Witam. Pozwolę sobie na tę krótką przedmowę,  gdyż jestem tu nowy i pragnąłbym Was zachęcić do przeczytania poniższego. Napłodziłem tego znacznie więcej i chciałbym wystawić to na żer – na brutalną, szczerą do bólu, może nawet złośliwą lecz przedewszystkim konstruktywną krytykę. Pozdrawiam i życzę miłej lektury.

Wysoki mężczyzna o długich włosach białych jak śnieg upadł poraz kolejny. Trzech ludzi z mieczami, wszyscy ranni, słaniało się ze zmęczenia lecz żaden z nich nie zmniejszał dzielącej ich od białowłosego odległości.
- Zaraz zdechnie – rzekł jeden z nich, wsparłszy się na mieczu. – To koniec twego terroru, Bestio! – splunął na leżącego starca.
- Właśnie tu skończy się wszystko, Xar. – powiedział drugi, kaszląc krwią i kontynuując dopiero po dłuższej chwili – Nie zakłócisz nadejścia Królestwa Bożego!
Xar dźwignął się na kolana i wsparł na łokciach. Zwymiotował.
- Ten, który chciał zagłuszyć Słowo Boże – wydyszał ciężko trzeci – leży w kałuży własnej krwi i rzygowin. Ale trzeba ci oddać, żeś dzielnie walczył – skłonił się z kpiną.
- Powiem wam coś, skurwysyny… – wybełkotał Xar – Pewnie to już znacie. Bestii pokłon oddali, mówiąc: „Któż jest podobny do Bestii i któż potrafi rozpocząć z nią walkę?” A dano jej usta mówiące wielkie rzeczy i bluźnierstwa, i dano jej możność przetrwania czterdziestu dwu miesięcy.
- Jak śmiesz…
- Chyba się nawet zgadza, co? Ile lat trwała wojna, odkąd przyłączyłem się do Osowogórczyków na czele innych magów? A wcześniej? Zwiedziłem kawał świata: Zachód, Półcnoc i Wschód. Żałuję, że nie dotarłem zbyt daleko na Południe, ale musiałem wracać. I rozprawić się z wami. – przerwał, dla nabrania oddechu i podjął ochrypłym z wysiłku głosem – Potem dano jej wszcząć walkę ze świętymi i zwyciężyć ich, i dano jej władzę nad każdym szczepem, ludem, językiem i narodem. To niestety spora przesada, ale polubili mnie tu i ówdzie. Głównie niewiasty. Każdej zostawiłem po jednej swojej błyskotce, żeby dziecko miało jakiś cenny przedmiot.
Inkwizytorzy, słysząc cytat ze swej najświętszej księgi z ust największego wroga zacisnęli pięści i chcieli roznieść go na mieczach, lecz zatrzymali się wpół kroku. Oto bowiem sylwetka Xara rozbłysła niesamowicie jasnym światłem, wokół niego zaczęła pękać ziemia, powietrze skłębiło się wyraźnie i nastąpiło kilka niewielkich wyładowań elektrycznych
- Teraz szykujcie się na karę! – wykrzyczał mag głosem, w którym słychać było pradawną moc – Za wszystkie krzywdy uczynione ludziom, za gwałty, mordy i pożary, za osierocone dzieci, osamotnione matki i owdowiałe żony. Za topienie we krwi całego świata!
W miarę, jak złorzeczył swym przeciwnikom, wyładowania przybierały na sile i aura mocy wokół Xara gęstniała coraz bardziej.
- Nie zniszczę was wszystkich – ziemia zdawała się drżeć, gdy przemawiał – Ale pozostanie was garstka, do dobicia.
Xar powstał z kolan i wzniósł w górę dłonie.
- Chcesz zniszczyć cały świat, głupcze? – krzyknął przerażony inkwizytor.
Zniszczyć? Nie! Nie mogę… za późno!
Tego dnia nastąpiło wydarzenie, które później opisywano jako Trzęsienie Xara.

Cracovia, IV april Anno Domini MCLXX

W owym czasie, dziesiątego dnia miesiąca marca Roku Pańskiego MCLXX przeciwko plugawej bestii, czarownikowi imieniem Xar, który na czele zbójeckich Osowogórczyków czynił gwałty na pobożnym narodzie polskim, wysłano trzynastu wielkich mistrzów Sanctum Oficium ze świętą misją uśmiercenia bestii i dostarczenia jego głowy do samego Ojca Świętego. Tego, co nastąpiło później, nie mogą w pełni oddać nawet słowa św. Jana, ucznia Naszego Zbawiciela, który spisał swe wizje w Świętej Księdze. Starczy rzec tylko, że skończył się czas miłosierdzia, a nastał wiek topora i miecza. Wiek, w którym upłynie więcej krwi niźli wody we wszystkich rzekach świata.
Wszelako Światłość Boża nie zgasła całkowicie i pozostał jeszcze blask nadziei. Tym blaskiem jesteśmy my wszyscy, Kościół Powszechny, który ocalał tylko w Polsce. Jesteśmy ostoją Boskiego Porządku. I mamy świętą misję: jak onegdaj apostołowie Chrystusowi, tako i my dzisiaj musimy zanieść Słowo Boże na cały świat i uleczyć go z ran, jakie zadało mu Trzęsienie Xara.
Pierwej jednak wrzoda z włąsnego ciała wyciąć należy, ogniem i mieczem wyplenić zarazę z Osowej Góry, bastionu zdrajców, co wyrzekli się Łaski Pańskiej.

Jakub z Tyńca, kronikarz Jego Ekscelencji Króla i Prymasa Najjaśniejszego Królestwa Polskiego.

Maj 26th, 2008 przez laslasir

Jeszcze chwilę temu to okno, do którego właśnie się wspinał nie wydawało się być tak wysoko, ale to być może nie byłoby tak wielkim problemem gdyby nie to, że w tym czasie ziemia znajdowała się tak nisko. Na domiar złego, gdy wreszcie udało mu się pokonać te kilka metrów i wsunąć się niezauważonym do środka małego pomieszczenia, zamiast delikatnego pocałunku, którego się spodziewał, przywitał go przenikliwy ból w łydce.

-Ugryzł cię? -delikatny szept rozległ się w pokoju.

Ciężko mu było odpowiedzieć przez wargi zaciśnięte z bólu, a poza tym patrząc na rudą kulkę puchu uczepioną jego łydki, uznał to pytanie za retoryczne.

-Kindzior, ty mały potworze- szept zaczął nabierać kształtów, które właśnie wyłaniały się z półmroku i to nie byle jakich kształtów. Ten zbiór linii krzywych, parabol i hiperbol, które zaczynały się dokładnie tam, gdzie miały zaczynać i kończyły w miejscach …hmm mniejsza o te miejsca. W każdym bądź razie ten zbiór krzywizn przyprawiłby o szybsze bicie serca niejednego adepta geometrii i nie tylko.

-Chodź tu do mnie-rozkazała właścicielka szeptu

Kulka puchu potruchtała wesoło, szczerząc małe ostre ząbki i gdyby miała ogon na pewno pomerdałaby nim z zadowolenia na myśl o wzorowo wykonanej misji obrony swej pani.

- Wolno wam tu trzymać zwierzaki ?-Ravenis odezwał się rozcierając łydkę i patrząc nieufnie na swego oprawcę

- Nie , tak jak nie wolno przyjmować nocnych adoratorów, ale wszystko można co nie można byle z wolna i ostrożna-odparła z uśmiechem Aleanaria.

- Ach, gdyby nie to, że odkąd studiujesz tą wiedze o ziołach i alchemii to twoja nalewka wiśniowa jest jeszcze lepsza, to już dawno zabrał bym cię z tego domu, pożalcie się bogowie, adeptów sztuk tajemnych-gdy to mówił sarkastyczny uśmiech rozkwitł na jego twarzy.

-Gdyby nie akademia, to nie wiedziałabym, że nic tak nie przyspiesza gojenia się ran jak ekstrakt z Plantago lanceolata- mówiła wcierając jednocześnie w łydkę Ravenisa maść sporządzoną z Urtica dioica

Gdyby wiedziała co robi, na pewno żałowałaby , że nie przykładała się bardziej do zajęć z zielarstwa leczniczego i różnych form uśmierzania bólu. Gdyby on wiedział co ona robi żałowałby jeszcze bardziej, ale o tym miał się dopiero przekonać.

-Może trochę piec i swędzieć -powiedziała odstawiając maść na półkę

-No tak –powiedział niezadowolony. Naciągnął nogawkę i poprawił krótki mieczyk wiszący mu u pasa

-A tu masz listę ziół, które potrzebuję na pojutrze – wręczyła mu kawałek papieru

-Ale…-zaczął, ale nie skończył, gdyż pocałunek zamknął mu usta i sprawił, że myśli o tym jak tu się wykręcić rozpłynęły się jak poranna mgła-nagle i nie wiadomo gdzie.

-To tylko dla zachęty-odparła zarumieniona- jak się dobrze sprawisz tooo…-przedłużyła ostatni wyraz, a policzki wciąż się rumieniły. Natomiast szeroki uśmiech na twarzy Ravenisa mówił sam za siebie co sobie właśnie w tej chwili wyobraża.

-…tylko nie wyobrażaj sobie za dużo-dodała widząc gdzie spoczywa wzrok Ravenisa. On jakby ocknął się i spojrzał jej w oczy.

