Listopad 5th, 2008 przez Makkuu

Dzień zaczynał się zwyczajnie. Jak zwykle wieśniacy o wschodzie słońca wyszli w pole, aby opiekować się swoim polem. Tak samo zaczynal dziń Dreth. Dreth mieszkał w wielodzietnej bo aż 8 dzietnej rodzinie. Razem z ojcem i 5 braćmi wyszli w pole. Każdy miał swój obowiazek do zrobienia, a potem mógł zająć się własnym kawałkiem rodzinnej ziemi. Było jej mało ale traktowali oni ją jako kieszonkowe. A więc gdy już zrobili wszystko na ziemi rodzinnej każdy poszedł do swojego kawałka ziemi. Każdy z synów miał pole o powierchni 50 arów. Dreth wszedł na swoje pole. Ogarnął je zwrokiem. Jego kawałek ziemi najszybciej wydawał plony. Może dlatego że pracował on w nim koło 6 godzin dziennie. Tam gdzie mieszkał nie było zimy i zboże rosło przez okrągły rok. Lecz Dreith już niedługo miał oddać swoje pole najmłodszemu bratu a sam zacząć polowac, ponieważ był najstarszym z braci a rodzinie czasami nie wystarczało na jedzenie w wiosce. Całe pole jego rodziny wynosiło aż 10 hektarów. Może to i mało ale wystarczyło by żyć w miare dostatnie. I prawda żyli oni dostatnie, ale dlaczego nie wystarczało im czasami na jedzenie? Ponieważ wioska mieściła się kilometr od gospodarstwa a kupowanie hurtowe było bardzo drogie więc Dreth musiał zacząc polować. Od roku ćwiczył się we władaniu łukiem. Gdy tak rozmyślał zobaczył łanie biegnącą w strone lasu. Kulała.

Upoluję ją to bedziemy mieć co jeść – pomyślał, po czym puścił się za nią biegiem. Zawsze miał przy sobie krótki nóż, który podarował mu ojciec na 15 urodziny. Przynajmniej raz mu się przyda. Bo około pięciu minutach biegu dogonił łanię. Nie było to trudne bo miała na prawde pochorataną nogę. Zanim jednak do niej dobiegł ona stanęla na środku polanki i zwróciła ku niemu swoją głowke.
Wiem że nie możesz mi pomóc, ale zabij mnie, ulżyj mojemu cierpieniu. – nagle zaszeptało mu w głowie. Chwilę po tym łania upadła na ziemie.
Hmm… dziwne. – powiedział do siebie po czym podszedł do łani i wziął ją na plecy by zanieśc ją do domu gdzie ją wypatroszą i podzielą na posiłki na około dwa tygodnie. Całą drogę powrotną myślał on o tym co się przed chwila wydarzyło. Co to był za głos? Cały czas nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Nagle usłyszał że cos sie poruszyło w krzakach za nim. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Znowu liscie zaszeleściły. Powoli położył łanie na ziemi i odwrócił się powoli. Zobaczył wk rzakach dwa jasne punkty.
Nie ruszaj się.
Kim jesteś?
Nie ważne jest ci to wiedzieć. Przynajmniej na razie. A teraz słuchaj. Jeżeli chcesz dojśc do wioski cało musisz zrobić to co ci teraz powiem. Nie możesz wrócić do domu nie ważne co usłyszysz i zobaczysz.
Co? O co ci chodzi. Jak mam cię usłuchac skoro nawet niewiem kim lub czym jestes?
A tak chociażby że wiem gdzie teraz jest twoja łania czego ty niestety nie możesz teraz powiedzieć.?
Jakto. Leży ona za mną położona na lewym boku.
Pewny jesteś? Jak tak to odwróć się i powiedz mi że się mylę
A więc dobrze. – powiedział po czym odwrócił się. Zamarł. Tam gdzie przed chwilą leżała martwa łania, była tylko lekko kołysząca się zielona trawa. – Gdzie ona jest? Co sie z nią stało? Kto ja zabrał? Przecież nie było tu nikogo a sama łania byla martwa!
No własnie. Jak to sie stało że nagle znikła? Wiesz chyba ci powiem. Ona nie była martwa. To była tylko chwilowa śmierć. Czyli stan mocno regeneracyjny. Widzisz, ta łania była częścią lasu, częscią mnie. A że las jest wieczny, niegdy nie wytniesz wszystkich drzew a nawet jak już ci sie uda to w ziemi znajdują się peski, ziarenka, które za pare lat zamienia się w drzewa. Tak samo jest ze wszystkimi zwięrzętami w lesie. Gdy serce im stanie padaja na ziemie i umierają lecz chwile potem mają już siły na to by wstac poniewaz cząstki lasu które w nich sa zaczynają pracować i pomagać sie zregenerować temu zwierzęciu. By na prawde je zabic musisz zabić je w stanie mocno regenarycyjnym. Czyli zabić wszystkie cześci lasu które w niej żyją. A można to osiągnąc tylko przez podpalenie, oraz rozerwanie na parę częsci tak aby krew razem z częsciami lasu całkowicie wypłynęła. Teraz rozumiesz co się stało z łanią?
-Ona ożyła wstała i poszła? To przecież niemożliwe! Jej noga była tak potwornie okaleczona!
Własnie na tym polega stan mocno regeneracyjny. Cząstki lasy zamieniają się w skóre i mieśnie aby w chwile zasklepić rane. A gdy masz ich na prawde dużo możesz robic bardzo potężne rzecze ze sobą…- mówiąc to punkty zaczęły powoli gasnąć aby po chwili w ogóle zniknąc. Dreth rzucił w krzaki i zaczął szukać źródła tych światełek. Niczego nie było.

