Lipiec 29th, 2008 przez Maja

            Głośne walenie w drzwi rozległo się po komnacie. Medling wyrwał się z zadumy nad księgą.

            - Tak z rana? Kto by pomyślał, że ten leń tak wcześnie wstanie…- zamruczał pod nosem.

            Wstał od ciężkiego, dębowego stołu, i ruszył w stronę wejścia. Odsunął rygiel i otworzył drzwi.

            Nim zdążył się zorientować, jaki błąd popełnił, huknęły drewniane wrota o ścianę, a koniec zimnego ostrza dotknął jego szyi.

            -Nie ruszać się!

            Przed nim stał wysoki, szeroki w barach mężczyzna o osiłkowatym wyglądzie. Szeroki nos i niskie czoło nadawały jego twarzy nieco tępy wyraz. Całości obrazu dopełniały wredne oczka i kilkudniowy zarost.

            -Czarodzieju Medlingu, aresztuję cię w imieniu króla Orchii!

            Mag próbował poruszyć dłonią, żeby rzucić jakiś unieszkodliwiający czar, ale tamtem zareagował natychmiast.

            -Stać! Nie ruszać się! Tylko bez tych twoich sztuczek! – wojownik przysunął miecz bliżej.

Czarodziej poczuł zwiększony nacisk żelaza na szyję i zrezygnował z zamiaru przełknięcia śliny.

            -Wyciągnij ręce przed siebie! Powoli! I nie próbuj mi tutaj rzucać żadnych czarów, bo ci gardło poderżnę!

            Mężczyzna nie żartował. Medling posłusznie wyciągnął ręce do przodu, a tamtem szybko wysunął sznur zza pasa i je związał. Ciasno, aby unieszkodliwić rzucenie czaru rękoma. Na dodatek był ten powróz ozdobiony trzema srebrnymi medalionami z symbolami antymagicznymi, które unieszkodliwiały magię. Łowca był dobrze przygotowany do zadania.

            W przeciwieństwie do mnie, pomyślał czarodziej. Tak głupio dać się złapać na stare lata! Chyba rzeczywiście przyszła już na mnie pora…

            -Król Varnas wyznaczył nagrodę za twoją głowę – powiedział wojownik, zaciskając mocniej węzeł.- Więc chętnie bym ją odrąbał. Ale jeszcze więcej da mi za dostarczenie ciebie żywego, to ci ją na karku zostawię.

            -I chwała mu za to – mruknął czarodziej.

            Rosły mężczyzna stanął tuż przed nim i popatrzył mu w oczy.

            - Wielki Czarodziej – prychnął – a nie sięga mi nawet do brody!

            - Rozwiąż mnie, a przekonasz się o mojej wielkości.

            - Jeszcze czego! Teraz ja tu rządzę! A ty się zamknij!

            Potem łowca rozejrzał się po wnętrzu komnaty.

            - No, no! Nieźle się tu urządziłeś! Z wierzchu rudera, a w środku takie wygody!

            Rzeczywiście, mieszkanie maga mieściło się w biednie wyglądającym budynku. Komnata była mała, ale dobrze wyposażona. W całym pomieszczeniu pełno było uczonych ksiąg i buteleczek z dziwnie wyglądającymi płynami.

            Wojownik wziął z ciekawością pierwszą z brzegu do ręki.

            - Nie dotykaj, bo zamienisz się żabę!

            - Od razu wiedziałem co to! – rzekł z udawaną obojętnością i czym prędzej odstawił ją na miejsce- Franad z Orchii nie taki głupi i zna się na tych, no… rzeczach!- dokończył.

            - Właśnie widzę- rzucił czarodziej z pogardą.

            - No, stary, ruszaj się!- łowca popchnął go w stronę wyjścia- Bo mi się do nagrody spieszy!

            Medling westchnął i posłusznie zaczął schodzić po schodach. Cały czas próbował niepostrzeżenie poluzować więzy.

 

            Koń stąpał ciężko, niosąc na grzbiecie wielkiego jeźdźca. Skrępowany Medling szedł posłusznie z boku. Jednak jego umysł wcale nie miał zamiaru tak łatwo się poddawać.

