Ametystowy Amulet

Usiądź bliżej ognia. Ogrzej się… no przecież nic ci nie zrobię. Wiem, wiem jak wyglądam, ale nie musisz się mnie obawiać. Masz, napij się ciepłego mleka. Już lepiej?

Zwą mnie Valmar Skryba… albo Valmar Elf. Bo Valmarem van AlGwynn’dem przestałem być już dawno. Ale nie sądzę raczej, by cię to zainteresowało. Chcesz bym mówił? Skoro nalegasz… Hmmm. Od czego by tu zacząć? Mój przyjaciel Völker mawia, że jak nie wiadomo odkąd zacząć, najlepiej byłoby od początku. Nie wiem, czy to dobre motto, ale i tak nie mam chwilowo nic innego do roboty. Usiądź więc wygodnie i dopij mleko do końca.

1

Deszcz padał nieprzerwanie od kilku dni, bezlitośnie siekąc skamieniałe z zimna twarze wędrowców. Było ich dwóch, elf i człowiek, poszukiwacze przygód, wielkich bogactw i godnej śmierci w tym ponurym, niebezpiecznym świecie.

Elf chciał coś powiedzieć, cokolwiek, byleby przerwać denerwującą ciszę, która zagłuszana była jedynie chlupotem nóg w listowiu i uderzaniem wody w liście drzew, tak wielkich, że zasłaniały prawie całe światło dnia, mimo wczesnej pory zamieniając Las Hochlandu w ziejącą mrokiem nieprzeniknioną puszczę. Zarzucił jednak swój zamiar, dochodząc do wniosku, że wcale nie chce podejmować kolejnej jałowej i bezsensownej rozmowy z tym nieznajomym mu człowiekiem.

Podróż trwała od prawie dwóch tygodni, co dawało nadzieje, że Straż Miejska Wolfsburga zrezygnowała z pogoni za uciekinierami. Valmar i ten milczący człowiek, Völker Foucault, poznali się właśnie podczas tego przedterminowego, samodzielnego zwolnienia z aresztu, niedługo po oznajmieniu przez sędzinę wyroku skazującego na rok pracy w kanałach, co w praktyce równało się z wyrokiem śmierci. Valmar trafił tam wkrótce po rozróbie w karczmie, którą rzecz jasna rozpętał Foucault. Pewnie do teraz było mu głupio. Najśmieszniejsze było jednak to, że najpierw, pijani w sztok dali sobie zdrowo po mordach, a kilka godzin później wspólnie zorganizowali ucieczkę z aresztu.

Teraz są tutaj, na kompletnym pustkowiu… Ale przynajmniej zgubili pogoń. Pytanie przedstawiało się następująco – kiedy dojdą wreszcie do jakiegoś miasta?

Lub jakiejkolwiek oznaki cywilizacji…

Wyszli na błotnistą polanę, odrobinę jaśniejszą od reszty lasu. Ich oczom ukazał się upragniony od dawna kształt kamiennej, wzniesionej ludzką ręką budowli. Była to cerkiew, której na frontowej ścianie widniało godło wyobrażające kruka, różę i coś, co przypominało marmurowy portal, okalający pozostałe dwa symbole. Foucault uśmiechnął się mimowolnie, ale radość trwała bardzo krótko, gdyż zaraz zauważyli, dlaczego misternie powyginana, żelazna brama jest otwarta. Niedaleko niej, pod murkiem leżało ciało zakonnika, ubrane w czarne szaty, bez żadnych symboli czy ozdób, tak popularnych u kapłanów innych niż Morr bogów.

Valmar podbiegł do niego, skinąwszy uprzednio na kompana. Völker bez słowa uniósł miecz, odrzuciwszy kaptur płaszcza, by lepiej widzieć. Elf przewrócił ciało na plecy i jęknął z obrzydzenia. Trup był jeszcze ciepły, ale wydawał się zupełnie suchy, jakby jakaś krwiożercza (dosłownie, przemknęło mu przez głowę) siła wyssała z niego wszystkie życiodajne płyny. Nie dało się określić wieku zakonnika. Mógł mieć równie dobrze dwadzieścia parę, jak i pięćdziesiąt lat. W tej chwili wyglądał jak mumia, ale wrażenie to psuł nieco mocny, perlisty deszcz. W rękach ściskał kurczowo jakąś kopertę z czerwoną, nieotwartą jeszcze pieczęcią Świątyni Morra. Valmar zabrał ją, przez chwilę siłując się z zaciśniętymi palcami zmarłego. Nie była podpisana, jedynie błoto i zaschnięta krew świadczyły, że nie jest zupełnie nowa.

