Ostatni król

Wstęp
Po tym jak Zanner zasiadł na tronie Aralii, kraj powrócił do swej dawnej świetności. Tak upłynęło piętnaście lat. W tym czasie para królewska nie doczekała się syna, który przejąłby aralską koronę. Po całym królestwie rozeszły się wieści o pewnej przepowiedni, która głosi, że obecny król będzie ostatnim. Jeśli nie będzie miał następcy, królestwo upadnie. Nikt nie przejmowałby się tymi pogłoskami, gdyby nie Gwend. Cudem uszedłszy z płonącej stolicy, wyjechał na południe, gdzie wśród pospólstwa roztaczał wizję państwa pozbawionego następcy. Król zniósłby nawet to, ale nieudany zamach na jego osobę, upewnił go o zamiarach Gwenda. Zanner domyślił się, że stary mag, chce go zgładzić. Wysłał dwa pułki na poszukiwanie podejrzanego, ale do tej pory nikt nie wie gdzie mieszka Gwend.
Czytaj dalej Ostatni król

Spisek

Wstęp
 Dawno temu, w czasach kiedy na Ziemi żyły elfy, ogry i smoki, w położonej na dalekiej północy Aralii żyły w zgodzie i przyjaźni cztery plemiona: niebieskoocy Aralczycy, rudowłosi Arghańczycy, ciemnoskórzy Naddusi i Nemeyczycy. Ci ostatni charakteryzowali się tym, że prawie  w ogóle nie czuli chłodu i nosili bardzo długie włosy, przez co wyglądali jak w brązowym welonie. Przez długie lata te cztery plemiona żyły ze sobą w pełnej symbiozie. Dopiero po wstąpieniu na tron Shakulla Pierwszego sytuacja ta diametralnie się zmieniła. Ów król stwierdził, że Aralczycy jako najlepiej rozwinięte plemię powinni sprawować pieczę nad pozostałymi trzema. Pozostałym plemionom nie podobało się, że król traktuje ich jak podwładnych. Skutkiem niezadowolenia była trwająca 15 lat wojna. Aralczycy odnieśli w niej miażdżące zwycięstwo, nie tylko zagarnęli sobie wszystkie bogactwa pochodzące z innych plemion, ale także nałożyli na zwyciężonych daninę. Daninę tę miało płacić każde podbite plemię osobno, przywożąc ją raz w roku do stolicy, by tam złożyć ją u stóp króla. Oprócz tego, mieli oni więcej niż Aralczycy obowiązków i mniej praw. Zabraniano im prawie wszystkiego. Nie wolno im było przekraczać granic bez pozwolenia, handlować poza granicami swojego kraju, zawierać mieszanych małżeństw i wielu innych rzeczy. Jedynym ich prawem i obowiązkiem zarazem było, służyć wiernie Aralii i płacić daninę w terminie.
 W położonej na zachodzie Argharty, maleńkiej wiosce nie opodal granicy mieszkał stary, pamiętający jeszcze wojnę z Aralią  wojownik o imieniu Łachim. Mimo swojego podeszłego już wieku był ciągle jeszcze sprawny fizycznie. Opiekował się osieroconym w czasie wojny bratankiem- Keramem. Keram, pokochał swego wuja jak ojca, a Łachim odwzajemniał to uczucie. Tym mocniej, że oboje z żoną nie dochowali się własnych dzieci.  Keram od początku traktowany był jak syn Łachima     i tak też się względem wuja zachowywał. 
Czytaj dalej Spisek

Ostatnia wyprawa

Łowca lekko stąpał po mchu, idąc bezszelestnie przez prastary bór. Naokoło niego wyrastały z ziemi omszałe pnie dębów, tak grube, że czworo ludzi nie dałoby rady ich objąć. Wszędzie ziemia pokryta była gęstym mchem i jagodami. Niebo przesłaniały gęste konary dębiny.
 W pewnym miejscu rósł najpotężniejszy z dębów. Pod nim ktoś wykopał małą ziemiankę, wplątaną w labirynt korzeni. Kelt stanął przed nią i zapukał w korę dwa razy. Powietrze w środku było nieruchome. Nie było słychać żadnego dźwięku. Nagle, z ciemności wejścia wystrzeliła potężna dłoń i chwyciła łowcę za gardło.
 – Umgh… Pa..nie… to… Ja – wystękał zaatakowany.
 Ręka puściła gardło. Potężna postać starego, siwego już barbarzyńcy, wyłoniła się z wnętrza ziemianki. Jego twarz usiana była zmarszczkami oraz licznymi, drobnymi bliznami.
 – Panie, przynoszę wiadomość od Argaela Centaura.
– Mów.
– Argael zdaje sobie sprawę, że to wielka prośba – zaczął łowca – i z góry za nią przeprasza, ale w imię starej znajomości prosi o pomoc w powstrzymaniu przeklętych Drunów, którzy wyruszyli na Nasze wschodnie tereny. Mówi, że zrozumie odmowę, aczkolwiek pomoc jest naprawdę potrzebna.
– Powiedz mu…- rzekł stary woj po chwili zastanowienia – Powiedz mu, że… pomogę.
 Łowca bezszelestnie oddalił się. Potężny stary barbarzyńca wszedł z powrotem do swojego domu. Siadł na brzegu niewielkiego siennika. Ukrył twarz w dłoniach. Siedział tak bez ruchu przez chwilę, po czym podniósł wzrok i popatrzyła na oparty o ścianę podwójny, szeroki tasak. Nie chciał umrzeć ze starości…
  Czytaj dalej Ostatnia wyprawa