            Nagle jakiś ruch w zaroślach obok gościńca zwrócił uwagę Franada.

            - Stój! Kto idzie?

            Żadnej odpowiedzi. Wojownik zeskoczył z konia.

            - Wyłaź, mówię, albo mieczem przebiję!

            Z krzaków wylazł chudy, pryszczaty chłopak. Potargane, ciemne włosy opadały mu na oczy.

            - Nie czyńcie krzywdy biednej sierocie, o szlachetny rycerzu!

            „Szlachetny rycerz” nie odczytał kpiny. Aż tak inteligentny nie był.

            - Coś za jeden?- spytał, wyraźnie zadowolony z tego, jak go nazwano.

            - Widziałem, żeście tego złego człowieka pochwycili odważnie, dlatego za wami idę od miasta.

            - Jest mój! – warknął Franad – Wara ci od niego!- nadstawił miecz.

            - Ależ oczywiście, że jest twój, mój panie. Nie moim zamiarem ci go odbierać. Pozwól mi tylko wyrównać z nim, hm, rachunki…

            - To mój więzień! Zjeżdżaj, smarkaczu! – warknął wojownik.

            - Wybacz mi zuchwałość mą, o szlachetny rycerzu! Jakżebym śmiał o coś takiego prosić waszą wspaniałość! Pozwól mi jedynie napawać oczy widokiem zniewagi, jaką mu zadajecie, wielki panie.

            - Napa… co?

            - Napawać. Chcę tylko patrzeć, jak go na sznurku prowadzicie, tyle upokorzenia mu tym zadając.

            Wojownik podrapał się po głowie grubym palcem.

            - Coś za jeden?

            - Były sługa świątynny. Przez tego tu człowieka batem ciężko ćwiczony i ze świątyni wyrzucony.

            - Batem, mówisz? A nie obłapiał cię ten staruch przypadkiem?

            - O, wypraszam sobie takie bezpodstawne pomówienia! – oburzył się Medling.

            - Cicho siedź! – uciszył go łowca głów. – To czego chcesz? – zwrócił się do chłopaka.

            - Niczego, wielki panie. Nienawidzę tego starego pryka, jako żywo, więc pozwólcie mi patrzeć tylko jak go na postronku prowadzicie. W zamian mogę wam usługiwać. Przydałby się wam pachołek, co?

            Franad chwilę pomyślał. Widać było, że przychodzi mu to z trudem.

            - No dobra. Ale tylko do granicy.

            - Jak sobie życzysz, mój panie – chłopak ukłonił się nisko z dworską manierą.

            I ruszyli dalej, w trójkę.

 

            - Stać! Tu odpoczniemy. – zarządził Franad.

            Zatrzymali się na małej polanie pośrodku lasu.

            - Rozpal ognisko! – rzucił chłopakowi.

            - Ale tu nie ma chrustu… – ociągał się mały.

            - To idź nazbieraj w lesie!

            Wyrostek ruszył niechętnie, walcząc z lenistwem, które zniechęcało go do wszelkich zajęć fizycznych.

            Tymczasem wojownik zsiadł z konia, a wodze przywiązał do gałęzi drzewa. Do drugiej przyczepił koniec sznura z amuletami, krępującego ręce czarodzieja.

            - Król ucieszy się na twój widok!

            - Obawiam się, że nie odwzajemnię jego gorących uczuć.

            - Śmiej się, póki możesz. Jak wpadniesz w jego łapy, to już z nich nie uciekniesz!

            - A więc z twoich łap mam taką szansę?

            - Milcz! Król Varnas bardzo cię nie lubi, a ty już dobrze wiesz, za co.

            - Bo nie udzieliłem mu wsparcia, kiedy chciał najechać ziemie lorda vaBaaga. Nie miał do nich żadnych praw i słusznie przegrał.

            - To już nie twoja sprawa – miał, czy nie. Król poniósł klęskę i wściekł się na ciebie.

            - Postąpiłem słusznie. To on złamał prawo.

            - A król wyznaczył nagrodę za twoją głowę. –ciągnął dalej Franad. – Wielu cię szukało, ale po roku dali spokój. Ale mi się poszczęściło i to po trzech latach poszukiwań!

