Astrapi Rozdział III Kowal

ROZDZIAŁ III

Na drzewie, nieopodal  pokoju Ilithiosa usiadła sowa i obudziła chłopaka swoim huczeniem. Chłopak usiadł na łóżku i przetarł oczy dłońmi. Był środek nocy, choć nie wiedział czy poznał to po tym, że jest ciemno, czy dlatego że od chrapania Sofosa niemal okna się trzęsły. Wiedział już, że nie zaśnie, więc po krótkim odświeżeniu się i nałożeniu czystych ubrań zszedł na dół. Podszedł do jednej z szafek i ujął kubek, po czym postawił ją. Wyciągnął dłoń w kierunku szklanki, palcami do przodu. Wyszeptał zaklęcie w staroelfickim języku. Z opuszków jego palców wystrzeliła woda napełniając naczynie. Przerwał zaklęcie i napił się. Spojrzał w stronę dziewczyny śpiącej na łóżku. Koc, którym była okryta unosił się i opadał w rytm jej oddechu. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że nie żyje. Przeniósł po chwili wzrok na kociołek, w którym wciąż był wywar, który wczoraj sporządził Sofos. Podszedł i rozpalił zaklęciem palenisko pod kociołkiem. Zdjął pokrywkę i łyżką zaczął mieszać substancje obserwując ją. Schłodzony, eliksir przybierał barwę mętną, szarą, natomiast wraz ze wzrostem temperatury cieczy stawała się coraz bardziej czarna. Gdy w końcu była już intensywnie czarna, niemal jak smoła zgasił ogień. Zamieszał miksturę i nabrał na łyżkę, wlał do fiolki, wcześniej przygotowanej. Spojrzał na Makas. Ciekaw był historii tej dziewczyny, miejsca w którym żyła. Wydawało się takie normalne, ale jednak gdy był w jej myślach, nie czuł się jak w swoim świecie. Spojrzał na fiolkę. Zbliżył ją do ust i wypił jednym haustem. Wiedział już jaka będzie reakcja jego organizmu więc od razu powlókł się do łóżka dziewczyny. Usiadł przy niej i przyłożył palce wskazujące do jej skroni. Skupił się starając się wychwycić obraz dziewczyny skaczącej po dachach z torbą.

Zatrzymała się na krawędzi budynku, w którym mieściła się pracownia kowala i usiadła na brzegu. Odpięła od paska zdobytą sakiewkę i uśmiechnęła się lekko. Gdy wykręcała rękę szlachcicowi, ani on ani handlarz nie spostrzegli, że zabrała mu sakiewkę. Połączyła przyjemne z pożytecznym. Przypięła z powrotem sakiewkę do paska zeskoczyła na dół. Kowal zaskoczony o mało nie uderzył młotem we własną rękę.
– Makas! Jeny dziewczyno. Na wszystkich bogów, przestraszyłaś mnie! – powiedział odkładając młot – w czym Ci mogę służyć?- spytał.
– Pamiętasz o czym ostatnio rozmawialiśmy? – uniosła brwi.
– Tak, lecz wciąż mi nie powiedziałaś po co Ci to zatrute ostrze – powiedział marszcząc czoło – chyba nie zamierzasz nikogo zabijać? Kradzież swoją drogą, ale zabijanie nie jest chyba w Waszym stylu.
– Chcę odejść. Jutro rano nie będzie mnie już tutaj, a dobra broń na podróż się przyda – westchnęła opierając się o kowadło.
– Twój ojciec nie będzie zbyt szczęśliwy – odpowiedział – Kocha Cię i chyba trenuje Ciebie i Kalos’a od kiedy byliście dziećmi. Co prawda nie wiem po co Wam to, powinniście ćwiczyć do jakiegoś dobrego fachu, ale cóż… kto zrozumie twojego ojca – uśmiechnął się przyjaźnie.
– Nikt, nawet ja go nie rozumiem – powiedziała i spojrzała w ogień rozpalony w piecu – dlatego chcę odejść. On nie potrafi dać mi swobody, wciąż powtarza, że kiedyś zrozumiemy – zacisnęła pięść – Kalos, synek tatusia czeka cierpliwie, ale ja już nie mogę – warknęła – nie pochodzę stąd. Żadne z nas nie pochodzi.
– Niestety to prawda – westchnął kowal biorąc pręt i wkładając do pieca – pamiętam jak byłem młody i pomagałem ojcu w kuźni. Kiedy nagle wybiegł, aby pomóc przetransportować rannego mężczyznę z dwójką bliźniąt. Ooooj tak, tego dnia była straszna burza, niedługo przed Waszym przybyciem. Po Twoich słowach wnioskuję, że chcesz odnaleźć miejsce swojego pochodzenia – spojrzał na nią – jeśli Ci to pomoże, Twój ojciec szedł od strony zachodnich gór. Może tam powinnaś zacząć swoje poszukiwania.
– Dziękuję Ci – uśmiechnęła się – ojciec nie chciał zdradzić niczego, nawet jaka była nasza matka, jak się nazywała. Po prostu nic. Mając wskazówkę od Ciebie, może trafię na jakikolwiek ślad. To jak będzie z tym ostrzem? – spytała przekrzywiając głowę – da się je załatwić?
– Jest prawie gotowe – uśmiechnął się – wpadnij do mnie z rana się pożegnać, a dam Ci ostrze – puścił jej oczko.
– Nie dasz mi zniknąć bez pożegnania – roześmiała się – w takim razie do zobaczenia rano – powiedziała i wspięła się na dach kuźni, po czym przeskoczyła na dach obok i pognała do domu.

