Oprawcy Dusz – Frag.

PROLOG

– Wiesz po co tu jestem prawda? – Mroczna, zakapturzona postać zbliżyła się do starca i wyciągnęła dłoń – Oddaj Kamień Duszy. Nie zmuszaj mnie bym cię zabił starcze.
– Nie dasz rady wziąć tego kamienia, wiesz przecie stary druhu, że się nie poddam. Nawet jeśli zginę, nawet jeśli moje ciało pocznie gnić w najgorszych miejscach tego świata nie dopuszczę do tego byś zdobył ten Klejnot. – Mężczyzna w sile wieku kurczowo ściskał mały, złoty kryształ w kształcie sześciokąta. We wnętrzu tej błyskotki dostrzec można było wir, jakby wir wody albo potężny huragan.
– Nie dajesz mi wyboru przyjacielu – Po tych słowach mroczna postać wyciągnęła swój Klejnot, jednak w kolorze czarnym. Kształtem kamienie te niczym się nie różniły – wiedz jednak, że nigdy nie będę żałował tej decyzji.
Starszy człowiek odskoczył z niesamowitą zwinnością, ścisnął swój kamień mocno w ręce, zamknął oczy.
– Krzycz, Sa’Thar – Kamień pękł. Miliony okruszków poczęło wydobywać się z zaciśniętej ręki starca. Były niesamowite, koloru złotego i wszystkie zaczęły wirować wokół starszego człowieka.
– Dlaczego uwalniasz Demona Duszy? Wiesz przecie, nie masz szans. Prawdę mówiąc… nigdy nie miałeś. Nie mam racji Gra’Vis?
– Nie masz racji i mieć jej nie będziesz! Jesteś zakłamanym oszustem, zdrajcą. – W jednym momencie miliony fragmencików przyległy do ciała Gra’Visa. Błysk był bardzo potężny. Fala uderzeniowa przeszła z takim impetem, że strop jaskini ledwo co wytrzymał. Cały spektakl trwał tylko chwilę. Po kilku, nieco dłuższych chwilach tumany kurzu, pyłu oraz drobny gruz opadł i można było dostrzec starca. Nie był już jednak taki jak przedtem – Jego ciało pokrywała potężna, szara zbroja. Na napierśniku miał wyrytą czarną wieżę otoczoną piorunami. Naramienniki pokryte były całkiem sporymi kolcami. Spodnie były do kompletu ze zbroją, bardzo masywne tak jak buty. Na plecach miał przewieszony dwuręczny miecz. Miał bardzo szeroką, srebrnego koloru klingę, czarną rękojeść wysadzaną topazami.
– Bardzo ciekawego masz Demona Duszy Gra’Visie – Zakapturzony mężczyzna zbliżał się do starca pewnym krokiem. Nie wahał się ani chwili, był bardzo pewny siebie. – Sa’Thar – Opiekun Wież. Bardzo potężny demon, jeśli umie się go wykorzystać. Archaniołowie cię opuścili i dlatego kolaborujesz z mrocznymi bytami?
– Nie mów do mnie padalcu, nie zatrujesz mych uszu swoim jadem – Gra’Vis chwycił miecz w jedną rękę i wziął zamach – Jak za starych dobrych lat przyjacielu – Mroczny jednak szedł dalej, nie zważał na czyny swojego byłego kolegi.
– Będziesz cierpieć – Niszcz, Sa’Thar – po tych słowach starzec przeciął powietrze na równi z miejscem aktualnego pobytu zakapturzonej postaci. Potężna, srebrna fala energii leciała w pionie rozgrzewając po drodze powietrze do ekstremalnej temperatury. Mroczny zupełnie zignorował atak przeciwnika, wystawił tylko rękę. Eksplozja była straszliwa, część sufitu uległo całkowitemu zniszczeniu, wiele odłamków spadło na posadzkę.
– Tak kończysz stary druhu, mówiłem ci – nie dostaniesz mojego Kamienia Dusz – Gra’Vis opuścił miecz i patrzył na stertę gruzu i popiołu leżącą kilkanaście metrów przed nim.
– No właśnie bracie, tak kończysz – Mroczny wyciągnął mały nóż i wbił go prosto w nerkę starca. Gra’Visowi miecz wypadł z ręki lądując z ogromnym trzaskiem na ziemi.
– Jak to…jak ty przetrwałeś – starszy mężczyzna był niesamowicie zaskoczony, jego oczy wciąż drgały ze zdumienia, przerażenia i bólu.
– Gra’Vis, druhu, skup się na powolnym i bolesnym umieraniu… – Mroczny wziął zamach i przeciął plecy starcowi wzdłuż kręgosłupa. Gra’Vis zawył z bólu, twarz zakapturzonego została obryzgana krwią. Po chwili poderżnął mu gardło.
Ciało starego człowieka leżało bez życia na zimnej, brudnej posadzce w kałuży krwi. Jedna dłoń trupa spoczywała na klindze miecza, w drugiej uformował się kryształ.
– Wezmę to sobie, w końcu tobie się już nie przyda. Kolejny do kolekcji – Mroczny chwycił Kamień Duszy i z lekkością ruszył w stronę wyjścia. Podczas drogi powrotnej schował sztylet za togę, Klejnot do sakiewki.
– Wszyscy na nowo zapamiętają moje imię. Poznają mnie. Mnie! Eldigarda V.
Eldigard przekroczył próg jaskini i wszedł prosto w białą taflę śnieżycy.

Rozdział 1. „ Błyskotki Tunasa”

– Mamo! idę na dwór, słyszysz? – Młody, szesnastoletni chłopak ubrany w podartą, szarą koszulę, skórzane, dziurawe spodnie stał na środku przedsionka prowadzącego do biednej, wiejskiej chaty. Zwał się Alan.
– Wynoś się cholero z domu, nie chcę cię teraz widzieć! – Alan nienawidził swojej matki, ona jego także. Na nic w młodości nie miał czasu. Aktualnie ma czas na wszystko. Jest świadom swojego ubóstwa, świadom swojego pochodzenia. Nie oszukujmy się, jest bez przyszłości. Alan opuścił dom i udał się na pobliskie wzgórze. Lubił tam przesiadywać, trawa o tej porze jest zielona. Wszystko kwitnie, z domów unosił się smakowity zapach tradycyjnie pieczonego mięsiwa. Okolica także była niczego sobie. Jego dom znajdował się lekko na uboczu wśród złotych łanów żyta. Mieli bardzo duże pole, nikt jednak nie chciał się nim zajmować. Matka nie miała tyle siły by robić na roli, ojciec zaś uwielbiał pić – przesiadywał w karczmie „ Pod Skrzydlatym Kuflem” pijąc tanie trunki domowej roboty. Nie raz widział ojca w nocy jak po pijaku gdzieś w zaułkach „zajmował” się sąsiadkami. Ostatnio jedna z nich wytoczyła mu proces o to, że podobno zgwałcił jej czternastoletnią córkę. Alan wierzył w winę ojca. Nie zdziwiłby się gdyby zajął się Arielle – siostrą Alana.
– Alan! Co tam słychać przyjacielu? – Al obrócił się, starszy człowiek siedział na wozie. Był ubrany schludnie, aczkolwiek nie za bogato. Miał jednak trochę grosza na wydatki. Alan go znał, bardzo dobrze znał.
– Wujek Tunas! – Alan poderwał się i podbiegł do wozu – Co tutaj robisz?
– Widzisz, sprawy się komplikują, ludzie na południe stąd – w Barghamin – opuszczają swoje wioski. Podobno Garbemuci najeżdżają na każdą osadę – Tunas pogłaskał konia, który ciągnął wóz .
– Wujek raczy jak zawsze żartować. To jest tak spokojna okolica – Alan się uśmiechnął szeroko, po czym zajął miejsce koło Tunasa. – Jedziesz na rynek? – Tunas pokiwał głową twierdząco – Jadę z tobą!
Nie minęła godzina jak Al z wujkiem przekroczyli bramę gospody „Pod Skrzydlatym Kuflem”. W środku było dużo miejsca. Ściany pomalowane były na czerwono, wisiały na nich obrazy. Niektóre były naprawdę ładne. Dach był obity deskami tak jak podłoga. Alan z wujkiem podeszli do baru. Za ladą stał szynkarz Grabsit – straszny człowiek. Podobno kiedyś po pijaku – gdy jeszcze był rzeźnikiem – pomylił woła z człowiekiem. Plotka głosi, że zarżnął własnego brata, ale to tylko plotka. Miał on grubą twarz przedartą blizną. W ogóle był gruby, ale respekt budził.
– Czego panowie sobie życzą? – Sztuczny uśmiech na twarzy barmana był aż nadto widoczny.
Alan chciał już powiedzieć, ale Tunas wszedł mu w zdanie.
– Dwa duże Kadzidła Rozpaczy, jedną pieczeń z dzika – Tunas popatrzył w sufit po czym zapytał – a ty, Alan, zjesz coś? – Alan pokręcił głową.
Szynkarz dziwnie popatrzył na Alana. Al nie był jeszcze pełnoletni. Dopiero gdy zaliczy tą ostatnią wiosnę ( 17 rok życia) to będzie mógł odejść z domu…będzie dorosły.
– Ten stolik jest dobry! – Tunas wskazał na dwuosobowy stolik w kącie. Oboje usiedli. Alan powoli sączył swoje piwo – drugie w życiu. Brakowało mu tylko kobiety. Tunas w spokoju jadł dziczyznę, popijając niezgorszym piwem.
– Mało soli dają. Przydałoby się trochę! – Alan się uśmiechnął. Nagle poczuł, że ktoś go szarpie. Mimo woli pofrunął na stolik obok zmieniając go w świetny opał. Alan był obolały, nic nie widział. Nagle poczuł, że ktoś kopie go prosto w brzuch, myślał że zwymiotuje.
Tunas to zauważył, jak cała karczma. Wielu ludzi przyglądało się jak starszy mężczyzna znęca się nad dzieciakiem.
– Ty zasmarkany alkoholiku, ty śmieciu – Wielkiej postury mężczyzna wrzeszczał na Alana, co chwila częstując go nowym kopniakiem – Mój syn nie będzie się włóczył po knajpach, szczególnie w obecności tego dziwaka! – Mówiąc te słowa wskazywał na Tunasa.
– Zostaw chłopca i wyjdź – Tunas był zupełnie opanowany – jeśli mnie nie posłuchasz to stanie ci się coś złego.
– Ty mi grozisz kurduplu? Grozisz? Już ja cię nauczę pokory – Barczysty mężczyzna rzucił się na Tunasa, ten jednak bez problemu odsunął się i sięgnął za pazuchę.
– Ja cię nauczę dobrych manier wsioku – Tunas wyciągnął mały, niebieski kryształ – to za te wszystkie lata, które zabrałeś Alanowi – Otwórz oczy, Nagg’Thar – Tunas ścisnął kryształ, ten rozpadł się na wiele kawałków. Okruchy uformowały się w niebieską strzałę i ugodziły ojca Alana prosto w brzuch. Siła była bardzo potężna, wykidajło przeleciał przez całą karczmę, rozwalił kawał ściany i wylądował w pobliskim łajnie.
Ludzie patrzyli na Tunasa jak na dziwaka, poczęli się od niego odsuwać, kilku nawet wybiegło. Alan także patrzył z przerażeniem na, jakby się wydawało, chwilę temu normalnego człowieka.
– Kim ty jesteś? – Alan zapytał z przerażeniem. Jego ciało nie umiało się ruszyć, patrzył zdumiony na moc, która tak naprawdę go ocaliła.
– Nie jest to miejsce na tego typu rozmowy, chodźmy stąd – Tunas chwycił Alana za nadgarstek i wyciągnął go z karczmy. Oboje wsiedli szybko na wóz i odjechali.
Grabsit patrzył na cały spektakl za barem. Przedstawienie wcale nim nie wstrząsnęło.
– No, no mam cię Tunas. Teraz mi się nie wywiniesz – mówiąc to, barman w swej grubej i spoconej ręce ściskał mały, czerwony klejnot.
*
– Kim ty do jasnej cholery jesteś? – Alan wrzeszczał na wujka.
– Nie będę owijał w bawełnę. Jestem jednym z Oprawców Dusz – Tunas był bardzo spokojny, mówił bardzo opanowanym głosem.
– Nigdy nie słyszałem o waszym zakonie – Alan nie łapał bajki – Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?
– A co widziałeś? To była według ciebie iluzja? – Tunas nie dał Alanowi dojść do głosu – To jest Kamień Duszy – Trzymał w ręce mały klejnot – W środku jest uwięziony Demon – zwany jest Demonem Duszy. Odpowiednie słowa są w stanie go przebudzić i postawić w stan gotowości. Większe umiejętności pozwalają podobno stworzyć zbroję, żyjącą zbroję z całym ekwipunkiem. Jednak to są tylko mity.
– Ja nie wierze, że coś takiego istnieje – Alan nie wierzył własnym uszom, nie wiedział jak odbierać każde zdanie jakie usłyszał.
– Wybacz, ale musimy ruszać. Muszę cię odstawić do dom… – Po twarzy Tunasa ściekła strużka potu. – To nie możliwe, nie możliwe – Tunas zadrżał
– Co się dzieje wujku, co się dzieje? – Alan był przerażony, usłyszał krzyk. Wyjrzał przez okno. To co tam zobaczył zburzyło całe jego marzenia. Cała wioska stała w płomieniach.
– Nie, nie to nie możliwe – Alan zaczął płakać – Arielle, Arielle została w domu, muszę ją ratować! – Alan już pobiegł w kierunku drzwi, lecz drogę zagrodził mu Tunas.
– Bez tego nie wychodź – Tunas podał Alanowi miecz jednoręczny – Przyda ci się, uwierz mi.
Alan nie miał zamiaru się sprzeczać. Oboje wyszli przed dom, niebo było czerwone, horyzont pokryty dymem.
– Idę po siostrę – Alan patrzył ze strachem na horyzont – mam nadzieje że jeszcze żyje.
– Spotkamy się tutaj, będę w pobliżu.
– Panowie dokąd? – Wielki, gruby mężczyzna zagrodził drogę Alanowi.
– Grabsit? Co ty tutaj robisz?- Szynkarz zignorował Alana, stanął naprzeciw Tunasa – mamy robotę Tunas – Grabsit wyciągnął rękę i zgniótł kryształ.
– Spal ich, Ryu’Ja – rękę barmana pokrył ogień.
– Otwórz oczy, Nagg’Thar – w ręce Tunasa pojawił się wodny miecz – leć Alan, ratuj siostrę.
Alan zniknął wśród kłębów czarnego, duszącego dymu.

Rozdział 2. „Wśród popiołu”

Alan biegł najszybciej jak mógł. Rozglądał się po drodze, widział jak chaty jego kolegów, sąsiadów oraz znajomych są zjadane przez niepowstrzymane płomienie. Cała wioska poczęła obracać się w jedną, wielką ruinę. Kontynuował swój paniczny bieg na pobliskie wzgórze. To co zobaczył było straszne – cała jego chatka stała w ogniu, krzyki mieszkańców napełniały uszy Alana, widział jak całe jego marzenie upada.
– Arielle, wytrzymaj! – Al rzucił się prosto w łany zboża, które aktualnie były pochłaniane przez tańczące płomienie. Chłopak nic nie widział, czarny dym bardzo ograniczał widoczność, Alan ścisnął miecz, poczym rzucił się wprost w płomienie. Był już bardzo blisko domu.

*
– Masz ciekawego demona dusz Tunas – Grabsit patrzył z pogardą na przeciwnika – wiesz, irytowało mnie to, że ojciec Alana przesiaduje w karczmie. Wiedziałem, że mnie pilnuje, patrzył bym nie użył Kamienia Dusz.
Grabsit i Tunas okrążali się na wzajem trzymając swoje Demony w pogotowiu. Mierzyli się wzrokiem, czekali aż przeciwnik zaatakuje.
– Ja mu poleciłem pilnowania ciebie. Wiedziałem, że chcesz złapać tego chłopca tylko nie wiem jaki miałeś w tym cel. – Tunas się zatrzymał, zacisnął pięść.
– Cel? Bardzo prosty – dostałem od mojego pana obietnicę, że jeżeli sprowadzę tego chłopca to uczyni mnie członkiem elitarnej kawalerii
– Potępione Lance – Tunas zdziwił się gdy to usłyszał.
– Dokładnie, byłbym elitą! – Grabsit wypiął dumnie pierś – miałbym szacunek!
– Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a zresztą… – Tunas zmierzył szynkarza wzrokiem z trudem powstrzymując śmiech – powiedzmy, że mógłbyś robić za członka elitarnej jednostki zwanej jak już coś „Potępionym Taranem” lub „Potępionym Pociskiem do Balisty”.
– Kpij sobie dalej, kpij! Jednak to ja dzisiaj będę profanował twoje zwłoki – Grabsit ze wściekłością rzucił się do ataku.
– Płoń, Ryu’Ja – z ręki karczmarza wystrzelił ognisty pocisk. Tunas wystrzelił do góry jak rakieta, wykonał obrót w powietrzu i zaszarżował na Grabsita.
– Utop, Nagg’Thar – z miecza Tunasa wystrzelił pocisk wodny. Właściwie była to jedna smuga pod ogromnym ciśnieniem. Grabsit ociężale uskoczył przed atakiem, po czym wziął zamach i ruszył w kierunku przeciwnika. Tunas uniknął ciosu, który na pewno pozbawiłby go połowy głowy. Wziął zamach i ciął z góry do dołu. Karczmarz zadowolony uniknął ciosu, uśmiechnął się i rozpoczął rozmyślania nad swoją zwinnością.
Tunas się uśmiechnął i odskoczył. Grabsit zastanawiał się co planuje przeciwnik. Po chwili zrozumiał. Kiedy wmawiał sobie w myślach, że jest najlepszy to Tunas wykonał szybko zwykły cios z obrotu będący kontynuacją poprzedniego – nieudanego.
Z ciała szynkarza pociekła różowa woda, potem już mocno czerwona krew. Grabsit zauważył wielką, czerwoną kreskę idącą w poprzek – pod wszystkimi żebrami. Z uszu, ust i nosa karczmarza polał się bordowy płyn. Czerwony klejnot uformował się w ręce szynkarza, po czym jego ciało się rozdzieliło – nogi jeszcze chwile stały na ziemi, góra z chlupotem osunęła się i upadła obok. Wokół korpusu Grabsita powstała duża kałuża krwi.
Tunas schylił się i podniósł czerwony kryształ i schował do sakiewki.