            - Szkoda, ze tylko trzech.

            - Co?

            - Nico!

            - Poczekaj, czarodzieju! Ja cię zabić nie mogę, ale pachołki Varnasa już się z tobą dobrze zabawią!

            - Poczekamy, zobaczymy…

            - Mam te gałęzie! – chłopak wyłonił się z lasu z naręczem chrustu.

            - To rozpal ognisko!

            - Ee… ale jak?

            - Co?

            - Nico! – mruknął wyrostek cicho pod nosem. A głośno spytał – Jak to zrobić?

            - Toś ty nigdy ogniska nie rozpalał? Ułóż te gałęzie na jedną kupę! – rozkazał wojownik. – Co ty za głupek, smarkaczu?

            - Były sługa świątynny, do usług – uśmiechnął się tamten głupkowato. – Mogę ci pisać i czytać listy w razie potrzeby, mój panie.

            - A na co mi twoje pisanie i czytanie? – warknął Franad, bo sam był niepiśmienny i nie lubił, kiedy mu to wytykano. – Składaj no mi te gałęzie! Zanim skończę sikać, ognisko ma być! Głodnym bardzo!

            Podszedł do małego krzaka i zaczął rozpinać pasek spodni, kątem oka obserwując więźnia. Czarodziej patrzył tak, jakby chciał go przewiercić wzrokiem. Łowca głów poczuł, że nie może tak, na jego oczach.

            - Ty, mały! Pilnuj więźnia! Ino dobrze, bo jak nie, to mieczem posiekam!

            Odszedł kilka kroków i odwrócił się tyłem. W chwili, gdy już rozpiął pasek, chłopak zakradł się do niego z największą i najgrubszą gałęzią, jaką zdołał unieść, i rąbnął go w sam środek potylicy. Franad zatoczył się i zwalił na ziemię bez przytomności, a dzieciak aż krzyknął z radości.

            Zaraz też odwrócił się i pobiegł do czarodzieja. Jakie było jego zdziwienia, gdy zobaczył, że ręce Medlinga są wolne.

            - Gdzieżeś się podziewał tak długo?

            - Ja? Ja… zaspałem, mistrzu… jak się wydostałeś z więzów? – zmienił szybko temat.

            - Rozwiązałem sznur jeszcze zanim z miasteczka wyszliśmy. A ty znowu zaspałeś! – skarcił go. – Oj, Brendalu, co z ciebie wyrośnie?

            - Przepraszam, mistrzu. To już się więcej nie powtórzy… a co z nim? – wskazał na leżącego w krzakach wojownika.

            - Zaczarowałem go tak, że nie będzie nic pamiętać. Jak się obudzi, to będzie go boleć głowa i pomyśli, że się upił. Chodźmy już, zanim to nastąpi!

            Chłopak ruszy do miasta, idąc za swoim nauczycielem.

            - Mistrzu, mogę cię o coś spytać?

            - Tak.

            - Dlaczego nie uciekłeś od razu, jak tylko rozwiązałeś sznur?

            Medling przystanął na chwilę i odwrócił się.

            - Pomyśl sam, dlaczego…

            - Hm, czekałeś na mnie i na to, co zrobię?

            - Tak, chłopcze – odpowiedział mistrz. – I dobrze się spisałeś. Ale za nazwanie mnie „starym prykiem” masz karę – dwa tygodnie czyszczenia wszystkich preparatów i zbierania chrustu w lesie!

            - Nie!..

            - No już, idziemy! Nie ociągaj się!

            Czarodziej odwrócił się do niego plecami i uśmiechnął. Nie będzie mu mówić, że to jego czary powaliły tego draba, a nie ta licha gałąź. Niech dalej myśli, że pokonał Franada.  Brendal może i jest trochę leniwy, ale to zdolny chłopak.