– Możesz mi wytłumaczyć, na Sigmara ujeżdżającego kurczaka, co to wszystko ma znaczyć? – Rzucił Völker w stronę elfa, usilnie starając się skupić na obserwacji krzaków. – Nie wygląda mi to na robotę zwierzoludzi.

– Nie mam bladego pojęcia. Ale myślę, że powinniśmy wejść do środka. Moglibyśmy znaleźć coś do jedzenia, a jestem, jakby to ładnie ująć, głodniejszy niż zwierzoludzie na widok wioski.

– Ty znowu o jedzeniu… – mruknął Völker, ale bez oporów poszedł za Valmarem, unosząc miecz na wysokość łokcia i co chwila oglądając się za siebie, by uniknąć zaskoczenia.

Świątynia nie różniła się zbytnio od typowych budynków należących do kultu Morra. Zbudowana z brunatnych kamieni, co widać było poprzez nieotynkowane, surowe ściany. Wzniesiona została na planie krzyża – dłuższa część była najprawdopodobniej samą świątynią, natomiast dwa rozwidlenia po bokach najwidoczniej stanowiły segment mieszkalny i użytkowy. Więcej nie udało im się dostrzec, oprócz unoszącego się wszędzie zapachu zgnilizny.

Valmar wyjął trzymane dotychczas za pasem sztylety i wyszczerzył groźnie zęby, które współgrając z blizną na prawym policzku, tworzyły iście przerażający duet. Przysunął się do wielkich, dębowych drzwi i kopnął je z rozmachem.

Niezamknięte, odskoczyły uderzając o przeciwległą ścianę. Skobel był wyrwany od zewnątrz. Völker powiedział coś ledwie słyszalnego, jakąś uwagę na temat umiejętności tego, który potrafi wyłamać stalowy skobel w dębowych, grubych drzwiach, nie zostawiając większych śladów na nich samych. Valmar musiał się zgodzić.

W środku było więcej ciał. Leżały wygięte w nienaturalnych pozycjach. Kilkorgu brakowało członków. Przy ołtarzu leżał bezgłowy mistrz świątynny, w odróżniających się, czerwonych szatach i herbem kruka na poplamionych brunatnoczerwonym płynem szatach. Valmar dotknął najbliżej leżących zwłok. Ciepłe, doszedł do wniosku. Leżą tu najwyżej od kilku godzin.

– Völker, bierzesz lewe skrzydło. – szepnął Valmar, odgarniając niesforne włosy. – Ja idę na prawo. Krzycz, jeśli coś znajdziesz. To raz. Dwa, spotykamy się tutaj za kilka minut, jasne? Jeśli będzie tu jakaś piwnica, nie schodź tam sam. Wejdziemy razem.

Völker pokiwał ze zrozumieniem i bez słowa wyszedł w kierunku wejścia po lewej stronie ołtarza. Cały czas trzymał w pogotowiu długie na metr ostrze i ostrożnie stawiając kroki, by się nie zdradzić. Lepiej nie ryzykować… kto wie, co zaatakowało mnichów. Gdzieś w jego podświadomości czaił się strach, powoli, acz skutecznie domagając się ujścia. Opanował się jednak, by nie zrobić sobie wstydu przed elfem. Według nich wszyscy ludzie to mięczaki. Nie mógł pozwolić, by Valmar traktował go lekceważeniem. Już raz się o to pobili… ale ostatecznie nie okazał się takim dupkiem, na jakiego wyglądał. Völker jedno wiedział na pewno – ten elf mało przypominał innych przedstawicieli Starszej Rasy, jakich dotąd zdarzyło mu się spotkać podczas wędrówki.