Siedzieli tak przez chwilę razem trzymając się za dłonie. On w swych skórzanych spodniach, wełnianej koszuli i kurtce, której najlepsze czasy już minęły i mieczem przypiętym do pasa. Ona prawie kompletnie naga lub jak wolą inni ubrana we wstyd, w zwiewnej koszuli nocnej, swymi czarnymi włosami sięgającymi ramion i pięknymi rumieńcami wciąż kwitnącymi na policzkach. Siedzieli tak dosłownie chwilę, a dokładnie tyle ile czasu mija między jednym, a drugim uderzeniem serca. Odgłosy na korytarzu wyrwały ich z zadumy, właśnie w momencie, kiedy…

-No tak, oczywiście teraz- westchnął, gdy przestała go całować

-Szybko-wyszeptała ciągnąc go za rękę w stronę okna- musisz już iść i nie zapomnij o ziołach-prawie wypychała go przez okno, kątem oka obserwując drzwi.

O ile droga w górę była mozolna i dość uciążliwa, to na dół okazała się niespodziewanie szybka. Wszystko to za sprawą wyciągu z Urtica dioica, który właśnie zaczął działać i sprawił iż prawa łydka kompletnie zdrętwiała, co z kolei zapewniło mu dość szybki lot w wiadomym kierunku i spotkanie z ziemią, która w takich przypadkach jest zazwyczaj twarda, tym razem była bardzo twarda . Podniósł głowę i spojrzał w stronę ledwie słyszalnego chichotu, który dochodził z miejsca gdzie jeszcze kilka sekund temu wisiał uczepiony ściany. Uśmiech, którym chciał zamaskować grymas bólu powoli malujący się na jego twarzy nie spełnił pokładanych w nim nadziei, więc postanowił przynajmniej odejść z godnością, na ile było to możliwe z obolałymi plecami i niedowładem jednej nogi. Aleanaria odprowadziła go spojrzeniem swych zielonych oczu, w których tego wieczoru księżyc zdawał się zarazem odbijać jak w tafli jeziora i jednocześnie tonąć w bezdennej studni szmaragdowej zieleni…

Jak mówi „Przewodnik po ziołach, tudzież podręcznik Zielarza” (praca zbiorowa) najbardziej odpowiednią porą do zbierania ziół jest noc podczas pełni księżyca. Ravenis jednak, ani nie mógł czekać tak długo, ani nie lubił włóczyć się nocą po lesie. Poza tym uważał, zresztą nie bezpodstawnie, że szukanie roślin, w lesie, przy prawie całkowitej ciemności, to zadanie dla szaleńców, a w najlepszym razie botaników zapaleńców, między którymi nie widział znaczącej różnicy. Było już prawie zupełnie jasno, lecz słońce jeszcze nie wychyliło swej tarczy znad horyzontu. Sprawiało to dość dziwne wrażenie jakby bawiło się z nocą w chowanego. Ravenis idąc leśnym traktem też odniósł to wrażenie i zastanawiał się właśnie, co by się stało, gdyby któregoś dnia (jeśli można byłoby to wtedy nazwać dniem) słońce nie dało się znaleźć. Na szczęście tak jak reguły zabawy w chowanego są nieugięte tak samo niezmienne są prawa natury i Słońce, może trochę zawstydzone, że znów dało się znaleźć, zaczęło leniwie wychodzić znad linii widnokręgu..

Krwawnik Pospolity, Mniszek Lekarski, Jałowiec…-czytał w myślach zastanawiając się od czego by tu zacząć, gdy jakieś poruszenie w krzakach tuż obok niego i jakieś pomrukiwania wyrwały go z zadumy. Jego oczom ukazał się widok, na który kąciki ust same powędrowały do góry . Starzec, który właśnie wygramolił się z chaszczy wyglądał wprost karykaturalnie. W resztce siwych włosów miał pełno suchych liści i kwiatów łopianu, szata z wielkim kapturem którą miał na sobie cała upstrzona była od malin, które rosły tu dziko. W dodatku miał zwichrzona brodę, torbę przerzuconą przez ramię, zaś w dłoni dzierżył drewniany kostur, który zapewne służył mu do walki z gałęziami i co większymi krzakami. Jedynie inteligentne spojrzenie, którym zlustrował Ravenisa świadczyło, że nie koniecznie musi być szaleńcem na jakiego w tej chwili wyglądał.

-Jestem już na to za stary- powiedział botanik zapaleniec, jakby chciał się usprawiedliwić.

-Tak, tak. Starość nie radość- powiedział Ravenis wciąż się uśmiechając

-Starość nie radość, ale młodość nie wieczność chłopcze- odparł starzec próbując się doprowadzić do wyglądu jaki przystoi jego wiekowi

-A ty chłopcze. Co robisz o tej porze w lesie? – zapytał , choć nie wyglądał na takiego, którego by to za bardzo obchodziło – Nie powinieneś odpoczywać po nocnych harcach, albo uganiać się za jakimiś dziewczętami-dodał z naciskiem na dziewczęta

-No właśnie –powiedział cicho Ravenis i spojrzał na listę-…może i powinienem, może i nie, ale wy dziadku nie powinniście się włóczyć nocą po lesie to niebezpieczne

-A kto mówi ze się włóczę -odparł dziadzio nieco urażony -zioła zbieram- dodał jednocześnie ukazując zawartość torby przewieszonej przez ramię

Ravenis już myślał jak może wykorzystać tą niespodziewaną znajomość, która nie ukrywajmy była mu bardzo na rękę, gdy bez żadnego słowa staruszek zaczął ładować się w krzaki po drugiej stronie drogi.

-Dziadku poczekajcie -powiedział wbiegając w nie za nim- Przecież możemy sobie jakoś pomóc, ja też muszę nazbierać trochę tych, no… ziół-mówił idąc, gdyż staruszek nie zamierzał na niego czekać

-A w czym ty mi możesz pomóc?- zapytał i popatrzył z pobłażaniem dziadek wciąż się nie zatrzymując -Wy młodzi nie znaleźlibyście źdźbła trawy na łące nawet jakby je wam pokazać.

-Jestem pewien, że się do czegoś przydam-odparł już pokorniej Ravenis, gdyż znał swój poziom wiedzy na temat ziół i innych chwastów

-Hmm..- dziadzio zdawał się chwilkę myśleć-pokaż no ta kartkę co miętosisz w ręce-rozkazał po czym dodał- I masz słuchać tego co mówię to się może czegoś nauczysz

Ravenis uśmiechnął się w ten głupi sposób, w jaki uśmiecha się ktoś kto w końcu znalazł kogoś tak naiwnego, że odwali za niego całą robotę i nie zapyta nawet o zapłatę.

Słońce było już wysoko i zdawało się powoli rozglądać za miejscem, gdzie może schować się dzisiaj i w końcu oszukać noc. Chciało wspiąć się jak najwyżej po nieboskłonie i znaleźć jak najlepszą kryjówkę. W końcu zabawa w chowanego to nie przelewki. Tego dnia nie było jedynym które czegoś szukało

-Achillea Millefolium, Taraxacum officinale, Juniperus……- czytał w myślach kartkę zastanawiając się czego im jeszcze brakuje

-…wy młodzi to w ogóle nie szanujecie natury- kazanie na temat dzisiejszej młodzieży, które staruszek kontynuował od kilku dobrych godzin, już nie tylko nudziło Ravenisa, ale powoli zaczynało go irytować. Starał się jednak uśmiechać, gdyż zbieranie tych ziół zajęłoby mu pewnie cały dzień, a tak dzięki pomocy staruszka koniec wydawał się bliski. Słuchanie tych bredni uważał zaś za cenę którą musi za to zapłacić zapłacić, teraz zastanawiał się czy aby nie jest ona zbyt wysoka.

-Weźmy na przykład wyprawy na potwory.- kontynuował dziadzio bez zająknięcia- Kto powiedział, że potwory są złe?

-?

-Nikt! Potwory nie gryzą. Tylko wy młodzi ubzduraliście sobie, że każdy z was może chwycić miecz, najlepiej zebrać się w liczną gromadę i jechać zabijać bogom ducha winne potwory. I to dlaczego?

-?-Ravenis wciąż udawał, że słucha

-Niby to w poszukiwaniu, sławy, wiecznej chwały i temu podobnych bredni , a tak naprawdę chodzi wam tylko o jedno i tylko niektórzy się przyznają, że jadą uwalniać dziewice. Sam byłem kiedyś chłopcem w twoim wieku – Ravenis szacował wiek staruszka na „starszy od węgla”

-Wtedy też chodziło mi tylko o jedno , ale ja mój drogi chłopcze plotłem dziewczętom piękne wianki i układałem im bukiety z różnorakich kwiatów.

-W to akurat jestem gotów uwierzyć- Ravenis myślał trochę za głośno

-Cos mówiłeś?

-Nie, nie . Proszę kontynuuj

-Hmm.. na czym to ja … aha. I muszę ci powiedzieć, że miałem spore powodzenie. W sumie dziwie się czemu los pozostawił mnie w starokawalerstwie. Może nie znalazłem tej jedynej…o Traxacum- powiedział schylając się po żółty kwiat

- Uff..- odetchnął z nieukrywaną ulgą Ravenis- więc został już tylko jałowiec?

-Nie tak szybko chłopcze- uśmiech dziadka pokazał wszystkie jego zęby, a w szczególności uwypuklił dość widoczne braki w ich liczbie -pamiętaj o naszej umowie.

-Eee…???

-Czyżbyś był aż tak głupi i myślałeś, że znalazłeś naiwniaka co odwali za ciebie robotę i nie zapyta o zapłatę, czy próbujesz mnie oszukać?- zapytał z miną nie tyle groźną ile pobłażliwą

-Cóż mogę dla ciebie zrobić?- powiedział to tak, że gdyby sarkazm był ostry to w tym momencie mógłby ciąć powietrze

-Po co te impertynencje? Może jest jedna rzecz…-uśmiech nie znikał z twarzy dziadka

-Mów- uprzejmość już nie była konieczna-nie mam całego dnia.