Listopad 5th, 2008 przez Sir Vodalin

Znów nad miastem Etgar padał deszcz. Było to duże miasto położone w górach na szlaku handlowym północ-południe i jak w każdym takim mieście można było spotkać wielu najemników, którzy albo działali samodzielnie albo należeli do jakiejś organizacji, mających ochraniać kupców przed bandytami i jak trzeba było załatwić wiele innych rzeczy.

Do siedziby największej gildii zwanej gildią klingi wszedł pewien wysoki nieznajomy w przemokniętym płaszczu. Odźwierny nawet nie zainteresował się, kim był ów nieznajomy, po prostu kolejny najemnik szukający czegoś.

-Zrzeszony?

-Nie- odpowiedział nieznajomy bardzo burkliwie jednak odźwierny kontynuował swym monotonnym głosem rozmowę.

-W jakim celu?

-Chciałby się zaciągnąć.

-Po schodach w dół, prosto do końca i w lewo.

Nieznajomy ruszył błyskawicznie, a odźwierny dalej trwał na służbie.

W małym pomieszczeniu jedynym źródłem światła był mały otwór okienny. Na środku znajdowało się biurko, za którym siedział mały, stary goblin.

-Witam

-Chciałbym dołączyć do waszej gildii.

-A, jakie są powody takiej chęci.

-Takie jak wszystkich, dobrze zarobić.

-Jak cię zwą?- Goblin zamoczył pióro w atramencie i wlepił wzrok w przybysza.

-Sah

-Jakieś wcześniejsze kłopoty z prawem w Etgar, lub na terenie księstwa Senijskiego?

-Nie

-Własny ekwipunek?

-Tak

-Predyspozycje?

-Yyyy…

-Wolicie walczyć w pojedynkę, w grupie, z humanoidami, potworami, atakować, bronić, czy macie coś przeciwko eskortowaniu kogoś?

-Lepiej walczę w pojedynkę, a przeciwnik nie robi mi różnicy.

-Więc witam cię Sah w gildii klingi, pozostaje tylko kilka formalności, proszę zdjąć kaptur.

To, co ujrzał goblin było najdelikatniej mówiąc obrzydliwe. Twarz nieznajomego była pokryta bliznami, a właściwie była jedną wielką blizną, brak jednego skrzydełka nosa, poszarpane wargi, ślady pazurów, niezwykle biała cera, a także okulary zrobione z dziwnego kamienia oraz obręcz na skroni. Dopełnieniem upiornego oblicza były białe włosy zawiązane w warkocz.

-A… te dwa kryształy to na stałe?

-Nie

-Więc proszę je zdjąć i powiedzieć o pańskim doświadczeniu jako najemnika.

Stalowo szare oczy spojrzały na goblina, który musiał już widzieć bardzo wiele bo niewiele robił sobie z wyglądu Saha.

-Wolałbym o tym nie mówić i pokazać swoje umiejętności w walce.

- A więc dobrze proszę tu podpisać się lub zaznaczyć krzyżykiem.

Ku zdziwieniu, goblina Sah wziął pióro do ręki i podpisał się, co było dość niezwykłe, ponieważ przeciętny najemnik miał kłopoty z liczeniem wynagrodzenia, a co dopiero z pisaniem.

-Proszę udać się z tym dokumentem do komnaty na lewo od wyjścia.

Sah nie przejmował się tym, co myślą inni ludzie, był burkliwy oraz negatywnie nastawiony, do otoczenia. Wyszedł, więc bez pożegnania.

To nie była komnata, lecz sala. Znajdowało się w niej wiele sprzętu do treningu, od drewnianych replik broni przez manekiny do tarcz.

-Witam nowego adepta zapewne masz jakiś świstek dla mnie połóż go na tamtym stole.

Sah bez słowa uczynił tak jak mu kazano.

-Coś mało rozmowny jesteś no, ale cóż, ja nazywam się Afar, zdejmij ten płaszcz weź broń, jaką chcesz i pokaż, co potrafisz.

Albinos przyjrzał się wreszcie człowiekowi, który aż tyle mówił, był to barczysty podstarzały, ale w doskonałej formie człowiek w samych spodniach i z drewnianym mieczem w dłoni. Podszedł do stojaka i wybrał wielki drewniany miecz. O dziwo był dobrze wyważony, i bardzo zbliżony do oryginału.

-A, więc zaczynaj nowy

Sah ruszył bez wahania podniósł miecz, lecz wiedział, że nic z tego po reakcji starszego człowieka, dlatego błyskawicznie zamierzył się by ciąć od boku. Trafił, lecz Afar długo nie pozostawał dłużny i wyprowadził serię szybkich pchnięć, cięć próbując znaleźć słabszy punkt w przeciwniku. Po dłuższym pojedynku Afar na chwilę opuścił miecz, co pozwoliło Sahowi wyprowadzić potężne kopnięcie.

