Pewna straszna noc

Nie wiem, czy opisując wydarzenie już spory czas po fakcie, będę w stanie oddać autentyczny stan swojego umysłu i absurdalność rzeczywistości, bądź nierzeczywistości, która z potwornym hukiem uderzyła we mnie pewnej letniej nocy. W niewielkim drewnianym domku na przedmieściach Warszawy, przez kilkanaście lat będącego ostoją dla całej mojej rodziny, podczas wakacji każdy dzień i każda noc wydawały się bliźniaczo podobne. Rano śpiew ptaków i zapach leśnej mgły, popołudniowe wycieczki rowerowe, mecze w piłkę nożną na żwirowym placu, a wieczorem filmy, gry komputerowe i opróżnianie lodówki z zapasów lodów i słodyczy. Zero szkoły, zero stresu, dwa miesiące laby, 60 dni dużo dłuższych od 60 nocy. Tego pamiętnego dnia położyłem się spać około dwunastej w nocy. Zmęczenie po kolejnym wakacyjnym dniu dało mocno w kość, i po szybkiej kolacji oraz obowiązkowej partii w Warcrafta II, bądź StarCrafta, nie pamiętam takich szczegółów, nie potrzebowałem długich godzin na oddelegowanie organizmu na zasłużony odpoczynek. Szybko zasnąłem, przespałem kilka godzin i przebudziłem się nad ranem, około godziny czwartej, pamiętam bo szybko zerknąłem na zegarek na szafie, a poza tym za oknem krajobraz był taki, jaki zawsze jest o wczesnym poranku. Krople rosy na trawie, gdzieniegdzie mgła, i piękne budzące się do życia, błękitne niebo. Na tym niebie samolot, zwykły pasażerski aeroplan jakich codziennie pełno przemierzało przestworza nad chojnowskimi lasami. Coś na niebie wydało się jednak nie w porządku. Nie było chmur, tylko samolot, ale obok niego coś jeszcze. Coś, co powiększało się w zastraszająco szybki tempie, nabierając kształtu. Z dziwnej, małej czarnej kropki na niebie, przeistaczało się w coraz to większy, lekko spłaszczony obiekt, przypominający wirujące jojo. Szybko zorientowałem się, że to „coś” wcale nie zmienia kształtu, ale bardzo szybko podąża w stronę samolotu. A raczej w moją stronę. Oniemiałem. Słyszałem historie o UFO, oczywiście wiedziałem z niezliczonych filmów, zdjęć i opowiadań jak wygląda latający talerz, ale nie powiedziałbym nigdy, że w rzeczywistości jest aż tak przerażająco identyczny ze swoimi hollywoodzkimi odpowiednikami. Ale najgorsze, że jest autentycznie przerażający, i nie budzi żadnych pozytywnych odczuć, i żadnej nadziei, że jego pasażerowie przybywają w pokojowej misji. Dopóki nie zrozumiałem, czemu dokładnie się przyglądam, robiłem to z zaciekawieniem, ale po paru chwilach dotarło do mnie że nie mogę dobyć nawet krzyku przez zaciśnięte gardło. I wiedziałem, nie wiem skąd, że trzeba się bać. Odczułem to, jak jakąś nietypową telepatię, coś co mówiło mi że te kolorowe światełka, cygarowate maszyny i postacie o wielkich oczach, jeszcze większych głowach i szarej skórze znane z ekranu telewizora, wcale nie istnieją. Istnieje potworna siła z kosmosu, z nieznanej nam galaktyki, z nieznanego być może wymiaru. Nie mamy na ziemi słów, żeby opisać czym w rzeczywistości jest owa cywilizacja, ale pewne jest, że jeśli są ludzie, którzy mają wiedzę na jej temat to zabiorą, lub już zabrali te informacje do grobu. Widziałem co się działo na niebie tej pamiętnej nocy, i strach jaki mnie wtedy przeszywał nie może być porównywalny do żadnych ziemskich doznań. A to co wydarzyło się w dalszej kolejności pamiętam tylko fragmentarycznie. Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic powiedzieć, zawołać kogoś z domowników. Chociaż krzyczałem, nie było słychać nic. Tylko w mojej głowie. Chociaż chciałem ruszyć ręką, wkładałem w to całą siłę, nie drgnąłem. Powtarzałem sobie, to tylko w mojej głowie. To sen, gówniany, zły sen. W panice przewracając oczami, zdesperowany, zobaczyłem na szafie stojącej przy oknie doniczkę z kwiatem z liśćmi opadającymi na drewnianą obudowę mebla. Nie było tego, nigdy w moim pokoju nie było żadnej rośliny. To musiał być sen. W oknie pełen grozy obiekt zawisł spokojnie w powietrzu. Nie ruszał się, patrzył. Choć był pewnie kilka kilometrów od okna, wiedziałem że patrzy na mnie. Nagle zobaczyłem światło, w ułamku sekundy oświetliło ono moje okno, a ja po chwili znalazłem się w jakimś zupełnie nierealnym miejscu, leżąc na czymś przypominającym stół, ale jednocześnie nie będącym materialnym obiektem. Nie wiem na czym, ale to nie był stół. Trzy ciemne postacie pochylały się nade mną, i mimo podobieństwa do osobników z opowieści o Roswell, czy Strefie 51, mimo tego że były właśnie takie, jakie wyobrażają je sobie ludzie, były inne. Czuć było, że są okrutne, a może okrutne to złe słowo. One nie znały okrucieństwa. Nie posługiwały się definicjami jakimi posługują się ludzie. Błagałem o to, żeby ten sen się skończył. Nie chcę nazywać ich kosmitami, bo to zbyt błahe określenie dla potwornej mocy jaka z nich emanowała. Te istoty co chwila wymieniały między sobą spojrzenia, porozumiewały się między sobą, ale nazwać to telepatią to tak, jakby nazwać kalkulator Enigmą. To coś, było ponad wszystkim co ludzkość może zdefiniować. Raziło mnie światło, niewyobrażalnie jasne białe światło, które zdawało się nie istnieć, gdy patrzyłem na czarne sylwetki przybyszów z innej rzeczywistości. Nic, żadne najmniejsze słowo wyjaśnienia, żaden komunikat od nich, nie trafił do mojego mózgu. To nie był film. Poczułem za to jakiś dziwny ból, pulsujący ból w plecach, potem w brzuchu, następnie w nerkach. Ból był coraz większy, tak silny że nie opiszę go słowami. Zamknąłem oczy a piorunujące uderzenia przeszywały raz za razem lewą stronę mojego żołądka, sprawiając, że wiedziałem że umieram. Przy zamkniętych oczach, powtarzałem sobie, że to tylko chwila cierpienia, parę chwil nieziemskiego bólu i będzie koniec. Obudzę się, albo umrę. Jak zasrany sen może być tak realistyczny?! Zrobiło się ciemno jak w piekle. Przez chwilę nie żyłem.