 

 

06.2007

 

Lipiec 11th, 2008 przez Rulez260

Deszcz padał, światem targały grzmoty poprzedzone piorunami. Ciemność oplotła Śląsk. Patryk Móller szedł gościńcem dobre kilka godzin, aż zauważył karczmę otoczoną ostrokołem. Sprawiała przytłaczające wrażenie. Była duża, przynajmniej dwupiętrowa. Przed wielką dębową bramą stało dwóch, pokaźnie zbudowanych oprychów. Obaj mieli na sobie bryganty pokrywające przeszywnice. Na wydatnych brzuchach wisiały im pasy, a za nimi powieszone były buławy. Ręce ich pokrywały skórzane rękawice, a stopy trzewiki kolcze. Brama przy której stali wyglądała złowieszczo, mierzyła dwa i pół cala grubości, solidna i niska, osadzona na potężnych zawiasach, nabijana stalowymi ćwiekami . W świetle latarń otaczających wejście dostrzegł jeszcze wąskie strzeliny okien i stajnie, z które właśnie pachołek.

Podszedł do wykidajłów

- Co słychać ?- zapytał

-Stare kurwy nie chcą zdychać- odparł od niechcenia, ochrypłym głosem półgłowka jeden z ochroniarzy- Wchodzić albo znikać.

Móller odruchowo nacisnął żelazną klamkę w kształcie brzozy. Wtargnął do innego świata. W środku panował zaduch.Patryk odziany był w szaro-bury wieśniaczy kubrak. Na nogach miał łapcie z łyka, a na głowie czape. Miał 16 lat i nie pamiętał jak uciekł z grabionej przez smoki wioski.Po lewej stronie dużej izby znajdowało się palenisko nad którym, pachołek obracał tuszę świni. Tłuszcz kapał w płomienie powodując głośne trzaski i wzburzenie ognia. Światła dostarczały świece oraz okrągłe otwory wycięte w dachu, bowiem okna były zabite deskami.W trzech rzędach, równo ustawiono dębowe stoły o potężnych blatach i stabilnych, solidnych nogach zbitych bretnalami. Przy nich, po obu stronach stały ławy. W większości zajęte przez chłopów podobnie ubranych do Móllera. Rozprawiali pewnie o chędożonych plugastwach, wielkich panach i swojej niedoli. Przy jednym zauważył bogaciej odzianych ludzi, prawdopodobnie handlarzy. Na przeciw miejsca, gdzie stał, oberżysta dłubał w nosie. Obrócił się i wszedł do magazynu. Patryk podszedł dalej i znów rozejrzał sie. W środku pachniało spaloną cebulą, tłuszczem, dymem i potem, mimo to atmosfera była przyjemna (na pewno lepsza niż w wiosce z której uciekł). W kącie skrzypek, lutnista i bębniarz przygrywali miła dla ucha muzyką. Młoda dziewczyna o wydatnych kształtach, zamiatała gipsową podłogę. Móller podszedł do wyszynku przy którym znów stał gruby karczmarz.

- Co chceta?- grubiańsko spytał oberżysta

- Mom trzy grosze, co mogam za to kupić

- Żejdlik wina

- To dejcie, a je jeszcze kaj miejsce.

- Na górze

Karczmarz podał mu półlitrowy drewniany kufel napełniony winem. Móller położył na blat trzy praskie grosze i wziął wino. Poprawił tobołek i po schodach udał się na górę. Było tu równie przyjemnie jak na dole z tym, że nie śmierdziało. Przy stołach siedziało niewiele osób. Dwóch chłopów, kupiec, trzech pasterzy, paru kuglarzy, którzy grali w kości, stary człowiek śpiewający po cichu jakąś zbereźną piosenkę.Przysiadł się do niego, rozwiązał supeł tobołka i wyjął suszone mięsiwo. Łyknął wina i zagryzł suchym, solonym mięsem. Musiał porządnie pociągnąć, by oderwać kęs. Zaczął rzuć czując w ustach mdły smak mięsa, posolonego solą z kopalni w Wieliczce. Podniósł wzrok i spojrzał na dziadka. Miał siwe włosy, spiczasty nos i puste czarne oczy.