Zielony dzień

Dzień był pogodny, słońce wisiało wysoko na niebie ogrzewając swym ciepłem całą okolice w pobliżu ćwierkały ptaki a i co i rusz przelatywał jakiś nad głową. Czuć było że wiosna wreszcie nadeszła, Morten wciągnął głęboko świeże powietrze. Nie zawsze jest źle, pomyślał. Mamy piękną pogodę i cudownie zapowiadającą się wiosnę, a jak wiosna ciepła to i lato będzie dogrzewać. Zbiory owoców powinny być duże i nikomu nie braknie smacznego jabłka czy gruszki. Tak, brakowało jedynie podwyżki. Morten Greitz przechadzał się po murach Steinhagen i rozmyślał. Był strażnikiem miejskim i niewiele miał do roboty, co jakiś czas uciszyć burdę w karczmie, złapać pomniejszego złodziejaszka a ostatnio musieli zamknąć jakąś bandę poza miejscowych awanturników. Okazało się że jeden z tych wagabundów zamordował mieszkającego w dzielnicy kupieckiej szlachcica – Caspara von Treib. Włóczęgę trzeba było powiesić a jego towarzysze odsiadują swoje za współudział i nie powiadomienie organów ścigania. Czasem tak było. Ale nie zawsze. Zazwyczaj jego praca ograniczała się do tego że obszedł wraz z innym strażnikiem ulicę lub po patrolował na murach miejskich.
 
Naglę coś zwróciło jego uwagę. Na horyzoncie coś się poruszyło. Właściwie to grupa czegoś co wylazło ze Steinwaldu – pobliskiego lasu który otaczał miasto, pełno w nim było łani i dzików, dlatego też w Steinhagen było sporo łowców. Obcy byli coraz bliżej i Morten rozpoznał spore około dwumetrowe postaci a wśród nich wypatrzył także parę sporo mniejszych istot. Wszyscy byli zieloni. To byli zielonoskórzy.
 
– Psiamać – przeklął Morten i rzucił się biegiem do dzwonu.
 
Ghazruk uniósł swój siekacz wysoko i swoimi wodnistymi ślepiami powiódł po otaczających go innych orkach i pełętających się pod nogami goblinach.
 
– Patrzajta! – Wykrzynął – Ludziki siem nas bojom i dzwoniom po pomoc swoich! – w istocie miał rację bo rozległ się głos dzwonu którym bił Morten. – Zniszczymy te mieścine i wysiepiemy wszystkich słabych ludziuf!!! Waaagh!!!!! – Orcza horda rzuciła się biegiem na Steinhagen. Bramy co prawda właśnie zamknięto i na murach stanęli kusznicy ale bandzie Ghazruka to nie przeszkadzało.
 
Kusznicy czekali aż zielonoskórzy zbliżą się na odległość strzału. Ziemia drżała pod ich ciężkimi krokami, wszelka zwierzyna z lasu pewnie uciekła gdzie się da. Wymierzyli i puścili pierwszą salwę a przodowe szeregi orków padły jednak reszta wcale na to nie zważała i zwyczajnie zdeptała swoich martwych bądź dogorywających towarzyszy i parli dalej. Kusznicy przeładowali broń i wypuścili kolejną salwę i kolejny szereg orków padł. Atak wcale nie był taki dramatyczny jak by się mogło wydawać postronnemu obserwatorowi. Zielonoskórzy nie mieli żadnych strzelców i była to mała banda zebrana przez pomniejszego wodza. Nawet nie było wśród nich szamanów. Poszła kolejna salwa ale kusznicy już nie przeładowywali broni bo orkowie dobiegli do bramy. Wylano na nich wrzącą smołę. Orkowie wrzeszczeli w niebo głosy. Morten odetchnął z ulgą widząc jak niedobitki orczej bandy, głównie gobliny uciekają z powrotem do lasu. Powiódł wzrokiem po polu rzezi zielonych i uśmiechnął się gdy zobaczył truchło orczego wodza przebite dziesięcioma bełtami. Cóż przynajmniej ten dzień nie był taki nudny jak zwykle. Teraz trzeba będzie tylko uprzątnąć martwe orki.

Długi powrót

Wstęp
 
    Po tym jak Shakull Pierwszy uwolnił od podatku sąsiednie prowincje, Aralczycy zaczęli szukać nowych sposobów na uzupełnienie strat pieniężnych. Ich celem zostały niezliczone mniejszości etniczne, jakich wiele w Aralii. Elfy, Niziołki i Krasnoludy stały się żywym towarem. Rozpoczęto masowe polowania na te istoty. Wszystko po to, by bogaci mieszczanie i szlachcice mięli własnych niewolników, wykorzystywanych najczęściej w aralskich kopalniach. Lub dla bogatych właścicieli ziemskich, gdzie elfy w zastępstwie wołów orały pola. Najpierw wyłapywano wszystkie elfy, czy niziołki z terenu Aralii, lecz gdy ich zabrakło, myśliwi coraz częściej wyprawiali się do Naddus, Nemeyu, czy Argharty. Wszystkie sąsiednie państwa pozwalały na to. Tylko Nemeyczycy, tak bardzo ceniący swoją wolność, zakazali polowań na swoim terenie. Król Nemeyu – Zolan, ogłosił, iż wszyscy mieszkańcy jego państwa są wolni i jako tacy nie podlegają polowaniom.
    Już po kilku latach cała aralska gospodarka oparta była o pozyskiwanie i handel niewolnikami. Natomiast niewolnicy, coraz częściej snuli legendy o wielkim wojowniku, który miałby ich wyzwolić. Niestety, lata mijały, a żaden bohater nie pojawiał się w Aralii…
     Czytaj dalej Długi powrót