Wrzesień 25th, 2008 przez Remerdion

- Ale jakim cudem, cholera!? – wrzeszczał w skrajnej złości wysoki ork, spoglądając z niepokojem w okratowane okno. Miał na sobie rozległy, zielony płaszcz, przywodzący na myśl smocze skrzydło, którym w istocie był.

Odwrócił się na pięcie patrząc na klęczącego podwładnego. Zmierzył go spojrzeniem od stóp, schowanych pod bielutkim płaszczem, przez tors zakuty w śnieżnobiałą zbroję, wybijaną górskim kryształem, aż po głowę, pokrytą rzadkimi włosami. Stał tak kilka chwil, patrząc na orka, o którym mówiono: martwy, a który zjawia się po trzech latach nieobecności. Ów ork nazywał się Rohgard.

- Wstańcie Generale! – rozkazał klęczącemu.

- Nie jesteście tu po to, żeby płaszczyć się przede mną. Mieliście wyjaśnić, co wydarzyło się na Leizzed, dlaczego wróciliście sami, bez żołnierzy?

- Królu – odpowiedział Rohgard wstając z wolna. Jego twarz, niegdyś groźna i budząca respekt w tym momencie, budziła tylko strach i współczucie.

- Lodowiec Leizzed, był miejscem wielu bitew mojej kompanii. Przewodziłem nimi od samego początku. Od czasu, kiedy wyruszyliśmy z Beshellu. Robiliśmy wszystko, abyś był z nas dumny. Żaden z nich nie wiedział nawet, dokąd wyruszamy. Ty, miłościwy królu, kazałeś trzymać wszystko w tajemnicy, aż do czasu dotarcia do Przełęczy Mroźnej Śmierci. Kiedy żołnierze dowiedzieli się, że idziemy odbić Lodowiec z rąk krasnoludów, nie posiadali się ze szczęścia. Większość, nie wiedziała, jakimi wojownikami są te zaplute karły. Przyznam, że i ja nie spodziewałem się takiego oporu ze strony wroga. Ustępowali nam gród po grodzie, osada po osadzie, paląc wszystko, przed ucieczką. Nie mieliśmy nawet gdzie się ogrzać. Setki moich żołnierzy padło z głodu! – krzyknął coraz bardziej zdenerwowany Generał – Ale my szliśmy! Walczyliśmy! Ginęliśmy! Za co!? Pytam! Za co!?

- Pamiętaj do kogo się zwracasz! – ostrzegł krótko król – A teraz kontynuuj.

- Szliśmy dalej, wgłąb Lodowca. Żadnego oporu. Żadnych krasnali, armii czy nawet pieprzonego zwiadu! A my szliśmy! Szliśmy na rzeź! Czekali, aż sami się wykończymy! Głodem, mrozem i zmęczeniem! A potem… – Rohgardowi załamał się głos – Jak muchy! – krzyknął z wściekłością uderzając pięścią o stół.

- Zostajesz zdegradowany do rangi cywila. Poprowadziłeś Żołnierzy Beshellu na pewną śmierć. Gdybyś wiedział, którędy iść, jak iść i jak walczyć, nie doszłoby do tego. Powinieneś się cieszyć, że nie skazałem cię na banicję. Oświadczam, że twoje czyny były świadome i zaplanowane. Straże! Zabrać go! Odebrać odznaki! – Rozkazał król pokazując ręką w stronę drzwi do sali tronowej.

- Ty skurwysynu… gnoju… – Rohgard wyciągnął zza pasa topór i z impetem rzucił w stronę króla. Przepiękna broń, wykonana z debraharytu, wykuta przez elfy i zdobiona przez niziołki wbiła się trzy knykcie nad głową władcy. W kilka sekund, do byłego Generała dobiegło dwóch strażników. Z zapałem zaczęli okładać go po nieosłoniętej przez zbroję czaszce.

- Umrzesz! Zginiesz! A ja, będę się śmiał! – krzyczał Rohgard w przerwach między kolejnymi ciosami. Chwilę później, zawisł bezwładnie na rękach orkowych strażników…

- – -

Rohgard otworzył oczy. Tego dnia, pogoda było wyjątkowo paskudna. Z nieba, wielkimi kroplami spadał deszcz, uderzając w opuchniętą czaszkę odzianego w białą, ubrudzoną błotem zbroję Generała Pierwszej Dywizji Beshellskiej Piechoty. Leżał w rynsztoku, pośród resztek niedojedzonego pożywienia. Z wielkim trudem, oparł się na dłoniach, powoli siadając na bruku. Rozejrzał się wkoło. Na ulicy nie było nikogo, nie licząc krasnoluda, który mimo deszczu, nadal zachwalał swoje pierścienie na targu. Podniósł głowę wysoko w górę. We mgle dostrzegł Północną Wieżę. Wiedział gdzie jest. Schował twarz w dłoniach. Nie potrafił pogodzić się z tym, że po dwudziestu latach lojalnej służby, po dwudziestu latach poświęceń i wyrzeczeń, został najzwyczajniej zdegradowany. W dodatku za coś, czego nie zrobił.

- O nie, suczy synu… – powiedział do siebie, odtwarzając w myślach twarz króla – Pożałujesz tego… pożałujesz…

Z impetem poderwał się z zabłoconego bruku. Po raz kolejny zmierzył wzrokiem oba końce ulicy. Nikogo nie było. Nikogo, oprócz krasnoluda, zachwalającego swój towar…

To, co się stało, zdarzyło się w ciągu zaledwie kilku sekund. Rohgard podbiegł do handlarza. Stanął naprzeciw niego, ciężko sapiąc.

- W czym mogę panu pomóc? – zapytał krasnolud z uprzejmością. Na jego twarzy, malowała się jednak odraza i niechęć, która nasiliła się, kiedy usłyszał głos orka.

- Zginiesz karle! – Zakrzyknął podrywając handlarza z ziemi, i uderzając stalową rękawicą. Biel zbroi przeplatała się z czerwonymi kropkami krwi. Krasnolud leżał na ziemi, trzymając się za twarz. Pod nim, szybko rosła kałuża krwi, częściowo zmywana przez nasilający się deszcz. Rohgard pokonał dwumetrową odległość między nim a ofiarą w ciągu sekundy uderzając stalowym butem w podbrzusze brodacza. Przez jego usta i nos bryznęła krew. Kolejne kopnięcie. Znowu krew. Złapał karła za szyję. Jego oczy krążyły nieprzytomnie. Twarz, którą jeszcze przed chwilą zasnuwał uśmiech teraz przypominała miazgę.

- Nie zrozum mnie źle skurwysynu! – krzyknął rzucając krasnoludem o ścianę najbliższego domu. Sprzedawca pierścieni nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. Ciałem brodacza poruszył jedynie krótki spazm.

Rohgard spojrzał z pogardą na leżące truchło, spluwając z odrazą. Szybkimi krokami dobiegł do straganu, na którym wciąż jeszcze leżały pierścienie, amulety oraz naszyjniki. Z opętańczym śmiechem, ork pakował do niewielkiej sakiewki najlepiej wyglądające błyskotki. Rozejrzał się po obu końcach uliczki. Nie było na niej nikogo. Nikogo z wyjątkiem orka i krasnoluda, pogrążonego w wiecznym śnie.