- Witam- zaczął spokojnym łagodnym głosem staruszek- Co taki młodzieniec jak ty tutaj robi

- Nic- odpowiedział szybko Patryk, po czym rozejrzał się. Wielkie świece za zwierzęcego tłuszczu paliły się jasnym płomieniem. Kupiec siedzący naprzeciw Móllera wstał i zszedł na dół. Po chwili po schodach powolnym, ciężkim krokiem wszedł oberżysta. Podszedł do stołu przy którym siedział Móller i zapytał staruszka:

- Panie Raabenkorp, czego sobie życzycie

- Cicer cum caule i do tego wina, drogi Józefie

Karczmarz odrzedł. Staruszek spojrzał znowu na Móllera i powiedział

- Jesteś głodny, prawda

Móller powoli podniósł wzrok i zmrużył oczy:

- No

- Ha, wiedziałem. Rozumiesz po łacinie?

- Ni

- Ale copia verborum, zrobimy tak, ty zjesz i posłuchasz, a ja poopowiadam i się napojem dobrze młodzieńcze

- Eeee… Tak- odparł niepewnie Móller. Chwile później karczmarz wrócił przynosząc kufel napełniony winem i groch z kapustą w wielkiej drewnianej misie.

-Słuchajże chłopcze historii o…..

Opowieść trwała. Coraz więcej słuchaczy zbierało się wokół stołu.Wybiła północ. Móller zasnął. Obudził go hałas i swąd spalenizny.

O nie! Raubritterzy. Usłyszał wrzaski i jęki, szczęk wypuszczanych cięciw, trzask płomieni.. Szybko rozejrzał się, był sam.Wstał zawiązał tobołek i nasłuchiwał Wtem przeraził się, na górze pojawił się człowiek. NA głowie miał kapalin. Najprostszy i najpopularniejszy hełm przypominający kapelusz z szerokim rondem. Świetnie osłaniał kark i głowę, zapewniając przy tym bardzo dobra widoczność. Korpus jego pokrywał kirys włoski, umieszczony na krótkiej sięgającej ud kolczudze.Nogi pokrywały skórzane rzemienie. W prawej ręce trzymał ogromny morgensztern. Długi kij zwięczony kopułą nabijaną kolcami. Miarowo poruszał nią tworząc w powietrzu kręgi. Żołnierz ruszył powoli ku Móllerowi. Patryk zaczął wpadać w panikę. Cofał sie miarowo omijając stół. Szybko zerknął w tył i zobaczył za sobą ścianę.Wojownik zbliżał się. Móllerowi wydawało się że się uśmiechnął. Wtedy biorąc ogromny zamach uderzył morgenszternem w blat dębowego stołu. Broń wbiła sie w drewno na kilka centymetrów. Drzazgi posypały się w koło. Móller podskoczył ze strachu. Wojownik nie spoglądając na wystraszonego młokosa rozsiadł się na ławie, kładąc na stół broń i nogi.

-Zostaniesz sprzedany, a teraz przynieś mi piwa tylko prędko, hulajże młokosie- rzekł

Móller odwrócił się, opuścił powoli drżącymi dłońmi tobołek i ruszył ku schodom, wielkim łukiem mijając wojownika i stół przy którym siedział. Ten nawet nie spojrzał na drżącego ze strachu Patryka. Młokos dotarł do progu schodów, solidnych, bukowych, ze starannie zdobioną poręczą w kształcie węża eskulapa. Zaczął schodzić w dół, powoli, krok po kroku jak najciszej. W końcu znalazł się na dole. Jednak jakże parter karczmy różnił sie od tego, co zapamiętał chłopiec. Palenisko zostało zniszczone, popiół z niego pokrywał wszystko dookoła cienką warstwą. Móller zmrużył oczy i rozejrzał się, dwa ciała zaległy w kacie, rozpoznał wieśniaków, którzy niedawno prowadzili, żywo gestykulując, dysputę. Nad zwłokami stał żołnierz w kolczudze do ud i łapciach plecionych z łyka lipowego. Jego szeroki miecz wciąż pokrywała czerwień krwi. Móller pokonał ostatni stopień schodów. Wtedy stracił przytomność. Ostatnia rzeczą, która zobaczył był kawałek jego ucha.

