iść, lecz nie zwykłym, lecz szybszym tempem. Napotkał dwóch łobuzów, niewiele starszych od siebie. Jeden podszedł do niego, spojrzał mu w twarz. Spytał czy jest dojrzały…?
-Na co? – spytał równie pewnie.
-Na walkę, czy potrafisz sam się obronić? – Powiedział napastnik. Chłopiec który zmierzał w kierunku rzeki, zastanawiał się co powiedzieć. – Tak, lepiej się zastanów nad odpowiedzią. – Powiedział po chwili starszy chłopiec.
-Zastanowiłem się… – powiedział młodszy, zrobił chwilę na głębszy wdech i mówił spokojnie dalej. – …nie chcę się bić. Nie wiem czy dorosłem do tego, ale jeśli nie będę miał wyboru, zobaczymy.
-Powiedziałeś to pewnie przygotuj się, nie masz wyboru… – Powiedział starszy , drugi, zszedł na bok dróżki. Zaczęli się bić. Młodszy chłopiec zrobił podobną postawę do przeciwnika uniósł lekko ręce w górę, jedną nogę wysunął do przodu i czekał. Napastnik zbliżył się, postraszył nogą, ale zadał cios prawą ręką prosto w nos chłopca. Chłopiec padł. Starszy napastnik zaczął mówić:
-To jeszcze nie dziś, jeszcze się spotkamy, nie martw się.- Po tych słowach odszedł.
Chłopiec sprawdził czy z nosa leci mu krew, było tak. Wstał i dziękował ze idzie się akurat umyć. Komu? Dla niego nie był to teraz ważne.

***

Chłopiec wyrósł na mężczyznę. Był kowalem. Tworzył z zwykłego kawałku metalu, piękną broń. Płacę miał dobrą, król zawsze miał zapotrzebowanie na broń. Gdy wieczorem zamknął swoją kuźnie ruszył do chaty. Do tej samej co przed laty gdy był dzieckiem. Miasto leżało nad rzeka więc i tą samą drogą, i dziwnym trafem spotkał tego samego mężczyznę.
-I znów się spotykamy, obiecałem ci to… – Powiedział mężczyzna. Kowal nie był zdziwiony.
-I dotrzymałeś obietnicy. Zaczynajmy, nie chcę czekać, chcę wiedzieć. – Wyciągnął miecz z pochwy. Stanął w idealnej postawie, w końcu był kowalem. Przeciwnik sprzed lat tym razem był sam. Wyciągnął miecz i ułożył ciało w zupełnie nie znanej kowalowi pozycji. Przeciwnik suszył na kowala, zadał cios z lewej strony, z dołu, po przekątnej – prawej, górnej, dziwny obrót, i atak z lewej. kowal z trudem wszystko obronił, i zadał cios mocny znad głowy. Przeciwnik obronił choć był lekko kucnięty, bokiem do kowala. Kowal oniemiał, zaraz odskoczył do tyłu, i znów ustawił się w pozycji, w jakiej go uczyli. Przeciwnik w takiej samej jak przedtem. Teraz kowal ruszył i wykonał najtrudniejszą kombinację jaką znał. Zranił go, myślał że będzie trudniej. Ciągnął kombinację ciosów, a przeciwnik resztę osłaniał swym mieczem, nie było widać trudu na jego twarzy, ale nie było też widać że to łatwe. Kowal myślał że wie co za chwile zrobi, ale przeciwnik odskoczył w bok, i zaatakował. Kowal odskoczył w tę samą stronę lecz, miecz przywarł klatki piersiowej przeciwnika, myślał że może jedynie odskoczyć i wyciągnąć miecz. Lecz szarpnął go w dół. Raniąc siebie przy okazji, ponieważ jego miecz był tak samo ustawiony, lecz kowal nie trzymał go ręką. Przeciwnika zranił w nogę, w udo. Napastnik sprzed lat upadł, i puścił miecz. Kowal najpierw chwycił się za ranę lecz zaraz odskoczył by kopnąć w leżący miecz, by przeciwnik nie mógł go dosięgnąć. Zrobił tak, i przyłożył miecz do gardła przeciwnika który wydobył z siebie słowa:
-Dojrzałeś… -westchnął, prawdopodobnie z bólu, po czym dokończył – Dziękuję.
Przeciwnik odsunął miecz z gardła, kowal nie stawiał oporu…

