Grudzień 30th, 2008 przez Dollar

Piękny się zaczął dzień, wszystko się wydawało takie łatwe, lecz tak też nie było.

-Obudź się Stanisławie! – Krzyknęła nauczycielka matematyki. Staś posłusznie podniósł się z ławki, podpierając się prawą ręką, a lewą wyciągając do góry w kwestii rozciągnięcia się. Prawa ręka obślizgła się ze stołu i z hukiem uderzył w stół głową. Marta, która siedziała obok w ławce odskoczyła i spadła z krzesła, a nauczycielka puściła kredę i się obróciła szybkim zwrotem tułowiu.
-Ała… – Jęknął Stasiek cicho chrypiącym głosem.
-Stasiu wyjdź z klasy! Natychmiast!… – Pani Markowska chciała jeszcze coś powiedzieć ale zadzwonił dzwonek na przerwę. Nawet jeśli coś powiedziała to zagłuszył to dzwonek. Jasiu wstał, wziął torbę, przechodząc obok Staśka popchnął go barkiem.
-Szykuj się przed szkołą! – krzyknął z udawaną złością, ale nie wytrzymał, roześmiał się. Dziewiętnastolatek wstał, podniósł plecak i założył go na plecy, po czym wyszedł z klasy.
Marta która rozmawiała z Małgosią przystanęła przy Stasiu i powiedziała:
-Przestraszyłeś mnie Stasiu! Zrobiłeś to specjalnie? – Uśmiechnęła się. Stasiek zrozumiał że to żart.
-Niestety nie tym razem – Staś uśmiechnął się tak głupkowato że Małgosia aż roześmiała się zza Marty. Staś zastał uderzony w ramie, lekko otwartą dłonią.
-Oddaj, oddaj, oddaj jej! – Usłyszał męsko-damski głos w głowie.
-Co? – Powiedział z zdziwieniem, nadzwyczaj głośno.
-Uderz, uderz ją! Mocniej! – Stanisław znów usłyszał ten sam głos. Nie wiedział co się z nim dzieje.
-Nie! Nie! Nie! – Wykrzyczał, wszyscy spojrzeli na niego z zdziwieniem. Zdobył się na uśmiech.
-To tylko żart. – Powiedział z spokojem i ruszył w stronę wyjścia.
Wyszedł z szkoły. Co to było? Za dużo kawy?. Staś uśmiechnął się do swoich myśli, choć to nie było śmieszne. Zrobiło mu się słabo.
-Podejdź! Uderz! Zabij! Niech zginie! Bij! Niech krwawi! Zmiażdż go! Utnij mu palec! Stopę! Dłoń! Głowęęęęęęęęę!- Dotychczas Staś miał zamknięte oczy i niedowład nóg, przynajmniej tak mu się zdawało. Głos w jego głowie stawał się tak głośny… nie wytrzymał. Chwycił się za głowę i otworzył oczy. Upadł na plecy. Popatrzył na swoje ręce, całe w krwi. Podniósł się do siadu, zobaczył. Spojrzał wprost w oczy głowy… samej głowy. Rozejrzał się, ujrzał palec, stopę, głowę, zmiażdżoną klatkę piersiową.
-Nie, nie, nie, nie! Nie! Nie!… – Zaczął cicho, ale krzyczał coraz głośniej – Nie! Nie! Nie! – Teraz krzyczał tak głośno, że przy każdym kolejnym krzyku, bolało jakby gardło wybuchało. Bolało go tak mocno, nawet za bardzo, ale krzyczał.

***

Otwarł oczy. Patrzył w niebo z jakiejś dziury. Zapadał się coraz niżej i niżej…. Dotarł na sam dół grobu. Rozejrzał się gdzie leży. Był w trumnie. Chciał wstać, ale zobaczył jak ktoś zrzucał pokrywę. Spadła idealnie, robotnicy się ucieszyli, nie musieli jej poprawiać.

***

Znów poczuł się jak przedtem, jakby zbudził się z snu. Nie chciał otwierać oczu, ale zrobił to ktoś za niego. Nie miał władzy nad ciałem. Zobaczył swoje miasto z góry, jakby z samolotu. Spadał, lecz nie czuł oporu powietrza. Wpadł w budynek, jakby przeszył sufit pokoju nie robiąc w nim dziury. Zupełnie jak duch. Zobaczył pokój. Wszedł tam mężczyzna cały na czarno, Z czarną czapką? Nie to kominiarka! Pomyślał Stasiek. Złodziej… bandyta, rabuś, jakkolwiek go nazwać, po prostu mężczyzna łamiący prawo szedł tyłem z wyprostowaną ręką, w której trzymał pistolet. Z drzwi z których wyszedł rabuś wyszła kobieta. Aneta!
-Aneta! Uciekaj! – Krzyknął Staś. Chciał rzucić się na złodzieja, nie mógł. Aneta nie słyszała go. Kochał ją ponad życie, oddał by je by ją uratować, gdyby mógł. Padł strzał.