- Dość, widzę, że dużo potrafisz, więc dostaniesz odpowiednie zlecenie jak na twoje umiejętności.

Starszy człowiek podszedł do stołu gdzie została zostawiona kartka dopisał coś szybko i oddał kartkę Sahowi.

-Teraz do komnaty naprzeciwko wejścia, bywaj.

-Bywaj.

-A, więc jednak umiesz mówić. Ironiczny uśmieszek pojawił się na twarzy starszego człowieka, ale Sah już był na schodach i po kolejnej chwili był już w pomieszczeniu, w którym miał być. A było ono dość proste i praktyczne. Drewniany stół dwa krzesła i wielkie okno, które dawało światło, a mimo to na ścianach znajdowały się uchwyty na pochodnie a na stole, znajdował się świecznik stos papierów pióro i atrament.

- Witam, chyba pierwszy raz cię widzę, jestem Kard.

Sah nic nie odpowiedział tylko podał kartkę.

-A, więc nowy, hmmm… nazywasz się Sah tak? – Odpowiedział tylko kiwnięciem głową, – kiedy możesz zacząć?

- Od zaraz tylko odbiorę ekwipunek z karczmy..

- No to cóż, pójdziesz do karczmy z Habem jeśli nie masz nic przeciwko i wykonacie wyrok śmierci na pewnym orku w mieście, ale uważaj jest bardzo niebezpieczny, dlatego dano nam to zlecenie. No dalej idź i wróć z głową orka.

Sah znów w milczeniu wyszedł, na ławce przed drzwiami stał człowiek odziany w togę, patrzył na nieznajomego nowego członka z odrazą.

- Ty jesteś Hab?

-Tak, o co chodzi?

-Pójdziemy razem do karczmy po mój ekwipunek później po głowę orka.

- Świetnie, ciekawe ile wytrzymasz z tym orkiem no, ale cóż ja jestem czarodziejem, więc może uda mi się uratować nas obu. A tak pyzatym to jak się nazywasz?

-Sah i nie gadaj tyle tylko ruszaj się.

Przeciskanie się po zatłoczonych ulicach należało do przyjemnych i łatwych, więc po około dwóch godzinach znaleźli się pod karczmą. Sah tylko, gdy wszedł jakiś młody człowiek wbiegł po chodach i za chwilę przyszedł z wielkim plecakiem na plecach, i z dwuręcznym mieczem w ręce. Sah wziął od młodzieńca miecz.

-Hab to mój tragarz Fahes, Fahes to czarodziej Hab, a teraz po głowę orka, prowadź Hab.

Czarodziej nic nie odpowiedział tylko wyszedł z karczmy a za nim jego towarzysze.

Zbliżał się wieczór i na ulicach panował coraz mniejszy ruch, Doszli do domu orka w niecałą godzinę.

-Dobra plan jest taki wy dwaj wpadacie do domu i próbujecie przetrwać a ja rzucam na orka zaklęcie i go rozwalam dobrze?

Albinos tylko zdjął płaszcz i podał go młodzieńcowi miecz wraz z pochwą przerzucił przez ramię. Był w skórzanym kaftanie, na który była założona kolczuga. U bioder miał topór i buzdygan.

-Zapewne w cholewie buta masz jeszcze sztylet, który jest niczym przeciwko moim zaklęciom- zaśmiał się z niego czarodziej

Sah niewiele robiąc sobie z czarodzieja odpiął buzdygan i uderzył w zamek. Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Albinos tylko upuścił buzdygan i wyjął miecz. Nagle przez nie wypadł ork z ogromnym toporem. Machał nim jak cepem, a Sah w pewnym momencie się zaśmiał i ruszył do ofensywy. Trzasnął orka z pięści w twarz, kilka zębów zostało na ziemi. Oczy orka nabiegły jeszcze bardziej krwią, a z ust zaczęła płynąć piana. Ciosy toporem były zapewne bardzo szybkie oraz silne, ale mało celne. Sah chwycił swój miecz jednorącz, co było nie lada wyczynem, odpiął topór przy pasie, odbił cios zadany z góry, i zaczął rąbać orka. Swoim mieczem dwuręcznym odciął mu ramię, a toporem w drugiej nadgarstek, ork chciał jeszcze ugryźć go w twarz, ale Sah samym czubkiem miecza rozciął jego jamę brzuszną, a toporem rozciął szyję. Gdy jeszcze ork się zataczał rzucił topór na bok i ciął potężnie dzierżonym dwuręczne mieczem i przeciął orka w pół z góry na dół, jednak zanim jego dwie połowy upadły wykonał cięcie z obrotu powodując pozbawienia resztek ciała orka nóg.

Hab. stał przy najbliższej ścianie zwracając obiad, a Fahes w milczeniu podał swojemu panu upuszczony oręż, a zaraz po tym zajął się plądrowaniem domu. Sah odrąbał dwie połówki głowy i podał ją Habowi mówiąc:

-Masz i trzymaj to przynajmniej twoje niezwykle potężne zaklęcia niech do czegoś się przydadzą, a przynajmniej to jest na pewno ten ork?

Hab. wziął głowę i stał osłupiały i kiwnął tylko głową.

-Fahes kończ plądrować bierz jeszcze tylko topór orka i wracamy po nagrodę.