*

Arielle miała 17 lat, była dorosła. Wielu chłopaków się za nią uganiało, jednak żadnemu nie dawała szans. Teraz siedziała cicho pod drewnianym stołem słysząc głuche, rytmiczne uderzenia. Ktoś chodził po domu, ktoś opancerzony.
– Znaleźć mi tego dzieciaka, pan chce go żywego! – Ten co to powiedział różnił się od innych, miał czarny, garnczkowy hełm z odstającymi do tyłu rogami. Miał na sobie także czarną zbroję z dwoma złotymi paskami. Czarne, płytowe spodnie nadawały tylko mrocznego wyglądu tej postaci. Na nogach miał ciężkie buty, bez wątpienia był ponad resztą żołnierzy. – jeżeli nie dostane go w swoje ręce za dziesięć minut zabije was wszystkich! – Sierżant trzymał kurczowo swoją broń – długą na osiem metrów kosę bojową z wyrysowanymi na jej ostrzu dziwnymi znakami. Do boku miał przypięty sejmitar.
Nagle jeden z żołnierzy zszedł na dół, ciągnął z sobą jakąś kobietę za włosy. Gdy schodził ze schodów słychać było jak ciało uderzało o stopnie.
– No, no, no…Pani to pewnie gospodyni – Sierżant ukląkł przed kobietą. Była bardzo poobijana, z jej nosa ciekła krew. – powie mi pani gdzie jest pani syn? – kobieta splunęła mu w twarz – może grzeczniej wiejska babo!
– Nic ci nie powiem! Możesz mnie zabić! – Sierżant wstał na nogi.
– Jak chcesz – po tych słowach wyciągnął sejmitar i odciął kobiecie głowę, która potoczyła się pod stół. Na twarzy matki Alana malował się grymas bólu i strachu.
Arielle krzyknęła i zaczęła płakać. Żołnierze natychmiast ją wyciągnęli spod stołu, chwycili i postawili przed Sierżantem.
– To była twoja matka laleczko? – Arielle kiwnęła głową – gdzie jest twój brat?
– Nie wiem… – Dziewczyna mówiła prawdę – W sumie to on nie jest moim bratem, znaleźliśmy go piętnaście lat temu nad brzegiem rzeki Villmar.
– Prawdę mówiąc mnie to nie obchodzi, mamy zadanie – Żołnierze przewrócili dziewczynę, Sierżant wyciągnął miecz – jeśli nie mówisz to nie jesteś przydatna. Wyprowadzić ją na zewnątrz! – Żołnierze wzięli dziewczynę i zanieśli na dwór. – Zabijcie ją, jeśli chcecie zabawcie się, chyba jest dziewicą. – Żołnierze przez chwilę kłócili się o pierwszeństwo jednak sprawa została szybko przegłosowana.
– Choć malutka, zabawimy się tro… – Żołnierz upadł na ziemię z nożem wbitym w gardło.
– Ojcze, co ty tu robisz? – Arielle zapytała przez łzy
– Nie ma czasu, wynosimy się stąd – Arielle z ojcem pobiegli w stronę zbocza. Drogę jednak zagrodził im Sierżant. – Arielle biegnij na południe, tam jest Tunas, z nim będziesz bezpieczna.
– Ale…
– Biegnij! – Mężczyzna patrzył na biegnącą dziewczynę, oddalającą się i znikającą w chmurze dymu. Chwilę potem dało się słyszeć straszny rumor. Wykidajło patrzył jak ich dom, dom w którym mieszkali tyle lat zawala się. Cała ich przeszłość runęła.
– Powiedz mi, gdzie jest twój syn a puszczę cię wolno – Sierżant zbliżał się, trzymał w ręku lancę gotową do ataku.
– Nic ci nie powiem! – Ojciec Alana wyciągnął nabitą kolcami maczugę i rzucił się na czarnego rycerza.
– Jak chcesz, jak chcesz – po tych słowach dało się tylko usłyszeć świst lecącej stalowej śmierci przecinającej powietrze jak masło. Tego ataku nie dało się uniknąć – wykidajło został odrzucony na kilkanaście metrów – lanca przeszła na wylot wbijając się wraz z nim w drewniany słup. Ojciec Alana zacharczał, z jego ust pociekła krew. Spojrzał na klatkę piersiową. Cały mostek był rozerwany, przełyk przebity. Nie był w stanie nawet oddychać.
– Khh…kim ty…kim ty jestheś? – Mężczyzna nie mógł mówić, ledwo wystękał kilka słów.
Sierżant spokojnym krokiem podszedł do przeciwnika.
– Jestem Sierżantem Elitarnej Kawalerii Alvarionu – Potępione Lance – Sądziłeś, że mnie pokonasz? Nie mogło być! – Sierżant poprawił karwasze i rękawice – Powiedz mi teraz gdzie jest twój syn – ręka czarnego rycerza spoczęła na drzewcu wbitej lancy.
– Spadaj popaprańcu – Ojciec Alana splunął krwią brudząc twarz wojownika.
– Tak myślałem – Sierżant wyciągnął lancę z ciała. Dało się usłyszeć głośny chrupot łamanych kości. Mężczyzna osunął się na ziemię cicho skomląc. Sierżant zostawił truchło na pastwę losu i kruków, obrócił się i skierował się w stronę zbocza. W tym momencie go sparaliżowała radość. Patrzył na dwie postacie stojące na południowym zboczu.
– Brać ich – Rycerz wskazał na parę rodzeństwa znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej.

– Alan uciekajmy! – Arielle skomlała – oni nas zabiją!
– Co z rodzicami? – Alan patrzył ze strachem w oczy siostry – Mów co z rodzicami !
– Matka nie żyje, ojciec prawdopodobnie też – Arielle zaczęła mocno płakać – my też tak skończymy.
– Nie Arielle, nie. My przeżyjemy, chodźmy do Tunasa! – Oboje skierowali swoje kroki pod górę. Alan w porę usłyszał świst strzały i zdążył się uchylić. – Nie uciekniemy, nie we dwoje. Ja mam miecz więc ich zatrzymam, ty pobiegniesz po Tunasa. – Arielle nic nie powiedziała, nie zamierzała nawet się kłócić. Od razu pobiegła w ustalone miejsce.

Żołnierze otoczyli Alana, mieli podniesione miecze, zasłaniali się tarczami. Było ich ośmiu, żaden nie wyglądał na przywódcę. Al wyciągnął ze zgrzytem miecz – był to zwykły miecz jednoręczny. Insygnia na nim zawarte świadczyły o tym, że pochodzi gdzieś z dalekiej północy. Był bardzo lekki, jednak Alan nie potrafił wywijać bronią, nawet kijem.
– On jest mój – Potężny, czarny rycerz zbliżył się do Alana. Zdjął hełm. Postać ta miała ponurą twarz, czarne oczy, długie, brązowe włosy. – nazywam się Selirtus Sadas, jestem Sierżantem Kawalerii „Potępione Lance” – wymawiając ostatni wyraz pokazał chłopakowi ostrze ubrudzone krwią – to jest krew twojego ojca. Nie zmuszaj mnie bym utopił te ostrze także w twoim ciele.
Alan zadrżał – przed nim stał zabójca jego ojca, ten zwykły człowiek mówiący o jakimś dziwnym zakonie jakichś tam lanc. Był to zwykły zbir, zwykły morderca.
– Pójdziesz ze mną chłopcze? – Selirtus ścisnął mocniej lancę – czy będziesz stawiał opór?
– Oczywiście, że będę stawiał opór. Co mi dobrego przyjdzie ze współpracy z tobą…
Sierżant dał znak ręką – dwóch żołnierzy rzuciło się do ataku. Alan był wściekły – odskoczył do tyłu i ciął przed siebie, tak jak mu kazała intuicja. Głowy dwóch żołnierzy sturlały się ze zbocza. Selirtus zawył, rozkazał reszcie atakować. Alan nawet nie wiedział co robił. Parował atak z lewej, uderzał z prawej. Widział jak trzech wrogów leży martwych na ziemi, szybkim cięciem powalił czwartego. Ledwo uniknął ciosu, który z pewnością odrąbałby mu rękę.
– Załatwcie tego dzieciaka, co się z wami dzieje? – Sierżant nie wytrzymywał. Jego oddział został prawie wyrżnięty przez tego dzieciaka. A mówiono mu, że nikt nie będzie stawiał oporu. Jeszcze w wiosce jest Oprawca Dusz więc sprawa będzie dziecinnie łatwa. Selirtus zaczynał wątpić w słuszność informacji
Alan pięknym cięciem powalił przeciwnika, którego gardło teraz zawierało bardzo dużą dziurę. Ubrania Ala były całe we krwi – doskonale improwizował, zabijanie zaczęło mu się podobać.
– Jeszcze ja zostałem chłopcze – Selirtus podszedł do chłopaka, wbił lancę w ziemię i wyciągnął sejmitar. – zobaczmy jak ci teraz pójdzie.
Alan rzucił się na przeciwnika, zaatakował z boku. Sierżant bez problemu sparował cios chłopaka, kopnął go w piszczel i uderzył rękojeścią w głowę. Alan odleciał, nie umiał się ruszyć. Czuł jak słony płyn gromadzi się w jego ustach. Splunął krwią i wstał, chwycił miecz i rzucił się ponownie na rycerza. Ten jednak wytrącił broń Alanowi z ręki – miecz wbił się w ziemię za daleko. Nie było możliwości by Alan się do niego dostał. Selirtus podszedł do chłopaka i wymierzył w niego ostrzem miecza.
– Poddaj się chłopcze, oszczędzisz mi czasu – Sierżant był wściekły – i tak dostaniesz się w moje ręce wcześniej czy później.
– Nigdzie z tobą nie pójdę bękarcie – Selirtus wziął zamach. Niebieski promień ugodził rycerza i odrzucił go na sporą odległość.
– Wynosimy się stąd – Tunas podszedł do Alana i razem z Arielle postawili go na nogi. – na górze są konie, umkniemy pościgowi gdzieś koło przełęczy Alai’Rain.
– Morowy Podmuch, Lanco Ulithar – przezroczysty promień ugodził Tunasa odrzucając go na kilka metrów. Tunas nie mógł się poruszyć, potrzebował kilka chwil na ogarnięcie sytuacji, zmniejszenie bólu i przywrócenie kontroli Demona. Dekoncentracja o mały włos nie zerwała jego połączenia z Nagg’Tharem. Selirtus trzymał w ręce lancę szedł w kierunku Arielle.
– To co widzieliście to uwolnienie ducha mojej lancy – Runy na ostrzu błyszczały niebieskawym kolorem – to była najzwyklejsza inkantacja. Każdy początkujący ją potrafi.
Alan próbował się podnieść – bezskutecznie, to samo tyczyło się Tunasa.
– Arielle uciekaj! – Arielle próbowała lecz było już za późno. Zawyła gdy poczuła mocny uścisk dłoni Selirtusa na swojej ręce. Objął Arielle w pół i zwrócił swój wzrok na Alana.
– Pójdziesz ze mną, czy zobaczysz co się dzieje z twoją siostrą? – Alan chciał coś powiedzieć, jednak nic nie umiał wykrztusić, ani słowa.
Jedna ręka Selirtusa wędrowała po młodym ciele Arielle w kierunku uda, drugą chwycił jej pierś. Arielle jęknęła.
– Co podoba ci się? Może jakoś się zabawimy? – Arielle zaczęła płakać
– Alan, pomocy – Arielle wykrztusiła przez łzy te słowa, nie mogła się bronić a napastnik powoli posuwał się coraz dalej.
Alana ogarnęła złość.
– Chcesz pomocy prawda? Chcesz pomóc siostrze… – Alan słyszał dziwny głos w swoim umyśle.
– Kim jesteś, czego chcesz? – Alan był zdumiony, nie wiedział co zrobić, wszystko trwało tak szybko.
– Moje imię brzmi… – Selirtus zaczął się głośno śmiać, jednak ręki dalej nie przesunął. Prowokował Alana do działania. Chciał się zająć osobiście tym dzieciakiem.
– Nie słyszałem twojego imienia, ja jestem Alan. Powtórz swe imię!
– Wykrzycz je, wykrzycz z całym gniewem, z całą nienawiścią. Uwolnij się sam chłopcze, daj sobie szansę. Moje imię to …
– INFIDEL!!! – Alan wrzasnął z całych sił. Oczy chłopaka zaczęły świecić się na fioletowo, na jego ręce uformował się fioletowy miecz złożony z czystej energii.
– Nie wierzę w to… nie wierzę w to co widzę! – Tunas był przerażony, nie bardziej niż Selirtus.
Chłopak wstał i podszedł do Sierżanta.
– Zapamiętasz mnie na zawsze Selirtusie Sadas, na zawsze – Alan machnął ręką z mieczem, Sierżant nie zdążył się uchylić – z jego ręki został tylko mały, zakrwawiony kikut. Selirtus wrzasnął jak najgłośniej mógł. Drugą ręką chwycił lancę i dźgnął Alana, ten jednak spokojnie uniknął ciosu.
– Zapłacisz mi za wszystko, za rodziców, za Tunasa a przede wszystkim za Arielle – Alan spojrzał w oczy Selirtusowi.
– Oczy demona, oczy demona!!! – Selirtus zaczął wrzeszczeć sam do siebie. Nie wiedział co robić, ogarnęła go panika.
Alan dotknął klatki piersiowej przeciwnika dłonią i rzekł:
– Furia, Infidel – ciało Sierżanta rozpadło się na tysiące kawałków ochlapując przy tym wszystkich krwią. – Wygraliśmy – Al powrócił do swojej normalnej postaci, w jego dłoni powstał fioletowy kryształ w kształcie pentagramu. Ostatkiem sił spojrzał na Arielle, uśmiechnęła się. Alan nie zdążył odwzajemnić uśmiechu – zemdlał.
– Ja też tak skończyłem jak zaczynałem – Tunas mówił do Arielle. Szedł przodem niosąc Ala nieprzytomnego na plecach. Po kilkunastu minutach weszli do wozu. – Ruszamy do Kul – tam możemy się schronić. Miasto nie jest pod władzą cesarza.
– Wujku powiedz mi, co się stało z Alanem – Arielle patrzyła na Alana leżącego z tyłu na dywanach, które Tunas miał sprzedać.
– Martwisz się o niego, zależy ci na nim mimo tego, że nie jest twoim bratem. To ciekawe pytanie Arielle, ale powinnaś zapytać czym się stał – Tunas palił fajkę, patrzył na drogę. Relaksował się w blasku zachodzącego słońca. Za nimi było jeszcze widać unoszący się dym.
– Więc czym Al się stał? – Arielle zapytała przechylając głowę w prawo.
Tunas popatrzył na nią lekko spode łba.
– Oprawcą Dusz.
Wóz powoli jechał gościńcem w kierunku zachodzącego słońca.

Rozdział 3. „Sokół z Alai’Rain”

Od samego rana lało, wóz fakt, że obszerny to wody trochę przepuszcza. Tunas w środku woził wiele ciekawych rzeczy. Było tam mnóstwo różnego rodzaju dywanów, płócien, ubrań. Był to taki jego mały domek. Po środku leżał młody chłopak powoli dochodzący do siebie. Nad nim siedziała bardzo ładna dziewczyna. Była średnio wysoka, miała długie, jasne włosy.
Siedziała nad śpiącym Alanem i patrzyła na niego. Był taki niesamowity. Uratował jej życie.
– Arielle pozwól na chwilę – Arielle czuła jak wóz staje.
– Co się dzieje wujku? – Dopiero teraz Arielle to zauważyła – młody człowiek leżał na ziemi, podchodziły do niego Wargi.
– Hej wędrowcze nie śpij ! Uciekaj, Wargi są bardzo blisko! – Mimo krzyków Tunasa, mężczyzna się nie obudził – może on nie żyje? – Tunas zastanawiając się spojrzał na leżącego człowieka i zrozumiał. Na jego twarzy zagościł uśmiech. – Patrz uważnie Arielle, to jest właśnie to o czym myślałem. Ten mężczyzna to Elf. – Arielle patrzyła ze zdziwieniem na tą istotę leżącą na środku gościńca wśród tak potężnej ulewy.
Wargów było sześć, powoli zbliżały się do swojej ofiary. Mężczyzna nagle odciął jednemu Wargowi łeb gladiusem, po czym wybił się całkiem wysoko w powietrze. Wargi dały głos, mężczyzna natychmiastowo schował miecz i wyciągnął duży, kompozytowy łuk. Sięgnął po pięć strzał i każdemu Wargowi wpakował jedną w oko.
Potwory leżały martwe na ziemi, mężczyzna czyścił swoją zieloną pelerynę. Miał on na sobie srebrną, paskową zbroję, skórzane spodnie i skórzane buty. Przez plecy miał przewieszony kołczan oraz łuk. Do pasa przymocowane były dwa gladiusy. Łowca wyciągnął strzały z Wargów i schował je do kołczanu. Dopiero teraz zauważył wóz Tunasa.
– Jedziecie do Alai’Rain?
– W rzeczy samej – odparł Tunas niechętnie – zależy kto pyta.
– Proszę wybaczyć brak kultury! Jestem Alim Nasth’Sharvar Ism’Nirkael, możecie mówić do mnie Sokół. – Elf oparł się o konia
– Możesz jechać z nami jak chcesz, wchodź do wozu – Tunas się uśmiechnął. Wiedział, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowani.
Sokół wszedł do środka i zauważył leżącego Alana. Podszedł do niego i dotknął jego czoła.
– Ma gorączkę, nie zwykłą gorączkę. Jego dusza uległa poważnym zmianom – Sokół znał się na tym, widać było że chce pomóc
– Możesz mu jakoś pomóc? – Sokół podniósł głowę – Jestem Arielle – Elf nic nie odpowiedział, patrzył w oczy tej dziewczynie – jestem Sokół moja piękna. Musisz mi powiedzieć co się stało jeżeli mam mu pomóc. – Sokół dalej patrzył Arielle w oczy.
– On, to znaczy, on chciał, on użył… – Arielle była zakłopotana, nie wiedziała co powiedzieć. Nie wolno jej było wspomnieć o tym, kim stał się Alan.
– Oprawca Dusz – Sokół patrzył z respektem na Alana – taki młody, a jest Oprawcą Dusz.
– Skąd ty to wiesz? – Arielle patrzyła zdumiona na elfa.
– Jestem łowcą, łowca zna się na leczeniu – daj mi pół godziny a wyleczę tego chłopaka.
Arielle patrzyła jak Sokół leczy Alana, jak przykłada ręce na jego klatkę piersiową, jak rzuca zaklęcia. Alan zaczynał się budzić. Po dłuższej chwili gorączka Alana zeszła, powoli otwierał oczy…
– Alan, Alan nic ci nie jest! – Arielle rzuciła mu się na szyję. – Bałam się, że coś ci się stało – dziewczyna zaczęła płakać.
– Nic mi nie jest, to ty mi uratowałeś życie prawda? – Al patrzył na Sokoła.
– Nie uratowałem, po prostu obudziłem cię dwanaście dni wcześniej. Uwolniłeś swojego Demona Duszy, a to nie lada wyczyn. Musiałeś dostać niezłego kopa od losu… miałeś jakieś straszne przeżycia? – Elf był bardzo ciekawy, był miłą osobą, gawędziarzem. Przez część podróży szczycił ich wieloma historiami, opowieściami. Wysłuchał także historii Alana.
– Zatrzymujemy się tutaj na noc – Tunas wskazał polanę na lewo od gościńca. – Musimy się odpowiednio przygotować.
Sokół podniósł głowę – Do czego przygotować, czy ja o czymś nie wiem? – Tunas, Alan i Arielle spojrzeli po sobie. – widzisz elfi przyjacielu … ścigają nas wojska cesarza z Potępionymi Lancami na czele.
Sokół zbladł, usiadł i schował głowę między rękami.
– Możesz nas opuścić Sokole, nikt cię tu nie trzyma – Sokół wstał.
– Nasz lud od dawna walczy z wojskami cesarskimi. Jeśli ich armia zostanie uszczuplona i to jeszcze z mojej ręki to będzie powód do dumy. Zostanę z wami aż dojedziecie do Alai’Rain.
Obozowisko powstało w godzinę. Sokół zastawił proste pułapki, Arielle ukryła wóz. Tunas poszedł nad pobliską rzekę ćwiczyć z Alanem.
– Wziąłeś na siebie ciężkie brzemię Alan. – Tunas patrzył Alanowi w oczy – Nie wiesz nawet kim jesteś, co się dzieje. Nie jesteś tego świadom – Tunas patrzył w czystą wodę płynącą w sporej rzece. Po lewej i prawej stronie stały duże drzewa formujące las. Wszystko było bardzo zielone i majestatycznie prezentowało się wśród zanikającego powoli za horyzontem słońca.
– Do zmierzchu jeszcze dwie godziny. Teraz, póki jeszcze widno, nauczę cię walki a dopiero przy ognisku opowiem ci resztę. – Tunas rzucił Alanowi miecz, identyczny jak ten, który został w jego rodzimej wsi wbity w zbocze kilkadziesiąt metrów od domu.
– Miecz musisz trzymać! Mocno trzymać, nadgarstek nie może być luźny. Uderzasz w ten sposób, blokujesz w ten.
Przez półtorej godziny słychać było szczęk metalu, krzyki, wyzwiska dwóch walczących mężczyzn.
*
Zakapturzona postać podeszła do siedzącego na tronie mężczyzny. Miał on na głowie czarną koronę wysadzaną rubinami. Nosił czarne futro, czerwoną zbroję prezentacyjną. W ręce trzymał berło. Sala w której się znajdowali była ogromna, zbudowana na planie kwadratu. Wzdłuż tronu stały ogromne kolumny koloru szarego.
– Masz to o co cię prosiłem Eldigard? – Mroczny podszedł i wręczył Kamień Duszy siedzącej na tronie postaci. – powiedz mi jak mój ojciec umierał.
– Gra’Vis był słaby, zginął od trzech ciosów – Eldigard się ukłonił.
– Ja się pytałem jak umierał! – huknął mężczyzna na tronie – cierpiał?
– Miałem litość panie, poderżnąłem mu gardło – Władca nie wytrzymał. Zszedł z tronu i uderzył z całej siły zakapturzonego w brzuch. Mroczny się przewrócił i zaczął kaszleć krwią.
– Nie miej litości, rozumiesz Eldigard? – mężczyzna wrócił na tron – masz wiedzieć, że zabijasz dla mnie, dla cesarza tego przeklętego lądu, dla cesarza Amneristusa!
– Tak panie, wybacz – Eldigard ledwo co wstał – będę pamiętał.
– Jesteś wolny, wynoś się.
Eldigard odwrócił się i wyszedł, rzucił jeszcze ukradkiem spojrzenie na cesarza.
– Dla ciebie nie będę miał litości, tron należy do mnie. – powiedział bardzo cicho do siebie Eldigard.
Drzwi od sali trzasnęły.
*