Ork szybkim krokiem oddalał się w kierunku najbliższej gospody…

- – -

Drzwi karczmy „Niewielki Sztorm” nie wyglądały solidnie. Mimo ich wyglądu, z niewielkim trudem opierały się ciągłym uderzeniom z wewnątrz. W środku najwyraźniej trwała burda pijacka, rozpoczęta przez znudzonych łowieniem ryb marynarzy i kapitanów łodzi rybackich. Wiele mogłoby wskazywać, że „Niewielki Sztorm” jest omijany przez wszystkich szerokim łukiem. Było wręcz odwrotnie. Zaglądali tu nawet żołnierze Armii, czy Strażnicy, mający dosyć ułożonych i kulturalnych zajazdów. Nikomu nie przeszkadzało chociażby to, że piwo w tej karczmie rozrabiane jest z wodą. Klienci jednak o tym nie wiedzieli. A skoro przyzwyczaili się to miejscowego napitku, nie było sensu zadowalać ich na siłę.

Rohgard pchnął drzwi karczmy, które ustąpiły z zadowalającą lekkością. Tak jak podejrzewał, w środku miała miejsce wcale nie mała pijacka rozróba. Podszedł do baru. Jak zawsze, stał tam gruby ork, któremu, sądząc po jego minie, znudziła się już praca barmana.

- Witam Generale – powiedział barman chwytając za kufel – To co zawsze? – zapytał.

- Tak Ghorbad. I jeśli łaska, mów do mnie po imieniu. – skwitował krótko Rohgard, chwytając za kufel pełen gorzkiego, orzeźwiającego trunku. Natychmiast wlał zawartość do gardła, odstawiając puste naczynie.

- A jeśli można spytać Rohgard – kontynuował nieśmiało barman – Słyszałem, że jedyny wróciłeś z Leizzed. Jak to ci się udało? – zapytał nadstawiwszy uszu

- Pomogły mi śnieżne elfy. Wykurowały mnie. Później długo kryłem się w górach, umykając przed patrolami krasnoludów. Cholera, nareszcie zaczęli pilnować granic – powiedział lekko uśmiechając się. – Później znalazłem stare, zasypane wejście do kopalń. Wcześniej je eksploatowaliśmy, lecz się zawaliły. Przeszedłem tamtędy do Taakhad. Wyobraź sobie, że górnicy uciekali, kiedy mnie zobaczyli wychodzącego z pyłu węglowego. Strażnicy chcieli zadźgać potwora, o którym wspominali kopacze – kontynuował Rohgard wypijając kolejny kufel piwa – Rozpoznany przez byłego żołnierza zostałem odstawiony tutaj. A przed chwilą król zdegradował mnie do zasranego cywila! – ryknął przeciągle, rozbijając kufel o blat baru. Rozróba, która do tej pory wzbudzała ogólną radość nagle ucichła. Wszyscy, z rozdziawionymi gębami wpatrywali się w Rohgarda.

- Wracać do swoich spraw! – krzyknął barman do rybaków, którzy natychmiast zajęli się rozmowami czy grą w „pijawkę”. Kilku jednak nadal wpatrywało się w białą zbroję orka.

- Cholera – zamruczał Ghorbad ze złością w głosie. – I co teraz będziesz robił? – zapytał – Jak będziesz żył?

- Z dnia na dzień… – odpowiedział wstając. Miał zamiar wyjść, kupić beczkę piwa i siedząc w fotelu przed kominkiem, spożytkować je jak najlepiej potrafił. Jego uwagę przykuło jednak trzech orków, gestem przywołujących go do siebie.

Co mi szkodzi? Pomyślał i wolnym krokiem podszedł do rybaków.

- Co chcecie? – Zapytał z miejsca, nawet nie siadając.

- Generale! Słyszeliśmy, co król zrobił względem was! Obiecujemy, że…

- Pieprzenie! – krzyknął Rohgard – Gówno wiecie i gówno zrobicie!

- Mamy pewną propozycję! Usiądźcie z nami!

- Sram na wasze propozycje!

- Daj mu spokój Megger. On się nie nadaje. Za łatwo traci kontrolę. – Zasyczał rybak do siedzącego obok kolegi po fachu. Nie mówił dostatecznie cicho, by Rohgard tego nie usłyszał.

- Co wy wiecie o traceniu kontroli!? Gdybyście przeżyli tyle co ja, wiedzielibyście co znaczy mieć kontrolę i nie stracić jej, kiedy dwa razy większa armia otacza was z czterech stron! Wiedzielibyście jak to jest, kiedy po miesiącu marszu nie znajdujecie nawet odrobiny jedzenia! Wiedzielibyście, co to prawdziwe życie!

- Nie chcemy wam ubliżać Generale, ale gówno wiecie! My musimy ciężko harować przez miesiąc, żeby mieć co włożyć do garnka! Żeby mieć czym nakarmić dzieci! A zasrany król szkodzi pieniędzy rybakom, żeby mieć za co utrzymać armię! To właśnie jest prawdziwe życie!

Rohgard odruchowo usiłował chwycić za topór i ściąć rybakowi ten śmierdzący łeb. Jego broń jednak, była w tym momencie przytwierdzona do tronu Króla Moragga. Nie mogąc nic zrobić, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Poczucie bezsilności paliło coraz bardziej…

- – -

Słońce powoli zaczęło wyłaniać się zza horyzontu. Nikłe światło nieśmiało zakrywało kolejne kamienie na ulicy. Mozolnie wspinało się po ścianach budynków, żeby w końcu z triumfem pokryć swoim blaskiem strzechy domów. Rohgard otworzył powoli drzwi, wyglądając na ulicę. W promieniach wschodzącego słońca, świat wydawał się świeższy i jakby przyjemniejszy. Jak co dzień, podszedł do drewnianej, dębowej beczki, do której skapywały resztki wczorajszego deszczu prowadzonego rurami rynny. Z zamachem zanurzył głowę w orzeźwiającej, zimnej wodzie. Przetarł wielkimi rękoma przetarł twarz i wszedł z powrotem do domu. Rohgard wcale nie zdziwił się, patrząc na wnętrze domu. Tuż pod oknem stało wielkie, drewniane łóżko, za którego kołdrę służyła skóra Yeti. Tuż przy łóżku, pod ścianą swoje miejsce miała wielka komoda na ubrania. Pośród wszelkiego rodzaju półek i szafek schowany był stojak na rynsztunek. Wisiała na nim piękna, biała, wybijana górskim kryształem zbroja. Żwawym ruchem otworzył szafkę, wyjmując z niej lnianą, białą koszulę, oraz czarne, nieco przydługie spodnie. Na stopy założył wysłużone, oficerki, wykonane z wilczej skóry. Udał się w stronę wyjścia. Krótkim spojrzeniem omiótł pomieszczenie, po czym opuścił chatę zamykając drzwi na klucz. Westchnął niespokojnie, uśmiechnął się do samego siebie i pomaszerował przed siebie. Idąc główną ulicą miasta czuł się nad wyraz spokojnie. Przed oczyma miał orków, którzy pozbawieni szansy na bycie kimś więcej, zarabiali jak mogli: szyjąc ubrania, wykonując meble czy obrabiając skóry zwierząt. Z pewnością było to lepsze, niż widok wystraszonych, wygłodniałych i zziębniętych żołnierzy, maszerujących wbrew woli.

- Słuchajcie, słuchajcie – dobiegło Rohgarda wołanie zza budynku, w którymi mieściła się kuźnia Henry’ego. Jednego z niewielu ludzi zamieszkujących stolicę orków.

- Z rozkazu najjaśniejszego króla Moragga skazuję na śmierć tych oto troje orków, którzy w pełni świadomie i bez niczyjego przymusu dopuścili się zamachu na miłościwie nam panującego króla Moragga. Czy skazani chcą coś powiedzieć?

Rohgard z szybkością błyskawicy wbiegł na plac, na którym stała szubienica z trzema pętlami. Całość wyglądała na tyle solidnie, by móc unieść tuzin orków wraz z pełnym rynsztunkiem. Dookoła miejsca kaźni, zgromadził się całkiem spory tłum. Wśród nich Rohgard rozpoznał Ghorbada, karczmarza oraz kilku stałych klientów „Niewielkiego Sztormu”.

- Czy skazani chcą coś powiedzieć? – zapytał po raz kolejny królewski herold.

- Ja chcę! – zakrzyknął trzęsącym się głosem trojący w środku ork. – Jestem dumny z tego, że chciałem ulżyć temu kraju w cierpieniu, jakie zsyła na nas Moragg!

- Czy to wszystko? – spytał kat – Możemy już działać?

- Kacie, czyń swoją powinność!

Zakapturzony ork pociągnął za wielką, drewnianą dźwignię służącą zapewne do zwolnienia zapadni. Słychać było szczęk przesuwanych zasuwek, tuż pod nogami skazanych. Publika zamarła w bezruchu. Przed szubienicą lamentowały trzy kobiety. Herold odwrócił wzrok. Trójka skazańców zawisła na grubych linach, które zawiązane za ich szyje dusiły powoli. Z wyjątkiem płaczu niewiast, słychać było tylko rzężenie duszonych orków. Nagle Rohgard oprzytomniał. Przypominał sobie wykrzywione z bólu twarze. Widział je wczoraj w karczmie. Rozmawiał z nimi a nawet wrzeszczał na nich. W bezsilności, nie mogąc nic zrobić wyciągnął przed siebie rękę. Zupełnie jakby chciał podtrzymać już martwych orkowych braci.

- Gdybyś wiedział, że ten z kim rozmawiasz za chwilę zginie, odnosiłbyś się do niego z większym szacunkiem. – Odezwał się nagle głos zza pleców Rohgarda.

Wielki Generał odwrócił się szybko opuszczając rękę. Przed nim stał ork w podeszłym wieku, ubrany w długą, czerwoną togę. Wyglądał zupełnie jak orkowy mag. Problemem było tylko to, że orkowie nie byli obdarzeni mocami magicznymi.

- Kim jesteś i czego chcesz? – Zapytał Rohgard tonąc w bezsilnej złości.

- Nazywam się Nemrod Van Degreden. Jestem, można powiedzieć, zleceniodawcą tych tutaj. – wyjaśnił wskazując palcem w stronę orków odczepianych właśnie kordelasem. – Wczoraj próbowali zwerbować cię do naszej grupy, jednak ty się nie dałeś. Zakładam, że powiedzieli ci czym się zajmujemy?

Rohgard nic nie rozumiał. Król pozbawia go dowództwa nad armią Beshellu, chwilę później wrzeszczy na orków, którzy następnego dnia zostają straceni, a właśnie teraz jakiś starzec rozmawia obojętnie z nim na temat jakiejś tajnej organizacji.

-Czyli ci nie powiedzieli. – stwierdził starzec – Pozwól za mną.

Rohgard zawahał się chwilę, patrząc na znikającego za rogiem Degredena. Po sekundzie puścił się biegiem za nim. Minął sklep z meblami i skręcił w ślepą uliczkę. Nemrod znikał w dziurze zasłoniętej skrzyniami. Rohgard zawahał się przez sekundę, po czym wbiegł za starcem.

- – -

Nozdrza wypełniał zapach pieczonego mięsa. Wbrew pozorom było tu bardzo ciepło. Stał w przedsionku wielkiej komnaty. Skrzynie za nim same się zasunęły powodując potworne skrzypienie, niesione przez zawiłe korytarze podziemnej siedziby. Rohgard powolnym krokiem przestąpił próg. Na środku komnaty stał nakryty obrusem stół. Ściany pokryte były odpadającą farbą. Odsłaniały czerwone cegły, między którymi przebijały się korzenie drzew z powierzchni. Ogromna mucha usiadła na szkielecie zwisającym ponuro z sufitu. Ork minął szkielet szerokim łukiem, ocierając się o resztki starych, spróchniałych mebli. Zauważył oświetlane przez pochodnię niewielkie przejście, wiodące zapewne do kolejnego pomieszczenia. Ruszył w tamtym kierunku. Framuga podpierająca cegły nie sprawiała wrażenia solidnej, więc przed przejściem przez nią, Rohgard zapukał w drewno kilka razy. Zacisnąwszy zęby przeszedł zginając się w pasie. Pierwszym co usłyszał był śmiech. Ponury śmiech wydobywający się z gardła Redbecka, zmarłego na Leizzed…

- Rohgard przyjacielu! – zakrzyknął radośnie podchodząc kilka kroków. – Jak się wydostałeś z Lodowca?

- Redbeck! Stary durniu! – zaryczał z wściekłością Rohgard. Na jego twarzy malował się jednak uśmiech. Podszedł do kompana i uścisnął mu rękę.

- Dobrze cię znowu widzieć! – powiedział cicho.

- Mam nadzieję, że już się przywitaliście? – Zapytał nieśmiało starzec, który pojawił się nie wiadomo skąd. – Muszę przedstawić twojemu towarzyszowi resztę kompanii. Najpierw jednak, musisz wiedzieć, że jesteśmy organizacją, pragnącą obalić władzę Moragga w państwie. Kiedy dowiedzieliśmy się jak król z tobą postąpił, postanowiliśmy natychmiast cię zwerbować. Wszyscy żądamy tego samego! Lepszych zarobków i wolności słowa, wolnych granic i handlu bez podatków. Jesteśmy głosem ludu Rohgardzie. Twój przyjaciel dołączył do nas zaraz po tym, jak król kazał go ściąć zamiast ciebie. Wtedy jeszcze byłeś gdzieś w górach. Potrzebny nam był doświadczony dowódca, toteż zabiliśmy strażników prowadzących Redbecka na stryczek. Potrzebujemy ciebie, abyś nami pokierował. Chcemy, żebyś przewodził nami w czasie rebelii. Zgadzasz się?

Rohgard natychmiast kiwnął głową na znak, że jest przychylny decyzji staruszka.

- Wspaniale! Pozwól, że przejdziemy dalej. – Nemrod prowadził orków krętymi korytarzami. – Jest nas ogólnie dwudziestu. Na nasze znaki na powierzchni czeka pół dzielnicy portowej czyli jakieś sto pięćdziesiąt osób. W obecnej chwili brakuje nam jedynie włóczni i żywności. Mamy czterdzieści sztuk mieczy, dwadzieścia dwie tarcze, trzy pawęże oraz siedemdziesiąt cztery skórzane zbroje. Tędy. – powiedział wskazując na prawy korytarz – Musimy zaplanować jeszcze, którędy dostać się do zamku. Trzeba pamiętać, że musimy tam przemieścić grubo ponad setkę orków. W naszej kompanii znalazło się ponadto trzech ludzi, czterech elfów uzdrowicieli i dwóch magów. Reszta to orkowie.

- Nie ufam ludziom – wymruczał Rohgard podążając za światłem pochodni.

- Ja też nie. – odparł starzec – Ludzie są jednak doskonałymi zabójcami. Pomogą unicestwić strażników.

Do końca wyłożonego półokrągłymi kamieniami korytarza nikt nie odezwał się więcej. Wkrótce na końcu drogi zabłysło światło lampy.

- Idą! – krzyknął ktoś cienkim, melodyjnym głosem.

Po kilku chwilach światło lamp naftowych oślepiło na krótko Generała. Wielka komnata wypełniona była stolikami, przy których siedzieli przedstawiciele różnych ras i profesji. Rohgard zauważył także barda, nonszalancko powiewającego bocianim piórem przyczepionym do kapelusza. Napotykając spojrzenie orka skłonił się grzecznie. Widząc wchodzącego Generała większość wstała i podeszła aby się przywitać. Rohgard kolejno wymieniał uściski dłoni ze wszystkimi z kompanii, którzy natychmiast wracali na swoje miejsce. Starzec uśmiechnął się i rzekł:

- Witajcie kompani. Przynoszę wieści z zewnątrz. Trzech naszych współbraci zawisło dziś na szubienicach. Nie dotarli do pokoju kartografa. Rozmawiałem z nimi przed egzekucją. Kazali powiedzieć, żebyście się o nich nie martwili i wypili ich zdrowie. Wiemy jednak, że z Komnaty Map są trzy wyjścia, w tym jedno prowadzi do piwnicy. – Po komnacie przeszedł szmer – Przynoszę ze sobą również dobre wieści! – kontynuował Nemrod – Powitajcie Rohgarda, byłego generała wielkiej i potężnej Armii Beshellu! Zgodził się przewodzić nami oraz pomóc w organizacji. Miva! Co mówią krasnoludy na temat buntu?

Niewysoka, smukła elfka podniosła się z krzesła. Długie, czarne włosy opadały na jej smukłe ramiona. Spojrzała z wyższością na Rohgarda i oznajmiła:

- Krasnoludy są przekupne. Powiedzieli, że za pięćset Nivellów są gotowi otworzyć wejście do zamku, ale na nic więcej nie mamy prawa liczyć. Jeśli im się zechce, pójdą z nami do zamku, jeśli nie, zawrócą się do swoich chat.

- Dziękuję ci Miva. Ghorred, co z mieczami? – zapytał rosłego orka, siedzącego najbliżej z całej kompanii.

- Za pięć dni przyjedzie dostawa dla wojska. Zbiorę kilku ludzi i przed wejściem do miasta okradniemy karawanę. Mam nadzieję, że któryś z magów nam pomoże.

- Wspaniale, wręcz idealnie! Mevanall! Mam nadzieję, że pomożesz Ghorredowi z tym konwojem?

- Naturalnie. – odezwał się zakapturzony czarodziej.

- Rohgardzie – rzekł starzec w stronę Generała – Mamy nadzieję, że poprowadzisz buntem jako doświadczony, zaprawiony w boju ork?

- Na kiedy wyznaczyliście termin? – zapytał Rohgard poprawiając pasek u spodni.

- Za tydzień. W noc święta Thaabat.

- Czy nasza „armia” ma jakieś pojęcie o władaniu bronią białą?

- Jeden na dziesięciu na pewno trzymał kiedyś miecz w dłoni jeśli o to chodzi. – odparł zmieszany starzec.

- Jest tu jakaś większa sala? Taka, w której zmieścimy czterdzieści osób?

- To były kiedyś królewskie lochy. Pokój tortur na pewno gdzieś tu jest. Myślę, że będzie odpowiedni.

- Niech około południa, w pokoju tortur czeka na mnie trzydziestu ludzi z portu. Muszę ich czegoś nauczyć…

- – -

Siedem dni minęło w zadziwiająco szybkim tempie. Przez ten czas, Rohgard nauczył większości rybaków, wszystkiego, czego w tak krótkim czasie mógł nauczyć. Nie byli to może wielcy wojownicy, ale ich zapał i chęć przewyższało wszystko, czego Generał mógł się po nich spodziewać. Piątego dnia przygotowań Mevanall przytaszczył ledwo dychającego Ghorreda. Okazało się, że ktoś puścił parę, co do przygotowywanego przez kompanię napadu na konwój. Broń została zdobyta, lecz nie obyło się bez rannych i zabitych. Ogólnie niezdolnych do walki było dziesięciu żołnierzy, jak byli nazywani w gronie kompanii rybacy z portu. Pod wieczór siódmego dnia, wszyscy zostali zgromadzeni w starych lochach.

- Żołnierze! – zakrzyknął potężnie Rohgard do zebranych rybaków – Jesteśmy tu, by przerwać tyranię króla Moragga! Jeśli ktoś, z jakichś powodów nie chce uczestniczyć w walce, niech idzie do swojego domu i nie wraca! Pamiętajcie o trzech zasadach, obowiązujących w Armii! Pierwsza! Nigdy nie zostawiaj rannego na polu bitwy! Druga! Walcz do samego końca! Jeśli uciekniesz, zostawisz kolegów na pastwę losu! Trzecia! Kiedy usłyszysz „ODWRÓT” nie zgrywaj bohatera tylko spieprzaj gdzie możesz!

Tłum zgromadzony w podziemiach donośnie zawiwatował.

- Udajcie się teraz odebrać broń i zbroje! Spotykamy się wszyscy za pół godziny przy wejściu do starej latarni!

- – -

Ocean błyszczał zdradzieckim, ciemno-metalicznym połyskiem. Fale głucho uderzały o kamienny klif, co jakiś czas powodując odpadanie drobnych kawałków skał. Rohgard stał obok piętrzącej się na klifie starej latarni morskiej. Ze środka, nie błyszczało żadne światło, czy nawet nikły błysk świecy. W latarni nie było nikogo. Generał czekał. Miał na sobie białą zbroję Beshellskiej Piechoty, wysadzaną górskim kryształem. Pod pachą trzymał hełm. Za pasem wisiał nowo wykuty topór z wizerunkiem Valgula, orkowego boga wojny. W oddali widział błyszczące miecze. Ze wszystkich stron nadchodzili buntownicy, jego żołnierze, orkowie, których miał poprowadzić na batalię przeciwko królewskiej władzy. Każdy z orków podchodząc do Rohgarda kłaniał się nisko. Generał robił to samo.

- Mam nadzieję, że masz plan? – Zapytał Nemrod, który pojawił się nie wiadomo skąd.

- Naturalnie mistrzu – odpowiedział Generał. – Musimy przejść cicho, blisko murów. Mam nadzieję, że krasnoludy wywołają jednak ten bunt w porcie. To byłaby szansa. Zdjęli by nam z karku połowę Straży Zamku.

Powietrze rozdarł ogromny huk. Wszyscy odruchowo spojrzeli w stronę błysku, który pojawił się nad portem. Najprawdopodobniej krasnoludy właśnie wysadzili magazyny z rybami.

- Dostali ode mnie buteleczkę eliksiru – powiedział z uśmiechem starzec. – Widzę, że testy przebiegły pomyślnie.

- To nasza szansa! – krzyknął Rohgard – Po cichu w stronę zamku! Biegiem marsz!

Około stu pięćdziesięciu orków, odzianych w skórzane zbroje pobiegło truchtem w stronę bramy do dzielnicy zamkowej. Zgodnie z obietnicą krasnoludów, brama była otwarta. Z portu dochodziły krzyki. Oddział przebiegł przez bramę, zamykając ją wielkim kołowrotem. Na koniec muskularny rybak połamał drążki koła. Nikt nie mógł teraz się wycofać.

- Ataaaaaak! – krzyknął przeszywająco Generał biegnąc w stronę zamku w pierwszej kolumnie. Obok siebie widział orków, których oczy błyszczały w chęci mordu i zemsty. Z całym impetem uderzyli w słabe, drewniane wrota zamku, które rozsypały się w drzazgi.

Na schodach stał tuzin łuczników. Tego Rohagrd się nie spodziewał. Obok niego przebiegali kolejni orkowie, którzy rzucając się na obrońców zamku rozrywali ich włóczniami i mieczami. Generał w triumfalnym wrzasku dobił ostatniego łucznika ścinając mu łeb toporem. W oczach żołnierzy paliła się rządza mordu.

- Dwudziestu do zbrojowni! Na lewo! – krzyczał Rohgard – Czterdziestu do koszar! Trzydziestu pilnować bramy! Reszta za mną!

Tłum orków pognał po schodach, szukając sali tronowej. Po drodze nawinęli się strażnicy, położeni przez samego generała. Po kilku chwilach błądzenia w korytarzach wszyscy wpadli do Sali Tronowej. Tej samej, w której Rohgard został zwolniony ze służby. Topór sterczał z głowicy tronu. Generał podbiegł do niego wyrywając go jednym ruchem.