Lipiec 7th, 2008 przez krytwa

Był już świt, gdy do pokoju weszła starsza kobieta i odsłoniła zasłony, pozwalają wpaść do izdebki promieniom słońca. Wyglądała na osobą, która przeszła twardą szkołę życia. Twarz miała pełną zmarszczek, ale oczy wciąż pokazywały chęć życia. Ubrana była w znoszoną koszulę nocną. Teraz podeszła do łóżka i zaczęła budzić śpiącego w nim chłopca. Trwało to pare minut, ale w końcu chłopak otworzył swoje durze błękitne oczy i głęboko ziewnął. Starsza kobieta mruknęła coś cicho i pospiesznie wyszła zamykając drzwi za sobą. Młodzieniec wstał i rozprostował kości, zaczął powoli się ubierać wciąż ziewając. Gdy się już ogarnął po śnie wyjrzał przez odsłonięte okno. Jego oczom ukazała rozległa równina, wokoło domu znajdowały się obora i pare naście stogów siana zwiezionych wczorajszego dnia. Niedaleko na wschód od obory leżała mała wieś Dwolf. Spoglądał w tym kierunku pare minut poczym otworzył okno i wyszedł z pokoju. Cały dom zajmował powierzchnie dwóch izb i malutkiej kuchni. Salom rozejrzał się pogardliwie i usiadł do stołu, stara kobieta postawiła przed nim talerz i zaczęła ubijać masło w kącie. Po paru minutach odezwała się babcia:- Może byś tak wreście pomógł wujowi w polu?Salom popatrzył na nią i połykając ostatni kęs wyszedł na podwórze.   Pogoda była idealna do zbiórki fasoli i buraków. Wiał lekki zachodni wiatr, a późno jesienne słońce przygrzewało kark. Rozejrzawszy się wokoło Salom dostrzegł wujowski wóz i pospiesznie ruszył w jego kierunku. Wydawało mu się, że wóz oddalony jest tylko pare metrów. Szedł teraz wokół grządek marchwi i pietruszki, w oddali dostrzegł inne wozy zbierających swoje plony. Zatrzymał się na pare minut i zaczął je podziwiać. Nie trwało to długo, gdy z sąsiedniego pola dobiegł głos jego wuja:            – Salom! Salom! Rusz się chłopcze, ile mam czekać na ciebie?

 - Przepraszam wuju… Zaczął Ruszył pospiesznie do niego zakasując rękawy. Wraz z nim i wujem na polu pracował także jego kuzyn Eryk. Był on do Saloma o dwa lata starszy i w przeciwięstwie do niego brązowe oczy i rude włosy. Wyglądem przypominał swego ojca, czyli wuja Saloma. Przyjaźnili się od dzieciństwa. Choć Eryk bardziej lubił prace na polu niż włóczenie się po okolicy to zawsze można ich było spotkać razem z dala od pół uprawnych.Teraz jednak pracowali ciężko przez cały poranek. Zbliżająca się zima zmusiła ich do wcześniejszych zbiorów. Nikt nie narzekał na ogrom pracy zdając sobie sprawą, że jeśli teza tego nie zrobią będą głodować w zimie. Około południa do pracujących przyszła ciotka i wuj rad nie rad zarządził przerwą. W koszu ciotki znajdowała się świeżo mielona kawa dla wuja, lemoniady dla młodzieńców i kilkadziesiąt kanapek.

- Ciężkie czasy nadchodzą kochanie. Rozpoczął wuj. Zima przyszła dziś trochę wcześniej niż mogliśmy się spodziewać.

- Racja ojcze, ale się nie martw do jutra wszystko zbierzemy i zagazujemy w stodole. Pocieszył go Eryk.

- Chłopcy, zaczęła ciotka, może byście się trochę przeszli po lesie i zebrali chrustu abym mogła ugotować ciepłą kolacje dla was i wuja?Chłopaki widząc możliwość rozprostowania nóg zgodzili się od razu i razem popędzili do pobliskiego lasu. Las znajdował się niedaleko pól i zajmował powierzchnie równą wsi wraz z otaczającymi polami. Był źródłem pożywienia dla niektórych mieszkańców oraz źródłem opału dla wieśniaków. Mimo tego w las zapuszczali się tylko nieliczni, powszechnie panowała opinia, że w lesie żyją dziwne stworzenia, które żywią się ludźmi. Chłopi zapuszczali się tylko na jego obrzeża. Jedyną osobą, która zapuściła się, kiedy ktokolwiek dalej niż do srebrnej polany ( tak chłopi nazywali polanę, na której rosły przedziwne srebrna trawa) był Salom i Eryk.Teraz szli spokojnie w kierunku srebrnej polany. Nie rozmawiali za wiele, wymienili tylko pare uwag na temat tegorocznych zbiorów i pogody. Znali wiele ścieżek do polany, ale wybrali tę, którą uczęstrzali wszyscy mieszkańcy wsi. Po drodze Eryk schylał się, co chwile podnosząc suche gałęzie. Salom prawie w ogóle na niego nie zwracał uwagi. Jego uwagę przykuła dziwna poświata otaczająca srebrną polanę. Trącił kuzyna, który ukucnął, aby poprawić sobie uchwyt, i wskazał na polane. Oboje patrzyli teraz na czerwoną poświatę unoszącą się nad polaną, jednak żaden z nich się nie poruszył, aby sprawdzić, co tą poświatę wywołał. Powszechnie w Dwolfie panowała opinia, że magia i czarownicy nie przyniosą ze sobą nic dobrego. Salom poruszył się nagle, w oddali dostrzegł ruch. Ruszył powoli w kierunku polany nie zważając na szepty kuzyna. Wydawało mu się, że już kiedyś widział taką poświatę i że nic złego go nie spotkało. Wszedł na polanę i mgiełka od razu się rozpłynęła. Stał teraz na krawędzi nie polany, lecz pięknego zadbanego ogrodu. Pełno tu było dorodnych i starych drzew i krzewów, trawa nadal była posrebrzana. Widok tak pięknej polany zaszokował go, odwrócił się oby spojrzeć na kuzyna. Ten jednak nadal stał dobre pare metrów do ogrodu i przypatrywał się nie ufnie nowemu zjawisku. Salom odwrócił się od niego, dostrzegł teraz, że pośrodku ogrodu znajdował się dziwnych kształtów czerwony kamień. Powoli podszedł do niego bliżej, wziąwszy po drodze kij, szturchnął nim kamień. Nic się nie stało, więc śmiało podniósł go z ziemi. Kamień był dziwnie lekki i ciepły. Salom miał wrażenie, że trzyma w rękach jakiś organizm. Przypatrywał się kamieniowi do czasu, gdy w końcu nie podszedł Eryk.

-Powinniśmy to zostawić tu gdzie je znalazłeś. Zaczął ze strachem

- Nie bądź głupi Eryk, to tylko zwykły kamień i pewnie jest dużo wart.Ignorując strach na tworzy kuzyna schował kamień do wewnętrznej kieszeni, poczym biegiem opuścił polane krzycząc do Eryka:

-Kto ostatni na polu temu żaby w rosole!!!!Eryk rad nie rad ruszył za nim, lecz gody się obejrzał dostrzegł za pobliskim drzewem dziwną postać. Zatrzymał się i znowu spojrzał, ale już nic się nie poruszyło. Podrapał się po głowie i pobiegł z chrustem na pole gdyż słychać już było bicie dzwonów obwieszczające koniec południa

