Astrapi Rozdział II Makas

ROZDZIAŁ II

– Ilithios.. ILITHIOS! – krzyk czarodzieja zerwał z łóżka jego ucznia. Chłopak narzucił na siebie szatę i zbiegł na dół, lecz po drodze przydeptał krawędź szaty i spadł. Czarodziej obdarzył go jedynie krótkim spojrzeniem i pokręcił głową. Ilithios pozbierał się z podłogi i podszedł do kociołka, przy którym stał czarodziej.
– Wzywałeś Sofosie– powiedział po chwili niezręcznej ciszy. Mistrz kiwnął głową i wskazał palcem na szafkę zawieszoną nieopodal.
– Podaj mi średnią fiolkę – powiedział. Chłopak uniósł brwi. I tylko po to go budził o barbarzyńskiej porze?! W końcu jeszcze nawet słońce nie zdążyło wstać. Zacisnął pięść, ale nie kwestionował decyzji nauczyciela. Podszedł do szafki i wyszukał fiolkę, po czym podszedł do Sofosa. Otworzył fiolkę i wyciągnął w jego kierunku, a czarodziej nabrał na łyżkę nieco wywaru i nalał do fiolki. Nie była to normalna łyżka stołowa, była dużo głębsza, specjalnie skonstruowana przez Sofosa.


– Wypijesz to za 5 minut – powiedział czarodziej siadając na łóżku, przy rannej dziewczynie – po wypiciu przyłóż środkowy i wskazujące palce do jej skroni i skup się. Spróbuj wniknąć w jej umysł.
– A jak się nie uda? – spytał Ilithios unosząc brwi – mówiłeś kiedyś, że magia umysłu, oddziaływania na organizmy żywe jest jednym z trudniejszych aspektów magii.
– Uda się. Wiem to, widzę co już potrafisz. Jeżeli jednak jesteś większą pierdołą niż podejrzewałem, to zrobisz z jej umysłu papkę. Dość gadania, pij i rób co Ci kazałem – powiedział czarodziej i wstał od łóżka. Usiadł na swoim fotelu. Był stary, zbudowany z dość dziwnego gatunku drewna. Ilithios był pewien, że ma jakieś magiczne właściwości, jednak za każdym razem, gdy zbliżał się do krzesła obrywał zaklęciem od Sofosa. Chłopak wypił całą zawartość fiolki. Zakręciło mu się w głowie, chroniąc się przed upadkiem oparł się o krawędź łóżka.
– Podejdź do niej jak najszybciej i zrób to co mówiłem – powiedział stanowczo czarodziej i obserwował go. Ilithios usiadł na łóżku i spojrzał na dziewczynę. Obraz przed oczami miał nieco rozmyty, kręciło mu się w głowie i zbierało się na wymioty. Gdyby jednak dał się słabością i spawiał na dziewczynę, to Sofos nie dałby mu spokoju już do końca życia. Zbliżył się do niej i przyłożył wskazujący palec obu dłoni do jej skroni. W momencie zetknięcia się jego palców z jej skronią przeżył coś naprawdę niezwykłego. Przed oczami miał obrazy, urywki słów, walki, które zmieniały się i były niespójne. Jakby pochodziły z różnych okresów życia dziewczyny.
– Skup się młokosie – warknął czarodziej- bo nigdy nie dasz rady opanować tej magii. Wychwyć jeden obraz i skup się na nim – nie była to łatwa sztuka, ale chłopak miał coś w sobie. Może to przez ten trening, a może po prostu miał jakiś talent. Ilithios spojrzał na dziewczynę, na jej twarz. Skupił się na niej, po prostu na niej. Powoli, stopniowo zdołał wychwycić wspomnienie.

Późny wieczór zawitał nad Skotadi. Na jednym z dachów w mieście siedziała dziewczyna. Była dość drobna, zgrabna o twarzy anioła. Czarne włosy związane miała w kitkę, opuszczoną na prawe ramię. Wpatrywała się w kopiących piłkę między uliczkami chłopaków. Taka prosta rzecz, a sprawiała im tyle radości. Uśmiechnęła się delikatnie. Miała wielką ochotę dołączyć do nich. Pokazać, że mimo iż jest słabą płcią potrafiłaby ich zadziwić swoimi zdolnościami. Z zamyślenia wyrwał ją kamień uderzający w jej ramię. Obróciła się wściekle i spojrzała na chłopaka stojącego za nią.
– Mówiłam Ci, żebyś za mną nie lazł Kalos – warknęła. Chłopak pokręcił głową i usiadł na krawędzi obok niej.
– A Tobie ojciec mówił, żebyś przestała się zajmować durnotami – odparł spokojnie i spojrzał na grających – piłka? Dajże spokój. Zajmując się takimi ułomnymi sportami nie będziesz potrafiła nawet porządnie rzucić ostrzem – powiedział drwiąco uśmiechając się przy tym złośliwie.
– Ty masz swoje głupoty, ja mam swoje – warknęła i walnęła go łokciem między żebra- bo Tobie to wszystko wolno, zwłaszcza uganiać się za laskim. No przepraszam ale lędźwiami, to Ty chyba ostrzami rzucać nie zaczniesz – powiedziała posyłając mu przesłodzony uśmiech i wstała. Chłopak prychnął piorunując ją wzrokiem.
– A co, masz może zamiar ze mną wybrać się na dziewczyny? Z Twoim sposobem ubierania i jakże dystyngowanym słownictwem i zachowaniem, sądzę że nawet będziesz miała większe branie ode..- urwał, nie zdążył dokończyć ponieważ dostał kopa i zsunął się z dachu. Nie spanikował, lecąc b ez problemu złapał się krawędzi jednego z parapetów i chwytając za szczeliny między cegłami, z których zbudowany był budynek zdołał wdrapać się do góry.
– Musisz jeszcze dużo trenować siostra, żeby zdołać mnie zabić – powiedział nosząc jedną brew i poprawiając ubranie. Ledwo skończył mówić, a dziewczyna zerwała się do biegu. Przeskakiwała błyskawicznie z dachu na dach, byleby jak najszybciej pozbyć się uciążliwego krewnego.
– Makas, czekaj! – krzyknął chłopak – ojciec kazał mi dopilnować, żebyś dziś ćwiczyła!
– Sama sobie poradzę – odkrzyknęła zatrzymując się na chwilę i obracając w jego stronę – nie potrzebuje niańki Kalos, spadaj i daj mi spokój! – po czym wskoczyła w jedną z uliczek i zniknęła. Chłopak pokręcił głową.
– Kiedy Ty w końcu zrozumiesz, że to dla naszego dobra – szepnął do siebie.