***

Dalej leżał, a na nim tarcza w którą uderzał wielki, uzbrojony, mężczyzna z przeciwnego wojska. Wpadł na pomysł, zaraz po uderzeniu wyciągnął rękę, chwycił nogę i przyciągnął ją. Napastnik stracił równowagę i upadł na plecy. Czuł ja spada na jego tarczę wielki młot. Zrzucił go z niej, odepchnął tarczę na bok, uchwycił młot i zadał zdezorientowanemu żołnierzowi cios prosto w twarz. Zmiażdżył ją. Rozglądał się. Koniec bitwy, odrzucił młot. Nie miał pojęcia ile leżał na ziemi. Poszedł dwa, lub trzy kroki w lewo, schylił się u podniósł się z mieczem w dłoni.

***

Wrócił do swojego miasta z resztką wojska. Szli przez ulice, aż dotarli do samych wrót zamku. Weszli do środka. Przeszli przez wrota, za nimi był korytarz, który ciągnął się od lewej do prawej strony, lub na odwrót. Przed nimi były jeszcze większe i piękniejsze wrota, wrota do sali gdzie siedział król na swym tronie. Uklękli przed nim pozostali żołnierze z bitwy. Król powstał.
-Ty… – wskazał palcem właśnie na niego, tego który leżał tam pod tarczą, lecz wydostał się, godny króla, nie wiedział ze zaraz nim się stanie. Król dokończał – … powstań. Orzekam przed wami moi poddani że zrzekam się tronu, a on… – Znów wybrał palcem tą samą osobę. – …zastąpi mnie jako Król taj krainy. Uchwyć swój miecz – Skierował się do kowala. – I wznieś go w górę, mój królu. – Były król ukląkł. A miecz który kowal, król trzymał w rękach, stał się mieczem króla.

Dolar

Narkoman

Michał usiadł znów sam za starej kanapie, patrząc na swoją pamiątkę z wesela. Michał miał na sobie brązowy, zimowy płaszcz, z dużą łatą z lewej strony. Troszkę ciemniejszą niż reszta płaszcza. Spodnie również zaniedbane, sztruksowe, też brązowe. Buty czarne, trapery. Twarz miał nieciekawą, duże kości policzkowe, grube brwi, mały podbródek, oczy jakby czerwone ze złości. Siedział na kanapie ze skóry, czarnej, cały pokój mieszał się w ciemnych barwach. Na podłodze szary, wypłowiały dywan. Ściany niby niebieski, ale wydawaj się ciemno granatowe w tym momencie. Gdzie nie gdzie zacieki, sufit jedynie był biały, lecz w połączeniu zresztą, również wydawał się szary.
Widok z okna miał na ścianę następnego bloku.
-Powiesić się, czy skoczyć? Oto jest pytanie. – Powiedział po chichu Michał i sięgnął po pilot. Nachylił się do przody i wyciągnął rękę, złapał go. Popatrzał na niego, i wcisnął czerwony guzik. Rzucił niem gdzieś za siebie. – Mieszkam tylko na czwartym piętrze, słyszałem że ktoś skoczył z piątego, a co dziwne przeżył. Jest na wózku a ja nie chcę tak skończyć chcę zginąć. Chyba że strzelił bym sobie pistoletem w łeb. Ale nie mam pistoletu. Powieszenie też odpada, nie mam żadnej solidnej liny, tylko cienkie kabelki. – Dalej mruczał pod nosem. Przystanął na chwilę. Wstał i ruszył w stronę pokoju jadalnego, choć trudno go nazwać tak. Stół- brązowy, z drewna. Byłby ładny, gdyby nie był tak brudny. Kawałki wczorajszego mięsa, kawałki makaronu sprzed miesiąca. Michał stracił chęć do życia. Gdy doszedł do stołu, wyciągnął rękę by sięgnąć po wodę. Gdy ją uchwycił, odkręcił zakrętkę, przyłożył otwór butelki do ust, i przechylił. Połykał wodę, jak w tej legendzie o smoku krakowskim. Butelkę znów przechylił, teraz by była w pionie.
-Nawet narkotyki mi już nie pomagają. – Powiedział Michał, puszczając zakrętkę i napój. Plastikowa butelka spadła na ziemię, rozlewając zawartość na podłogą. Dywan szybko wsiąkał. Michał wrócił na swoją kanapę usiadł i rozmyślał jak pewnie się zabić. W powietrzu znalazł się zapach siarki, i czerwone iskry. Michałowi ciężko się oddychało. Wstał, podszedł do okna, i spojrzał w niebo. Niebo jest koloru piekła. Nasunęło mu się, jakby ktoś przez niego mówił. Nie powiedział tego, lecz pomyślał. Na niebie zobaczył wiele czarnych ptaków. lecz to nie były ptaki. Wyglądały jakby… pterodaktyle? Czarne pterodaktyle na niebie w XXI w.? Pomyślał Michał z nutką sarkazmu. Jeden z nich uderzył w szybę. Michał odskoczył do tyłu i upadł na plecy. Zza niego weszła osoba do jego mieszkania, bo tam znajdowały się drzwi wejściowe. Wstał i poczuł wielki lęk, wszystko kołysało mu się przed oczami, na lewo, i prawo, i lewo, i prawo… Zaczął się niespokojnie rozglądać wokół siebie. Okno otworzyło się z hukiem. Wiatr wiał bardzo mocno. Do mieszkania nie wszedł tylko chłód, ale zjawy pojawiły się wszędzie. Krążyły wokół Michała jak sępy, jak oszalałe, bardzo szybko. Michał postąpił krok w tył, w stronę okna. Słyszał głosy, zniekształcone, prawdopodobnie przez osobę która tam weszła. Michał coraz szybciej szedł w tył. Przywarł plecami do otwartego okna, na początku troszkę się odchylił do tyłu, ale wrócił na chwilę do prostej postawy. Wyłkał z swoich ust słowa:
– One są wszędzie, wszędzie!