Lipiec 1st, 2008 przez Maja

Szedł nocą przez zamieć. Płatki śniegu wirowały wokół w ciemnościach, przylepiały sie do rzęs. Mróz niemiłosiernie ciął po młodej twarzy.  Otulony brązowym wełnianym płaszczem przedzierał się przez zaspy, ale szło mu się dziwnie lekko. W mroku zdawało się niemal, że szedł po ich grzbietach, nie zapadając się prawie wcale. Może dlatego, że śnieg był tu już ubity, nie to, co w gęstwinie między drzewami.
 Był na skraju lasu i wychodził z jego zacisza. Po kolejnym kroku uderzył w niego lodowaty podmuch wiatru znad pól. Nie poczuł specjalnie zimna. Może to już idzie odwilż, a może przyzwyczaił się do mrozu. Dziwne, bo w lesie nie wiało, a było mu tam znacznie zimniej. A teraz na polu, nie czuł już nic- ani zimna, ani gorąca… Tylko ten wiatr tak mocno dmie i ścieżkę wciąż zasypuje.
 Jeszcze chwila i dojrzał w zamieci migające żółte światełko. Zbliżał się do skraju wsi. To znaczy, że nie zgubił w ciemności drogi, choć czarno wokół i śnieg sypie. Jeszcze parę kroków i światło przestało migotać. Zrobiło się większe, pomarańczowe. I było kwadratowe, od kształtu maleńkiego okienka, przez które się wydostawało. A potem tuż obok pojawiła się pionowa kreska, żarząca się tą samą barwą. Szczelina w niedokładnie zbitych z desek drzwiach.
 Zbliżał się do kuźni stojącej na skraju wsi. Powoli podszedł do szpary w drzwiach i zajrzał ostrożnie jednym okiem do środka. Wysoki, silny kowal krzątał się przy dogasającym palenisku. Czerwony żar nadawał drewnianemu wnętrzu iście piekielny wygląd. W krwawym blasku wszystkie te młotki, obcęgi i inne metalowe przedmioty jawiły się niczym narzędzia tortur.
 - Diabli nadali- mruczał pod nosem rosły kowal, odkładając na półkę ciężki młot i zgarniając metalowe odłamki ze stołu.- Wieje od południa, do jutra  śniegu nawali…
 Odsunął się od szczeliny w drzwiach. Znów otoczyła go gęsta ciemność nocy. Odwrócił głowę. Po prawej stronie zobaczył kilka świateł. Jest już prawie we wsi. Jeszce parę kroków i będzie w domu. Ciekawe, czy matula jeszcze czeka na niego, czy już poszła spać. Ucieszył się w duchu, że wreszcie odpocznie, chociaż teraz już nie czuł zmęczenia, a i szło mu się tak jakoś łatwo.
 Ruszył w stronę zabudowań na skraju. Z pierwszej lichej zagrody dobiegły go jęki i jakieś trzaski i hałasy. Pewnie Grzyb znowu tłucze swoją żonę. Jutro biedna kobiecina będzie chować przed ludźmi swoje sińce, a oni będą udawać, że ich nie widzą, jak zwykle. A potem będzie w domu potulnie usługiwać mężowi, aż do następnego wieczora, kiedy ten wróci pijany i znów ją spierze. Czyli niedługo.
 Z trudem już dostrzegał zarysy chat. Śnieg padał coraz gęstszy i wiatr wiał mocniej. Szedł środkiem wsi, nie zdając sobie sprawy, że nie zostawia za sobą śladów na drodze. A może to śnieg od razu je przysypywał…
 Następny ciemny kształt wyłonił się z mroku, po lewej stronie. Duży, prostokątny- kolejna chata. W środku ciemno, wszyscy juz poszli spać. A może nie śpią jeszcze, tylko leżą niespokojnie, nasłuchując wycia zimowego wiatru za oknem i martwiąc się zawieją.
 Nagle śród szumu dobiegł go jakiś słaby głosik. Ktoś śpiewał kołysankę. Ostrożnie zakradł się do następnej zagrody i zajrzał przez małe okno. Wewnątrz tylko jedna świeczka oświetlała pokój. Na krześle siedziała młynarzowa z małym dzieckiem na ręku. Stary chrapał w łóżku, nakryty cały pierzyną, a ona tuliła maleństwo, które nie chciało zasnąć.
 -Juści, śpij… spij maleńki…
 Popatrzył na nią i uśmiechnął się lekko, łagodnie. Tak u nich cicho i spokojnie. A tu, na dworze, mróz i zamieć.
 Ale to jeszcze nie jego chata. Odsunął się od ściany i wrócił na środek wsi. Droga biegła prosto. Już niedaleko. Jeszcze trochę i będzie… Gdzie? Dokąd zmierza tak sam ciemną nocą? Już sam nie wiedział, co było celem jego wędrówki. Ruszył wolno przed siebie, gdzie nogi poniosą. Przed sobą nic już nie miał, za sobą zostawiał pustkę i ciemność, wszystko znikało.
 Rozpłynął się wśród wirującego śniegu…

 Jutro na skraju lasu, przed wsią, znajdą jego zamarznięte ciało. Ciekawe, czy sprawią mu ładny pogrzeb…