Sah już znał drogę, a zakrwawione ubranie oraz czarodziej z głową orka sprawiały, że jakoś lżej szło się przez miasto.

***

Kard był pod nie małym wrażeniem wyczynu nowego rekruta. Dał mu pokój, co było niebywałą nagrodą, ponieważ tylko starsi najemnicy, którzy przysłużyli się gildii dostawali cokolwiek poza określoną sumą pieniędzy. Chciał dać mu tydzień odpoczynku, ale Sah nie chciał odpoczywać. Stanęło na jednym dniu, w którym Albinos sprzedał łup z orka i od razu wrócił do przełożonego.

***

- Dobra już wróciłeś? No dobrze będziesz pomocą, w pozbawieniu życia pewnych bandytów.

Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie jakaś tam magia i wręcz niezwykłe zorganizowanie bandytów. Będziesz przydzielony do jednego z oddziałów rozpoznawczych, wraz ze znajomym ci czarodziejem Habem, który czeka na ciebie przed drzwiami. A i jeszcze jedno twój sługa tragarz czy jak mu tam nie będzie potrzebny, dostaniesz konia a on utrudniałby zlokalizowanie bandytów, więc niech lepiej zostanie. Żegnaj i obyś wrócił cały.

Sah bez szemrania wyszedł, tym razem czarodziej od razu wstał, a w jego oczach widoczny był strach.

-Przez ciebie zostałem mięsem armatnim głupcze!

-Według mnie możesz być, kim chcesz tylko nie nazywaj mnie głupcem, bo źle się dla ciebie to skończy

-Przepraszam, ale właśnie zostaliśmy przydzieleni do grupy, która ma jedno zadanie, zobaczyć bandytów i uciec, a że w tym jest jakaś magia to mnie również do tego przydzielili. Przez ciebie zginiemy!

-Nie gadaj tyle tylko poczekaj tu chwilę, pójdę do swojego pokoju po niezbędne rzeczy i wrócę.

Hab. pokornie czekał.

Sah wrócił jak zawsze odziany w płaszcz tak, aby nie było nic widać tylko dziura w płaszczu na jego miecz mogła cokolwiek zdradzić, bo twarz była ukryta w kapturze. Może tak było lepiej.

-Ruszajmy.

-Nie zapomnę ci tego.

-Jeśli wrócimy martwi nic mi nie zrobisz

Hab. ruszył w stronę wyjścia a Sah nie miał wyboru musiał za nim podążać.

***

Grupa, do której był przydzielony wyglądała rzeczywiście tak jakby miała uciekać. Trochę zaniepokoiło, Saha to, ponieważ on i Hab. dostali w przeciwieństwie do reszty grupy konie, które z pewnością nie były szybkie. Bandytów górskich lasach nie musieli długo szukać, ponieważ wpadli w pułapkę. Ci, którzy próbowali uciec zostali zastrzeleni na miejscu.

Otoczyła ich grupa, która odłożyła ługi a w ich miejsce wzięli włócznię. Pięciu jeźdźców na dziewięciu bandytów, małe szanse, ale zawsze pomyślał Sah i błyskawicznie zeskoczył z konia, wyciągnął miecz i spojrzał na towarzyszy, żaden nawet się nie ruszył, lecz było już za późno ruszył na najbliższego bandytę, który już biegł w jego stronę. Było to dziecinnie łatwe tylko odtrącił lewą dłonią włócznię, a prawą ciął przez szyję. Lecz pozostała ósemka nie przypatrywała się biernie i ruszyła szybko w jego kierunku. Następnych dwóch, którzy podbiegli zabił tak jak pierwszego tylko, że drugi został przecięty wpół. Otoczyli go w czterech pozostali dwaj podnieśli łuki, nie miałby szans gdyby nie magiczny błysk wywołany przez czarodzieja. Sah doskonale wykorzystał chwilę, mimo że był równie oślepiony jak bandyci ciął na oślep w miejscach gdzie stali ostatnio bandyci. Gdy trafił trzeciego odzyskał wzrok, sześć trupów i towarzysze na koniach wpatrujących się głupim wzrokiem w zaistniałą sytuację, tylko czarodziej zwiewał gdzie pieprz rośnie. Sah nagle poczuł ciepło na lewym ramieniu. Krew nie wrogów, lecz jego. Rzucił się z krzykiem na bandytę, który nieumiejętnie pchnął go włócznią, nawet nie próbował się bronić, a ostatnie, co powiedział to było „mamo”, lecz nikt tego nie słyszał. W szale albinos rozczłonkował bandytę na kawałki, ale dwóch pozostałych już napinało łuki. Wtedy na szczęście jego towarzysze odzyskali zdolność myślenia i ich zarąbali. Swoją drogą machali bronią jak cepami i nie widać było różnicy między ich zdolnościami, a zdolnościami zabitych.

- CO wy sobie myślicie żeby stać tak sobie jak na pikniku!

Jeden wystąpił przed szereg, był mały chuderlawy, ze zdecydowanie za dużym jak na niego mieczem.

-Cel był prosty zobaczyć bandytów, zapamiętać gdzie i uciec a nie ich wybić, co do nogi.

-Ostatniego należało zostawić roztrzaskać mu łuk i wymusić odpowiedź gdzie jest kryjówka a nie bezmyślnie zabijać, sam powinienem was zabić.