Z rozmyślań wyrwał go hałas, który akurat mało miał wspólnego z panującą w tym ponurym miejscu grozą – gdakanie kur. Było ich około dziesięciu, wszystkie stłoczone w jednym kącie, spłoszone i wyraźnie przerażone. Oprócz kurnika nic ciekawego nie zobaczył, wyszedł więc przez zbitą z luźnych desek bramkę, prowadzącą na podwórze.

Za świątynią znajdował się duży ogród, pełen nagrobków i stojących przy nich ławek. Był dobrze utrzymany, jak zresztą wszystkie cmentarze utrzymywane przez Towarzystwo Ostatniej Modlitwy, gildię finansowaną przez kapłanów Morra. Jedyną rzeczą, która świadczyła o obecności jakichś obcych istot, była wyrąbana mieczem lub toporem ścieżka, prowadząca dalej w las.

Stamtąd zapewne przyszli napastnicy, doszedł do wniosku Völker. Ale już nikogo tutaj nie ma… opactwo jest puste, a jedynymi przybyszami jesteśmy my. Poczuł na twarzy krople zimnego jak lód deszczu i wrócił do środka.

2

Valmar, nie czekając na towarzysza, wszedł na schody po prawej, z których jedne prowadziły do podziemi, drugie natomiast na piętro. Wybrał te ostatnie, pomny na swoje własne słowa. Przeskoczył przez półpiętro i zobaczył surowo urządzony korytarz i dziewięć par drzwi, prowadzących, jak sądził, do cel. Największe, podwójne, były uchylone, odsłaniając pomieszczenie, będące skrzyżowaniem kuchni z jadalnią, gdzie na środku ustawiony był długi stół i dziewięć krzeseł.

Nic.

Żadnych śladów walki, zero krwi, zero czegokolwiek, co pomogłoby w stwierdzeniu, kto zabił zakonników. Nie natrafił na żaden trop, poza tym uporczywym smrodem zgnilizny i rozkładu. Nawet to nie pasowało, gdyż ciała były jeszcze ciepłe… więc jak mogły cuchnąć? Poza tym wszystkie leżały na dole…

Po inspekcji nadszedł czas na pogrzebanie zwłok, co było najmniej przyjemnym zajęciem. Postanowili, że pochowają ich w ogrodzie, gdzie było dość miejsca na osiem grobów.

Osiem.

Przysiągłby, że w jadalni widział dziewięć krzeseł… Zresztą, to nie świadczy o niczym. Może jedno było na zapas. Tylko… czemu miał paskudne uczucie, że sytuacja wygląda dużo gorzej, niż to wszystko wygląda?

Coś tu jest nie tak, podpowiadał mu piskliwy głosik intuicji. Coś poważnego się szykuje, a ty i twój ludzki przyjaciel wpadliście po szyję w gówno. Za niedługo możecie się zadławić, więc ewakuujcie się stąd, póki jeszcze macie czas.

Jak najdalej…

Otrząsnął się i zaczął kopać, przez chwilę jeszcze obserwując zaciągające się chmurami (znowu!) niebo. Morrslieb powoli wyłaniał się zza horyzontu, zamieniając się miejscami ze słońcem.

Völker znalazł jedzenie w małej piwniczce, co przyjęli z wielkim entuzjazmem. Drewna również było na tyle, więc rozsiedli się wygodnie w dużej jadalni na piętrze i zaczęli spożywać spóźniony obiad. Po skończonym posiłku Valmar wyciągnął z kieszeni wiszącego przy piecu płaszcza zapieczętowaną kopertę. Völker obserwował towarzysza w milczeniu, po czym złamał pieczęć i rozwinął wilgotny papier. Zaczął czytać, powoli i spokojnie, robiąc czasem przerwy na odczytanie jakiegoś niewyraźnego słowa.

Hiel

Już tyle czasu minęło, jak daliście nam na przechowanie ów dziwny amulet… A tu się dzieją coraz dziwniejsze rzeczy. Na początku zniknęły gdzieś wszystkie nasze osły, co było po prostu nie do pomyślenia. Niedługo później ludzie z okolicy zaczęli rozprawiać, jakoby coś pechowców porywać zaczęło, a to już jest bardzo niepokojące. Wysłałem do was stajennego Güntera, ale nie mamy od niego odpowiedzi. Proszę, przyślijcie tu kogoś, co wie, co z tym wszystkim mamy zrobić, bo ja już sam popadam w paranoję. Odbierzcie od nas ten amulet, bo nie podoba mi się to wszystko.