Arielle usiadła koło Sokoła, ten nie odrywał od niej oczu. Była ubrana w zieloną, krótką sukienkę i białą wydekoltowaną bluzkę. Sokół przyglądał się dziewczynie przez jeszcze krótką chwilę.
– Kim jest dla ciebie Alan? – Sokół grzebał strzałą w ziemi zadając pytanie.
– Jest moim tak jakby bratem… – Arielle nie wiedziała co powiedzieć
– Tak jakby? Nie rozumiem.
– Nie jesteśmy rodziną, ale wychowywaliśmy się razem. Rodzice znaleźli Alana w rzece. Nie wiadomo kim są jego rodzice, ale chcieli go uratować. Wczoraj na naszą wioskę najechała dziwna armia, żołnierze byli dobrze uzbrojeni – Arielle pociekła łza – oni byli bezwzględni, zabili moich rodziców – Arielle już płakała – Ja byłam bezsilna, nic nie mogłam zrobić.
– Wybacz, że pytam, ale jakiego koloru jest kryształ Alana?
– Nie wiem, chyba fioletowy. – Arielle odparła obojętnie – a czy to ma jakieś znaczenie?
Sokół wstał przerażony, całe jego ciało drżało.
– Arielle… – spojrzała na niego – przysięgam na mój łuk i na mą elfią duszę, że nie opuszczę Alana ani was, aż do mojej śmierci. – Arielle pobladła
– Sokole, co się dzieje.
Sokół odszedł kilka kroków i zaczął cytować:
„Kiedy świata równowaga przywrócona zostanie,
Gdy promienie słońca ogłoszą pojednanie,
Potęga władzy zrodzi się nowa.
Symbolem jej pięcioramienna gwiazda fioletowa”…

Arielle zaniemówiła, wyglądała na przerażoną
– To, to dlatego oni nas zaatakowali, chcieli pozbyć się Alana… – Arielle stękała
– Alan jest dziedzicem tronu, dlatego Potępione Lance go ścigały, dlatego cesarz chciał go zgładzić. – Sokół zaczął wszystko sobie układać w głowie. On nie może się o tym dowiedzieć, nie teraz rozumiesz? – Sokół chwycił Arielle za ramiona, popatrzył jej głęboko w oczy. – Nie możesz mu powiedzieć za nic w świecie, dotarło do ciebie?
Arielle miała odpowiedzieć, ale usłyszeli szelest za namiotem. Sokół naciągnął cięciwę i wyszedł powoli sprawdzić kto tam stoi.
– Dziedzic? Tronu? Ja w to nie wierzę, wy kłamiecie, wszyscy!
– Alan zaczekaj! – Sokół ruszył za Alanem w pościg. Wyśledzenie go nie było trudne, bez żadnej finezji przebijał się przez gałęzie zostawiając idealny szlak. Po kilku chwilach Sokół zauważył Alana.
– Zatrzymaj się, Alan! – Sokół wołał, ale bez żadnego skutku – Alan, ściągniesz na nas nieszczęście zatrzymaj się!
Sokół zamknął oczy, usłyszał śpiew lasu, rozmowy liści, wiersze drzew.
– Usłyszcie mnie prastare drzewa czcigodnego lasu Alai’Rain – Sokół próbował nawiązać kontakt z lasem. Drzewa już odsłaniały przed nim gałęzie.
– Witaj elfie – Sokół usłyszał chóralną odpowiedź – w jakim celu nas wzywasz?
– Ten młody chłopak co ucieka to dziedzic tronu. Musicie go zatrzymać!
Jak na wezwanie Alan oberwał potężną gałęzią w głowę. Ledwo co wstał, nie był w stanie na razie biec dalej.
– Tu jesteś Al! Nie zapuszczaj się tak dale… – Sokół zmrużył oczy…usłyszał ten głos w myślach.
– Uciekaj elfie z dziedzicem! Nadciągają Ci co polują w nocy – Po twarzy Sokoła ściekła strużka potu… – Ci co polują w nocy – Pomyślał Sokół – Jasna cholera! Wynosimy się stąd! Alan prędko! – Sokół zatrzymał się jak wryty, gapił się na Alana. Przed nim, dosłownie przed nim stała duża postać, zakryta całkowicie czarnym płaszczem. Widać było jedynie blask ślepi wychodzących spod kaptura.
– Sokole, co to, co to jest!? – Alan był przerażony, to coś stało dosłownie metr przed nim. Czuł jak od tego czegoś emanuje śmierć. Księżyc był już w pełni, słychać było wycie wilków.
– Alan, musimy uciekać, to jest Mroczny Zew… Wpadliśmy Alan, nie damy jej rady.
Alan miał mętlik w głowie, nie wiedział co ma zrobić. Czuł się bezsilny, jeszcze ta postać…
*

Arielle usiadła koło Tunasa, miała w rękach ciepłe piwo.
– Co myślisz o Sokole? – Arielle patrzyła teraz na Tunasa.
– Jest dobrą istotą. Jest świetnym strzelcem i myśliwym, może nam się przydać. Masz co do niego jakieś zastrzeżenia? – Tunas miał uśmiechniętą twarz.
– Nie o to chodzi, myślę o tej jego przysiędze. Powiedział, że do końca życia będzie chronił Alana. Nie rozumiem tego, powiedziałam tylko, że Alan miał fioletowy kryształ.
– Elfy zawsze chroniły władców tej krainy. Od dawien dawna królem zostawał ten co posiadał pięcioramienną gwiazdę koloru fioletowego – tak zwany Wybrany Kamień Duszy. – Tunas pociągnął zdrowo z kufla – Alan jest, był i będzie w niebezpieczeństwie, należy go chronić.
– Kim ty właściwie jesteś? Domyśliłam się, że nie jesteś moim wujkiem… – Arielle miała inne zdanie na temat tej całej sytuacji.
– Nie jestem twoim wujkiem, ani wujkiem Alana. Należę do Zakonu Oprawców Dusz – zakon ten powstał by chronić przyszłych, jak i aktualnych władców. Niestety jak wiesz, to co potężne dostanie się zawsze w niepowołane ręce. Jeden z nas – niejaki Amneristus IV Zdrajca wykradł jeden z Kamieni Dusz. Dzięki swojemu umysłowi był w stanie stworzyć wiele innych, podobnych Kamieni. Kamienie Dusz mają kolory – każdy kolor jest przypisany do jednego żywiołu:
– czerwony – ogień
– niebieski – woda
– szary – powietrze
– brązowy – ziemia
– złoty – światło
– czarny – śmierć
– fioletowy – dziedzictwo

Arielle patrzyła na Tunasa z zainteresowaniem, żałowała, że nie miała takiej mocy.
– Kamienie różnią się kształtem – im bardziej skomplikowany tym potężniejszy. Wiadomo jednak, że pięcioramienna gwiazda jest najpotężniejszym z Kamieni Dusz. W Kamieniach zamknięte są Demony – mroczne strony duszy. Dzięki Kamieniom można je odizolować i zmusić do posłuszeństwa.
– Jak można uzyskać taki kamień? – Arielle była bardzo zaciekawiona, patrzyła z podziwem na Tunasa
– Z tym trzeba się urodzić, a poza….- Tunas wstał i nerwowo rozejrzał się po okolicy.
– Co się dzieje? Też to czujesz? – Arielle była śmiertelnie wystraszona, czuła śmierć
Tunas sięgnął do sakiewki i wyciągnął Kamień Dusz
– Nagg’Thar czujesz to?
– Tak panie, jest jakieś półtora kilometra stąd
– To chyba nie jest to o czym myślę?
– Mroczny Zew…
Tunas sięgnął po miecz, zmiażdżył klejnot w dłoni.
– otwórz oczy, Nagg’Thar – Wokół ręki Tunasa pojawił się niebieski miecz. – Arielle zostajesz tu. Pamiętaj bądź cały czas w świetle! Nie wolno ci wychodzić poza okrąg światła! – Arielle kiwnęła głową twierdząco – nie idź pod żadnym pozorem za mną! – Tunas rzucił się w szpony mroku biegnąc przed siebie. Wiedział, że już może być za późno…
*

– nie bój się Alan. Poradzimy sobie razem, tylko musimy współpracować
– dobrze, pomóż mi proszę, to jest potwór…
– ta istota to Mroczny Zew. Wielka masa złożona z czystej śmierci. Poluje w nocy, bardzo rzadko ujawnia się komukolwiek, ale jeśli to już zrobi to nie ma się szans.
– my mamy szansę?
– dobre pytanie, chyba tak, w końcu jeszcze żyjemy. Ocknij się Al, nie zawiedź Arielle.
Alan chwycił kamień, zamknął oczy. Przypomniał sobie ostatni raz. Wiedział, że nie może popełnić tego samego błędu dwukrotnie.
– Skłam, Infidel – Fioletowe kryształy otoczyły jego rękę formując się w miecz. Al rzucił się na przeciwnika, ten jednak był o wiele szybszy niż wyglądał. Pierwsza próba nieudana, Alan zaatakował ponownie, tym razem wkładając w to więcej serca. Trafił! Mroczny Zew zawył paskudnie, jakby mordowano milion ludzi naraz. Czarna krew trysnęła z ręki potwora, na szczęście Alan uniknął z nią kontaktu. Drzewa ochlapane czarną mazią zaczęły się bardzo szybko rozpuszczać.
Mroczny Zew z niewiarygodną szybkością leciał w kierunku Alana, był ledwo widoczny. Dopiero pokazał się przy Alanie – miał bardzo długie, ostre szpony. Tego ataku nie dało się uniknąć. Sokół puścił dziesięć strzał naraz w kierunku potwora, ale wszystkie przeleciały przez jego płaszcz.
– Racja, jest niematerialny. To czysta energia. Nic nie mogę zdziałać – Sokół schował łuk i wyciągnął dwa gladiusy. Runy na nich zabłysły na zielono. Z niesamowitą prędkością skoczył w kierunku potwora.
Mroczny Zew już miał zadać cios szponem. Alan zamknął oczy gotując się na śmierć – tak się jednak nie stało. Al otworzył najpierw jedno, potem drugie oko. Sokół próbował trafić zakapturzonego przeciwnika – jednak nieskutecznie. Mroczny Zew był strasznie szybki, niemalże niemożliwy do dosięgnięcia choćby szpicem miecza. Sokół zaryczał – potwór wbił mu szpon w rękę, Sokół upadł na ziemię. Alan patrzył jak Mroczny Zew podchodzi do elfa.
– Infidel pomóż mi, proszę – Alan wołał demona
– Pamiętaj Alan – Jeżeli jesteś w gniewie to jesteś w stanie zrobić wiele rzeczy. – Alan zamknął oczy i wycelował ręką w potwora
– Furia, Infidel – purpurowy promień wystrzelił w stronę zakapturzonego monstrum. Jego wrzask było słychać prawdopodobnie w każdym miejscu w lesie. Alan patrzył jak wielka, potężna mroczna masa zostaje wchłonięta przez jakieś wymiarowe wrota. Na ziemi został tylko podziurawiony płaszcz.
– Alan nic ci nie jest? Jasna cholera, Sokół! Odpowiedz mi Sokół! – Elf leżał nieprzytomny na ziemi, z jego lewego ramienia sączyła się czarno-czerwona krew. – został zatruty, Alan gdzie jest Mroczny Zew? – Al wskazał na stertę czarnych łachów – Zabiłeś sam tego potwora? To nieprawdopodobne, sam go zabiłeś! – Twarz Tunasa była pełna podziwu.
– Gdyby nie Sokół już bym nie żył – Tunas popatrzył najpierw na Alana, potem na Sokoła.
– Bierzemy go do obozu, musimy go uleczyć. Weź te łachy, będziemy musieli zrobić antidotum. Ruszamy! – Tunas i Alan poczęli wracać do obozu.
– Zaraz, chwila! – Alan zaczął się wracać
– Alan! Alan! – Tunas popatrzył ze strachem w ciemną otchłań. Nie minęło kilka chwil gdy zobaczył biegnącego Alana.
– Te miecze należą do Sokoła – Tunas pokiwał głową. – szybko.

– Tak się o was martwiłam – Arielle podbiegła do Tunasa – co z nim będzie?
– Jeśli w porę przygotujemy antidotum to nic, jeśli nie – umrze. Alan wrzucaj te łachy do kotła! Mam resztę odczynników!
Al poszedł w kierunku namiotu, był bardzo zmęczony. Jego umysł nie zdążył jeszcze wszystkiego zarejestrować.
– Alan, ja… ja się martwiłam – Arielle stała bardzo blisko. Rzuciła mu się na szyję i go pocałowała w policzek. Alan poczuł dziwne ciepło rozchodzące się po całym jego ciele.
Spojrzał głęboko w oczy Arielle.
– Będę cię chronił, obiecuje – Alan pospiesznym krokiem ruszył do namiotu.

Rozdział 4. „Noc strzaskanych tarcz”

– Wiosłować, dalej! – Potężna postać ubrana w czarny, skórzany płaszcz i takie same spodnie spokojnie przechadzała się po pokładzie – Macie jakiś problem? To opowiedzcie go wiosłom! Żwawiej!
– Oficerze Cortez! – potężna postać obróciła się – przed nami ląd!
Cortez natychmiastowo przeszedł na sterburtę – faktycznie, ląd… Widział to miejsce, wąski wpływ do portu, ciężkie podejście.
– Jemison!
– Tak panie?
– Przygotuj ludzi, takielunek, kotwicę. Przygotować cumę dziobową! Zrzucić górne żagle, do wioseł! – Cortez stał aktualnie na dziobie, widział jak zbliżają się do lądu.
Minęło kilkadziesiąt minut zanim statek przybił do kei. Miasto było dziwne – mieszkania, usługi – wszystko wbudowane w skałę. Cortez wyskoczył na ląd, od razu do niego podszedł mały człowieczek w towarzystwie ogromnego wojownika odzianego w kirys. Na plecach miał przewieszony topór.
– Strażnicy portowi, hę? – Cortez patrzył na strażnika jak na idiotę. – ile płacę?
– A na ile pan chce stać z tą e… łajbą? – kasjer wskazywał palcem na rozpadającą się łódź Corteza. Była trochę zniszczona, ale pływać pływała.
– Liczę na tydzień!
– Tydzień? To będzie 10 złotych monet. – Cortez sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął dziesięć złotych monet. – masz zdzierco, powiedz mi tylko jakie to miasto?
Kasjer wskazał ręką na tablicę.
– Alai’Rain, co za zadupie… dobra! – krzyknął do załogi – ja idę zwiedzać, wy pilnujecie łajby!
– Aye, Aye – chór odezwał się z łodzi.
Kilka chwil później Cortez był już na rynku. Miasto nie było wielkie – przynajmniej na zewnątrz. Na południu była jedna brama i na zachodzie druga. Obie świetnie pilnowane i doskonale umocnione.
Cortez rozejrzał się wokół siebie – wewnątrz skał wyżłobione były przejścia do stref mieszkalnych, sklepów i tawern. Na zewnątrz był jedynie port, dwie bramy, koszary i posterunek Gwardii Portowej. Cortez skierował swe kroki do jednego z przejść w skale.
Środek był zupełnie inny niż sobie wyobrażał. Na stropie zawieszone były świeczniki z brązu, ściany były wyrównane, obite płytkami. Tunele były bardzo duże, co jakiś czas były ustawione mapy. Cortez skierował się do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”. W środku strasznie śmierdziało rybą. Ściany były obite dechami (które już próchniały) wymalowanymi na niebiesko. Cortez położył swoją lewą dłoń na rękojeści od jataganu, nie był pewien swojego bezpieczeństwa.
– Podać coś? – wychudzony, kościsty barman czyścił szklanki. Jedną rękę miał niesprawną.
– Kufel piwa – Cortez patrzył się na kobietę co siedziała obok niego. Miała koło dwudziestu lat, czarne włosy i bardzo krótką spódniczkę. Była pociągająca…
– Nie myśl o niej bracie – Stary barman postawił kufel na blacie – Ona jest z tymi, których imion się tu nie wymawia.
– Czyli z kim? – Cortez nie wiedział o co chodzi, ale miał ochotę na tę kobietę
– Nie tutejszy hę? Chodzi o Potępione Lance, znasz ich panie?
– Nie… nie kojarzę – Cortez się skrzywił, te Potępione Lance to jakaś grupa przestępcza – tak pomyślał. – Gdzie ona mieszka?
– Nie powiem ci druhu, bo nie chce stracić tego, co czyni mnie mężczyzną – kobieta spojrzała na barmana, ten zajął się czyszczeniem kufli.
– Masz to. Gdzie ona mieszka? – Cortez rzucił na blat dwanaście złotych monet.
– W Zachodniej Dzielnicy, Południowa Ściana, Czternaste piętro, mieszkanie numer dwanaście. – Jak się pan nazywa szanowny druhu?
– Cortez, Dante Cortez, pewnie wiesz jaką bieliznę nosi –Dante zapytał się ironicznie
– Może wiem, może nie… – Korsarz rzucił dwie złote monety na stół – wystarczy?
Barman ugryzł jedną monetę – nie nosi.
Dante Cortez wyszedł z karczmy.
*