Popatrzyli po sobie i kiwali głowami. Sah wiedział, co to znaczy ścisnął mocniej miecz i czekał aż ruszą. Ich umiejętności były tak żałosne, iż dwóch spadło z koni, resztę powybijał jak muchy. Ciął przez szyję i brzuch tak, że kto go minął jechał dalej, tyle tylko, że bez głowy lub przecięty wpół.

Nie znał okolicy musiał sam wracać do miasta, co zajęło mu 4 dni.

Gdy wrócił do siedziby gildii klingi w Etgar, Kard nie dowierzał własnym oczom.

-Jak to możliwe, że żyjesz przecież było sześciu na jednego, bo reszta nic nie robiła, jak to się stało?

Sah opowiedział mu jak wjechali w zasadzkę, a pewni siebie bandyci zamiast zostać w bezpiecznej odległości z łukami, wzięli włócznię i podeszli, jak mu pomogła ucieczka czarodzieja, oraz o lojalności swych towarzyszy i ich głupocie.

-Widzę, że nie byle, kto z ciebie wróć, kiedy wydobrzejesz, bo co prawda rana płytka, ale zawsze przeszkadza. A tak poza tym to skąd pochodzisz?

-Pochodzę z północy, z ludu o prostych zasadach. Przyświecał im jeden cel, aby zabijać, bo zabijając stajesz się lepszy w zabijaniu i znów zabijasz, a przerywając ten cykl zazwyczaj umierało się. Więcej nie mogę zdradzić, więc żegnaj.

-Dobrze idź już idź.

Listopad 5th, 2008 przez 6Adrian

Nie wiem, czy opisując wydarzenie już spory czas po fakcie, będę w stanie oddać autentyczny stan swojego umysłu i absurdalność rzeczywistości, bądź nierzeczywistości, która z potwornym hukiem uderzyła we mnie pewnej letniej nocy. W niewielkim drewnianym domku na przedmieściach Warszawy, przez kilkanaście lat będącego ostoją dla całej mojej rodziny, podczas wakacji każdy dzień i każda noc wydawały się bliźniaczo podobne. Rano śpiew ptaków i zapach leśnej mgły, popołudniowe wycieczki rowerowe, mecze w piłkę nożną na żwirowym placu, a wieczorem filmy, gry komputerowe i opróżnianie lodówki z zapasów lodów i słodyczy. Zero szkoły, zero stresu, dwa miesiące laby, 60 dni dużo dłuższych od 60 nocy. Tego pamiętnego dnia położyłem się spać około dwunastej w nocy. Zmęczenie po kolejnym wakacyjnym dniu dało mocno w kość, i po szybkiej kolacji oraz obowiązkowej partii w Warcrafta II, bądź StarCrafta, nie pamiętam takich szczegółów, nie potrzebowałem długich godzin na oddelegowanie organizmu na zasłużony odpoczynek. Szybko zasnąłem, przespałem kilka godzin i przebudziłem się nad ranem, około godziny czwartej, pamiętam bo szybko zerknąłem na zegarek na szafie, a poza tym za oknem krajobraz był taki, jaki zawsze jest o wczesnym poranku. Krople rosy na trawie, gdzieniegdzie mgła, i piękne budzące się do życia, błękitne niebo. Na tym niebie samolot, zwykły pasażerski aeroplan jakich codziennie pełno przemierzało przestworza nad chojnowskimi lasami. Coś na niebie wydało się jednak nie w porządku. Nie było chmur, tylko samolot, ale obok niego coś jeszcze. Coś, co powiększało się w zastraszająco szybki tempie, nabierając kształtu. Z dziwnej, małej czarnej kropki na niebie, przeistaczało się w coraz to większy, lekko spłaszczony obiekt, przypominający wirujące jojo. Szybko zorientowałem się, że to „coś” wcale nie zmienia kształtu, ale bardzo szybko podąża w stronę samolotu. A raczej w moją stronę. Oniemiałem. Słyszałem historie o UFO, oczywiście wiedziałem z niezliczonych filmów, zdjęć i opowiadań jak wygląda latający talerz, ale nie powiedziałbym nigdy, że w rzeczywistości jest aż tak przerażająco identyczny ze swoimi hollywoodzkimi odpowiednikami. Ale najgorsze, że jest autentycznie przerażający, i nie budzi żadnych pozytywnych odczuć, i żadnej nadziei, że jego pasażerowie przybywają w pokojowej misji. Dopóki nie zrozumiałem, czemu dokładnie się przyglądam, robiłem to z zaciekawieniem, ale po paru chwilach dotarło do mnie że nie mogę dobyć nawet krzyku przez zaciśnięte gardło. I wiedziałem, nie wiem skąd, że trzeba się bać. Odczułem to, jak jakąś nietypową telepatię, coś co mówiło mi że te kolorowe światełka, cygarowate maszyny i postacie o wielkich oczach, jeszcze większych głowach i szarej skórze znane z ekranu telewizora, wcale nie istnieją. Istnieje potworna siła z kosmosu, z nieznanej nam galaktyki, z nieznanego być może wymiaru. Nie mamy na ziemi słów, żeby opisać czym w rzeczywistości jest owa cywilizacja, ale pewne jest, że jeśli są ludzie, którzy mają wiedzę na jej temat to zabiorą, lub już zabrali te informacje do grobu. Widziałem co się działo na niebie tej pamiętnej nocy, i strach jaki mnie wtedy przeszywał nie może być porównywalny do żadnych ziemskich doznań. A to co wydarzyło się w dalszej kolejności pamiętam tylko fragmentarycznie. Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic powiedzieć, zawołać kogoś z domowników. Chociaż krzyczałem, nie było słychać nic. Tylko w mojej głowie. Chociaż chciałem ruszyć ręką, wkładałem w to całą siłę, nie drgnąłem. Powtarzałem sobie, to tylko w mojej głowie. To sen, gówniany, zły sen. W panice przewracając oczami, zdesperowany, zobaczyłem na szafie stojącej przy oknie doniczkę z kwiatem z liśćmi opadającymi na drewnianą obudowę mebla. Nie było tego, nigdy w moim pokoju nie było żadnej rośliny. To musiał być sen. W oknie pełen grozy obiekt zawisł spokojnie w powietrzu. Nie ruszał się, patrzył. Choć był pewnie kilka kilometrów od okna, wiedziałem że patrzy na mnie. Nagle zobaczyłem światło, w ułamku sekundy oświetliło ono moje okno, a ja po chwili znalazłem się w jakimś zupełnie nierealnym miejscu, leżąc na czymś przypominającym stół, ale jednocześnie nie będącym materialnym obiektem. Nie wiem na czym, ale to nie był stół. Trzy ciemne postacie pochylały się nade mną, i mimo podobieństwa do osobników z opowieści o Roswell, czy Strefie 51, mimo tego że były właśnie takie, jakie wyobrażają je sobie ludzie, były inne. Czuć było, że są okrutne, a może okrutne to złe słowo. One nie znały okrucieństwa. Nie posługiwały się definicjami jakimi posługują się ludzie. Błagałem o to, żeby ten sen się skończył. Nie chcę nazywać ich kosmitami, bo to zbyt błahe określenie dla potwornej mocy jaka z nich emanowała. Te istoty co chwila wymieniały między sobą spojrzenia, porozumiewały się między sobą, ale nazwać to telepatią to tak, jakby nazwać kalkulator Enigmą. To coś, było ponad wszystkim co ludzkość może zdefiniować. Raziło mnie światło, niewyobrażalnie jasne białe światło, które zdawało się nie istnieć, gdy patrzyłem na czarne sylwetki przybyszów z innej rzeczywistości. Nic, żadne najmniejsze słowo wyjaśnienia, żaden komunikat od nich, nie trafił do mojego mózgu. To nie był film. Poczułem za to jakiś dziwny ból, pulsujący ból w plecach, potem w brzuchu, następnie w nerkach. Ból był coraz większy, tak silny że nie opiszę go słowami. Zamknąłem oczy a piorunujące uderzenia przeszywały raz za razem lewą stronę mojego żołądka, sprawiając, że wiedziałem że umieram. Przy zamkniętych oczach, powtarzałem sobie, że to tylko chwila cierpienia, parę chwil nieziemskiego bólu i będzie koniec. Obudzę się, albo umrę. Jak zasrany sen może być tak realistyczny?! Zrobiło się ciemno jak w piekle. Przez chwilę nie żyłem.