Opat Heinrich Geheim

– Mnie też się to nie podoba, Valmar. – powiedział Völker cicho, jak to miał w zwyczaju. – Ni cholery mi się to nie podoba.

Valmar nie odpowiedział nic, pomyślawszy jedynie, że jutro ruszą w dalszą drogę.

3

Noc minęła spokojnie, bez żadnych podejrzanych hałasów. Po śniadaniu, które zjedli w milczeniu, postanowili, że pójdą śladem wyrąbanej w listowiu ścieżki, wyłaniającej się z ogrodu na tyłach Świątyni.

Nie bacząc na nic i mimo przytłaczającej atmosfery ciesząc się z suchych ubrań szli ścieżką, która była tak prosta, jak tylko może być leśna dróżka.

Marsz był monotonny i uciążliwy, gdyż co jakiś czas musieli zakładać kaptury, by osłonić się przed pojawiającym się co jakiś czas deszczem. W końcu, porządnie zmęczeni po dwóch godzinach jednostajnego dreptania po ścieżce, doszli do osady.

– Na Morra… – Wydusił z siebie oszołomiony Völker Foucault, bezwiednie zasłoniwszy usta, co nadało mu nieco głupawy wygląd. Valmar wyszedł naprzód, by lepiej widzieć.

Widok był zaiste godny uwagi.

Wszędzie walały się rozrzucone sprzęty, kawałki mebli, kilka zaśniedziałych mieczy, połamany łuk i trochę dziecięcych zabawek. Wioskowe chatki, niegdyś ładne i schludne, miały zerwane dachy i podziurawione ostrzami ściany. Te bliżej brzegu były nadpalone, ale deszcz najwidoczniej nie pozwolił do rozprzestrzenienia się ognia. Valmar wyjął sztylety i wszedł do najbliższego domku, nakazując gestem Foucaultowi zrobić to samo. Völker stwierdził w duchu, że elf za bardzo się tu rządzi, ale bez szemrania spełnił prośbę towarzysza.

Wszędzie widać było ślady walki, lecz nie widać było żadnych ciał, w przeciwieństwie do świątyni.

– Völker? – Krzyknął elf, wyłaniając się z ciemnego pomieszczenia.

– Tak? – nie mógł zidentyfikować głosu towarzysza. W końcu udało mu się dostrzec poruszający się cień w drzwiach jednej z chat i uspokoił się.

– Znalazłeś coś?

– Chyba. – głos Foucaulta zdradzał obrzydzenie. I coś, co do Valmara dotarło dopiero po chwili: gniew. – Ale nie wiem, czy ci się to spodoba, Skrybo.

– Zaryzykuję. Co tam masz?

Elf stał w progu, czekając na wyjaśnienia. Völker przez chwilę patrzył mu w oczy, po czym wskazał na małe zawiniątko, zostawione (widocznie w pośpiechu, doszedł do wniosku) na małym, brudnym stole. Valmar podszedł niepewnie i rozwinął wilgotne szmaty. Zawiniątkiem był noworodek, a raczej to, co z niego zostało. Wyglądał podobnie jak zakonnicy; mumia z wysuszoną na wiór twarzą starca.

– Opuszczamy tę popierdoloną wioskę. – Głos elfa nie wyrażał żadnych emocji. – Jak najdalej, Völker, jak najdalej.

– Zgadzam się z tobą w zupełności.

Ruszyli z powrotem na szlak, tym razem wyraźniejszy, prowadzący na gościniec. Przejaśniło się. Valmar spojrzał w górę, z zadowoleniem stwierdzając, że większa część chmur ustąpiła, odsłaniając słońce w zenicie. Ogarnęły go jednak mroczne myśli.