***

-Kto? Tu nikogo nie ma? O czym pan mówi? – Zapytała starsza pani zza progu mieszkania. Patrzała na obłąkanego mężczyznę który przeraźliwie się rozglądał.
-Panie Michale? Co się z panem stało? – Zapytała znowu pani Marta. Mężczyzna odchylił się do tyłu w stronę przepaści.

***

Michał czuł jak zjawa ciągnie go do tyłu, wyprostował nogi z całych sił. Poddał się. Wypadł z okna. Był już blisko ziemi, i nagle następna zjawa go chwyciła, tym razem biała.
-Dziękuję ci Aniele, dziękuję – Michał zasłabł.

***

Pani Marta podbiegła do okna i spojrzała w dół. Zasłoniła usta obiema rękami. Wybiegła z mieszkania by zawołać pomoc.

***

Widok martwego Michała zapewne budził dreszcze u każdego. Nieszczęśliwy upadek spowodował że klatka piersiowa wgniotła się tak mocno, że przebiła serce, i można było ją wyczuć macając trupowi plecy. I ta twarz… cała z krwi, obłędny wyraz twarzy. Patrząc na ciało nie można było sobie wyobrazić jakie cierpienia jaki towarzyszył mu przy śmierci.
A następnego dnia na tej samej ulicy ktoś sprzedawał te same narkotyki.
Dolar

Gierki Anioła

Piękny się zaczął dzień, wszystko się wydawało takie łatwe, lecz tak też nie było.