Obudziłem się. Żyłem, ale nie odetchnąłem z ulgą jak po zwyczajnym koszmarze. Cały przesiąknięty potem, z głową tak otępiałą, jak gdybym przez całą noc nie zmrużył oka nawet na chwilę. Była godzina szósta rano. Chciałem powiedzieć sobie: uff, to tylko sen. Nie dałem rady. Nie mogłem. Byłem przestraszony tym co miało miejsce w nocy. Nie przerażony, to uczucie minęło. Strach, czy to był sen czy nie, paraliżował mnie na wskroś. Błagałem w myślach, żeby to był sen, nie wiedziałem co mam robić. Wstać, napić się wody, ochłonąć? Włączyć telewizor? Nie byłbym w stanie tego zrobić, nie był to zwykły poranek, i nie był to zwykły koszmar. W ułamku sekundy przypomniałem sobie o ostatnim widoku, który zanotowałem w pamięci przed kulminacją grozy jaka miała miejsce w oślepiającym blasku białego światła na pokładzie statku przybyłych istot. A może tylko w mojej głowie? Szafa i ten pieprzony kwiat, którego nie miało prawa być! Spojrzałem w jej stronę. Nie było kwiatu, nie było! Krzyknąłem z radości, a serce stało się lżejsze o parę kilogramów, i powoli zaczynało bić w swoim normalnym rytmie. Byłem przejęty, ale wreszcie zacząłem odczuwać radość w jej najprostszym wydaniu. Tylko sen, powtarzałem sobie i cieszyłem się jak nigdy. Bo budziłem się po koszmarach już wcześniej, ale były to koszmary surrealistyczne, nie zastanawiałem się w nich nigdy, czy to sen, czy nie. Wstałem, poszedłem napić się soku, i wróciłem do łóżka udając, jak gdyby nigdy nic, że wszystko w nocy było w porządku, że po prostu miałem koszmar. Pomyślałem, że prześpię się jeszcze dwie godziny i wstanę o ósmej, żeby opowiedzieć przy śniadaniu domownikom o swojej sennej przygodzie, a następnie udać się na zasłużoną eskapadę w świat którejś z ulubionych gier komputerowych. Miałem trwogę w sercu, ale wszystko łagodniało. Zasnąłem. Ale, na Boga, nie obudziłem się o ósmej! Obudziłem się o 4.56! Godzinę wcześniej, niż zasnąłem! Nie chciałem patrzeć na zegar, serce ledwo wytrzymywało tempo narzucane przez przesiąkniętą chorymi myślami głowę. Warzyła tonę, a ja ze łzami na policzkach spojrzałem na szafę. I była tam ta przeklęta roślina! Taka sama jak we śnie! Ale teraz, to nie był sen, to była najprawdziwsza rzeczywistość. Ojciec krzątał się po mieszkaniu szykując się do pracy na poranną zmianę, i był świadectwem że po tej przerażającej nocy, nastał realny ranek. Nie chciałem już zasypiać. Leżałem, chcąc wmówić sobie że wszystko, od samolotu za oknem, do pobudki o szóstej godzinie, było tylko snem. Ale gdy tak leżałem, sparaliżowany niepokojem, jaki zostawiła we mnie ledwie miniona noc, około wpół do szóstej wszedł ojciec, uśmiechnięty, machnął ręką i przywitał mnie słowami „nie śpisz już?”. I zabrał roślinę, mówiąc, „o, mama wczoraj ją tu postawiła, przestawię na parapet żeby miała więcej światła”. I przestawił, a ja po dziś dzień nie opowiedziałem nikomu tej historii. Od jakiegoś czasu, co kilka dni pulsuje ból w lewym boku. I śnią mi się rzeczy, które, gdybym się nimi podzielił, odmieniłyby Wasz pogląd na świat. Pogląd na wszechświat…