Obudziłem się. Żyłem, ale nie odetchnąłem z ulgą jak po zwyczajnym koszmarze. Cały przesiąknięty potem, z głową tak otępiałą, jak gdybym przez całą noc nie zmrużył oka nawet na chwilę. Była godzina szósta rano. Chciałem powiedzieć sobie: uff, to tylko sen. Nie dałem rady. Nie mogłem. Byłem przestraszony tym co miało miejsce w nocy. Nie przerażony, to uczucie minęło. Strach, czy to był sen czy nie, paraliżował mnie na wskroś. Błagałem w myślach, żeby to był sen, nie wiedziałem co mam robić. Wstać, napić się wody, ochłonąć? Włączyć telewizor? Nie byłbym w stanie tego zrobić, nie był to zwykły poranek, i nie był to zwykły koszmar. W ułamku sekundy przypomniałem sobie o ostatnim widoku, który zanotowałem w pamięci przed kulminacją grozy jaka miała miejsce w oślepiającym blasku białego światła na pokładzie statku przybyłych istot. A może tylko w mojej głowie? Szafa i ten pieprzony kwiat, którego nie miało prawa być! Spojrzałem w jej stronę. Nie było kwiatu, nie było! Krzyknąłem z radości, a serce stało się lżejsze o parę kilogramów, i powoli zaczynało bić w swoim normalnym rytmie. Byłem przejęty, ale wreszcie zacząłem odczuwać radość w jej najprostszym wydaniu. Tylko sen, powtarzałem sobie i cieszyłem się jak nigdy. Bo budziłem się po koszmarach już wcześniej, ale były to koszmary surrealistyczne, nie zastanawiałem się w nich nigdy, czy to sen, czy nie. Wstałem, poszedłem napić się soku, i wróciłem do łóżka udając, jak gdyby nigdy nic, że wszystko w nocy było w porządku, że po prostu miałem koszmar. Pomyślałem, że prześpię się jeszcze dwie godziny i wstanę o ósmej, żeby opowiedzieć przy śniadaniu domownikom o swojej sennej przygodzie, a następnie udać się na zasłużoną eskapadę w świat którejś z ulubionych gier komputerowych. Miałem trwogę w sercu, ale wszystko łagodniało. Zasnąłem. Ale, na Boga, nie obudziłem się o ósmej! Obudziłem się o 4.56! Godzinę wcześniej, niż zasnąłem! Nie chciałem patrzeć na zegar, serce ledwo wytrzymywało tempo narzucane przez przesiąkniętą chorymi myślami głowę. Warzyła tonę, a ja ze łzami na policzkach spojrzałem na szafę. I była tam ta przeklęta roślina! Taka sama jak we śnie! Ale teraz, to nie był sen, to była najprawdziwsza rzeczywistość. Ojciec krzątał się po mieszkaniu szykując się do pracy na poranną zmianę, i był świadectwem że po tej przerażającej nocy, nastał realny ranek. Nie chciałem już zasypiać. Leżałem, chcąc wmówić sobie że wszystko, od samolotu za oknem, do pobudki o szóstej godzinie, było tylko snem. Ale gdy tak leżałem, sparaliżowany niepokojem, jaki zostawiła we mnie ledwie miniona noc, około wpół do szóstej wszedł ojciec, uśmiechnięty, machnął ręką i przywitał mnie słowami „nie śpisz już?”. I zabrał roślinę, mówiąc, „o, mama wczoraj ją tu postawiła, przestawię na parapet żeby miała więcej światła”. I przestawił, a ja po dziś dzień nie opowiedziałem nikomu tej historii. Od jakiegoś czasu, co kilka dni pulsuje ból w lewym boku. I śnią mi się rzeczy, które, gdybym się nimi podzielił, odmieniłyby Wasz pogląd na świat. Pogląd na wszechświat…