-Obudź się Stanisławie! – Krzyknęła nauczycielka matematyki. Staś posłusznie podniósł się z ławki, podpierając się prawą ręką, a lewą wyciągając do góry w kwestii rozciągnięcia się. Prawa ręka obślizgła się ze stołu i z hukiem uderzył w stół głową. Marta, która siedziała obok w ławce odskoczyła i spadła z krzesła, a nauczycielka puściła kredę i się obróciła szybkim zwrotem tułowiu.
-Ała… – Jęknął Stasiek cicho chrypiącym głosem.
-Stasiu wyjdź z klasy! Natychmiast!… – Pani Markowska chciała jeszcze coś powiedzieć ale zadzwonił dzwonek na przerwę. Nawet jeśli coś powiedziała to zagłuszył to dzwonek. Jasiu wstał, wziął torbę, przechodząc obok Staśka popchnął go barkiem.
-Szykuj się przed szkołą! – krzyknął z udawaną złością, ale nie wytrzymał, roześmiał się. Dziewiętnastolatek wstał, podniósł plecak i założył go na plecy, po czym wyszedł z klasy.
Marta która rozmawiała z Małgosią przystanęła przy Stasiu i powiedziała:
-Przestraszyłeś mnie Stasiu! Zrobiłeś to specjalnie? – Uśmiechnęła się. Stasiek zrozumiał że to żart.
-Niestety nie tym razem – Staś uśmiechnął się tak głupkowato że Małgosia aż roześmiała się zza Marty. Staś zastał uderzony w ramie, lekko otwartą dłonią.
-Oddaj, oddaj, oddaj jej! – Usłyszał męsko-damski głos w głowie.
-Co? – Powiedział z zdziwieniem, nadzwyczaj głośno.
-Uderz, uderz ją! Mocniej! – Stanisław znów usłyszał ten sam głos. Nie wiedział co się z nim dzieje.
-Nie! Nie! Nie! – Wykrzyczał, wszyscy spojrzeli na niego z zdziwieniem. Zdobył się na uśmiech.
-To tylko żart. – Powiedział z spokojem i ruszył w stronę wyjścia.
Wyszedł z szkoły. Co to było? Za dużo kawy?. Staś uśmiechnął się do swoich myśli, choć to nie było śmieszne. Zrobiło mu się słabo.
-Podejdź! Uderz! Zabij! Niech zginie! Bij! Niech krwawi! Zmiażdż go! Utnij mu palec! Stopę! Dłoń! Głowęęęęęęęęę!- Dotychczas Staś miał zamknięte oczy i niedowład nóg, przynajmniej tak mu się zdawało. Głos w jego głowie stawał się tak głośny… nie wytrzymał. Chwycił się za głowę i otworzył oczy. Upadł na plecy. Popatrzył na swoje ręce, całe w krwi. Podniósł się do siadu, zobaczył. Spojrzał wprost w oczy głowy… samej głowy. Rozejrzał się, ujrzał palec, stopę, głowę, zmiażdżoną klatkę piersiową.
-Nie, nie, nie, nie! Nie! Nie!… – Zaczął cicho, ale krzyczał coraz głośniej – Nie! Nie! Nie! – Teraz krzyczał tak głośno, że przy każdym kolejnym krzyku, bolało jakby gardło wybuchało. Bolało go tak mocno, nawet za bardzo, ale krzyczał.

***

Otwarł oczy. Patrzył w niebo z jakiejś dziury. Zapadał się coraz niżej i niżej…. Dotarł na sam dół grobu. Rozejrzał się gdzie leży. Był w trumnie. Chciał wstać, ale zobaczył jak ktoś zrzucał pokrywę. Spadła idealnie, robotnicy się ucieszyli, nie musieli jej poprawiać.

***

Znów poczuł się jak przedtem, jakby zbudził się z snu. Nie chciał otwierać oczu, ale zrobił to ktoś za niego. Nie miał władzy nad ciałem. Zobaczył swoje miasto z góry, jakby z samolotu. Spadał, lecz nie czuł oporu powietrza. Wpadł w budynek, jakby przeszył sufit pokoju nie robiąc w nim dziury. Zupełnie jak duch. Zobaczył pokój. Wszedł tam mężczyzna cały na czarno, Z czarną czapką? Nie to kominiarka! Pomyślał Stasiek. Złodziej… bandyta, rabuś, jakkolwiek go nazwać, po prostu mężczyzna łamiący prawo szedł tyłem z wyprostowaną ręką, w której trzymał pistolet. Z drzwi z których wyszedł rabuś wyszła kobieta. Aneta!
-Aneta! Uciekaj! – Krzyknął Staś. Chciał rzucić się na złodzieja, nie mógł. Aneta nie słyszała go. Kochał ją ponad życie, oddał by je by ją uratować, gdyby mógł. Padł strzał.