-Widzisz tę jaskinię? – wskazał na otwór w skale, który wyziewał z góry znajdującej się tuż kilkaset metrów od lasu. Dzieliła ich od niej jedynie dość płaska przestrzeń, na której rosło jedne samotne drzewo i kilka mizernych krzewów.

-Psilocibe semilanceata to rodzaj grzybów, który tam rośnie. Ja nie dam rady się tam wspiąć, za stare kości, a dla ciebie to betka- jakby na potwierdzenie swych słów znów pokazał jak ząb czasu nadgryzł jego własne zęby i ułożył je w kształt który mógłby uchodzić za uśmiech

-Tylko tyle? – Ravenis ocenił odległość i stromość urwiska i rzeczywiście zadanie zdawało się być łatwe, zbyt łatwe. Popatrzył na staruszka i stwierdził, że nie ma co szukać podstępu w prośbie ekscentrycznego poczciwca. Pomyślał też, że byłoby cudem, gdyby po tylu nocach włóczenia się po wilgotnych lasach, bagnach i moczarach nie miał reumatyzmu lub jeszcze jakichś innych gorszych chorób.

-Ile mam tego nazbierać? -sięgnął z ufnością po torbę, z ufnością, która za chwile miała się okazać zgubną

A ile zdołasz – uśmiech nie znikał z twarzy dziadka- Mój drogi chłopcze.

-No myślę, że tyle wystarczy –powiedział cicho z uczuciem ulgi, a jaskinia rezonowała jego szept

-Teraz jeszcze tylko znaleźć ten przeklęty jałowiec i mogę wracać- z monologu wyrwał go odgłos czyichś kroków. W zasadzie to co słyszał to nie były kroki, ale raczej człapanie, a to co człapało zdawało się zbliżać.

-Jednak udało się staruchowi wczłapać na górę- taka myśl przeszła mu przez głowę i zostałaby tam pewnie na długo, może nawet do końca życia, gdyby nie zorientował się że człapanie dobiega nie z wylotu lecz z wnętrza jaskini. Zaczął powoli biec potykając się w ciemności. Torba przewieszona przez ramię obijała się o wystające stalagmity, a krótki mieczyk, który nosił przy sobie znowu zaciął się w pochwie. Te kilka razy kiedy spojrzał za siebie tylko upewniały go w przekonaniu, że to co się zbliża to nic przyjemnego. Dwa czerwone punkciki zbliżały się może nie szybko, ale zbliżały się i to go niepokoiło. Do końca jaskini zostało jeszcze kilkaset metrów gdy całe jej wnętrze wypełnił przeraźliwy ryk. Odwrócił się po raz ostatni i to co zobaczył sprawiło, iż ostatnie sto metrów przebiegł szybciej niż wiedział, że może. Każdy zareagowałby tak samo na Mantikorę biegnącą w jego kierunku, bo choć nie był jasnowidzem to wiedział ze to nie wróży nic dobrego. Gdy wybiegał z jaskini bijąc swój życiowy rekord na sto jardów stracił grunt pod nogami i zaczął staczać się ze zbocza. Możliwe, że to właśnie uratowało mu życie, gdyż rozpędzona bestia wypadła tuż za nim i straciwszy grunt rozłożyła błoniaste skrzydła i zerwała się do lotu. Może nie była to największa Mantikora na jaką mógł trafić, ale nie zmieniało faktu, że był przerażony. Stworzenie wzleciało majestatycznie jakby chciało pokazać, kto tu jest myśliwym a kto ofiarą. Ravenis nie miał co do tego wątpliwości. Dlatego gdy mniej lub bardziej z własnej woli dotarł do podnóża góry zaczął biec w stronę lasu. Gdy zbliżył się do samotnego dębu zauważył starca opartego o drzewo i …nie mógł w pierwszej chwili uwierzyć… śpiącego. No tak pomyślał mogłem się tego spodziewać. Spojrzał w stronę lasu, kątem oka wciąż obserwując szybującą Mantikorę.

-Nie zdążę- pomyślał- pozatym nie mogę zostawić tu tego starego durnia- chociaż ta opcja wydawała mu się kusząca. Samotne drzewo, przy którym spal botanik, podsunęło mu pewien pomysł. Gdy Mantikora zatoczyła koło i zaczęła lecieć w jego kierunku, on zaczął biec w stronę drzewa. Odwrócił się na chwile by ocenić sytuację i w tej samej chwili pożałował swego pomysłu, gdyż potwor zbliżał się w zatrważającym tempie.

-Teraz już i tak nic nie wskóram- myślał biegnąc co sił w nogach i wiedział, że jeśli zdąży, to już nigdy nie będzie wątpił w swą szczęśliwą gwiazdę. Wbiegając pod koronę dębu już niemal czul jej oddech na karku wtedy padł nagle i przeturlał się zwinnie do tylu, tak, że potwór chcący go chwycić znalazł się tuż nad nim. Wtedy obiema nogami z całych sił kopną w brzuch bestii. Zdezorientowane stworzenie próbowało zerwać się do lotu, jednak uderzyło w gałęzie i padło bez ruchu na trawę. Ravenis w ostatniej chwili przeturlał się unikając przygniecenia. Ciężko dyszał, ale wiedział, że bestia wciąż żyje i że musi skończyć to co zaczął. Spokojnie już teraz wyciągnął swój miecz by zadać cios poczwarze i zrobiłby to zapewne, gdyby nie silne uderzenie z tyłu w kolano które kazało mu kucnąć i ostry ból w ręce, który kazał mu puścić miecz.

-To jest to o czym mówiłem -rozległ się glos, którego nie można było pomylić z żadnym innym- człowiek się na chwile zdrzemnie i już się zaczyna zabijanie potworów. Za moich czasów…

Adrenalina powoli zaczęła opuszczać rozedrgane mięśnie i nie wiedział czy to co widzi dzieje się naprawdę.

-Czy ty mnie ugryzłeś?- zapytał

-Wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków mój drogi chłopcze- odparł dziadek przybierając pozę zafrasowanego mędrca- gdyby nie to, to zabiłbyś to maleństwo, a przecież to jeszcze dziecko-wskazał na leżącą Mantikorę

- Może się mylę, ale to dziecko właśnie próbowało mnie zjeść -mówił dysząc-, a jeśli miałoby pecha, pewnie ciebie zjadłoby na deser

-Pewnie chciała się tylko pobawić- powiedział oglądając złamane skrzydło bestii- a teraz minie miesiąc zanim znów będzie latać.

-Bredzisz starcze- odezwał się w nim glos rozsądku- gdy tylko się ocknie znów spróbuje rozerwać nas na strzępy

-Myślę, że powinieneś już iść. Puszek nie lubi jak się o nim mówi w ten sposób. Jałowiec znajdziesz przy strumyku, wśród sosen, tuż na skraju lasu.

Dochodził już do miasta, gdy słonce schowało się za horyzontem. Patrząc na zachód mógłby przysiąc, że słońce posiedzi tam bardzo długo -nawet całą noc. I tak jak wychodząc o świcie był pewien, że słońce wstanie, to w tej chwili nie był pewien niczego. Czy to on oszalał czy szalony był ten starzec…Jak to jest z tymi potworami…I do czego Aleanarii potrzebny jest ten przeklęty jałowiec …Zastanawiał się nad tym jeszcze chwilę, ale gdy zobaczył święcący nadzwyczaj jasno sierp księżyca inna myśl zajęła jego umysł. Zastanawiał się czy dziś ten księżyc znów będzie tonął i jednocześnie odbijał się w jej oczach. Aby być zupełnie szczerym i precyzyjnym to tak naprawdę tak jak to chłopcy w tym wieku myślał o tym, czy dziś on będzie się tylko odbijał, czy utonie w bezkresnej zieloności jej oczu….

Zapach ziół, perfum i wiśniowej nalewki, którą tak lubił były nagrodą samą w sobie, a jej obecność zdawała się już zbytkiem łaski, na który nie zasłużył. Była taka czuła kiedy opatrywała mu dłoń i gdy zdawała się chłonąć każde słowo, które opowiadał. Gdy skończył czar szybko prysł.

-Mantikora powiadasz, gdyby ropuchy miały zęby to powiedziałabym, ze ugryzła cię jedna z nich i to w dodatku stara

- W sumie nie mylisz się za bardzo- uśmiechnął się w duchu do swoich myśli

-Potwory nie gryzą. Ciekawa teoria- stwierdziła siadając obok niego na łóżku- tak jak twoja historia zupełnie oderwana od rzeczywistości, ale ciekawa. Dobrze, że przyniosłeś jałowiec. Będzie z niego pyszna jałowcówka.- wyraz jego twarzy, bezcenny

- A ty co sądzisz? Potwory gryzą?

- Nie wiem nic o potworach, ale ludzie mogą być strasznie zgryźliwi- odpowiedział obejmując ją i przytulając do siebie

-Chyba zrzędliwi?- poprawiła go

-To też- uśmiechnął się wiedząc dobrze o czym mówi

-Nie znasz mego profesora od botaniki i wszelakiej roślinności niezwykłej oraz jego kazań o dzisiejszej młodzieży – powiedziała zaczynając rozpinać jego koszule

- Mam dziwne wrażenie ze potrafiłbym go sobie wyobrazić- odparł gdy razem padli na lóżko

- Któregoś razu na wykładzie…-już jej nie słuchał. Zaczął powoli tonąć. Tonąć bez możliwości wypłynięcia na powierzchnię ale i bez obawy przed tym co czeka na dnie. Na dnie tych zielonych oczu. Pierwszy raz miał szczere pragnienie, aby słońce nigdy nie dało się znaleźć, aby noc szukała je wiecznie.