- Armia! Rozejść się po zamku! Mordować każdego, kto nie wyrzuci broni na wasz widok!

Orkowie pospiesznie opuścili salę. Rohgard wyjął zza pasa drugi topór. Udał się w stronę drzwi do sypialni króla. Otworzył drzwi. Było tak jak podejrzewał. Siedmiu strażników murem otoczyło wystraszonego króla.

- Wyrzućcie broń i wyjdźcie z komnaty, a obejdzie się bez zabitych. Z wyjątkiem jednego – powiedział z wściekłością patrząc w zamknięte oczy króla.

Strażnicy przyboczni nie wyglądali na zachwyconych perspektywą opuszczenia władcy. Ścisnęli się jeszcze bardziej. Nastawili długie, żelazne miecze. Nie chcieli skapitulować. Był to ostatni błąd w ich życiu. Rohgard zrobił piruet tnąc dwoma, ostrymi jak brzytwa toporami w stojących najbliżej strażników. Lewym przedramieniem zablokował cios miecza nad głową. Ciął krótko rozpłatując głowę strażnika na dwie części. Pozostało jeszcze tylko czterech bohaterów. Idioci, pomyślał Rohgard wbiegając na jednego z nich, odbijając się od niego jednocześnie nadziewając go na miecz stojącego za nim. Miecz drasną go poniżej kolana. Padając na ziemię odciął nogi stojącego przed nim strażnika. Rozejrzał się po komnacie. Ku jego zdumieniu w środku zostało czterech martwych strażników, Rohgard oraz kulący się w kącie król.

- Wielki władca Moragg! Chylę czoło przed twoją wielkością! – zakpił generał chowając topory i podnosząc z ziemi dwa miecze.

- Rohgardzie! Jestem gotów przebaczyć ci twoje winy i oddać władzę nad armią! – odpowiedział król wstając sztywno

- Mam już swoją armię drogi królu. Ty zaś, nie masz już nikogo. Żegnaj!

Generał z rozbiegu wbił miecze strażników prosto w czaszkę Moragga, przybijając go do szafy na królewskie stroje. Pod uniesionymi kilka centymetrów nad ziemią stopami króla, szybko rosła kałuża krwi. Rohgard otworzył balkon, czując triumf. Wzrastającą euforię. Przed zamkiem stali żołnierze. Jego żołnierze…

Epilog:

Rohgard został nowym władcą Beshellu. Nigdy jednak nie zasiadł na tronie. Brał udział w wielu dziesiątkach bitew, prowadzonych przeciwko ludziom. Zawiązał sojusz wojskowy z państwem Drihneah, należącym do Krasnoludów. Czasy Rohgarda są określane w Beshellu jako czasy Złotej Rebelii. Lecz to zupełnie inna historia…

Wrzesień 25th, 2008 przez eklerek123

Radosław Tomala

Alicja

- Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy umrzesz?

- Głupie pytanie.

- Chciałbyś?

- Jasne, że nie. Przecież, gdybym wiedział, kiedy umrę, dalsze życie nie miałoby najmniejszego sensu.

- Tak myślisz. Hmm? A wiesz, kiedy ja umrę?

- Nie mam pojęcia. Kiedy?

- W dwa dni po tym, jak przestaniesz mnie podlewać.

Zerwałem się z łóżka, odsłoniłem firankę i spojrzałem na Alicję. Jej liście były zwiotczałe, a kwiaty obumarłe. Zupełnie nie wiedziałem, jak mogłem o niej zapomnieć. W pędy rzuciłem się po butelkę z rozcieńczonym nawozem i obficie podlałem nim ziemie w doniczce. W podstawce pojawiła się woda i z wolna zaczęła skapywać na parapet.

- Cholera, dlaczego mi nie przypomniałaś?

- Nie chciałam ci przeszkadzać. Oglądałeś telewizję.

Uchyliłem okno i z powrotem położyłem się na łóżku. Alicję dostałem od mamy w wieku siedmiu lat. Była moim jedynym przyjacielem; potrafiła mówić, pomagała mi w lekcjach i wspierała jak brata. Po śmierci rodziców to właśnie w niej znalazłem oparcie. Zebrałem siły, skończyłem szkołę i zdałem maturę. Mając lat dwadzieścia trafiłem szóstkę w totolotku. Teraz myślę, że było to dla mnie bardziej przekleństwem niż ocaleniem od trudnej przyszłości. Ludzie zamiast traktować mnie z politowaniem, zaczęli się nieufnie odnosić, a Alicja z każdym dniem robiła się coraz słabsza. Już nie wystarczało cotygodniowe podlewanie kranówą. Używałem najdroższych nawozów, co miesiąc zmieniałem ziemię na nową, ale nic to nie pomogło. Z każdym dniem Alicja miała coraz mniej liści i kwiatów.

- Przecież dobrze wiesz, że za kilka dni zostanie ze mnie tylko sucha łodyga – powiedziała Alicja, kiedy próbowałem uleczyć ją kolejnym, gazeciarskim sposobem.

- Nie mów tak.

- Nie oszukujmy się. Mam piętnaście lat. Nie będę żyć wiecznie.

- Będziesz, bo jesteś wyjątkową rośliną.

Delikatnie połaskotałem ją pod liściem, ale ona już chyba tego nie czuła, bo wcale nie zareagowała. Dawniej wybuchała żywym, radosnym śmiechem.

- Możesz mi coś obiecać? – zapytała.

- Tak?

- Kiedy mnie już tu nie będzie, to… to znajdź sobie kogoś. Przyjaciela. Tylko niech nie będzie to kolejny kwiat. Obiecasz?

Pokręciłem głową, spojrzałem w sufit i ciężko odetchnąłem.

- Proszę, obiecaj.

- Ty nie umrzesz.

Odwróciłem się i cicho zapłakałem.

***

Koniec Alicji był już bliski. Jej okropnie chuda łodyżka wraz z kilkoma listkami bezwiednie opadły na krawędź doniczki i opuściły się do samego parapetu. W świetle lampki bezmyślnie wpatrywałem się w jej sczerniałe pędy, czekając aż wreszcie wyda z siebie ostatnie tchnienie, rozpadając się w drobny pył.

Ta chwila w końcu nadeszła. Alicja drgnęła wyczuwalnie i resztkami energii zalśniła tak pięknie, jak nigdy jeszcze nie zajaśniała żadna z usianych gęsto na niebie gwiazd.

***

Nie wiem, jak wiele czasu minęło od śmierci Alicji. Pamiętam tylko, że ostatnie dni spędziłem nieustannie pijąc wódkę. Musiało to tak trwać od bardzo dawna, skoro kompletnie straciłem rachubę czasu, a mieszkanie wyglądało, jak po przejściu tornada albo czegoś jeszcze gorszego.

Ważne, że doszedłem do siebie. Ogoliłem się, ściąłem włosy i zainwestowałem w nowe koszule. Codziennie wieczorem chodziłem do parku, by tam relaksować się, czytać książkę lub po prostu patrzeć na to, co robią inni.

Pewnego razu zabrałem ze sobą odłamki starej, porcelanowej doniczki, właśnie tej, w której przez wiele lat kwitła Alicja. Każdy kawałek oddzielnie obracałem w palcach i dokładnie oglądałem. Wierzyłem, że to w nich żyje nadal jakaś cząstka mojego jedynego i prawdziwego przyjaciela.

Byłem tak bardzo pochłonięty oglądaniem odłamków, że prawie bym nie zauważył, jak obok mnie przysiadła się schludnie ubrana kobieta w podobnym do mnie wieku. Popatrzyłem chwilę na nią, ale szybko opuściłem wzrok.