Listopad 5th, 2008 przez Kruk

Powiadają że więzienia nie są takie straszne jak opowiada pospólstwo. Mnie też to mówiono przed trzema miesiącami pospólstwo wcale tak wiele nie wyolbrzymia. Ale nie ważne. Właśnie wyszedłem i zamierzam wrócić na szlak. Ale napotkałem parę problemów, mianowicie zabrano mi cały ekwipunek. Ani raczą zwrócić a za pieniądze które mi dali nie kupie nic. Wprawdzie to „nic” ogranicza się do mieszkania w kamienicy i prowiantu na 2 miesiące ale za te marne trzy korony nie dostane rzeczy potrzebnych jak na przykład konia i miecz przede wszystkim miecz. Co do konia to za niedługo powinna wrócić moja klacz ze swojej tułaczki. Ona zawsze wraca kiedy zostanie spłoszona, wprawdzie czasami po pół roku ale cóż robić.
Najbardziej szkoda mi mojego miecza, kutego przez krasnoludy tatrzańskie a oprawiany na górze Rysy przez mistrzów rzemiosła. Klinga zwała się Zarhel czyli kieł księżyca. Trafił do mnie całkowicie przypadkowo. Podczas wielkiej ulewy w dzień po przesileniu Ekwinocjum tułałem się po Puszczy Pszczyńskiej zmierzałem do grodu Cieszyńsko. Nagle zauważyłem jaskinie akurat na schronienie przed nawałnicą. W środku znalazłem grobowiec a w nim właśnie leżał Zarhel. Skąd znam jego historie? To proste. Na grobowcu i kilku skalnych płytach była ona napisana.
Zarhel został wykuty w Tatrach przez tamtejsze krasnoludy. Przez mistrza Kuzisława dla swojego władcy zwanego Toporem (krasnoludy nigdy nie używali prawdziwych imion swoich władców). Topór stracił miecz w walce z wojewodą jednego z plemion Ślężan. Wojewoda owy zwal się Perumił, on z kolei stracił miecz w walce ze swoim bratem. Miecz przechodził właśnie w ten sposób z rąk do rąk aż w końcu wrócił do Kuzisława i został z nim pochowany. Więc gdzie jest jego ciało? Pewnie znikło wraz z resztą krasnoludów i innych nieludzi. To z kolei jest śmieszna historia.
Przed ponad 100 laty ludzie wypowiedzieli wojnę „parszywym” nieludziom. Nieludzie z kolei zgodnie z przepowiednią wieszczki Sławomiry znikli. Nie, nie odeszli ale po prostu znikli, nagle z dnia na dzień znikła cała ich kultura, ciała, budynki nawet dusze rozwiały się w pył a pamięć o nich zaginęła w przeciągu kolejnych 20 lat. Nie wiem jakim cudem ocalał ten grobowiec ale ocalał. No może poza jednym wyjątkiem ciała Kuzisława. Skąd ja to pamiętam? Ja mój drogi czytelniku mam przeszło 130 lat. Nie wiem z jakiego powodu tak długo żyje ale żyje. Raz zapytałem o to jedną „Wiedzącą” odpowiedział dość ciekawą historią:
„Dawno przed laty mój drogi przybyszu zanim ludzie zostali stworzeni na tych ziemiach nie było nic prócz zwierząt i natury. Pewnego razu przybyli nieludzie i poczeli ujarzmiać puszcze i drążyć góry. Wtedy to Białobóg , bo było to przed narodzinami Peruna i jego braci, zesłał jeszcze jeden gatunek. Zwali się oni Nawijczykami. Byli oni zaczątkiem ludzi ale wyróżniali się długim życiem i wielką mądrością Nawijczycy dla pomocy stworzyli ludzi słabszych i głupszych od siebie. Kiedy to oni odeszli zostawili ludziom szczątki swojej wiedzy i przykazanie bronienia wszystkiego. Ale głupi ludzie zaprzepaścili dar i poczeli wyniszczać ziemię jaszcze bardziej od nieludzi.”. Nic więcej mi nie powiedziała, odeszła.
Ale wracając do Zarhela. Miecz ten ma czarny brzeszczot jak nocne niebo a jelec srebrny jak księżyc w pełni. Przeciąć szło nim wszystko a i wszystkich wzbudzał w zachwyt, chociaż to drugie mniej ponieważ rzadko bywam wśród ludzi. Jestem wiecznym wędrowcem.
Oprócz klingi w grobowcu znajdowała się pochwa dla niego. Wykonana była ze smoczej skóry a zdobiona srebrem dziwożon. Liczne roślinne akcenty wskazywały na wykonanie w Puszczy Pszczyńskiej przez tamtejsze dziwożony. Najbardziej dziwił mnie w niej materiał. Smoki wymarły jeszcze przed moimi narodzinami więc skąd dryjady wzięły skórę? Nie wiem, ale ponoć pozostało kilka niedobitków tej starej rasy gadów. Słyszałem kiedyś że ponoć jeden znajduje się na terenach Małopolan.
Co do imienia miecza to nie zostało ono nadane tylko tej klindze. Zarhel było imieniem pierwszego Kruka . Zarhel był osobą prawą i mądrą. Nigdy nie faworyzował konkretnych osób i zawsze przeprowadzał wszystkich do Nawii . Krasnoludy najbardziej ze wszystkich ras znały go i poważały, ponieważ jego następcy nienawidzili ich rasy i większość krasnoludów nigdy nie ujrzała świata zmarłych.
To chyba wszystko co można było powiedzieć o klindze jak i o jej patronie. Pora iść coś zarobić jednak jak? Potrzebuje miecza i reszty ekwipunku, znaczy z resztą nie będzie problemu bo na to trzy korony wystarczą ale ceny mieczy zaczynają się od pięciu i idą w górę. A najtańszy nie wytrzyma na szlaku. Ale nic zobaczę jeszcze czy zwrócą mi Zarhel`a.
Strzał, zimno i pustka. To są rzeczy które poczułem pod posterunkiem. Nagle jestem w tej postaci, w postaci ptaka o czarnych piórach i wielkiej sile jestem krukiem. Na moją śmierć nikt nie zwrócił uwagi jakbym nie istniał. Me ciało rozsypało się w proch a ja siedzę kilka metrów od tego w tej ptasiej postaci. Słyszę jak przechodnie mówią o mnie tymi słowy: „Ciekawe czy jeszcze kiedyś Verenar przyjdzie do naszej wioski?”. Tak Verenar to moje imię a właściwie to miano. Nie pamiętam mego imienia a Verenar nadałem sobie sam, oznacza to nieznany bądź też bezimienny. Zaczynam się zapadać w ciemność lecz zdążyłem odpowiedzieć owym przechodnią ale tylko jedno słowo wydarło się z mego dzioba, słowo w nie istniejącym jeszcze języku „Nevermore!” .
To koniec moich memoriałów. Mam nadzieje że ktoś kiedyś usłyszy tę opowieść mimo iż nie została spisana. Ale jestem pewien że pewna wieszczka na pewno ją zna i z chęcią opowie tak jak mi kiedyś o moim pochodzeniu.
czytaj dalej »