– Sokół! Nareszcie się obudziłeś! – Arielle klęczała nad elfem – Byłeś tak długo nieprzytomny.
– Boli mnie głowa – Sokół pomacał się po pasie – gdzie są moje miecze?
– Alan je ma, jest w swoim namiocie – Elf się uśmiechnął. Młoda dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
Sokół pospieszył do namiotu Ala. Chłopak leżał i patrzył się w niebo, przynajmniej na to co mógł dostrzec.
– Dziękuje Sokole, uratowałeś mnie przed tym potworem. Gdyby nie ty, już bym nie żył – Alan patrzył się w niebo. Był słaby, czuł to. Potrzebował intensywnego treningu. Nie był jednak w stanie ani opanować szermierki, ani dogadać się ze swoim Demonem.
– Gdyby nie ty Alan, już byśmy obaj nie żyli. Więc wiesz…
– Daruj sobie Sokole, temat zamknięty.
– Chodź już, wyruszamy! – Alan pierwszy raz od nocy się uśmiechnął. Ubrał się, przypiął sobie miecz do pasa. Schował kryształ w sakiewce, upewniając się, że jest ona dobrze przymocowana do paska.
Po kilkunastu minutach wóz ruszył dalej.
– Jak się czujesz Alan? Przepraszam za wczoraj ja – Arielle zaczęła się jąkać, nie dość, że Alan ją uratował, to ona sama nie mogła pomóc. Była bezużyteczna.
– Nie martw się Arielle. Dojedziemy do Alai’Rain i wszystko się zmieni. – Alan patrzył przed siebie, nagle poczuł znajome ciepło. Arielle położyła swoją rękę na jego, uśmiechała się. Alan zbliżył swoje usta do jej i czule ją pocałował.
*

Cortez stał koło mieszkania numer dwanaście. Po kilku minutach usłyszał stukanie butów. Schował się za filarem i czekał, aż żołnierze przejdą. Chwilę potem stukanie butów i rozmowy strażników ucichły, pojawił się zatem stukot obcasów. Młoda kobieta szła w jego kierunku, zatrzymała się przy drzwiach – szukała klucza.
– Może pani pomogę!
– Gwar… – kobieta padła nieprzytomna na ziemię. Cortez natychmiast znalazł klucze i otworzył drzwi. Mieszkanie było obszerne. Dwa pokoje duże, jeden mniejszy, toaleta.
– Całkiem fajne mieszkanko – Dante zaciągnął kobietę do łóżka i przywiązał ją do niego.
– Gdzie ona może trzymać plany… – Cortez mówił sam do siebie, szukał planów ataku na Alai’Rain. Już dość się wycierpiał przez cesarza i jego Potępione Lance.
– Czego chcesz, złota, diamentów? – Mam tego dużo. – Dziewczyna się już ocknęła.
– Gdzie masz plany szturmu?
– Jakiego szturmu? Nie wiem o co ci chodzi – Dziewczyna się uśmiechnęła.
– Dawaj plany! – Cortez wyciągnął nóż i przyłożył dziewczynie do gardła. – gdzie one są!
– Ma je dowódca tutejszego garnizonu.
Cortez zawył, podszedł do dziewczyny – poczuła zimną stal na gardle, zaczęła skomleć. Cortez wsadził język w jej usta, całowali się chwilę. Dziewczyna opadła bez tchu z poderżniętym gardłem.
Cortez skierował swoje kroki do portu.
*

Wóz zbliżał się do zachodniej bramy miasta Alai’Rain. Brama była masywna,, podobnie jak mury. W skałach powstały wyżłobione wieże. Na murach stacjonują łucznicy.
– Otwórzcie nam przyjaciele! – Tunas krzyknął do stróżówki.
– Czego chcecie nieznajomi!
– Jedziemy do Kul! Chcieliśmy u was przenocować!
Brama otworzyła się z cichym zgrzytem. Wóz wjechał, ale strażnicy patrzyli nieufnie wykorzystując każdą okazję do zaglądnięcia do środka.
Wóz zatrzymał się na placu głównym. Tunas oddał konia stajennemu, zapłacił gwardziście za ochronę wozu, a on sam z resztą udali się do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”. Przy wejściu zostali napadnięci przez Czarnych Rycerzy.
– Kogo my tu mamy… Obcy nas odwiedzili. Dokąd się wybieracie?
– Do Kul
– A w jakiej sprawie jeśli można wiedzieć? – jeden z trzech czarnych rycerzy przesłuchiwał Tunasa, Sokoła, Alana i Arielle.
– interesy, interesy
– dobra idźcie, ale pamiętajcie mamy na was oko!
Czwórka poczekała aż strażnicy odejdą.
– Co tu robią wojska cesarskie?
– Musimy ruszać jak najszybciej do Kul. Źle to widzę – Tunas zaczął się zamartwiać.
– Zostaniemy tu jedną noc i wyruszamy.
Wszyscy się zgodzili. Wynajęcie pokoi trwało chwilę, a że zbliżał się wieczór to nikomu nie chciało się już włóczyć. Tunas przesiadywał w karczmie razem z Sokołem, a Alan w pokoju rozmyślał nad swoją przyszłością. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. W progu stała Arielle.
– Mogę wejść? – Arielle się uśmiechnęła
– A masz ochotę stać w progu? – Alan zapytał ironicznie, Arielle pokręciła przecząco głową.
Chwilę później już oboje stali koło łóżka całując się namiętnie. Alan zdjął z Arielle bluzkę – jego oczom ukazała się para jędrnych piersi. Alan całował je namiętnie co jakiś czas drażniąc jej cudowne, sterczące sutki. Chwilę później kochali się jak opętani – on z fantazjami, ona z marzeniami. Młodzieńcza miłość przerodziła się w prawdziwy związek.
*

– Ty jesteś Dante Cortez? – trzech czarnych rycerzy otoczyło korsarza przy wyjściu z portu.
– Zależy kto pyta – Cortez położył powoli dłoń na jataganie.
– My pytamy, idziesz z nami!
Pierwszy rycerz chciał złapać korsarza, ale ten wyciągnął ze zgrzytem miecz rozcinając brzuch napastnikowi – padł na ziemie. Zaraz obok niego pojawiła się kałuża krwi otoczona wnętrznościami. Dwóch strażników rzuciło się na Corteza, ten jednak nie zdołał się obronić. Padł ranny na ziemię.
– Słyszysz? Zabieramy cię do szefa – Cortez tylko jęknął.
*

Alan ubrał się i wyszedł – musiał się przejść. On i Arielle parą. Nie wiedział co się dzieje, jednak był szczęśliwy, szczęśliwy tak jak nigdy. Alan tak rozmyślając zauważył jak dwaj strażnicy cesarscy niosą pewnego człowieka w stronę koszar. Chłopak pobiegł w ich kierunku.
– Panowie! Wybaczcie, że tak późno, ale chciałem się zapytać o drogę do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”.
– Po pierwsze szczylu jest godzina policyjna, więc wynocha do strefy w skale. Karczma jest na lewo od tamtego wejścia.
– Którego!? Tam jest ich bardzo dużo!
Strażnik puścił wpółprzytomnego człowieka i stanął obok Alana – tam bękarcie widzisz? Tamto wejście – Strażnik pokazał palcem jedno z lepiej widocznych wejść. W tym momencie Alan dotknął dłonią strażnika.
– Furia, Infidel – Purpurowy promień rozciął strażnika na dwie części. Wnętrzności spłynęły na ziemię wraz z całą krwią. Wysuszone połówki ciała walały się gdzieś pod nogami.
Drugi strażnik zareagował natychmiast, sięgnął po miecz, ale pochwa była pusta. Obrócił głowę, za nim stał rosły pirat.
– Co do… – Strażnik nie skończył – został przebity swoim własnym mieczem i jedyne co mu się udało to wydanie z siebie kilku kiepskich jęków.
– Jestem Dante Cortez, dzięki za pomoc. Gdyby nie ty chłopcze to bym gnił martwy na dywanie tych przebrzydłych cesarskich strażników.
– Jestem Alan, resztę sobie wyjaśnimy w bezpieczniejszym miejscu.
Alan wraz z Cortezem i resztą stał w swoim pokoju. Wszyscy wymieniali poglądy na temat przyszłej sytuacji tego miasta. Korsarz opowiedział o szturmie na Alai’Rain.
– Co zrobimy w tej sytuacji? Nie dostaniemy się do Kul tak łatwo…mamy problem – Tunas zastanawiał się jak wybrnąć z tej kiepskiej sytuacji.
– Hej Alan – Cortez zawołał dzieciaka – jesteś Oprawcą Dusz? – Alan popatrzył na Tunasa, ten kiwnął głową.
Tunas wstał.
– Cortez słyszałeś o Oprawcach Dusz? – Cortez potwierdził – Wiesz o co walczymy?
– Wiadomo, że o dziedzica i o tron. Dziedzic odszedł dawno temu, rządzi najgorsza osoba na świecie.
W tym momencie Alan wyciągnął Kamień Dusz. Corteza zamurowało.
– To, to, to jest dziedzic. To znaczy, że ….
ALARM, ALARM !!!
Wszyscy wybiegli na zewnątrz. Wielka armia stała przed zachodnią bramą.
– Łucznicy na mury, piechota pod bramę. – niskiej postury człowiek dowodził akcją. Był to generał Kalhag
– Armia cesarska? pod murami? – Kalhag nie wiedział co się dzieje. – O nie… – ludzie zabić wszystkich żołnierzy ces… – Kalhag zaczął się krztusić, jego gardło zostało przebite przez bełt. Zobaczył sprawcę. Szła spokojnie. Była bardzo ładną kobietą. Owinięta czarnym płaszczem, nie miała hełmu. Na czarnej zbroi miała cztery paski koloru złotego. W jednej ręce miała kuszę, w drugiej lancę.
– Lady Serafy – zacharczał Kalhag – zhhhabhhighć whogkhów – Żołnierze stacjonujący za bramą rzucili się na wojska cesarskie.
Tunas z Arielle pobiegli w kierunku stajni. Stajenny leżał poszlachtowany, wozu nie było.
*

Sokół naciągnął dwie strzały na cięciwę – bez problemu trafił w nadchodzących czarnych żołnierzy. Alan odciął jednemu napastnikowi głowę, drugi stracił tylko rękę. Cortez nie był taki uprzejmy – wywijał swoim jataganem roznosząc przy tym kilku przeciwników na raz.
– Cortez, możemy odpłynąć twoją łodzią? – Alan właśnie odbił mieczem nadlatującą strzałę.
– Chodźmy – Cortez wskazał kierunek. Drogę jednak zagrodził im wojownik ubrany w czarną pelerynę. Miał na pelerynie cztery czerwone paski.
– Mag Krwi – Cortez splunął na ziemię. Mag wziął i zgniótł czarny, okrągły klejnot. Jego ciało pokryło się czarną, lekką, płytową zbroją. W jego ręce błysnął czarny miecz.
– Jak to jest możliwe – Alan był zdziwiony, nie wiedział co się dzieje! Podobno mitem jest przyzwanie całego ekwipunku…
– Zostaw to mnie Al! – Cortez wysunął się naprzód
– Cortez ty nie…
– Ku chwale niebios, Jayadar – Dante wyszedł w lśniącej, białej płytowej zbroi z gigantycznym toporem. Mag Krwi rzucił się na niego. Cortez jednym ruchem przepołowił napastnika.

*
Arielle biegła wraz z Tunasem przez plac pokryty trupami. Rycerze z garnizonu padali pod naciskiem wojsk cesarskich.
– Tunas! – Mroczna, zakapturzona postać stanęła na środku rynku.
– Eldigard V – Twarz Tunasa zbladła – uciekaj Arielle, uciekaj.
– Nie widzieliśmy się tyle czasu przyjacielu. Wiesz po co tu jestem. Nie uciekniecie.
– Się okaże stary druhu, na razie to mamy coś do załatwienia. – Eldigard wysunął rękę z czarnym kamieniem w kształcie krzyża. Zgniótł go w ręce
– Śmierć wrogom, Kaz’Amath – Tunas popatrzył na zapłakaną Arielle.
– Nagg’Thar, znasz me myśli, wiesz co masz robić – kryształ Tunasa rozpadł się na pół, po czym się ulotnił.
– NIEEEE! – Arielle widziała jak z ręki Eldigarda wychodzi czarny słup – długi na dwanaście metrów. Przebite ciało Tunasa upadło z głuchym trzaskiem na ziemię.
Eldigard pokierował swe kroki w stronę Arielle.

Rozdział 5. „Żałoba pośród fal”

Arielle była przerażona, napastnik coraz bliżej. Eldigard wzniósł rękę do góry przygotowując się do cięcia.
– Arielle, padnij! – Dziewczyna nie dała się prosić. Szybko rzuciła się pomiędzy ciała leżące na ziemi. Eldigard nie trafił.
– To tylko kwestia chwili, jak się do ciebie dobiorę ślicznotko – Eldigard wypatrzył Arielle wśród zwłok – podniósł rękę do góry.
– Arielle, kręć się w lewo – Szybkim obrotem uratowała się przed zagładą. Eldigard się wściekł. Skrócił snop mrocznego światła w bardziej poręczną katanę. Ruszył w kierunku dziewczyny.
*
– Kim ty jesteś Cortez? – Alan właśnie przeciął na pół dwóch przeciwników.
– Jestem Oprawcą Dusz, tak jak ty – Cortez ignorował dociekliwość Alana. Jednym cięciem pozbawił sześciu przeciwników głów.
Alan nie wiedział co ma robić – przeciwników było za dużo, miał ogromne problemy z odbijaniem strzał, broni przeciwnika i unikania wymachów Corteza.
*

Sokół był już w porcie, stało tam wiele łódek, niektóre w lepszym, niektóre w gorszym stanie.
– To była łódka Corteza – Sokół dotknął spalonej łajby. – Co to jest – Patrzył na ślady krwi idące od łódki do wejścia. Przy wejściu jednak nie było śladów więc… Szybkim ruchem rąk elf wyciągnął gladiusy i odbił lecące bełty. Runy zaczęły świecić się na zielono.
– Proszę, proszę jaki przystojny elf… – Młoda, ubrana w podniecający strój kobieta z czarnymi włosami szła eleganckim krokiem w kierunku Sokoła.
Sokół był przerażony.
– Potępione Lance – Sokół nie odwracając wzroku wyjąkał.
– Pełnie akurat funkcję oficera – mówiąc to kobieta schowała kuszę i wyciągnęła bardzo długą lancę. – zabawimy się trochę elfie.
*

– Ratunku, proszę nie rób mi krzywdy – Arielle patrzyła zapłakanymi oczyma wprost w twarz Eldigarda.
– Skończ skomleć. Nie mogę mieć litości! Nie mogę! – Eldigard wziął zamach, chwycił Arielle za włosy i pociągnął jej głowę do góry – Musisz umrzeć!
– Arielle, Arielle wypowiedz moje imię, Arielle – Arielle usłyszała znajomy głos.
– Nagg’Thar – Dziewczyna powiedziała sama do siebie.
W ręce Arielle pojawił się długi, kolczasty, niebieski bicz. Chwyciła rękę napastnika i wydostała się z objęć nieprzyjaciela.
– To komplikuje sprawę! – Eldigard przyjął postawę obronną, wystawił nogę do przodu.
Patrzyli sobie w oczy – Mroczna postać rzuciła się w kierunku Arielle. Dziewczyna, jakby kierowana jakąś dziwną mocą, uskoczyła na bok – dało się usłyszeć trzask bicza. Eldigard się zatrzymał – popatrzył w niebo – jego głowa spadła z ramienia w towarzystwie wodospadu krwi.
*

Alan patrzył na Arielle ze zdziwieniem, ale i z radością. Był w niej zakochany.
– Alan! – Cortez wołał chłopaka – ruszamy do portu! – Mężczyźni zniknęli w odmętach ciemności.
*

Sokół parował wszystkie uderzenia przeciwnika. Oboje tańczyli w tańcu śmierci – wiedzieli jednak kto wygra. Sokół został podcięty przez drzewiec, upadł z głuchym trzaskiem na ziemię. Nie umiał się ruszyć – słyszał tylko rytmiczny stuk obcasów zmierzający w jego stronę.
*

– Panienka dokądś się wybiera? – Arielle się obróciła, głos był straszny, chropowaty. Za nią stał potężny, odziany w strasznie grubą zbroję i przykryty czarnym futrem mężczyzna. Na głowie miał koronę osadzoną rubinami. W jednej ręce dzierżył gigantyczny miecz, w drugiej berło.
– Ty, ty jesteś… – Arielle nie wiedziała co powiedzieć, jej oczy drgały.
– Jestem Amneristus, cesarz Amneristus – Arielle zrozumiała, przed nią stał mężczyzna odpowiedzialny za wszystkie cierpienia, za wszystkie śmierci.
Cesarz schował broń i zaczął zbliżać się do dziewczyny. Arielle nie wiedziała co zrobić – wzięła potężny zamach i trzasnęła biczem. Nie podziałało – końcówkę bata trzymał Amneristus.
– Musisz się bardziej starać – Pociągnął za końcówkę – Arielle upadła na ziemię. – Zabawimy się słonko…
Arielle zaczęła krzyczeć.

Alan usłyszał coś niepokojącego – zauważył ogromnej postury człowieka trzymającego pod butem dziewczynę.
– Cortez czekaj, muszę ratować Arielle! – Alan rzucił się w stronę ukochanej. Amneristus to zauważył, kiwnął ręką. Grupa żołnierzy z gigantycznymi lancami zagrodziła mu drogę. Alan patrzył z przerażeniem w oczy Arielle. Widział, jak napastnik zdziera z niej ubranie. Chwycił nagą Arielle i zaczął ją gwałcić.
Alan zawył, słyszał jęki Arielle. Słyszał jak prosi by skończył. Amneristus zignorował to – rzucił młodą dziewczynę na ziemię, rozchylił jej nogi i kontynuował okrutny akt. Arielle zaczęła wrzeszczeć.
Członkowie Potępionych Lanc uśmiechali się w stronę Alana. Jego myśli zaczęły płonąć, rzucił się w stronę przeciwników.
– Nie Alan, jej już nie pomożesz – Cortez chwycił Ala za koszulę i odciągnął. Alan i Cortez widzieli jak Amneristus podnosi do góry obciętą głowę krzycząc triumfalnie, głowę Arielle. Alanowi zrobiło się niedobrze, razem z Cortezem rozpoczęli bieg w stronę portu. Od tego miejsca dzieliło ich tylko kilka metrów. To co ujrzeli było straszne.
– Sokół! Sokół! – elf był trzymany za włosy przez piękną kobietę ubraną na czarno. – Coś ty mu zrobiła zdziro!
– Dlaczego tak brzydko się do mnie odnosisz? – Lady Serafy przyłożyła swoją twarz do twarzy elfa oblizując jego policzek i muskając językiem jego wargi.
– Alan, panie! – Sokół wykrztusił kilka słów – to był zaszczyt służyć u twego boku dziedzicu! – Alan usłyszał głuchy trzask – ciało Sokoła wpadło do morza. Nie mógł przeżyć – miał skręcony kark.
Pani Oficer rozpoczęła swój dostojny, pełen wdzięku marsz w stronę Corteza i Alana. Trzymała lancę w pogotowiu.
Alan obrócił się – ujrzał wbiegającą armię, byli już w porcie.
– Nie macie dokąd uciec moi piękni panowie – Serafy była jeszcze tylko kilka kroków od celu.
Alan nie wierzył w to, że może przeżyć, nie wierzył w ratunek.
– Wchodźcie ludzie, natychmiast ! – Cortez spojrzał w górę – mały krasnolud z jasnymi włosami i jasną brodą rzucił im linę. Siedział w dużym statku latającym napędzanym magią. Nie musieli się długo namyślać. Chwilę potem patrzyli na powoli oddalające się miasto. Nie dosięgały ich nawet bełty, ani strzały.