- Kwiat? – zapytała.

Nie odpowiedziałem. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle potrafię jeszcze rozmawiać. Przecież od tak dawna tego nie robiłem.

- A wie pan czemu ludzie są jak rośliny?

Wzruszyłem niewyraźnie ramionami.

- Bo gdy są samotni to umierają.

Wrzesień 25th, 2008 przez Nathiel

Środkiem ciemnej, pustej ulicy wiatr przewiał z nieprzyjemnym szelestem kilka zaschniętych liści. Neon, który reklamował knajpę serwującą wątpliwej jakości trunki, zamigotał i zgasł. W krąg światła najbliższej latarni wszedł jakiś człowiek. Młody, na oko dwudziestoletni. Jego ciężkie buty głośno stukały o bruk przy każdym kroku. Mężczyzna opatulił się szczelniej kurtką, wbił zaciśnięte pięści w kieszenie. Szybko wyszedł z żółtawego, ciepłego kręgu światła i ponownie zanurzył w ciemności. Wtem zza zakrętu ktoś wyszedł mu naprzeciw. Staruszka, wykrzywiając pooraną zmarszczkami twarz w dziwacznym grymasie, w paru susach, zadziwiająco energicznych, jak na jej wiek, dopadła swej ofiary.

- Bogowie mają dla Ciebie prezent, mój mały – wysyczała mężczyźnie do ucha, chwytając go za łokieć. Wyrwał się jej bez słowa i przyspieszył kroku. Po chwili zaczął biec, ogarnięty dziwnym lękiem. Obejrzał się nerwowo za siebie. Upiornej babcinki nigdzie nie było widać.

- Szukasz kogoś? – usłyszał ułamek sekundy przed bolesnym zderzeniem. Zachwiał się i klapnął ciężko na wilgotną jezdnię.

- Nie wierzę w bogów. – burknął do staruszki, stojącej nad nim i szczerzącej zepsute zęby w sardonicznym uśmiechu.

- Ale oni wierzą w Ciebie. I mają dla Ciebie prezent. – zachichotała jak wiedźma.

Wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał na nią z lekkim obrzydzeniem i wstał bez pomocy.

- Mają dla Ciebie niespodziankę! – zawołała za nim, gdy zagłębiał się w ciemny labirynt uliczek.

***

Prawie biegł, chcąc jak najszybciej oddalić się od dziwacznej staruszki. Skręcił w prawo, potem w lewo i znowu w lewo, przeszedł przez na wpół zrujnowane podwórko i… zgubił się. Nazwy uliczek nic mu nie mówiły, wszystkie domu wyglądały tak samo obco i niezachęcająco.

„Szkoda, że nie mam nici Ariadny” przemknęło mu przez głowę, gdy błąkał się, bezsilny, pomiędzy budynkami. Zdziwił się. Skąd u niego takie myśli? Wtem usłyszał za sobą szybkie kroki. Obrócił się, ale zdążył zauważyć tylko znikającą w ciemności sylwetkę. Czy to złudzenie, czy tamten ktoś, mimo postury człowieka, miał nieproporcjonalnie dużą głowę o dziwnym, wydłużonym kształcie i… rogi? Nie, to na pewno wyobraźnia płata mu figle! Zawołał za nim, chcąc zapytać o drogę, ale zamiast tego niemal wpadł na jakąś kobietę. Brązowe, jak kasztany, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niego z błaganiem. - Czyś widział moją córkę?! – wykrzyknęła – Widziałeś ją?

Pokręcił przecząco głową.

Zabrał ją, zabrał… – zajęczała nieszczęsna matka – Moją biedną, kochaną córeczkę, moje dziecko… Bawiła się, a on ją porwał! Moje drogie dziecko…

- Gdybyś ja zobaczył. – oczy nagle zajaśniały nową nadzieją – Powiadom mnie szybko, jak najprędzej. Nazywam się Demeter. Demeter, zapamiętasz?!

Skinął bezwiednie głową. Kobieta oddaliła się biegiem, zanim zdążył spytać o drogę. Wzruszył ramionami, wznawiając marsz.

***

- Cześć, kotku… – słowa te, wypowiedziane miękkim, zmysłowym głosem, wyrwały go z zamyślenia. Obejrzał się. W świetle latarni stała dziewczyna. Krótka, obcisła spódniczka, wyzywająco wydekoltowana bluzka i ostry makijaż nie pozostawiały wątpliwości, co do jej profesji.

- Chcesz zaznać bogini miłości i pożądania? – spytała, zachęcająco poruszając biodrami.

- Afrodyta! – rzucił, tknięty nagłą myślą.

- Znasz mnie? – zmrużyła wymalowane oczy, zatrzepotała rzęsami.

Pokręcił gwałtownie głową, oddalając się szybko.

***

Idąc, miał coraz większy mętlik w głowie. Co to wszystko ma znaczyć?! W ciemności zauważył siedzącą pod murem grupkę młodych ludzi.

- Chcesz się napić z Rzeki Zapomnienia? – spytał jeden z nich

- Wody z rzeki Lety… – dopowiedział drugi

Rzeka Zapomnienia, Leta? – nic z tego nie rozumiał. Aż do chwili, gdy zobaczył, jak któraś z dziewczyn podwija rękaw, wbija w ramię strzykawkę i wstrzykuje jej zawartość. Po chwili twarz dziewczyny rozluźniła się, ułożyła w pełen błogości grymas.

***

Zaczynał rozumieć. Człowiek z głowa byka, Demeter i zaginiona córka, Afrodyta, Rzeka Zapomnienia i wszyscy inni, których spotkał później. O, Boże… Czy może lepiej: o, bogowie… Prezent od bogów!

***

- Tak nie wydostaniesz się z labiryntu. – usłyszał męski głos.

Zatrzymał się gwałtownie.

- Krążysz wciąż w kółko. Wciąż te same drogi. Tak się nie da wyjść.

Rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem mówiącego.

- Tak nie wyjdziesz – powtórzył głos.

Z ciemności wynurzył się młody, jasnowłosy chłopak z potężnymi skrzydłami u pleców. Białe pióra ostro odcinały się od półmroku wokoło.

- Tylko tam jest ucieczka – mruknął, wskazując dłonią niebo. – Daj mi rękę.

Posłusznie wypełnił polecenie. Ciężko, z wysiłkiem oderwali się od ziemi. Lecieli nad miastem, tam na dole został Minotaur, Afrodyta i wszyscy inni. Prezent od bogów. Nagle, tknięty przeczuciem spojrzał w górę, na twarz Ikara. Stara, kobieca twarz, pocięta siecią zmarszczek. Cienkie wargi, wygięte w okrutnej parodii uśmiechu, odsłaniają zęby jak spróchniałe pieńki. Wrzasnął, zobaczywszy tamtą upiorną babinkę i puścił podtrzymujące go ręce Ikara. Spadał.

***

- Nadal nie wierzysz w bogów? – zabrzmiał cierpki głos, przesycony ironią.

Przed oczyma zamajaczyła mu czyjaś ciemna, przygarbiona sylwetka. Rozejrzał się. Na ulicy, poza nim, nie było żywej duszy. Stał w ciepłym kręgu światła latarni, nad jego głową mrugał zepsuty neon, a jezdnią płynęły niesione wiatrem suche liście. Owinął się cieplej kurtką. Chłodna dziś noc.