***

Siedział na krześle. Czuł to. Nie chciał otwierać oczu, długo walczył. Nie chciał już cierpieć! Znów otwarły mu się oczy, lecz nie czuł się jak pobudka z zwykłego snu, bardziej jak pobudka z koszmaru. W oczy raziła go jasność, Kształtował się stół, waga, ludzie, jakby ustawiał ostrość. Gdy wszystko było idealne wszystko się ściemniało, stawało czarne, i wrócił do punktu wyjścia, tylko w kontrastowym kolorze. Przed nim zabłysnęła biała postać. Umięśniony, wysoki mężczyzna. W prawej ręce trzymał bardzo długi, zdobiony miecz. W lewej małą złotą tarcze. Nie widział dość wyraźnie, ale wszystko się poprawiało, tylko że dużo wolniej niż przedtem. I było coś za nim… jakby skrzydła?
-Czy wiesz co robisz śmiertelniku? Czy wiesz czy kochasz teraz? Czy nienawidzisz!? – Mówiła osoba zaczynając krążyć wokół Stasia. – Czy wiesz co czujesz? Czy wiesz co myślisz? Czy wiesz co się dzieje? Teraz wszystko dzieje się inaczej tak? Czujesz jakbyś przenosił się w czasie? Znam to uczucie człowieku, znam dobrze! Tak jak złość, nienawiść, ale odczuwam też miłość, współczucie, lecz nie. Nie do takich jak Ty! Niech to zmieni twoje życie na zawsze! Bedę czuwał, a jeśli nie będziesz szukał odpowiedzi…

***

Staś podniósł powieki, ujrzał znów niebo. Pielęgniarkę trzymającą nogi w górze i gapiącym się uczniom. Uśmiechnął się. Wszystko już było w porządku.

***

Cztery lat później…
Siedział już tak od dwóch dni. Było widać że ma obsesje.
-”Znam to uczucie człowieku, znam dobrze!” – Pozwiedzał Staś bawiąc się długopisem. – Zgłodniałem… w końcu. – ostatnie słowo powiedział jakby chciał obrazić samego siebie. Wyszedł z swojego mieszkania, tak jak był ubrany. Miał czerwoną bluzę zapinaną na zamek, z kapucą. Spodnie z jeansu. Ubrał na siebie dodatkowo tylko buty, lecz wrócił się po płaszcz, zapomniał że jest zima. Szedł prosto nadal zamyślony, lecz tym razem gdzie dobrze zjeść. Był zdziwiony ruchem ulicznym, jak i pieszym. Nikogo o tej porze? o 12:17? Zbliżał się do pasów, gdy nagle uderzył w coś barkiem, lecz tam nic nie było, zdawało mu się że kogoś potrącił ramieniem, lecz nikogo tu nie było. Zignorował to i ruszył dalej. Przystanął na końcu chodnika. Spojrzał w lewo, później w prawo, i ruszył przed siebie. Żadnego samochodu w polu widzenia. Był na środku pasów, gdy rozległ się ryk silnika. Znikąd pojawiły się samochody, piesi na chodniku. Gdy spojrzał za siebie ujrzał dziewczynę, która zbierał jakieś papiery z ziemi klnąc pod nosem. Uderzył w niego samochód.

***

Obudził się na krześle, tym samym co przed laty, wszystko białe, te same złudzenie optyczne, jakby ktoś bawił się ostrością w telewizorze. Lecz gdy ostrość była dobra, nie zapadła ciemność.
-Anioł? – Zapytał mężczyzna z lewej strony wagi.
-Niemożliwe w tych czasach nie ma nowych Aniołów! – Prawie wykrzyczał mężczyzna z prawej strony wagi. – Chyba że to cud – dokończył spokojniej.
-Cisza – Rozległ się głos żeński. Osoba zapewne stała za złotą wagą. – To Anioł! – Zwróciła się do towarzyszy, przyniosła wzrok na Staśka. – Wyciągnij zwój miecz z pochwy, zdejmij swą tarcze z pleców i uchwyć ją w ręce, rozwiń swe skrzydła i pilnuj ładu! – Powiedziała kobieta.
Stanisław wstał z krzesła o własnych siłach, to co było – bezwładność i złe sny już nie wrócą. Spojrzał na pasek gdzie była przywieszona do niego pochwa. Wyciągnął Piękny szeroki, ale krótki miecz. Trzymał go w prawej ręce. Poczuł ciężar na plecach. Lewą ręką zdjął go, tarcza – dość duża, masywna, złota. Staś poczuł się dobrze. Wyobraził sobie że rozwija swe skrzydła, ale to nie były tylko wyobrażenia, zrobił to naprawdę. Teraz zrozumiał, został zwerbowany, tak jak Anioł który mu się objawił. Podniósł swój miecz w górę i odleciał…

Dolar

Grudzień 30th, 2008 przez maryjane

Mary Jane jest postacią przedziwną. Legendy głoszą, że wyrosła z nasiona przywianego przez wiatr, jako jedna z wielu zwykłych roślin; jednak Matka Natura dostrzegła w niej coś więcej niż tylko chwasta, i tchnęła w nią część swej życiodajnej mocy. Gdy więc Mary podrosła nieco i nabrała świadomości, odkryła zachwycona, że w przeciwieństwie do innych roślin może odrywać swe korzenie od ziemi. Zaczęła więc tańczyć, a taniec jej obudził do życia leśne bóstwa; cały las dołączył się do tego przedziwnego hołdu składanego Matce Naturze przez jej Kapłankę. Każda żyjąca istota na swój sposób okazywała swoją radość i wdzięczność dla Niej za dar życia. Ptaki śpiewem, motyle trzepotem różnobarwnych skrzydeł. Drzewa szumiały kojąco, falując koronami; jelenie i sarny kłaniały się najpiękniej jak potrafiły, mrówki zaczęły wznosić na jej cześć wielki kopiec. Coraz więcej leśnych bóstw przybywało i każde z nich, chcąc w jakiś sposób zaznaczyć swą obecność, oddawało Mary Jane odrobinę swoich mocy. Matka Natura natomiast odpowiedziała zgromadzonym rozkosznym letnim wiaterkiem, który owiał polanę.

Pod wieczór, gdy magiczne rytuały dobiegły końca, a leśne stworzenia zapadły w spokojny sen, Mary Jane, przyjemnie zmęczona, zapuściła na powrót swe korzenie, chcąc odetchnąć w kojącym chłodzie Ziemi. Docierało do niej powoli, że została wybrana. Nie wiedziała jednak, co było jej misją. Była już jednak pewna, zresztą nigdy się nawet nie zawahała, że będzie służyć Naturze całym swoim życiem. Z tą właśnie myślą i uśmiechem na ustach Mary Jane w końcu zasnęła.