*
– Wycofać się wszyscy! Natychmiast do środka! – kiedy ostatni żołnierz wszedł do skały, strażnicy zabarykadowali przejście.
– Panie! – czarny rycerz podjechał do króla – weszli do skał, tam ich nie dostaniemy!
– Generale Najwyższy Potępionych Lanc – Baronie Shaveskin, zabierz ludzi i przechodźcie przez północną bramę. Kierunek Kul.
– Tak panie, tak się stanie! – Shaveskin zebrał chorągwie i patrzył na oddalającą się przełęcz Alai’Rain.
– Pozbyłaś się go? – Amneristus rzucił pytanie w ciemność
– Tak mój panie – kobiecy głos doszedł z ciemności.
– Lady Serafy – kobieta podeszła do cesarza i go pocałowała – elfy bez swojego króla będą łatwym łupem.
– Co z nimi? – Serafy wskazała na skałę – trzeba się ich pozbyć jak najszybciej.
– Amneristus wyciągnął klejnot koloru czarnego w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Delikatnie go zgniótł.
– Wiesz co masz robić, Amon’Sul – Wielka skała będąca ostatnim bastionem obrońców Alai’Rain poczęła się osuwać. W pewnym momencie kilkuset metrowa opoka rozpadła się na dwie części wpadając do rozryczanego morza.

Rozdział 6. „Nowy cel”

Statek leciał nad zimnym, niebieskim Morzem Alai’Ar. Temperatura była lekko dodatnia. Mróz wszystkim dawał się we znaki. Machina latająca nie była duża, spokojnie jednak mieściło się w niej dwanaście osób. Na pokładzie było tylko pięć. Przy burtach wysokich na dwa metry były ustawione ławy zrobione z drewna. Miały one długość kilku metrów. Wejście do mesy było przestronne, okute żelazem. Ster stał za ławami, miejsce dla sternika było otoczone wysoką ścianką.
– Dobra robota! udało nam się was wyciągnąć z tego bagna! – Jasnowłosy krasnolud powiedział przerywając głuche milczenie! Cortez obrócił twarz w jego kierunku.
– Kim ty jesteś? Dlaczego nas uratowałeś? – Alan także obrócił głowę, był smutny. Jeszcze wczoraj kochał się z najpiękniejszą kobietą, najbardziej kochaną. Oddał jej całe serce, a potem musiał patrzyć jak cesarz podnosi jej odrąbaną głowę. Cortez kontynuował – może zechcesz nam wyjaśnić kilka spraw?
– Oczywiście panie Cortez – Nazywam się Kayerg, jestem krasnoludem z północnych lądów. – Krasnolud nie odrywał wzroku od horyzontu – jesteśmy członkami Zakonu Spalonych Ostrzy. Musie… – Cortez sięgnął po jatagan i rzucił się na krasnoluda. Ostrze zatrzymało się milimetr przed gardłem małego wojownika.
– Cortez co ty robisz? – Alan nie wiedział co się dzieje – On nas uratował!
– Zakon Spalonych Ostrzy! Już bym wolał trafić w łapska cesarza, niż siedzieć z kimś takim w jednej maszynie! – Cortez już pluł gdy mówił.
– Masz rację korsarzu, nie jesteśmy wzorowym przykładem… – Krasnolud patrzył na Corteza.
– O co chodzi Cortez, możesz mi to wyjaśnić? – Alan patrzył na korsarza jak na niezrównoważonego psychicznie człowieka.
– Chcesz wiedzieć Al? – Cortez odwrócił wzrok. W jego oczach tkwił obłęd – Alan, proszę, poznaj morderców, morderców twoich rodziców.
*

– Witaj Baronie Shaveskin, jak tam wojska? – Shaveskin był człowiekiem mądrym, aczkolwiek brutalnym. Miał długie, siwe włosy, twarz zeszpeconą bliznami. Nosił na plecach wielki claymore z wyrytymi nań runami. Kochał czytać, miał wiele ksiąg. Cały czas, mimo swojego wieku kształcił się także w szermierce. Odziany był w czarną zbroję płytową ozdobioną dwiema skrzyżowanymi, złotymi lancami. Nosił czarne spodnie ponabijane kolcami.
– Wojska… wojska są gotowe do walki. Nasi zwiadowcy donoszą, że do Kul zostało tylko pięć dni drogi. – Shaveskin chodził z lewej strony do prawej. Nie umiał ustać w miejscu. –
Mamy dziesięć tysięcy łuczników, dwadzieścia tysięcy pikinierów. Oddział mieczników liczy czterdzieści tysięcy, lekkiej jazdy jest dwa tysiące, ciężkiej półtora tysiąca.
– Powiedz mi, ilu członków liczy moja najukochańsza malutka armia? – Shaveskinowi zadrżała szczęka. – Potępione Lance – 149 żołnierzy.
– Kto zginął? Kiedy zginął? – Cesarza ogarnęła wściekłość.
– Sierżant Wschodniej Flanki Regimentu Drugiego Chorągwi Alvarionu Potępionych Lanc – Selirtus Sadas – Shaveskin cofnął się kilka kroków.
– Kto zabił Selirtusa Shaveskin, kto! – Amneristus zmrużył oczy, mocno poczerwieniał na twarzy.
– Alan, chłopak ze wsi, Oprawca Dusz.
– Alan, ze wsi – Amneristus zadygotał, teraz zrozumiał – Dziedzic! Baronie! ruszamy do Kul, natychmiast!

*

– Jak to zamordowali? Nie rozumiem! – Alan był wściekły, nigdy nie rozumiał, zawsze ktoś mówił do niego niezrozumiałym językiem.
– Alan, chodzi o to, że Zakon Spalonych Ostrzy przysiągł chronić króla i królową razem z Oprawcami Dusz. Zawiedli – podczas ataku na twojego ojca stali i patrzyli jak jeden z Oprawców zabija władcę.
– Amneristus – Alan powiedział sam do siebie.
– Zgadza się, mówię o aktualnym cesarzu.
– Weź ten miecz korsarzu, to wcale tak nie było – Kayerg spojrzał w oczy korsarzowi – istotnie, zawiedliśmy, ale tylko dlatego, że dostaliśmy fałszywe rozkazy. Podstawiono sztucznych zakonników na nasze miejsce, nas wysłano w teren. Gdy dowiedzieliśmy się, że władca nie żyje to natychmiast zawróciliśmy. Niestety to była pułapka. Kilkoro z nas uszło z życiem, resztę wyrżnięto. Teraz mamy siedzibę w Kul – miasto jest przygotowane do obrony. Mam nadzieję, że zdążymy przed cesarzem.
Przez kilka godzin wszyscy ze sobą rozmawiali, jedli i pili. Kayerg uczył Alana walki wręcz, Cortez uczył go jak używać Demona Duszy.
– Alan…Wyczuwam w pobliżu Nagg’Thara…O co chodzi? – Alan się zdziwił, co tu może robić Demon Tunasa?
Nagle niebieska, żywa zbroja pojawiła się na pokładzie statku, wszyscy podskoczyli.
– Jestem Nagg’Thar – Postać odparła mrocznym, potężnym i donośnym głosem – nie musicie się obawiać – Tunas przed śmiercią złamał klejnot.
– To wszystko wyjaśnia – Cortez wstał – gdy Oprawca Dusz łamie klejnot na dwie części to uwalnia swojego Demona Duszy. Taki uwolniony Demon ma dwie opcje – albo powróci do swojego środowiska i połączy się z wszechobecną energią, albo zostanie w naszym świecie.
– Zgadza się, Tunasa życzeniem była ochrona Alana. Jednak próbowałem pomóc Arielle – Alan spuścił głowę – wymusiłem na niej przyzwanie mnie. Tak czy siak nie mogłem odejść, byłem związany paktem z Tunasem. Teraz jestem związany z Alanem i tylko, powtarzam tylko on może mnie odesłać.
Wszyscy patrzyli ze zdziwieniem na potężną istotę – Miała na sobie niebieski kirys, płytowe, niebieskie spodnie i takie same buty. Z ramion zwisały strzępy czarnej peleryny. Hełm przypominał wyglądem twarz trytona. Oczy błyskały się żółtym blaskiem. Przez plecy przewieszony miał czarny koncerz, na ramieniu miał łańcuch – niektóre ogniwa robiły za kolce.
Nagg’Thar opowiadał swoje przygody, które przeżył wraz z Tunasem. Kayerg też często uczestniczył w rozmowie z racji tego, że dobrze się znał z byłym władcą Nagg’Tara.
Słońce zaczęło powoli zachodzić rzucając pomarańczową poświatę na taflę morza.
– Wiesz co Nagg? – Krasnolud popatrzył na chodzącą zbroję – Jest pewien problem… chodzi o to, że nie powinieneś wchodzić no… w ten sposób do miasta – Kayerg popatrzył na Demona.
– Wiem o co ci chodzi, już to zmieniam – Błysnęło niebieskie światło, w miejscu w którym stał przed chwilą Nagg’Thar znajdowała się mała świecąca kulka latająca w raz w lewo, raz w prawo – tak lepiej? – głos Nagg’Thara dochodził jakby z oddali.
– O wiele lepiej, o wiele.
Alan wreszcie ujrzał Kul – było piękne. Miasto otoczone było strasznie grubym murem z flankami i basztami. Wieże, tak jak wszystkie inne budowle były budowane na planie kwadratu lub prostokąta. Umocnienia miały szary kolor. Pomiędzy basztami znajdowały się specjalne koła – mur w tych miejscach był grubszy – właśnie pośrodku tych rozszerzeń stały trebusze. Miasto samo w sobie postawione było na planie kwadratu – było gigantyczne. Po środku stały dwie wielkie, szare, bliźniacze wieże po których spływały srebrne wstęgi. Był to pałac królewski – teren wokół niego także był otoczony murem i nazwany był Dziedzińcem Panów.
Cortez, Alan i Kayerg zjechali po linach obok Kul – w małym lasku kilkaset metrów od bramy głównej. Reszta załogi zabrała statek w bezpieczne miejsce.
– To jest brama główna – Krasnolud wskazywał na sporych rozmiarów lukę w murze. Miasto nie miało fosy, za to brama posiadała dwie pary krat i okute, drewniane drzwi – bardzo masywne. Przy wejściu paliły się dwie latarnie. Na murach można było dostrzec wielu strażników oświetlonych pochodniami.
– Chcielibyśmy wejść do miasta – Kayerg podszedł do strażnika. Miał on na sobie podstawowy ekwipunek żołnierza Kul’skiego. Zbroja płytowa koloru białego przewinięta złotą togą. Hełm garnczkowy nadawał tylko niesamowitego wyglądu strażnikowi. W jednej ręce trzymał długą pikę, w drugiej pawęż. Spodnie również miał płytowe, tak jak buty.
– W jakim celu do miasta? Spodziewamy się szturmu cesarskich wojsk, więc nie każdy może wejść! – Dwóch strażników podeszło do drużyny Alana trzymając ręce na rękojeściach od gladiusów.
– To jest – Kayerg wskazał Alana palcem – dziedzic tronu – Strażnik się zaśmiał.
– Ten szczyl dziedzicem tronu? Taa… ja jestem piękną, cycatą blondyneczką i mam…. – Alan pokazał strażnikowi Kamień Duszy. – No chyba, że…Brać ich! To są szpiedzy Amneristusa! – Strażnicy dobyli mieczy i rzucili się do ataku.
– Stać bękarty! – Żołnierze wyprostowali się na baczność i schowali broń. Głos, który przemówił był pełen spokoju i niebezpieczeństwa – macie ich wpuścić natychmiast!
– Tak panie! – Rycerz ubrany tak samo jak strażnicy podszedł do Alana – jestem Alvar Karhig, kapitan straży Kul. Wybaczcie za niemiłe powitanie, ale musimy zachowywać wszelkie środki ostrożności. Słyszeliśmy o napaści na Alai’Rain, straszna historia – Grupka była już za bramą. Miasto było piękne. Drogi rozchodziły się wzdłuż murów, tylko główna droga prowadziła od bramy miasta do bramy Dziedzińca Panów. Co kilka metrów stała latarnia oświetlająca drogę i nadająca niesamowity wygląd miastu. Domy były budowane w podobnym stylu do wież i murów. Była jedna, masywna podstawa, część dachu zajmowało kolejne piętro. Z każdego domu zwisały zielone rośliny. Ogrody były prześliczne. Alan szedł i zastanawiał się, czy tu kiedykolwiek powróci.
– Wiele żołnierzy patroluje miasto – Kayerg mówiąc to patrzył na patrol złożony z dziesięciu żołnierzy i jednego sierżanta. – udaje się zachować bezpieczeństwo?
– Niezupełnie. Dostajemy coraz więcej informacji o napadach i morderstwach. Król Palsir nie jest w stanie zapobiegać wielu wypadkom. W tym niegdyś spokojnym mieście zaczyna szerzyć się anarchia. – Przeszli jeszcze kilka kroków, po czym skręcili w lewą odnogę. Doszli do całkiem ładnego i dużego budynku. Przy wejściu widniał szyld „ Pod Karwaszem Demona” – tu będziecie nocować. Jutro rano spotkacie się z Królem Palsirem. Dowidzenia. – Alvar Karhig odszedł w kierunku koszar, Alan i reszta weszli do gospody. W środku było bardzo przyjemnie. Ściany pomalowane były na zielono i ozdobione były złotymi wzorami. Sufit – jak to w każdej karczmie bywa – był zrobiony z drewnianych pali i belek. W tym wypadku jednak były one o wiele lepiej przyozdobione i był to o wiele lepszy gatunek drewna, podobnie podłoga. Gospoda miała dwa piętra i parter na którym to właśnie stały stoły i tu właśnie karczmarz nalewał trunki. Dwa piętra zawierały sypialnie, szło się do nich wąskim korytarzem. Cała góra była zrobiona z drewna. Pokoje były małe – jednoosobowe – tylko po to, aby z ludzi ściągnąć pieniądze. W środku było jedno łóżko, dwie świece, szafa. Alan dostał pokój z oknem na główną aleję.
– Idziemy się napić, co ty na to mój przyjacielu? – Kayerg razem z Cortezem zeszli na dół i przysiedli sobie przy ladzie.
Alan nie miał nastroju do żartów, musiał wyjść na chwilę, musiał się przewietrzyć. Szybko podjął decyzję, natychmiast opuścił karczmę. Nikt, nawet Cortez nie zauważył wychodzącego chłopaka.
Na dworze było ciepło i co najważniejsze nie było wiatru. Alan skierował swe kroki w kierunku wewnętrznego muru – Dziedzińca Panów.

*

– Baronie Shaveskin, ktoś do pana – gwardzista odchylił zasłonę z namiotu. Czarna, zakapturzona postać weszła do aktualnej posiadłości Shaveskina. Baron spojrzał na dziwnego przybysza i sięgnął ręką po miecz. Postać zdjęła kaptur – oczom Barona ukazała się piękna kobieta.
– Lady Serafy – Baron popatrzył ze zdziwieniem na młodą, piękną dziewczynę – czym mogę służyć o tak późnej porze?
– Jest pewna koncepcja panie, chodzi o tego chłopca – Alana.
– Co w związku z nim? Czy on jest groźny? – Baron patrzył podejrzanym wzrokiem na kobietę.
– Aż za bardzo, należy go zlikwidować – Lady Serafy podeszła bliżej – jest bardzo niebezpieczny, może nas zniszczyć.
– A co w nim jest takiego niebezpiecznego? Przecież Amneristus jest dziedzicem tronu. Widziałem jego Kamień Duszy, zawsze mu wiernie służyłem.
– Powiedzmy, że cesarz jest dziedzicem tronu – Serafy klęknęła przed Shaveskinem i zaczęła zdejmować jego spodnie – ale ten chłopak jest niebezpieczny – Lady posunęła się trochę dalej.
– Co jest takiego niebezpiecznego w tym chłopaku? W jaki sposób szesnastoletni dzieciak może grozić dziedzicowi? – Serafy podniosła głowę, zdjęła bluzkę. – chodzi o to, że ten chłopak jest dziedzicem, a nie Amneristus. – Serafy już miała zabrać się do roboty, lecz padła nieprzytomna na ziemię. Shaveskin ubrał spodnie. Nie wierzył w to co usłyszał – cały czas był okłamywany. Wmówiono mu, że cesarz to dziedzic. Pamiętał nawet słowa przysięgi
Choćbyśmy śmierć ponieśli w boju,
Choćbyśmy gnili w kupie gnoju,
Przysięgamy, że jesteśmy gotowi,
Życie oddać dziedzicowi.
Słowa piękne, ale puste. Wszyscy tu są jednymi wielkimi oszustami. Shaveskin popatrzył na nagą piękność leżącą na ziemi.
– Wybacz Serafy, przysięgałem – Shaveskin przewiesił Claymore przez plecy wcześniej nakładając zbroję.
Strażnicy popatrzyli się z dumą na Shaveskina wychodzącego z namiotu.
– Co to jest! – Baron wskazał palcem miejsce na prawo od jego namiotu
– Gdzie, gdzie! – strażnicy natychmiastowo się obrócili. Chwilę później ich głowy udekorowały ziemię. Baron zaciągnął trupy do namiotu dokładając śpiącej kobiecie kopniak w twarz. Shaveskin wyszedł z namiotu i pokierował się w stronę stajni. Wejścia pilnowało trzech żołnierzy.
– Biorę mojego konia – Baron podszedł do wierzchowca.
– Nie wolno opuszczać obozowiska panie – rozkaz cesarza!
– Mam gdzieś cesarza! – Koń ruszył z impetem przed siebie. Shaveskin jednym cięciem odrąbał trzy głowy. Odjechał z wielką prędkością w mrok.
– Do Kul dzień drogi stąd, musze spowolnić armię! – Shaveskin popatrzył na stajnię, łzy mu popłynęły. Jednym, zgrabnym ruchem wyciągnął lancę:
– Morderczy Podmuch, Naczelna Lanco Ulithar – wielki, niewidzialny podmuch zwiał kilka namiotów, zniszczył stajnię i pozabijał wszystkie konie.
– Miesięczna Posługa, Naczelna Lanco Ulithar, Cel: Kul – Shaveskin zniknął w mrocznej otchłani nocy.