Makas przystanęła przy skrzyniach, obok jednego ze sklepów. Oddychała szybciej, ale nie wyglądało na to, żeby bardzo zmęczyła się tym biegiem przez dachy. Nie chciała opieki brata, a i tak robiła wszystko, co ojciec kazał. Nie chciała im obu jednak dać satysfakcji tego, że jest posłuszna. Tym razem jej ćwiczeniem była kradzież. Musiała być szybka, nie mogła zostać złapana. Była świadoma tego, że jeden błąd i mogła zginąć, zostać aresztowana. Usłyszała krzyki. Przy jednym ze stoisk gruby, odziany w szatę przeszywaną złotymi ozdobami szlachcic kłócił się z handlarzem.
– To ma być świeża ryba? – warknął bogacz rzucając rybą w twarz handlarza – to śmierdzi jak gówno, chciałeś wytruć mi tym rodzinę głupi wieśniaku! – dziewczyna zmrużyła oczy. Nienawidziła szlachciców, ich wywyższania się i traktowania biedniejszych jak śmieci. Kiedy już gruby jegomość zamierzał uderzyć pięścią handlarza stanęła między nimi , zablokowała cios i chwyciła jego rękę, po czym wykręciła mu ją do tyłu. Odepchnęła go na bezpieczną odległość, szlachcic ledwo złapał równowagę. Spiorunował wzrokiem dziewczynę.
– No proszę Barnabos zaczynasz teraz bronić się kobietami – zaśmiał się prostując się, po czym zwrócił się do dziewczyny – wybacz dziewczynko, ale nie radzę Ci się mieszać w sprawy dorosłych – stwierdził mierząc ją wzrokiem – buźka ładna. Trochę ogłady, sukienka i porządna kąpiel. Idealnie nadawałabyś się na kurtyzanę.
– Zjeżdżaj stąd śmieciu – warknęła spluwając mu pod stopy – zanim skończysz w rynsztoku skrzywdzony przez brudną dziewczynkę.
– Jeszcze tego pożałujecie wieśniackie kundle – odparł oburzony szlachcic, po czym szybkim krokiem wszedł między uliczki. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i obróciła się do nadal jeszcze przestraszonego sprzedawcy. Barnabos stał trzymając w trzęsących się dłoniach rybę. Makas, położyła swoją dłoń na jego.
– Spokojnie – uśmiechnęła się. Mimo wcześniejszych słów i chamskiego zachowania teraz znowu jej twarz przybrała niemal anielski wygląd. Sprzedawca uśmiechnął się po chwili.
– Dziękuję De Katagi – powiedział i sięgnął do jednego ze swoich koszy. Włożył do skórzanej torby kilka ryb i podał jej – przyjmij to jako dowód mojej wdzięczności. Ten grubas teraz nie da Ci spokoju za to, że mi pomogłaś – westchnął – ale mogę chociaż tak się Tobie odwdzięczyć.
– Daj spokój – odpowiedziała, lecz ten wcisnął jej dłoń w torbę- przecież dobrze wiesz, że nie pomagam dla pieniędzy ani zysków.
– Tak czy inaczej, Twój ojciec na pewno się ucieszy, gdy w końcu przyniesiesz do domu coś zdobytego legalnie – powiedział posyłając jej tajemniczy uśmiech.
– Dziękuje Barnabosie – roześmiała się- ojciec na pewno to doceni. W razie problemów wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedziała, po czym narzuciła torbę na ramię i wspięła się po nierównościach na najbliższy budynek. Pomachała jeszcze handlarzowi, po czym pomknęła po dachach w stronę domu.

Ilithios wciąż był obecny we wspomnieniu dziewczyny. To było niezwykłe uczucie. Słyszał jej myśli, ale mógłby przysiąc , że potrafił nawet w pewien sposób odkryć jej uczucia w danych momentach. Kiedy był przy powrocie dziewczyny do domu rozbolała go głowa. Obraz zaczął blaknąć i przed oczami znowu miał jedynie twarz Makas. Puścił jej głowę i złapał się za własną.
– Cholera – warknął – Sofosie, nie mówiłeś o takich efektach ubocznych.
– Grunt, że w ogóle zdołałeś obejrzeć jej myśli – stwierdził czarodziej, nie siląc się na wyrażenie jakiegokolwiek podziwu – nie sądziłem, że zdołasz cokolwiek z siebie wykrzesać. Idź odpocząć, bo niedługo wracamy do tego co przerwałeś. – Chłopak westchnął. Podniósł się z łóżka i poszedł na górę. Kiedyś może nadejdzie taki czas, że zdoła odpyskować Sofosowi, ale to raczej nie dziś.