O świcie obudziły ją ciche pomruki. Gdy rozejrzała się wokół, dostrzegła młodego daniela, skulonego pod rosnącym nieopodal rozłożystym drzewem. Zaniepokojona podeszła bliżej i ze smutkiem zrozumiała powód jego nawoływań. Beztroski zwierzak podczas zabawy natrafił na zasadzkę. Ostre zęby kłusowniczych sideł zniewoliły boleśnie jego tylnią nogę. Rana krwawiła mocno i wciąż się powiększała, a daniel, pozbawiony sił i nadziei, ułożył się pod drzewem, oczekując nieuniknionego. Oprawca mógł nadejść w każdej chwili. Skoro mógł zastawić tak okrutną pułapkę na niewinne zwierzę, to do czego jeszcze był zdolny? Przez myśl Mary Jane przebiegły okropne scenariusze.

Nagle w jej głowie pojawiło się rozwiązanie. Kapłanka wiedziała doskonale co zrobić, jednak nie miała pojęcia, skąd. Zerwała kilka ziół, zeskrobała z drzewa kawałek żywicy i zawijając wszystko w rulonik kory, zdjęty z brzozowego pnia, wznieciła ogień u jednego z jego końców. Podała tlącą się mieszankę na wpół przytomnemu zwierzęciu. Gdy do jego płuc dostał się przyjemnie gryzący dym, zaczął odzyskiwać siły. Używając zdrowych nóg zaparł się i z niespotykaną łatwością wyślizgnął zranione kopytko z sideł. Rana powoli przestawała krwawić. Mary Jane obserwowała tylko, jak daniel dość zgrabnie się podniósł i lekko kulejąc oddalił się w stronę legowiska, by bezpiecznie powrócić do pełni sił.

Mary już wiedziała, że alchemia to jeden z darów ofiarowanych przez któreś z leśnych bóstw. Uśmiechnęła się do siebie, Natury i zdolności, których znaczenia i mocy nie była jeszcze w stanie pojąć.

Te same legendy podają, że parę dni później, o zmierzchu, nad niewielkim źródełkiem zagubionym gdzieś w czeluściach wciąż tego samego lasu, spotkały się trzy boginki. Źródła mówią, że były to opiekunki Wiatru, Ziemi i Zwierząt. Odziane w leśne paprocie zebrały się przy źródełku, by porozmawiać o dziwnej istocie imieniem Mary Jane, która od kilku dni krążyła po lesie, uzdrawiając napotkane zwierzęta. Po krótkiej wymianie zdań doszły do wniosku, że tak niesamowitego daru nie można zmarnować. Uzgodniły, że Mary Jane musi opuścić las i wyruszyć w drogę. Choć w niebezpiecznej krainie czyhało wiele pułapek, tak wiele istnień mogła przecież uratować! Udały się więc do wiekowego dębu, w którego koronie zwykła odpoczywać Matka Natura. Gdy dotarły na miejsce, akurat prowadziła zażartą dyskusję ze wschodzącym księżycem. Opiekunka Wiatru nieśmiało owiała majestatyczną postać swej władczyni, chcąc zwrócić jej uwagę. Matka Natura przeprosiła Księżyc i uśmiechnęła się zachęcająco do boginek. Gdy przedstawiły jej swój pomysł, zadumała się głęboko. Po chwili znów się uśmiechnęła, a one wiedziały już, że wzięła sprawy w swoje ręce…

Opowieść barda urwała się, a słuchacze po chwili usłyszeli ciche pochrapywanie. Wypity miód już wszystkim szumiał w głowach, nic więc dziwnego, że staruszek niespodziewanie postanowił się zdrzemnąć. Porozchodzili się po izbach, by ułożyć się do snu; mieli nadzieję, że jutro powrócą do historii Mary Jane.

Grudzień 30th, 2008 przez Reviri

Kobieta mocniej pociągnęła za wodze i koń stanął dęba. Przestraszeni strażnicy zgodzili się ją przepuścić i uchylili wrota. Miasto pogrążało się w mroku. W wielu oknach zapalały się lampy. Ostatni przechodnie znikali z ulic. Czarna klacz zarżała z dezaprobatą. Nie podobało jej się to miasto.

- Spokojnie Nimoth, spokojnie. Nie zostaniemy tu długo. Jutro ruszymy dalej.

Z naprzeciwka zbliżał się patrol strażników. Czarna klacz stąpała z godnością, jej właścicielka z kamienną twarzą patrzyła przed siebie. Dowódca patrolu zasalutował jej mieczem, odpowiedziała lekkim skinieniem głowy. Zbliżały się do gospody. W bramie stał chłopiec stajenny, kobieta rzuciła mu wodze i zsiadła z konia.

Drzwi otwarły się i zdumiony Jimmy zobaczył najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział.. Miała czarne jak noc, lśniące włosy i ciemną cerę. Spojrzenie czarnych oczu omiotło salę i zatrzymało się na nim. Była spowita w czarny płaszcz podróżny. Podeszła do niego pełnym elegancji, ale energicznym krokiem. Zanim zdążyła się odezwać z podwórza nadbiegł Tommy niosąc sakwy nieznajomej.

- Połóż je przy tym stole w kącie chłopcze. – Miała aksamitny głos przywodzący na myśl bezksiężycową noc. Mówiła władczym, nie znoszącym sprzeciwu tonem.– Gospodarzu podaj mi coś ciepłego do jedzenia i kielich grzanego wina z korzeniami.

- W tej chwili dostojna pani.

Jimmy zniknął w drzwiach prowadzących na zaplecze a kobieta uważnie obserwowana przez wszystkich gości zajęła miejsce przy stole w rogu sali, niedaleko kominka.