Wrzesień 25th, 2008 przez dusieqq

I
Spałem, marzyłem o niej, wiedziałem że przyjdzie by zabrać mnie
unikałem swego odbicia, w lustrze przepowiedni
Mówili mi wybrańcze przez boga zesłany, lecz ja nie wierzyłem w ich słowa, nie chciałem, do czasu.
Przyszło do mnie wezwanie od lorda Bonericka miałem wyruszyć na zachód gdzie słońce pierwsze daje promienie, gdzie tęcza widzi swe mienie, gdzie kobiety wstydu nie znają, by odszukać ciebie
spokojną… śmierć

II
Lecz sumienie nie pozwalało poczuć spokoju dreszcz, gdy zamykałem oczy zawsze przypominała mi się ona, w jej objęcia ma postać wtulona, patrzyła na mnie bez oczu wzrokiem tuląc się do jej żeber obrośniętych kości patrzyłem, płakałem, marzyłem, umierałem, cieszyłem się.
Nagle obudzony głośnym prychnięciem konia, zrozumiałem, to tylko marzenia. Więc w drogę rzekłem do kaila , słuchając szumu wody płynącej daleko, zastanawiałem się czy dobędę jeszcze miecza? Zginę jak prawdziwy człowiek, w ogniu walki z którego się zrodziłem, z walki dobra ze złem gdzie powstaliśmy my którzy wolni wybór mają, a zatem….

III
Powóz stanął po 7 dniach podróży, ujrzałem karczmę o nazwie zwiędniętej róży, wstałem chwiejnym krokiem, jak po przespaniu dnia lub pięciu, śniłem znów, wszedłem do karczmy wnet powitały mnie śmiech, hałas dochodzący od stolików gdzie pełno było ludzi, pół ludzi, harpii i ta krew, przypomniałaś mi się zatrzymałem rękę na rękojeści miecza, wolno podszedłem do lady prosząc o piwo, było zimne,pieniste lecz bez smaku, zdobyłem się na zerknięcie na jedną z harpii która kusiła swoimi piersiami spragnionego rycerza, poszedł, krzyk, cisza rozległa się, ludzie dalej upajali mózgi, zataczali się, wyszedłem Kail już kończył rzekłem, tym razem ja poprowadzę a ty chłopcze śpij, odetchnął z ulgą a konie? Cóż, przeraziły się…

IV
O poranku 9 dnia wrzask wron rozciął spokojne niebo, spojrzałem do tyłu Kail już dzierżył swego kirata w dłoni, spokojnie to tylko elfy, znowu polują na wrony. Czemu? Wieżą że jedna wrona to 1 rok dalszego życia, schowaj broń. Ale… Powiedziałem schowaj wojny już nie ma… Ehh walka o górę Sarin najpiękniejsza, największa, najkrwawsza, zwycięska, wyobrażasz to sobie ? 10 Tysięcy ludzkich mieczy, kusz,włóczni, przeciw 15 tysiącom elfickich łuków i krasnoludzkich młotów i toporów, jak fale morza połyskiwaliśmy w pełnym słońcu, niczym rzeka złota,stali i oczu przemocy , trwaliśmy tak niewielu przeżyło a właściwie jeden… Ja.

V
Gdy dojechaliśmy do przedostatniego przystanku, powitano nas jak by się tego spodziewano po mieście rabusiów znane jako Vixa unikane jak ogień poszukiwane przez wielu, okupowane przez króli w końcu zrozumieli, wynieśli się, a cech złodziejski rozrósł się jak szarańcza, to miasto obszarpane, brudne, piękne, o tym właśnie marzyłem. Kail możesz już wracać, tutaj wysiadam,weź mój ekwipunek wszystko prócz ubrania, miecza i odrobiny złota, zostaje tutaj Królowi powiedz że dotarłem na miejsce spoczynku…

VI
następnego dnia zbudził mnie pisk świni, pomyślałem znowu w wojsku, nie tym razem przeszedłem się do karczmy była pusta, podszedłem do barmana i spytałem jest robota? NIE… No niestety wychodząc tak jakby mimowolnie rzuciłem złotego ark’a na ladę. W wejściu stanęło dwóch osiłków o przygłupim wyrazie twarzy, długo mi nie zajęli czasu, poszedłem dalej, tym razem wstąpiłem do motelu wydałem trochę i poszedłem spać.
Znów do mnie przyszłaś kochanie? Proszę zostań na tę noc, nie pozwól mi się obudzić aż do rana, na razie nie chcę umierać więc nie będę nalegał. Przytaknęła tylko, odsunęła kaptur i zobaczyłem pustkę, pierwszy raz zobaczyłem jej oczy, czarne, bez uczucia jakby smutne z tego powodu że po raz pierwszy nie chcę umrzeć, postanowiłem, dotrę do miejsca spoczynku… Ocknąłem się, głuchy poranek zawitał przez szyby, wyszedłem bez słowa, kupiłem konia i ruszyłem na miejsce mojej śmierci…

VII
po trzech dniach, byłem już tam, gdzie serce przestało oddychać a płuca bić gdzie poznałem śmierć i zakochałem się w niej. Byłem u stóp góry sarin… Teraz po latach wichur była ledwie jej połowa po 3 tysiącach lat, wróciłem, na górze byłem zaledwie po 3 godzinach wspinaczki, stanąłem na polu bitwy gdzie rdzewiały miecze a łuki się rozkładały, zbroję nieruszone jako święte relikwie opadały już z ciał. Położyłem się przy nim, przy elfie, moim przyjacielu, którego zabiłem, położyłem, zasnąłem.
Teraz mogę, możesz mnie wziąć ze sobą najukochańsza. Nie mogę jesteś jedynym który pragnie śmierci a umrzeć nie może, przepraszam. Więc zabije się sam i odnajdę cię kochana. Więc czyń co musisz albowiem giniesz jak bohater, za niebo cię nie wezmą lecz w piekielne otchłanie upuszczą, przepraszam. Proszę, w końcu…. blisko ciebie…

Wyjaśnienia:
Kirat- miecz dość charakterystyczny, lekko falowana klinga z ostrzem ostrym niczym igła i cienkim jak rapier, miecz dosyć nierealny do wytworzenia gdyż jest on wymysłem autora czyli mnie.

Ark’- waluta która można przeliczyć na srebrne galeony lub na nasze teraźniejsze 5cio złotówki

Dedykacja:
Dziękuję „nocnejporze” za … tu skrawek mej wyobraźni specjalnie dla ciebie:
,, Patrząc na złote róże, ze spuszczonym wzrokiem, odchodził, umarł na wieczność, pozostał w pamięci, zatrzymał ją ręką, rzekł kocham lecz ona się wyrwała, uciekła, powiedziała nie ma dla ciebie miejsca w moim żywocie jako że sam jesteś już martwy, ma praca wypełniona, żegnaj. I śmierć przeminęła, na wieki….

Wrzesień 25th, 2008 przez LYSY

Preludium

Miecz przeciął wiatr z świstem i trafił w kark zwierzęcia. Kark został roztrzaskany.

Zwierze wpadło w wieczny sen.

- Niech to, co doprowadziło tego wilka do dzikiego szału?- powiedział elf. Smukły, około 165 cm wzrostu, 67 kg wagi. Bardzo jasne blond włosy, spiczaste uszy, maleńko haczykowaty, prosty nos.

Sprawdził czy zwierze nie miało w okolicy jamy. Z poszarpaną tuniką i już obandażowaną lewą łytce. Nic nie znalazł tylko nie znany mu rodzaj piasku. Suchego i białego, wyczuł od niego emanującą magie. Jednak nie wiedział co to za rodzaj magii. Zebrał trochę piasku do woreczka w nadziei, że ktoś będzie wiedział co to jest.

* * *

- Co? Nic nie upolowałeś? Czy chcesz bym dał ci łatwiejsze zadanie? No ale po twojemu ubraniu i łytce, że stoczyłeś walkę z wilkiem lub z pumą- Pytał go Fryc. Był to stary elf, miał ponad 900 lat. Lecz najmądrzejszy od każdego, którego znał.160 cm wzrostu i długie aż do łokci białe włosy, cera blada, podkreśla jego wiek.