*

Alan usiadł na pobliskiej ławce rozmyślając nad swoim losem. Jeszcze dwie godziny do północy – Alan przypomniał sobie chwilę z Arielle, chwile w jego pokoju. Wciąż widział jak urżnięta głowa Arielle jest podnoszona przez Amneristusa. Alanowi pociekły łzy.
– Co, mały chłopczyk się zgubił? – Alan popatrzył na trzech ludzi stojących za nim – my pomożemy znaleźć drogę… – Alan sięgnął za pazuchę, kryształu nie było – zostawił go w pokoju. Alan przeskoczył przez ławkę i zaczął biec przed siebie. Obrócił się, widział jak trójka napastników go goni, wiedział, że prędzej czy później go złapią. Nie patrzył gdzie jest, skręcił w lewo. Słyszał ciągłe ujadanie biedoty tego miasta. Napastników było więcej.
– Brama! Tam będą straże! – Alan zatrzymał się w miejscu. Wszędzie były budynki, wszędzie były ścieżki. Zgubił się.
– No, no, no kogo my tu mamy, nasza mała zguba. Chodź się przytul do tatusia, no chodź – Stary, bezzębny dziad wystawił swoje brudne łapska i chciał chwycić Alana. Al wiedział, że nic nie poradzi. Był zdany na łaskę i niełaskę hołoty. Zamknął oczy, czuł smród bezdomnych. Wiedział, że to już koniec, nie chciał takiej śmierci. Nagle usłyszał wrzask, otworzył powieki i ujrzał napastnika, ale z odciętymi rękami. Z obu jego kikutów tryskała krew, biedak w krzyku upadł na ziemię. Alan zobaczył teraz swojego obrońcę – starszy mężczyzna, miał na sobie czarną zbroję – Alan zamarł, po jego skroni spłynęła strużka potu. – Potępione Lance – Alan krzyknął mimo woli po czym rozpoczął paniczną ucieczkę między domami

*

– Jak to nie ma? Gdzie on jest? – Cortez był zrozpaczony – Musiał wyjść niedawno!
– Dwadzieścia minut temu opuścił pokój – Mała, świecąca kulka przemknęła za głową korsarza.
– Nagg’Thar wiesz coś jeszcze? – Cortez był bardzo podenerwowany. O tej porze po ulicach Kul może włóczyć się wiele niebezpiecznych ludzi.
– Niestety to wszystko. – Nagg’Thar zatrzymał się w miejscu
– Dobra, zawiadom Kayerga! – Nagg’Thar zniknął za drzwiami. Cortez pobiegł do swojego pokoju, zabrał broń i kryształ. Sprawdził jeszcze szafkę Alana, wziął fioletowy Kamień Dusz i wybiegł.
*

Alan nie wiedział gdzie biegnie, wszystko wyglądało tak samo. Nie wiedział którędy do gospody, nie wiedział którędy do bramy. Także żadnego strażnika nie było w okolicy.
Po kilku chwilach Al zatrzymał się by złapać oddech. Oparł się o ścianę i powoli osunął się na ziemię. Zdawało mu się, że coś usłyszał. Obrócił głowę w lewo i zobaczył stalową lancę lecącą z gigantyczną prędkością, nie miał siły by krzyknąć. Nagle usłyszał głośny chrupot i poczuł na sobie krew. Powoli obrócił głowę za siebie i zobaczył młodego, szpetnego mężczyznę z nożem w ręku – człowiek upadł. Chwilę potem usłyszał kroki.
– Ty jesteś Alan prawda? – Mężczyzna który uratował mu życie był członkiem elity – Potępionych Lanc.
– Tak, ja jestem Alan – Chłopak nie miał innego wyjścia, musiał powiedzieć swoje imię.
Nagle stało się coś nieoczekiwanego – cesarski pomiot upadł chłopakowi do stóp.
– W imię wszystkich bogów proszę Cię o łaskę Alanie – dziedzicu tronu tego królestwa. Przyjmij mą służbę, mój miecz i moją lancę na znak zadośćuczynienia za moje poprzednie winy.
Alan nie wiedział co zrobić, wstał i ujrzał Corteza, Nagg’Thara w zbroi i krasnoluda.
– Co tu się dzieje? – Cortez wyszedł mierząc jataganem w czarnego rycerza – kim jesteś!
– Baron Shaveskin, były Generał Naczelny Kawalerii Potępionych Lanc – Shaveskin się nisko skłonił.
– No, panie Baronie – Kayerg podszedł do Shaveskina mierząc w niego wielkim, dwuręcznym toporem – Chyba mamy do pogadania – Baron Shaveskin padł nieprzytomny na ziemię.

*

– Co tu się dzieje? Jak to możliwe, że wszystkie konie są martwe! Gdzie jest Shaveskin! – Amneristus był niesłychanie wściekły, wręcz był cały biały.
Jeden z rycerzy podbiegł i ukląkł przed cesarzem – panie! Shaveskina nie ma, tak jak i jego konia. Lady Serafy jest aktualnie u medyka – znaleźliśmy ją nagą w namiocie Barona. Ma roztrzaskaną czaszkę – jej stan jest poważny!
– Mów dalej – cesarz mierzył wzrokiem rycerza.
– Straty w ludziach : stu dwudziestu rycerzy nie żyje, wszystkie konie padły. Straciliśmy także połowę machin oblężniczych.
Amneristus podszedł do żołnierza i kopnął go z całej siły w twarz – pół głowy tylko wytrzymało atak.
– Zbierać wojska! Ruszamy na Kul! – Wszyscy się rozbiegli do swoich obowiązków – Mamy do pogadania Baronie. Musimy odbyć szczerą rozmowę. – Po tych słowach Amneristus wyszedł z namiotu.

*

Shaveskin powoli dochodził do siebie. Nie miał żalu o uderzenie w głowę, właściwie to był szczęśliwy. Wszyscy teraz znajdowali się w pokoju Alana.
– Wody, dajcie wody, proszę! – Baron ledwo co wystękał.
Kiedy już się napoił to rzekł:
– Musiałem odejść od cesarza, musiałem. Powiedział nam, że jest dziedzicem, a Alan jest demonem w ciele szesnastolatka. Na szczęście prawda wyszła na jaw.
– Wierzę ci – rzekł Kayerg – mam nadzieję, że pomożesz nam bronić miasta.
– Pomogę – odrzekł Shaveskin.
Minęło kilka godzin od czasu sprowadzenia Barona do karczmy, wiele spraw się wyjaśniło. Wszyscy zgodnie postanowili, że pójdą do Kapitana Straży.

Dziedzic Pustyni – Początek

PROLOG

Widziałem jak podchodzą do klasztoru, było ich dziesięciu. Rozbójnicy, mordercy. Przyszli po nasze skarby. Myślałem, że zastanę tu spokój – tak było, ale tylko przez dziesięć lat. A ile mam? Dwadzieścia cztery lata, tak długi jest mój żywot. Musiałem się schronić w tym obskurnym miejscu, przywdziać habit. Nie wiedziałem jednak, że tu nauczę się tylu rzeczy. Nie wiedziałem, że w tym klasztorze szkoli się morderców.
Przez pierwsze dwa lata bacznie mi się przyglądano, sprawdzano mnie. Różnego rodzaju treningi wytrzymałościowe, biegi, szermierka. Potem zaczęto właściwe nauczanie. Dano mi do ręki specjalne, zakrzywione ostrze zwane Dziedzicem Nocy, kilka noży do rzucania i jednoręczny gladius. Z rozkoszą wypełniałem wszystkie zadania – tak właśnie bogacił się klasztor. Ja nie miałem z tego niestety żadnego, finansowego pożytku.

Usłyszałem trzask – zabójcy byli już w środku. Bez namysłu zrzuciłem habit w swoim pokoju i przywdziałem paskową zbroję koloru czerwonego. Ubrałem czarne, skórzane spodnie do których przypiąłem pas. Do niego doczepiłem pochwę z gladiusem i noże do rzucania. Z rogu pokoju wziąłem łuk kompozytowy i kołczan strzał. Przed wyjściem narzuciłem na siebie pelerynę. Nałożyłem kaptur i wybiegłem z pokoju.

Na ziemi leżało dwóch mnichów. Jeden nie miał głowy, drugi obu rąk. Nie wszyscy tu umieli walczyć. Tak naprawdę było nas niewielu, reszta to byli niewinni mnisi.
Popatrzałem w lewo – sporych rozmiarów postać, zakapturzona, rzuciła się na mnie. Trzymała miecz w górze. Korytarz był wąski więc podskoczyłem – napastnik był blisko, odbiłem się od ściany. Wojownik nie trafił, ja zasadziłem mu potężnego kopniaka w bok głowy. Zanim jednak się przewrócił to nałożyłem strzałę na cięciwę i wpakowałem mu ją w skroń. Nie zdążył pisnąć, już leżał martwy.
Skierowałem swe kroki w kierunku holu. Tam było przejście do sali opata, a z jego sali było przejście do mojego Mistrza. Po drodze usłyszałem krzyk kobiety. Zajrzałem do pobliskiej komnaty i zobaczyłem jak dwaj napastnicy zdzierają ubrania ze służki. Naciągnąłem dwie strzały i puściłem ja w kierunku wrogów, obie przebiły ich na wylot. Niestety ten co stał bardziej po lewej przewrócił się na nagą służkę, wystający grot przebił jej brzuch.
– Na wojnie zawszę są ofiary bracie – obróciłem się gwałtownie. Odetchnąłem z ulgą, to był mój przyjaciel z drużyny. Zabójcy zawsze pracowali parami, rzadko kiedy działali indywidualnie.
– Idziemy do opata, Grundel – powiedziałem do przyjaciela. Miał na sobie habit, trzymał w ręce potężny miecz dwuręczny, prawdopodobnie zdobyczny. Przyjaciel kiwnął głową, ruszyliśmy dalej korytarzem.
Po kilku chwilach ujrzeliśmy trzech zakonników zabijających czterokrotnie większą liczbę oponentów. Byli to nasi trenerzy, od lewej był to Calvinus, Araivan, Seqtedos.
– Dobrze, że ktokolwiek przeżył, jesteśmy z was dumni. – Seqtedos powiedział. Uśmiechnąłem się. Widać musiałem być naprawdę dobry jeżeli przeżyłem. Przeciwnik nie wydawał się zbyt mocny.
Araivan pogłaskał swój sejmitar i rzekł:
– Mamy dwie opcje – albo pójdziemy po naszego Mistrza narażając własne życie, lub uciekamy z tej kostnicy. Wasz wybór bracia – Popatrzyliśmy na siebie z Grundlem. Nigdy nie stawiano nas w tak trudnej sytuacji. Tyle zawdzięczałem Mistrzowi, tyle mnie nauczył.
– Ja idę, nie opuszczę go – odsunąłem się od Araivana, ten ścisnął swój sejmitar w swojej ręce.
– Nie pozwolę byś zniweczył me plany biesie – Araivan rzucił się na mnie i ciął od spodu. Wyczułem jego atak i zablokowałem gladiusem, przeciwnik jednak wbiegł kilka kroków po ścianie po czym odbił się robiąc przewrót w tył. Czułem jak coś ostrego rozszarpuje mój bark. Popatrzyłem na zakrwawiony nóż leżący na ziemi, po czym poczułem coś zimnego na gardle. Za mną stał Araivan, przykładał mi miecz.
– Zrobisz co ci każę – Wyszeptał mi do ucha.
Nie wiedziałem na początku co zrobić, jednak naszedł mnie pewien pomysł, bardzo niebezpieczny. Odchyliłem głowę najmocniej jak umiałem jednocześnie chwytając uzbrojoną dłoń Araivana. Przeciwnik zawył, z jego nosa pociekła krew. Kopnąłem go w brzuch – odleciał kawałek po poziomej trajektorii po czym wbił się w ścianę. Już miałem zamiar kontynuować rozmowę z resztą gdy usłyszałem wrzask. Rzuciłem mieczem najmocniej jak umiałem. Z ust mojego byłego trenera dało się usłyszeć cichy charkot. Miałem szczęście – zareagowałem w porę szybko. On też się przymierzał do rzutu, uprzedziłem go o sekundę.
Wszyscy na mnie patrzyli z podziwem, podszedł do mnie Calvinus.
– Zasada między nami jest taka, że jeżeli jeden drugiego zabije, to przejmuje jego funkcje. Otrzymujesz stopień mistrza miecza.
Byłem zaszczycony, jednak nie było mi to w tym momencie tak bardzo potrzebne.

Głośny huk i wrzask dobiegł od strony głównego wejścia. Dziesiątki przeciwników biegły w naszą stronę. Byli dobrze uzbrojeni, mieli na zbrojach dziwny herb – zielony sztylet z którego ściekały krople.
– Bractwo Gniewu – Calvinus wyciągnął jatagan i rzucił się na wrogów. Za nim biegł Seqtedos z podniesionym w górę toporem.
– Grundel co robimy? – nie wiedziałem co zrobić, to było takie zagmatwane. Mój przyjaciel jednak kiwnął głową patrząc na dwóch dzielnie walczących mężów.
Calvinus zawył, jatagan wypadł mu z ręki. Zachwiał się kilka razy, po czym upadł na ziemię. W jego ciało wbite były cztery włócznie. Patrzyłem jak rozpędzona armia przebiega koło Seqtedosa, padł martwy – był porozcinany.
– Wynosimy się – krzyknąłem i zabrałem się z Grundlem do ucieczki. Ujadanie napastników powoli cichło. Zabarykadowaliśmy się w pobliskim pokoju. Był lekko ciasny, pachniało w nim stęchlizną. Właściciel leżał na łóżku – miał wbite cztery strzały w tors. Był martwy od kilkudziesięciu minut.
Tłum przebiegł obok drzwi, po czym odgłos napastników oddalał się. Spokojnie wyszliśmy z komnaty zachowując wszelką ostrożność. Skierowaliśmy swe kroki do pokoju Mistrza.

– Oddawaj chłopaka starcze, albo pożałujesz! – Nad Mistrzem stał mężczyzna bez hełmu. Miał długie, czarne włosy, nosił zbroję łuskową. Przez plecy miał przewieszony szeroki miecz.
– Odejdź precz, bękarcie – Patrzyłem jak Mistrz rzuca się na przeciwnika. Widziałem jak został rozszarpany przez mrocznego rycerza.
Wraz z Grundlem rozpoczęliśmy paniczną ucieczkę. Koło wyjścia poczuliśmy jak klasztor się trzęsie. Grundel się potknął, z dachu zaczęły sypać się okruchy.
– Idź, ty musisz przeżyć – nic nie powiedziałem – pobiegłem przed siebie przekraczając próg monastyru. Dwóch żołnierzy pilnujących przejścia zabiłem jednym płynnym ciosem Dziedzica Nocy.
Nie obróciłem głowy – klasztor się zawalił.

ROZDZIAŁ I
Byłem wycieńczony. Szedłem właśnie na południe od klasztoru. Dawno opuściłem zielone tereny, dwa dni temu wkroczyłem na gorącą Pustynię Skorpiona. Gdzieś po drodze zgubiłem Dziedzica Nocy, prawdopodobnie jak walczyłem z łowcami niewolników 200 mil stąd. Słońce przypiekało, oazy nigdzie nie było widać. Przestałem kojarzyć fakty, moje nogi zrobiły się cholernie ciężkie. Czułem tylko bolesny upadek.

Obudziły mnie wstrząsy, słońce nie przygrzewało aż tak mocno. Leżałem w cieniu. Nade mną pochylał się człowiek. Miał na sobie szary płaszcz, głowę miał zawiniętą w jakieś szmaty. Do pasa miał przypięty sejmitar.
– Obudziłeś się wreszcie chłopcze – lekko się uniosłem podpierając się łokciami. Mężczyzna podał mi bukłak z wodą. Wlał mi trochę tego cudownego płynu do ust. Byłem wniebowzięty.
– Długo spałem? Gdzie ja w ogóle jestem? – popatrzyłem najpierw na tego co się na mnie pochylał, potem na kilku innych stojących ciut dalej. Byłem w wozie, koło mnie leżały różne dywany i płótna. Sprawdziłem pas – nie miałem broni. Zaraz jednak ją zobaczyłem – leżała przykryta płótnami zaraz obok mnie.
– Trzy bite dni chłopcze. Byłeś strasznie wycieńczony. Aktualnie jedziesz z nami do pięknego miasta Nur’Ad. Będziemy sprzedawać swoje towary więc cię tam odstawimy – mężczyzna popatrzył na mnie uprzejmym wzrokiem – nazywam się Hibn Arav, jestem kapitanem najemników. Osłaniamy te karawany od wielu lat. Jak cię nazywają chłopcze?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, nie wiedziałem już jak się nazywam. Cały czas zwracano się do mnie per brat. Pomyślałem chwilkę i odpowiedziałem Hibnowi.
– Corvan, możecie do mnie mówić Corvan – Położyłem głowę na poduszkę. Nie czułem się najlepiej.
– A więc Corvanie muszę rzec, że zrobiłeś niewyobrażalną rzecz. Przeszedłeś 500 mil na jednym bukłaku z wodą. To niesamowite. Teraz jednak śpij, musisz wypocząć. Obudzę cię jak dojedziemy do Nur’Ad Corvanie, Synu Pustyni.

Jechaliśmy jeszcze dwa dni. Hibn opowiadał o swoich przygodach, o tym czym handlowali i o wszystkich wojnach jakie przeżył. Był niesamowitym człowiekiem. Ja nie miałem innych przeżyć niż życie klasztorne.
– Widzisz Corvanie? – Hibn pokazywał mi oddalone o kilka mil ogromne miasto – To jest nasze przeznaczenie.
Miasto było niesamowite, miało bardzo grube mury koloru jakby hmm… piaskowego tylko tak przyciemnionego. Było widać wiele masywnych wież i baszt. Już z tej odległości dostrzegłem potężne machiny obronne stojące na umocnieniach. Inną ciekawą rzeczą były rośliny. Widziałem jak z murów, domostw mniejszych i większych zwisają piękne rośliny, bardzo zielone i nadające niezwykłego uroku miastu.

Po kilku dłuższych chwilach dotarliśmy pod bramy tego urokliwego miasta. Strażnicy byli muskularni, odziani w łuskowe zbroje koloru złotego. Do pasów mieli przypięte jatagany, z tyłu machairy. Na głowie nosili szyszaki. Na murach strażnicy mieli kolczugi, w rękach trzymali kusze.
Strażnik bez słowa otworzył bramę. Wjechaliśmy na ulicę tętniącego życiem miasta. Drogi wyłożone były białym brukiem, domostwa w tej okolicy były przednie. Tylko przy murach stały slumsy. Budulcem z którego postawiono domy była (tak mi się wydaje) biała cegła lub wapień. Na niektórych budynkach były różnorakie wzory, z okien za to wydobywał się cudowny zapach jadła. Żołądek przypomniał mi o swoim istnieniu.
Jechaliśmy powoli jeszcze kawałek, aż dotarliśmy na sporych rozmiarów plac.
– Tu cię zostawimy Corvanie – Hibn stał koło mnie, wyciągnął dłoń – gwarantuję Ci kolejne spotkanie.
– A ja tobie przyjacielu – uścisnąłem wystawioną rękę i wyskoczyłem z wozu. Sięgnąłem jeszcze tylko po broń – przypiąłem miecz do pasa, łuk z kołczanem przewiesiłem przez ramię. Ruszyłem długą aleją.
Mijałem ludzi, byli to i zwykli mieszkańcy, trochę hołoty, trochę bogaczy. Po lewej mijałem zamtuz o wdzięcznej nazwie „Cudowna Jaskinia”, po lewej były koszary. Jak w każdym mieście koszary składały się z trzech części – żołnierskiej, oficerskiej i gościnnej. W tej ostatniej przebywali najemnicy, których można było nająć za mniejsze lub większe pieniądze do różnych celów.
Idąc dalej ledwo co zauważyłem pewną zmianę, ludzi nie było w tej okolicy. Obróciłem głowę – masa ludzi przemieszczała się w miejscu z którego wyszedłem – tu jednak ulice świeciły pustkami. Popatrzyłem raz jeszcze.
– Ah, jestem głupi – rzekłem sam do siebie po czym zawróciłem. Droga rozwidlała się, wybrałem niestety tą dróżkę, która nie jest główną aleją. Co miałem zrobić – rozpocząłem powrotny marsz. Po przejściu kilku kroków wydawało mi się, że coś usłyszałem, poszedłem to sprawdzić. Pięciu strażników kopało leżącego, starszego mężczyznę.
– Nasz król nie znosi takich niespodzianek, starcze – strażnik zasadził potężnego kopniaka leżącemu człowiekowi, ten zakaszlał krwią.
W sumie wyglądał na jakieś 60 lat. Miał krótką, siwą brodę i siwe włosy sięgające szyi. Odziany był w zielono-czerwoną togę.
– Ja tylko chciałem dobić mojego synka – mężczyzna rzekł, nie wiedziałem o czym on mówi, przeraziło mnie to. Strażnik pochylił się nad mężczyzną i rzekł:
– Jak król krzyżuje za bunt to dlatego, aby buntownicy wiedzieli, że umierają. Ty też tak skończysz.
Nie wytrzymałem. Naciągnąłem strzałę na cięciwę i puściłem ją w stronę stojącego tyłem do mnie żołnierza. Przeszła przez gardło na wylot, strażnik padł na ziemię dekorując okolicę kałużą krwi. Reszta rzuciła się na mnie, jednak stało się coś o czym bym nawet nie pomyślał. Starzec chwycił jednego ze strażników za głowę i skręcił mu kark. Zanim ten upadł to jego miecz był już w rękach dziadka. Szybkim obrotem pozbawił jednego z wojów głowy. Jeden ze strażników cofnął się przerażony, drugi zaatakował. Bez entuzjazmu wskazał napastnika palcem, chwilę potem mała czerwona kula ugodziła żołnierza. Jego ciało pofrunęło na ziemię z ogromnym impetem. Starszy mężczyzna schylił się po swoją laskę – wtedy zaatakował ostatni żyjący. Szybko wypuściłem kolejną strzałę – ugodziła go w oko.
– Dziękuję za pomoc chłopcze – starzec wyciągnął dłoń – nazywam się Thorak Davis.
– Jestem Corvan – uścisnąłem rękę mężczyźnie.
– Chodźmy stąd, mieszkam w pobliżu a to miejsce – wskazał palcem na ciała – zaraz zaroi się od gwardzistów.
Jak powiedział tak uczyniliśmy. Wędrówka do jego domu trwała chwilkę, jakieś 15 minut. Nikt z nas nie odezwał się podczas podróży. Mieszkał koło muru, jego chatka była uboga. Była to taka większa szopa zbita z desek. Thorak wpuścił mnie pierwszego. Dom miał trzy izby i toaletę. Kuchnia znajdowała się na prawo od wejścia. Była to największa izba. Pośrodku stał drewniany stół z trzema krzesłami. Po prawej, pod oknem stał piecyk na drewno. Zaraz obok niego znajdował się ruszt. Naprzeciwko wejścia do kuchni znajdowała się sypialnia Thoraka i jego żony. Było jedne małżeńskie łoże i dwie szafki nocne. Na lewo od drzwi stała szafa, obok niej był świecznik. Ostatnie pomieszczenie było najmniejsze. Pod ścianą stało łóżko, obok niego szafa. Kilka regałów z księgami dekorowało zachodnią ścianę.
– Jak widzisz Corvanie, nie opływamy w luksusy – Thorak powiedział lekko się uśmiechając – nie należymy do elity, aczkolwiek staramy się o nasze prawa.
– Ten dom jest cudowny! – mówiłem prawdę. Zawsze marzyło mi się mieszkanie w takim domku. Może niekoniecznie aż tak biednie, ale z podobnymi standardami. – chciałbym usłyszeć kilka słów wyjaśnienia, jeśli oczywiście można. – usiadłem na krześle w kuchni, pan Davis podszedł do piecyka i nałożył gotowanych kartofli z kiełbasą i cebulką na talerz, po czym podał mi go. Żołądek upominał się o swoje.
– Panie Corvan, zrobimy tak. Pan będzie jadł i nie będzie mi przerywał, a ja panu wszystko wyjaśnię – propozycja mi pasowała, kiwnąłem głową wsadzając ją chwilę potem do talerza – Miasto to jest miastem starym i pięknym. Z własną historią. Zawsze rządził nim prawy i mądry władca. Niestety, czasy się zmieniły – ludzie cierpią, giną, a to tylko z winy jednego człowieka – króla Dariusza Silvasa II. Jest to władca beznadziejny, nienawidzi nas, biedoty. Ostatnio ukrzyżował sto osób, w tym mojego syna. Moją córkę zgwałcił i powiesił. – patrzyłem na Thoraka lekko zniesmaczony, miałem otwarte usta, kartofle mi powoli wylatywały. Szybko jednak się opanowałem i kontynuowałem jedzenie posiłku. – zawiązaliśmy specjalną organizację – Związek Strzaskanych Butli – nazwa nie jest podejrzana, a walczymy z tyranią królewską. –
Skończyłem posiłek i odstawiłem talerz. Patrzyłem się na Thoraka, tyle strasznych rzeczy w życiu przeżył, współczułem mu. – chodźmy panie Corvan, przedstawię pana reszcie.