Kim byli tajemniczy napastnicy, którzy wyrżnęli zakonników i pobliską wioskę? Albo napastnik… W pobliskich lasach aż roi się od orków czy zwierzoludzi, lecz to na pewno nie była ich robota, gdyż zostawiliby za sobą spalone ciała i zabraliby wszystko, co przedstawiałoby jakąkolwiek wartość. Wioska nie wyglądała na złupioną, wręcz przeciwnie. Valmar dałby głowę, że nic nie zginęło, wyłączając oczywiście ludzi. Czy miało to coś wspólnego z owym amuletem, o którym wspominał w liście opat Geheim? Wyglądało, że tak. Valmar doszedł do wniosku, że amulet musiał być jakimś ważnym przedmiotem o wielkiej wartości… ale z drugiej strony za bardzo śmierdziało mu tu czarną magią. Wysuszone, jakby zmumifikowane trupy zakonników, brak jakichkolwiek ciał (oprócz niemowlaka w zawiniątku) w wiosce. Instynkt, ten piskliwy, wredny głosik, podpowiadał mu, że trzeba było zostać w domu. W końcu w mieście Altdorf, w ciepłym, małym domku na obrzeżach, gdzie nikt nie przeszkadza i ogień wesoło trzeszcze w kominku, mógłby spokojnie zająć się pisaniem swego największego dzieła.

Ale doskonale zdawał sobie sprawę, że wyruszyłby na szlak, wcześniej czy później, by zasmakować prawdziwego życia, tak potrzebnego do prawdziwości i szczerości dobrej powieści.

Jedno było pewne – czas ruszyć dalej, dokładnie tak, jak podpowiadało mu serce.

4

Dzień chylił się ku zachodowi. Jeszcze najwyżej godzina i na niebie wzejdą księżyce, Morrslieb i Mannslieb, by oświetlić spóźnionym wędrowcom szlak. Völker nie odzywał się ani słowem, pogrążony w samotnych rozmyślaniach. Gdy Valmar opowiedział mu o swoich przeczuciach, pokiwał głową i dodał, że takie ślady na ciałach mógł zrobić leszy, powszechnie występujący w Kislevskich lasach, lub jakiś zabłąkany wampir, co było wielokroć gorsze, bo leszy to bezrozumne bydlę, które zabija, żeby żyć, a wampir robi to z wyboru i częstokroć dla własnej satysfakcji. Poza tym musiało to mieć coś wspólnego z tajemniczym amuletem, który najprawdopodobniej został przez niego skradziony.

Tak podbudowani, szli dalej, w milczeniu, czekając tylko aż coś wybiegnie zza drzew, by zrobić z nich przekąskę między obiadem a właściwą kolacją.

Völker podniósł miecz, dając Valmarowi gest świadczący, że coś słyszał. Elf doszedł do wniosku, że ludzie nigdy nie przestaną go zadziwiać. Usłyszeć coś w taką noc… Wyciągnął sztylety, na tyle ostrożnie, by nie odbijały światła księżyców. Było to jednak daremne, gdyż Völker zaczął rąbać mieczem o najbliższe drzewo, co chwila spoglądając w górę, między liście i pokrzykując.

– Wiemy, że tam jesteś, pomiocie Chaosu. Zejdź sam i walcz jak wojownik lub zgiń jak pies!

Valmar dostrzegł kształt w ciemnościach i uśmiechnął się pod nosem. Rzucił półgębkiem do kompana:

– Uspokój się, człeczyno. To jakiś starzec, ubrany w strój zakonnika Morra. Najpewniej uciekinier.

Jednak Foucault nie przestał się wydzierać i tak długo rąbał mieczem w pień, aż drzewo przechyliło się niebezpiecznie, grożąc natychmiastowym złamaniem. Sylwetka ukryta w liściach nie wytrzymała i również zaczęła krzyczeć wysokim, starczym tonem. Valmarowi przypominało to trochę głosy Rady Starszych wioski Ald – Seer, skąd pochodził, i wzdrygnął się mimowolnie. Völker doszedł natomiast do zgoła innego wniosku: głos ten przypomina wyciągniętą z ziemi mandragorę, która ryczy tak długo, aż wsadzą ją weń z powrotem. Nie przestawał jednak rąbać pnia, skutecznie podwajając wrzaski i złorzeczenia staruszka.

– DOBRZE, JUŻ DOBRZE! SCHODZĘ! SŁYSZYSZ, SZALONY POMIOCIE DEMONA! SCHODZĘ!