Pocałował ją delikatnie w szyję , a potem czule ugryzł w uszko.

-Ty potworze-wyszeptała i zaczęli tonąć razem

Maj 22nd, 2008 przez moleq

[30 LUTEGO 1725 ROKU ERY ODKRYĆ][KONTYNENT DRUGI Z TRZECH - SHATARA]

Szybciej – krzyczał mózg. – Jeżeli cię dopadną, czeka cię ciężki los!

Zwolnij – błagały nogi. – Za chwilę padniesz ze zmęczenia!

Siedemnastoletni Keithel Night biegł przed siebie, przemierzając Ciernisty Las. Musiał uciekać i zostawić za sobą przeszłość. Zrobił coś, za co nie było odkupienia. Mimo młodego wieku stał się grzesznikiem, a na ludzi takich jak on polowali Łowcy.

Choć spotykał ich już od dłuższego czasu, nie miał pojęcia, kim właściwie są ani jakie przyświecają im cele. Wiedział tylko, że go szukali. Był jedynie zwierzyną, a oni upartymi myśliwymi, którzy nigdy się nie męczyli. Nigdy nie jedli ani nie spali. Tylko wciąż podążali za nim. A wszystko to po to, aby go złapać.

***

Chodź do mnie, chłopcze. Jesteś coraz bliżej.

Podążaj za głosem swojego przeznaczenia…

***

- MISTRZUUUU! – przeraźliwy krzyk rozszedł się po całym domu, docierając do ciasnego, oświetlonego lampą naftową pokoiku. Wśród rozłożonych na podłodze pomieszczenia ksiąg siedział drobny, brodaty staruszek ubrany w szarą szatę. Gdy wrzask dotarł do jego uszu, wyprostował się i zaczął czekać.

Wtem do pokoju wbiegła uśmiechnięta od ucha do ucha piegowata dziewczyna o długich rudych włosach, ubrana w zieloną sukienkę. Jej ciemne oczy błyszczały z podniecenia i przejęcia.

- UDAŁO MI SIĘ! UDAAAAAŁO SIĘ! – krzyczała uradowana.

Staruszek popatrzył na nią ze zdziwieniem.

- Udało się? Chyba żartujesz!

- A jednak! Udało się! Naprawdę się udało! – Rudowłosa położyła na biurku dużą ceramiczną donicę. Z nasypanej doń ziemi wystawał fioletowy liść, którego wyhodowanie przeciętnemu zielarzowi zajęłoby ponad ćwierć wieku. Ta oto piętnastoletnia dziewczyna zrobiła to w ciągu tygodnia.

***

Już od najmłodszych lat Melissa Leaf musiała nauczyć się samodzielności. Kiedy rodzice dziewczyny zostali zamordowani, jej dzieciństwo drastycznie dobiegło końca. Ponieważ sama nie miała najmniejszych szans na przeżycie w świecie zamieszkałym przez różnorakie stwory, znalazła pomoc u pewnego człowieka. Był on potężnym czarodziejem, Czołowym Magiem drugiego z trzech kontynentów – Shatary. Zaopiekował się on dziewczynką i pozwolił, by zamieszkała wraz z nim jako jego osobista asystentka i uczennica.

Zielarstwo, do którego Melissa poczuła powołanie, było odłamem magii zajmującym się zastosowaniem różnego rodzaju roślin oraz sporządzaniem magicznych napojów, co zahaczało o inną dziedzinę – eliksirologię.

***

- Niesamowite! – Staruszek z podziwem wpatrywał się w małą roślinkę. – Przecież zasadziłaś go siedem dni temu! Masz wrodzony talent, dziewucho, nie ma co…

- A więc… – zaczęła nieśmiało dziewczyna. – Skoro mi się udało… Czy da mi mistrz… No wie mistrz… Przecież była umowa, że je dostanę! Proszę, tak bardzo proszę!

Stary czarodziej uśmiechnął się dobrotliwie.

- Obietnic trzeba dotrzymywać. Powiedziałem, że dam, kiedy liść wieczności wykiełkuje, więc to zrobię… Choć nigdy bym nie przypuszczał, że uda ci się go wyhodować w jeden tydzień!

Z ust Melissy wyrwał się okrzyk radości i rzuciła się przytulić nauczyciela.

- Ej! Daj spokój! Bo mi kości połamiesz, babo nieznośna – zaśmiał się staruszek, próbując wyswobodzić się z jej uścisku. – Idę je przygotować. A ty… Skocz no do lasu pozbierać trochę muchomorów… Zrobimy sobie dziś na obiad trupią zupę!

Idąc Ciernistym Lasem, Melissa starała się zachować jak najciszej. Nie miała zamiaru przeżywać bliższego spotkania z mieszkającymi na drzewach Fobiami, które od zawsze wzbudzały w niej lęk.

Przez czerwoną kurteczkę i wiklinowy koszyczek przypominała nieco Czerwonego Kapturka, który zbierał muchomory, by podstępnie zamordować swoją starą babcię.

U boku dziewczyny dreptało stare, spasione zwierzątko czarodzieja, zwące się Opiekunem. Stworzenie to – mimo swojej „kotowatej” powłoki – było mieszaniną genetyczną kilku różnych istot, dysponującą gamą niezwykłych umiejętności bojowych, sporo wykraczających poza zdolności domowego kotka.

Opiekun nie został wysłany z Melissą bez przyczyny – był gotów jej bronić, gdyby w czasie wędrówki natrafiła na jakąś nieprzyjemną kreaturę.

W pewnym momencie – gdy dziewczyna schyliła się, by wsadzić do koszyka znalezionego grzyba z czerwonym kapeluszem – do jej uszu dobiegł szelest pobliskich krzaków. Wyprostowała się ostrożnie i cofnęła kilka kroków do tyłu.

Sierść Opiekuna momentalnie zesztywniała, a końcówki włosów napełniły się trucizną. Jego ogon uniósł się ku górze, gotów zaatakować. Tak, tak – zaatakować.

Wówczas krzaki rozstąpiły się, a Melissa ujrzała przed sobą wysokiego, trochę starszego od niej chłopca. Miał krótkie ciemne włosy i zaczerwienione zielone oczy, jakby od kilku tygodni nie zmrużył oka. Ubrany był w granatową bluzę z kapturem, a w ręku trzymał sztylet.

- Coś ty za jedna? – zapytał nieznajomy, na chwilę się zatrzymując. Ciężko dyszał, a jego twarz była zalana potem.

- Ja… Eee… Tego… – Zawstydzona dziewczyna nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa, bowiem rzadko zdarzało jej się rozmawiać z młodzieńcem w podobnym wieku. – Mieszkam tu niedaleko – wykrztusiła wreszcie. – Razem z mistrzem.

Chłopak uśmiechnął się lekko, a gdy spróbował wykonać krok, nogi całkowicie odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na ziemię i nie miał już siły wstać.

- Zostaw mnie tu. I tak mnie znajdą – szepnął i zamknął oczy. Zaczął czekać na to, co prędzej czy później miało nadejść.

- MISTRZU! – krzyknęła Melissa, gdy znalazła się przed malutką, niepozornie wyglądającą chatką swojego nauczyciela, mieszczącą się gdzieś pośrodku Ciernistego Lasu. Cały ten teren otoczony był magicznymi kolumnami, odstraszającymi dzikie bestie zbliżające się do posiadłości.

- MISTRZU! – zawołała po raz kolejny dziewczyna. W jej głosie można było usłyszeć nutkę przerażenia. Twarz młodej zielarki była czerwona z wysiłku – w końcu przez kilkaset metrów ciągnęła za sobą nieprzytomnego chłopca.

Gdy drzwi domku otworzyły się, staruszek wybiegł jej na pomoc.

- Co to za zwłoki mi tu sprowadzasz? Gdzie go znalazłaś? Żyje? – mistrz zasypywał Melissę pytaniami.

- Znalazłam go w lesie… Chyba żyje. – Zastanowiła się jeszcze chwilkę. – Mówił, że ktoś go szuka.

- No dobra… Wezmę go do domu. A ty przygotuj szybko kilka płatków rannego kwiecia. To pomoże złagodzić ból.

- Ból? – zapytała zlękniona dziewczyna.

- Niewykluczone, że jest ranny. Bardzo ciężko ranny.

Melissa pobiegła na tyły domu, gdzie mieścił się „magazyn” – drewniana stodoła, w której przetrzymywali różnego rodzaju rośliny i zioła. Kiedy już zabrała to, po co przyszła, pędem udała się z powrotem w stronę chatki.

Serce dziewczyny biło mocniej. Wciąż zastanawiała się, kim był tajemniczy chłopak, którego znalazła w lesie. Czy dobrze zrobiła, sprowadzając go do mistrza? A co, jeśli ściągnie na nich kłopoty? Jej wątpliwości miały się za chwilę rozwiać.

Kiedy Melissa wróciła do domku, szybko odnalazła pokój, w którym stary czarodziej położył nieprzytomnego chłopca. Zastała swojego nauczyciela z przerażeniem na twarzy.

- Musimy się go pozbyć – wyszeptał, wskazując palcem prawe ramię nieznajomego. – Czym prędzej, tym lepiej.

Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegły oczy dziewczyny, była głęboka rana cięta, z której obficie sączyła się krew. Dopiero później zauważyła tatuaż przedstawiający pięcioramienną gwiazdę wpisaną w okrąg, odwróconą jednym wierzchołkiem ku dołowi. Pentagram czarny. Znak Szatana.

- Och! W takim razie… On jest…

- Grzesznikiem – dokończył czarodziej. – Został naznaczony przez Łowców. Pamiętasz, jak ci o nich opowiadałem?

Melissa głośno przełknęła ślinę.

- To sekta, która za główny cel wyznaczyła sobie stworzenie nowego, lepszego świata… Zajmują się odnajdywaniem grzeszników i odsyłaniem ich dusz do Piekieł… Przynajmniej, sami tak sądzą. Są niesamowicie potężni i teoretycznie niezniszczalni. Sam Wszechwładca Trzech Kontynentów, mimo wszelkich starań, nie był w stanie ich powstrzymać.

- A co my mamy z tym wszystkim wspólnego? – pytał dalej czarodziej.

- My… Zajmujemy się magią – wyszeptała dziewczyna. – Magia jest zakazana i tępiona przez Łowców! Jeżeli, poszukując tego chłopaka, odnajdą nas, my także zostaniemy przez nich zabici!

- Bo dla nich każdy, kto sprzeciwia się prawom ich boga, powinien zostać wyeliminowany! A wierz mi, Melisso, nie raz już z nimi walczyłem. Za każdym razem ledwo uchodziłem z życiem i ledwo udawało mi się uniknąć „naznaczenia”, dzięki któremu są w stanie bez problemów odszukiwać uciekinierów. Nie ma takiej magii, która przebije ich ciała. Nie da się ich podpalić ani utopić. Nie potrzebują odpoczynku ani jedzenia, by prawidłowo funkcjonować. Są niezniszczalni. A wiesz, dlaczego…?

Dziewczyna milczała. Czuła się winna, że pomogła człowiekowi, który wkrótce miał sprowadzić na nich kłopoty.

- CZY WIESZ, DLACZEGO NIE DA SIĘ ICH POKONAĆ?! – powtórzył z wściekłością czarodziej.

- Nie wiem – pisnęła cichutko Melissa.

- BO TO, DO CHOLERY, NIE SĄ LUDZIE!

I wówczas do uszu mistrza i jego uczennicy dotarł dźwięk, który wydawał się rozsadzać im głowy od środka. Dźwięk, który zwiastował tylko jedno.

- Nadchodzą – szepnął starzec. – Musimy zabezpieczyć dom! Już za późno na jakiekolwiek próby ucieczki. Zostaniemy zniszczeni i nikt nie będzie mógł nic na to poradzić.

Melissa podbiegła do stojącej na parapecie donicy i wsadziła do niej malutkie ziarenko, z którego natychmiast wyrosło zielone pnącze i zabarykadowało ostatnie już w domu okno.

- Zrobione, mistrzu – powiedziała dziewczyna, odnajdując swojego nauczyciela przy wejściu do chatki, kreślącego kredą jakieś znaki na drzwiach. – Co to takiego…?

- Chronione potężną magią – powiedział mag, wstając.

- Zaraz… – Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę. – Czy to czasami nie znaki runiczne? Takie same, jakimi zdobiony jest Ataren!

Nauczyciel skarcił ją wzrokiem, lecz powoli zbliżył się do wiszącej na ścianie gablotki, za szybą której wisiał wielki, zdobiony tysiącami symboli miecz. Krwawy Ataren – najpotężniejszy ze wszystkich Runicznych Mieczy, dający dzierżącemu go człowiekowi nieograniczoną siłę.

- Skoro sam mistrz mówił, że jest w nim ukryta tak wielka moc, dlaczego boi się mistrz go używać?

- Nie mogę go aktywować – odparł stary mag. – Miecz sam wybiera sobie posiadacza. Nie może być inaczej. Dostałem go na przechowanie. Do czasu, aż narodzi się następca jego prawowitego właściciela.

- Czemu mistrz chociaż nie spróbuje?! Przecież to może się udać!

- Nawet, gdybym potrafił go użyć, nie zrobiłbym tego. Ten miecz jest przeklęty.

- Przeklęty…?

- Został stworzony do zabijania i tylko do zabijania można go wykorzystać. Pochłonął już miliony istnień, z każdą ofiarą stając się coraz silniejszy… Sam jego widok napawa mnie trwogą.

Dziwny, przeszywający dźwięk wciąż dochodził z zewnątrz domu. Łowcy byli blisko i nikt nie miał pojęcia, jak się przed nimi chronić. Pozostawało tylko czekać, aż zdarzy się cud.

***

Osiemnastoletni Crossen Tokei biegł przez Ciernisty Las z ponadludzką prędkością.

W jego błękitnych oczach – ukrytych za szkłami okularów przeciwsłonecznych – widniał strach.

Jak mogłem być taki nieuważny! – myślał panicznie. – Znów go zgubiłem… Jeśli Łowcy odnajdą Night’a, będę miał poważne kłopoty. Chyba nie obejdzie się bez ingerencji w plany szefa… Tym razem nie będę miał wyboru. Jeżeli teraz zawiodę… ZGINĘ.

***

Mistrz wszedł do pokoju, w którym leżał wciąż nieprzytomny chłopak. Nad łóżkiem pochylała się Melissa, od czasu do czasu zmieniając opatrunki z leczniczych ziół i rannego kwiecia.

- Ciekawe, po co Łowcy ścigają tego dzieciaka. Nie wygląda na specjalnie groźnego… – ocenił staruszek, po czym wręczył swej uczennicy skórzaną sakiewkę. Przyklejona nań etykietka informowała: „Uwaga! Wersja kamikaze!”. – Zgodnie z umową, Melisso. Daję ci to teraz, aby nie było, że wielki Ureen Vesses z Shatary nie dotrzymał danego słowa.

Dziewczyna z uśmiechem przyjęła podarunek i wycałowała swojego mistrza. Dopiero po chwili zastanowienia stwierdziła, że niezwykle rzadko zdarzało jej się słyszeć imię nauczyciela.

- Mistrzu… – zaczęła nagle – Czy ty wierzysz w to, że uda się nam przeżyć…?

- Musiałby się zdarzyć prawdziwy cud. Nie możemy jednak tracić nadziei, bo tylko to nam teraz zostało. Obiecuję jednak, że będę cię bronił do ostatniej kropli krwi. Dopóki żyję, nie pozwolę, by stała ci się jakakolwiek krzywda.

W tym właśnie momencie leżący na łóżku chłopak poderwał się do pozycji siedzącej i tępo rozejrzał po pomieszczeniu.

- Gdzie… Gdzie ja… Jestem? – zapytał, powoli dochodząc do świadomości. – Co to za miejsce…?

- Nie powinno cię to teraz interesować – rzekł mistrz, podchodząc do łóżka.

- A wy? Kim jesteście? Nie wyglądacie mi na Łowców…

- Ta dziewczyna – zaczął wyjaśniać staruszek, wskazując kciukiem Melissę – znalazła cię w lesie i sprowadziła do mojego domu. Chcąc ratować twoje życie, sami naraziliśmy własne. Teraz powiedz nam, jak możemy powstrzymać Łowców.

- Nie prosiłem o ratunek… – jęknął chłopak. – Wszyscy zginiemy.

Nastąpiła cisza, którą zakłócał jedynie dziwny dźwięk dochodzący z zewnątrz chatki.

- Uciekam od nich już od jakichś ośmiu lat, ale ani razu nie odważyłem się nawet, by z nimi walczyć.

Melissa i mistrz Ureen wymienili zdziwione spojrzenia, powoli analizując każde słowo wydobywające się z ust nieznajomego.

- Osiem lat… – powtórzył powoli stary mag. – Nie! Przecież to niemożliwe! Normalny człowiek…

- Zacznijmy od tego – przerwał mu chłopak – że raczej nie jestem „normalnym człowiekiem”. Nazywam się Keithel Night i od najmłodszych lat jestem poszukiwany listem gończym na wszystkich trzech kontynentach…

Ureen Vesses dobrze wiedział, kim był Keithel Night. Słyszał o nim. Media nazywały go „Bestią z Karien”. Zresztą, nie bez powodu – jego czyny sprawiały, że bezsprzecznie zasługiwał na ten przydomek.

Potężna siła uderzyła w drzwi, próbując przełamać magię Czołowego Maga Shatary.

- Nie wytrzymają zbyt długo – stwierdził staruszek i zwrócił się do Keithela. – Opowiadaj! O wszystkim! Muszę wiedzieć więcej!

***

Wszystko zaczęło się jakieś jedenaście lat wcześniej, późną jesienią, podczas Święta Spadających Liści, gdy do miasteczka Karien zawitał bezwzględny zabójca.

To, co się tam wówczas rozegrało, zostało uznane za jeden z najbardziej brutalnych masowych mordów w historii ludzkości.

Tajemniczy przybysz wydawał się nie być zwykłym człowiekiem, lecz bestią, pozbawioną uczuć maszyną do zabijania. Łzy i błagania nic nie pomogły – morderca nie okazywał litości. Bez względu na wiek i płeć.

A kiedy już wszyscy nieszczęśnicy ponieśli śmierć, zamknął ich dusze w metalowej szkatułce i odszedł równie szybko, jak się pojawił.

Jakiś czas później, stary mag Eathiel odnalazł pięcioletniego Keithela, leżącego w kałuży zakrzepłej krwi swoich rodziców. Chłopiec także już nie żył; przynajmniej teoretycznie. Mimo ran i upływu krwi, jego dusza rozpaczliwie trzymała się ciała. To była jednak kwestia kilku godzin.

Czarodziej wiedział, że jest szansa na uratowanie chłopca. Od dłuższego czasu pracował bowiem nad pewnym „wynalazkiem”, który – udoskonalony do końca – mógł całkowicie zrewolucjonizować świat. To, co pragnął stworzyć, postawiłoby człowieka na równi z Bogiem.

Mag zajmował się badaniami nad nieśmiertelnością, a prototyp jego wynalazku nazwanego „Kryształowym Sercem” mógł przynieść mu wielkie uznanie na wszystkich trzech kontynentach. Właściwie, to liczył na usunięcie Ureena Vesses’a z funkcji Czołowego Maga Shatary, gdyż sam od jakiegoś czasu czaił się na to stanowisko.

Stary czarodziej miał jednak zbyt miękkie serce, by patrzeć na śmierć niewinnego dziecka i z tego właśnie powodu oddał chłopcu Kryształowe Serce, tym samym czyniąc z niego jedynego nieśmiertelnego człowieka na Ziemi.

Niestety, nie wszystko poszło doskonale. Po jakimś czasie okazało się, że Serce nie jest niezawodne – do jego działania potrzebne było „paliwo” w postaci ludzkiej energii życiowej.

Keithel wiedział, że jeżeli sam nie stanie się mordercą, Kryształowe Serce przestanie pracować. Nie wahał się jednak ani przez chwilę – nie miał zamiaru zabijać. Był świadomy, że wkrótce zginie.

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Eathiel zachorował. Umierał i nic nie mogło temu zaradzić. W ostatnich chwilach swojego życia, stary czarodziej doświadczył wizji i – wraz z ostatnim tchnieniem – wyjawił Keithelowi imię człowieka, który zamordował jego rodziców.

I wtedy chłopak postanowił zrobić wszystko, aby odnaleźć mordercę. Wszystko, choćby nawet sam musiał zabijać. Nawet, jeśli miałby być nazywany przez ludzi bestią i demonem. Postanowił zemścić się, nie zważając na resztę świata.

Znalazł sobie nowego mistrza. Wciąż doskonalił się, uczył sztuk walki oraz posługiwania się mieczem. Aż wreszcie wyruszył w podróż. Wędrował bez chwili wytchnienia, z każdą ofiarą coraz bardziej upodabniając się do tajemniczego przybysza, który pewnego dnia zawitał do Karien. Przy życiu trzymała go tylko pewność, że człowiek ten wciąż żyje. Był pewien, że odnajdzie go i zabije, choćby to miała być ostatnia rzecz w jego życiu.

Wkrótce jednak pojawili się Łowcy. Pragnąc całkowicie oczyścić świat z grzeszników, za główny cel przyjęli sobie złapanie Keithela Night’a.

Początkowo chłopak nie miał większych trudności z wymykaniem się przeciwnikom, ale wszystko uległo zmianie, gdy został naznaczony. Dzięki magicznej pieczęci – którą umieścili na jego ramieniu – mogli wytropić go, dokądkolwiek by się udał.

Tak właśnie zaczęła się ucieczka, w której nie było czasu na odpoczynek.

***

Gdy Keithel Night zakończył opowiadać historię swojego życia, nastąpiła cisza. Melissa i mistrz Ureen wpatrywali się z trwogą na stojącego przed nimi chłopaka. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć.

Nagle rozległ się potężny huk. Już tylko sekundy dzieliły wroga od przełamanie magii starego czarodzieja.

- Melisso… – odezwał się wreszcie mistrz. – Możliwe, że uda nam się przeżyć… Mamy na to niewielką szansę, ale jednak jakaś jest. Ty – zwrócił się do Keithela – wpakowałeś nas w te tarapaty, więc nas teraz z nich wyciągniesz.

- Mówiłem już, że…

- Zamknij się i słuchaj uważnie – przerwał mu Ureen. – Przed wieloma laty miejsce miała straszliwa wojna, w której wykorzystano najpotężniejszą broń, jaką kiedykolwiek widział świat.

- Krwawy Ataren… – szepnął chłopak, przypominając sobie słyszane w dzieciństwie opowieści.

Staruszek skinął tylko głową i kontynuował:

- Kiedy bitwa dobiegła końca, właściciel miecza zginął. Wówczas Ataren trafił pod moją opiekę, gdzie miał pozostać do czasu, aż narodzi się następca jego prawowitego posiadacza i przybędzie tu, by odzyskać swoją własność… Myślę, Keithelu Night, że nie trafiłeś tu bez przyczyny. To przeznaczenie sprowadziło cię do mojego domu!

W tym właśnie momencie drzwi chatki eksplodowały. Łowcy wtargnęli do środka.

- Ofiaruję ci Krwawego Atarena – mówił dalej Ureen – a ty wykorzystasz go, by uratować nas wszystkich. Najpierw jednak musisz mi coś obiecać. Gdyby coś mi się stało… Gdybym zginął… Zabierzesz stąd moją uczennicę i będziesz jej strzegł, choćby od tego miało zależeć twoje życie.

Keithel skinął głową. Nie wahał się ani przez chwilę.

- Niech tak będzie. Dziewczyna wyruszy wraz ze mną, a ja zapewnię jej najlepszą możliwą ochronę.

- Zawarliśmy umowę – powiedział Czołowy Mag Shatary. – Mam nadzieję, że dotrzymasz danego mi słowa. Teraz jednak nie mamy już więcej czasu. Melisso, zaprowadź go do miecza.

Młoda zielarka skinęła głową i już miała odejść, lecz coś ją powstrzymało.

- Mistrzu… A ty? Co będzie z tobą?

- Ja powstrzymam Łowców, jak długo tylko będzie się dało.

- Ale przecież… Nie dasz im rady….

- IDŹCIE JUŻ – warknął ostro staruszek. – Robię to, co do mnie należy. Chronię swoje dziecko.

Mistrz przygotował swoją różdżkę i ruszył na spotkanie z nieprzyjaciółmi.

Było ich trzech; każdy ubrany w biały garnitur – „służbowy strój” Łowców – i trzymający w ręku olbrzymią kosę. W skład grupy wchodziła niewiarygodnie wysoka kobieta o bladej cerze i długich, sięgających do pasa ciemnych włosach oraz dwaj identyczni mężczyźni – najprawdopodobniej bracia bliźniacy – o krótkich jasnych włosach i piwnych oczach.

- Nie przyszliśmy po ciebie, starcze! Jesteśmy tu z powodu Keithela Night’a – oznajmiła Łowczyni, od razu przechodząc do sedna sprawy. – Wiemy, że ukrywa się w tym domu. Wydaj go nam, a odejdziemy, nie czyniąc nikomu krzywdy.

Mistrz nic się nie odezwał. Wyciągnął przed siebie różdżkę, celując w przeciwników.

- Chcesz walki? – zapytali chórem bracia-ksero. – Jesteś tego pewien?

- Zaczekajcie! – powstrzymała ich kobieta, mierząc wzrokiem stojącego przed sobą człowieka. – Czy to nie czasami Ureen Vesses? No tak, no tak… Jakże raduje się moje serce! Dziś przed sądem naszego pana staną dwie grzeszne dusze! Ureenie Vesses, skazuję cię na wieczne cierpienia w otchłaniach Piekieł! – Zaśmiała się szaleńczo i wykonała zamach kosą. Krew trysnęła na wszystkie strony.

Jednakże nie była to krew Czołowego Maga Shatary. Minęło kilka sekund, nim Łowcy spostrzegli, że na podłodze – zamiast staruszka – leżał spasiony kot, który własnym ciałem uchronił swojego właściciela.

Mistrz Ureen odskoczył zwinnie do tyłu i wyszeptał potrzebne zaklęcie.

Łowczyni przekoziołkowała w powietrzu i uderzyła o ścianę. Normalny człowiek nie przeżyłby tego ataku, lecz ona się do takich nie zaliczała.

- Teraz to mnie zdenerwowałeś, dziadku. – Kobieta podniosła się z podłogi. – Panie mój, stwórco wszechrzeczy! Daj mi cząstkę swej mocy, bym mogła ukarać tego grzesznika!

Keithel odebrał od Melissy Krwawego Atarena, ostrożnie chwytając za pokrytą znakami runicznymi rękojeść miecza.

- Robi wrażenie – mruknął chłopak, oglądając broń. – Tylko jakoś nie potrafię wyczuć tej jego „wielkiej mocy”…

- Keithel… – zaczęła nieśmiało młoda zielarka. – Nie pozwól im skrzywdzić mojego mistrza, dobrze?

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spełnić twoją prośbę.

Wtedy rozległ się donośny huk.

Keithel i Melissa wymienili przerażone spojrzenia. Żadne z nich nie było w stanie się poruszyć. Bali się tego, co mieli wkrótce ujrzeć.

- Chodźmy – szepnęła dziewczyna.

I poszli, by stawić czoła wrogom.

- MISTRZU! – krzyknęła Melissa, rzucając się w kierunku rannego nauczyciela. – Mistrzu… Błagam, nie umieraj! Nie możesz teraz umrzeć!

Leżący w kałuży krwi staruszek spojrzał na nią pustym wzrokiem.

- To wszystko moja wina! – szepnęła dziewczyna łamiącym się głosem. – Nie chciałam, żeby to wszystko tak się skończyło! Mistrzu… Proszę, zostań ze mną!

Tuż obok szlochającej Melissy, na wprost dzierżącego legendarny miecz Keithela Night’a stanął trzyosobowy oddział Łowców.

- Witaj, chłopcze – rzekła blada kobieta. – Wreszcie się spotykamy. Szkoda tylko, że za chwilę będę musiała cię zabić.

- Nie działajmy pochopnie – odezwali chórem mężczyźni wyglądający na braci bliźniaków. – Znalazł się w posiadaniu Krwawego Atarena. Może pozabijać nas wszystkich!

Niewiele myśląc, Keithel rzucił się w kierunku przeciwników.

Łowcy złapali się za ręce i odmówili krótką modlitwę ochronną.

Keithel odbił się od wytworzonego wokół przeciwników pola siłowego, przeleciał przez pokój, uderzył głową o ścianę i osunął się na podłogę, pół metra od mistrza Ureena.

- Hej… – szepnął czarodziej, ostatkiem sił odwracając głowę w kierunku młodzieńca. – Weź resztki mojego życia i zniszcz ich…

Keithel wiedział, jak wygląda sytuacja i nie dał się więcej namawiać. Chwycił staruszka za twarz i przymknął oczy, rozpoczynając proces pochłaniania energii. Ciało mężczyzny z wolna rozsypało się w proch.

- Regeneruje się! – warknęła kobieta. – ZABIJCIE GO! TERAZ!

Mężczyźni wyciągnęli przed siebie kosy i skoczyli w kierunku Keithela.

Chłopak, bez wystarczającej ilości energii życiowej, nie miał najmniejszych szans przeżyć atak. Zamknął oczy i czekał na śmierć.

Jednakże nic się nie wydarzyło. Mijały sekundy, a on nadal żył.

Keithel rozejrzał się i ze zdumieniem odkrył, że wszyscy Łowcy zastygli w bezruchu, jakby zatrzymani przy użyciu magii. Wyjątkowo potężnej magii, którą nie dysponował nawet Czołowy Mag Shatary.

- Ale jazda! – rozległ się głos stojącego na progu chatki chłopaka. – Zdążyłem w ostatniej chwili!

Miał może osiemnaście lat; krótkie siwe włosy i błękitne oczy, ukryte za szkłami okularów przeciwsłonecznych. Ubrany był w białą koszulę z długim rękawem i czarne spodnie sztruksowe.

- Nazywam się Crossen Tokei. Jestem zegarmistrzem – wyjaśnił, uśmiechając się promiennie, po czym uniósł w górę podpięty do szlufki spodni kieszonkowy zegarek.

Melissa zamarła. Słyszała kiedyś o zegarmistrzach i ich zdolnościach. Podobno zajmowali się manipulacją czasoprzestrzeni, a powodowane przez nich zaburzenia rzeczywistości stanowili wielkie zagrożenie dla całego wszechświata.

- Czemu nam pomagasz? – zapytał nieufnie Keithel.

- Głupio by było, gdybyś teraz zginął – odparł Crossen. – Mój pan ma co do ciebie wielkie plany… Dlatego musisz żyć. Przynajmniej na razie. Macie pięć dni na ucieczkę. – Odwrócił się na pięcie w stronę wyjścia i odszedł.

Keithel i Melissa bez słowa przygotowali niezbędny ekwipunek i opuścili dom starego maga, by ruszyć w stronę najbliższego miasta – Esardii.

Melissa wzięła ze sobą prowiant, latarkę, podręczną księgę zaklęć, kilka gatunków ziół leczniczych oraz sakiewkę, którą podarował jej mistrz na kilka minut przed śmiercią.

Keithel zabrał jedynie Krwawego Atarena, którego moc dalej pozostawała nieznana…

***

Wędrowali przez las już od kilku godzin, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Musieli czym prędzej znaleźć schronienie. Kiedy zajdzie słońce, zbudzą się złe moce.

- Mówiłeś – odezwała się niespodziewanie Melissa – że twoi rodzice zostali zamordowani…

- Prawda – przytaknął jej towarzysz.

- Moi także. Ja sama cudem uniknęłam śmierci. Więc… Chcesz odnaleźć tego człowieka, tak?

Chłopak skinął głową.

- A skąd wiesz, gdzie go szukać?

- Nie wiem. Ale znajdę go. Obiecałem sobie, że pomszczę śmierć moich rodziców i tak zrobię. Bez względu na wszystko.

Dziewczyna nie odezwała się. Nie miała pojęcia, co powiedzieć.

- Wciąż pamiętam tamten dzień – rzekł Keithel. – I ten śmiech, który do dziś prześladuje mnie w snach… – Chłopak zacisnął pięści. – Nienawidzę tego człowieka i z niecierpliwością wyczekuję dnia, w którym stanę z nim twarzą w twarz… A wtedy… Asel Slay zniknie z tego świata…

Melissa zatrzymała się. Na jej twarzy malowały się różne uczucia – strach, smutek, zdziwienie i wściekłość.

- Powiedz mi, Keithel… – zaczęła powoli młoda zielarka. – Wierzysz w to, że naszym życiem kieruje jakaś wyższa siła?

- Chodzi o „przeznaczenie”? Czemu pytasz?

- Mistrz Ureen chyba miał rację… Nie trafiłeś do naszego domu przez przypadek. Moi rodzice zostali zamordowani przez tę samą osobę. Los chciał, abyśmy połączyli nasze siły. Wiedz, że zrobię wszystko, by pomóc ci odnaleźć tego człowieka.

***

[1 MARCA 1725 ROKU ERY ODKRYĆ]

[GDZIEŚ]

Crossen Tokei wkroczył do wielkiego pomieszczenia i stanął na wprost gigantycznego posągu kozła o trzech rogach.

- Wybacz panie, byłem zmuszony ingerować… – powiedział zegarmistrz.

- Co z chłopakiem? – zapytał głos dochodzący ze wszystkich stron jednocześnie.

- Żyje.

- Doskonale. Pozostałe obiekty?

- Bez zmian – wciąż przebywają w ukryciu. Możemy się jednak spodziewać, że spróbują dotrzeć do Night’a.

- W takim razie – trzeba działać szybko. Gdzie on teraz jest?

- Wyruszył w podróż z pewną dziewczyną. Młodą zielarką, uczennicą Ureena Vesses’a z Shatary. Jeśli wierzyć słowom jasnowidza, chłopak złożył obietnicę, że się nią zaopiekuje. A człowiek taki jak on pokłada dane słowo ponad własne życie.

- Czyżbyś coś sugerował, Crossen…?

- Owszem, panie. Melissa Leaf jest jego jedyną słabością. Pójdzie za nią choćby do Piekła. A my możemy to wykorzystać.

- Wspaniale, Crossen. Wyślemy Hayato, on sprowadzi dziewczynę. A za nią, przybędzie tu Keithel Night… Wtedy zdobędę nieśmiertelność i… STANĘ SIĘ BOGIEM TEGO ŚWIATA!

Maj 5th, 2008 przez Svarum

Armia rozbiła obóz 5 km na wschód od Novercart, skąd Erben przybył pieszo przemierzając brukowaną drogę, którą wędrowali głównie kupcy. Gdy już znalazł się na kilometr od miasta wszedł do slumsów utworzonych przez uchodźców z północy. Slumsy nie utrudniały poruszania po drodze, bo straże miejskie pilnowały, by budowanych z drewna domów nie oddzielał od drogi pusty pas mniejszy niż 20 metrów, a same chaty nie były bliżej murów niż 50, co miało uniemożliwić ewentualnym najeźdźcom wspinanie się na mury po dachach chat.Gdy Erbenowi udało się przedostać przez bramy stolicy Królestwa Trenel ujrzał świat będący przeciwieństwem świata zza murów.
Pełen śmiechniętych twarzy, drzew, wystaw sklepowych, straży miejskiej dbającej o porządek w mieście znacznie bardziej niż 50 metrów za jego murami, ujrzał on również stojący naprzeciwko bramy, którą wszedł marmurowy posąg miłościwie panującego w Trenel króla Odfor IV, postawiony w tym miejscu przez wdzięczny lud Novercart, jak wynikało z tabliczki do niego przypiętej.
Erben wiedział, że nadszedł czas, wiedział, że musi zgodnie z zaleceniami znaleźć tutejszy oddział słynącego z rzetelności banku, która powodowała, że bank Gontad, zwany tak od imienia jego założyciela sprzed 200 lat był w świecie powszechnie szanowaną i uważaną za godną zaufania instytucją. Miał się w nim spotkać z Nallem Y’Woodem, pracownikiem obirejskiego pochodzenia, które pozwalało mu na przejście przez wiele lat prześladowań na obcej ziemi. Choć na morzu nienawiści do inności, jaką z pewnością był kontynent, to królestwo, w którym żył i pracował było wysepką tolerancji.
Wojownik ruszył w stronę rynku, gdzie swoją siedzibę miał bank, mijał po drodze wielu ludzi różnych nacji i wyznań. Gdy dotarł do Gontad wszedł przez ciężkie drewniane drzwi do środka i trafił do miejsca, w którym okna rozświetlały całe pomieszczenie, w któym panował duży ruch, tłum klientów obsługiwany przez nieco tylko mniejszy tłum pracowników banku stał rozproszony wokół okrągłego biurka pośrodku pokoju, za którym siedziała rozdzielająca zadania między pracowników banku recepcjonistka.
- Dzień Dobry pani, czy mogę porozmawiać z Nallem Y’Woodem?
-  Dzień Dobry, Nalle stoi w rogu, lecz jest zajęty obsługą klientów, mam mu coś przekazać?
- Nie, wolałbym sam z nim pomówić, nie wie pani kiedy kończy prace?
- Wieczorem powinien być wolny. – Uprzejmie odpowiedziała recepcjonistka, po czym zajęła się wysyłaniem kolejnych pracowników do kolejnych  klientów.
- Jeszcze nie skończyłem z panią rozmawiać – powiedział chwytając recepcjonistkę za ramię – Gdzie Nalle mieszka?
- Niech mnie pan puści – odpowiedziała zrzucając rękę gościa ze swojego ramienia – W czerwonym domu naprzeciwko banku – dorzuciła.
Erben odszedł od recepcjonistki, wyszedł drzwiami na ulicę i ruszył w kierunku znanej mu dobrze okolicznej karczmy, w której miał zamiar przeczekać czas do wieczora, a że było tylko nieco popołudniu, to zapowiadała się miła zabawa w towarzystwie podchmielonych pijaczków, którzy będą śpiewać o biuściastych dziwkach, a być może wyśpiewają jakąś zabawną historyjkę w stylu „Geronda pogromcy mrówek” – kocham Novercart – pomyślał.
Nadszedł zmierzch, więc Erben wyruszył do czerwonego domu, który tak jak powiedziała recepcjonistka stał naprzeciw banku. Erben zapukał kilka razy, po czym usłyszał kroki, skrzypienie drzwi, aż w końcu ujrzał twarz Obirejczyka, z którym miał zamiar się tu spotkać. Y’Wood był niski, chudy i z pewnością nie należał do ludzi zbytnio dbających o swój wygląd, co sugerowały przetłuszczone włosy długie paznokcie i poczucie beznadziei bijące od tego osobnika.
- Jestem Erben. – Zaczął.
- Witam mości panie, może wejdziecie? Akurat zrobiłem trochę herbaty.
- Z ochotą.
Wnętrze było gustowne, pełne starych mebli, co nie znaczyło, że były zniszczone, a były  nawet bardzo zadbane. Ściany były pomalowane na biało, a wszystkie pomieszczenia rozświetlały zamontowane na ścianach świeczniki. Nalle zaprowadził Erbena w pobliże kominka i poprosił, żeby usiadł, a sam poszedł po nalaną do srebrnej zastawy herbatę. Erben wypił łyk, po czym przeszedł do rzeczy.
- No, to może przejdźmy do interesów, co masz ciekawego?
- Mam trochę trucizn, mogą się tobie przydać, mam jedną taką, trzeba czekać długo, żeby zadziałała, ale powoduje potworny ból, pozatym nie ma na to antidotum, gdybym dla przykładu ja się dowiedział, że to coś jest we mnie popełniłbym samobójstwo, chociaż…wtedy byłoby smutno mojej mamie, tak samo tacie, musiałbym ich zabić, tak samo wujek i ciotka, to byłaby rzeź…
- Przykro mi. – Przerwał wywód Nalle’a, zanim ten mógł się rozkręcić tak, że musiałby na jego koniec czekać do świtu. Y’Wood z tego słynął. – Wracając do interesów, co jeszcze możesz mi zaproponować?
- Pomyślmy, hmm może chciałbyś noże do rzucania? Spójrz tylko – powidział Y’Wood podając Erbenowi skrzynie, w której znajdowały się sztylety – dobra, felańska robota.
- Taaak, wezmę to, masz może jakąś broń białą?
- Tak, tak, tak, mam coś, co powinno cię zainteresować. – Nalle wstał i ruszył w stronę półki z książkami, zrzucił z niej parę książek, wyjął zza nich parę sztyletów i wrócił na swoje miejsce. – Spójrz, to jest rarytas, zdobyłem to, kiedy moi strażnicy dopadli jednego z  zabójców Nobijskiej Pięści, piękna robota, stal najwyższej jakości…
- Rozumiem, biorę to i jeszcze daj mi linę zakończony trzema hakami, trochę materiału, żeby go wyciszyć i łom. – Erben przerwał zanim kupiec się rozkręcił na dobre w opisie posiadanej przez niego broni. Z tego też słynął. – To by było wszystko, zapisz to na rachunek szefa, przyjacielu.
- Oczywiście, pozdrów go ode mnie.
- Na pewno to zrobię. – Obaj wiedzieli, że tego nie zrobi.
Gdy wyszedł z domu pracownika banku wciąż była noc. Wiedział, że powinien się pośpieszyć z zadaniem, nie musiał robić rozpoznania celu, wszystko było podane w zleceniu, wiedział, że może wlać truciznę do butelki, stojącej w kuchni na dole, a baron, z pewnością zabaluje w najbliższym czasie i z niej skorzysta, możliwe, że jeszcze tej nocy zadzwoni, a służba przywiezie mu kolacje, wraz z butelką pełną wina, pozwalającego na barażkowanie w każdym wieku, również starcowi, jakim był baron.
Ruszył natychmiast w stronę domu barona, wiedział, że gdyby dłużej zwlekał, to któryś ze szpiegów barona mógł donieść, że go widział, a wtedy zadanie byłoby trudniejsze.
Gdy doszedł do dzielnicy arystokratów podszedł w okolice bram rezydencji barona, znajdujących się około stu metrów od budynku mieszkalnego. Był to nie byle dom, pełen przepychu, marmurowych rzeźb, pozłacanych poręczy, mebli, lamp, srebrnych sztućców, obrazów co znakomitszych malarzy Novercart.
Erben postanowił ruszyć w stronę, którą mu polecono w liście – stronę na lewo od bramy, przy rogu, gdzie trzy metrowy płot miał mniej strażników, jako że była to najdalej odsunięta od domu barona część rezydencji, więc jego przejście przez płot w tym miejscu powinno zostać niezauważone.
Zanim zabrał się za przechodzenie przez mur sprawdził liczbę patrolujących okolicę strażników – tych za murem. Było ich pięciu – jeden przy bramie, drugi, którego nominalną pozycją była naprzeciwko pierwszego przy bramie zrobił sobie przerwę podlewając moczem okoliczne drzewo. Kolejnych dwóch stało przy drzwiach domu, a ostatni nieco bezładnie poruszał się wokół domu, właśnie on przez zwykłą złośliwość losu zostanie usunięty poprzez użycie ostrzy nabytych u Obirejczyka, Erben nie zdecydował jeszcze jakich.
Gdy ostatni strażnik ominął narożnik, w którym po przejściu przez płot znajdzie się Erben zabójca ruszył – szybkimi ruchami pokonał płot i odległość dzielącą go od miejsca na lewo od domu barona, następnie wszedł na drzewo, wyczekując przyjścia przechadzającego się po ogrodzie strażnika numer pięć.
Zauważył go, trzymał pochodnię, z pasa obok lewego biodra zwisał mu krótki miecz, częściowo zakrywający kolczugę, którą ten miał nałożoną na ubranie, a na które z kolei opadały kosmki czarnych włosów, które przy gwałtowniejszych ruchach opadały mu delikatnie na młodzieńczą, okrągłą twarz, na której gdyby podszedł bliżej Erben dostrzegłby pozostałości trądziku.
Gdy młody strażnik przeszedł obok drzewa usłyszał cichy szelest wśród liści, a potem trawy, nie zdążył jednak się obrócić, gdyż został z morderczą precyzją trafiony nożem do rzucania, a mimo to nie zdążył upaść, bo postać ubrana w czarną kurtkę, która zadała jemu szybką i bezbolesną śmierć zdążyła go złapać nim ten upadł na ziemię. Po wrzuceniu trupa na drzewo Erben sprawdził dla pewności, czy tak jak mu napisano z tyłu domu nie było żadnych strażników – nie było. Tak jak został poinformowany – hrabia nie utrzymywał większej ilości strażników ze zwykłego skąpstwa, być może chłopak, który zginął żyłby nadal, gdyby hrabia nie utrzymywał swoich obecnych straży dla prestiżu.
W tych okolicznościach Erben zaczął wypełniać plan, choć nie miał nieograniczonego czasu, bo strażnicy z przody mogą zacząć się dziwić dlaczego „młody” tak długo siedzi z tyłu domu. Wziął więc linę, haki owinął materiałem i rzucił ją w górę. Pociągnął. Udało się, natychmiast zaczął wchodzić na dach, jednocześnie zwijając te część liny, którą zdążył już wykorzystać w czasie wspinaczki.
Gdy dostał się na płaski dach domu, rzucił linę, której „haczykowate zakończenie” zaczepiło się o dwa kominy stojące obok siebie. Teraz mu nie poozostało nic innego, jak wejść przez uprzednio otwarte łomem metalowe drzwiczki umiejscowione w ściance na brzegu budynku. Zszedł cicho schodami, które według wskazówek z listu prowadziły prosto do kuchni, było cicho, być może w okolicy było jakieś przyjęcie, na które stary baron został zaproszony.
Erben bez problemu znalazł na stole butelkę, do której nalał truciznę, po czym wszedł na dach. Strażnicy stali jak wcześniej, choć jeden z tych przy domu ruszył w stronę drzewa, na którym leżał trup, tak w pierwszej chwili pomyślał Erben, w następnej zobaczył, jak strażnik skręca tuż przy domu, nie mając szans na zauważenie trupa. Strażnik uznając, że młodzieniec wszedł do domu by zabawić się z jedną z pokojówek, z którą jak wiedzieli wszyscy w rezydencji miał romans. Strażnik niechcąc przeszkadzać młodemu wrócił na posterunek.
Dalej poszło jak z płatka zejście z dachu, przebiegnięcie jakichś 120 metrów i przejście przez płot nie zajęło Erbenowi więcej niż minutę.
Następnie mężczyzna w czarnej kurtce i z plecakiem na plecach ruszył do karczmy, by w gronie pijaczków siłujących się na rękę, bardów śpiewających, że „na rozstaju dróg ruda paskuda rozkłada swe uda” wyczekiwać nadejścia wieści o strasznej chorobie barona Wylcre i jego okropnej śmierci.