– Jakim cudem ten spleśniały grzyb uciekł? Mieliście go wyeliminować… – Król wstał. Miał długie, czarne włosy, kozią bródkę. Jego twarz dekorował spory zarost nie golony od kilku dni. Nos miał lekko zakrzywiony, przegroda nosowa była osunięta – prawdopodobnie po jakiejś bójce. Oczy miał przesiąknięte złem, były to oczy demona.
– Pa -panie – strażnik stękał – ja – ja – n – ni – nie – w –wiem. O – on b – był t- twoim na- na…
– Skończ się jąkać bo nabiję cię na pal!
– On był twoim najlepszym magiem panie. Nie mógł być tak łatwo pokonany. Zresztą ktoś mu pomógł, ktoś powystrzelał naszych ludzi.
Król wstał zamyślony, szedł szybkim krokiem w kierunku strażnika. Ten zamknął ze strachu oczy, król przeszedł i skierował się ku wyjściu. Gwardzista wstał uradowany i odetchnął z ulgą. Nagle pałac zabrzmiał strasznym wrzaskiem – krzykiem kogoś kto stracił obie ręce.

– To jest Edward Satirius – zobaczyłem jak młody mężczyzna wstaje i się kłania, odwzajemniłem gest. – jest naczelnym dowódcą naszych wojsk powstańczych. To jest Maurius Kalgar – Thorak wskazał niskiego mężczyznę – jest on szefem zaopatrzeniowym. Dostarcza broń i żywność. A ten tutaj to Kur’rah – pan Davis wskazał małego goblina – mistrz dywersji.
Przywitałem się z każdym po czym wprowadzono mnie w tajniki operacji. Żeby jednak zwiększyć nasze szanse należało wyeliminować jedną osobę.
– Niejaka Jessica Proudmore morduje naszych ludzi. Wczoraj straciliśmy trzech generałów. Musi zostać wyeliminowana! – Thorak uderzył pięścią w stół. Nie wiem jak to zrobisz, ale ona musi do jutra nie żyć. Jeżeli przeżyje to da rozkazy Dariuszowi, a wtedy nasze powstanie się skończy. Najgorsze jest to, że król jest świadomy buntu, nie chce jednak wyprowadzić armii na ulicę. Musi się panu powieść, panie Corvan. Edward Satirius pomoże panu w wykonaniu zadania. Rozejść się, obrady zamknięte! – Thorak opuścił salę wraz z resztą. Zostałem tylko ja z młodym dowódcą wojsk powstańczych.

Wyszliśmy chwilę później z piwnicy gospody „Pod Skrwawioną Lutnią” – nikt nie zwrócił na nas uwagi. Wyszliśmy na ulicę, słońce już zachodziło. Edward skierował nas do tajnego wejścia. Wszędzie było ciemno i głucho, były to tajne pomieszczenia pod pałacem. Popatrzyłem przez dziurkę od klucza.
– Czysto – Po cichutku weszliśmy do komnaty, nie była ona jakaś niezwykła, ot zwykły pokój. Pośrodku siedziała piękna elfka. Miała na sobie skórzane legginsy, czarną, skórzaną zbroję, patrzyła na mnie niewinnym wzrokiem i ponętnie wymachiwała swoimi pięknymi nogami.
Poczułem straszny ból, z wielkim trudem obróciłem głowę. Rękojeść wystawała z mojego boku.
– Edward ty… – straciłem przytomność.

Obudziły mnie kroki, popatrzyłem w lewo i prawo – ściany lśniły niebiesko-zielonym kolorem. Byłem zupełnie nagi, zakuty w dyby. Byłem w sali tortur.
– Jestem Dariusz II Silvas, król tego zasranego miasta – Koło niego stał kat.
Chwilę później podszedł do mnie i zaczął sypać ranę jakimś dziwnym proszkiem. Zacząłem wrzeszczeć, ból był straszny
– Nie jesteś taki potężny, ale zabiłeś moich ludzi – usłyszałem stukot obcasów, to ta kurwa – Jessica Proudmore. Była bardzo seksowna jednak ja byłem odporny na tego typu zagrywki.
– Jak tam nasz mały, skomlący więzień? – elfka ironizowała. Chciałem odrąbać jej tą śliczną buźkę i przewiesić sobie nad kominkiem.
– Co się gapisz suko? Dorwę cię zobaczysz. Będziesz powoli zdychała, będziesz… – nie dokończyłem, ugodziła mnie wiązka błyskawic. Poczułem zapach spalonego mięsa, zacząłem się dymić. Ostatkiem sił spojrzałem na jej twarz – była zapłakana. Zaraz potem zemdlałem.

W najbiedniejszej dzielnicy zaczęły formować się wojska. Żołnierze były ubrani w miarę jednolicie. Nosili skórzane pancerze, i szyszaki. Uzbrojeni byli w sejmitary, kosy, niektórzy nawet w widły do gnoju.
– Musimy wygrać! – Thorak stał dumnie wyprostowany – walczymy o dobro nasze, naszych dzieci i wnuków. Co z tego, że nie mamy tylu pieniędzy co te sukinsyny z pałacu – Thorak podniósł ludzką głowę, należącą niegdyś do arystokraty – skoro mamy siłę!

Ludność zawyła, zaczęli wrzeszczeć, krzyczeć. Po kilku minutach rozpoczęli marsz na zamek.
– Śmierć, śmierć – wołali idący ludzie. Wielka masa zaczęła zalewać okoliczne domy. Kto chciał przyłączał się i był gorąco witany przez resztę, kto nie przystał – ginął rozdeptany przez tłum.

Król popatrzał na swoich żołnierzy. Jedynej drogi do pałacu – Alei Królewskiej – pilnowało tysiąc mieczników. Mieli oni jatagany i trójkątne, złote tarcze. Nosili zbroje łuskowe, głowy osłaniali hełmami garnczkowymi. Za nimi stał doborowy oddział łuczników. Mieli oni długie, czerwone łuki refleksyjne, zbroje paskowe. Nie nosili hełmów. Na flankach stał najgroźniejszy oddział całego miasta – Mroczni Żniwiarze. Była to kawaleria uzbrojona w długie miecze z zakrzywionym ostrzem. Przypominały ogromne sierpy. Jako broń dodatkową nosili topory do rzucania. Opancerzeni byli w masywne zbroje płytowe koloru czarnego. Boki i naramienniki mieli okute 5 calowymi kolcami. Używali ich głównie do przedzierania się przez zastępy wrogów. Oddziałem dowodził Devourus Dark. Jako jedyny z oddziału nie nosił hełmu w kształcie głowy smoka i zamiast miecza zwanego „Żniwiarzem” używał swoich dwóch claymore zwanych „Fundamentami Śmierci”.
Nadjechał Dariusz. Odziany był w złoto-czarną paskową zbroję i w czarną pelerynę. W ręce trzymał gigantyczne ostrze. Miecz miał z 5 jardów, miał bardzo szeroką klingę na której wyryte były runy. Jego ostrze zwało się „Gwałcicielem”, nosił je na barkach trzymając za rękojeść.
– Panie Dark, proszę się przygotować – dumnie odparł Dariusz – hołota nadciąga.
Devourus popatrzył na króla i uśmiechając się ruszył na sam przód swojego oddziału. Aleja Królewska była otoczona ścianami, szeroka na 450 jardów. Król machnął ręką, oddziały ruszyły.

Obudziłem się ze strasznym bólem głowy. Noga mi samoistnie latała. Rozejrzałem się dokładnie chociaż widziałem wszystko jakby przez mgłę. Dalej wisiałem.
Jessica siedziała pod ścianą i płakała.
– Przepraszam, że cię uraziłem – Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, chyba nie zauważyła jak się obudziłem – wykonywałaś tylko swoją pracę.
Elfia piękność się uśmiechnęła. Podeszła do mnie, spojrzałem jej w oczy – nie mogłem się zbytnio ruszać.
– Masz tupet młody wojowniku – oparła ręce o ścianę pochylając się lekko.
– Dariusz wybił całą moją wioskę, wszystkich wyrżnął do nogi – Zrobiło mi się przykro, wiem jak ludzie cierpią z powodu takich śmieci jak ten uzurpator. Jessica podeszła do dyb, uwolniła najpierw ręce, potem nogi. Rzuciłem okiem na pobliską żelazną dziewicę, ze środka dobywały się ciche jęki. Byłem obolały, jednak wymusiłem posłuszeństwo na swoich kończynach. Zbliżyłem się i otworzyłem zamek. W środku stał zakrwawiony mężczyzna.
– Jestem Zygfryd, zwany Sokołem – strasznie cicho mówił, ledwo trzymał się na nogach – Muszę uciekać i zawiadomić Radę o zdradzie Dariusza – patrzyłem zdezorientowany na odchodzącego człowieka. Miał może z pięćdziesiąt lat…
Poczułem na sobie dziwne ciepło. Obróciłem się i zobaczyłem Jessicę, była naga. Pocałowałem ją, zsunęliśmy się na ziemię. Pieściłem rękami jej piersi, całowałem jej uda. Elfka jęczała – podobało jej się. Chwilę potem zaczęliśmy się dziko kochać. Nigdy nie przypuszczałbym, że sala tortur może połączyć kobietę i mężczyznę.

Thorak się zatrzymał, patrzył na rozpędzoną kawalerię. Buntowników było około dwudziestu razy więcej, ale nie byli pewni czy dadzą radę.
– Corvan zawiódł! Odwr… – Devourus minął maga wraz z całym oddziałem Żniwiarzy. Głowa pana Davisa potoczyła się pod kopyta rozpędzonych koni.
– Siec ich, siec! – młody, szesnastoletni Alexander Hishig ciął jednego przeciwnika po drugim. Widział jak oddziały mieczników wchodzą do walki. Razem z ojcem rzucili się na gigantyczny regiment piechoty. Młody chłopak odciął jednemu przeciwnikowi głowę, drugiego powalił na ziemię i dobił ostrzem.
– Stań do walki o honor, psi synu! – oficer podszedł do dzieciaka. Uzbrojony był w jatagan, opancerzony był jak reszta jego piechoty. Wyróżnikiem był kolor płaszcza.
– Alex, nie rób tego! Alex ucie…
– Ojczeeee! – Młody chłopak widział jak Dariusz przepoławia jego ojca na dwie części. Krew oblała twarz dzieciaka.
– Chodź tu mały smarku! Bez litości – Alexander skoczył na przeciwnika. W tym momencie, jeden z żołnierzy rzucił włócznią w plecy chłopca. Z głuchym trzaskiem padł martwy na ziemię. – honor, stfu. Ruszamy!
Maurius Kalgar wszedł na dach pobliskiego domu i zaczął razić przeciwników z kuszy.
– Pozycje obronne, natychmiast – krzycząc na walczących powstańców uchylił się przed strzałą. Trafił z kuszy kolejnego napastnika. Przeskoczył na sąsiedni dach i nagle się obrócił.
– Edward! co się dzieje? – Gruby kusznik właśnie kucnął ratując swoją własną głowę – gdzie jest Corvan?
Satirius wyciągnął ze zgrzytem sejmitar i wbił go w pierś Kalgara. Z ust Mauriusa pociekła krew.
– T-ty z-z-d-draj-co – Kusznik ostatkiem sił naciągnął bełt i wystrzelił go w kierunku Edwarda. Pocisk przebił się przez dziurkę od nosa rozrywając mózg na strzępy. Obaj upadli martwi obok siebie.
Dariusz zszedł z konia. Jeden z powstańców chciał zajść go od tyłu. jednak został potraktowany wiązką błyskawic. Kolejny przeciwnik chciał odciąć mu nogi. Jedyne co z niego zostało to dwie ręce. Ciało leżało 100 jardów dalej.
Devourus rzucił dwoma toporami – przebiły się przez kilku ludzi. Uśmiechnął się – zabił osiemnastu przeciwników jednym rzutem. Wyciągnął dwa bliźniacze claymore i zeskoczył z konia. Roznosił przeciwników masakrycznymi cięciami. Runy na ostrzach zaczęły się jarzyć. Miecze przyjmowały krwawe ofiary.
Piętnaście goblinów na czele z Kur’Rahem rzuciło się do ataku na oddziały łuczników. Oddział zaczynał natychmiastowo padać – gobliny świetnie posługiwały się nożami. Skakały z głowy na głowę podrzynając gardła. Gdy większość łuczników została wybita, to ruszyły na pikinierów broniących wejścia do pałacu.
– Cichutko przyjaciele, cichutko – Kur’Rah zachęcał swoich goblinów do cichego podejścia. Byli już kilka jardów przed celem.
– Teraz! – Pikinierzy obrócili się i jak jeden mąż rzucili pikami. Gobliny zostały rozmazane na ścianach pałacu. Włócznicy wyciągnęli miecze i rzucili się na armię powstańców.


Jesteś niesamowita Jessico – mówiłem prawdę. Cały czas patrzyłem na jej piękne, nagie ciało. Oboje się ubraliśmy i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Elfka wyciągnęła zza beczki mój sprzęt. Przywdziałem ekwipunek, Jessica wzięła do ręki lancę, przewiesiła sobie łuk przez plecy, zabrała kołczan strzał. Razem ruszyliśmy ku wrotom.

Wyjście wyprowadziło nas niedaleko bramy głównej. Spojrzałem w prawo i zaniemówiłem.
– Dom Thoraka – patrzyłem na dom, który dał mi tyle dobra. Jessica chwyciła mnie za rękę.
– Chodźmy mamy mało czasu – rozpoczęliśmy ucieczkę. Nie przebiegliśmy nawet kilku jardów gdy usłyszeliśmy chrzęst zbroi. Widziałem dwunastu strażników zmierzających w naszą stronę. Halabardy mieli przygotowane do ataku. Razem z Jess wypuściliśmy kilka strzał jednocześnie – padło sześciu. Reszta rozpoczęła szarżę. Udało nam się jeszcze wypuścić kilka strzał. Zginęli trzej gwardziści. Ze zgrzytem wysunąłem miecz z pochwy i zaatakowałem nieprzyjaciół. Musiałem niestety trafić na kapitana. Bez problemu blokował moje ataki, ja miałem jednak trudność z blokowaniem jego. Bez wątpienia był doskonałym wojownikiem. Widziałem jak obok mnie leci lanca – jednego strażnika przyszpilił do ściany rzut Jessici. Kapitan wymachiwał bardzo szybko swoją szablą. Miałem szczęście – był tak zaślepiony swoimi umiejętnościami, że nie zauważył dołka. Potknął się i z krzykiem wpadł do studni. Dowiedziałem się czegoś nowego o mieście – niektóre studnie były suche.
– Corvan uważaj! – Obróciłem się najszybciej jak potrafiłem. Wiedziałem, że zapomniałem o jeszcze jednym – było ich dwunastu. Wojownik zatrzymał się jednak, nie zadał ciosu, przewrócił się. Z jego pleców wystawał kindżał.
– Miło cię widzieć Corvanie, Synu Pustyni!
– Hibn! Znowu zjawiasz się w odpowiednim momencie. – nie kryłem radości. Przedstawiłem Jessice mojego wybawiciela. Chwilę potem odjeżdżaliśmy karawaną ku górom Solvirs.

– Matko. co my teraz zrobimy! – Młoda dziewczyna, na oko szesnastoletnia – biegła wzdłuż drogi obłożonej trupami.
– Schowajmy się, natychmiast. Ruszajmy do…
– Aaaaa! – dziewczyna patrzyła jak głowa jej matki szybuje wysoko w górę w towarzystwie krwawego gejzeru. Za martwą kobietą stał mężczyzna z dwoma mieczami.
– Proszę nie rób, nie rób mi… – Dziewczyna przewróciła się ze strachu na ziemię.
– Zamknij pysk bo ci go utnę! – Dark podszedł do dziewczyny, podwinął jej spódnicę i zdjął spodnie. Dziewczyna zaczęła jęczeć, łzy leciały jej z oczu. Devourus zwiększył tempo, jęki szesnastolatki przeraziły się w bolesny krzyk.
– Brać ją – Dark zapinał spodnie i patrzył na młode, nagie ciało. Żołnierze otoczyli dziewczynę i chwycili ją z całej siły. – jak masz na imię dziwko? – Dziewczyna popatrzyła w oczy Devourosowi.
– Cinthy – odparła przez łzy szesnastolatka. Devourus podszedł i dotknął jej łona. Dziewczyna jęknęła.
– A więc Cinthy, będziesz sobie wisieć na krzyżu. Właśnie w tym miejscu – śmiech rycerza zagłuszył krzyki dziewczyny.
Dariusz szedł spokojnie ulicą. Rozglądał się i ewentualnie dobijał trupy. Rozglądał się na lewo i prawo. Patrzył jak co kilkanaście jardów jego rycerze gwałcą kobiety – ciężarne, młode, starsze. Nawet dziesięciolatce nie udało się uniknąć tego straszliwego losu.
Następnego dzień podziwiał tysiące krzyży dekorujących Aleję Królewską.