Völker natychmiast przestał, wbijając miecz w ziemię i opierając się na nim jak na lasce.

– O to mi chodziło.

Valmar z trudem powstrzymał się od śmiechu.

Stary upadł z łoskotem na ziemię, szybko wstając na nogi, co wprawiło w podziw nawet Foucaulta. Zakonnik obserwował ich przez chwilę i odetchnął z wyraźną ulgą.

– Na moje szczęście, nie wyglądacie na sługusów tego czorta. Może jednak nie jest tak źle… – Usiadł na ziemi, bez żenady prosząc o jedzenie. – Wiecie, ostatnio jadłem wczoraj rano…

Tym razem Valmar roześmiał się głośno.

Rozpalili ognisko i po ciekawskich pytaniach dotyczących szczegółów podróży elfa i człowieka, rozmowa zeszła na tematy, które najbardziej interesowały wędrowców, wyraźnie znużonych po raz wtóry przerabianiem rękoczynów w wolfsburdzkiej knajpie.

– Wiem niewiele więcej niż wy, a o tym, że wieśniacy zniknęli, dowiedziałem się wczoraj, uciekając przed tym potworem.

Oczy Völkera zajaśniały, odbijając światło ogniska.

– Wiesz, kto zaatakował Świątynię Morra?

Starzec milczał przez chwilę, wbijając wzrok w ogień i stwierdził tylko:

– Nie zrozumiecie. Ale postaram się wam opowiedzieć całą tą zwariowaną historię od początku.

Odpowiedzieli mu milczeniem. Starzec przysunął się bliżej ciepła i zaczął mówić.

– Jakieś trzy tygodnie temu, w wigilię Geheimnisnacht, Nocy Tajemnic, dostaliśmy paczkę z listem od samego mistrza kapituły w Nuln. Informował w niej, że w środku znajduje się artefakt o dużej sile i daje go nam na przechowanie, by nie dostał się w niepowołane ręce.

Völker uśmiechnął się ponuro.

– Ja miałem pilnować, by nic mu się nie stało i jako jedyny oprócz biednego opata Heinricha wiedziałem, co się święci. I kto pragnie go zdobyć.

Oblicze Valmara ukazywało coraz większe zainteresowanie. Podał staruszkowi wody z bukłaka i zrobił gest ręką, dając znać, by mówił dalej.

– Cóż… wiemy, że jest to wampir, Aaris von Keidtt, łowca nagród, który pracuje dla jakiegoś maga w Altdorfie. To na kilometr śmierdzi polityką i kultystami Chaosu.

– Skąd ta pewność?

– Jestem… – Starzec zawahał się – jestem nie tyle zakonnikiem, co detektywem na usługach Towarzystwa Ostatniej Modlitwy. Coś jak łowca czarownic, ale to bardziej skomplikowane. Znamy Aarisa, natomiast nie potrafimy zdemaskować mózgu, którego moi koledzy z zakonu przezwali Człowiekiem W Czerni.

Völker uśmiechnął się ponownie, tym razem z politowaniem. Staruszek, niezrażony, ciągnął dalej.

– To bardzo skomplikowane, ale w skrócie chodzi o to, że von Keidtt dotarł aż tutaj i zabrał to, po co przyszedł. – Zaraz potem dodał z udanym melodramatyzmem – Oraz o to, że gdy się pokażę w Kapitule z pustymi rękoma, prawdopodobnie zawisnę na rzemyku sandała Arcymistrza.

Valmar uznał, że to bardzo filozoficzne podejście do życia i energicznie pokiwał głową ze zrozumieniem, by nie zdradzić się, że czasem zupełnie nie rozumie ludzi. Elfy miały zupełnie inną mentalność i starego z pewnością by zrozumiano i jeszcze wynagrodzono za poniesiony trud.

– Najgorsze jest to, że ten plugawy wampir mnie szuka, bo prawdopodobnie dowiedział się, że przysłano mnie tu kilka dni przed dostarczeniem paczki z amuletem. A ja? Co mogę zrobić sam, bez broni i ochrony? Dobrze chociaż, że trafiłem na was. – Stary znacząco popatrzył w oczy Foucaultowi, ale widocznie ujrzał w nich coś, co niezbyt mu się spodobało, bo zaraz znów spoglądał w ogień.