„Skąd ja znam tą wojowniczkę?” zastanawiał się Miron. „ Na pewno nie jest elfką. A przecież znam wszystkich ludzi w tym przeklętym kraju! Naprawdę wydaje mi się znajoma.” Obserwował ja spod przymrużonych powiek. Jimmy podszedł do niej z miską pieczeni baraniej z grzybami. „ To jego specjał. Serwuje go tylko najznamienitszym gościom, a jestem pewny, że tak samo jak ja zastanawia się kim ona jest. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w Cara Daton.” W tym momencie do gospody wszedł Razon, wędrowny bard bawiący chwilowo w mieście. Ktoś z miejscowych zaprosił go do stołu i postawił kolejkę. W sali rozległy się wołania:

- Zaśpiewaj nam coś Razonie. Zaśpiewaj!

Bard podniósł się i jednym haustem osuszył kufel.

- Niestety przyjaciele nie wziąłem lutni! Jeśli jednak chcecie opowiem wam coś. Będzie to jedna z nowszych historii, tej na pewno jeszcze żeście nie słyszeli.

Miron spojrzał kątem oka na wojowniczkę. Schowała się w cieniu pijąc powoli grzane wino. Razon odezwał się znowu.

- Będzie to historia o jednej z ostatnich przygód Czarnej Inez!

W sali zapadła cisza.

Miron słuchał słów barda, ale jego wzrok wciąż kierował się w stronę siedzącej w kącie kobiety. Nie mógł dostrzec jej twarzy. W pewnej chwili wstała prawdopodobnie po to by podejść do Jimmy’ego. Wtedy jej czarny płaszcz rozchylił się ukazując czarne spodnie i kaftan przykryty czarną kolczugą. U pasa wisiał miecz w czarnej pochwie zdobionej rubinami, które dostrzegało się również wśród oczek kolczugi i na rękojeści zatkniętego za pas sztyletu z czarnej stali. „Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść?” pomyślał Miron. „Czarna Inez!!!”

Jimmy wciąż obserwował kobietę zza baru. Zauważył, że wychyliła do dna puchar wina. „Za chwilę pewnie każe sobie przynieść następny” pomyślał. Jednak kobieta sama postanowiła do niego podejść. Wtedy jej płaszcz rozchylił się. „Czarna Inez!” pomyślał.

*

„Królowa miecza i łez: Czarna Inez”. O tak, śpiewano o niej pieśni. Znano ją na całym Kontynencie. Swoją karierę zaczynała w wojsku, ale gdy tylko osiągnęła stopień porucznika odeszła z niego. Miała wtedy na głowie inne sprawy. Jeśli zdarzy się w jej rodzinnym kraju wojna to, kto wie, może wróci do armii. Ale na razie ma co innego na głowie. Walczyła w obronie prawa tam, gdzie była potrzebna. Pomagała władzom ujmować groźnych morderców i zbójów, którzy wymykali się lokalnym stróżom prawa. Czasem załatwiała własne porachunki. Miała swoją prywatną listę, o której istnieniu nikt nie wiedział. Tylko ścigani przez nią ludzie to podejrzewali. Bezlitosna Inez, Mroczna królowa, Cienista klinga. Tak nazywali ją ci, którzy wiedzieli, że ich ściga. Jeszcze nikomu nie udało się uciec.

- Dasz mi swój najlepszy pokój oberżysto.

- Oczywiście wielmożna pani. Zaraz panią zaprowadzę.

Inez spokojnie patrzyła jak gospodarz podnosi jej sakwy i kieruje się do schodów w głębi sali. Poszła za nim a stukot jej jeździeckich butów rozlegał się echem w ucichłej nagle sali. „Wszyscy zdali sobie sprawę z mojej obecności. Bard będzie mógł powiedzieć, że widział na własne oczy bohaterkę najsławniejszych pieśni Kontynentu. A miejscowa hołota przez tydzień będzie zaraz po zmroku ryglować drzwi ze strachu.”

Kroki idącej po schodach kobiety rozlegały się echem w głowie przestraszonego Jimmy’ego. Jeszcze nigdy w „Złotej ostrodze” nie gościł ktoś tak znany i tak niebezpieczny.

Ale Jimmy nie da JEJ pretekstu do niezadowolenia, co to, to nie!

Oberżysta otworzył drzwi w końcu korytarza i gestem zaprosił do środka swoją klientkę. Był to salonik przylegający do najlepszego z pokoi w „Złotej ostrodze”. Ostrożnie złożył na stole sakwy.

- Czy szanowna pani życzy sobie coś jeszcze?

- Tak. Masz zagrzać wodę i napełnić nią największą balię w swojej łaźni. Chcę się wykąpać. A jutro masz mnie zbudzić o świcie i przygotować kilka wiader letniej wody, żebym mogła dokładnie się umyć. Zrozumiałeś?

- Tak jest wielmożna pani. Zaraz podgrzeje wodę i przyślę do pani służącą, gdy wszystko będzie gotowe.

Po tych słowach Jimmy zamknął drzwi i pędem zbiegł do kuchni. Po chwili wielki kocioł pełen wody wisiał nad paleniskiem a on sam już krzątał się w łaźni szykując największą z balii, stos ręczników i kilka świec. Gdy po jakimś czasie wszystko było gotowe posłał swoją żonę na górę, by zawiadomiła wojowniczkę i zaprowadziła ją do umywalni.