- Nie było tak źle… Wygrałem…- Odpowiada zmęczony.

- J z jakim zwierzakiem walczyłeś?

- Z wilkiem- Odpowiada nie spokojnie.

- Z wilkiem? Przecież one zamieszkują dwie mile stąd na północ lasu Ivorze- Powiedział niespokojnie.

- Wiem- Przed domem starszego mężczyzny zaczęło się już robić tłoczno w obozowisku.

- To ciekawe czemu aż tutaj zawędrował?- Powiedział do siebie- A czy znalazłeś jakieś ślady innych członków stada?

- Nie. J jeszcze szukałem jamy gdzie mógł mieszkać.

- To nie wiem

- A jeszcze coś- wyciągnął z sakiewki woreczek białym piaskiem i wręczył go Frycowi.

W chwili gdy stary elf dotknął woreczek przeszyła go fala energii i osłabł na chwile, usiadł na krzesło.

Po chwili podszedł zamyślony do okna i zamknął je.

- Choć za mną- Odparł Fryc.

Weszli do gabinetu i starszy elf pociągnął z drugiej pułki średniej wielkości, czerwoną książkę. W tym samym czasie, druga szafa po drugie stronie pomieszczenia zaczeła się obsuwać w tył i potem w lewo.

- No chodź, nie patrz tak z otwartą gębą.

Ivor patrzył ze zdumieniem na to co się stało. Nigdy nie był z Frycem w tym pomieszczeniu. Poszedł za nim z ekscytacją. Nie wiedząc co się stanie za chwile. Szli ciemnym korytarzem w dół. Schody były wąskie a pochodnie rozmieszczone po równych i gładkich ścianach około co 25 metrów. Więc prawie nie było widać dla normalnych oczu. Młody elf użył wtedy jedyny czar jaki znał który pomagał mu widzieć w ciemności za pomocą spektrum podczerwieni czyli infrawizja Ivorowi z lawendowych oczu stały się purpurowe. A Fyicowi z niebieskich czerwone. Chłopak nie umiał się jeszcze dobrze utrzymać czar tak jak Fryc. Często się potykał o stopnie.

Po 15 minutach schodzenia w duł, napotkali durze żelazne drzwi. Ivor w kroczył po otwarciu wielkich wrót do dużej komnaty.

Część 1

Nauka

Rozdział 1

Poznane sekrety

W tym pokoju było jasno od świateł pochodni, ustawionych na ścianach. W tedy przeszli na normalne spektrum widzenia.

Ivor zauważył, że ten pokuj jest podzielony na różne części: broń biała, zwoje z czarami, przepisy na eliksiry. Podszedł do ściany z mieczami i łukami. Ta część komnaty była zapełniona najróżniejszymi mieczami i łukami.

- Choć już. Musimy pogadać-powiedział.

Podszedł za min i zauważył, że pokuj zmienia się w alchemie, siłownie.

- Ty …jesteś magiem?- Zapytał Ivor.

- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz- odpowiedział zagadkowo- Dowiesz się w właściwym czasie. Teraz choć.

Weszli do części laboratorium i wysypał piasek na szkiełko na stoliku. Przyglądał się u ważnie małym kuleczkom.

- Widzę, że znowu się spotykamy- powiedział do siebie Fryc

- Co? Wiesz kogo to jest?- zapytał zakłopotany Ivor.

- Więc, musze tobie opowiedzieć to…

- Mów

- To było bardzo dawno… Gdy walczyłem i uczyłem się magii… Wtedy mój brat posmakował czarnej magii. Zabił dwóch innych uczniów i polubił zabijanie. Ależ nie bardzo chciał władać tylko czarna magią. Zaczął studiować nekromancje najbardziej złą odmianę magii.

- Kim jest nekromanta?

- Potrafi ożywiać zmarłych by jemu służyli, rozmawiać z duchami po tamtej stronie… Ale nie zawsze taki był… Był dobrym elfem, najlepszym łucznikiem całych krainach. Miał dwa łuki, które łączyły się w całość… Do tych części jest jeszcze kołczan i szczały.

- Czemu mi mówisz o nim?

- Moje czary nie dopuszczą mojego brata ani nie umarłego do naszego lasu. Więc musi być gdzieś indziej wokół nas.

- Walczyłem z nim dawno temu i prawie się nawzajem zniszczyliśmy i wszystko dookoła nas. To był straszliwy pojedynek magiczny. Wciąż nie wiadomo, który z nas powinien zwyciężyć, ale teraz jest o wiele potężniejszy. Teraz ty musisz go pokonać, ale czeka cię jeszcze dużo nauki.

- Czemu ja? Czemu nie inny z naszej wioski lepszy o de mnie nie pójdzie?- zagubiony w tym Ivor

- Widziałem jak walczysz i jest w tym coś wyjątkowego. Widziałem tak radzisz sobie z mieczem a z łukiem dorównujesz Dimitrowi.

Fryc podszedł do lewej ściany z łukami i kuszami.

- Wybierz jakiś dla siebie i choć za mną.

Ivor sprawdzał każdy łuk czy jest wytrzymały i wygodny w noszeniu. Wybrał długi łuk i szczały z gratami z brązu.

Wyszli na dwór i szybko przemknęli za domami w głąb lasu. Fryc prowadził pierwszy. Dotarli na dziedziniec. Była to szczelnica.

- Jest to plac gdzie trenował mój brat Dimitr.

- Ja…Mogę tak tutaj trenować?- Zapytał z entuzjazmem Ivor.

- Tak. Ja teraz musze wrócić i coś załatwić. Trenuj szczelnie z łuku- i poszedł z powrotem w las

Plac był w opłakanym stanie. Zaśmiecony liśćmi i tarcze strzelnicze. „Dlaczego on mnie zostawił samego” Zastanawiał się

Ivor znalazł grabie pod świerkiem i zaczął zgarniać liście. Grabił jak najszybciej ale dokładnie. Po półtora godzinnej harówce, sprzątnął kawałek placu. Gdy odgarniał liście, znalazł różne rzeczy do treningu walki mieczem, strzelectwa jak do magii.

Zaczął już strzelać jak ustawił tarcze na słomianym pachołku. Wystrzelił pierwszą salwę trzy razy trzy strzały. Zauważył, że każda kolejna po pierwszej spadała w duł.

- No, nie jak mam pokonać tego Dimitra. Jak nie mam siły na serię strzałów- Powiedział Ivor.

Za krzaków doszedł szmer i elf odwrócił się gwałtownie przymierzając w jakomś obcą osobę.

- Ja ci nie pomogę, ale wiem kto może.

- Kto to?- Spytał się młodzieniec do starca z nadzieją.- Mów starcze kto?

- Nie starcze proszę. Może jestem stary wiekowo ale czuje się młodo jak ty….- W tym czasie coś strzykło mu w biodrze. Musiał się podeprzeć.

- Ta, jasne- odpowiedział pogardliwie.

- Jeszcze nie teraz. Za tydzień przybędzie twój nauczyciel w fechtunku i łucznictwa. Ja… Ja będę cię uczył o magii. Jak się przed nią bronić i inne rzeczy- Fryc z letkom nadzieją spojrzał na chłopca.

Stary elf podszedł do drzewa, które miało prawie tyle samo lat co on i poszedł do domu.

- I jeszcze jedno

- Tak- Odpowiedział. Wytrącając się z rytmu.

- Teraz potrenuj. Jutro przyjdź do mojego domu o zmierzchu.

- Dobrze- Odpowiedział jeszcze raz- Wreście sobie idzie. Mogę potrenować w spokoju.

Tak naprawdę to Fryc to słyszał ale nie dał po sobie to poznać i zniknął w lesie.