– Już dawno po zmroku, możesz mi wyjaśnić to zniknięcie moja panno? Ćwiczyłaś? Jeżeli nie, to nie Kalos jutro będzie lazł za Tobą przez pół miasta – oczywiście od progu, w starym zniszczonym domu powitał Makas stanowczy głos ojca.
– Masz – powiedziała rzucając zmierzającemu w jej stronę ojcu torbę z rybami w ręce – pomagałam dzisiaj handlarzowi ryb, nie mógł poradzić sobie ze szlachcicem.
– A co mnie to obchodzi? – warknął – Pytam się jak trening i czy coś przyniosłaś poza tymi śmierdzącymi zdechlakami?
– Udław się nimi – odpyskowała zaciskając pięść – życie z Tobą to prawdziwe szczęście, wiesz? – spytała ironicznie – da się z Tobą pogadać tylko o wkładaniu ludziom ostrza w tyłek – powiedziała, za co ojciec chwycił ją za gardło i przyparł do ściany.
– Uważaj do kogo się zwracasz moja panno – zmrużył niebezpiecznie oczy – robię wszystko dla Waszego cholernego dobra, więc z łaski swojej rób co Ci karzę i przestań wydziwiać. Twoje życie nigdy nie będzie normalne… – miał mówić dalej, lecz mu przerwała chwytając go za nadgarstek, uderzając w piszczel i korzystając z okazji wykręcając rękę i odpychając. Pobiegła do siebie i zamknęła drzwi. Oparła się o nie i oddychała szybko, spojrzała na sufit. Teraz już była pewna. Może i będzie sama, zdana tylko na siebie, ale przynajmniej ucieknie z tego wariatkowa. Położyła się na swoim prowizorycznym łóżku. Cały ich dom był brudny, rośliny zaczęły wdzierać się do środka przez nieszczelne okna, a w ścianach było pełno dziur. Jej łóżko od dawna stanowiło jedynie kilka skór. Życie w trudnych warunkach zahartowało całą rodzinę. Po chwili zasnęła.

Po kilku godzinach obudził ją głośny huk, krzyki ludzi i smród. Zerwała się z łóżka i podbiegła do okna. Widok, który tam ujrzała był przerażający. Całe miasto płonęło, ludzie uciekali, a między nimi jeździli nieznajomi uzbrojeni najeźdźcy tnąc szablami na oślep.

Ilithios więcej nie zdołał zobaczyć. Dwa badania myśli jednego dnia to chyba jednak za dużo. Gdy tylko stracili łączność padł nieprzytomny przy niej, na łóżku.