Kolejna struga gorącej wody rozlała się po jej plecach. Zapach cynamonu z dalekiego południa. Wdychała go z rozkoszą. Niech jej ciało przesiąknie tym zapachem. Niech towarzyszy on jej gdziekolwiek się uda. Niech budzi strach wśród jej wrogów. Ale jeszcze nie w tej chwili. Teraz trzeba odpocząć. Jechała cały dzień, z jednym tylko popasem, bardzo krótkim. Przyjemne ciepło rozchodziło się po całym jej strudzonym ciele. Wśród ubrań leżących na wyciągnięcie ręki ukryty był sztylet, na wszelki wypadek. Woda powoli stygła, więc Inez zanurzyła się ostatni raz i wstała. Woda strużkami ściekała po jej twarzy, płaskim brzuchu, długich, smukłych nogach. Sięgnęła po ręcznik i wytarła się do sucha. Z leżącej niedaleko torby wyjęła słoiczek z balsamem i dokładnie wtarła go w całe ciało. „Niech moje ciało przesiąknie tym zapachem.” Ciasno owinęła się krótkim ręcznikiem i wytarła włosy. Zebrała swoje rzeczy i wróciła na górę. Dotyk jedwabnej pościeli na gołej skórze w kilka chwil przed zaśnięciem, gdy materiał okrywał jej proporcjonalne ciało godne bogini miłości, o tak to było wspaniałe uczucie.

Jimmy bał się wyrwać ze snu Czarną Inez. Jednak kazała się zbudzić o świcie. Woda już czekała w łaźni. Jimmy zawsze sumiennie wykonywał polecenia swoich klientów.

Stuk, stuk, stuk.

Zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła mu już ubrana wojowniczka. Bez słowa minęła go i skierowała się do łaźni. Miała przy sobie torbę. Jimmy pomaszerował za nią. Zanim zamknęła drzwi kazała sobie przygotować śniadanie i kawę, i podać je do saloniku.

Oberżysta zaraz zakręcił się w kuchni. Wyjął z pieca świeży chleb i ukroił kilka kromek, ze spiżarni przyniósł masło, ser i konfitury zrobione przez jego żonę. Z półki z przyprawami zdjął małe pudełeczko i wyjął z nabrał z niego dwie łyżeczki brązowego proszku, który wsypał do filiżanki ze swojej najlepszej zastawy. Gdy woda się zagotowała postawił wszystko na tacy i zaniósł do saloniku. Czekała tam już na niego Czarna Inez.

- Za godzinę moja klacz ma być osiodłana.

Jimmy skłonił się i odszedł. Zapach cynamonu unosił się w całym korytarzu.

*

O wschodzie słońca Miron zastukał do bramy. Sługa otworzył mu i bez słowa poprowadził przez dziedziniec, otworzył boczne drzwi i kazał mu zaczekać w środku.

Mężczyzna znalazł się w ciepłej, pełnej smakowitych zapachów kuchni. Na stole stały dwa nakrycia, chleb, masło, wędzona szynka i dzban piwa. Po chwili do pomieszczenia wszedł ten, który go tu wezwał.

- Niech pan usiądzie panie Mironie i poczęstuje się śniadaniem.

Miron skłonił się swojemu gospodarzowi i usiadł. Chleb był jeszcze ciepły, chłodne piwo miało wyśmienity smak.

- Wezwałem tu pana, ponieważ jest pan najlepszym wojownikiem w naszym kraju. Chce pana zatrudnić do ochrony własnej osoby.

- Czyżby było ono zagrożone? Kto ośmieliłby się pana napastować?

- Jedna osoba się ośmiela. Podobno jest już w drodze do naszego miasta. Nieumyślnie wplątałem się kiedyś w pewną aferę. Było kilka ofiar. Żona jednego z zabitych pragnie zemsty. Kilkoro z moich wspólników zginęło w tajemniczych okolicznościach. Chciałbym, żeby mnie pan ochronił przed takim niefortunnym wypadkiem. Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem. Czy 10 srebrnych groszy dziennie wystarczy panu?

- Wystarczy. Przyjmuję pana ofertę. Kim jest ta osoba, przed którą mam pana ochraniać?

- Na pewno pan o niej słyszał. To Czarna Inez.

„Chroń mnie o Najświętszy!!! Ale się wpakowałem. Czarna Inez!” Miron się przestraszył. Jeszcze nikt nie umknął Czarnej Inez, jeśli postanowiła go dopaść. Najlepiej byłoby od razu zrezygnować. Ale Miron był honorowym rycerzem i nigdy nie łamał danego słowa. A już wyraził zgodę. „Za tak marne pieniądze nie będę się narażał.”

- Skoro tak się sprawy mają musze pana poprosić o podwyższenie wynagrodzenia i dostęp do pana zbrojowni. Za taką kwotę nie mogę się narażać w walce z Królową Miecza.

- 20 srebrnych groszy na dzień, dostęp do mojej najlepszej broni i 3 szmaragdy jako zaliczka. Co pan na to.

- Zgadzam się.

Mężczyzna położył na stole 3 kamienie wielkości dojrzałej wiśni, niestety nieoszlifowane, ale mimo tego bardzo piękne. Miron schował je do sakiewki i dokończył śniadanie. Gdy wstał od stołu w drzwiach pojawił się sługa. Koń Mirona już stał w stajni a jego sakwy leżały w małym pokoiku z jednym oknem i twardym łóżkiem. Sługa zaprowadził rycerza do zbrojowni. Miron do własnej kolczugi i doskonałego miecza dobrał mocny hełm z osłoną na nos i pas z nożami do rzucania. Były perfekcyjnie wyważone, bardzo ostre i wykonane z najlepszej stali. Tak uzbrojony mężczyzna wyszedł na dziedziniec i stanął pod murem, w cieniu rzucanym przez bramę. Czuł lodowaty ucisk w żołądku. Śmierć nadchodziła wielkimi krokami.

*

Nimoth była już osiodłana i czekała przed drzwiami gdy Czarna Inez zeszła ze swoimi bagażami do wspólnej sali. Miała na sobie kolczugę, pod pachą trzymała czarny hełm z rubinową różą na przedzie. Przy pasie miała miecz, i dwa sztylety, każdy z rubinem na głowni. Podeszła do Jimmy’ego i podała mu grawenę. Nie wierząc własnemu szczęściu (w końcu ta moneta ma wartość 50 srebrnych groszy) Jimmy skłonił się i pożegnał wojowniczkę.

Inez umocowała sakwy przy siodle i odjechała w stronę centrum miasta. W Cara Daton mieszkał kolejny numer z jej listy. Jechała stępa. Na ulicach panował jeszcze umiarkowany ruch. Powoli zbliżała się do przeciwnego krańca miasta, gdzie mieszkał znany kupiec Habreth. Z pewnością wie już, że jest ścigany. Ciekawe co zrobi, żeby się ochronić? Niektórzy z jego wspólników mieli całkiem ciekawe metody. Kryli się w tajnych pokojach, uciekali podziemnymi korytarzami, jeden próbował nawet skryć się w przebraniu wiejskiej przekupki. Nikomu to nie pomogło. Co będzie tym razem?

Widziała już mur ogradzający posesję Habretha. Poluzowała miecz w pochwie. Poprawiła ułożenie hełmu. Oto brama.

Już od jakiegoś czasu na ulicy panowała cisza. Nagle rozdarł ja stukot kopyt zbliżającego się konia. Mirona przeszył dreszcz. Jeździec znalazł się już po drugiej stronie muru. Serce wojownika waliło niczym młot kowalski. Czas jakby zwolnił swój bieg. Zobaczył w bramie pysk czarnej klaczy, po chwili pokazał się cały łeb. Na czoło Mirona wystąpił zimny pot. Po chwili, która wydała mu się wiecznością, pojawiła się Czarna Inez. Minęła go. Miron nie mógł się ruszyć Wojowniczka zbliżała się do domu. Zsiadła z konia i coś cicho mówiła do jego ucha. W tym momencie Miron odzyskał zdolność ruchu. Ruszył prze siebie, wyciągając nóż do rzucania.

Przejechała przez bramę. Kątem oka spostrzegła zastygłego w bezruchu wojownika. „No tak. Wynajął ochroniarza. Myśli sobie, że zwykły wojak mnie pokona. Niedoczekanie. Ale nie dam po sobie poznać, że go zauważyłam. Niech najemnik chociaż spróbuje.”

Dojechała pod same drzwi. Zsiadła z konia. Pochyliła się do ucha Nimoth. „Nie martw się. On nie zrobi mi krzywdy. Zostań tu. Za chwilę ruszmy w drogę.” Usłyszała cichutki zgrzyt stali. Pewnie ten mężczyzna wyciąga sztylet lub nóż do rzucania. Nadal nie reagowała. Podeszła do drzwi i położyła rękę na klamce. Wtedy usłyszała furkot powietrza i nóź do rzucania wbił się w deskę tuż nad jej dłonią.

- Gdybym chciała mogłabym stanąć z tobą do walki już w bramie. Słyszałam jak się za mną skradałeś, jak wyciągałeś nóź. Ale nic mi nie zrobiłeś, więc po co miałabym z tobą walczyć?

- Jeśli chcesz zabić Habretha to najpierw musisz pozbyć się mnie.

Odwróciła się powoli. Jej ręka spoczęła na rękojeści miecza. Ale czarne oczy patrzyły spokojnie.

- Widziałam cię wczoraj w gospodzie. Przyglądałeś mi się. Po co tu jesteś?

- Mam ochraniać przed tobą Habretha. Podobno chcesz go zabić.

- A ty podobno chcesz walczyć. Jeśli tak, to wyciągnij miecz.

Czarne ostrze błyskawicznie wyskoczyło z pochwy. Kruczoczarne oczy zachmurzyły się. Miron wyciągnął swój miecz. Używał go już w wielu potyczkach. Nigdy do tej pory ten oręż go nie zawiódł. Ruszył do ataku. Inez bez większych trudności sparowała cięcie, a jego impet wykorzystała do lekkiego obrotu. Jej stal z błyskawiczną szybkością odbiła miecz przeciwnika i przecięła rękaw jego koszuli. Na ziemię spadły pierwsze krople krwi. Miron znowu uderzył, ale Inez zrobiła unik i zadała kolejny cios prosto w pierś przeciwnika. Kolczuga pękła, ale stal nie zagłębiła się w ciało. Miron z niedowierzaniem spojrzał na swoją zbroję. Inez kopniakiem podcięła mu nogi. Mężczyzna zwalił się na ziemię. Zobaczył jej twarz nad sobą. Pojawił się na niej szyderczy uśmieszek.

- Chciałeś się ze mną mierzyć, mając na sobie tak słabą kolczugę? Jesteś za wolny. Popracuj nad sobą, a może przy następnym spotkaniu lepiej się spiszesz. Żegnaj.

Coś błysnęło i Miron zapadł się w głęboką ciemność.

Promień zachodzącego słońca padł na twarz mężczyzny. Ten powoli otworzył oczy. Rozejrzał się z niedowierzaniem. „Gdzie ja jestem? Co się stało?” Nagle przypomniał sobie pojedynek z Czarną Inez. „Gdzie ona jest? Czyżby zabiła mojego pracodawcę? Muszę natychmiast to sprawdzić!” Podniósł się z ziemi. Drzwi do domu Habretha były otwarte. Wbiegł do kuchni. Nikogo. Przeszukał cały dom, i w gabinecie zobaczył ciało. Habreth leżał na zakrwawionej posadzce z własnym sztyletem wbitym w serce. Na stole leżał list.

Sprawiedliwość jest ślepa, ale w tym wypadku ukarała właściwego człowieka. Habreth dopuścił się wielu czynów, za które można by go skazać na karę śmierci. Popełnił wiele morderstw. Między innymi 7 lat temu zamordował prawie całą rodzinę mieszkającą w Ret Darill. Moją rodzinę. Moich rodziców, rodzeństwo, męża i moją ukochaną dwuletnią córeczkę. Spotkał go los jaki sam sobie przygotował.”

Miron wpatrywał się w pismo kobiety, która tak lekko go pokonała i zabiła tego, którego on miał ochraniać. Po chwili wyszedł, zabrał swoje sakwy, osiodłał swojego konia i ruszył w stronę strażnicy. Opowie o wszystkim i wyjedzie z tego miasteczka. Nie zapomniał jej słów. Popracuje nad sobą. Odnajdzie sławnych weteranów i będzie się od nich uczył. A gdy już będzie gotowy odnajdzie Czarną Inez i zmierzy się z nią ponownie. „Zobaczymy, kto wtedy będzie górą.”

Ziemia umykała spod kopyt Nimoth. Miasteczko Cara Daton zostało daleko w tyle, jak wiele innych osad. Przebyła już kilkanaście mil. Nimoth zarżała i ruszyła galopem. „Powinien się już obudzić. Zanim pozbawiłam go przytomności zobaczyłam w jego oczach zawziętość. Na pewno niedługo znowu się spotkamy. Ciekawe czy uda mu się pobić Niepokonaną Inez? Wkrótce się przekonamy. Na razie żegnaj tajemniczy wojowniku. Do zobaczenia wkrótce.”

Noc zapadała nad światem. Między drzewami jak cień mknęła postać na koniu. Czarna Inez ruszała na spotkanie nowej przygody.

Grudzień 26th, 2008 przez smok_w_mroku

Gorardar i Jasmine byli już przy wejściu do groty smoka. Bardzo się denerwowali. Gorardar spojrzał na Jasmine, a Jasmine spojrzała na Gorardara. Gorardar miał niebieskie oczy, ale Jasmine widziała je tylko zza długich kruczoczarnych włosów które opadły mu w tej ważnej chwili na twarz. To nie była twarz wojownika, lecz człowieka który się boi. Kto wie co by było gdyby Jasmine nie stała wtedy obok niego? Kto wie co by było gdyby nie działała na niego tak bardzo jego męska duma? Któż to wie? Chyba nikt.
-Już czas. -powiedział Gorardar i udał się w stronę wejścia.
-Gorardar poczekaj!!- krzyknęłą Jasmine.
-Co się stało?
-Muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham.
-Gorardar, Ja Cię – zaczerwieniła się Jasmine – Ja Cię kocham.
Gorardar zaniemówił z wrażenia.
-Ja też Cię… – nie dokończył bo nagle ze środka groty wydobył się ogromy ryk.
-Biegiem nim będzie za późno – przekonał ją do działania.
Komnata smoka była ogromna. Podłoga była ze srebra a ściany złote. Smok siedział na diamentowym tronie i krzyczał:
-Jestem królem świata hahaha.
Wtedy Gorardara opanował jeszczę większy strach, ale wydobył z siebie resztki odwagi i  postanowił ujawnić smokowi swoją obecność:
-Już niedługo.
-Kto ty?
-Jestem Gorardar, wojownik o wolność krainy Siedmiu Lasów.
-Spływaj – rzekł groźnie smok.
-Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Szukałem cię przez wiele miesięcy. A teraz gdy już wreszcie cię odnalazłem nie pozostało mi nic innego jak cię zabić.
-Nie rozmieszaj mnie. Tacy jak ty służą mi za wykalaczkę. Daję ci ostatnią szanse. Zamknę teraz oczy, a gdy je znów otworzę, ciebie i tej ladacznicy już tu nie będzie.
-Nie ma mowy. Mam miecz króla Anre.
-Co? Króla Anre. To znaczy że ty jesteś tym legendarnym rycerzem, który ma sprawić by drzewa znowu rodziły liście, trawa była zielona, a niebo nie było już koloru piekła. Nie wierzę w tą legendę, ale chętnie się z nią rozprawie. Stawaj do walki.
Smok wstał z tronu. Rozłożył skrzydła, odbił się od ziemi i szybując po sufitem swojej komnaty ział ogniem na prawo i lewo. Cała komnata był w ogniu. Potem zapełniła się dymem, a gdy dym opadł nie było w niej widać nikogo tylko smoka triumwalnie smiejącego się na środku komnaty.
-No i co? Legendy się nie spełniają!
-Nie mów hop póki nie przeskoczysz- odpowiedział Gorardar wyskakujący zza żyrandora na łep smoka.
Gorardar wyciagnął miecz i wbił go smokowi prosto między oczy.
Smok zawył z bólu i padł na ziemię.
Trawa znów był zielona, drzewa rodziły liście a niebo było pieknie niebieskie. A Jasmine i Gorardar wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie

Grudzień 22nd, 2008 przez darial2

Rozdział I ,,Polowanie na piratów”

Król Mariusz I przechadzał się po swojej komnacie. Dzień był bardzo słoneczny, dookoła słychać było szum fal i nawoływanie mew, a promienie słońca przedzierały się przez okno sypialni. Mimo całej cudowności tego dnia, Mariusz czuł, że czegoś mu brak. Chciał się  w końcu się ustatkowac i zostać prawowitym władcą krainy Jurda. Mariusz był już dziewiętnastoletnim mężczyzną, nieco postawnej budowy, o ciemnych włosach i oczach przypominających  barwę ametystu, które budziły zachwyt w każdej damie dworu. Król lubił otaczać się pięknymi kobietami, w każdej wyprawie i zabawie musiały mu towarzyszyć pięknie ubrane dziewczęta o nieprzeciętnej urodzie, dobrze wyglądające i wysławiające się.Innych nie tolerował. Jeszcze wczoraj wieczorem towarzyszyła mu jedna z kurtyzan. Po kolacji zaprosił ją do swojej komnaty i spędził z nią noc. Lecz dzisiaj coś mu przeszkadzało. Znów śnila mu się ONA. Każdej nocy widzial ją w snach ale nie mógł dojrzeć twarzy. Gdy już zbliżał się, to jakaś siła odciągala go i budził się. Dlatego mial zły humor, a trzeba wiedzieć ze Mariusz bardzo łatwo wpadał w gniew. Nagle rozległo się pukanie:

- Proszę wejść! odrzekł Mariusz. Do komnaty wszedł sługa królewski, który oznajmił:

-Najjaśniejszy Panie! Pański ojciec pragnie Pana widziec w sali tronowej.

-Dobrze, w takim razie oznajmij mu, że zaraz zejdę- odpowiedzial Mariusz

Sługa pokłonił się i wyszedł.  Mariusz westchnął. Jeśli ojciec wzywa go, to pewnie znowu chodzi o piratów. Ostatnio zrabowali całe wschodnie wybrzeże królestwa, a jemu wciąż nie udało się ich złapać. Mimo wszystko poszedł na spotkanie.

Stary król siedział w sali tronowej i mimo calemu urokowi dnia, wyglądał na naprawdę nieszczęśliwego. Byl to bardzo stary człowiek, o niezwykle poważnych rysach twarzy i słynący z wielkiej mądrości życiowej, niektórzy powiadali, że to on rozgromil ostatniego z największych piratów świata- Bartomella. Pirat ten, słynął z okrutności i przemocy,  powiadano, że odkrył on smoki w krainie Jurdy. Stary Zygfryd pokonal go,lecz w chwili śierci Bartomello wypowiedział słowa, które mówiły że on i jego potomkowie będa nekać króla przez całe życie, a przynajmniej dopóki  nie odda im medalionu serca Jurdy. Król miał ten medalion odkąd pamiętal. Jego ojciec przekazał mu to w chwili śmierci i prosił by pilnie tego strzegł. Król nie raz i nie dwa, wzywał magów i najróżniejszych specjalistów by otworzyli medalion. Niestety żadnemu się nie powiodło. Stary Zygfryd czuł, że zbliża się jego koniec, dlatego zawował Mariusza, by przekazać mu ową tajemnicę.

-Jestem Ojcze! Czy mnie wzywałeś?- to Mariusz wszedł do komnaty.

-Synu, prosze zajmij miejsce koło mnie, musze ci coś wyjawić.-odpowiedzial ojciec.

Mariusz zdziwił sie, ale posłusznie usiadł obok króla. Stary król wyciągnął z kieszeni płaszcza medalion.

- Co to jest?- zapytał Mariusz

-To mój synu jest medalion, który zostawił mi mój ojciec w chwili swojej śmierci. Nie przekazał mi żadnych wskazówek co do niego,nawet nie powiedział jak go otworzyć.  Wielu znanych magów już próbowało, lecz wszystko na nic, za nic nie otworzymy medalionu. Dlatego mój synu, czuje że zbliża sie już koniec mojego życia, proszę weź ten medalion, i zrób z niego dobry użytek może tobie uda sie go otworzyć.

Mariusz posłusznie wziął medalion, ale kompletnie nie wiedział o co chodzi.

- Ojcze, wyjaśnij mi, skąd ty w ogolę masz ten medalion? Do czego on służy i co ja mam z nim zrobić?

-Mariuszu, ten medalion to medalion serca Jurdy-naszego kraju. Musi być bardzo cenny skoro mój ojciec kazał mi go strzec, a ja proszę cię o to samo dla mnie.

-Dobrze Ojcze,wypełnie twoją wolę-odrzekł Mariusz. -A czy to może mieć jakiś związek z piratami?

Stary król drgnął. -Dlaczego o to pytasz?

-Może dlatego, że bez przerwy nas nękają, a ja już nie wiem ,jakie posiłki na nich wysyłać. Za nic nie można ich złapać.

Zygfryd odetchnął. – Mój synu. Piraci od zawsze nas nagabywali, napadali na nasze ziemie, jest to przeklęty naród, musimy z nimi walczyć.

- Ojcze, ja to wszystko wiem. Ale ta legenda…

-Jaka legenda synu?-odrzekł stary

-Ta o której opowiadają wieśniacy, o dziewczynie morza i jej bandzie, i o statku, który nazywa się Samotny Jeździec… Dziewczyna owa nazywa się Gertrude lub Daria, jest to największa kobieta pirat. Jeszcze nikt jej nigdy nie widział, ale sieje  ogromny strach. Ludzie powiadają, ze gdy schodzi na ląd to ziemia rozstępuje się pod jej stopami…

Stary król, wysłuchując tej opowieści pobladł. Czyżby to było możliwe?-zastanawiał się- Daria, nie, nie…to nie może być prawda…

-Ojcze, czy coś się stało?-odpowiedział zaniepokojony Mariusz

- Nie, nic mój synu, po prostu jestem potwornie zmęczony..Muszę iść się położyć…Także pamiętaj o tym co ci dzisiaj powiedziałem….

-Oczywiście Ojcze, w takim razie spokojnej nocy-Mariusz skłonił się i pocałował dłoń ojca i opuścił pokój.

Stary Zygfryd położywszy się w łożu, wyciągnął medalion. Mimo, ze był słoneczny dzień, medalion i tak budził grozę. Promienie słońca, rozświetlały wyryte na nim serce z literą D… Zygfryd przypomnial sobie słowa, które wypowiedział do niego Bartomello, i których nigdy nikomu nie powiedział: Ona otworzy piekło, ale i tak znajdzie medalion, twój syn jest jej przeznaczony i dobrze o tym wiesz…  Zygfryd wzdrygnął się, i jeszcze tej samej nocy zmarł.