***

Siedział na krześle. Czuł to. Nie chciał otwierać oczu, długo walczył. Nie chciał już cierpieć! Znów otwarły mu się oczy, lecz nie czuł się jak pobudka z zwykłego snu, bardziej jak pobudka z koszmaru. W oczy raziła go jasność, Kształtował się stół, waga, ludzie, jakby ustawiał ostrość. Gdy wszystko było idealne wszystko się ściemniało, stawało czarne, i wrócił do punktu wyjścia, tylko w kontrastowym kolorze. Przed nim zabłysnęła biała postać. Umięśniony, wysoki mężczyzna. W prawej ręce trzymał bardzo długi, zdobiony miecz. W lewej małą złotą tarcze. Nie widział dość wyraźnie, ale wszystko się poprawiało, tylko że dużo wolniej niż przedtem. I było coś za nim… jakby skrzydła?
-Czy wiesz co robisz śmiertelniku? Czy wiesz czy kochasz teraz? Czy nienawidzisz!? – Mówiła osoba zaczynając krążyć wokół Stasia. – Czy wiesz co czujesz? Czy wiesz co myślisz? Czy wiesz co się dzieje? Teraz wszystko dzieje się inaczej tak? Czujesz jakbyś przenosił się w czasie? Znam to uczucie człowieku, znam dobrze! Tak jak złość, nienawiść, ale odczuwam też miłość, współczucie, lecz nie. Nie do takich jak Ty! Niech to zmieni twoje życie na zawsze! Bedę czuwał, a jeśli nie będziesz szukał odpowiedzi…

***

Staś podniósł powieki, ujrzał znów niebo. Pielęgniarkę trzymającą nogi w górze i gapiącym się uczniom. Uśmiechnął się. Wszystko już było w porządku.

***

Cztery lat później…
Siedział już tak od dwóch dni. Było widać że ma obsesje.
-”Znam to uczucie człowieku, znam dobrze!” – Pozwiedzał Staś bawiąc się długopisem. – Zgłodniałem… w końcu. – ostatnie słowo powiedział jakby chciał obrazić samego siebie. Wyszedł z swojego mieszkania, tak jak był ubrany. Miał czerwoną bluzę zapinaną na zamek, z kapucą. Spodnie z jeansu. Ubrał na siebie dodatkowo tylko buty, lecz wrócił się po płaszcz, zapomniał że jest zima. Szedł prosto nadal zamyślony, lecz tym razem gdzie dobrze zjeść. Był zdziwiony ruchem ulicznym, jak i pieszym. Nikogo o tej porze? o 12:17? Zbliżał się do pasów, gdy nagle uderzył w coś barkiem, lecz tam nic nie było, zdawało mu się że kogoś potrącił ramieniem, lecz nikogo tu nie było. Zignorował to i ruszył dalej. Przystanął na końcu chodnika. Spojrzał w lewo, później w prawo, i ruszył przed siebie. Żadnego samochodu w polu widzenia. Był na środku pasów, gdy rozległ się ryk silnika. Znikąd pojawiły się samochody, piesi na chodniku. Gdy spojrzał za siebie ujrzał dziewczynę, która zbierał jakieś papiery z ziemi klnąc pod nosem. Uderzył w niego samochód.

***

Obudził się na krześle, tym samym co przed laty, wszystko białe, te same złudzenie optyczne, jakby ktoś bawił się ostrością w telewizorze. Lecz gdy ostrość była dobra, nie zapadła ciemność.
-Anioł? – Zapytał mężczyzna z lewej strony wagi.
-Niemożliwe w tych czasach nie ma nowych Aniołów! – Prawie wykrzyczał mężczyzna z prawej strony wagi. – Chyba że to cud – dokończył spokojniej.
-Cisza – Rozległ się głos żeński. Osoba zapewne stała za złotą wagą. – To Anioł! – Zwróciła się do towarzyszy, przyniosła wzrok na Staśka. – Wyciągnij zwój miecz z pochwy, zdejmij swą tarcze z pleców i uchwyć ją w ręce, rozwiń swe skrzydła i pilnuj ładu! – Powiedziała kobieta.
Stanisław wstał z krzesła o własnych siłach, to co było – bezwładność i złe sny już nie wrócą. Spojrzał na pasek gdzie była przywieszona do niego pochwa. Wyciągnął Piękny szeroki, ale krótki miecz. Trzymał go w prawej ręce. Poczuł ciężar na plecach. Lewą ręką zdjął go, tarcza – dość duża, masywna, złota. Staś poczuł się dobrze. Wyobraził sobie że rozwija swe skrzydła, ale to nie były tylko wyobrażenia, zrobił to naprawdę. Teraz zrozumiał, został zwerbowany, tak jak Anioł który mu się objawił. Podniósł swój miecz w górę i odleciał…

Dolar