Listopad 5th, 2008 przez Karim

- Errmorze, słońce zaczyna zachodzić, musimy się pośpieszyć jeśli chcemy zdążyć!

Faliks tylko odburknął, wiedział bowiem jak niecierpliwy i męczący potrafi być jego młodszy brat. Nie lubił, gdy marudził, ale jeszcze bardziej nie mógł znieść niezadowolenia swojego ojca wynikającego z niedokończonej pracy, dlatego wolał dokończyć .  Pozyskiwanie drewna w Greenford było bardziej żmudną pracą niż się mogło wydawać, drzewa rosnące na tych ziemiach były wyjątkowo wytrzymałe i ścinanie ich wymagało nie lada siły.

- Dobra, to ostatnie… kiedyś zrozumiesz jak ważna jest ciężka praca bracie

Powiedziawszy, poszedł do stodoły odstawić narzędzie. Uśmiech zawitał na jego twarzy, kiedy ujrzał najmłodszego członka rodziny pędzącego wzdłuż lasu na wzgórze, nie czekając dłużej, ruszył za nim.

Kiedy obaj znaleźli się na miejscu, ułożyli się wygodnie na trawie pod błękitnym niebem… w okół słychać było tylko dźwięk szumiących drzew oraz śpiew ptaków. Obaj uwielbiali przebywać w tym miejscu nie tylko ze względu na harmonie jaka tu panowała…

- Już czas…

Rzekł Errmor kierując wzrok na zachodzące słońce. Chciał coś dodać, jednakże zamiar ten zatrzymał odgłos…

Śpiew Elfów, delikatne głosy rozlegały się od lasu Cafar, dźwięk tak słodki i piękny dla ucha młodzieńców, iż żaden nie chciał go zakłócić.