Valmar postanowił zaryzykować jeszcze jedno pytanie, które nurtowało go od przeczytania listu:

– Interesuje mnie taka sprawa…

Stary zrobił jeszcze jeden łyk i otarł usta, jakby pił nie wodę ze źródła, a najdroższe marienburskie wino.

– Słucham, elfie.

– Co stało za tym, że zniknęły wszystkie wasze osły? I kilku ludzi z osady?

Odpowiedział mu świst.

Bukłak upadł na ziemię… a Valmar zrozumiał, co się dzieje dopiero wtedy, gdy z ust staruszka wyszła strzała, rozbryzgując wszędzie krew. Szumiało mu w uszach. Kątem oka zobaczył, jak Völker Foucault wstaje na równe nogi i dobywa miecza, ruszając do ataku. Valmar, nie czekając na zachętę, wyjął sztylety i zaatakował ciemną, chudą postać, ubraną w czarny strój z białym emblematem wyobrażającym skrzyżowany miecz i młot. Twarz nieznajomego okryta była nieprzeniknionym, szerokim kapturem, niepozwalającym niczego dostrzec. Obcy rzucił łuk i dobył małego, szerokiego miecza, używanego przez arabskich wojowników i energicznie począł parować ciosy rozjuszonego Foucaulta.

Mimo że Völker był niesamowicie silny, napastnik posiadał iście kocią zręczność i precyzję, zupełnie ignorując zapał Foucaulta. Valmar ruszył z pomocą, dokładnie wtedy, gdy kompanowi wypadł z ręki miecz i stał się bezbronny. Nieznajomy zamachnął się do ostatecznego ciosu, ale popełnił zasadniczy błąd: w ferworze walki zapomniał o elfie, który teraz postanowił dać znać o sobie.

Miał jedną, jedyną szansę na powodzenie, inaczej Völker stanie się przeszłością… Wykorzystując swoją elfią zwinność, skoczył przeciwnikowi na plecy i wbił w szyję oba sztylety jednocześnie. Völker złapał jego własny miecz i ciął głęboko w serce, a przynajmniej tam, gdzie zwykle się znajduje.

Mroczna postać upadła z rzężeniem na ziemię, ostatkiem woli próbując się odgonić od jakichś niewidzialnych much. Do nozdrzy wędrowców dobiegł ohydny, trupi odór. Valmar spojrzał na odsłoniętą twarz pokonanego, wyrażającą dziką furię i chęć mordu. Na czole widniał wypalony znak, ten sam, który wyszyty był na płaszczu wampira. Valmar pomyślał, że te blade, długie zęby będą długo jeszcze śnić mu się w noce takie jak ta.

Z trudem powstrzymując odrazę, Völker zaczął grzebać przy śmierdzącym ciele. Po chwili znalazł to, czego szukał.

Amulet był wyjątkowo piękny, nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości.

W złoty okrąg wpleciony był misternie skręcony krzyż, dający wyobrażenie o starożytnych rzemieślnikach i ich metalurgicznym kunszcie. Na środku krzyża, widać było oplecione metalem serce amuletu – przepiękny, ametyst, odbijający filuternie blade światło ogniska. Valmar niemal z nabożną czcią wziął go od Foucaulta, czując bijącą zeń magiczną siłę.

5

Po wrzuceniu ciał do ognia nadszedł rytuał – Völker namawiał elfa tak długo, aż ten niechętnie ustąpił. Wziął małą, metalową „misę podróżnika” i zaciął się ostrzem valmarowego sztyletu. Elf obserwował krew towarzysza spływającą powoli do naczynia, po czym zrobił to samo, mamrocząc pod nosem wzniosłą litanię do wszystkich bogów Starego Świata. Po chwili śpiewali już razem, przyrzekając sobie braterstwo krwi i wieczne przywiązanie, którego jedynymi, niemymi świadkami byli migoczący ametyst zaklęty w amulecie i blady, wiszący wysoko na niebie Morrslieb. Ale nawet on nie zwracał na to zdarzenie uwagi, zajęty witaniem swego większego brata Mannslieba.

Mysłowice, 23.09.2008

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz