Kwiecień 30th, 2008 przez krytwa

- Gniew…gdyby nie on nie było by mnie teraz tutaj. Ale najwyraźniej jest mi to pisane, śmierć w niewoli i torturach nieumarłych. Chciałbym umrzeć od razu niż w Kardonskich torturach…ech…to gorsze od śmierci. Całe życie przelatuje mi przed oczami….

Parę miesięcy wcześniej…

Paladyni z Alorańskich świętych wysp wyruszają na pomoc kontynentowi, Fetiramie grozi niewola w mrocznych krainach nieumarłych zwanych także Kardonami. Wielu z tych świętych wojowników po raz pierwszy opuści nie skalane wyspy, niektórzy nie skończyli jeszcze 20 lat. Ale wreszcie, święci, całkowicie oddani honorowi i dobru wchodzą wraz ze swoimi walecznymi rumakami na pokłady statków transportowych. Czeka ich długa 2,5 tygodniowa podróż przez niepokonane przez nikogo z poza wyspy wody.
Arthis, młody paladyn właśnie wszedł na pokład „Temridy”, łodzi która poprowadzi go do portów z których wyruszy na…wojnę…wojnę?, a nie rzeź? Tak to będzie istna rzeź, przecież armie wszystkich ras żyjących w Fetiramie i tak nie dadzą rady wojską Kardońskim, ale i tak, ci wszyscy żołnierze stanął do walki za swoje miasto, swój kraj, a nawet za swój kontynent, spróbują dokonać nie możliwego. Czy im się to uda? Niewiadomo, nadzieja jeszcze jest…jeszcze…

Na statku…
- Kapitanie? Ile będzie trwała podróż – zapytał Arthis
- Około 2,5 tygodnia młody paladynie. A czemu pytasz ? – odpowiedział kapitan
- A tak sobie, z ciekawości.
- Czyżby? Widzę w twoich oczach wielki strach drogi Athisie. Póki co nie masz się czego obawiać a poza tym chronią nas bogowie.

Arthis nigdy nie mógł uwierzyć w bogów którzy chronią zakony palatyńskie nawet jak starał się w to uwierzyć to i tak nie mógł.

- Tak…bogowie. A, kapitanie mam jeszcze jedn…
- Kapitanie! Kapitanie! Morskie Hydry się zbliżają!!! Zaraz zaatakują całą naszą flotę!!! – Wrzeszczał jeden z paladynów przerywając w ten sposób Arthisowi.
- Ile ich jest na oko? – Zapytał kapitan
- Około 30!
- Boże, miej nas w opiece – powiedział sam do siebie kapitan wiedząc iż Morskie Hydry są potężnymi wrogami.
- Kapitanie!!! Trzy statki pirackie na horyzoncie!!! – Krzyknął majtek z lornetką.
- No to po nas. – Pomyślał kapitan – Zawiadomić inne statki, i do broni towarzysze!!! Arthisie, przydasz się na „Marionie” statku dowodzonym przez kapitana Shiza, masz dasz mu ten papier i przejmiesz dowodzenie. – Powiedział kapitan dając mu jakąś kartkę. – Uwaga!!! Podpływamy do „Mariony” gdzie jeden z paladynów przeskoczy na jej pokład. – Poinformował załogę kapitan, poczym podpłyną do „Mariony” – Skacz Arthisie skacz!!! – wrzasnął kapitan a Arthis jednym susłem przeskoczył z pokładu na pokład.

Gdy paladyn znalazł się na pokładzie statku „Temida” prędko zmieniła kurs w stronę hydr, a za nią dwa inne statki „Calvotus” i „Mesinder”. Reszta statków skierowała się na piratów.

- Kapitan Skiz ? – Zapytał Arthis człowieka stojącego przy sterach.
- Tak to ja. A o co chodzi – Odpowiedział.
- Przejmuje dowodzenie. – Oznajmił Arthis wręczając Shizowi papier.
- No dobrze, stery należą do ciebie mały.
- O nie, niech pan steruje a ja zajmę się resztą.
- Dobrze, jak sobie życzysz.
- Kurs na statki piratów, przy gotować się do abordażu!!!

„Mariona” popłynęła w stronę pirackich pokładów a za nią „Godrik” i „Roma”. Gdy dopłynęli na wystarczającą odległość….

- Działa!!! – Powiedział Arthis a działa statków wystrzeliły – Kusze i łuki!!! – wrzasnął a łucznicy i kusznicy

zaczęli strzelać. – Do abordażu!!! – wrzasnął a paladyni przystąpili do ataku.

Na statkach piratów rozpoczęła się zacięta walka, ludzie wypadali z pokładów wpadając do wody i pochwali w niej znikając. Gdy Arthis próbował przeskoczyć na piracki pokład „Mariona” gwałtownie skręciła a paladyn wylądował w wodzie. Podczas gdy płynął w stronę najbliższego statku coś mocno złapało go za nogę. Arthis w ostatniej chwili złapał powietrze poczym został wciągnięty pod wodę gdzie ujrzał… ośmiornicę ciągnącą go za nogę. Paladyn szybko wyjął swój rodzinny miecz który zapłoną pod wodą i gdy tylko zbliżył się do głowy potwora, wbił miecz pomiędzy troje oczu. Ośmiornica puściła Arthisa a ten od razu wypłynął na powierzchnię. Teraz już ludzie którzy wpadali do wody nie znikali w niej tylko powrotem wchodzili na statki po drabince. Arthis podpłyną do „Mariony” i wszedł na pusty pokład poczym udał się w stronę Skiza.
- Coś ty chciał zrobić!!!? Odpowiadaj gnido!!!
- J-j-ja? To n-n-niechcący p-p-przpraszam.
- Nie kłam!!! – Paladyn wyjął już ostrze (tym razem nie płonące) gdy usłyszał wrzask od jednego z majtków.
- „Temrida” zniszczona!!! Wojsko osłabione!!!

Gdy Arthis to usłyszał upuścił miecz i padł na kolana a wredny Skiz uciekł. Teraz oprócz paladyna nikogo nie było na statku. W pewnej chwili wojownika trawiła strzała prosto w pierś. Arthis padł na ziemię i stracił przytomność…
Paladyn obudził się na środku oceanu dryfując na rozpadającej się tratwie złożonej ze szczątków statku. Arthis był w samym ubraniu bez zbroji i miecza.

- G- g – gdzie ja jestem? Gdzie mój miecz? – Zaczął się rozglądać. – O tam jest! – krzyknął widząc miecz wbity w deskę dryfującą po oceanie tak samo jak on.

Wskoczył do wody podpłynął do deski z mieczem wyciągnął ostrze wpadając do wody. Gdy się z niej wynurzył szczątek statku już nie było, lecz zauważył kamień wystający z wody do którego podpłynął i usiadł na nim. Przymocował miecz do pasa za pomocą sznurka który znalazł przy mieczu. Arthis skulił się poczym zasnął zmęczony…

Sen…
Arthis niewiadomo skąd znalazł się w wodzie, próbował wypłynąć na powierzchnię lecz nie mógł, coś pchało go do przodu i zmusiło to płynięcia w przód. Paladyn mógł oddychać pod wodą co było bardzo dziwne i ciekawe. Nagle podpłynęła do niego jakaś istota, była to piękna kobieta o niebieskich włosach i oczach, lecz co najdziwniejsze była naga, ale…Arthis też był nagi, dopiero co to zauważył. Kobieta podpłynęła do niego przytuliła się i pocałowała w usta…
- Ej! Ty obudź się!

– Krzyczał jakiś człowiek z łodzi wyglądający na rybaka.

Gdy Arthis się ocknął od razu zauważył że to był tylko zwykły sen.

- O! Witam pana panie…rybaku, czy mógłby mnie pan zabrać ze sobą? Moją flotę zaatakowały Hydry i morscy piraci, chyba wszyscy zginęli oprócz mnie, mogę się z wami zabrać?
- Ano! Oczywiście że możesz, właź na pokład! – krzyknął rybak poczym rzucił paladynowi drabinkę.

Arthis wspiął się na statek i dopiero wtedy zauważył że rybak jest krasnoludem i wcale nie wygląda na rybaka. Krasnolud miał na plecach ciężki bojowy topór na ramionach kolczugę chyba wykonaną z brązu a na twarzy miał sięgającą do jego pasa brązową brodę.

- Gdzie płyniecie? – Zapytał Arthis
- Do portu w Mordok. – Odpowiedział krasnolud.

Gdy usłyszał to paladyn spostrzegł iż miasto Mordok leży 85 mil od Anderchari gdzie ma się rozpocząć wojna.

- A czy by nie można było zmienić trochę kursu? Na przykład na Andercharię?
- Nie! Nikt nie będzie rozkazywał kapitanowi Brownowi. Co Brown postanowił tego nie zmieni. Jeśli chcesz możesz płynąć tam w pław.
- Dobrze, dobrze nie złość się tak karzełku.
- Coś ty do mnie powiedział ?!
- Nie, nic nie powidziałem.
- Nie kłam!!! – Wrzasnął kapitan poczym wypchnął go za burtę.

Wyspa…
Paladyn spadł z wysokiego statku głęboko pod wodę waląc się przy tym o burtę statku i tracąc przytomność.
Gdy Arthis obudził się spostrzegł iż leży na piasku, gdy się rozbudził i doszedł do siebie rozejrzał się wokół…i już widział że znajduje się na jakieś wyspie gdzieś pośrodku oceanu. Słaby, cały poszarpany dźwignął się na nogi i poszedł w głąb wyspy. Lada chwila znalazł się w dżungli pomiędzy gęstymi roślinami, w oddali słyszał ryki dzikich zwierząt i śpiew ptaków. Gdy paladyn szedł sobie spokojnie w głąb dżungli, poczuł jakby jakieś ostrza wbijały mu się w plecy. Odwinął się szybko i ujrzał wściekłego lwa. Arthisowi krwawiły podrapane plecy a wściekła bestia patrzyła mu się prosto w oczy poczym rzuciła się na niego z dziką złością. Pierwszy atak lwa zakończył się sukcesem ponieważ paladyn po starciu ze zwierzem leżał na ziemi z podrapaną klatką piersiową. Zaś drugi atak bestii zakończył się nie powodzeniem, człowiek szybko uniknął starcia skoczył naprzeciwko przeciwnika i z wielkim gniewem spojrzał mu w oczy. A ten uciekł w głąb gęstej tropikalnej dżungli. Arthis schował miecz i ruszył kulejącym krokiem w głąb dzikiego terenu.

Jaskinia…
Nagle, paladyn ujrzał pomiędzy zaroślami jakąś dziurę, podszedł bliżej, pozbył się zarośli i ujrzał…kamienne wejście do jaskini pokryte licznymi runami których młody człowiek nie umiał rozczytać. Z ryzykiem wszedł do środka i ujrzał…ciemność, nie widział nawet własnego nosa a wiedząc że w mroku wszystko może go zaskoczyć wybiegł z jaskini urwał jakąś gałąść owiną ją wszystkim co mu w ręce wpadło, znalazł krzemienie i podpalił stworzoną pochodnię. Potem, ponownie wszedł do środka. Lecz gdy już się tam znalazł, pożałował tego ponieważ ujrzał coś strasznego. Był to kamienny loch a właściwie labirynt, wszędzie walały się szkielety i ciała martwych istot, a co najgorsze podłoga była zalana w…krwi. Niepewnym krokiem, Arthis szedł w głąb labiryntu w jednej ręce trzymając pochodnię a drugiej miecz. Nagle, paladyn usłyszał wściekły ryk a potem przeraźliwy wrzask i pisk. Człowiek chciał już uciekać ale poczuł coś dziwnego, jakiś przypływ energii i odwagi. Ruszył dalej, tym razem pewniej i odważniej nisz wcześniej. Po jakimś czasie przyzwyczaił się do wściekłych ryków przeraźliwych wrzasków i pisków. Po długiej i wyczerpującej wędrówce po niezbadanym i okropnym labiryncie Arthis napotkał na swej drodze wielkie wręcz ogromne żelazne wrota zakute w diamentowe łańcuchy do których ktoś się dobijał. Nagle wrota runęły na ziemię odrzucając paladyna na ścianę. Człowiek, z krwawiącą skronią dźwignął się na obolałe nogi i zobaczył wyłaniającą się z fali kurzu ogromną postać. W końcu mógł ją zobaczyć.
- O nie! To niemożliwe! – Krzyknął przerażony Arthis….

Kwiecień 24th, 2008 przez Corvan

PROLOG

- Wiesz po co tu jestem prawda? – Mroczna, zakapturzona postać zbliżyła się do starca i wyciągnęła dłoń – Oddaj Kamień Duszy. Nie zmuszaj mnie bym cię zabił starcze.
- Nie dasz rady wziąć tego kamienia, wiesz przecie stary druhu, że się nie poddam. Nawet jeśli zginę, nawet jeśli moje ciało pocznie gnić w najgorszych miejscach tego świata nie dopuszczę do tego byś zdobył ten Klejnot. – Mężczyzna w sile wieku kurczowo ściskał mały, złoty kryształ w kształcie sześciokąta. We wnętrzu tej błyskotki dostrzec można było wir, jakby wir wody albo potężny huragan.
- Nie dajesz mi wyboru przyjacielu – Po tych słowach mroczna postać wyciągnęła swój Klejnot, jednak w kolorze czarnym. Kształtem kamienie te niczym się nie różniły – wiedz jednak, że nigdy nie będę żałował tej decyzji.
Starszy człowiek odskoczył z niesamowitą zwinnością, ścisnął swój kamień mocno w ręce, zamknął oczy.
- Krzycz, Sa’Thar – Kamień pękł. Miliony okruszków poczęło wydobywać się z zaciśniętej ręki starca. Były niesamowite, koloru złotego i wszystkie zaczęły wirować wokół starszego człowieka.
- Dlaczego uwalniasz Demona Duszy? Wiesz przecie, nie masz szans. Prawdę mówiąc… nigdy nie miałeś. Nie mam racji Gra’Vis?
- Nie masz racji i mieć jej nie będziesz! Jesteś zakłamanym oszustem, zdrajcą. – W jednym momencie miliony fragmencików przyległy do ciała Gra’Visa. Błysk był bardzo potężny. Fala uderzeniowa przeszła z takim impetem, że strop jaskini ledwo co wytrzymał. Cały spektakl trwał tylko chwilę. Po kilku, nieco dłuższych chwilach tumany kurzu, pyłu oraz drobny gruz opadł i można było dostrzec starca. Nie był już jednak taki jak przedtem – Jego ciało pokrywała potężna, szara zbroja. Na napierśniku miał wyrytą czarną wieżę otoczoną piorunami. Naramienniki pokryte były całkiem sporymi kolcami. Spodnie były do kompletu ze zbroją, bardzo masywne tak jak buty. Na plecach miał przewieszony dwuręczny miecz. Miał bardzo szeroką, srebrnego koloru klingę, czarną rękojeść wysadzaną topazami.
- Bardzo ciekawego masz Demona Duszy Gra’Visie – Zakapturzony mężczyzna zbliżał się do starca pewnym krokiem. Nie wahał się ani chwili, był bardzo pewny siebie. – Sa’Thar – Opiekun Wież. Bardzo potężny demon, jeśli umie się go wykorzystać. Archaniołowie cię opuścili i dlatego kolaborujesz z mrocznymi bytami?
- Nie mów do mnie padalcu, nie zatrujesz mych uszu swoim jadem – Gra’Vis chwycił miecz w jedną rękę i wziął zamach – Jak za starych dobrych lat przyjacielu – Mroczny jednak szedł dalej, nie zważał na czyny swojego byłego kolegi.
- Będziesz cierpieć – Niszcz, Sa’Thar – po tych słowach starzec przeciął powietrze na równi z miejscem aktualnego pobytu zakapturzonej postaci. Potężna, srebrna fala energii leciała w pionie rozgrzewając po drodze powietrze do ekstremalnej temperatury. Mroczny zupełnie zignorował atak przeciwnika, wystawił tylko rękę. Eksplozja była straszliwa, część sufitu uległo całkowitemu zniszczeniu, wiele odłamków spadło na posadzkę.
- Tak kończysz stary druhu, mówiłem ci – nie dostaniesz mojego Kamienia Dusz – Gra’Vis opuścił miecz i patrzył na stertę gruzu i popiołu leżącą kilkanaście metrów przed nim.
- No właśnie bracie, tak kończysz – Mroczny wyciągnął mały nóż i wbił go prosto w nerkę starca. Gra’Visowi miecz wypadł z ręki lądując z ogromnym trzaskiem na ziemi.
- Jak to…jak ty przetrwałeś – starszy mężczyzna był niesamowicie zaskoczony, jego oczy wciąż drgały ze zdumienia, przerażenia i bólu.
- Gra’Vis, druhu, skup się na powolnym i bolesnym umieraniu… – Mroczny wziął zamach i przeciął plecy starcowi wzdłuż kręgosłupa. Gra’Vis zawył z bólu, twarz zakapturzonego została obryzgana krwią. Po chwili poderżnął mu gardło.
Ciało starego człowieka leżało bez życia na zimnej, brudnej posadzce w kałuży krwi. Jedna dłoń trupa spoczywała na klindze miecza, w drugiej uformował się kryształ.
- Wezmę to sobie, w końcu tobie się już nie przyda. Kolejny do kolekcji – Mroczny chwycił Kamień Duszy i z lekkością ruszył w stronę wyjścia. Podczas drogi powrotnej schował sztylet za togę, Klejnot do sakiewki.
- Wszyscy na nowo zapamiętają moje imię. Poznają mnie. Mnie! Eldigarda V.
Eldigard przekroczył próg jaskini i wszedł prosto w białą taflę śnieżycy.

Rozdział 1. „ Błyskotki Tunasa”

- Mamo! idę na dwór, słyszysz? – Młody, szesnastoletni chłopak ubrany w podartą, szarą koszulę, skórzane, dziurawe spodnie stał na środku przedsionka prowadzącego do biednej, wiejskiej chaty. Zwał się Alan.
- Wynoś się cholero z domu, nie chcę cię teraz widzieć! – Alan nienawidził swojej matki, ona jego także. Na nic w młodości nie miał czasu. Aktualnie ma czas na wszystko. Jest świadom swojego ubóstwa, świadom swojego pochodzenia. Nie oszukujmy się, jest bez przyszłości. Alan opuścił dom i udał się na pobliskie wzgórze. Lubił tam przesiadywać, trawa o tej porze jest zielona. Wszystko kwitnie, z domów unosił się smakowity zapach tradycyjnie pieczonego mięsiwa. Okolica także była niczego sobie. Jego dom znajdował się lekko na uboczu wśród złotych łanów żyta. Mieli bardzo duże pole, nikt jednak nie chciał się nim zajmować. Matka nie miała tyle siły by robić na roli, ojciec zaś uwielbiał pić – przesiadywał w karczmie „ Pod Skrzydlatym Kuflem” pijąc tanie trunki domowej roboty. Nie raz widział ojca w nocy jak po pijaku gdzieś w zaułkach „zajmował” się sąsiadkami. Ostatnio jedna z nich wytoczyła mu proces o to, że podobno zgwałcił jej czternastoletnią córkę. Alan wierzył w winę ojca. Nie zdziwiłby się gdyby zajął się Arielle – siostrą Alana.
- Alan! Co tam słychać przyjacielu? – Al obrócił się, starszy człowiek siedział na wozie. Był ubrany schludnie, aczkolwiek nie za bogato. Miał jednak trochę grosza na wydatki. Alan go znał, bardzo dobrze znał.
- Wujek Tunas! – Alan poderwał się i podbiegł do wozu – Co tutaj robisz?
- Widzisz, sprawy się komplikują, ludzie na południe stąd – w Barghamin – opuszczają swoje wioski. Podobno Garbemuci najeżdżają na każdą osadę – Tunas pogłaskał konia, który ciągnął wóz .
- Wujek raczy jak zawsze żartować. To jest tak spokojna okolica – Alan się uśmiechnął szeroko, po czym zajął miejsce koło Tunasa. – Jedziesz na rynek? – Tunas pokiwał głową twierdząco – Jadę z tobą!
Nie minęła godzina jak Al z wujkiem przekroczyli bramę gospody „Pod Skrzydlatym Kuflem”. W środku było dużo miejsca. Ściany pomalowane były na czerwono, wisiały na nich obrazy. Niektóre były naprawdę ładne. Dach był obity deskami tak jak podłoga. Alan z wujkiem podeszli do baru. Za ladą stał szynkarz Grabsit – straszny człowiek. Podobno kiedyś po pijaku – gdy jeszcze był rzeźnikiem – pomylił woła z człowiekiem. Plotka głosi, że zarżnął własnego brata, ale to tylko plotka. Miał on grubą twarz przedartą blizną. W ogóle był gruby, ale respekt budził.
- Czego panowie sobie życzą? – Sztuczny uśmiech na twarzy barmana był aż nadto widoczny.
Alan chciał już powiedzieć, ale Tunas wszedł mu w zdanie.
- Dwa duże Kadzidła Rozpaczy, jedną pieczeń z dzika – Tunas popatrzył w sufit po czym zapytał – a ty, Alan, zjesz coś? – Alan pokręcił głową.
Szynkarz dziwnie popatrzył na Alana. Al nie był jeszcze pełnoletni. Dopiero gdy zaliczy tą ostatnią wiosnę ( 17 rok życia) to będzie mógł odejść z domu…będzie dorosły.
- Ten stolik jest dobry! – Tunas wskazał na dwuosobowy stolik w kącie. Oboje usiedli. Alan powoli sączył swoje piwo – drugie w życiu. Brakowało mu tylko kobiety. Tunas w spokoju jadł dziczyznę, popijając niezgorszym piwem.
- Mało soli dają. Przydałoby się trochę! – Alan się uśmiechnął. Nagle poczuł, że ktoś go szarpie. Mimo woli pofrunął na stolik obok zmieniając go w świetny opał. Alan był obolały, nic nie widział. Nagle poczuł, że ktoś kopie go prosto w brzuch, myślał że zwymiotuje.
Tunas to zauważył, jak cała karczma. Wielu ludzi przyglądało się jak starszy mężczyzna znęca się nad dzieciakiem.
- Ty zasmarkany alkoholiku, ty śmieciu – Wielkiej postury mężczyzna wrzeszczał na Alana, co chwila częstując go nowym kopniakiem – Mój syn nie będzie się włóczył po knajpach, szczególnie w obecności tego dziwaka! – Mówiąc te słowa wskazywał na Tunasa.
- Zostaw chłopca i wyjdź – Tunas był zupełnie opanowany – jeśli mnie nie posłuchasz to stanie ci się coś złego.
- Ty mi grozisz kurduplu? Grozisz? Już ja cię nauczę pokory – Barczysty mężczyzna rzucił się na Tunasa, ten jednak bez problemu odsunął się i sięgnął za pazuchę.
- Ja cię nauczę dobrych manier wsioku – Tunas wyciągnął mały, niebieski kryształ – to za te wszystkie lata, które zabrałeś Alanowi – Otwórz oczy, Nagg’Thar – Tunas ścisnął kryształ, ten rozpadł się na wiele kawałków. Okruchy uformowały się w niebieską strzałę i ugodziły ojca Alana prosto w brzuch. Siła była bardzo potężna, wykidajło przeleciał przez całą karczmę, rozwalił kawał ściany i wylądował w pobliskim łajnie.
Ludzie patrzyli na Tunasa jak na dziwaka, poczęli się od niego odsuwać, kilku nawet wybiegło. Alan także patrzył z przerażeniem na, jakby się wydawało, chwilę temu normalnego człowieka.
- Kim ty jesteś? – Alan zapytał z przerażeniem. Jego ciało nie umiało się ruszyć, patrzył zdumiony na moc, która tak naprawdę go ocaliła.
- Nie jest to miejsce na tego typu rozmowy, chodźmy stąd – Tunas chwycił Alana za nadgarstek i wyciągnął go z karczmy. Oboje wsiedli szybko na wóz i odjechali.
Grabsit patrzył na cały spektakl za barem. Przedstawienie wcale nim nie wstrząsnęło.
- No, no mam cię Tunas. Teraz mi się nie wywiniesz – mówiąc to, barman w swej grubej i spoconej ręce ściskał mały, czerwony klejnot.
*
- Kim ty do jasnej cholery jesteś? – Alan wrzeszczał na wujka.
- Nie będę owijał w bawełnę. Jestem jednym z Oprawców Dusz – Tunas był bardzo spokojny, mówił bardzo opanowanym głosem.
- Nigdy nie słyszałem o waszym zakonie – Alan nie łapał bajki – Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?
- A co widziałeś? To była według ciebie iluzja? – Tunas nie dał Alanowi dojść do głosu – To jest Kamień Duszy – Trzymał w ręce mały klejnot – W środku jest uwięziony Demon – zwany jest Demonem Duszy. Odpowiednie słowa są w stanie go przebudzić i postawić w stan gotowości. Większe umiejętności pozwalają podobno stworzyć zbroję, żyjącą zbroję z całym ekwipunkiem. Jednak to są tylko mity.
- Ja nie wierze, że coś takiego istnieje – Alan nie wierzył własnym uszom, nie wiedział jak odbierać każde zdanie jakie usłyszał.
- Wybacz, ale musimy ruszać. Muszę cię odstawić do dom… – Po twarzy Tunasa ściekła strużka potu. – To nie możliwe, nie możliwe – Tunas zadrżał
- Co się dzieje wujku, co się dzieje? – Alan był przerażony, usłyszał krzyk. Wyjrzał przez okno. To co tam zobaczył zburzyło całe jego marzenia. Cała wioska stała w płomieniach.
- Nie, nie to nie możliwe – Alan zaczął płakać – Arielle, Arielle została w domu, muszę ją ratować! – Alan już pobiegł w kierunku drzwi, lecz drogę zagrodził mu Tunas.
- Bez tego nie wychodź – Tunas podał Alanowi miecz jednoręczny – Przyda ci się, uwierz mi.
Alan nie miał zamiaru się sprzeczać. Oboje wyszli przed dom, niebo było czerwone, horyzont pokryty dymem.
- Idę po siostrę – Alan patrzył ze strachem na horyzont – mam nadzieje że jeszcze żyje.
- Spotkamy się tutaj, będę w pobliżu.
- Panowie dokąd? – Wielki, gruby mężczyzna zagrodził drogę Alanowi.
- Grabsit? Co ty tutaj robisz?- Szynkarz zignorował Alana, stanął naprzeciw Tunasa – mamy robotę Tunas – Grabsit wyciągnął rękę i zgniótł kryształ.
- Spal ich, Ryu’Ja – rękę barmana pokrył ogień.
- Otwórz oczy, Nagg’Thar – w ręce Tunasa pojawił się wodny miecz – leć Alan, ratuj siostrę.
Alan zniknął wśród kłębów czarnego, duszącego dymu.

Rozdział 2. „Wśród popiołu”

Alan biegł najszybciej jak mógł. Rozglądał się po drodze, widział jak chaty jego kolegów, sąsiadów oraz znajomych są zjadane przez niepowstrzymane płomienie. Cała wioska poczęła obracać się w jedną, wielką ruinę. Kontynuował swój paniczny bieg na pobliskie wzgórze. To co zobaczył było straszne – cała jego chatka stała w ogniu, krzyki mieszkańców napełniały uszy Alana, widział jak całe jego marzenie upada.
- Arielle, wytrzymaj! – Al rzucił się prosto w łany zboża, które aktualnie były pochłaniane przez tańczące płomienie. Chłopak nic nie widział, czarny dym bardzo ograniczał widoczność, Alan ścisnął miecz, poczym rzucił się wprost w płomienie. Był już bardzo blisko domu.

*
- Masz ciekawego demona dusz Tunas – Grabsit patrzył z pogardą na przeciwnika – wiesz, irytowało mnie to, że ojciec Alana przesiaduje w karczmie. Wiedziałem, że mnie pilnuje, patrzył bym nie użył Kamienia Dusz.
Grabsit i Tunas okrążali się na wzajem trzymając swoje Demony w pogotowiu. Mierzyli się wzrokiem, czekali aż przeciwnik zaatakuje.
- Ja mu poleciłem pilnowania ciebie. Wiedziałem, że chcesz złapać tego chłopca tylko nie wiem jaki miałeś w tym cel. – Tunas się zatrzymał, zacisnął pięść.
- Cel? Bardzo prosty – dostałem od mojego pana obietnicę, że jeżeli sprowadzę tego chłopca to uczyni mnie członkiem elitarnej kawalerii
- Potępione Lance – Tunas zdziwił się gdy to usłyszał.
- Dokładnie, byłbym elitą! – Grabsit wypiął dumnie pierś – miałbym szacunek!
- Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a zresztą… – Tunas zmierzył szynkarza wzrokiem z trudem powstrzymując śmiech – powiedzmy, że mógłbyś robić za członka elitarnej jednostki zwanej jak już coś „Potępionym Taranem” lub „Potępionym Pociskiem do Balisty”.
- Kpij sobie dalej, kpij! Jednak to ja dzisiaj będę profanował twoje zwłoki – Grabsit ze wściekłością rzucił się do ataku.
- Płoń, Ryu’Ja – z ręki karczmarza wystrzelił ognisty pocisk. Tunas wystrzelił do góry jak rakieta, wykonał obrót w powietrzu i zaszarżował na Grabsita.
- Utop, Nagg’Thar – z miecza Tunasa wystrzelił pocisk wodny. Właściwie była to jedna smuga pod ogromnym ciśnieniem. Grabsit ociężale uskoczył przed atakiem, po czym wziął zamach i ruszył w kierunku przeciwnika. Tunas uniknął ciosu, który na pewno pozbawiłby go połowy głowy. Wziął zamach i ciął z góry do dołu. Karczmarz zadowolony uniknął ciosu, uśmiechnął się i rozpoczął rozmyślania nad swoją zwinnością.
Tunas się uśmiechnął i odskoczył. Grabsit zastanawiał się co planuje przeciwnik. Po chwili zrozumiał. Kiedy wmawiał sobie w myślach, że jest najlepszy to Tunas wykonał szybko zwykły cios z obrotu będący kontynuacją poprzedniego – nieudanego.
Z ciała szynkarza pociekła różowa woda, potem już mocno czerwona krew. Grabsit zauważył wielką, czerwoną kreskę idącą w poprzek – pod wszystkimi żebrami. Z uszu, ust i nosa karczmarza polał się bordowy płyn. Czerwony klejnot uformował się w ręce szynkarza, po czym jego ciało się rozdzieliło – nogi jeszcze chwile stały na ziemi, góra z chlupotem osunęła się i upadła obok. Wokół korpusu Grabsita powstała duża kałuża krwi.
Tunas schylił się i podniósł czerwony kryształ i schował do sakiewki.

*

Arielle miała 17 lat, była dorosła. Wielu chłopaków się za nią uganiało, jednak żadnemu nie dawała szans. Teraz siedziała cicho pod drewnianym stołem słysząc głuche, rytmiczne uderzenia. Ktoś chodził po domu, ktoś opancerzony.
- Znaleźć mi tego dzieciaka, pan chce go żywego! – Ten co to powiedział różnił się od innych, miał czarny, garnczkowy hełm z odstającymi do tyłu rogami. Miał na sobie także czarną zbroję z dwoma złotymi paskami. Czarne, płytowe spodnie nadawały tylko mrocznego wyglądu tej postaci. Na nogach miał ciężkie buty, bez wątpienia był ponad resztą żołnierzy. – jeżeli nie dostane go w swoje ręce za dziesięć minut zabije was wszystkich! – Sierżant trzymał kurczowo swoją broń – długą na osiem metrów kosę bojową z wyrysowanymi na jej ostrzu dziwnymi znakami. Do boku miał przypięty sejmitar.
Nagle jeden z żołnierzy zszedł na dół, ciągnął z sobą jakąś kobietę za włosy. Gdy schodził ze schodów słychać było jak ciało uderzało o stopnie.
- No, no, no…Pani to pewnie gospodyni – Sierżant ukląkł przed kobietą. Była bardzo poobijana, z jej nosa ciekła krew. – powie mi pani gdzie jest pani syn? – kobieta splunęła mu w twarz – może grzeczniej wiejska babo!
- Nic ci nie powiem! Możesz mnie zabić! – Sierżant wstał na nogi.
- Jak chcesz – po tych słowach wyciągnął sejmitar i odciął kobiecie głowę, która potoczyła się pod stół. Na twarzy matki Alana malował się grymas bólu i strachu.
Arielle krzyknęła i zaczęła płakać. Żołnierze natychmiast ją wyciągnęli spod stołu, chwycili i postawili przed Sierżantem.
- To była twoja matka laleczko? – Arielle kiwnęła głową – gdzie jest twój brat?
- Nie wiem… – Dziewczyna mówiła prawdę – W sumie to on nie jest moim bratem, znaleźliśmy go piętnaście lat temu nad brzegiem rzeki Villmar.
- Prawdę mówiąc mnie to nie obchodzi, mamy zadanie – Żołnierze przewrócili dziewczynę, Sierżant wyciągnął miecz – jeśli nie mówisz to nie jesteś przydatna. Wyprowadzić ją na zewnątrz! – Żołnierze wzięli dziewczynę i zanieśli na dwór. – Zabijcie ją, jeśli chcecie zabawcie się, chyba jest dziewicą. – Żołnierze przez chwilę kłócili się o pierwszeństwo jednak sprawa została szybko przegłosowana.
- Choć malutka, zabawimy się tro… – Żołnierz upadł na ziemię z nożem wbitym w gardło.
- Ojcze, co ty tu robisz? – Arielle zapytała przez łzy
- Nie ma czasu, wynosimy się stąd – Arielle z ojcem pobiegli w stronę zbocza. Drogę jednak zagrodził im Sierżant. – Arielle biegnij na południe, tam jest Tunas, z nim będziesz bezpieczna.
- Ale…
- Biegnij! – Mężczyzna patrzył na biegnącą dziewczynę, oddalającą się i znikającą w chmurze dymu. Chwilę potem dało się słyszeć straszny rumor. Wykidajło patrzył jak ich dom, dom w którym mieszkali tyle lat zawala się. Cała ich przeszłość runęła.
- Powiedz mi, gdzie jest twój syn a puszczę cię wolno – Sierżant zbliżał się, trzymał w ręku lancę gotową do ataku.
- Nic ci nie powiem! – Ojciec Alana wyciągnął nabitą kolcami maczugę i rzucił się na czarnego rycerza.
- Jak chcesz, jak chcesz – po tych słowach dało się tylko usłyszeć świst lecącej stalowej śmierci przecinającej powietrze jak masło. Tego ataku nie dało się uniknąć – wykidajło został odrzucony na kilkanaście metrów – lanca przeszła na wylot wbijając się wraz z nim w drewniany słup. Ojciec Alana zacharczał, z jego ust pociekła krew. Spojrzał na klatkę piersiową. Cały mostek był rozerwany, przełyk przebity. Nie był w stanie nawet oddychać.
- Khh…kim ty…kim ty jestheś? – Mężczyzna nie mógł mówić, ledwo wystękał kilka słów.
Sierżant spokojnym krokiem podszedł do przeciwnika.
- Jestem Sierżantem Elitarnej Kawalerii Alvarionu – Potępione Lance – Sądziłeś, że mnie pokonasz? Nie mogło być! – Sierżant poprawił karwasze i rękawice – Powiedz mi teraz gdzie jest twój syn – ręka czarnego rycerza spoczęła na drzewcu wbitej lancy.
- Spadaj popaprańcu – Ojciec Alana splunął krwią brudząc twarz wojownika.
- Tak myślałem – Sierżant wyciągnął lancę z ciała. Dało się usłyszeć głośny chrupot łamanych kości. Mężczyzna osunął się na ziemię cicho skomląc. Sierżant zostawił truchło na pastwę losu i kruków, obrócił się i skierował się w stronę zbocza. W tym momencie go sparaliżowała radość. Patrzył na dwie postacie stojące na południowym zboczu.
- Brać ich – Rycerz wskazał na parę rodzeństwa znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej.

- Alan uciekajmy! – Arielle skomlała – oni nas zabiją!
- Co z rodzicami? – Alan patrzył ze strachem w oczy siostry – Mów co z rodzicami !
- Matka nie żyje, ojciec prawdopodobnie też – Arielle zaczęła mocno płakać – my też tak skończymy.
- Nie Arielle, nie. My przeżyjemy, chodźmy do Tunasa! – Oboje skierowali swoje kroki pod górę. Alan w porę usłyszał świst strzały i zdążył się uchylić. – Nie uciekniemy, nie we dwoje. Ja mam miecz więc ich zatrzymam, ty pobiegniesz po Tunasa. – Arielle nic nie powiedziała, nie zamierzała nawet się kłócić. Od razu pobiegła w ustalone miejsce.

Żołnierze otoczyli Alana, mieli podniesione miecze, zasłaniali się tarczami. Było ich ośmiu, żaden nie wyglądał na przywódcę. Al wyciągnął ze zgrzytem miecz – był to zwykły miecz jednoręczny. Insygnia na nim zawarte świadczyły o tym, że pochodzi gdzieś z dalekiej północy. Był bardzo lekki, jednak Alan nie potrafił wywijać bronią, nawet kijem.
- On jest mój – Potężny, czarny rycerz zbliżył się do Alana. Zdjął hełm. Postać ta miała ponurą twarz, czarne oczy, długie, brązowe włosy. – nazywam się Selirtus Sadas, jestem Sierżantem Kawalerii „Potępione Lance” – wymawiając ostatni wyraz pokazał chłopakowi ostrze ubrudzone krwią – to jest krew twojego ojca. Nie zmuszaj mnie bym utopił te ostrze także w twoim ciele.
Alan zadrżał – przed nim stał zabójca jego ojca, ten zwykły człowiek mówiący o jakimś dziwnym zakonie jakichś tam lanc. Był to zwykły zbir, zwykły morderca.
- Pójdziesz ze mną chłopcze? – Selirtus ścisnął mocniej lancę – czy będziesz stawiał opór?
- Oczywiście, że będę stawiał opór. Co mi dobrego przyjdzie ze współpracy z tobą…
Sierżant dał znak ręką – dwóch żołnierzy rzuciło się do ataku. Alan był wściekły – odskoczył do tyłu i ciął przed siebie, tak jak mu kazała intuicja. Głowy dwóch żołnierzy sturlały się ze zbocza. Selirtus zawył, rozkazał reszcie atakować. Alan nawet nie wiedział co robił. Parował atak z lewej, uderzał z prawej. Widział jak trzech wrogów leży martwych na ziemi, szybkim cięciem powalił czwartego. Ledwo uniknął ciosu, który z pewnością odrąbałby mu rękę.
- Załatwcie tego dzieciaka, co się z wami dzieje? – Sierżant nie wytrzymywał. Jego oddział został prawie wyrżnięty przez tego dzieciaka. A mówiono mu, że nikt nie będzie stawiał oporu. Jeszcze w wiosce jest Oprawca Dusz więc sprawa będzie dziecinnie łatwa. Selirtus zaczynał wątpić w słuszność informacji
Alan pięknym cięciem powalił przeciwnika, którego gardło teraz zawierało bardzo dużą dziurę. Ubrania Ala były całe we krwi – doskonale improwizował, zabijanie zaczęło mu się podobać.
- Jeszcze ja zostałem chłopcze – Selirtus podszedł do chłopaka, wbił lancę w ziemię i wyciągnął sejmitar. – zobaczmy jak ci teraz pójdzie.
Alan rzucił się na przeciwnika, zaatakował z boku. Sierżant bez problemu sparował cios chłopaka, kopnął go w piszczel i uderzył rękojeścią w głowę. Alan odleciał, nie umiał się ruszyć. Czuł jak słony płyn gromadzi się w jego ustach. Splunął krwią i wstał, chwycił miecz i rzucił się ponownie na rycerza. Ten jednak wytrącił broń Alanowi z ręki – miecz wbił się w ziemię za daleko. Nie było możliwości by Alan się do niego dostał. Selirtus podszedł do chłopaka i wymierzył w niego ostrzem miecza.
- Poddaj się chłopcze, oszczędzisz mi czasu – Sierżant był wściekły – i tak dostaniesz się w moje ręce wcześniej czy później.
- Nigdzie z tobą nie pójdę bękarcie – Selirtus wziął zamach. Niebieski promień ugodził rycerza i odrzucił go na sporą odległość.
- Wynosimy się stąd – Tunas podszedł do Alana i razem z Arielle postawili go na nogi. – na górze są konie, umkniemy pościgowi gdzieś koło przełęczy Alai’Rain.
- Morowy Podmuch, Lanco Ulithar – przezroczysty promień ugodził Tunasa odrzucając go na kilka metrów. Tunas nie mógł się poruszyć, potrzebował kilka chwil na ogarnięcie sytuacji, zmniejszenie bólu i przywrócenie kontroli Demona. Dekoncentracja o mały włos nie zerwała jego połączenia z Nagg’Tharem. Selirtus trzymał w ręce lancę szedł w kierunku Arielle.
- To co widzieliście to uwolnienie ducha mojej lancy – Runy na ostrzu błyszczały niebieskawym kolorem – to była najzwyklejsza inkantacja. Każdy początkujący ją potrafi.
Alan próbował się podnieść – bezskutecznie, to samo tyczyło się Tunasa.
- Arielle uciekaj! – Arielle próbowała lecz było już za późno. Zawyła gdy poczuła mocny uścisk dłoni Selirtusa na swojej ręce. Objął Arielle w pół i zwrócił swój wzrok na Alana.
- Pójdziesz ze mną, czy zobaczysz co się dzieje z twoją siostrą? – Alan chciał coś powiedzieć, jednak nic nie umiał wykrztusić, ani słowa.
Jedna ręka Selirtusa wędrowała po młodym ciele Arielle w kierunku uda, drugą chwycił jej pierś. Arielle jęknęła.
- Co podoba ci się? Może jakoś się zabawimy? – Arielle zaczęła płakać
- Alan, pomocy – Arielle wykrztusiła przez łzy te słowa, nie mogła się bronić a napastnik powoli posuwał się coraz dalej.
Alana ogarnęła złość.
- Chcesz pomocy prawda? Chcesz pomóc siostrze… – Alan słyszał dziwny głos w swoim umyśle.
- Kim jesteś, czego chcesz? – Alan był zdumiony, nie wiedział co zrobić, wszystko trwało tak szybko.
- Moje imię brzmi… – Selirtus zaczął się głośno śmiać, jednak ręki dalej nie przesunął. Prowokował Alana do działania. Chciał się zająć osobiście tym dzieciakiem.
- Nie słyszałem twojego imienia, ja jestem Alan. Powtórz swe imię!
- Wykrzycz je, wykrzycz z całym gniewem, z całą nienawiścią. Uwolnij się sam chłopcze, daj sobie szansę. Moje imię to …
- INFIDEL!!! – Alan wrzasnął z całych sił. Oczy chłopaka zaczęły świecić się na fioletowo, na jego ręce uformował się fioletowy miecz złożony z czystej energii.
- Nie wierzę w to… nie wierzę w to co widzę! – Tunas był przerażony, nie bardziej niż Selirtus.
Chłopak wstał i podszedł do Sierżanta.
- Zapamiętasz mnie na zawsze Selirtusie Sadas, na zawsze – Alan machnął ręką z mieczem, Sierżant nie zdążył się uchylić – z jego ręki został tylko mały, zakrwawiony kikut. Selirtus wrzasnął jak najgłośniej mógł. Drugą ręką chwycił lancę i dźgnął Alana, ten jednak spokojnie uniknął ciosu.
- Zapłacisz mi za wszystko, za rodziców, za Tunasa a przede wszystkim za Arielle – Alan spojrzał w oczy Selirtusowi.
- Oczy demona, oczy demona!!! – Selirtus zaczął wrzeszczeć sam do siebie. Nie wiedział co robić, ogarnęła go panika.
Alan dotknął klatki piersiowej przeciwnika dłonią i rzekł:
- Furia, Infidel – ciało Sierżanta rozpadło się na tysiące kawałków ochlapując przy tym wszystkich krwią. – Wygraliśmy – Al powrócił do swojej normalnej postaci, w jego dłoni powstał fioletowy kryształ w kształcie pentagramu. Ostatkiem sił spojrzał na Arielle, uśmiechnęła się. Alan nie zdążył odwzajemnić uśmiechu – zemdlał.
- Ja też tak skończyłem jak zaczynałem – Tunas mówił do Arielle. Szedł przodem niosąc Ala nieprzytomnego na plecach. Po kilkunastu minutach weszli do wozu. – Ruszamy do Kul – tam możemy się schronić. Miasto nie jest pod władzą cesarza.
- Wujku powiedz mi, co się stało z Alanem – Arielle patrzyła na Alana leżącego z tyłu na dywanach, które Tunas miał sprzedać.
- Martwisz się o niego, zależy ci na nim mimo tego, że nie jest twoim bratem. To ciekawe pytanie Arielle, ale powinnaś zapytać czym się stał – Tunas palił fajkę, patrzył na drogę. Relaksował się w blasku zachodzącego słońca. Za nimi było jeszcze widać unoszący się dym.
- Więc czym Al się stał? – Arielle zapytała przechylając głowę w prawo.
Tunas popatrzył na nią lekko spode łba.
- Oprawcą Dusz.
Wóz powoli jechał gościńcem w kierunku zachodzącego słońca.

Rozdział 3. „Sokół z Alai’Rain”

Od samego rana lało, wóz fakt, że obszerny to wody trochę przepuszcza. Tunas w środku woził wiele ciekawych rzeczy. Było tam mnóstwo różnego rodzaju dywanów, płócien, ubrań. Był to taki jego mały domek. Po środku leżał młody chłopak powoli dochodzący do siebie. Nad nim siedziała bardzo ładna dziewczyna. Była średnio wysoka, miała długie, jasne włosy.
Siedziała nad śpiącym Alanem i patrzyła na niego. Był taki niesamowity. Uratował jej życie.
- Arielle pozwól na chwilę – Arielle czuła jak wóz staje.
- Co się dzieje wujku? – Dopiero teraz Arielle to zauważyła – młody człowiek leżał na ziemi, podchodziły do niego Wargi.
- Hej wędrowcze nie śpij ! Uciekaj, Wargi są bardzo blisko! – Mimo krzyków Tunasa, mężczyzna się nie obudził – może on nie żyje? – Tunas zastanawiając się spojrzał na leżącego człowieka i zrozumiał. Na jego twarzy zagościł uśmiech. – Patrz uważnie Arielle, to jest właśnie to o czym myślałem. Ten mężczyzna to Elf. – Arielle patrzyła ze zdziwieniem na tą istotę leżącą na środku gościńca wśród tak potężnej ulewy.
Wargów było sześć, powoli zbliżały się do swojej ofiary. Mężczyzna nagle odciął jednemu Wargowi łeb gladiusem, po czym wybił się całkiem wysoko w powietrze. Wargi dały głos, mężczyzna natychmiastowo schował miecz i wyciągnął duży, kompozytowy łuk. Sięgnął po pięć strzał i każdemu Wargowi wpakował jedną w oko.
Potwory leżały martwe na ziemi, mężczyzna czyścił swoją zieloną pelerynę. Miał on na sobie srebrną, paskową zbroję, skórzane spodnie i skórzane buty. Przez plecy miał przewieszony kołczan oraz łuk. Do pasa przymocowane były dwa gladiusy. Łowca wyciągnął strzały z Wargów i schował je do kołczanu. Dopiero teraz zauważył wóz Tunasa.
- Jedziecie do Alai’Rain?
- W rzeczy samej – odparł Tunas niechętnie – zależy kto pyta.
- Proszę wybaczyć brak kultury! Jestem Alim Nasth’Sharvar Ism’Nirkael, możecie mówić do mnie Sokół. – Elf oparł się o konia
- Możesz jechać z nami jak chcesz, wchodź do wozu – Tunas się uśmiechnął. Wiedział, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowani.
Sokół wszedł do środka i zauważył leżącego Alana. Podszedł do niego i dotknął jego czoła.
- Ma gorączkę, nie zwykłą gorączkę. Jego dusza uległa poważnym zmianom – Sokół znał się na tym, widać było że chce pomóc
- Możesz mu jakoś pomóc? – Sokół podniósł głowę – Jestem Arielle – Elf nic nie odpowiedział, patrzył w oczy tej dziewczynie – jestem Sokół moja piękna. Musisz mi powiedzieć co się stało jeżeli mam mu pomóc. – Sokół dalej patrzył Arielle w oczy.
- On, to znaczy, on chciał, on użył… – Arielle była zakłopotana, nie wiedziała co powiedzieć. Nie wolno jej było wspomnieć o tym, kim stał się Alan.
- Oprawca Dusz – Sokół patrzył z respektem na Alana – taki młody, a jest Oprawcą Dusz.
- Skąd ty to wiesz? – Arielle patrzyła zdumiona na elfa.
- Jestem łowcą, łowca zna się na leczeniu – daj mi pół godziny a wyleczę tego chłopaka.
Arielle patrzyła jak Sokół leczy Alana, jak przykłada ręce na jego klatkę piersiową, jak rzuca zaklęcia. Alan zaczynał się budzić. Po dłuższej chwili gorączka Alana zeszła, powoli otwierał oczy…
- Alan, Alan nic ci nie jest! – Arielle rzuciła mu się na szyję. – Bałam się, że coś ci się stało – dziewczyna zaczęła płakać.
- Nic mi nie jest, to ty mi uratowałeś życie prawda? – Al patrzył na Sokoła.
- Nie uratowałem, po prostu obudziłem cię dwanaście dni wcześniej. Uwolniłeś swojego Demona Duszy, a to nie lada wyczyn. Musiałeś dostać niezłego kopa od losu… miałeś jakieś straszne przeżycia? – Elf był bardzo ciekawy, był miłą osobą, gawędziarzem. Przez część podróży szczycił ich wieloma historiami, opowieściami. Wysłuchał także historii Alana.
- Zatrzymujemy się tutaj na noc – Tunas wskazał polanę na lewo od gościńca. – Musimy się odpowiednio przygotować.
Sokół podniósł głowę – Do czego przygotować, czy ja o czymś nie wiem? – Tunas, Alan i Arielle spojrzeli po sobie. – widzisz elfi przyjacielu … ścigają nas wojska cesarza z Potępionymi Lancami na czele.
Sokół zbladł, usiadł i schował głowę między rękami.
- Możesz nas opuścić Sokole, nikt cię tu nie trzyma – Sokół wstał.
- Nasz lud od dawna walczy z wojskami cesarskimi. Jeśli ich armia zostanie uszczuplona i to jeszcze z mojej ręki to będzie powód do dumy. Zostanę z wami aż dojedziecie do Alai’Rain.
Obozowisko powstało w godzinę. Sokół zastawił proste pułapki, Arielle ukryła wóz. Tunas poszedł nad pobliską rzekę ćwiczyć z Alanem.
- Wziąłeś na siebie ciężkie brzemię Alan. – Tunas patrzył Alanowi w oczy – Nie wiesz nawet kim jesteś, co się dzieje. Nie jesteś tego świadom – Tunas patrzył w czystą wodę płynącą w sporej rzece. Po lewej i prawej stronie stały duże drzewa formujące las. Wszystko było bardzo zielone i majestatycznie prezentowało się wśród zanikającego powoli za horyzontem słońca.
- Do zmierzchu jeszcze dwie godziny. Teraz, póki jeszcze widno, nauczę cię walki a dopiero przy ognisku opowiem ci resztę. – Tunas rzucił Alanowi miecz, identyczny jak ten, który został w jego rodzimej wsi wbity w zbocze kilkadziesiąt metrów od domu.
- Miecz musisz trzymać! Mocno trzymać, nadgarstek nie może być luźny. Uderzasz w ten sposób, blokujesz w ten.
Przez półtorej godziny słychać było szczęk metalu, krzyki, wyzwiska dwóch walczących mężczyzn.
*
Zakapturzona postać podeszła do siedzącego na tronie mężczyzny. Miał on na głowie czarną koronę wysadzaną rubinami. Nosił czarne futro, czerwoną zbroję prezentacyjną. W ręce trzymał berło. Sala w której się znajdowali była ogromna, zbudowana na planie kwadratu. Wzdłuż tronu stały ogromne kolumny koloru szarego.
- Masz to o co cię prosiłem Eldigard? – Mroczny podszedł i wręczył Kamień Duszy siedzącej na tronie postaci. – powiedz mi jak mój ojciec umierał.
- Gra’Vis był słaby, zginął od trzech ciosów – Eldigard się ukłonił.
- Ja się pytałem jak umierał! – huknął mężczyzna na tronie – cierpiał?
- Miałem litość panie, poderżnąłem mu gardło – Władca nie wytrzymał. Zszedł z tronu i uderzył z całej siły zakapturzonego w brzuch. Mroczny się przewrócił i zaczął kaszleć krwią.
- Nie miej litości, rozumiesz Eldigard? – mężczyzna wrócił na tron – masz wiedzieć, że zabijasz dla mnie, dla cesarza tego przeklętego lądu, dla cesarza Amneristusa!
- Tak panie, wybacz – Eldigard ledwo co wstał – będę pamiętał.
- Jesteś wolny, wynoś się.
Eldigard odwrócił się i wyszedł, rzucił jeszcze ukradkiem spojrzenie na cesarza.
- Dla ciebie nie będę miał litości, tron należy do mnie. – powiedział bardzo cicho do siebie Eldigard.
Drzwi od sali trzasnęły.
*

Arielle usiadła koło Sokoła, ten nie odrywał od niej oczu. Była ubrana w zieloną, krótką sukienkę i białą wydekoltowaną bluzkę. Sokół przyglądał się dziewczynie przez jeszcze krótką chwilę.
- Kim jest dla ciebie Alan? – Sokół grzebał strzałą w ziemi zadając pytanie.
- Jest moim tak jakby bratem… – Arielle nie wiedziała co powiedzieć
- Tak jakby? Nie rozumiem.
- Nie jesteśmy rodziną, ale wychowywaliśmy się razem. Rodzice znaleźli Alana w rzece. Nie wiadomo kim są jego rodzice, ale chcieli go uratować. Wczoraj na naszą wioskę najechała dziwna armia, żołnierze byli dobrze uzbrojeni – Arielle pociekła łza – oni byli bezwzględni, zabili moich rodziców – Arielle już płakała – Ja byłam bezsilna, nic nie mogłam zrobić.
- Wybacz, że pytam, ale jakiego koloru jest kryształ Alana?
- Nie wiem, chyba fioletowy. – Arielle odparła obojętnie – a czy to ma jakieś znaczenie?
Sokół wstał przerażony, całe jego ciało drżało.
- Arielle… – spojrzała na niego – przysięgam na mój łuk i na mą elfią duszę, że nie opuszczę Alana ani was, aż do mojej śmierci. – Arielle pobladła
- Sokole, co się dzieje.
Sokół odszedł kilka kroków i zaczął cytować:
„Kiedy świata równowaga przywrócona zostanie,
Gdy promienie słońca ogłoszą pojednanie,
Potęga władzy zrodzi się nowa.
Symbolem jej pięcioramienna gwiazda fioletowa”…

Arielle zaniemówiła, wyglądała na przerażoną
- To, to dlatego oni nas zaatakowali, chcieli pozbyć się Alana… – Arielle stękała
- Alan jest dziedzicem tronu, dlatego Potępione Lance go ścigały, dlatego cesarz chciał go zgładzić. – Sokół zaczął wszystko sobie układać w głowie. On nie może się o tym dowiedzieć, nie teraz rozumiesz? – Sokół chwycił Arielle za ramiona, popatrzył jej głęboko w oczy. – Nie możesz mu powiedzieć za nic w świecie, dotarło do ciebie?
Arielle miała odpowiedzieć, ale usłyszeli szelest za namiotem. Sokół naciągnął cięciwę i wyszedł powoli sprawdzić kto tam stoi.
- Dziedzic? Tronu? Ja w to nie wierzę, wy kłamiecie, wszyscy!
- Alan zaczekaj! – Sokół ruszył za Alanem w pościg. Wyśledzenie go nie było trudne, bez żadnej finezji przebijał się przez gałęzie zostawiając idealny szlak. Po kilku chwilach Sokół zauważył Alana.
- Zatrzymaj się, Alan! – Sokół wołał, ale bez żadnego skutku – Alan, ściągniesz na nas nieszczęście zatrzymaj się!
Sokół zamknął oczy, usłyszał śpiew lasu, rozmowy liści, wiersze drzew.
- Usłyszcie mnie prastare drzewa czcigodnego lasu Alai’Rain – Sokół próbował nawiązać kontakt z lasem. Drzewa już odsłaniały przed nim gałęzie.
- Witaj elfie – Sokół usłyszał chóralną odpowiedź – w jakim celu nas wzywasz?
- Ten młody chłopak co ucieka to dziedzic tronu. Musicie go zatrzymać!
Jak na wezwanie Alan oberwał potężną gałęzią w głowę. Ledwo co wstał, nie był w stanie na razie biec dalej.
- Tu jesteś Al! Nie zapuszczaj się tak dale… – Sokół zmrużył oczy…usłyszał ten głos w myślach.
- Uciekaj elfie z dziedzicem! Nadciągają Ci co polują w nocy – Po twarzy Sokoła ściekła strużka potu… – Ci co polują w nocy – Pomyślał Sokół – Jasna cholera! Wynosimy się stąd! Alan prędko! – Sokół zatrzymał się jak wryty, gapił się na Alana. Przed nim, dosłownie przed nim stała duża postać, zakryta całkowicie czarnym płaszczem. Widać było jedynie blask ślepi wychodzących spod kaptura.
- Sokole, co to, co to jest!? – Alan był przerażony, to coś stało dosłownie metr przed nim. Czuł jak od tego czegoś emanuje śmierć. Księżyc był już w pełni, słychać było wycie wilków.
- Alan, musimy uciekać, to jest Mroczny Zew… Wpadliśmy Alan, nie damy jej rady.
Alan miał mętlik w głowie, nie wiedział co ma zrobić. Czuł się bezsilny, jeszcze ta postać…
*

Arielle usiadła koło Tunasa, miała w rękach ciepłe piwo.
- Co myślisz o Sokole? – Arielle patrzyła teraz na Tunasa.
- Jest dobrą istotą. Jest świetnym strzelcem i myśliwym, może nam się przydać. Masz co do niego jakieś zastrzeżenia? – Tunas miał uśmiechniętą twarz.
- Nie o to chodzi, myślę o tej jego przysiędze. Powiedział, że do końca życia będzie chronił Alana. Nie rozumiem tego, powiedziałam tylko, że Alan miał fioletowy kryształ.
- Elfy zawsze chroniły władców tej krainy. Od dawien dawna królem zostawał ten co posiadał pięcioramienną gwiazdę koloru fioletowego – tak zwany Wybrany Kamień Duszy. – Tunas pociągnął zdrowo z kufla – Alan jest, był i będzie w niebezpieczeństwie, należy go chronić.
- Kim ty właściwie jesteś? Domyśliłam się, że nie jesteś moim wujkiem… – Arielle miała inne zdanie na temat tej całej sytuacji.
- Nie jestem twoim wujkiem, ani wujkiem Alana. Należę do Zakonu Oprawców Dusz – zakon ten powstał by chronić przyszłych, jak i aktualnych władców. Niestety jak wiesz, to co potężne dostanie się zawsze w niepowołane ręce. Jeden z nas – niejaki Amneristus IV Zdrajca wykradł jeden z Kamieni Dusz. Dzięki swojemu umysłowi był w stanie stworzyć wiele innych, podobnych Kamieni. Kamienie Dusz mają kolory – każdy kolor jest przypisany do jednego żywiołu:
- czerwony – ogień
- niebieski – woda
- szary – powietrze
- brązowy – ziemia
- złoty – światło
- czarny – śmierć
- fioletowy – dziedzictwo

Arielle patrzyła na Tunasa z zainteresowaniem, żałowała, że nie miała takiej mocy.
- Kamienie różnią się kształtem – im bardziej skomplikowany tym potężniejszy. Wiadomo jednak, że pięcioramienna gwiazda jest najpotężniejszym z Kamieni Dusz. W Kamieniach zamknięte są Demony – mroczne strony duszy. Dzięki Kamieniom można je odizolować i zmusić do posłuszeństwa.
- Jak można uzyskać taki kamień? – Arielle była bardzo zaciekawiona, patrzyła z podziwem na Tunasa
- Z tym trzeba się urodzić, a poza….- Tunas wstał i nerwowo rozejrzał się po okolicy.
- Co się dzieje? Też to czujesz? – Arielle była śmiertelnie wystraszona, czuła śmierć
Tunas sięgnął do sakiewki i wyciągnął Kamień Dusz
- Nagg’Thar czujesz to?
- Tak panie, jest jakieś półtora kilometra stąd
- To chyba nie jest to o czym myślę?
- Mroczny Zew…
Tunas sięgnął po miecz, zmiażdżył klejnot w dłoni.
- otwórz oczy, Nagg’Thar – Wokół ręki Tunasa pojawił się niebieski miecz. – Arielle zostajesz tu. Pamiętaj bądź cały czas w świetle! Nie wolno ci wychodzić poza okrąg światła! – Arielle kiwnęła głową twierdząco – nie idź pod żadnym pozorem za mną! – Tunas rzucił się w szpony mroku biegnąc przed siebie. Wiedział, że już może być za późno…
*

- nie bój się Alan. Poradzimy sobie razem, tylko musimy współpracować
- dobrze, pomóż mi proszę, to jest potwór…
- ta istota to Mroczny Zew. Wielka masa złożona z czystej śmierci. Poluje w nocy, bardzo rzadko ujawnia się komukolwiek, ale jeśli to już zrobi to nie ma się szans.
- my mamy szansę?
- dobre pytanie, chyba tak, w końcu jeszcze żyjemy. Ocknij się Al, nie zawiedź Arielle.
Alan chwycił kamień, zamknął oczy. Przypomniał sobie ostatni raz. Wiedział, że nie może popełnić tego samego błędu dwukrotnie.
- Skłam, Infidel – Fioletowe kryształy otoczyły jego rękę formując się w miecz. Al rzucił się na przeciwnika, ten jednak był o wiele szybszy niż wyglądał. Pierwsza próba nieudana, Alan zaatakował ponownie, tym razem wkładając w to więcej serca. Trafił! Mroczny Zew zawył paskudnie, jakby mordowano milion ludzi naraz. Czarna krew trysnęła z ręki potwora, na szczęście Alan uniknął z nią kontaktu. Drzewa ochlapane czarną mazią zaczęły się bardzo szybko rozpuszczać.
Mroczny Zew z niewiarygodną szybkością leciał w kierunku Alana, był ledwo widoczny. Dopiero pokazał się przy Alanie – miał bardzo długie, ostre szpony. Tego ataku nie dało się uniknąć. Sokół puścił dziesięć strzał naraz w kierunku potwora, ale wszystkie przeleciały przez jego płaszcz.
- Racja, jest niematerialny. To czysta energia. Nic nie mogę zdziałać – Sokół schował łuk i wyciągnął dwa gladiusy. Runy na nich zabłysły na zielono. Z niesamowitą prędkością skoczył w kierunku potwora.
Mroczny Zew już miał zadać cios szponem. Alan zamknął oczy gotując się na śmierć – tak się jednak nie stało. Al otworzył najpierw jedno, potem drugie oko. Sokół próbował trafić zakapturzonego przeciwnika – jednak nieskutecznie. Mroczny Zew był strasznie szybki, niemalże niemożliwy do dosięgnięcia choćby szpicem miecza. Sokół zaryczał – potwór wbił mu szpon w rękę, Sokół upadł na ziemię. Alan patrzył jak Mroczny Zew podchodzi do elfa.
- Infidel pomóż mi, proszę – Alan wołał demona
- Pamiętaj Alan – Jeżeli jesteś w gniewie to jesteś w stanie zrobić wiele rzeczy. – Alan zamknął oczy i wycelował ręką w potwora
- Furia, Infidel – purpurowy promień wystrzelił w stronę zakapturzonego monstrum. Jego wrzask było słychać prawdopodobnie w każdym miejscu w lesie. Alan patrzył jak wielka, potężna mroczna masa zostaje wchłonięta przez jakieś wymiarowe wrota. Na ziemi został tylko podziurawiony płaszcz.
- Alan nic ci nie jest? Jasna cholera, Sokół! Odpowiedz mi Sokół! – Elf leżał nieprzytomny na ziemi, z jego lewego ramienia sączyła się czarno-czerwona krew. – został zatruty, Alan gdzie jest Mroczny Zew? – Al wskazał na stertę czarnych łachów – Zabiłeś sam tego potwora? To nieprawdopodobne, sam go zabiłeś! – Twarz Tunasa była pełna podziwu.
- Gdyby nie Sokół już bym nie żył – Tunas popatrzył najpierw na Alana, potem na Sokoła.
- Bierzemy go do obozu, musimy go uleczyć. Weź te łachy, będziemy musieli zrobić antidotum. Ruszamy! – Tunas i Alan poczęli wracać do obozu.
- Zaraz, chwila! – Alan zaczął się wracać
- Alan! Alan! – Tunas popatrzył ze strachem w ciemną otchłań. Nie minęło kilka chwil gdy zobaczył biegnącego Alana.
- Te miecze należą do Sokoła – Tunas pokiwał głową. – szybko.

- Tak się o was martwiłam – Arielle podbiegła do Tunasa – co z nim będzie?
- Jeśli w porę przygotujemy antidotum to nic, jeśli nie – umrze. Alan wrzucaj te łachy do kotła! Mam resztę odczynników!
Al poszedł w kierunku namiotu, był bardzo zmęczony. Jego umysł nie zdążył jeszcze wszystkiego zarejestrować.
- Alan, ja… ja się martwiłam – Arielle stała bardzo blisko. Rzuciła mu się na szyję i go pocałowała w policzek. Alan poczuł dziwne ciepło rozchodzące się po całym jego ciele.
Spojrzał głęboko w oczy Arielle.
- Będę cię chronił, obiecuje – Alan pospiesznym krokiem ruszył do namiotu.

Rozdział 4. „Noc strzaskanych tarcz”

- Wiosłować, dalej! – Potężna postać ubrana w czarny, skórzany płaszcz i takie same spodnie spokojnie przechadzała się po pokładzie – Macie jakiś problem? To opowiedzcie go wiosłom! Żwawiej!
- Oficerze Cortez! – potężna postać obróciła się – przed nami ląd!
Cortez natychmiastowo przeszedł na sterburtę – faktycznie, ląd… Widział to miejsce, wąski wpływ do portu, ciężkie podejście.
- Jemison!
- Tak panie?
- Przygotuj ludzi, takielunek, kotwicę. Przygotować cumę dziobową! Zrzucić górne żagle, do wioseł! – Cortez stał aktualnie na dziobie, widział jak zbliżają się do lądu.
Minęło kilkadziesiąt minut zanim statek przybił do kei. Miasto było dziwne – mieszkania, usługi – wszystko wbudowane w skałę. Cortez wyskoczył na ląd, od razu do niego podszedł mały człowieczek w towarzystwie ogromnego wojownika odzianego w kirys. Na plecach miał przewieszony topór.
- Strażnicy portowi, hę? – Cortez patrzył na strażnika jak na idiotę. – ile płacę?
- A na ile pan chce stać z tą e… łajbą? – kasjer wskazywał palcem na rozpadającą się łódź Corteza. Była trochę zniszczona, ale pływać pływała.
- Liczę na tydzień!
- Tydzień? To będzie 10 złotych monet. – Cortez sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął dziesięć złotych monet. – masz zdzierco, powiedz mi tylko jakie to miasto?
Kasjer wskazał ręką na tablicę.
- Alai’Rain, co za zadupie… dobra! – krzyknął do załogi – ja idę zwiedzać, wy pilnujecie łajby!
- Aye, Aye – chór odezwał się z łodzi.
Kilka chwil później Cortez był już na rynku. Miasto nie było wielkie – przynajmniej na zewnątrz. Na południu była jedna brama i na zachodzie druga. Obie świetnie pilnowane i doskonale umocnione.
Cortez rozejrzał się wokół siebie – wewnątrz skał wyżłobione były przejścia do stref mieszkalnych, sklepów i tawern. Na zewnątrz był jedynie port, dwie bramy, koszary i posterunek Gwardii Portowej. Cortez skierował swe kroki do jednego z przejść w skale.
Środek był zupełnie inny niż sobie wyobrażał. Na stropie zawieszone były świeczniki z brązu, ściany były wyrównane, obite płytkami. Tunele były bardzo duże, co jakiś czas były ustawione mapy. Cortez skierował się do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”. W środku strasznie śmierdziało rybą. Ściany były obite dechami (które już próchniały) wymalowanymi na niebiesko. Cortez położył swoją lewą dłoń na rękojeści od jataganu, nie był pewien swojego bezpieczeństwa.
- Podać coś? – wychudzony, kościsty barman czyścił szklanki. Jedną rękę miał niesprawną.
- Kufel piwa – Cortez patrzył się na kobietę co siedziała obok niego. Miała koło dwudziestu lat, czarne włosy i bardzo krótką spódniczkę. Była pociągająca…
- Nie myśl o niej bracie – Stary barman postawił kufel na blacie – Ona jest z tymi, których imion się tu nie wymawia.
- Czyli z kim? – Cortez nie wiedział o co chodzi, ale miał ochotę na tę kobietę
- Nie tutejszy hę? Chodzi o Potępione Lance, znasz ich panie?
- Nie… nie kojarzę – Cortez się skrzywił, te Potępione Lance to jakaś grupa przestępcza – tak pomyślał. – Gdzie ona mieszka?
- Nie powiem ci druhu, bo nie chce stracić tego, co czyni mnie mężczyzną – kobieta spojrzała na barmana, ten zajął się czyszczeniem kufli.
- Masz to. Gdzie ona mieszka? – Cortez rzucił na blat dwanaście złotych monet.
- W Zachodniej Dzielnicy, Południowa Ściana, Czternaste piętro, mieszkanie numer dwanaście. – Jak się pan nazywa szanowny druhu?
- Cortez, Dante Cortez, pewnie wiesz jaką bieliznę nosi –Dante zapytał się ironicznie
- Może wiem, może nie… – Korsarz rzucił dwie złote monety na stół – wystarczy?
Barman ugryzł jedną monetę – nie nosi.
Dante Cortez wyszedł z karczmy.
*

- Sokół! Nareszcie się obudziłeś! – Arielle klęczała nad elfem – Byłeś tak długo nieprzytomny.
- Boli mnie głowa – Sokół pomacał się po pasie – gdzie są moje miecze?
- Alan je ma, jest w swoim namiocie – Elf się uśmiechnął. Młoda dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
Sokół pospieszył do namiotu Ala. Chłopak leżał i patrzył się w niebo, przynajmniej na to co mógł dostrzec.
- Dziękuje Sokole, uratowałeś mnie przed tym potworem. Gdyby nie ty, już bym nie żył – Alan patrzył się w niebo. Był słaby, czuł to. Potrzebował intensywnego treningu. Nie był jednak w stanie ani opanować szermierki, ani dogadać się ze swoim Demonem.
- Gdyby nie ty Alan, już byśmy obaj nie żyli. Więc wiesz…
- Daruj sobie Sokole, temat zamknięty.
- Chodź już, wyruszamy! – Alan pierwszy raz od nocy się uśmiechnął. Ubrał się, przypiął sobie miecz do pasa. Schował kryształ w sakiewce, upewniając się, że jest ona dobrze przymocowana do paska.
Po kilkunastu minutach wóz ruszył dalej.
- Jak się czujesz Alan? Przepraszam za wczoraj ja – Arielle zaczęła się jąkać, nie dość, że Alan ją uratował, to ona sama nie mogła pomóc. Była bezużyteczna.
- Nie martw się Arielle. Dojedziemy do Alai’Rain i wszystko się zmieni. – Alan patrzył przed siebie, nagle poczuł znajome ciepło. Arielle położyła swoją rękę na jego, uśmiechała się. Alan zbliżył swoje usta do jej i czule ją pocałował.
*

Cortez stał koło mieszkania numer dwanaście. Po kilku minutach usłyszał stukanie butów. Schował się za filarem i czekał, aż żołnierze przejdą. Chwilę potem stukanie butów i rozmowy strażników ucichły, pojawił się zatem stukot obcasów. Młoda kobieta szła w jego kierunku, zatrzymała się przy drzwiach – szukała klucza.
- Może pani pomogę!
- Gwar… – kobieta padła nieprzytomna na ziemię. Cortez natychmiast znalazł klucze i otworzył drzwi. Mieszkanie było obszerne. Dwa pokoje duże, jeden mniejszy, toaleta.
- Całkiem fajne mieszkanko – Dante zaciągnął kobietę do łóżka i przywiązał ją do niego.
- Gdzie ona może trzymać plany… – Cortez mówił sam do siebie, szukał planów ataku na Alai’Rain. Już dość się wycierpiał przez cesarza i jego Potępione Lance.
- Czego chcesz, złota, diamentów? – Mam tego dużo. – Dziewczyna się już ocknęła.
- Gdzie masz plany szturmu?
- Jakiego szturmu? Nie wiem o co ci chodzi – Dziewczyna się uśmiechnęła.
- Dawaj plany! – Cortez wyciągnął nóż i przyłożył dziewczynie do gardła. – gdzie one są!
- Ma je dowódca tutejszego garnizonu.
Cortez zawył, podszedł do dziewczyny – poczuła zimną stal na gardle, zaczęła skomleć. Cortez wsadził język w jej usta, całowali się chwilę. Dziewczyna opadła bez tchu z poderżniętym gardłem.
Cortez skierował swoje kroki do portu.
*

Wóz zbliżał się do zachodniej bramy miasta Alai’Rain. Brama była masywna,, podobnie jak mury. W skałach powstały wyżłobione wieże. Na murach stacjonują łucznicy.
- Otwórzcie nam przyjaciele! – Tunas krzyknął do stróżówki.
- Czego chcecie nieznajomi!
- Jedziemy do Kul! Chcieliśmy u was przenocować!
Brama otworzyła się z cichym zgrzytem. Wóz wjechał, ale strażnicy patrzyli nieufnie wykorzystując każdą okazję do zaglądnięcia do środka.
Wóz zatrzymał się na placu głównym. Tunas oddał konia stajennemu, zapłacił gwardziście za ochronę wozu, a on sam z resztą udali się do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”. Przy wejściu zostali napadnięci przez Czarnych Rycerzy.
- Kogo my tu mamy… Obcy nas odwiedzili. Dokąd się wybieracie?
- Do Kul
- A w jakiej sprawie jeśli można wiedzieć? – jeden z trzech czarnych rycerzy przesłuchiwał Tunasa, Sokoła, Alana i Arielle.
- interesy, interesy
- dobra idźcie, ale pamiętajcie mamy na was oko!
Czwórka poczekała aż strażnicy odejdą.
- Co tu robią wojska cesarskie?
- Musimy ruszać jak najszybciej do Kul. Źle to widzę – Tunas zaczął się zamartwiać.
- Zostaniemy tu jedną noc i wyruszamy.
Wszyscy się zgodzili. Wynajęcie pokoi trwało chwilę, a że zbliżał się wieczór to nikomu nie chciało się już włóczyć. Tunas przesiadywał w karczmie razem z Sokołem, a Alan w pokoju rozmyślał nad swoją przyszłością. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. W progu stała Arielle.
- Mogę wejść? – Arielle się uśmiechnęła
- A masz ochotę stać w progu? – Alan zapytał ironicznie, Arielle pokręciła przecząco głową.
Chwilę później już oboje stali koło łóżka całując się namiętnie. Alan zdjął z Arielle bluzkę – jego oczom ukazała się para jędrnych piersi. Alan całował je namiętnie co jakiś czas drażniąc jej cudowne, sterczące sutki. Chwilę później kochali się jak opętani – on z fantazjami, ona z marzeniami. Młodzieńcza miłość przerodziła się w prawdziwy związek.
*

- Ty jesteś Dante Cortez? – trzech czarnych rycerzy otoczyło korsarza przy wyjściu z portu.
- Zależy kto pyta – Cortez położył powoli dłoń na jataganie.
- My pytamy, idziesz z nami!
Pierwszy rycerz chciał złapać korsarza, ale ten wyciągnął ze zgrzytem miecz rozcinając brzuch napastnikowi – padł na ziemie. Zaraz obok niego pojawiła się kałuża krwi otoczona wnętrznościami. Dwóch strażników rzuciło się na Corteza, ten jednak nie zdołał się obronić. Padł ranny na ziemię.
- Słyszysz? Zabieramy cię do szefa – Cortez tylko jęknął.
*

Alan ubrał się i wyszedł – musiał się przejść. On i Arielle parą. Nie wiedział co się dzieje, jednak był szczęśliwy, szczęśliwy tak jak nigdy. Alan tak rozmyślając zauważył jak dwaj strażnicy cesarscy niosą pewnego człowieka w stronę koszar. Chłopak pobiegł w ich kierunku.
- Panowie! Wybaczcie, że tak późno, ale chciałem się zapytać o drogę do karczmy „Pod Gnijącym Masztem”.
- Po pierwsze szczylu jest godzina policyjna, więc wynocha do strefy w skale. Karczma jest na lewo od tamtego wejścia.
- Którego!? Tam jest ich bardzo dużo!
Strażnik puścił wpółprzytomnego człowieka i stanął obok Alana – tam bękarcie widzisz? Tamto wejście – Strażnik pokazał palcem jedno z lepiej widocznych wejść. W tym momencie Alan dotknął dłonią strażnika.
- Furia, Infidel – Purpurowy promień rozciął strażnika na dwie części. Wnętrzności spłynęły na ziemię wraz z całą krwią. Wysuszone połówki ciała walały się gdzieś pod nogami.
Drugi strażnik zareagował natychmiast, sięgnął po miecz, ale pochwa była pusta. Obrócił głowę, za nim stał rosły pirat.
- Co do… – Strażnik nie skończył – został przebity swoim własnym mieczem i jedyne co mu się udało to wydanie z siebie kilku kiepskich jęków.
- Jestem Dante Cortez, dzięki za pomoc. Gdyby nie ty chłopcze to bym gnił martwy na dywanie tych przebrzydłych cesarskich strażników.
- Jestem Alan, resztę sobie wyjaśnimy w bezpieczniejszym miejscu.
Alan wraz z Cortezem i resztą stał w swoim pokoju. Wszyscy wymieniali poglądy na temat przyszłej sytuacji tego miasta. Korsarz opowiedział o szturmie na Alai’Rain.
- Co zrobimy w tej sytuacji? Nie dostaniemy się do Kul tak łatwo…mamy problem – Tunas zastanawiał się jak wybrnąć z tej kiepskiej sytuacji.
- Hej Alan – Cortez zawołał dzieciaka – jesteś Oprawcą Dusz? – Alan popatrzył na Tunasa, ten kiwnął głową.
Tunas wstał.
- Cortez słyszałeś o Oprawcach Dusz? – Cortez potwierdził – Wiesz o co walczymy?
- Wiadomo, że o dziedzica i o tron. Dziedzic odszedł dawno temu, rządzi najgorsza osoba na świecie.
W tym momencie Alan wyciągnął Kamień Dusz. Corteza zamurowało.
- To, to, to jest dziedzic. To znaczy, że ….
ALARM, ALARM !!!
Wszyscy wybiegli na zewnątrz. Wielka armia stała przed zachodnią bramą.
- Łucznicy na mury, piechota pod bramę. – niskiej postury człowiek dowodził akcją. Był to generał Kalhag
- Armia cesarska? pod murami? – Kalhag nie wiedział co się dzieje. – O nie… – ludzie zabić wszystkich żołnierzy ces… – Kalhag zaczął się krztusić, jego gardło zostało przebite przez bełt. Zobaczył sprawcę. Szła spokojnie. Była bardzo ładną kobietą. Owinięta czarnym płaszczem, nie miała hełmu. Na czarnej zbroi miała cztery paski koloru złotego. W jednej ręce miała kuszę, w drugiej lancę.
- Lady Serafy – zacharczał Kalhag – zhhhabhhighć whogkhów – Żołnierze stacjonujący za bramą rzucili się na wojska cesarskie.
Tunas z Arielle pobiegli w kierunku stajni. Stajenny leżał poszlachtowany, wozu nie było.
*

Sokół naciągnął dwie strzały na cięciwę – bez problemu trafił w nadchodzących czarnych żołnierzy. Alan odciął jednemu napastnikowi głowę, drugi stracił tylko rękę. Cortez nie był taki uprzejmy – wywijał swoim jataganem roznosząc przy tym kilku przeciwników na raz.
- Cortez, możemy odpłynąć twoją łodzią? – Alan właśnie odbił mieczem nadlatującą strzałę.
- Chodźmy – Cortez wskazał kierunek. Drogę jednak zagrodził im wojownik ubrany w czarną pelerynę. Miał na pelerynie cztery czerwone paski.
- Mag Krwi – Cortez splunął na ziemię. Mag wziął i zgniótł czarny, okrągły klejnot. Jego ciało pokryło się czarną, lekką, płytową zbroją. W jego ręce błysnął czarny miecz.
- Jak to jest możliwe – Alan był zdziwiony, nie wiedział co się dzieje! Podobno mitem jest przyzwanie całego ekwipunku…
- Zostaw to mnie Al! – Cortez wysunął się naprzód
- Cortez ty nie…
- Ku chwale niebios, Jayadar – Dante wyszedł w lśniącej, białej płytowej zbroi z gigantycznym toporem. Mag Krwi rzucił się na niego. Cortez jednym ruchem przepołowił napastnika.

*
Arielle biegła wraz z Tunasem przez plac pokryty trupami. Rycerze z garnizonu padali pod naciskiem wojsk cesarskich.
- Tunas! – Mroczna, zakapturzona postać stanęła na środku rynku.
- Eldigard V – Twarz Tunasa zbladła – uciekaj Arielle, uciekaj.
- Nie widzieliśmy się tyle czasu przyjacielu. Wiesz po co tu jestem. Nie uciekniecie.
- Się okaże stary druhu, na razie to mamy coś do załatwienia. – Eldigard wysunął rękę z czarnym kamieniem w kształcie krzyża. Zgniótł go w ręce
- Śmierć wrogom, Kaz’Amath – Tunas popatrzył na zapłakaną Arielle.
- Nagg’Thar, znasz me myśli, wiesz co masz robić – kryształ Tunasa rozpadł się na pół, po czym się ulotnił.
- NIEEEE! – Arielle widziała jak z ręki Eldigarda wychodzi czarny słup – długi na dwanaście metrów. Przebite ciało Tunasa upadło z głuchym trzaskiem na ziemię.
Eldigard pokierował swe kroki w stronę Arielle.

Rozdział 5. „Żałoba pośród fal”

Arielle była przerażona, napastnik coraz bliżej. Eldigard wzniósł rękę do góry przygotowując się do cięcia.
- Arielle, padnij! – Dziewczyna nie dała się prosić. Szybko rzuciła się pomiędzy ciała leżące na ziemi. Eldigard nie trafił.
- To tylko kwestia chwili, jak się do ciebie dobiorę ślicznotko – Eldigard wypatrzył Arielle wśród zwłok – podniósł rękę do góry.
- Arielle, kręć się w lewo – Szybkim obrotem uratowała się przed zagładą. Eldigard się wściekł. Skrócił snop mrocznego światła w bardziej poręczną katanę. Ruszył w kierunku dziewczyny.
*
- Kim ty jesteś Cortez? – Alan właśnie przeciął na pół dwóch przeciwników.
- Jestem Oprawcą Dusz, tak jak ty – Cortez ignorował dociekliwość Alana. Jednym cięciem pozbawił sześciu przeciwników głów.
Alan nie wiedział co ma robić – przeciwników było za dużo, miał ogromne problemy z odbijaniem strzał, broni przeciwnika i unikania wymachów Corteza.
*

Sokół był już w porcie, stało tam wiele łódek, niektóre w lepszym, niektóre w gorszym stanie.
- To była łódka Corteza – Sokół dotknął spalonej łajby. – Co to jest – Patrzył na ślady krwi idące od łódki do wejścia. Przy wejściu jednak nie było śladów więc… Szybkim ruchem rąk elf wyciągnął gladiusy i odbił lecące bełty. Runy zaczęły świecić się na zielono.
- Proszę, proszę jaki przystojny elf… – Młoda, ubrana w podniecający strój kobieta z czarnymi włosami szła eleganckim krokiem w kierunku Sokoła.
Sokół był przerażony.
- Potępione Lance – Sokół nie odwracając wzroku wyjąkał.
- Pełnie akurat funkcję oficera – mówiąc to kobieta schowała kuszę i wyciągnęła bardzo długą lancę. – zabawimy się trochę elfie.
*

- Ratunku, proszę nie rób mi krzywdy – Arielle patrzyła zapłakanymi oczyma wprost w twarz Eldigarda.
- Skończ skomleć. Nie mogę mieć litości! Nie mogę! – Eldigard wziął zamach, chwycił Arielle za włosy i pociągnął jej głowę do góry – Musisz umrzeć!
- Arielle, Arielle wypowiedz moje imię, Arielle – Arielle usłyszała znajomy głos.
- Nagg’Thar – Dziewczyna powiedziała sama do siebie.
W ręce Arielle pojawił się długi, kolczasty, niebieski bicz. Chwyciła rękę napastnika i wydostała się z objęć nieprzyjaciela.
- To komplikuje sprawę! – Eldigard przyjął postawę obronną, wystawił nogę do przodu.
Patrzyli sobie w oczy – Mroczna postać rzuciła się w kierunku Arielle. Dziewczyna, jakby kierowana jakąś dziwną mocą, uskoczyła na bok – dało się usłyszeć trzask bicza. Eldigard się zatrzymał – popatrzył w niebo – jego głowa spadła z ramienia w towarzystwie wodospadu krwi.
*

Alan patrzył na Arielle ze zdziwieniem, ale i z radością. Był w niej zakochany.
- Alan! – Cortez wołał chłopaka – ruszamy do portu! – Mężczyźni zniknęli w odmętach ciemności.
*

Sokół parował wszystkie uderzenia przeciwnika. Oboje tańczyli w tańcu śmierci – wiedzieli jednak kto wygra. Sokół został podcięty przez drzewiec, upadł z głuchym trzaskiem na ziemię. Nie umiał się ruszyć – słyszał tylko rytmiczny stuk obcasów zmierzający w jego stronę.
*

- Panienka dokądś się wybiera? – Arielle się obróciła, głos był straszny, chropowaty. Za nią stał potężny, odziany w strasznie grubą zbroję i przykryty czarnym futrem mężczyzna. Na głowie miał koronę osadzoną rubinami. W jednej ręce dzierżył gigantyczny miecz, w drugiej berło.
- Ty, ty jesteś… – Arielle nie wiedziała co powiedzieć, jej oczy drgały.
- Jestem Amneristus, cesarz Amneristus – Arielle zrozumiała, przed nią stał mężczyzna odpowiedzialny za wszystkie cierpienia, za wszystkie śmierci.
Cesarz schował broń i zaczął zbliżać się do dziewczyny. Arielle nie wiedziała co zrobić – wzięła potężny zamach i trzasnęła biczem. Nie podziałało – końcówkę bata trzymał Amneristus.
- Musisz się bardziej starać – Pociągnął za końcówkę – Arielle upadła na ziemię. – Zabawimy się słonko…
Arielle zaczęła krzyczeć.

Alan usłyszał coś niepokojącego – zauważył ogromnej postury człowieka trzymającego pod butem dziewczynę.
- Cortez czekaj, muszę ratować Arielle! – Alan rzucił się w stronę ukochanej. Amneristus to zauważył, kiwnął ręką. Grupa żołnierzy z gigantycznymi lancami zagrodziła mu drogę. Alan patrzył z przerażeniem w oczy Arielle. Widział, jak napastnik zdziera z niej ubranie. Chwycił nagą Arielle i zaczął ją gwałcić.
Alan zawył, słyszał jęki Arielle. Słyszał jak prosi by skończył. Amneristus zignorował to – rzucił młodą dziewczynę na ziemię, rozchylił jej nogi i kontynuował okrutny akt. Arielle zaczęła wrzeszczeć.
Członkowie Potępionych Lanc uśmiechali się w stronę Alana. Jego myśli zaczęły płonąć, rzucił się w stronę przeciwników.
- Nie Alan, jej już nie pomożesz – Cortez chwycił Ala za koszulę i odciągnął. Alan i Cortez widzieli jak Amneristus podnosi do góry obciętą głowę krzycząc triumfalnie, głowę Arielle. Alanowi zrobiło się niedobrze, razem z Cortezem rozpoczęli bieg w stronę portu. Od tego miejsca dzieliło ich tylko kilka metrów. To co ujrzeli było straszne.
- Sokół! Sokół! – elf był trzymany za włosy przez piękną kobietę ubraną na czarno. – Coś ty mu zrobiła zdziro!
- Dlaczego tak brzydko się do mnie odnosisz? – Lady Serafy przyłożyła swoją twarz do twarzy elfa oblizując jego policzek i muskając językiem jego wargi.
- Alan, panie! – Sokół wykrztusił kilka słów – to był zaszczyt służyć u twego boku dziedzicu! – Alan usłyszał głuchy trzask – ciało Sokoła wpadło do morza. Nie mógł przeżyć – miał skręcony kark.
Pani Oficer rozpoczęła swój dostojny, pełen wdzięku marsz w stronę Corteza i Alana. Trzymała lancę w pogotowiu.
Alan obrócił się – ujrzał wbiegającą armię, byli już w porcie.
- Nie macie dokąd uciec moi piękni panowie – Serafy była jeszcze tylko kilka kroków od celu.
Alan nie wierzył w to, że może przeżyć, nie wierzył w ratunek.
- Wchodźcie ludzie, natychmiast ! – Cortez spojrzał w górę – mały krasnolud z jasnymi włosami i jasną brodą rzucił im linę. Siedział w dużym statku latającym napędzanym magią. Nie musieli się długo namyślać. Chwilę potem patrzyli na powoli oddalające się miasto. Nie dosięgały ich nawet bełty, ani strzały.

*
- Wycofać się wszyscy! Natychmiast do środka! – kiedy ostatni żołnierz wszedł do skały, strażnicy zabarykadowali przejście.
- Panie! – czarny rycerz podjechał do króla – weszli do skał, tam ich nie dostaniemy!
- Generale Najwyższy Potępionych Lanc – Baronie Shaveskin, zabierz ludzi i przechodźcie przez północną bramę. Kierunek Kul.
- Tak panie, tak się stanie! – Shaveskin zebrał chorągwie i patrzył na oddalającą się przełęcz Alai’Rain.
- Pozbyłaś się go? – Amneristus rzucił pytanie w ciemność
- Tak mój panie – kobiecy głos doszedł z ciemności.
- Lady Serafy – kobieta podeszła do cesarza i go pocałowała – elfy bez swojego króla będą łatwym łupem.
- Co z nimi? – Serafy wskazała na skałę – trzeba się ich pozbyć jak najszybciej.
- Amneristus wyciągnął klejnot koloru czarnego w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Delikatnie go zgniótł.
- Wiesz co masz robić, Amon’Sul – Wielka skała będąca ostatnim bastionem obrońców Alai’Rain poczęła się osuwać. W pewnym momencie kilkuset metrowa opoka rozpadła się na dwie części wpadając do rozryczanego morza.

Rozdział 6. „Nowy cel”

Statek leciał nad zimnym, niebieskim Morzem Alai’Ar. Temperatura była lekko dodatnia. Mróz wszystkim dawał się we znaki. Machina latająca nie była duża, spokojnie jednak mieściło się w niej dwanaście osób. Na pokładzie było tylko pięć. Przy burtach wysokich na dwa metry były ustawione ławy zrobione z drewna. Miały one długość kilku metrów. Wejście do mesy było przestronne, okute żelazem. Ster stał za ławami, miejsce dla sternika było otoczone wysoką ścianką.
- Dobra robota! udało nam się was wyciągnąć z tego bagna! – Jasnowłosy krasnolud powiedział przerywając głuche milczenie! Cortez obrócił twarz w jego kierunku.
- Kim ty jesteś? Dlaczego nas uratowałeś? – Alan także obrócił głowę, był smutny. Jeszcze wczoraj kochał się z najpiękniejszą kobietą, najbardziej kochaną. Oddał jej całe serce, a potem musiał patrzyć jak cesarz podnosi jej odrąbaną głowę. Cortez kontynuował – może zechcesz nam wyjaśnić kilka spraw?
- Oczywiście panie Cortez – Nazywam się Kayerg, jestem krasnoludem z północnych lądów. – Krasnolud nie odrywał wzroku od horyzontu – jesteśmy członkami Zakonu Spalonych Ostrzy. Musie… – Cortez sięgnął po jatagan i rzucił się na krasnoluda. Ostrze zatrzymało się milimetr przed gardłem małego wojownika.
- Cortez co ty robisz? – Alan nie wiedział co się dzieje – On nas uratował!
- Zakon Spalonych Ostrzy! Już bym wolał trafić w łapska cesarza, niż siedzieć z kimś takim w jednej maszynie! – Cortez już pluł gdy mówił.
- Masz rację korsarzu, nie jesteśmy wzorowym przykładem… – Krasnolud patrzył na Corteza.
- O co chodzi Cortez, możesz mi to wyjaśnić? – Alan patrzył na korsarza jak na niezrównoważonego psychicznie człowieka.
- Chcesz wiedzieć Al? – Cortez odwrócił wzrok. W jego oczach tkwił obłęd – Alan, proszę, poznaj morderców, morderców twoich rodziców.
*

- Witaj Baronie Shaveskin, jak tam wojska? – Shaveskin był człowiekiem mądrym, aczkolwiek brutalnym. Miał długie, siwe włosy, twarz zeszpeconą bliznami. Nosił na plecach wielki claymore z wyrytymi nań runami. Kochał czytać, miał wiele ksiąg. Cały czas, mimo swojego wieku kształcił się także w szermierce. Odziany był w czarną zbroję płytową ozdobioną dwiema skrzyżowanymi, złotymi lancami. Nosił czarne spodnie ponabijane kolcami.
- Wojska… wojska są gotowe do walki. Nasi zwiadowcy donoszą, że do Kul zostało tylko pięć dni drogi. – Shaveskin chodził z lewej strony do prawej. Nie umiał ustać w miejscu. -
Mamy dziesięć tysięcy łuczników, dwadzieścia tysięcy pikinierów. Oddział mieczników liczy czterdzieści tysięcy, lekkiej jazdy jest dwa tysiące, ciężkiej półtora tysiąca.
- Powiedz mi, ilu członków liczy moja najukochańsza malutka armia? – Shaveskinowi zadrżała szczęka. – Potępione Lance – 149 żołnierzy.
- Kto zginął? Kiedy zginął? – Cesarza ogarnęła wściekłość.
- Sierżant Wschodniej Flanki Regimentu Drugiego Chorągwi Alvarionu Potępionych Lanc – Selirtus Sadas – Shaveskin cofnął się kilka kroków.
- Kto zabił Selirtusa Shaveskin, kto! – Amneristus zmrużył oczy, mocno poczerwieniał na twarzy.
- Alan, chłopak ze wsi, Oprawca Dusz.
- Alan, ze wsi – Amneristus zadygotał, teraz zrozumiał – Dziedzic! Baronie! ruszamy do Kul, natychmiast!

*

- Jak to zamordowali? Nie rozumiem! – Alan był wściekły, nigdy nie rozumiał, zawsze ktoś mówił do niego niezrozumiałym językiem.
- Alan, chodzi o to, że Zakon Spalonych Ostrzy przysiągł chronić króla i królową razem z Oprawcami Dusz. Zawiedli – podczas ataku na twojego ojca stali i patrzyli jak jeden z Oprawców zabija władcę.
- Amneristus – Alan powiedział sam do siebie.
- Zgadza się, mówię o aktualnym cesarzu.
- Weź ten miecz korsarzu, to wcale tak nie było – Kayerg spojrzał w oczy korsarzowi – istotnie, zawiedliśmy, ale tylko dlatego, że dostaliśmy fałszywe rozkazy. Podstawiono sztucznych zakonników na nasze miejsce, nas wysłano w teren. Gdy dowiedzieliśmy się, że władca nie żyje to natychmiast zawróciliśmy. Niestety to była pułapka. Kilkoro z nas uszło z życiem, resztę wyrżnięto. Teraz mamy siedzibę w Kul – miasto jest przygotowane do obrony. Mam nadzieję, że zdążymy przed cesarzem.
Przez kilka godzin wszyscy ze sobą rozmawiali, jedli i pili. Kayerg uczył Alana walki wręcz, Cortez uczył go jak używać Demona Duszy.
- Alan…Wyczuwam w pobliżu Nagg’Thara…O co chodzi? – Alan się zdziwił, co tu może robić Demon Tunasa?
Nagle niebieska, żywa zbroja pojawiła się na pokładzie statku, wszyscy podskoczyli.
- Jestem Nagg’Thar – Postać odparła mrocznym, potężnym i donośnym głosem – nie musicie się obawiać – Tunas przed śmiercią złamał klejnot.
- To wszystko wyjaśnia – Cortez wstał – gdy Oprawca Dusz łamie klejnot na dwie części to uwalnia swojego Demona Duszy. Taki uwolniony Demon ma dwie opcje – albo powróci do swojego środowiska i połączy się z wszechobecną energią, albo zostanie w naszym świecie.
- Zgadza się, Tunasa życzeniem była ochrona Alana. Jednak próbowałem pomóc Arielle – Alan spuścił głowę – wymusiłem na niej przyzwanie mnie. Tak czy siak nie mogłem odejść, byłem związany paktem z Tunasem. Teraz jestem związany z Alanem i tylko, powtarzam tylko on może mnie odesłać.
Wszyscy patrzyli ze zdziwieniem na potężną istotę – Miała na sobie niebieski kirys, płytowe, niebieskie spodnie i takie same buty. Z ramion zwisały strzępy czarnej peleryny. Hełm przypominał wyglądem twarz trytona. Oczy błyskały się żółtym blaskiem. Przez plecy przewieszony miał czarny koncerz, na ramieniu miał łańcuch – niektóre ogniwa robiły za kolce.
Nagg’Thar opowiadał swoje przygody, które przeżył wraz z Tunasem. Kayerg też często uczestniczył w rozmowie z racji tego, że dobrze się znał z byłym władcą Nagg’Tara.
Słońce zaczęło powoli zachodzić rzucając pomarańczową poświatę na taflę morza.
- Wiesz co Nagg? – Krasnolud popatrzył na chodzącą zbroję – Jest pewien problem… chodzi o to, że nie powinieneś wchodzić no… w ten sposób do miasta – Kayerg popatrzył na Demona.
- Wiem o co ci chodzi, już to zmieniam – Błysnęło niebieskie światło, w miejscu w którym stał przed chwilą Nagg’Thar znajdowała się mała świecąca kulka latająca w raz w lewo, raz w prawo – tak lepiej? – głos Nagg’Thara dochodził jakby z oddali.
- O wiele lepiej, o wiele.
Alan wreszcie ujrzał Kul – było piękne. Miasto otoczone było strasznie grubym murem z flankami i basztami. Wieże, tak jak wszystkie inne budowle były budowane na planie kwadratu lub prostokąta. Umocnienia miały szary kolor. Pomiędzy basztami znajdowały się specjalne koła – mur w tych miejscach był grubszy – właśnie pośrodku tych rozszerzeń stały trebusze. Miasto samo w sobie postawione było na planie kwadratu – było gigantyczne. Po środku stały dwie wielkie, szare, bliźniacze wieże po których spływały srebrne wstęgi. Był to pałac królewski – teren wokół niego także był otoczony murem i nazwany był Dziedzińcem Panów.
Cortez, Alan i Kayerg zjechali po linach obok Kul – w małym lasku kilkaset metrów od bramy głównej. Reszta załogi zabrała statek w bezpieczne miejsce.
- To jest brama główna – Krasnolud wskazywał na sporych rozmiarów lukę w murze. Miasto nie miało fosy, za to brama posiadała dwie pary krat i okute, drewniane drzwi – bardzo masywne. Przy wejściu paliły się dwie latarnie. Na murach można było dostrzec wielu strażników oświetlonych pochodniami.
- Chcielibyśmy wejść do miasta – Kayerg podszedł do strażnika. Miał on na sobie podstawowy ekwipunek żołnierza Kul’skiego. Zbroja płytowa koloru białego przewinięta złotą togą. Hełm garnczkowy nadawał tylko niesamowitego wyglądu strażnikowi. W jednej ręce trzymał długą pikę, w drugiej pawęż. Spodnie również miał płytowe, tak jak buty.
- W jakim celu do miasta? Spodziewamy się szturmu cesarskich wojsk, więc nie każdy może wejść! – Dwóch strażników podeszło do drużyny Alana trzymając ręce na rękojeściach od gladiusów.
- To jest – Kayerg wskazał Alana palcem – dziedzic tronu – Strażnik się zaśmiał.
- Ten szczyl dziedzicem tronu? Taa… ja jestem piękną, cycatą blondyneczką i mam…. – Alan pokazał strażnikowi Kamień Duszy. – No chyba, że…Brać ich! To są szpiedzy Amneristusa! – Strażnicy dobyli mieczy i rzucili się do ataku.
- Stać bękarty! – Żołnierze wyprostowali się na baczność i schowali broń. Głos, który przemówił był pełen spokoju i niebezpieczeństwa – macie ich wpuścić natychmiast!
- Tak panie! – Rycerz ubrany tak samo jak strażnicy podszedł do Alana – jestem Alvar Karhig, kapitan straży Kul. Wybaczcie za niemiłe powitanie, ale musimy zachowywać wszelkie środki ostrożności. Słyszeliśmy o napaści na Alai’Rain, straszna historia – Grupka była już za bramą. Miasto było piękne. Drogi rozchodziły się wzdłuż murów, tylko główna droga prowadziła od bramy miasta do bramy Dziedzińca Panów. Co kilka metrów stała latarnia oświetlająca drogę i nadająca niesamowity wygląd miastu. Domy były budowane w podobnym stylu do wież i murów. Była jedna, masywna podstawa, część dachu zajmowało kolejne piętro. Z każdego domu zwisały zielone rośliny. Ogrody były prześliczne. Alan szedł i zastanawiał się, czy tu kiedykolwiek powróci.
- Wiele żołnierzy patroluje miasto – Kayerg mówiąc to patrzył na patrol złożony z dziesięciu żołnierzy i jednego sierżanta. – udaje się zachować bezpieczeństwo?
- Niezupełnie. Dostajemy coraz więcej informacji o napadach i morderstwach. Król Palsir nie jest w stanie zapobiegać wielu wypadkom. W tym niegdyś spokojnym mieście zaczyna szerzyć się anarchia. – Przeszli jeszcze kilka kroków, po czym skręcili w lewą odnogę. Doszli do całkiem ładnego i dużego budynku. Przy wejściu widniał szyld „ Pod Karwaszem Demona” – tu będziecie nocować. Jutro rano spotkacie się z Królem Palsirem. Dowidzenia. – Alvar Karhig odszedł w kierunku koszar, Alan i reszta weszli do gospody. W środku było bardzo przyjemnie. Ściany pomalowane były na zielono i ozdobione były złotymi wzorami. Sufit – jak to w każdej karczmie bywa – był zrobiony z drewnianych pali i belek. W tym wypadku jednak były one o wiele lepiej przyozdobione i był to o wiele lepszy gatunek drewna, podobnie podłoga. Gospoda miała dwa piętra i parter na którym to właśnie stały stoły i tu właśnie karczmarz nalewał trunki. Dwa piętra zawierały sypialnie, szło się do nich wąskim korytarzem. Cała góra była zrobiona z drewna. Pokoje były małe – jednoosobowe – tylko po to, aby z ludzi ściągnąć pieniądze. W środku było jedno łóżko, dwie świece, szafa. Alan dostał pokój z oknem na główną aleję.
- Idziemy się napić, co ty na to mój przyjacielu? – Kayerg razem z Cortezem zeszli na dół i przysiedli sobie przy ladzie.
Alan nie miał nastroju do żartów, musiał wyjść na chwilę, musiał się przewietrzyć. Szybko podjął decyzję, natychmiast opuścił karczmę. Nikt, nawet Cortez nie zauważył wychodzącego chłopaka.
Na dworze było ciepło i co najważniejsze nie było wiatru. Alan skierował swe kroki w kierunku wewnętrznego muru – Dziedzińca Panów.

*

- Baronie Shaveskin, ktoś do pana – gwardzista odchylił zasłonę z namiotu. Czarna, zakapturzona postać weszła do aktualnej posiadłości Shaveskina. Baron spojrzał na dziwnego przybysza i sięgnął ręką po miecz. Postać zdjęła kaptur – oczom Barona ukazała się piękna kobieta.
- Lady Serafy – Baron popatrzył ze zdziwieniem na młodą, piękną dziewczynę – czym mogę służyć o tak późnej porze?
- Jest pewna koncepcja panie, chodzi o tego chłopca – Alana.
- Co w związku z nim? Czy on jest groźny? – Baron patrzył podejrzanym wzrokiem na kobietę.
- Aż za bardzo, należy go zlikwidować – Lady Serafy podeszła bliżej – jest bardzo niebezpieczny, może nas zniszczyć.
- A co w nim jest takiego niebezpiecznego? Przecież Amneristus jest dziedzicem tronu. Widziałem jego Kamień Duszy, zawsze mu wiernie służyłem.
- Powiedzmy, że cesarz jest dziedzicem tronu – Serafy klęknęła przed Shaveskinem i zaczęła zdejmować jego spodnie – ale ten chłopak jest niebezpieczny – Lady posunęła się trochę dalej.
- Co jest takiego niebezpiecznego w tym chłopaku? W jaki sposób szesnastoletni dzieciak może grozić dziedzicowi? – Serafy podniosła głowę, zdjęła bluzkę. – chodzi o to, że ten chłopak jest dziedzicem, a nie Amneristus. – Serafy już miała zabrać się do roboty, lecz padła nieprzytomna na ziemię. Shaveskin ubrał spodnie. Nie wierzył w to co usłyszał – cały czas był okłamywany. Wmówiono mu, że cesarz to dziedzic. Pamiętał nawet słowa przysięgi
Choćbyśmy śmierć ponieśli w boju,
Choćbyśmy gnili w kupie gnoju,
Przysięgamy, że jesteśmy gotowi,
Życie oddać dziedzicowi.
Słowa piękne, ale puste. Wszyscy tu są jednymi wielkimi oszustami. Shaveskin popatrzył na nagą piękność leżącą na ziemi.
- Wybacz Serafy, przysięgałem – Shaveskin przewiesił Claymore przez plecy wcześniej nakładając zbroję.
Strażnicy popatrzyli się z dumą na Shaveskina wychodzącego z namiotu.
- Co to jest! – Baron wskazał palcem miejsce na prawo od jego namiotu
- Gdzie, gdzie! – strażnicy natychmiastowo się obrócili. Chwilę później ich głowy udekorowały ziemię. Baron zaciągnął trupy do namiotu dokładając śpiącej kobiecie kopniak w twarz. Shaveskin wyszedł z namiotu i pokierował się w stronę stajni. Wejścia pilnowało trzech żołnierzy.
- Biorę mojego konia – Baron podszedł do wierzchowca.
- Nie wolno opuszczać obozowiska panie – rozkaz cesarza!
- Mam gdzieś cesarza! – Koń ruszył z impetem przed siebie. Shaveskin jednym cięciem odrąbał trzy głowy. Odjechał z wielką prędkością w mrok.
- Do Kul dzień drogi stąd, musze spowolnić armię! – Shaveskin popatrzył na stajnię, łzy mu popłynęły. Jednym, zgrabnym ruchem wyciągnął lancę:
- Morderczy Podmuch, Naczelna Lanco Ulithar – wielki, niewidzialny podmuch zwiał kilka namiotów, zniszczył stajnię i pozabijał wszystkie konie.
- Miesięczna Posługa, Naczelna Lanco Ulithar, Cel: Kul – Shaveskin zniknął w mrocznej otchłani nocy.

*

Alan usiadł na pobliskiej ławce rozmyślając nad swoim losem. Jeszcze dwie godziny do północy – Alan przypomniał sobie chwilę z Arielle, chwile w jego pokoju. Wciąż widział jak urżnięta głowa Arielle jest podnoszona przez Amneristusa. Alanowi pociekły łzy.
- Co, mały chłopczyk się zgubił? – Alan popatrzył na trzech ludzi stojących za nim – my pomożemy znaleźć drogę… – Alan sięgnął za pazuchę, kryształu nie było – zostawił go w pokoju. Alan przeskoczył przez ławkę i zaczął biec przed siebie. Obrócił się, widział jak trójka napastników go goni, wiedział, że prędzej czy później go złapią. Nie patrzył gdzie jest, skręcił w lewo. Słyszał ciągłe ujadanie biedoty tego miasta. Napastników było więcej.
- Brama! Tam będą straże! – Alan zatrzymał się w miejscu. Wszędzie były budynki, wszędzie były ścieżki. Zgubił się.
- No, no, no kogo my tu mamy, nasza mała zguba. Chodź się przytul do tatusia, no chodź – Stary, bezzębny dziad wystawił swoje brudne łapska i chciał chwycić Alana. Al wiedział, że nic nie poradzi. Był zdany na łaskę i niełaskę hołoty. Zamknął oczy, czuł smród bezdomnych. Wiedział, że to już koniec, nie chciał takiej śmierci. Nagle usłyszał wrzask, otworzył powieki i ujrzał napastnika, ale z odciętymi rękami. Z obu jego kikutów tryskała krew, biedak w krzyku upadł na ziemię. Alan zobaczył teraz swojego obrońcę – starszy mężczyzna, miał na sobie czarną zbroję – Alan zamarł, po jego skroni spłynęła strużka potu. – Potępione Lance – Alan krzyknął mimo woli po czym rozpoczął paniczną ucieczkę między domami

*

- Jak to nie ma? Gdzie on jest? – Cortez był zrozpaczony – Musiał wyjść niedawno!
- Dwadzieścia minut temu opuścił pokój – Mała, świecąca kulka przemknęła za głową korsarza.
- Nagg’Thar wiesz coś jeszcze? – Cortez był bardzo podenerwowany. O tej porze po ulicach Kul może włóczyć się wiele niebezpiecznych ludzi.
- Niestety to wszystko. – Nagg’Thar zatrzymał się w miejscu
- Dobra, zawiadom Kayerga! – Nagg’Thar zniknął za drzwiami. Cortez pobiegł do swojego pokoju, zabrał broń i kryształ. Sprawdził jeszcze szafkę Alana, wziął fioletowy Kamień Dusz i wybiegł.
*

Alan nie wiedział gdzie biegnie, wszystko wyglądało tak samo. Nie wiedział którędy do gospody, nie wiedział którędy do bramy. Także żadnego strażnika nie było w okolicy.
Po kilku chwilach Al zatrzymał się by złapać oddech. Oparł się o ścianę i powoli osunął się na ziemię. Zdawało mu się, że coś usłyszał. Obrócił głowę w lewo i zobaczył stalową lancę lecącą z gigantyczną prędkością, nie miał siły by krzyknąć. Nagle usłyszał głośny chrupot i poczuł na sobie krew. Powoli obrócił głowę za siebie i zobaczył młodego, szpetnego mężczyznę z nożem w ręku – człowiek upadł. Chwilę potem usłyszał kroki.
- Ty jesteś Alan prawda? – Mężczyzna który uratował mu życie był członkiem elity – Potępionych Lanc.
- Tak, ja jestem Alan – Chłopak nie miał innego wyjścia, musiał powiedzieć swoje imię.
Nagle stało się coś nieoczekiwanego – cesarski pomiot upadł chłopakowi do stóp.
- W imię wszystkich bogów proszę Cię o łaskę Alanie – dziedzicu tronu tego królestwa. Przyjmij mą służbę, mój miecz i moją lancę na znak zadośćuczynienia za moje poprzednie winy.
Alan nie wiedział co zrobić, wstał i ujrzał Corteza, Nagg’Thara w zbroi i krasnoluda.
- Co tu się dzieje? – Cortez wyszedł mierząc jataganem w czarnego rycerza – kim jesteś!
- Baron Shaveskin, były Generał Naczelny Kawalerii Potępionych Lanc – Shaveskin się nisko skłonił.
- No, panie Baronie – Kayerg podszedł do Shaveskina mierząc w niego wielkim, dwuręcznym toporem – Chyba mamy do pogadania – Baron Shaveskin padł nieprzytomny na ziemię.

*

- Co tu się dzieje? Jak to możliwe, że wszystkie konie są martwe! Gdzie jest Shaveskin! – Amneristus był niesłychanie wściekły, wręcz był cały biały.
Jeden z rycerzy podbiegł i ukląkł przed cesarzem – panie! Shaveskina nie ma, tak jak i jego konia. Lady Serafy jest aktualnie u medyka – znaleźliśmy ją nagą w namiocie Barona. Ma roztrzaskaną czaszkę – jej stan jest poważny!
- Mów dalej – cesarz mierzył wzrokiem rycerza.
- Straty w ludziach : stu dwudziestu rycerzy nie żyje, wszystkie konie padły. Straciliśmy także połowę machin oblężniczych.
Amneristus podszedł do żołnierza i kopnął go z całej siły w twarz – pół głowy tylko wytrzymało atak.
- Zbierać wojska! Ruszamy na Kul! – Wszyscy się rozbiegli do swoich obowiązków – Mamy do pogadania Baronie. Musimy odbyć szczerą rozmowę. – Po tych słowach Amneristus wyszedł z namiotu.

*

Shaveskin powoli dochodził do siebie. Nie miał żalu o uderzenie w głowę, właściwie to był szczęśliwy. Wszyscy teraz znajdowali się w pokoju Alana.
- Wody, dajcie wody, proszę! – Baron ledwo co wystękał.
Kiedy już się napoił to rzekł:
- Musiałem odejść od cesarza, musiałem. Powiedział nam, że jest dziedzicem, a Alan jest demonem w ciele szesnastolatka. Na szczęście prawda wyszła na jaw.
- Wierzę ci – rzekł Kayerg – mam nadzieję, że pomożesz nam bronić miasta.
- Pomogę – odrzekł Shaveskin.
Minęło kilka godzin od czasu sprowadzenia Barona do karczmy, wiele spraw się wyjaśniło. Wszyscy zgodnie postanowili, że pójdą do Kapitana Straży.

Kwiecień 24th, 2008 przez Corvan

PROLOG

Widziałem jak podchodzą do klasztoru, było ich dziesięciu. Rozbójnicy, mordercy. Przyszli po nasze skarby. Myślałem, że zastanę tu spokój – tak było, ale tylko przez dziesięć lat. A ile mam? Dwadzieścia cztery lata, tak długi jest mój żywot. Musiałem się schronić w tym obskurnym miejscu, przywdziać habit. Nie wiedziałem jednak, że tu nauczę się tylu rzeczy. Nie wiedziałem, że w tym klasztorze szkoli się morderców.
Przez pierwsze dwa lata bacznie mi się przyglądano, sprawdzano mnie. Różnego rodzaju treningi wytrzymałościowe, biegi, szermierka. Potem zaczęto właściwe nauczanie. Dano mi do ręki specjalne, zakrzywione ostrze zwane Dziedzicem Nocy, kilka noży do rzucania i jednoręczny gladius. Z rozkoszą wypełniałem wszystkie zadania – tak właśnie bogacił się klasztor. Ja nie miałem z tego niestety żadnego, finansowego pożytku.

Usłyszałem trzask – zabójcy byli już w środku. Bez namysłu zrzuciłem habit w swoim pokoju i przywdziałem paskową zbroję koloru czerwonego. Ubrałem czarne, skórzane spodnie do których przypiąłem pas. Do niego doczepiłem pochwę z gladiusem i noże do rzucania. Z rogu pokoju wziąłem łuk kompozytowy i kołczan strzał. Przed wyjściem narzuciłem na siebie pelerynę. Nałożyłem kaptur i wybiegłem z pokoju.

Na ziemi leżało dwóch mnichów. Jeden nie miał głowy, drugi obu rąk. Nie wszyscy tu umieli walczyć. Tak naprawdę było nas niewielu, reszta to byli niewinni mnisi.
Popatrzałem w lewo – sporych rozmiarów postać, zakapturzona, rzuciła się na mnie. Trzymała miecz w górze. Korytarz był wąski więc podskoczyłem – napastnik był blisko, odbiłem się od ściany. Wojownik nie trafił, ja zasadziłem mu potężnego kopniaka w bok głowy. Zanim jednak się przewrócił to nałożyłem strzałę na cięciwę i wpakowałem mu ją w skroń. Nie zdążył pisnąć, już leżał martwy.
Skierowałem swe kroki w kierunku holu. Tam było przejście do sali opata, a z jego sali było przejście do mojego Mistrza. Po drodze usłyszałem krzyk kobiety. Zajrzałem do pobliskiej komnaty i zobaczyłem jak dwaj napastnicy zdzierają ubrania ze służki. Naciągnąłem dwie strzały i puściłem ja w kierunku wrogów, obie przebiły ich na wylot. Niestety ten co stał bardziej po lewej przewrócił się na nagą służkę, wystający grot przebił jej brzuch.
- Na wojnie zawszę są ofiary bracie – obróciłem się gwałtownie. Odetchnąłem z ulgą, to był mój przyjaciel z drużyny. Zabójcy zawsze pracowali parami, rzadko kiedy działali indywidualnie.
- Idziemy do opata, Grundel – powiedziałem do przyjaciela. Miał na sobie habit, trzymał w ręce potężny miecz dwuręczny, prawdopodobnie zdobyczny. Przyjaciel kiwnął głową, ruszyliśmy dalej korytarzem.
Po kilku chwilach ujrzeliśmy trzech zakonników zabijających czterokrotnie większą liczbę oponentów. Byli to nasi trenerzy, od lewej był to Calvinus, Araivan, Seqtedos.
- Dobrze, że ktokolwiek przeżył, jesteśmy z was dumni. – Seqtedos powiedział. Uśmiechnąłem się. Widać musiałem być naprawdę dobry jeżeli przeżyłem. Przeciwnik nie wydawał się zbyt mocny.
Araivan pogłaskał swój sejmitar i rzekł:
- Mamy dwie opcje – albo pójdziemy po naszego Mistrza narażając własne życie, lub uciekamy z tej kostnicy. Wasz wybór bracia – Popatrzyliśmy na siebie z Grundlem. Nigdy nie stawiano nas w tak trudnej sytuacji. Tyle zawdzięczałem Mistrzowi, tyle mnie nauczył.
- Ja idę, nie opuszczę go – odsunąłem się od Araivana, ten ścisnął swój sejmitar w swojej ręce.
- Nie pozwolę byś zniweczył me plany biesie – Araivan rzucił się na mnie i ciął od spodu. Wyczułem jego atak i zablokowałem gladiusem, przeciwnik jednak wbiegł kilka kroków po ścianie po czym odbił się robiąc przewrót w tył. Czułem jak coś ostrego rozszarpuje mój bark. Popatrzyłem na zakrwawiony nóż leżący na ziemi, po czym poczułem coś zimnego na gardle. Za mną stał Araivan, przykładał mi miecz.
- Zrobisz co ci każę – Wyszeptał mi do ucha.
Nie wiedziałem na początku co zrobić, jednak naszedł mnie pewien pomysł, bardzo niebezpieczny. Odchyliłem głowę najmocniej jak umiałem jednocześnie chwytając uzbrojoną dłoń Araivana. Przeciwnik zawył, z jego nosa pociekła krew. Kopnąłem go w brzuch – odleciał kawałek po poziomej trajektorii po czym wbił się w ścianę. Już miałem zamiar kontynuować rozmowę z resztą gdy usłyszałem wrzask. Rzuciłem mieczem najmocniej jak umiałem. Z ust mojego byłego trenera dało się usłyszeć cichy charkot. Miałem szczęście – zareagowałem w porę szybko. On też się przymierzał do rzutu, uprzedziłem go o sekundę.
Wszyscy na mnie patrzyli z podziwem, podszedł do mnie Calvinus.
- Zasada między nami jest taka, że jeżeli jeden drugiego zabije, to przejmuje jego funkcje. Otrzymujesz stopień mistrza miecza.
Byłem zaszczycony, jednak nie było mi to w tym momencie tak bardzo potrzebne.

Głośny huk i wrzask dobiegł od strony głównego wejścia. Dziesiątki przeciwników biegły w naszą stronę. Byli dobrze uzbrojeni, mieli na zbrojach dziwny herb – zielony sztylet z którego ściekały krople.
- Bractwo Gniewu – Calvinus wyciągnął jatagan i rzucił się na wrogów. Za nim biegł Seqtedos z podniesionym w górę toporem.
- Grundel co robimy? – nie wiedziałem co zrobić, to było takie zagmatwane. Mój przyjaciel jednak kiwnął głową patrząc na dwóch dzielnie walczących mężów.
Calvinus zawył, jatagan wypadł mu z ręki. Zachwiał się kilka razy, po czym upadł na ziemię. W jego ciało wbite były cztery włócznie. Patrzyłem jak rozpędzona armia przebiega koło Seqtedosa, padł martwy – był porozcinany.
- Wynosimy się – krzyknąłem i zabrałem się z Grundlem do ucieczki. Ujadanie napastników powoli cichło. Zabarykadowaliśmy się w pobliskim pokoju. Był lekko ciasny, pachniało w nim stęchlizną. Właściciel leżał na łóżku – miał wbite cztery strzały w tors. Był martwy od kilkudziesięciu minut.
Tłum przebiegł obok drzwi, po czym odgłos napastników oddalał się. Spokojnie wyszliśmy z komnaty zachowując wszelką ostrożność. Skierowaliśmy swe kroki do pokoju Mistrza.

- Oddawaj chłopaka starcze, albo pożałujesz! – Nad Mistrzem stał mężczyzna bez hełmu. Miał długie, czarne włosy, nosił zbroję łuskową. Przez plecy miał przewieszony szeroki miecz.
- Odejdź precz, bękarcie – Patrzyłem jak Mistrz rzuca się na przeciwnika. Widziałem jak został rozszarpany przez mrocznego rycerza.
Wraz z Grundlem rozpoczęliśmy paniczną ucieczkę. Koło wyjścia poczuliśmy jak klasztor się trzęsie. Grundel się potknął, z dachu zaczęły sypać się okruchy.
- Idź, ty musisz przeżyć – nic nie powiedziałem – pobiegłem przed siebie przekraczając próg monastyru. Dwóch żołnierzy pilnujących przejścia zabiłem jednym płynnym ciosem Dziedzica Nocy.
Nie obróciłem głowy – klasztor się zawalił.

ROZDZIAŁ I
Byłem wycieńczony. Szedłem właśnie na południe od klasztoru. Dawno opuściłem zielone tereny, dwa dni temu wkroczyłem na gorącą Pustynię Skorpiona. Gdzieś po drodze zgubiłem Dziedzica Nocy, prawdopodobnie jak walczyłem z łowcami niewolników 200 mil stąd. Słońce przypiekało, oazy nigdzie nie było widać. Przestałem kojarzyć fakty, moje nogi zrobiły się cholernie ciężkie. Czułem tylko bolesny upadek.

Obudziły mnie wstrząsy, słońce nie przygrzewało aż tak mocno. Leżałem w cieniu. Nade mną pochylał się człowiek. Miał na sobie szary płaszcz, głowę miał zawiniętą w jakieś szmaty. Do pasa miał przypięty sejmitar.
- Obudziłeś się wreszcie chłopcze – lekko się uniosłem podpierając się łokciami. Mężczyzna podał mi bukłak z wodą. Wlał mi trochę tego cudownego płynu do ust. Byłem wniebowzięty.
- Długo spałem? Gdzie ja w ogóle jestem? – popatrzyłem najpierw na tego co się na mnie pochylał, potem na kilku innych stojących ciut dalej. Byłem w wozie, koło mnie leżały różne dywany i płótna. Sprawdziłem pas – nie miałem broni. Zaraz jednak ją zobaczyłem – leżała przykryta płótnami zaraz obok mnie.
- Trzy bite dni chłopcze. Byłeś strasznie wycieńczony. Aktualnie jedziesz z nami do pięknego miasta Nur’Ad. Będziemy sprzedawać swoje towary więc cię tam odstawimy – mężczyzna popatrzył na mnie uprzejmym wzrokiem – nazywam się Hibn Arav, jestem kapitanem najemników. Osłaniamy te karawany od wielu lat. Jak cię nazywają chłopcze?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, nie wiedziałem już jak się nazywam. Cały czas zwracano się do mnie per brat. Pomyślałem chwilkę i odpowiedziałem Hibnowi.
- Corvan, możecie do mnie mówić Corvan – Położyłem głowę na poduszkę. Nie czułem się najlepiej.
- A więc Corvanie muszę rzec, że zrobiłeś niewyobrażalną rzecz. Przeszedłeś 500 mil na jednym bukłaku z wodą. To niesamowite. Teraz jednak śpij, musisz wypocząć. Obudzę cię jak dojedziemy do Nur’Ad Corvanie, Synu Pustyni.

Jechaliśmy jeszcze dwa dni. Hibn opowiadał o swoich przygodach, o tym czym handlowali i o wszystkich wojnach jakie przeżył. Był niesamowitym człowiekiem. Ja nie miałem innych przeżyć niż życie klasztorne.
- Widzisz Corvanie? – Hibn pokazywał mi oddalone o kilka mil ogromne miasto – To jest nasze przeznaczenie.
Miasto było niesamowite, miało bardzo grube mury koloru jakby hmm… piaskowego tylko tak przyciemnionego. Było widać wiele masywnych wież i baszt. Już z tej odległości dostrzegłem potężne machiny obronne stojące na umocnieniach. Inną ciekawą rzeczą były rośliny. Widziałem jak z murów, domostw mniejszych i większych zwisają piękne rośliny, bardzo zielone i nadające niezwykłego uroku miastu.

Po kilku dłuższych chwilach dotarliśmy pod bramy tego urokliwego miasta. Strażnicy byli muskularni, odziani w łuskowe zbroje koloru złotego. Do pasów mieli przypięte jatagany, z tyłu machairy. Na głowie nosili szyszaki. Na murach strażnicy mieli kolczugi, w rękach trzymali kusze.
Strażnik bez słowa otworzył bramę. Wjechaliśmy na ulicę tętniącego życiem miasta. Drogi wyłożone były białym brukiem, domostwa w tej okolicy były przednie. Tylko przy murach stały slumsy. Budulcem z którego postawiono domy była (tak mi się wydaje) biała cegła lub wapień. Na niektórych budynkach były różnorakie wzory, z okien za to wydobywał się cudowny zapach jadła. Żołądek przypomniał mi o swoim istnieniu.
Jechaliśmy powoli jeszcze kawałek, aż dotarliśmy na sporych rozmiarów plac.
- Tu cię zostawimy Corvanie – Hibn stał koło mnie, wyciągnął dłoń – gwarantuję Ci kolejne spotkanie.
- A ja tobie przyjacielu – uścisnąłem wystawioną rękę i wyskoczyłem z wozu. Sięgnąłem jeszcze tylko po broń – przypiąłem miecz do pasa, łuk z kołczanem przewiesiłem przez ramię. Ruszyłem długą aleją.
Mijałem ludzi, byli to i zwykli mieszkańcy, trochę hołoty, trochę bogaczy. Po lewej mijałem zamtuz o wdzięcznej nazwie „Cudowna Jaskinia”, po lewej były koszary. Jak w każdym mieście koszary składały się z trzech części – żołnierskiej, oficerskiej i gościnnej. W tej ostatniej przebywali najemnicy, których można było nająć za mniejsze lub większe pieniądze do różnych celów.
Idąc dalej ledwo co zauważyłem pewną zmianę, ludzi nie było w tej okolicy. Obróciłem głowę – masa ludzi przemieszczała się w miejscu z którego wyszedłem – tu jednak ulice świeciły pustkami. Popatrzyłem raz jeszcze.
- Ah, jestem głupi – rzekłem sam do siebie po czym zawróciłem. Droga rozwidlała się, wybrałem niestety tą dróżkę, która nie jest główną aleją. Co miałem zrobić – rozpocząłem powrotny marsz. Po przejściu kilku kroków wydawało mi się, że coś usłyszałem, poszedłem to sprawdzić. Pięciu strażników kopało leżącego, starszego mężczyznę.
- Nasz król nie znosi takich niespodzianek, starcze – strażnik zasadził potężnego kopniaka leżącemu człowiekowi, ten zakaszlał krwią.
W sumie wyglądał na jakieś 60 lat. Miał krótką, siwą brodę i siwe włosy sięgające szyi. Odziany był w zielono-czerwoną togę.
- Ja tylko chciałem dobić mojego synka – mężczyzna rzekł, nie wiedziałem o czym on mówi, przeraziło mnie to. Strażnik pochylił się nad mężczyzną i rzekł:
- Jak król krzyżuje za bunt to dlatego, aby buntownicy wiedzieli, że umierają. Ty też tak skończysz.
Nie wytrzymałem. Naciągnąłem strzałę na cięciwę i puściłem ją w stronę stojącego tyłem do mnie żołnierza. Przeszła przez gardło na wylot, strażnik padł na ziemię dekorując okolicę kałużą krwi. Reszta rzuciła się na mnie, jednak stało się coś o czym bym nawet nie pomyślał. Starzec chwycił jednego ze strażników za głowę i skręcił mu kark. Zanim ten upadł to jego miecz był już w rękach dziadka. Szybkim obrotem pozbawił jednego z wojów głowy. Jeden ze strażników cofnął się przerażony, drugi zaatakował. Bez entuzjazmu wskazał napastnika palcem, chwilę potem mała czerwona kula ugodziła żołnierza. Jego ciało pofrunęło na ziemię z ogromnym impetem. Starszy mężczyzna schylił się po swoją laskę – wtedy zaatakował ostatni żyjący. Szybko wypuściłem kolejną strzałę – ugodziła go w oko.
- Dziękuję za pomoc chłopcze – starzec wyciągnął dłoń – nazywam się Thorak Davis.
- Jestem Corvan – uścisnąłem rękę mężczyźnie.
- Chodźmy stąd, mieszkam w pobliżu a to miejsce – wskazał palcem na ciała – zaraz zaroi się od gwardzistów.
Jak powiedział tak uczyniliśmy. Wędrówka do jego domu trwała chwilkę, jakieś 15 minut. Nikt z nas nie odezwał się podczas podróży. Mieszkał koło muru, jego chatka była uboga. Była to taka większa szopa zbita z desek. Thorak wpuścił mnie pierwszego. Dom miał trzy izby i toaletę. Kuchnia znajdowała się na prawo od wejścia. Była to największa izba. Pośrodku stał drewniany stół z trzema krzesłami. Po prawej, pod oknem stał piecyk na drewno. Zaraz obok niego znajdował się ruszt. Naprzeciwko wejścia do kuchni znajdowała się sypialnia Thoraka i jego żony. Było jedne małżeńskie łoże i dwie szafki nocne. Na lewo od drzwi stała szafa, obok niej był świecznik. Ostatnie pomieszczenie było najmniejsze. Pod ścianą stało łóżko, obok niego szafa. Kilka regałów z księgami dekorowało zachodnią ścianę.
- Jak widzisz Corvanie, nie opływamy w luksusy – Thorak powiedział lekko się uśmiechając – nie należymy do elity, aczkolwiek staramy się o nasze prawa.
- Ten dom jest cudowny! – mówiłem prawdę. Zawsze marzyło mi się mieszkanie w takim domku. Może niekoniecznie aż tak biednie, ale z podobnymi standardami. – chciałbym usłyszeć kilka słów wyjaśnienia, jeśli oczywiście można. – usiadłem na krześle w kuchni, pan Davis podszedł do piecyka i nałożył gotowanych kartofli z kiełbasą i cebulką na talerz, po czym podał mi go. Żołądek upominał się o swoje.
- Panie Corvan, zrobimy tak. Pan będzie jadł i nie będzie mi przerywał, a ja panu wszystko wyjaśnię – propozycja mi pasowała, kiwnąłem głową wsadzając ją chwilę potem do talerza – Miasto to jest miastem starym i pięknym. Z własną historią. Zawsze rządził nim prawy i mądry władca. Niestety, czasy się zmieniły – ludzie cierpią, giną, a to tylko z winy jednego człowieka – króla Dariusza Silvasa II. Jest to władca beznadziejny, nienawidzi nas, biedoty. Ostatnio ukrzyżował sto osób, w tym mojego syna. Moją córkę zgwałcił i powiesił. – patrzyłem na Thoraka lekko zniesmaczony, miałem otwarte usta, kartofle mi powoli wylatywały. Szybko jednak się opanowałem i kontynuowałem jedzenie posiłku. – zawiązaliśmy specjalną organizację – Związek Strzaskanych Butli – nazwa nie jest podejrzana, a walczymy z tyranią królewską. -
Skończyłem posiłek i odstawiłem talerz. Patrzyłem się na Thoraka, tyle strasznych rzeczy w życiu przeżył, współczułem mu. – chodźmy panie Corvan, przedstawię pana reszcie.

- Jakim cudem ten spleśniały grzyb uciekł? Mieliście go wyeliminować… – Król wstał. Miał długie, czarne włosy, kozią bródkę. Jego twarz dekorował spory zarost nie golony od kilku dni. Nos miał lekko zakrzywiony, przegroda nosowa była osunięta – prawdopodobnie po jakiejś bójce. Oczy miał przesiąknięte złem, były to oczy demona.
- Pa -panie – strażnik stękał – ja – ja – n – ni – nie – w –wiem. O – on b – był t- twoim na- na…
- Skończ się jąkać bo nabiję cię na pal!
- On był twoim najlepszym magiem panie. Nie mógł być tak łatwo pokonany. Zresztą ktoś mu pomógł, ktoś powystrzelał naszych ludzi.
Król wstał zamyślony, szedł szybkim krokiem w kierunku strażnika. Ten zamknął ze strachu oczy, król przeszedł i skierował się ku wyjściu. Gwardzista wstał uradowany i odetchnął z ulgą. Nagle pałac zabrzmiał strasznym wrzaskiem – krzykiem kogoś kto stracił obie ręce.

- To jest Edward Satirius – zobaczyłem jak młody mężczyzna wstaje i się kłania, odwzajemniłem gest. – jest naczelnym dowódcą naszych wojsk powstańczych. To jest Maurius Kalgar – Thorak wskazał niskiego mężczyznę – jest on szefem zaopatrzeniowym. Dostarcza broń i żywność. A ten tutaj to Kur’rah – pan Davis wskazał małego goblina – mistrz dywersji.
Przywitałem się z każdym po czym wprowadzono mnie w tajniki operacji. Żeby jednak zwiększyć nasze szanse należało wyeliminować jedną osobę.
- Niejaka Jessica Proudmore morduje naszych ludzi. Wczoraj straciliśmy trzech generałów. Musi zostać wyeliminowana! – Thorak uderzył pięścią w stół. Nie wiem jak to zrobisz, ale ona musi do jutra nie żyć. Jeżeli przeżyje to da rozkazy Dariuszowi, a wtedy nasze powstanie się skończy. Najgorsze jest to, że król jest świadomy buntu, nie chce jednak wyprowadzić armii na ulicę. Musi się panu powieść, panie Corvan. Edward Satirius pomoże panu w wykonaniu zadania. Rozejść się, obrady zamknięte! – Thorak opuścił salę wraz z resztą. Zostałem tylko ja z młodym dowódcą wojsk powstańczych.

Wyszliśmy chwilę później z piwnicy gospody „Pod Skrwawioną Lutnią” – nikt nie zwrócił na nas uwagi. Wyszliśmy na ulicę, słońce już zachodziło. Edward skierował nas do tajnego wejścia. Wszędzie było ciemno i głucho, były to tajne pomieszczenia pod pałacem. Popatrzyłem przez dziurkę od klucza.
- Czysto – Po cichutku weszliśmy do komnaty, nie była ona jakaś niezwykła, ot zwykły pokój. Pośrodku siedziała piękna elfka. Miała na sobie skórzane legginsy, czarną, skórzaną zbroję, patrzyła na mnie niewinnym wzrokiem i ponętnie wymachiwała swoimi pięknymi nogami.
Poczułem straszny ból, z wielkim trudem obróciłem głowę. Rękojeść wystawała z mojego boku.
- Edward ty… – straciłem przytomność.

Obudziły mnie kroki, popatrzyłem w lewo i prawo – ściany lśniły niebiesko-zielonym kolorem. Byłem zupełnie nagi, zakuty w dyby. Byłem w sali tortur.
- Jestem Dariusz II Silvas, król tego zasranego miasta – Koło niego stał kat.
Chwilę później podszedł do mnie i zaczął sypać ranę jakimś dziwnym proszkiem. Zacząłem wrzeszczeć, ból był straszny
- Nie jesteś taki potężny, ale zabiłeś moich ludzi – usłyszałem stukot obcasów, to ta kurwa – Jessica Proudmore. Była bardzo seksowna jednak ja byłem odporny na tego typu zagrywki.
- Jak tam nasz mały, skomlący więzień? – elfka ironizowała. Chciałem odrąbać jej tą śliczną buźkę i przewiesić sobie nad kominkiem.
- Co się gapisz suko? Dorwę cię zobaczysz. Będziesz powoli zdychała, będziesz… – nie dokończyłem, ugodziła mnie wiązka błyskawic. Poczułem zapach spalonego mięsa, zacząłem się dymić. Ostatkiem sił spojrzałem na jej twarz – była zapłakana. Zaraz potem zemdlałem.

W najbiedniejszej dzielnicy zaczęły formować się wojska. Żołnierze były ubrani w miarę jednolicie. Nosili skórzane pancerze, i szyszaki. Uzbrojeni byli w sejmitary, kosy, niektórzy nawet w widły do gnoju.
- Musimy wygrać! – Thorak stał dumnie wyprostowany – walczymy o dobro nasze, naszych dzieci i wnuków. Co z tego, że nie mamy tylu pieniędzy co te sukinsyny z pałacu – Thorak podniósł ludzką głowę, należącą niegdyś do arystokraty – skoro mamy siłę!

Ludność zawyła, zaczęli wrzeszczeć, krzyczeć. Po kilku minutach rozpoczęli marsz na zamek.
- Śmierć, śmierć – wołali idący ludzie. Wielka masa zaczęła zalewać okoliczne domy. Kto chciał przyłączał się i był gorąco witany przez resztę, kto nie przystał – ginął rozdeptany przez tłum.

Król popatrzał na swoich żołnierzy. Jedynej drogi do pałacu – Alei Królewskiej – pilnowało tysiąc mieczników. Mieli oni jatagany i trójkątne, złote tarcze. Nosili zbroje łuskowe, głowy osłaniali hełmami garnczkowymi. Za nimi stał doborowy oddział łuczników. Mieli oni długie, czerwone łuki refleksyjne, zbroje paskowe. Nie nosili hełmów. Na flankach stał najgroźniejszy oddział całego miasta – Mroczni Żniwiarze. Była to kawaleria uzbrojona w długie miecze z zakrzywionym ostrzem. Przypominały ogromne sierpy. Jako broń dodatkową nosili topory do rzucania. Opancerzeni byli w masywne zbroje płytowe koloru czarnego. Boki i naramienniki mieli okute 5 calowymi kolcami. Używali ich głównie do przedzierania się przez zastępy wrogów. Oddziałem dowodził Devourus Dark. Jako jedyny z oddziału nie nosił hełmu w kształcie głowy smoka i zamiast miecza zwanego „Żniwiarzem” używał swoich dwóch claymore zwanych „Fundamentami Śmierci”.
Nadjechał Dariusz. Odziany był w złoto-czarną paskową zbroję i w czarną pelerynę. W ręce trzymał gigantyczne ostrze. Miecz miał z 5 jardów, miał bardzo szeroką klingę na której wyryte były runy. Jego ostrze zwało się „Gwałcicielem”, nosił je na barkach trzymając za rękojeść.
- Panie Dark, proszę się przygotować – dumnie odparł Dariusz – hołota nadciąga.
Devourus popatrzył na króla i uśmiechając się ruszył na sam przód swojego oddziału. Aleja Królewska była otoczona ścianami, szeroka na 450 jardów. Król machnął ręką, oddziały ruszyły.

Obudziłem się ze strasznym bólem głowy. Noga mi samoistnie latała. Rozejrzałem się dokładnie chociaż widziałem wszystko jakby przez mgłę. Dalej wisiałem.
Jessica siedziała pod ścianą i płakała.
- Przepraszam, że cię uraziłem – Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, chyba nie zauważyła jak się obudziłem – wykonywałaś tylko swoją pracę.
Elfia piękność się uśmiechnęła. Podeszła do mnie, spojrzałem jej w oczy – nie mogłem się zbytnio ruszać.
- Masz tupet młody wojowniku – oparła ręce o ścianę pochylając się lekko.
- Dariusz wybił całą moją wioskę, wszystkich wyrżnął do nogi – Zrobiło mi się przykro, wiem jak ludzie cierpią z powodu takich śmieci jak ten uzurpator. Jessica podeszła do dyb, uwolniła najpierw ręce, potem nogi. Rzuciłem okiem na pobliską żelazną dziewicę, ze środka dobywały się ciche jęki. Byłem obolały, jednak wymusiłem posłuszeństwo na swoich kończynach. Zbliżyłem się i otworzyłem zamek. W środku stał zakrwawiony mężczyzna.
- Jestem Zygfryd, zwany Sokołem – strasznie cicho mówił, ledwo trzymał się na nogach – Muszę uciekać i zawiadomić Radę o zdradzie Dariusza – patrzyłem zdezorientowany na odchodzącego człowieka. Miał może z pięćdziesiąt lat…
Poczułem na sobie dziwne ciepło. Obróciłem się i zobaczyłem Jessicę, była naga. Pocałowałem ją, zsunęliśmy się na ziemię. Pieściłem rękami jej piersi, całowałem jej uda. Elfka jęczała – podobało jej się. Chwilę potem zaczęliśmy się dziko kochać. Nigdy nie przypuszczałbym, że sala tortur może połączyć kobietę i mężczyznę.

Thorak się zatrzymał, patrzył na rozpędzoną kawalerię. Buntowników było około dwudziestu razy więcej, ale nie byli pewni czy dadzą radę.
- Corvan zawiódł! Odwr… – Devourus minął maga wraz z całym oddziałem Żniwiarzy. Głowa pana Davisa potoczyła się pod kopyta rozpędzonych koni.
- Siec ich, siec! – młody, szesnastoletni Alexander Hishig ciął jednego przeciwnika po drugim. Widział jak oddziały mieczników wchodzą do walki. Razem z ojcem rzucili się na gigantyczny regiment piechoty. Młody chłopak odciął jednemu przeciwnikowi głowę, drugiego powalił na ziemię i dobił ostrzem.
- Stań do walki o honor, psi synu! – oficer podszedł do dzieciaka. Uzbrojony był w jatagan, opancerzony był jak reszta jego piechoty. Wyróżnikiem był kolor płaszcza.
- Alex, nie rób tego! Alex ucie…
- Ojczeeee! – Młody chłopak widział jak Dariusz przepoławia jego ojca na dwie części. Krew oblała twarz dzieciaka.
- Chodź tu mały smarku! Bez litości – Alexander skoczył na przeciwnika. W tym momencie, jeden z żołnierzy rzucił włócznią w plecy chłopca. Z głuchym trzaskiem padł martwy na ziemię. – honor, stfu. Ruszamy!
Maurius Kalgar wszedł na dach pobliskiego domu i zaczął razić przeciwników z kuszy.
- Pozycje obronne, natychmiast – krzycząc na walczących powstańców uchylił się przed strzałą. Trafił z kuszy kolejnego napastnika. Przeskoczył na sąsiedni dach i nagle się obrócił.
- Edward! co się dzieje? – Gruby kusznik właśnie kucnął ratując swoją własną głowę – gdzie jest Corvan?
Satirius wyciągnął ze zgrzytem sejmitar i wbił go w pierś Kalgara. Z ust Mauriusa pociekła krew.
- T-ty z-z-d-draj-co – Kusznik ostatkiem sił naciągnął bełt i wystrzelił go w kierunku Edwarda. Pocisk przebił się przez dziurkę od nosa rozrywając mózg na strzępy. Obaj upadli martwi obok siebie.
Dariusz zszedł z konia. Jeden z powstańców chciał zajść go od tyłu. jednak został potraktowany wiązką błyskawic. Kolejny przeciwnik chciał odciąć mu nogi. Jedyne co z niego zostało to dwie ręce. Ciało leżało 100 jardów dalej.
Devourus rzucił dwoma toporami – przebiły się przez kilku ludzi. Uśmiechnął się – zabił osiemnastu przeciwników jednym rzutem. Wyciągnął dwa bliźniacze claymore i zeskoczył z konia. Roznosił przeciwników masakrycznymi cięciami. Runy na ostrzach zaczęły się jarzyć. Miecze przyjmowały krwawe ofiary.
Piętnaście goblinów na czele z Kur’Rahem rzuciło się do ataku na oddziały łuczników. Oddział zaczynał natychmiastowo padać – gobliny świetnie posługiwały się nożami. Skakały z głowy na głowę podrzynając gardła. Gdy większość łuczników została wybita, to ruszyły na pikinierów broniących wejścia do pałacu.
- Cichutko przyjaciele, cichutko – Kur’Rah zachęcał swoich goblinów do cichego podejścia. Byli już kilka jardów przed celem.
- Teraz! – Pikinierzy obrócili się i jak jeden mąż rzucili pikami. Gobliny zostały rozmazane na ścianach pałacu. Włócznicy wyciągnęli miecze i rzucili się na armię powstańców.


Jesteś niesamowita Jessico – mówiłem prawdę. Cały czas patrzyłem na jej piękne, nagie ciało. Oboje się ubraliśmy i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Elfka wyciągnęła zza beczki mój sprzęt. Przywdziałem ekwipunek, Jessica wzięła do ręki lancę, przewiesiła sobie łuk przez plecy, zabrała kołczan strzał. Razem ruszyliśmy ku wrotom.

Wyjście wyprowadziło nas niedaleko bramy głównej. Spojrzałem w prawo i zaniemówiłem.
- Dom Thoraka – patrzyłem na dom, który dał mi tyle dobra. Jessica chwyciła mnie za rękę.
- Chodźmy mamy mało czasu – rozpoczęliśmy ucieczkę. Nie przebiegliśmy nawet kilku jardów gdy usłyszeliśmy chrzęst zbroi. Widziałem dwunastu strażników zmierzających w naszą stronę. Halabardy mieli przygotowane do ataku. Razem z Jess wypuściliśmy kilka strzał jednocześnie – padło sześciu. Reszta rozpoczęła szarżę. Udało nam się jeszcze wypuścić kilka strzał. Zginęli trzej gwardziści. Ze zgrzytem wysunąłem miecz z pochwy i zaatakowałem nieprzyjaciół. Musiałem niestety trafić na kapitana. Bez problemu blokował moje ataki, ja miałem jednak trudność z blokowaniem jego. Bez wątpienia był doskonałym wojownikiem. Widziałem jak obok mnie leci lanca – jednego strażnika przyszpilił do ściany rzut Jessici. Kapitan wymachiwał bardzo szybko swoją szablą. Miałem szczęście – był tak zaślepiony swoimi umiejętnościami, że nie zauważył dołka. Potknął się i z krzykiem wpadł do studni. Dowiedziałem się czegoś nowego o mieście – niektóre studnie były suche.
- Corvan uważaj! – Obróciłem się najszybciej jak potrafiłem. Wiedziałem, że zapomniałem o jeszcze jednym – było ich dwunastu. Wojownik zatrzymał się jednak, nie zadał ciosu, przewrócił się. Z jego pleców wystawał kindżał.
- Miło cię widzieć Corvanie, Synu Pustyni!
- Hibn! Znowu zjawiasz się w odpowiednim momencie. – nie kryłem radości. Przedstawiłem Jessice mojego wybawiciela. Chwilę potem odjeżdżaliśmy karawaną ku górom Solvirs.

- Matko. co my teraz zrobimy! – Młoda dziewczyna, na oko szesnastoletnia – biegła wzdłuż drogi obłożonej trupami.
- Schowajmy się, natychmiast. Ruszajmy do…
- Aaaaa! – dziewczyna patrzyła jak głowa jej matki szybuje wysoko w górę w towarzystwie krwawego gejzeru. Za martwą kobietą stał mężczyzna z dwoma mieczami.
- Proszę nie rób, nie rób mi… – Dziewczyna przewróciła się ze strachu na ziemię.
- Zamknij pysk bo ci go utnę! – Dark podszedł do dziewczyny, podwinął jej spódnicę i zdjął spodnie. Dziewczyna zaczęła jęczeć, łzy leciały jej z oczu. Devourus zwiększył tempo, jęki szesnastolatki przeraziły się w bolesny krzyk.
- Brać ją – Dark zapinał spodnie i patrzył na młode, nagie ciało. Żołnierze otoczyli dziewczynę i chwycili ją z całej siły. – jak masz na imię dziwko? – Dziewczyna popatrzyła w oczy Devourosowi.
- Cinthy – odparła przez łzy szesnastolatka. Devourus podszedł i dotknął jej łona. Dziewczyna jęknęła.
- A więc Cinthy, będziesz sobie wisieć na krzyżu. Właśnie w tym miejscu – śmiech rycerza zagłuszył krzyki dziewczyny.
Dariusz szedł spokojnie ulicą. Rozglądał się i ewentualnie dobijał trupy. Rozglądał się na lewo i prawo. Patrzył jak co kilkanaście jardów jego rycerze gwałcą kobiety – ciężarne, młode, starsze. Nawet dziesięciolatce nie udało się uniknąć tego straszliwego losu.
Następnego dzień podziwiał tysiące krzyży dekorujących Aleję Królewską.

ROZDZIAŁ II

Trzy mroczne postacie biegły z gigantyczną prędkością przez ciemną jaskinię. Wokół czuć było wilgoć, gdzieniegdzie był tylko zielonkawy mech. Byli już blisko, widzieli już światła pobliskiego obozowiska – orki weszły do Jurham – miasta Mrocznych Elfów.
- Jak myślisz Valgor, ilu ich tam jest? – Spytał jeden z towarzyszy. Miał on ciemną skórę, skórzane łachy. W ręce trzymał krótki miecz.
- Nie mam pojęcia, myślę, że około dwudziestu – odparł ten zwany Valgorem. Miał na sobie czarną zbroję paskową. Uzbrojony był w długi miecz. Na jego rękojeści wyryta była inskrypcja :
”Ku przeznaczeniu mrocznej ręki Valgora„ – ostrze pokryte było runami. Miecz miał swe imię – „Dusza Mroku”.
Nagle dało się usłyszeć głośny świst – dziesięciu orkowych łuczników wystrzeliło strzały. Z niesamowitą gracją mroczne elfy uniknęły ataku skacząc po ścianach i robiąc inne akrobatyczne sztuczki. Wbiegli do komnaty, orkowie wyciągnęli miecze, topory i inne żelastwo. Valgor skoczył na jednego przeciwnika i wbił mu głowę w szyję, aż mu wyszedł kręgosłup między nogami. Kolejnych trzech przeciwników rozpłatał ciosem z półobrotu.
- Kulrag San’Gharrrok Rutha! – Jeden z orków wskazywał palcem na Valgora, orkowie się rzucili na Valgora.
- Chyba mówisz o swojej matce! – Lecące ostrze przebiło szyję chamskiemu potworowi.
Kibeth – tak nazywał się jeden z mrocznych elfów, rzucił się na watahę toporników stojących koło kotła – zabił dwunastu, upadł z wbitym toporem w plecy. Nie zauważył trzynastego.
- Valgor! Spadamy! – Elfy uciekły w jedną z pobliskich odnóg, słychać było świst strzał. Zagvar wyciągnął pięć nożyków i cisnął nimi za siebie. Z ciemności dobył się przeraźliwy wrzask.
Elfy skręciły w lewo, wbiegły na podnoszącą się powoli ścieżkę. Zagvar charknął – z jego pleców wystawało piętnaście strzał. Z pobliskiej odnogi wyszło kilkunastu łuczników.
- To nic, biegniemy! – Ranny elf zignorował strzały, chociaż cztery przeszły na wylot. Valgor chwycił pod ramię kolegę i rozpoczęli paniczną ucieczkę. Wiedzieli, że miasto jest stracone.
Usłyszeli nagle szum wody, skręcili w ostatni zaułek, Zagvar upadł na ziemię. Dotarł do nich blask słońca, tak bardzo zabójczy dla mrocznych elfów. Ciało rannego drowa zaczęło się dymić.
- Valgor, jesteś odporny na światło, uciekaj – Matka Valgora była człowiekiem, na szczęście odziedziczył po niej tę odporność. – Zostaw mnie tutaj bracie i idź! – Drow spojrzał na Zagvara – jego wrzask zatrząsł całą jaskinią. Valgor patrzył jak ciało jego brata jest zjadane przez okrutne czerwono-czarne płomienie.
- Tu być ty elf! Ja wiedzieć, że ty uciekać nie ma gdzie! – Jeden z orków, prawdopodobnie wyższy rangą patrzył na Valgora. – Ty moje i ich! – Kilka strzał leciało w jego kierunku. Czuł jak jedna rozrywa mu skórę na ramieniu, druga blokuje się między żebrami. Valgor się obrócił i skoczył. Orkowie patrzyli jak mroczny elf spada wraz z wodospadem do jeziora.

Patrzyłem na powoli znikające miasto Nur’Ad. Widziałem na pomarańczowym niebie czarny dym – powstanie upadło. Jeszcze tutaj dało się usłyszeć krzyki mordowanych ludzi. Karawana jechała powoli, Jessica spała na moim ramieniu. Patrzyłem na nią – taka niewinna, a jednak potrafiła zabić.
- Jak ci się żyje Corvanie, Synu Pustyni? – Hibn usiadł na dywanie koło mnie, popatrzył na Jessicę. – Wiesz o tym, że ta kobieta cię kiedyś opuści prawda?
Wiedziałem, miał rację. Nie byłem jednak w stanie przyjąć tego do serca. Miałem mętlik w głowie.
- Corvanie, Synu Pustyni, mam coś dla ciebie – Hibn sięgnął za pazuchę i wyciągnął mały pakunek z inicjałami „V, D.M”. Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
- Po co mi to dajesz? Co to jest? – Hibn wsadził fajkę do ust opierając się o ścianę wozu. Oglądałem paczuszkę z zainteresowaniem.
- To jest coś co nie należy do ciebie i proszę cię byś tego nie otwierał. Przekażesz to odpowiedniej osobie. – Hibn mówił głosem pełnym tajemnic – Gwarantuję ci, że do dwóch dni się tego pozbędziesz – uśmiechnął się. Ja potrząsałem paczuszką i z zainteresowaniem nasłuchiwałem, jakby ta mała rzecz miała mi pomóc. – prześpij się Corvanie, Synu Pustyni – zmierzył wzrokiem Jessicę – potrzebujesz snu.
Spojrzałem na śpiącą piękność, oparłem moją głowę o jej i zasnąłem pogrążając się w świecie snów.

Drow z wielkim trudem wyszedł z wody. Słońce już zachodziło. Wielka pomarańczowa kopuła znikała za horyzontem. Mroczny Elf ciężko dyszał. Miał zranione ramię i strzałę wbitą między żebra. Chwycił ją, po czym powoli wyciągnął. Był cały mokry, zbroja na nim ciążyła, na oczy opadały mu długie, siwe włosy. Sprawdził czy nic nie utonęło. Było wszystko poza nożami do rzucania. Valgor przeszedł kilka kroków, obejrzał się. Widział malutkie kontury orków na skarpie.
- Psie syny, bękarty – Drow rzucił im mordercze spojrzenie. Zaraz po tym skierował swe kroki wzdłuż ścieżki.
Szedł przez ciemny las chyba godzinę. W pobliżu nie było żywej duszy. Szedł jeszcze kilka godzin, mijał drzewa, szubienice na których wisieli zbrodniarze. Nagle spostrzegł światła, mała wieś, może tysiąc mieszkańców. Podszedł kilka kroków, mieścina faktycznie mała. Wokół osady znajdowała się drewniana palisada. Wejście do wioski nie było pilnowane, więc Valgor nałożył kaptur i ruszył przed siebie. Po lewej i prawej stronie znajdowały się drewniane domostwa, ganki oświetlone były latarenkami. Po środku stał rynek – był to spory, brukowany plac zbudowany na planie kwadratu, podobnie jak cała wieś. W centrum stał drewniany cokół, obok pręgierz.
Valgor podszedł bliżej, coś było nie tak. Za dużo ludzi stało na środku.
- Dlaczego nie masz pieniędzy Lady Uridio? – wysoki, barczysty chłop stał obok niej, w ręce miał miecz. Drow rozejrzał się po okolicy.
- Jeden, trzy, osiem, dwanaście, siedemnaście – Mroczny Elf liczył podobnie ubranych ludzi. Domyślał się, że to byli rabusie. Zbierali haracz od kolejnej osady.
- Proszę, daj nam chociaż dzień! Ludzie i tak nie mają co jeść. Część mieszkańców sprzedała dzieci w niewolę, część sprzedała domostwa. Nie możesz nam tego zrobić! – Kobieta przez łzy błagała na kolanach bandytę.
- Rozbieraj się! I ty, ty, ty – Bandzior wskazywał przypadkowe kobiety palcami – będę miał zabawę.
Valgor podszedł do jednego z zabójców.
- Czego ty… – Drow położył martwego mężczyznę cicho na ziemi. Pobiegł z niewyobrażalną prędkością w stronę grupki kolejnych napastników. Biegł bardzo cicho, nikt go nie zauważył. Bez żadnego hałasu wyciągnął Duszę Mroku i rozpłatał kolejnych pięciu. Popatrzył na mównicę – bandzior powoli przystawiał swoje ręce do ładnej pani burmistrz.
Valgor dostrzegł kolejnych trzech ludzi między mieszkańcami. Aktualnie nie byli możliwi do pokonania. Za mównicą, po przeciwnej stronie stało dwóch. Drow rozpłynął się w mroku nocy. Chwilę później kładł na ziemię martwe ciała.
- Patrz Lordic, ktoś zabija naszych ciemiężycieli – Jeden z chłopów wskazał ukradkiem na Valgora. – Ten nieznajomy to jakiś anioł śmierci. Musimy mu pomóc.
Drow właśnie powalił jednym, cichutkim cięciem sześciu napastników rozrywając na strzępy ich organy witalne. W pierwszej kolejności poszły płuca, nikt nawet nie jęknął. Spojrzał w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stała trzyosobowa grupka najeźdźców. Obok stał ten chłop – Lordic – mieli poderżnięte gardła. Kolejnych trzech z głowy.
Ostatni widoczny stał między ludźmi. Valgor sięgnął do buta i wyciągnął kozik. Spojrzał raz jeszcze na tłum. Wiedział, że jeżeli nóż zejdzie o milimetr to zabije niewinnego człowieka. Z resztą kozik i tak nie był przeznaczony do rzutów, nie miał jednak wyboru. Chwycił mocno rękojeść sztyletu, zamknął oczy. Postał chwilę w miejscu, po czym wziął potężny zamach i rzucił. Otworzył oczy po chwili, przeciwnik stał martwy podpierany przez okoliczną ludność, która zdążyła się już zorientować o co chodzi. Ostatni przeciwnicy stali na mównicy, osłaniali herszta. Valgor jednym susem wskoczył na podest mający 12 jardów i otoczony majestatycznym blaskiem księżyca odciął dwóm ochroniarzom głowy. Przywódca watahy w porę zorientował się o co chodzi, chwycił kobietę i się nią zasłonił.
- No co jest! Brać go! – Herszt krzyknął z całej siły, nikt jednak się nie zjawił. Bandzior rozejrzał się po okolicy, wszyscy jego ludzie byli martwi. – Zabije ją! Jeszcze krok i ona umrze! Nienawidzę ludzi, nienawidzę! – W oczach najeźdźcy ukazało się szaleństwo.
- Tak się składa, że nie jestem człowiekiem – Valgor zdjął kaptur. Wielu ludzi zaczęło krzyczeć i odsuwać się od podestu.
- Drow, o cholera, co mam zrobić! – Herszt mówił sam do siebie. – Zabije cię wybryku natury, zabiję… – Rabuś otworzył oczy, Mrocznego Elfa tam nie było. Ze strachem obrócił się do tyłu.
- Nie biesie, ja zabiję ciebie – Głowa przeciwnika wyleciała na kilka jardów w górę, z korpusu wystrzeliła czerwona fontanna. Z głuchym łomotem ciało upadło na podest, potem stoczyło się na ziemię.
- Dziękuję, bardzo dziękuję! Pani burmistrz ubierała się, podeszła do elfa. – Jak masz na imię szlachetny panie? – Kobieta była ładna, młoda. Miała może 35 lat.
- Valgor, Valgor Mroczna Dusza. – Drow popatrzył na tłum, ten się uśmiechał.
- Niech żyje Valgor, niech żyje!!! – chwilę później wszyscy obejmowali Drowa i skierowali się ku karczmie.

Słońce mnie raziło jak jasna cholera. Nie byłem przyzwyczajony do takich błysków. Rozejrzałem się, Jessica jadła śniadanie wraz z Hibnem i kilkoma innymi strażnikami.
Podszedłem do nich i dostałem przebrzydłą maź.
- Co to jest? – papka nie wyglądała apetycznie, była biała i kleista. Hibn popatrzył na mnie z uśmiechem.
- Jedz Corvanie, Synu Pustyni, musisz jeść. Nawet człowiek z taką przeszłością nie jest nieśmiertelny – popatrzyłem ze strachem na pana Arava, on jedynie się do mnie uśmiechał. Chciałem zadać pytanie, lecz uznałem, że to kompletnie bezsensu. I tak by mi nie odpowiedział.
Zabrałem się do jedzenia. Nie smakowało tak tragicznie, było lekko oleiste i tłuste. Spojrzałem na resztę, tłumiła śmiech. Jessica też się uśmiechała.
- Co jest tak zabawne? – Byłem lekko zdezorientowany, czułem że zaraz dojdą mnie jakieś dziwne wieści.
- Corvanie, Synu Pustyni, tak właśnie smakuje potrawka ze skorpiona i chrząszczy. – Cały wóz wybuchnął śmiechem. Byłem wściekły.
- A wy co jecie? – Patrzyłem na resztę ironicznym wzrokiem.
- Wołowinę i jagnięcinę – Chciałem zabić Hibna za te słowa, jednak dał mi coś co mnie ucieszyło.
- Masz Corvanie, Synu Pustyni – trzymałem w ręku talerz z mięsem – jedz! – Nie musiałem być zachęcany przez nikogo. Od razu wsadziłem głowę w talerz.

Karczma była ciekawym miejscem. Przy zachodniej ścianie stała sporych rozmiarów lada. Ściany były czarne, zdobione niebieskimi wzorami. Pomieszczenie oświetlone było kilkunastoma świecznikami. Pośrodku było wiele stołów. O dziwo cała wieś się tu zmieściła i jeszcze było dużo miejsca.
- Valgor! – ktoś zawołał z tłumu – Zabaw nas opowieściami i śpiewem!
- Ładny co? – jakaś dziewczyna szeptała.
- No, chciałabym mieć takiego – Dopowiedziała inna – poszłabym z nim do łóżka…
- Tobie to tylko jedno w głowie.
Drow wyszedł i stanął na stole. Zamknął oczy i zaczął śpiewać. Cała sala umilkła.
„W oddali dom, pozostawiony złu,
Uciekaliśmy, zabrakło nam tchu,
Wróg jednak nie śpi, pod osłoną nocy,
Sprzedał mej rodzinie topory i kosy.
Poprzez las, w odmęty mroku,
Towarzyszyła nam śmierć, jak każdego roku,
Bracia moi padli, zginęli od strzał,
Jam jest tym Drowem, co w bitwę ich gnał.

Chcieliśmy sławy, klejnotów i złota,
Dostaliśmy tylko przezwisko „hołota”,
Na krzywdy ludzkie ślepi, na egzekucjach niemi,
Pycha i chciwość zepchnęła nas do podziemi.”
Ballada „Dziedzictwo Mroku”

Ludzie zaczęli krzyczeć i klaskać. Podali Valgorowi kufel piwa i rozpoczęły się śpiewy i tańce. Drow jednak siedział przy ladzie, pił jedno piwo za drugim.
- Tak, trzeba sobie zrobić trochę przerwy – Valgor przypomniał sobie palącego się brata. – Zawiodłem miasto, zawiodłem Kibetha i Zagvara. Wszyscy nie żyją – Z oczu Mrocznego Elfa popłynęła łza. Nie wiedział, że świat zewnętrzny może być taki piękny.
- Nalej mi od razu pięć kufli – Barman popatrzył na Valgora dziwnym wzrokiem, po czym zabrał się do nalewania trunku. Valgor wypił wszystkie, stracił świadomość.

Wróg! Wróg nadchodzi! – Wyjrzałem natychmiast przez płachtę od wozu. Kilkudziesięciu jeźdźców na koniach pędziło w naszą stronę wywijając cepami i maczugami.
- Nomadzi – rzekł ze spokojem Hibn – Przygotować się! – czułem jak wóz zatrzymuje się. Wybiegłem z resztą na zewnątrz. Strażnicy ustawili się w szyku. Było ich dwunastu. Sześciu klęczało, mieli przygotowane kusze, sześciu stało i celowało w nadjeżdżających wrogów. Ja z Jessicą i Hibnem naciągnęliśmy strzały na cięciwy i w spokoju czekaliśmy na odpowiedni moment.
- Ognia! – Hibn pierwszy wypuścił strzałę, my zaraz za nim. Kilkunastu nomadów spadło z koni, kolejni galopowali dalej. My z łuku strzelaliśmy jak najszybciej mogliśmy, reszta stała z sejmitarami. Poluźnili szyki, chwilę potem jeźdźcy wjechali wprost na nas. Ciąłem moim gladiusem jednego po drugim. Jessica zrzucała przeciwników z koni, zabierała im broń i rzucała nią w kolejnych wrogów.
Hibn rozciął jednemu napastnikowi brzuch, drugiemu odciął głowę. Uniknął ataku i rzucił sejmitarem – przebity żołnierz upadł. Chwycił włócznię szarżującego napastnika i cisnął nim w dwóch pozostałych.
Sparowałem cios jednego z nomadów, wprowadziłem szybką kontrę. Przeciwnik leżał bez rąk i nóg na ziemi. Kolejny próbował zajść mnie z zaskoczenia – zobaczyłem jego cień na piasku. Wygiąłem się w tył i urżnąłem mu pół szczęki. Z lekkością unikałem ataków – wszystko dzięki dawnym treningom. Hibn nabił czterech wrogów na włócznię, wyciągnął jednemu z nich maczugę i rozwalił nią głowy kilku kolejnym.
Popatrzyłem dookoła, przy życiu zostało prócz nas czterech strażników. Jeden z nich właśnie został przepołowiony na pół przez jadącego z mieczem nomada. Rzuciłem w niego moim gladiusem, jęknął i spadł z konia. Chwyciłem za strzałę i wbiłem przeciwnikowi w oko. Wziąłem jego miecz i zabiłem dwóch ostatnich przeciwników.
- Niezła walka Corvanie, Synu Pustyni. Nie jesteśmy jednak już bezpieczni, musimy dostać się do przełęczy Solvirs nim będzie za późno.
Pochowaliśmy poległych strażników, naprawiliśmy kilka zniszczeń w wozie i ruszyliśmy dalej. Patrzyłem na trzynaście krzyży znikających na horyzoncie.

Valgor obudził się ze strasznym bólem głowy. Rozejrzał się po pokoju i się przeraził. W jego łóżku leżało osiem dziewczyn.
- Nic nie pamiętam – jęknął Drow.
- Mmm, nasz ty elfie, zaspokoiłeś nas na wieki… – Mroczny Elf patrzył ze zdumieniem i dezorientacją na nagie ciała. Musiał się czegoś napić i się przewietrzyć.
Na dole w karczmie było cicho, jedynie barman czyścił kufle.
- Valgor, ty masz powodzenie u kobiet. Wszyscy mówią, że słyszeli jęki i krzyki dochodzące z twojego pokoju – Barman postawił przed Elfem szklankę wody.
- Nic nie pamiętam, odchodzę, muszę ruszać dalej.
Drow zabrał swój ekwipunek i wyszedł z karczmy. Powietrze było chłodne, był ranek. Ludzie jeszcze spali po wczorajszej imprezie.
- Nie podziękowałam ci za wczoraj, mój Elfie – Lady Uridia podeszła do elfa i go pocałowała. Przeszli do północnej bramy.
- Wrócę, obiecuje – Całowali się jeszcze chwilę, po czym Valgor ruszył przed siebie.

Kwiecień 15th, 2008 przez Svarum

Erben szedł lasem, szczypany przez zimno w rytmie skrzypiącego pod jego butami śniegu. Szedł tak już od paru dni, pchany pamięcią o swojej misji. Nie zwalniając kroku ani na chwilę mijał za drzewami porozbijane wozy, wokół których leżał tłum poległych walczących w obronie dobytku i być może honoru. Jak widać nie powiodło się im to, więc ponad wszystko kochający spokój Erben nie wychodził z lasu na drogę, chyba że po coś przydatnego, jak zdobyty w ten sposób miecz, który znalazł przy zwłokach leżących na początku orszaku trupów. Było to jakieś 20 minut temu, 50 metrów temu i właśnie spotkał przód kolumny dawniej uchodźców, dziś…zwłok uchodźców.

Gdy Erben postanowił rozbić obóz nastawał zmrok, a zwłoki uchodźców leżały trzy kilometry za nim. Gdy nasz bohater o długich, brązowych włosach i piwnych oczach przespał parę godzin jego odpoczynek został przerwany przez soczystego kopniaka wymierzonego mu przez mężczyznę przywdzianego w grubą skórzaną kurtkę i również skórzane, twarde buty. Nowy, niedbający o dobre pierwsze wrażenie znajomy Erbena nie był jedyną osobą, którą ten ujrzał w blasku pochodni po tym, gdy czyjeś silne dłonie podniosły go z ziemi. Obok oskórowanego mężczyzny stały trzy konie, na jednym z nich siedziała ubrana po męsku kobieta, która w rękach trzymała kuszę, która była wycelowana w Erbena. Postać, która obudziła Erbena stała przed nim, więc ten, kto go podniósł i teraz trzymał go z tyłu skutecznie blokując mu ręce nie był tym, który go kopnął – Cóż za dedukcja drogi Erbenie, nie zastanawiałeś się kiedyś nad karierą detektywa? – Pomyślał wyrwany ze snu osobnik.

- Kim jesteś? Co tu robisz? – głos należący do mężczyzny stojącego przed nim wyrwał Erbena z zamyślenia.

- Jestem prostym facetem, który postanowił uciec przed okrucieństwem wojny.

- Sprawdziliśmy twój ekwipunek…czy w twoich stronach prości mężczyźni noszą ze sobą noże, miecze i buteleczki z niezbyt dobrze pachnącymi płynami?

- Taka kultura – Odpowiedział, po czym zderzył się z drzewem, co swymi silnymi ramionami wymógł mężczyzna stojący zanim.

- Co tu robisz?! Kim jesteś?! – Mężczyzna mówił podniesionym głosem.

- Jestem groźnym psychopatą! Argh! Zaraz was zabiję! – Kolejne zderzenie z drzewem. Denerwowanie ludzi, którzy go obudzili było nienajgorszym pomysłem, w końcu nie wyglądali na takich, którym by zależało, żeby po przesłuchaniu Erben odszedł w jednym kawałku.

- Nie jesteśmy tu dla żartu i ty pewnie też nie, pytanie po co? Współpracuj przyjacielu, a oszczędzisz sobie mnóstwo bólu. – Tym razem spokojnie powiedział nieznajomy.

- Jes… – W tym momencie ciężki but Erbena spadł na nogę trzymającego go mężczyzny, po czym Erben błyskawicznie wyprowadził kolejny cios trafiając przeciwnika w genitalia, co spowodowało jego upadek. Natychmiast po drugim ciosie Erben odskoczył w lewo wyciągnął zza prawego buta nóż do rzucania, który chwilę później wystawał z prawego oka niewiasty, która trzymając kuszę osunęła się ze swojego rumaka na ziemię.

W chwili, gdy Erben rzucał nożem mężczyzna w skórze odrzucił pochodnię i wyciągnął miecz. Erben widząc to, pobiegł do leżącego mężczyzny, któremu przy okazji zabrał miecz z pochwy, przy okazji kopiąc go w głowę uzupełniając jego liczbę obrażeń o złamany nos.

Mężczyzna w skórze zaatakował Erbena mieczem, lecz Erbenowi udało się sparować ten cios i wyprowadzić kontrę, która zabiłaby jego przeciwnika, gdyby nie cios w nogi zadany przez leżącego mężczyznę o zmiażdżonych genitaliach, który wytrącił Erbena z równowagi niemal doprowadzając do jego upadku i nie pozwolił wyprowadzić skutecznej kontry. Stojący na nogach przeciwnik Erbena zdołał zaatakować wojownika, który mimo uniku doznał rany, która ciągnęła się przez połowę przedramienia sprawiając dotkliwy ból jej właścicielowi.

W tym momencie mężczyzna zaczął wstawać i kierować się w stronę swojej zmarłej towarzyszki, wojownik postanowił coś z tym zrobić i zrobił – dogonił ociężałego mężczyzne i ciął go wzdłuż kręgosłupa, co poskutkowało rozcięciem na szarej koszuli, oraz bolesną raną ciągnącą się od łopatek, aż do pasa. Mężczyzna o zgniecionych genitaliach, złamanym nosie i czerwonej plamie na plecach osunął się na ziemię tracąc wolę walki i resztki godności układając się w pozycji płodowej.

W chwilę po tym, gdy teraz leżący mężczyzna otrzymał ranę, która jeśli przeżyje stanie się eksponatem godnym pokazania w burdelu, w którym panie zarażają panów syfilisem, czy innym świństwem, Erben zobaczył wycofującego się z obszaru walk mężczyznę, po czym sięgnął po naładowaną kuszę kobiety z wbitym w lewe oko nożem, wycelował, strzelił…trafił go w kolano. Bełt wystawał z obu stron kolana. Nie mogący biec dalej mężczyzna upadł na ziemię krzycąc w sposób w jaki sposób krzyczałaby większa część ludzkiej populacji, gdyby bełt przebił jej się przez kolano, nie musiał się tego wstydzić.

Erben wolnym krokiem ruszył w stronę leżącego wśród drzew mężczyzny.

- Zabij mnie! Proszę. – Krzyknął do Erbena mężczyzna, w stronę którego ten kierował kroki.

- To nie jest taka poważna rana, powinieneś z tego wyjść kulejąc…o ile będziesz współpracował. – Spokojnie odparł idący wojownik, który nie lubił, gdy się go brutalnie budzi, który wiedział, że kobieta i dwóch mężczyzn byli tylko bandytami, który postanowił dla samej satysfakcji potorturować więźnia.

- Odpowiem na wszystkie pytania, tylko mnie potem zabij, proszę.

- Przeżyjesz. – Spokojnie powiedział Erben.

- Właśnie, że nie! Bełt, jak i miecz, którym cię uderzyłem były pokryte trucizną, ot taka sztuczka. – Pięść Erbena trafiła bandytę w twarz rozcinając łuk brwiowy. Nie zrobił tego z powodu trucizny, ani trzech ostatnich słów bandyty, ale on poprostu to lubił.

- Nie żartuj sobie kolego. Gdzie są moje noże i miecz?

- Leżą tam –bandyta wskazał palcem dużą czarną torbę, z którą Erben zwykł podróżować – proszę, zabij mnie.

- Nie, nie zabiję cię, pozwolę ci umrzeć, lecz najpierw zaknebluję ciebie i twoich towarzyszy, a potem was do siebie przywiążę, no może poza tą dziewczyną pozwalając wam cieszyć się waszymi ostatnimi chwilami razem w ciszy. Nastała cisza, którą chwilami mącił płacz grubasa leżącego opodal.

Jak powiedział, lecz wcześniej zakopał pod jednym z drzew swój ekwipunek, poza jedną buteleczką, z której płyn wlał sobie w ranę na lewym przedramieniu, co miało zwiększyć szybkość gojenia rany, oraz zneutralizować działanie trucizny, co uprzedził oznaczeniem drzewa pod którym zakopał ekwipunek. Erben wiedząc, że za jakieś półgodziny będzie nieprzytomny i jest duża szansa, że nigdy nie odzyska przytomności (kto wie co to za paskudztwo było na tym mieczu) postanowił wejść na trakt i kontynuować podróż, licząc, że gdy opadnie nieprzytomny na ziemię będzie miał tyle szczęścia, że przed południem go znajdą…

Gdy obudził się na czerwonych poduszkach słysząc stukot koni zdał sobie sprawę, że jedzie wozem, który mógł należeć do każdego – kupców, czy wędrownych grajków.

Gdy wyjrzał na zewnątrz zobaczył tłum ludzi podążających zwartym szykiem w zbrojach, kobiety ubrane w niebieskie płaszcze, lekką jazdę. Wśród tłumu było wielu rannych, choć przeważali w nim ludzie, którzy śpiewali pieśni w języku trenelskim. Erben już wiedział, kto go znalazł – była to armia Trenelczyków, która wspomogła Amberall w obronie jego terytorium przed inwazją zza morza. Skoro Trenelczycy byli weseli i ranni, to oznaczało, że wykonali swoją robotę, więc najwyraźniej Amberallczykom udało się odeprzeć inwazję.

Wystającą z wozu głowę Embera dostrzegła jedna z kobiet i natychmiast do niego podbiegła, oczy miała błękitne, włosy blond i ładną figurę, a ubrana w niebieski płaszcz wyglądałą oszałamiająco.

- Witam.

- Witam.

- Widzę, że już się obudziłeś. Pewnie zastanawiasz się skąd się tu wziąłeś, otóż jesteśmy trenelską armią, która wraca ze zwycięskiej wojny w Królestwie Amberall. Znaleźliśmy cię po drodze na wozie kupców, którzy cię odnaleźli i mówią, że znaleźli cię nagiego i nieprzytomnego na drodze jedenaście dni temu. – Erben teraz zauważył, że jego strój jest inny, na odsłoniętym przedramieniu nie ma śladu po ostatniej bójce. Zauważył również, że nie był już w lesie pokrytym śniegiem, a jego wóz jechał pośród zielonych łąk wśród palącego słońca.

Po minie dziewczyny można było wywnioskować, że czeka na lawinę pytań, która powinna posypać się z jego ust, lecz zamiast tego usłyszała – Dziękuję za troskę, czy daleko do Novercart?

- Nie, jeszcze tylko dwa dni drogi…

Kwiecień 4th, 2008 przez qla

Pustym wzrokiem spoglądała na czarną postać odprawiającą pogrzebowy rytuał. Wydawało jej się, że ogląda niemy film. Wprawdzie usta księdza wypowiadały jakieś słowa, jednak ona zupełnie ich nie słyszała. Pogrążona w żalu, który towarzyszył jej od chwili, gdy dowiedziała się o śmierci matki, obserwowała ludzi zgromadzonych dookoła trumny, udających smutek, ale w głębi duszy wyczekujących tylko końca ceremonii.

Płakała, a wraz z nią płakało niebo. Ciemne chmury zapowiadały nadejście burzy.

Katie Medison dopiero, co skończyła studia na wydziale archeologii uniwersytetu Michigan i pragnęła rozpocząć kolejny etap życia. Nie o takim starcie jednak marzyła. Wyobrażała sobie, że razem z matką, będą przemierzać egzotyczne kraje w poszukiwaniu śladów zaginionych ludów. Czy nie tym właśnie zajmuje się archeolog?

Teraz jednak najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Zniknęła z powierzchni tego padołu ludzkich słabostek, zawiści i nietolerancji. Katie zawsze była silną kobietą, jak jej matka, w obliczu śmierci czuła się jednak nic nie warta, jak pyłek unoszony podmuchami wiatru.

Ksiądz przeszedł do ostatniej części ceremonii.

- Pożegnajmy Mary Medison, wybitnego archeologa i pedagoga, ale przede wszystkim matkę i żonę. Niech Bóg przyjmie ją do swojego Królestwa i pozwoli dostąpić szczęścia wiecznego. Duchowny odmawiał modlitwę, podczas gdy czterech rosłych grabarzy powoli spuszczało trumnę do wykopanego dołu.

Katie wzięła garść piachu i wrzuciła do grobu. Spadające grudki uderzyły w wieko i rozsypały się po powierzchni. Młoda Medison stała wpatrzona w miejsce ostatniego spoczynku najbliższej osoby. Żałobnicy rzucali na trumnę ziemię, która wydawała się w oczach Katie układać w logiczny ciąg znaków. Ktoś sypnął następną garść. To nie mógł być zbieg okoliczności – gorączkowo myślała Katie, coraz wyraźniej dostrzegając rysujące się kontury napisu. Przebudziła się z letargu otępienia spowodowanego smutkiem i ponownie spojrzała w dół przecierając oczy. Tak, była tego pewna. Rozsypana ziemia utworzyła napis – JESTEM.

Nie zdążyła zareagować, gdy grabarze zaczęli zakopywać dół.

- Stójcie, nie zauważyliście tego?! Tam było coś napisane. To musiał być znak. Ona chce mi coś powiedzieć – krzycząc rzuciła się na mężczyzn.

Wśród zgromadzonych rozległ się cichy pomruk. Ktoś złapał Katie za ramię i przytulił.

- Uspokój się. Wiem, co czujesz. Mnie też jest przykro – powiedział mężczyzna w czarnym płaszczu.

Był to jej ojciec. Miał czelność przyjechać na pogrzeb, po tym jak zostawił je same wtedy, gdy najbardziej go potrzebowały. Pojechał do Europy z jakąś kobietą. Może kiedyś mu wybaczy, może, ale teraz był ostatnią osobą, którą chciała widzieć.

- Zostaw mnie! – krzyknęła. – Czy naprawdę niczego nie zauważyliście? Jesteście ślepi, wszyscy…

Żałobnicy odprowadzali ją wzrokiem, gdy dziewczyna szybkim krokiem opuszczała cmentarz. Wsiadła do samochodu stojącego na parkingu i odjechała.

- Kontynuujmy – duchowny ze współczuciem patrzył za odchodzącą Katie. – Biedne dziecko, śmierć jest zawsze bolesnym ciosem. Pocieszajmy się jednak, że jest tylko przejściem do lepszego Bożego świata.

Rozpoczęły się modlitwy za zmarłą. Grabarze kończyli swoją pracę zastanawiając się czy na trumnie faktycznie mógł znajdować się jakiś napis. A jeśli nawet? Co z tego? To musiał być po prostu przypadek.

Main Street jedna z głównych ulic Ann Arbour<!–[if !supportFootnotes]–>[1]<!–[endif]–> świeciła pustkami. Czasami ktoś wychodził z domu, spoglądał w niebo i szybkim krokiem odchodził spiesząc się do pracy. Poranna godzina zapowiadała mające dopiero nadejść uliczne korki i miejski zgiełk.

Kobieta stanęła w progu jednej z kamienic i spojrzała na numer, aby upewnić się, że to właściwy adres. Weszła do środka skąd dotarł ją wszechogarniający swąd wilgoci i stęchlizny. Zniszczonymi drewnianymi schodami udała się na drugie piętro, zatrzymała przed drzwiami. Na tabliczce był napis – detektyw J.Holmes. Wyczuła roznoszącą się w powietrzu charakterystyczną woń cygar. Zapukała…

- Proszę wejść – dobiegł ją chrapliwy głos.

Znalazła się w niewielkim pokoiku urządzonym w stylu retro. Pośrodku stało solidne drewniane biurko, w głębi pomieszczenia znajdowała się dwudrzwiowa szafa i komoda, na ścianie zaś wisiał obraz. W skórzanym obrotowym fotelu siedział mężczyzna koło pięćdziesiątki, z lekko przyprószonymi siwizną włosami ułożonymi w taki sposób jakby ich właściciel za wszelką cenę próbował wygrać walkę z pogłębiającą się łysiną. Grube cygaro tkwiące w ustach i brązowa marynarka opinająca ciało przynosiły skojarzenia ze starymi czarno-białymi filmami z detektywem Dickiem Tracy. Brakowało tylko szklaneczki whisky.

- Może whisky? – zaproponował nieoczekiwanie.

- Nie, dziękuję – odpowiedziała.

- W czym mogę pomóc, pani… – zaciął się mężczyzna.

- Katie Medison.

- John Holmes – odpowiedział.

Wstał z fotela i podszedł do szafy, w której ukryty był okazały barek. Zrobił sobie drinka i zwrócił się do dziewczyny.

- Czy na pewno niczego się pani nie napije?

- Nie piję alkoholu – odrzekła stanowczo.

- Ja za to uwielbiam napić się czegoś mocniejszego – pociągnął łyk złotego płynu i rozsiadł się wygodnie w fotelu. – Słucham panią.

- Chciałabym zlecić panu sprawę.

- Dobrze pani trafiła, ale jeśli mam dla pani pracować, może przeszlibyśmy na mniej oficjalny ton. Jestem John – zaproponował.

- Nie mam nic przeciwko – Katie uśmiechnęła się subtelnie.

Była piękną kobietą. Delikatne rysy twarzy, mimo że nie były podkreślone makijażem wspaniale komponowały się z kręconymi, blond włosami. Świeżo upieczona pani archeolog miała na sobie czarny żakiet i spodnie do kostek. Nie wyglądała jak dama, ale na swój sposób była bardzo kobieca i pociągająca.

- Czy wierzysz w życie pozagrobowe? – zapytała.

- Tak – odpowiedział – wierzę. A skąd to pytanie? – w oczach Johna pojawiła się wyraźna oznaka zainteresowania.

- Chciałabym, abyś odnalazł moją matkę Mary Medison.

- Zaginęła? – zapytał Holmes.

- Zginęła.

- Słucham? – zdziwił się wyciągając cygaro z ust.

- W zeszły wtorek odbył się pogrzeb. Wydaje mi się, że mama próbuje zza grobu przekazać coś ważnego. Może to, że gdzieś tam jest a może coś więcej – Katie zasmuciła się a po policzku spłynęła jej łza.

- Uspokój się i opowiedz wszystko od początku – John podał jej papierową chusteczkę.

Dziewczyna przetarła oczy i rozpoczęła opowieść.

- Moja mama, Mary Medison była znanym i cenionym archeologiem. Zajmowała się kulturami ludów Azji. Zawsze fascynowały ją transcendentalne filozofie Tybetu. Zbierała materiały do napisania książki o śladach dziedzictwa kulturowego tamtych terenów. Niestety podczas ostatniej wyprawy zapadła na tajemniczą chorobę i krótko potem zmarła. Ostatnimi laty z powodu ciągłych wyjazdów mamy nie mogłyśmy się zbyt często widywać. Teraz bardzo tego żałuję, zawsze chciałam być jak ona. Marzyłam, że po studiach będę mogła uczestniczyć w jej podróżach. Dwie nieustępliwe panie archeolog odkrywające zagadki starożytności. Teraz jednak jest już za późno – oczy Katie ponownie zaszły łzami.

- Proszę mówić dalej – zachęcał detektyw.

- Przypominam sobie rozmowę z mamą. To było w Halloween. Dowcipkowałyśmy na temat duchów i życia po śmierci. Przyszedł mi wtedy do głowy dziwny pomysł – zaproponowałam, tak dla żartów, że jeśli którakolwiek z nas odeszłaby z tego świata, druga będzie się starała przekazać w jakikolwiek sposób, że istnieje życie pozagrobowe. Taki mały żart, żeby postraszyć się wzajemnie w przeddzień wszystkich świętych. Miałyśmy nawet umówiony sygnał, o którym przypomniałam sobie dopiero po jej śmierci.

- Co to za sygnał? – z zaciekawieniem zapytał John.

- Rozbite lustro. Znalazłam je po powrocie do domu. Mieszkam sama, dlatego od razu skojarzyłam ten fakt ze znakiem od Mary. Podczas pogrzebu mojej matki ziemia, którą zasypywano trumnę utworzyła napis JESTEM. Wszyscy tłumaczyli to zbiegiem okoliczności, nie chcąc uwierzyć. Ja wiem, że ona gdzieś tam jest i próbuje coś przekazać. Miałam nadzieję, że ty mi pomożesz i nie uznasz za wariatkę jak inni.

- Tak jak powiedziałem, dobrze trafiłaś. Teraz mnie posłuchaj. To, co usłyszysz, może wydawać ci się nieprawdopodobne, jednak w obecnej sytuacji myślę, że jesteś skłonna mi uwierzyć.

Zgasił cygaro zauważając, że dym tytoniowy wyraźnie ją drażni.

- Czy wiesz, czym są równoległe wymiary? – zapytał Holmes.

- Nie bardzo, a powinnam? – odpowiedziała z zażenowaniem.

- Razem z naszym światem, który codziennie oglądasz współistnieją inne wymiary. Oczywiście nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż prawie nigdy się ze sobą nie przecinają. Jednak czasami przy sprzyjających warunkach byty z zaświatów mogą ingerować w naszą rzeczywistość. Zdarzały się nawet sytuacje, kiedy takie zjawy ukazywały się w całej swojej okazałości. Ludzie zwykle nazywają je duchami, nie wiedząc, czym są. Jest to najłatwiejsze wytłumaczenie zjawiska, którego się nie rozumie.

Źrenice dziewczyny rozszerzyły się. W innych okolicznościach to, co przed chwilą usłyszała w najlepszym wypadku uznałaby za dobrą historię do straszenia przy ognisku, ale nie dziś. John wypowiadał to z takim spokojem i pewnością siebie jakby dyktował przepis na szarlotkę.Coś mówiło jej, że ten misiowaty mężczyzna o nieświeżym oddechu zdradza tajemnice strzeżone od tysięcy lat przez nieznane siły.

- Czy moja matka, znajduje się w równoległym świecie? – zapytała ze zdziwieniem Katie.

- Do innego wymiaru trafiają dusze zmarłych, które bronią się przed odejściem. Buntownicy, lub ci, którzy faktycznie mają coś bardzo ważnego do przekazania żyjącym.

- Właśnie takie odczucie towarzyszy mi każdego dnia od jej śmierci. Przeświadczenie, że ona gdzieś tam jest.

- To jest właśnie klucz do zakrzywiania wymiarów. Silna więź między członkami rodziny: miłość, nienawiść, rozpacz, pomaga otworzyć drzwi raz, czasami dwa, jednak wraz z zacieraniem się emocji coraz trudniej skrzyżować ze sobą dwa światy. Czas leczy rany a uczucia wygasają.

- Jak zatem możemy porozumieć się z mamą? – z nadzieją w głosie spytała Katie.

- W tym momencie, mogę jedynie zaoferować usługi mojej skromnej osoby – uśmiechnął się rozbrajająco John.

- Bardzo dobrze. Zatem zajmiesz się moją sprawą? Jeśli chcesz możemy przedyskutować kwestie finansowe.

- Nie w tym rzecz. Jeśli chodzi o zapłatę, to mam nadzieję że się dogadamy. Posiadam pewną cechę, a może przypadłość, która pojawiła się u mnie w wyniku wypadku samochodowego, wieki temu, fragment kości czaszki mam uzupełniony metalową płytką, o tutaj – John postukał się palcem po głowie. – Jestem po części cyborgiem – roześmiał się.

- Jaka to cecha?

- Potrafię zakrzywiać wymiary. Potrzebuję oczywiście medium, kogoś, kto byłby rodzajem bramy pomiędzy światami. Kto jest emocjonalnie związany z osobą z innej rzeczywistości, dlatego idealnie się dopełniamy. Ty będziesz drzwiami a ja kluczem do równoległej przestrzeni.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie i nadzieja jednocześnie. Nie dość, że ktoś ją wysłuchał to najwyraźniej uwierzył a w dodatku chciał pomóc. Potem okazało się, że niezupełnie za darmo. Zapłata była wysoka, jednak to nie miało znaczenia, liczyła się tylko możliwość kontaktu z mamą.

- Rozumiem zatem, że zaczynamy śledztwo – Holmes podsumował spotkanie.

- Oczywiście, najlepiej od razu – odpowiedziała. – Czy mogę zrobić coś, co mogłoby pomóc?

- Tak. Chciałbym się dowiedzieć, w jakich okolicznościach zginęła Mary. Jest to dla mnie bardzo istotne. Czy cierpiała? Co czuła? Jakie były jej ostatnie słowa?

- Spróbuję się czegoś dowiedzieć. Czy coś jeszcze?

- Wieczorem widzimy się przy grobie twojej mamy – uśmiechnął się John.

- Nie moglibyśmy za dnia? I dlaczego akurat przy grobie, nie można gdzieś indziej? – na twarzy Katie pojawiło się zdziwienie.

- Zaufaj mi, dziś o dwudziestej drugiej.

Holmes odebrał zaliczkę za przyjęcie sprawy, Katie zostawiła mu wizytówkę, zapisała miejsce spoczynku matki i wyszła.

Detektyw długo jeszcze siedział w fotelu i rozmyślał. Zapalił cygaro, nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky i patrząc na wiszący na ścianie „Krzyk” Muncha, zastanawiał się nad tym, co przed chwilą go spotkało.

Wreszcie klient – pomyślał. Bogaty i na dodatek piękny.

Zapadał zmrok. Niknąca za horyzontem różowa tarcza słońca rozświetlała chmury. Słabo widoczny księżyc zdawał się spychać ostatnie westchnienia umierającego dnia za widnokrąg. Nic nie mogło powstrzymać nadchodzącej nocy.

Nekropolia umiejscowiona w zachodniej części Ann Arbour była miejscem spokoju i zadumy. Znicze tlące się na grobach, przypominały o tych wszystkich, którzy na zawsze odeszli z tego świata.

Przy jednej z cmentarnych alejek majaczyła figura samotnie stojącej drobnej kobiety, która rozglądała się nerwowo, jakby oczekiwała czyjegoś przyjścia.

Na parking zajechał szary cadillac, z którego wysiadła tęga, barczysta postać.

- Dobrze, że jesteś – stwierdziła z ulgą Katie. – Dlaczego się tu spotkaliśmy?

- Chciałaś się widzieć ze swoją matką? – odpowiedział John. – Czy znasz lepsze miejsce niż jej grób.

- Czy to jest żart? Jeśli tak to mnie nie śmieszy – z irytacją stwierdziła. – W nocy jest tu tak strasznie.

- Pamiętasz jak mówiłem o nienawiści, strachu i odpowiednim stanie emocjonalnym kogoś, kto ma być medium pomiędzy światami. Drzwi i klucz, przypominasz sobie?

- Przypominam – odpowiedziała. – Teraz wszystko rozumiem. Zadbałeś o odpowiedni nastrój.

- Właśnie. Czy dowiedziałaś się czegoś o okolicznościach śmierci twojej matki?

- Tak, to całkiem interesująca historia, która może rzucić nowe światło na całą sprawę. Podczas ostatnich dni życia mama prowadziła wraz ze swoją ekipą prace wykopaliskowe w jaskiniach tybetańskich Himalajów. Pewnego dnia wydarzyło się coś dziwnego, Mary pozostawiła swoich ludzi i poszła w kierunku odległej o kilka kilometrów wioski. Lekarze orzekli, że była ciężko chora na rodzaj niespotykanej dotąd odmiany bakterii Ebola. Wycieńczona i ledwie świadoma zdążyła na łożu śmierci napisać tylko jedno zdanie: „Zagłada jest blisko, znajdźcie dysk”. Szukano miejsc gdzie mama mogła prowadzić ostatnie swoje prace, jednak niczego nie znaleziono. Członkowie jej ekipy również gdzieś zniknęli. Zresztą Tybet od lat okupowany jest przez władze chińskie, które bardzo niechętnie patrzą na amerykańskie ekipy przeszukujące ich tereny, trzeba uzyskać wiele zezwoleń na legalne prace wykopaliskowe. To dodatkowo utrudniało sprawę.

- Czy coś jeszcze? – zapytał Holmes.

- Niestety. I tak zdobycie tych informacji nie było łatwe. Co o tym sądzisz?

- Co mogła mieć na myśli pani Medison zapisując ostatnie zdanie? Czy chodziło o dysk twardy komputera? – głośno zastanawiał się John. – Może kojarzysz cokolwiek, co mogłoby pomóc?

- Po tym jak odszedł od nas ojciec, straciłyśmy z mamą bliski kontakt. Było jej ciężko, pochłonięta była pracą, ja studiami. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym się zajmuje, poza faktem, że jeździ po Azji i odkrywa świadectwa istnienia tamtejszych kultur. Ilekroć pytałam ją, co robi, zaraz zmieniała temat wypytując o moją naukę i te wszystkie mało istotne rzeczy z nudnego życia studenckiego. Dziś żałuję, że nie miałyśmy ze sobą cieplejszych stosunków. Tak bardzo ją kochałam, gdybym tylko wiedziała, że to nasze ostatnie chwile razem.

- Nigdy nie wiemy czy dzisiejszy dzień jest naszym ostatnim, carpe diem – chwytaj dzień. Jesteś gotowa na kontakt z duchami? – z wyraźnym rozbawieniem zapytał detektyw zmieniając ton wypowiedzi.

- Czuję się dziwnie. Czy ty mnie czasem nie próbujesz nastraszyć? – z niepewnością odpowiedziała dziewczyna.

- Jestem poważny jak nigdy. Weź kilka garści piasku i rozsyp je przed grobem, podobnie jak robiłaś to z ziemią na pogrzebie, kiedy pojawił się tamten tekst .

- Nikt oprócz mnie go nie widział. Może mi się tylko zdawało. Nie jestem już niczego pewna – powiedziawszy to sypnęła garść miałkiej ziemi na płyty alejki.

- Więcej, musi być więcej, tak by można było coś na nim napisać.

- Teraz spróbuj myśleć o mamie, wzbudź w sobie emocje, możesz się nawet rozpłakać.

Zapadł zmrok, oświetlany jedynie trupim blaskiem księżyca i nielicznymi latarniami, które w gęstym, gorącym powietrzu i tak nie dawały wystarczająco dużo światła. Płomyki tańczące wewnątrz zniczy, wyglądały jak świetliki próbujące wydostać się ze szklanego więzienia.