ROZDZIAŁ II

Trzy mroczne postacie biegły z gigantyczną prędkością przez ciemną jaskinię. Wokół czuć było wilgoć, gdzieniegdzie był tylko zielonkawy mech. Byli już blisko, widzieli już światła pobliskiego obozowiska – orki weszły do Jurham – miasta Mrocznych Elfów.
– Jak myślisz Valgor, ilu ich tam jest? – Spytał jeden z towarzyszy. Miał on ciemną skórę, skórzane łachy. W ręce trzymał krótki miecz.
– Nie mam pojęcia, myślę, że około dwudziestu – odparł ten zwany Valgorem. Miał na sobie czarną zbroję paskową. Uzbrojony był w długi miecz. Na jego rękojeści wyryta była inskrypcja :
”Ku przeznaczeniu mrocznej ręki Valgora„ – ostrze pokryte było runami. Miecz miał swe imię – „Dusza Mroku”.
Nagle dało się usłyszeć głośny świst – dziesięciu orkowych łuczników wystrzeliło strzały. Z niesamowitą gracją mroczne elfy uniknęły ataku skacząc po ścianach i robiąc inne akrobatyczne sztuczki. Wbiegli do komnaty, orkowie wyciągnęli miecze, topory i inne żelastwo. Valgor skoczył na jednego przeciwnika i wbił mu głowę w szyję, aż mu wyszedł kręgosłup między nogami. Kolejnych trzech przeciwników rozpłatał ciosem z półobrotu.
– Kulrag San’Gharrrok Rutha! – Jeden z orków wskazywał palcem na Valgora, orkowie się rzucili na Valgora.
– Chyba mówisz o swojej matce! – Lecące ostrze przebiło szyję chamskiemu potworowi.
Kibeth – tak nazywał się jeden z mrocznych elfów, rzucił się na watahę toporników stojących koło kotła – zabił dwunastu, upadł z wbitym toporem w plecy. Nie zauważył trzynastego.
– Valgor! Spadamy! – Elfy uciekły w jedną z pobliskich odnóg, słychać było świst strzał. Zagvar wyciągnął pięć nożyków i cisnął nimi za siebie. Z ciemności dobył się przeraźliwy wrzask.
Elfy skręciły w lewo, wbiegły na podnoszącą się powoli ścieżkę. Zagvar charknął – z jego pleców wystawało piętnaście strzał. Z pobliskiej odnogi wyszło kilkunastu łuczników.
– To nic, biegniemy! – Ranny elf zignorował strzały, chociaż cztery przeszły na wylot. Valgor chwycił pod ramię kolegę i rozpoczęli paniczną ucieczkę. Wiedzieli, że miasto jest stracone.
Usłyszeli nagle szum wody, skręcili w ostatni zaułek, Zagvar upadł na ziemię. Dotarł do nich blask słońca, tak bardzo zabójczy dla mrocznych elfów. Ciało rannego drowa zaczęło się dymić.
– Valgor, jesteś odporny na światło, uciekaj – Matka Valgora była człowiekiem, na szczęście odziedziczył po niej tę odporność. – Zostaw mnie tutaj bracie i idź! – Drow spojrzał na Zagvara – jego wrzask zatrząsł całą jaskinią. Valgor patrzył jak ciało jego brata jest zjadane przez okrutne czerwono-czarne płomienie.
– Tu być ty elf! Ja wiedzieć, że ty uciekać nie ma gdzie! – Jeden z orków, prawdopodobnie wyższy rangą patrzył na Valgora. – Ty moje i ich! – Kilka strzał leciało w jego kierunku. Czuł jak jedna rozrywa mu skórę na ramieniu, druga blokuje się między żebrami. Valgor się obrócił i skoczył. Orkowie patrzyli jak mroczny elf spada wraz z wodospadem do jeziora.

Patrzyłem na powoli znikające miasto Nur’Ad. Widziałem na pomarańczowym niebie czarny dym – powstanie upadło. Jeszcze tutaj dało się usłyszeć krzyki mordowanych ludzi. Karawana jechała powoli, Jessica spała na moim ramieniu. Patrzyłem na nią – taka niewinna, a jednak potrafiła zabić.
– Jak ci się żyje Corvanie, Synu Pustyni? – Hibn usiadł na dywanie koło mnie, popatrzył na Jessicę. – Wiesz o tym, że ta kobieta cię kiedyś opuści prawda?
Wiedziałem, miał rację. Nie byłem jednak w stanie przyjąć tego do serca. Miałem mętlik w głowie.
– Corvanie, Synu Pustyni, mam coś dla ciebie – Hibn sięgnął za pazuchę i wyciągnął mały pakunek z inicjałami „V, D.M”. Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
– Po co mi to dajesz? Co to jest? – Hibn wsadził fajkę do ust opierając się o ścianę wozu. Oglądałem paczuszkę z zainteresowaniem.
– To jest coś co nie należy do ciebie i proszę cię byś tego nie otwierał. Przekażesz to odpowiedniej osobie. – Hibn mówił głosem pełnym tajemnic – Gwarantuję ci, że do dwóch dni się tego pozbędziesz – uśmiechnął się. Ja potrząsałem paczuszką i z zainteresowaniem nasłuchiwałem, jakby ta mała rzecz miała mi pomóc. – prześpij się Corvanie, Synu Pustyni – zmierzył wzrokiem Jessicę – potrzebujesz snu.
Spojrzałem na śpiącą piękność, oparłem moją głowę o jej i zasnąłem pogrążając się w świecie snów.

Drow z wielkim trudem wyszedł z wody. Słońce już zachodziło. Wielka pomarańczowa kopuła znikała za horyzontem. Mroczny Elf ciężko dyszał. Miał zranione ramię i strzałę wbitą między żebra. Chwycił ją, po czym powoli wyciągnął. Był cały mokry, zbroja na nim ciążyła, na oczy opadały mu długie, siwe włosy. Sprawdził czy nic nie utonęło. Było wszystko poza nożami do rzucania. Valgor przeszedł kilka kroków, obejrzał się. Widział malutkie kontury orków na skarpie.
– Psie syny, bękarty – Drow rzucił im mordercze spojrzenie. Zaraz po tym skierował swe kroki wzdłuż ścieżki.
Szedł przez ciemny las chyba godzinę. W pobliżu nie było żywej duszy. Szedł jeszcze kilka godzin, mijał drzewa, szubienice na których wisieli zbrodniarze. Nagle spostrzegł światła, mała wieś, może tysiąc mieszkańców. Podszedł kilka kroków, mieścina faktycznie mała. Wokół osady znajdowała się drewniana palisada. Wejście do wioski nie było pilnowane, więc Valgor nałożył kaptur i ruszył przed siebie. Po lewej i prawej stronie znajdowały się drewniane domostwa, ganki oświetlone były latarenkami. Po środku stał rynek – był to spory, brukowany plac zbudowany na planie kwadratu, podobnie jak cała wieś. W centrum stał drewniany cokół, obok pręgierz.
Valgor podszedł bliżej, coś było nie tak. Za dużo ludzi stało na środku.
– Dlaczego nie masz pieniędzy Lady Uridio? – wysoki, barczysty chłop stał obok niej, w ręce miał miecz. Drow rozejrzał się po okolicy.
– Jeden, trzy, osiem, dwanaście, siedemnaście – Mroczny Elf liczył podobnie ubranych ludzi. Domyślał się, że to byli rabusie. Zbierali haracz od kolejnej osady.
– Proszę, daj nam chociaż dzień! Ludzie i tak nie mają co jeść. Część mieszkańców sprzedała dzieci w niewolę, część sprzedała domostwa. Nie możesz nam tego zrobić! – Kobieta przez łzy błagała na kolanach bandytę.
– Rozbieraj się! I ty, ty, ty – Bandzior wskazywał przypadkowe kobiety palcami – będę miał zabawę.
Valgor podszedł do jednego z zabójców.
– Czego ty… – Drow położył martwego mężczyznę cicho na ziemi. Pobiegł z niewyobrażalną prędkością w stronę grupki kolejnych napastników. Biegł bardzo cicho, nikt go nie zauważył. Bez żadnego hałasu wyciągnął Duszę Mroku i rozpłatał kolejnych pięciu. Popatrzył na mównicę – bandzior powoli przystawiał swoje ręce do ładnej pani burmistrz.
Valgor dostrzegł kolejnych trzech ludzi między mieszkańcami. Aktualnie nie byli możliwi do pokonania. Za mównicą, po przeciwnej stronie stało dwóch. Drow rozpłynął się w mroku nocy. Chwilę później kładł na ziemię martwe ciała.
– Patrz Lordic, ktoś zabija naszych ciemiężycieli – Jeden z chłopów wskazał ukradkiem na Valgora. – Ten nieznajomy to jakiś anioł śmierci. Musimy mu pomóc.
Drow właśnie powalił jednym, cichutkim cięciem sześciu napastników rozrywając na strzępy ich organy witalne. W pierwszej kolejności poszły płuca, nikt nawet nie jęknął. Spojrzał w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stała trzyosobowa grupka najeźdźców. Obok stał ten chłop – Lordic – mieli poderżnięte gardła. Kolejnych trzech z głowy.
Ostatni widoczny stał między ludźmi. Valgor sięgnął do buta i wyciągnął kozik. Spojrzał raz jeszcze na tłum. Wiedział, że jeżeli nóż zejdzie o milimetr to zabije niewinnego człowieka. Z resztą kozik i tak nie był przeznaczony do rzutów, nie miał jednak wyboru. Chwycił mocno rękojeść sztyletu, zamknął oczy. Postał chwilę w miejscu, po czym wziął potężny zamach i rzucił. Otworzył oczy po chwili, przeciwnik stał martwy podpierany przez okoliczną ludność, która zdążyła się już zorientować o co chodzi. Ostatni przeciwnicy stali na mównicy, osłaniali herszta. Valgor jednym susem wskoczył na podest mający 12 jardów i otoczony majestatycznym blaskiem księżyca odciął dwóm ochroniarzom głowy. Przywódca watahy w porę zorientował się o co chodzi, chwycił kobietę i się nią zasłonił.
– No co jest! Brać go! – Herszt krzyknął z całej siły, nikt jednak się nie zjawił. Bandzior rozejrzał się po okolicy, wszyscy jego ludzie byli martwi. – Zabije ją! Jeszcze krok i ona umrze! Nienawidzę ludzi, nienawidzę! – W oczach najeźdźcy ukazało się szaleństwo.
– Tak się składa, że nie jestem człowiekiem – Valgor zdjął kaptur. Wielu ludzi zaczęło krzyczeć i odsuwać się od podestu.
– Drow, o cholera, co mam zrobić! – Herszt mówił sam do siebie. – Zabije cię wybryku natury, zabiję… – Rabuś otworzył oczy, Mrocznego Elfa tam nie było. Ze strachem obrócił się do tyłu.
– Nie biesie, ja zabiję ciebie – Głowa przeciwnika wyleciała na kilka jardów w górę, z korpusu wystrzeliła czerwona fontanna. Z głuchym łomotem ciało upadło na podest, potem stoczyło się na ziemię.
– Dziękuję, bardzo dziękuję! Pani burmistrz ubierała się, podeszła do elfa. – Jak masz na imię szlachetny panie? – Kobieta była ładna, młoda. Miała może 35 lat.
– Valgor, Valgor Mroczna Dusza. – Drow popatrzył na tłum, ten się uśmiechał.
– Niech żyje Valgor, niech żyje!!! – chwilę później wszyscy obejmowali Drowa i skierowali się ku karczmie.

Słońce mnie raziło jak jasna cholera. Nie byłem przyzwyczajony do takich błysków. Rozejrzałem się, Jessica jadła śniadanie wraz z Hibnem i kilkoma innymi strażnikami.
Podszedłem do nich i dostałem przebrzydłą maź.
– Co to jest? – papka nie wyglądała apetycznie, była biała i kleista. Hibn popatrzył na mnie z uśmiechem.
– Jedz Corvanie, Synu Pustyni, musisz jeść. Nawet człowiek z taką przeszłością nie jest nieśmiertelny – popatrzyłem ze strachem na pana Arava, on jedynie się do mnie uśmiechał. Chciałem zadać pytanie, lecz uznałem, że to kompletnie bezsensu. I tak by mi nie odpowiedział.
Zabrałem się do jedzenia. Nie smakowało tak tragicznie, było lekko oleiste i tłuste. Spojrzałem na resztę, tłumiła śmiech. Jessica też się uśmiechała.
– Co jest tak zabawne? – Byłem lekko zdezorientowany, czułem że zaraz dojdą mnie jakieś dziwne wieści.
– Corvanie, Synu Pustyni, tak właśnie smakuje potrawka ze skorpiona i chrząszczy. – Cały wóz wybuchnął śmiechem. Byłem wściekły.
– A wy co jecie? – Patrzyłem na resztę ironicznym wzrokiem.
– Wołowinę i jagnięcinę – Chciałem zabić Hibna za te słowa, jednak dał mi coś co mnie ucieszyło.
– Masz Corvanie, Synu Pustyni – trzymałem w ręku talerz z mięsem – jedz! – Nie musiałem być zachęcany przez nikogo. Od razu wsadziłem głowę w talerz.

Karczma była ciekawym miejscem. Przy zachodniej ścianie stała sporych rozmiarów lada. Ściany były czarne, zdobione niebieskimi wzorami. Pomieszczenie oświetlone było kilkunastoma świecznikami. Pośrodku było wiele stołów. O dziwo cała wieś się tu zmieściła i jeszcze było dużo miejsca.
– Valgor! – ktoś zawołał z tłumu – Zabaw nas opowieściami i śpiewem!
– Ładny co? – jakaś dziewczyna szeptała.
– No, chciałabym mieć takiego – Dopowiedziała inna – poszłabym z nim do łóżka…
– Tobie to tylko jedno w głowie.
Drow wyszedł i stanął na stole. Zamknął oczy i zaczął śpiewać. Cała sala umilkła.
„W oddali dom, pozostawiony złu,
Uciekaliśmy, zabrakło nam tchu,
Wróg jednak nie śpi, pod osłoną nocy,
Sprzedał mej rodzinie topory i kosy.
Poprzez las, w odmęty mroku,
Towarzyszyła nam śmierć, jak każdego roku,
Bracia moi padli, zginęli od strzał,
Jam jest tym Drowem, co w bitwę ich gnał.

Chcieliśmy sławy, klejnotów i złota,
Dostaliśmy tylko przezwisko „hołota”,
Na krzywdy ludzkie ślepi, na egzekucjach niemi,
Pycha i chciwość zepchnęła nas do podziemi.”
Ballada „Dziedzictwo Mroku”

Ludzie zaczęli krzyczeć i klaskać. Podali Valgorowi kufel piwa i rozpoczęły się śpiewy i tańce. Drow jednak siedział przy ladzie, pił jedno piwo za drugim.
– Tak, trzeba sobie zrobić trochę przerwy – Valgor przypomniał sobie palącego się brata. – Zawiodłem miasto, zawiodłem Kibetha i Zagvara. Wszyscy nie żyją – Z oczu Mrocznego Elfa popłynęła łza. Nie wiedział, że świat zewnętrzny może być taki piękny.
– Nalej mi od razu pięć kufli – Barman popatrzył na Valgora dziwnym wzrokiem, po czym zabrał się do nalewania trunku. Valgor wypił wszystkie, stracił świadomość.

Wróg! Wróg nadchodzi! – Wyjrzałem natychmiast przez płachtę od wozu. Kilkudziesięciu jeźdźców na koniach pędziło w naszą stronę wywijając cepami i maczugami.
– Nomadzi – rzekł ze spokojem Hibn – Przygotować się! – czułem jak wóz zatrzymuje się. Wybiegłem z resztą na zewnątrz. Strażnicy ustawili się w szyku. Było ich dwunastu. Sześciu klęczało, mieli przygotowane kusze, sześciu stało i celowało w nadjeżdżających wrogów. Ja z Jessicą i Hibnem naciągnęliśmy strzały na cięciwy i w spokoju czekaliśmy na odpowiedni moment.
– Ognia! – Hibn pierwszy wypuścił strzałę, my zaraz za nim. Kilkunastu nomadów spadło z koni, kolejni galopowali dalej. My z łuku strzelaliśmy jak najszybciej mogliśmy, reszta stała z sejmitarami. Poluźnili szyki, chwilę potem jeźdźcy wjechali wprost na nas. Ciąłem moim gladiusem jednego po drugim. Jessica zrzucała przeciwników z koni, zabierała im broń i rzucała nią w kolejnych wrogów.
Hibn rozciął jednemu napastnikowi brzuch, drugiemu odciął głowę. Uniknął ataku i rzucił sejmitarem – przebity żołnierz upadł. Chwycił włócznię szarżującego napastnika i cisnął nim w dwóch pozostałych.
Sparowałem cios jednego z nomadów, wprowadziłem szybką kontrę. Przeciwnik leżał bez rąk i nóg na ziemi. Kolejny próbował zajść mnie z zaskoczenia – zobaczyłem jego cień na piasku. Wygiąłem się w tył i urżnąłem mu pół szczęki. Z lekkością unikałem ataków – wszystko dzięki dawnym treningom. Hibn nabił czterech wrogów na włócznię, wyciągnął jednemu z nich maczugę i rozwalił nią głowy kilku kolejnym.
Popatrzyłem dookoła, przy życiu zostało prócz nas czterech strażników. Jeden z nich właśnie został przepołowiony na pół przez jadącego z mieczem nomada. Rzuciłem w niego moim gladiusem, jęknął i spadł z konia. Chwyciłem za strzałę i wbiłem przeciwnikowi w oko. Wziąłem jego miecz i zabiłem dwóch ostatnich przeciwników.
– Niezła walka Corvanie, Synu Pustyni. Nie jesteśmy jednak już bezpieczni, musimy dostać się do przełęczy Solvirs nim będzie za późno.
Pochowaliśmy poległych strażników, naprawiliśmy kilka zniszczeń w wozie i ruszyliśmy dalej. Patrzyłem na trzynaście krzyży znikających na horyzoncie.

Valgor obudził się ze strasznym bólem głowy. Rozejrzał się po pokoju i się przeraził. W jego łóżku leżało osiem dziewczyn.
– Nic nie pamiętam – jęknął Drow.
– Mmm, nasz ty elfie, zaspokoiłeś nas na wieki… – Mroczny Elf patrzył ze zdumieniem i dezorientacją na nagie ciała. Musiał się czegoś napić i się przewietrzyć.
Na dole w karczmie było cicho, jedynie barman czyścił kufle.
– Valgor, ty masz powodzenie u kobiet. Wszyscy mówią, że słyszeli jęki i krzyki dochodzące z twojego pokoju – Barman postawił przed Elfem szklankę wody.
– Nic nie pamiętam, odchodzę, muszę ruszać dalej.
Drow zabrał swój ekwipunek i wyszedł z karczmy. Powietrze było chłodne, był ranek. Ludzie jeszcze spali po wczorajszej imprezie.
– Nie podziękowałam ci za wczoraj, mój Elfie – Lady Uridia podeszła do elfa i go pocałowała. Przeszli do północnej bramy.
– Wrócę, obiecuje – Całowali się jeszcze chwilę, po czym Valgor ruszył przed siebie.