Mimo wielkiego skupienia i oczekiwania nic się nie działo. W głowie Katie pojawiła się myśl, że mogła zostać oszukana. John opowiedział łatwowiernej dziewczynie niestworzoną historię, a ona mu uwierzyła. Odejdzie inkasując zaliczkę i zostawi ją samą z własnymi problemami.

- Nie kochałaś swojej matki – odezwał się nagle John.

- Jak możesz tak mówić? To nieprawda – z wielkim sprzeciwem odpowiedziała.

- Nie kochałaś jej.

- Nie mów tak, nic o mnie nie wiesz – na twarzy Katie pojawił się grymas złości.

John spojrzał w kierunku rozsypanego piasku. Powoli, niczym za sprawą niewidzialnej siły na ziemi zaczęły rysować się kolejne litery, jak gdyby pisane patykiem na słonecznej morskiej plaży.

- Spójrz. Tam jest znak od Mary – mruknął John wskazując palcem w kierunku napisu.

Katie zaniemówiła, po jej policzkach popłynęły łzy. Przeżyła coś metafizycznego, czuła obecność matki, była tak blisko a jednocześnie tak daleko. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Ostatnimi czasy doświadczyła nadnaturalnych zdarzeń, jednak nigdy nie było to tak świadome obcowanie z siłami z innego świata.

Powiał wiatr, piasek został zdmuchnięty. Pozostało tylko dwoje uczestników niewiarygodnego wydarzenia.

- Widziałaś, co było napisane? – zapytał ze spokojem Holmes.

- Nie jestem pewna, ale dwie pierwsze litery to D i O i jeszcze chyba I, ale zbyt szybko zniknęły.

- To M – odpowiedział John. Nie było wyraźne, jakby coś przerwało przekaz, ale to na pewno było M. O czym myślałaś?

- Jak bardzo mi jej brakuje… widziałam nas przy wigilijnym stole, kiedy jeszcze byliśmy rodziną.

- Przepraszam, że musiałem cię sprowokować, ale to było konieczne, inaczej mogłoby się nie udać. Wybacz mi. Nie wątpię, że bardzo kochałaś swoją matkę.

- Przez chwilę byłam na ciebie wściekła, nie wiem czy szybko ci to zapomnę. Mogłeś użyć mniej dramatycznej metody.

- Musiałem działać szybko, a tylko to przyszło mi do głowy.

- Co mama chciała nam powiedzieć mówiąc o domu?

- Myślę, że tam właśnie znajdziemy odpowiedź. Gdzie mieszkała? – zapytał John.

- Miała niewielkie mieszkanko na Yellow Street.

- Jedźmy zatem – stwierdził z przekonaniem detektyw.

Dwupokojowe Mieszkanie Mary Medison mimo, że od tygodni stało puste, sprawiało wrażenie uporządkowanego. Widać było, że jego właścicielka to osoba ułożona i dbająca o czystość. Pośrodku mniejszego pokoju znajdowało się duże drewniane biurko i starannie zaścielone łóżko. W większym stał stół, skórzana kanapa i telewizor. Tylko uschnięte kwiaty i wszędobylski kurz wskazywały, że od dawna nikogo tu nie było.

- Po śmierci matki myślałam żeby posprzątać jej mieszkanie, ale wspomnienia były zbyt świeże. Ciekawe po kim odziedziczyłam zupełny brak szacunku do porządku?

- Pewnie po ojcu – stwierdził John rozglądając się po pomieszczeniu.

- Ojciec też zawsze lubił ład.

- Zatem pozwól, że nie będę zgadywał dalej – z ironią odpowiedział.

Katie zabrała zeschnięte kwiaty stojące w wazonie na stole i wyrzuciła do kosza. Podobnie postąpiła z uschniętymi doniczkowymi roślinami.

- Ciekawe, kto podlewał je podczas nieobecności mojej mamy?

- Może po powrocie zawsze kupowała nowe – John próbował silić się na dowcip.

- Czego szukamy? – zapytała.

- Czegokolwiek. Myślę, że nie bez powodu Mary Medison kazała nam tutaj przyjść. Spróbuj znaleźć coś w jej pracowni, ja przeszukam resztę pomieszczeń.

Mimo dokładnych oględzin całego mieszkania nie natrafili na nic ciekawego oprócz książek o starożytnych kulturach, prywatnych notatek i zapisków z wypraw archeologicznych. Pomiędzy osobistymi przedmiotami i biżuterią nie znaleźli jednak niczego, co pozwoliłoby wyjaśnić zagadkę śmierci i ostatnich wydarzeń z życia Mary.

- Co dalej panie Holmes? – zapytała Katie.

- Nic mój drogi Watsonie, będziemy znowu potrzebowali pomocy. Znajdź dużą kartkę papieru, najlepiej cały arkusz i coś do pisania.

- Czyżbyśmy znowu zaczynali czarować? A gdzie tradycyjne śledztwo, odciski palców, dedukcja i wszystkie te gadżety, które wykorzystują detektywi z książek i filmów.

- Nie mamy na to czasu, poza tym to nie jest zwykłe śledztwo.

Katie przyniosła duży arkusz białego papieru i zgodnie ze wskazówkami detektywa narysowała na nim znak krzyża. W lewym górnym rogu wypisała wszystkie cyfry od zera do dziewięć. Dookoła wyrysowała wszystkie litery alfabetu, na końcach którego dopisała wyrazy TAK, NIE, BYĆ MOŻE i NIE MOGĘ ODPOWIADAĆ. Gotową tablicę położyła na stole i przyłożyła wazonem po kwiatkach.

- Potrzebne jeszcze świece i ząbek czosnku przekrojony na cztery części – dodał detektyw.

- Słucham? Znowu żartujesz? – zapytała Katie, nie do końca wiedząc co myśleć o nowym pomyśle Holmesa.

- Tym razem mówię poważnie. Czasami poza bytami, z którymi chcemy się spotkać, przychodzą te mniej przyjazne. Spirytyści nazywają je larwami astralnymi.

- Nie do końca zrozumiałam o co chodzi z tymi robakami, ale pewnie wiesz co mówisz – zapaliła trzy świece i położyła obok znaleziony w kuchni, rozkrojony czosnek.

Holmes szukał czegoś między półkami. Po chwili usiadł do stołu kładąc na arkuszu papieru drewniany ołówek zaostrzoną końcówką w kierunku liter.

Na twarzy Katie zarysowało się zdziwienie połączone z ciekawością.

- No co, nigdy nie widziałaś wskaźnika? – zapytał. – Każdy spirytualista ma taki. Coś na kształt czarodziejskiej różdżki. Musiałem trochę zaimprowizować, ale mam nadzieję, że ten będzie odpowiedni. Jeśli możesz przynieś jeszcze coś osobistego, co należało do Mary, może być nawet fragment garderoby.

Dziewczyna wykonała polecenie. Zasiedli do stołu i w skupieniu oczekiwali na to, co miało się wydarzyć. Tak jak poprzednio John polecił Katie myśleć o matce, wzbudzić w sobie emocje, które pozwoliłyby na kontakt z innym wymiarem. Pomyślała o świętach, o tym jak bardzo byli wtedy z rodzicami szczęśliwi, o tym, że nigdy więcej nie doświadczy już takich chwil. Czuła, że musi wydorośleć, że powinna być odważna, powinna przeciwstawić się przeciwnościom losu, Mary na pewno tego właśnie by chciała.

Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego. Mimo, że nie było wiatru płomienie świec zadrgały, a ołówek zaczął obracać się po kartce. John jak w transie patrzył na to, co odbywało się na arkuszu papieru. Katie poczuła nagle czyjąś obecność, lecz to nie była jej matka. Coś wrogiego próbowało wtargnąć do tego świata. Nie widzieli niczego, ale doświadczali obecności zła, jakiejś nadprzyrodzonej siły próbującej zawładnąć ich umysłami. Nagle ołówek z dużą prędkością przesunął się po kartce i ustawił na cyfrze 5, sekundę później przemieścił się na kolejny znak. Siedzieli przy stole i patrzyli na mały przedmiot do pisania, teraz będący kluczem łączącym ich z innym światem. Po chwili świece zgasły a ołówek spadł ze stołu. Zapadła cisza. Milczeli zastanawiając się nad tym, co przed chwilą zobaczyli. Holmes gwałtownie wstał od stołu i przeszedł przez pokój zatrzymując się przy oknie. Był wyraźnie czymś zmartwiony i zaintrygowany.

- Zapamiętałaś wszystko?- zapytał.

- Cztery cyfry 5107. Nie widziałam niczego więcej.

- Ja też zapamiętałem tylko tyle. Musimy ograniczyć nasze spotkania z panią Medison, chyba, że chcemy na siebie ściągnąć nieszczęście. Czy czułaś zło otaczające pokój?

- Byłam przerażona, jeszcze teraz się trzęsę. Co to było?

- Tak się dzieje, kiedy ingeruje się w inne wymiary. Po drugiej stronie nie zawsze są ci, których kochamy i oczekujemy, czasami przychodzą postacie z koszmarów. Zakłócając spokój zmarłym narażamy się na spotkania z różnymi istotami. Musimy uważać i ograniczyć kontakty z zaświatem inaczej możemy postradać zmysły. Idź wziąć prysznic. Najpierw gorący potem zimny i o nic nie pytaj, po prostu zrób to – stanowczym głosem zażądał John.

Dziewczyna nie mogła się pozbierać, ręce jej drżały a ciało przeszywały dreszcze. Posłuchała Johna. Ufała mu. Wydawał się bardzo zdecydowany i pewny tego, co mówi. Podświadomie była przekonana, że trafiła na odpowiednią osobę. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był dla niej opiekunem, ojcem, którego niegdyś straciła, jakby duchowy przewodnik po świecie zmarłych.

Kąpiel rozluźniła ją na tyle, że była w stanie pozbierać myśli. Wychodząc z łazienki, zastała Johna siedzącego na kanapie i palącego cygaro.

- Przepraszam, wiem że nie lubisz kiedy palę, ale to pozwala mi się skupić i uspokoić – stwierdził detektyw widząc Katie stojącą w drzwiach łazienki.

- Nie ma sprawy. Dlaczego kazałeś mi wziąć prysznic? – zapytała. Czuła się jak adept czarnej magii na naukach u mistrza. Jak Harry Potter na wykładzie u Dumbledora. John wiedział o tylu rzeczach, o których normalni śmiertelnicy nie mieli pojęcia.

- To standardowa procedura. Ciała astralne czasami przyklejają się do żyjących. Chyba nie chcesz, żeby potem coś straszyło cię po nocach? Słyszałem nawet o zgwałconych przez ducha dziewicach – stwierdził z uśmiechem.

- Znowu nie wiem czy ze mnie żartujesz. Jeśli sądzisz, że się zarumienię to się mylisz. Dzisiejsze dziewice są bardziej bezpruderyjne niż wy starcy z ubiegłego stulecia.

Mokre blond włosy Katie lśniły w bladym świetle, przez chwilę przypominała anioła.

- Nie mam pojęcia, co pani Medison chciała nam powiedzieć. Próbowałem dopasować te cyfry do czegoś, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Masz jakiś pomysł?

- Detektywie Holmes, może to pan powinien płacić mi za śledztwo.

John podniósł się ze skórzanej kanapy i zaciągnął cygarem. Zmarszczył czoło, kiedy Katie podeszła do obrazu wiszącego na ścianie. Przez chwilę próbował odczytać autora pejzażu, jednak oczy nie pozwalały mu dostrzec podpisu na dole płótna.

- I co? – zapytał zirytowany.

Dziewczyna złapała za róg obrazu i szybkim ruchem otworzyła go tak, jak robi się z kuchennymi drzwiczkami w poszukiwaniu konfitur czy cukru. Ukazała się stalowa płyta z pokrętłem.

- Sejf? – zapytał John odpluwając drobiny tytoniu.

Katie wykonała cztery ruchy gałką, pociągnęła za rączkę i otworzyła solidne drzwiczki.

- Brawo – krzyknął Holmes.

Uprzątnęli stół i ułożyli na nim zawartość sejfu. Pośród kilkunastu kartek wyglądających jak ksero z zeszytu licealisty znaleźli coś na kształt mapy, wykonanej odręcznie, niedbałą kreską. Był to fragment jakiegoś górskiego pasma, z naniesionymi szczegółowo rzekami, dolinami i wioskami.

Zaczęli pospiesznie studiować strony. Pośród ręcznie tworzonych rysunków znajdowały się fragmenty tekstu.

- Posłuchaj tego – zagadnęła Katie przyglądając się jednej ze stronic – to brzmi jak fragment pamiętnika.

Dotarliśmy do niewielkiej komnaty. Przypomina kaplicę jeszcze sprzed czasów buddyjskich, za panowania religii Bon. Schodzimy coraz głębiej. Docieramy do drzwi. Nie potrafimy ich sforsować. Wycofujemy się do obozu, aby przemyśleć wszystko raz jeszcze.

Na kolejnych stronach znajdują się dokładne mapy i sposób, w jaki udało nam się dotrzeć tak daleko… Rozmawialiśmy z mieszkańcami wioski. Twierdzą, że odkryliśmy świątynię Agharty. Według mnie, są to pozostałości dawnego kultu Szenraba Miło z Szangszungu. Muszę zabrać odnalezione przedmioty do Stanów i dokładnie je zbadać. Być może dowiemy się z nich czegoś więcej. Nie będzie łatwo je stąd wywieźć.

Kolejna strona zawierała dalsze wskazówki.

Wejście znajduje się w dolinie Altya-tagh pod powierzchnią Brahmaputry. Nie jestem pewna, czy rzeka zmieniła przez te lata swój bieg, czy ktoś celowo ukrył…

- Co o tym sądzisz? – zapytała Katie.

- Z jakiegoś powodu twoja mama przyprowadziła nas tutaj i wskazała te kartki. To kserokopie. Wygląda tak jakby ktoś chciał, aby informacje te nie zaginęły. Sprawdźmy dokładnie wszystkie strony.

Przeglądnęli skrupulatnie cały materiał, starając się odszyfrować treść rysunków, opisów i map. Katie będąc wykształconym archeologiem pochłaniała z łatwością wszystkie informacje. John starał się udawać, że jest zainteresowany tym, co ogląda, jednak ziewanie zdradzało oznaki znużenia.

Po kilkudziesięciu minutach młoda Medison wstała od stołu i usiadła na kanapie wpatrując się w Johna robiąc przy tym słodkie miny.

- Co znowu? Widzę, że dziwne myśli chodzą ci po głowie – zapytał znudzony Holmes.

- Kiedy ostatni raz byłeś na wakacjach? – zapytała.

- Nie pamiętam, dawno temu – odpowiedział, nie do końca wiedząc skąd wzięła się ta nagła zmiana tematu.

- Nie miałbyś ochoty pojechać do Tybetu?

- Chyba postradałaś zmysły. Kontakt z ciałami astralnymi pomieszał ci w głowie. W moim wieku na plażę w Miami jest daleko, a co dopiero do Chin. Wykluczone. Przyjąłem to zlecenie, ale o żadnych zagranicznych wyjazdach nie było mowy.

- Płacę podwójnie. Poza tym pokryję wszystkie koszty podróży. To może być bardzo ciekawa wycieczka, kultura buddyjska, mnisi, obcowanie z innymi rasami. Nie kusi cię to? Poza tym czuję, że nie masz zbyt wielu zleceń. A może się mylę?

- Nawet gdybyś płaciła poczwórnie nigdzie bym nie poleciał. Przecież to dokładnie na drugim końcu świata. Tam dzieją się straszne rzeczy. Chiny mają za nic poszanowanie praw człowieka, a co dopiero z prawami takiego amerykańskiego piernika jak ja.

- Możemy się podawać za holenderskich turystów. Z pieniędzmi w Chinach wiele można zdziałać. Jeszcze będziesz zaskoczony gościnnością Azjatów. Poza tym zapłacę ci sześciokrotną stawkę.

- Za każdy dzień? – zapytał John.

- Za każdy dzień.

- Niech to szlag. Na co mi przyszło na stare lata. Ale zaliczka za pierwsze dni musi być z góry.

- Umowa stoi. Lecimy do Tybetu. Zresztą to ja powinnam się bardziej martwić. Wyjeżdżam z prawie obcym mężczyzną do nieznanego kraju.

- Oczywiście, już możesz się zacząć bać. Szczególnie tego, że wykorkuję tam na zawał i będziesz musiała płacić za transport moich zwłok z powrotem do Ameryki. Dodatkowo mam jeszcze jeden warunek, a tak na prawdę to dwa.

- Jakie to warunki? – zapytała Katie.

- Zabieramy dużo whisky i karton cygar.

- Możemy mieć przez ciebie problemy, ale niech tak będzie. Zarezerwuję bilety lotnicze. Musimy się dobrze przygotować. Temperatura nie przekracza tam kilku stopni, a bywa i dużo chłodniej.

- Słucham, to mam jeszcze marznąć? – zapytał zrezygnowany John załamując ręce.

- Szanowni państwo. Amerykańskie linie lotnicze Pan Am witają na pokładzie – odezwał się z głośników skrzeczący głos. – Lot potrwa sześć godzin. Lądowanie odbędzie się na lotnisku w mieście Lhasa stolicy Tybetu. Proszę zapiąć pasy. Życzę miłego lotu.

- Mam nadzieję, że dobrze znosisz podróżowanie samolotem? – zapytała młoda archeolog.

- Poradzę sobie. Cały czas jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego się na to zgodziłem – odpowiedział John wzdychając.

- Dlatego, że jesteś pazerny na pieniądze – stwierdziła z ironią Katie.

- Gdybym chociaż, mógł zapalić cygaro – westchnął.

Samolot nabierał coraz większej prędkości. Odczuwalne przeciążenie dawało się we znaki mniej wytrzymałym pasażerom, którzy siedzieli wtuleni w fotele i mrużyli oczy. Koła oderwały się od pasa startowego a wielki Boeing 747 jak żelazny orzeł wzbił się w powietrze.

- Odrobiłeś zadanie domowe? Przygotowałeś się do podróży? – zapytała Katie próbując podtrzymać konwersację.

- Słucham? Nie widzisz, że cierpię, nienawidzę samolotów – wysyczał detektyw zagryzając zęby.

- Oficjalnie lecimy wraz z wycieczką turystyczną zorganizowaną przez biuro podróży „TRavel”. Tylko tak, można dostać pozwolenie na zwiedzanie niektórych otwartych miejsc Tybetu.

- My zapewne udamy się do tych zamkniętych – stwierdził John ze złośliwością.

- Musimy mieć przewodnika, to również wymóg chińskich władz – dodała.

- Dlaczego mówisz o Chinach? Przecież lecimy do Tybetu.

- Widzę, że zadania domowego jednak nie odrobiłeś. Pozwól, że wyjaśnię ci kilka spraw. Od 1950 roku Tybet okupowany jest przez Chiny, dążące do całkowitego zniszczenia tybetańskiej kultury.

John z zainteresowaniem słuchał relacji o politycznej, geograficznej i kulturowej sytuacji Tybetu. Katie mówiła z wielką pasją i zaangażowaniem. Po pewnym czasie detektyw zaczął sprawiać wrażenie znużonego i przytakiwał udając, że słucha. Tylko sporadyczne turbulencje samolotu skutecznie wybudzały go ze snu.

- Czy mają państwo coś do oclenia? – zapytał skośnooki urzędnik.

- Tylko kilka butelek whisky – odpowiedziała Katie.

- Proszę rozpakować – zażądał wskazując na stół do przeszukiwania bagażu. – Czy wiedzą państwo, że na teren Tybetu można wwieźć tylko litr alkoholu na osobę, a ja tu widzę więcej – stwierdził celnik z wyrazem triumfu na twarzy.

- W takim razie nadwyżkę będziemy musieli zostawić – powiedziała Medison wyjmując butelkę Johnnie Walkera z torby.

- W żadnym wypadku – zaoponował John.

Wyrwał flaszkę z rąk Katie otworzył i przystawił do ust. Łapczywie przełykając wlał w siebie połowę. – Czy jest jakiś przepis, który mówi, że nie można nadwyżki alkoholu przewieźć w brzuchu? – zapytał celnika.

Zdziwiony Chińczyk zmierzył wzrokiem postać Johna, przetarł czoło, postukał się w głowę i wskazując ręką kazał opuścić odprawę celną. Wypowiedział jeszcze kilka słów po chińsku i zwrócił swoją uwagę na bagaże kolejnych pasażerów.

- Ty pijaku! Nie mam zamiaru taszczyć cię do hotelu – krzyknęła wyraźnie zła Katie.

- Przecież nie mogłem… dopuścić, żeby… się zmarnowało… źle mi… – bełkotał lekko pijany już detektyw.

- Bardzo dobrze ci tak. Wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz wezwę taksówkę.

- Nic mi przecież nie jest… czuję się… kiepsko…

W drodze do hotelu John śpiewał stare żołnierskie piosenki z czasów Wietnamu. Katie siedziała obok kierowcy i rozmyślała o tym, że do jutra Holmes będzie dla niej zupełnie nieprzydatny. Po dłuższym namyśle stwierdziła jednak, że może ta sytuacja nie jest taka zła. Rozejrzy się po mieście i załatwi kilka spraw niezbędnych do dalszej podróży na północ Tybetu.

- Wstawaj śpiochu już dziewiąta, spałeś kilkanaście godzin – Katie weszła do pokoju Johna, do którego wczoraj musiała go wnieść. Bez pomocy hotelowej obsługi nie poradziłaby sobie z potężnie zbudowanym mężczyzną.

- Moja głowa, zaraz mi pęknie. Czy nie mógłbym jeszcze trochę poleżeć? – zapytał detektyw blady jak ściana.

- Wstawaj za godzinę wyruszamy wzdłuż rzeki Cangpo<!–[if !supportFootnotes]–>[2]<!–[endif]–>. Musimy dotrzeć do doliny Altya-tagh. To kawał drogi. Wszystko już załatwiłam.

- Jak to załatwiłaś? Beze mnie?

- Wynajęłam przewodnika. Tylko tak legalnie można tutaj podróżować. Udało mi się zatrudnić Tybetańczyka, mimo że obsługa wycieczki bardzo nalegała na Chińczyka. W tym miejscu pieniądze potrafią czynić cuda. Poza tym wynajęcie Hummera kosztowało mnie trzy tysiące Juanów i jeszcze kilkaset za dodatkowe rzeczy, bez których ciężko przeżyć na pustkowiach Tybetu. W tych rejonach, nie ma co liczyć na Statoila.

John zwlekł się z łóżka i zaczął gorączkowo przeszukiwać bagaże.

- Czego szukasz? – zapytała.

- Gdzie moje cygara? – nerwowo przerzucał zawartość torby, by po chwili znaleźć upragnione pudełko. Zapalił i podszedł do okna wypuszczając z ust kłęby dymu. Widok, który roztaczał się z dziesiątego piętra hotelu zapierał dech w piersi.

- Tybet nazywają dachem świata. Jesteśmy teraz na wysokości trzech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. A to, co widzisz przed sobą to najwyższe góry świata Himalaje. Piękny krajobraz nieprawdaż? – zapytała Medison.

- Piękny? W życiu czegoś takiego nie widziałem. To jest cudowne.

John stał w oknie i podziwiał. W pewnym momencie złapał się za głowę i zatoczył. Z pomocą przyszła ściana, dzięki której utrzymał równowagę.

- Mam strasznego kaca – stwierdził.

- To nie kac, tylko skutek zmiany klimatu. Za kilka godzin poczujesz się lepiej, zresztą i tak najgorsze przespałeś. Ja też to wczoraj przeszłam. My ludzie z nizin, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich wysokości. Pakuj się wyjeżdżamy, wycieczka wyrusza o dziesiątej.

- Jaka wycieczka? Będziemy coś zwiedzać? – ze zdziwieniem zapytał John.

- Na początku. Potem po prostu się zgubimy.

- Cudownie. Ciekawe, co będzie jak nas złapią? Chińczycy nie są przecież zbyt przyjaźnie nastawieni do Amerykanów.

- Za to Tybetańczycy są fantastyczni. To my bardziej zagrażamy im, niż oni nam. Za kontakty z turystami mogliby mieć spore kłopoty.

Jechali dużym terenowym Hummerem. Podążali przez pustkowia Tybetu wzdłuż rzeki Cangpo. Katie prowadziła. Jadący z nimi przewodnik o imieniu Dolkar starał się sumiennie wywiązywać ze swoich obowiązków, pamiętając sporą sumę, którą wcześniej zainkasował. Opowiadał o historii i losie, jaki spotkał Tybetańczyków.

- To bardzo uciemiężony kraj. Byliśmy szczęśliwi i przede wszystkim wolni. Mieliśmy swoją religię i kulturę, którą nasi przodkowie z wielkim mozołem budowali od wieków. Jednak przez ostatnie pięćdziesiąt lat Chińczycy wszystko zniszczyli, piąta część narodu przypłaciła okupację życiem a ośrodki kultury, nauki i sztuki zostały splądrowane lub zburzone. Tutaj od lat giną ludzie a prawa człowieka nie są respektowane, ale nikogo to nie interesuje, wystarczy jednak, że życie straci jakiś Europejczyk a cała światowa prasa i telewizja o tym huczą. Jeśli nikt nam nie pomoże, to niedługo cały nasz naród zostanie starty z powierzchni ziemi.

Samochód sunął po zaimprowizowanej drodze pozostawiając za sobą ślady kół. Powoli zbliżał się zmrok, majaczące w oddali himalajskie krajobrazy zachwycały. Czuło się w tym surowym klimacie otaczającą zewsząd duchowość i niemal boską obecność.

- Trzeba rozbić biwak – stwierdziła zmęczona podróżą Katie.

John dochodził do siebie i włączył się nawet do organizowania noclegu. Udało mu się zaparzyć herbatę i porozlewać ją do kubków. Niby niewiele, ale pozostali członkowie wyprawy byli wdzięczni za coś ciepłego przed snem. Namioty rozkładane na dachu Hummera sprawiały się doskonale. Ciepłe śpiwory i gorąca herbata dawały namiastkę domu, będącego tysiące kilometrów stąd.

John nie mógł zasnąć, ciągle się wiercił, coś nie dawało mu spokoju.

- Katie nie śpisz jeszcze? – spytał.

- Nie śpię. Coś się stało? – odpowiedziała ziewając.

- Ktoś tu z nami jest. Wyczuwam czyjąś obecność – stwierdził John.

- Czy to, aby nie alkohol płynący jeszcze w twoich żyłach?

- Duch twojej mamy jest tu z nami. Chce nam coś powiedzieć. Nie mylę się. Czy do tej pory miałaś powody, żeby mi nie wierzyć?

- Czy sugerujesz mały seans spirytystyczny? – Katie wyszła z namiotu i usiadła na rozkładanym krześle.

- Myślę, że to najlepsze wyjście w tej sytuacji – odpowiedział Holmes.

Popatrzyli w górę, gwiazdy wydawały się dużo większe, niż gdziekolwiek indziej na świecie, jakby w tym miejscu ziemia łączyła się z niebem. Temperatura spadła do kilku stopni Celsjusza. Ubrani w ciepłe kurtki starali się skoncentrować na nawiązaniu kontaktu z duchem Mary Medison, tak jak robili to w Stanach. Okoliczności jednak były dużo mniej sprzyjające, para unosząca się z ust i przenikliwe zimno nie pozwalały się skupić.

Mimo to po chwili zerwał się wiatr. Sino-blady kamienny księżyc świecił tak mocno, że rozjaśniał cały surowy krajobraz. Katie wyraźnie poczuła czyjąś obecność.

John w skupieniu wypatrywał wskazówki z zaświatów. Nagle na twardej ziemi zaczęły pojawiać się jakieś znaki. Było to jedno zdanie, jakby ktoś ogromną niewidzialną pieczęcią odbił je w twardej glebie. Wiatr ustał. Ogromne oddalone o dziesiątki kilometrów góry były dobrze widoczne, ośnieżone białe szczyty przechodziły w szarą część podstawy, by w końcu zatopić się w czarnej skorupie ziemskiej. Piękne i groźne – tylko takie słowa mogły oddać ich urok.

Podeszli do miejsca, gdzie w ziemi wyryty był tekst. Katie złapała za komórkę i zrobiła zdjęcie, aby utrwalić napis. Zdanie brzmiało: „Znajdźcie dysk w Talung”.

- Czym jest ten cholerny dysk i dlaczego jest to takie ważne? – zapytała Medison. Jej twarz spoważniała, jakby dziewczyna zaczynała powątpiewać w sukces rozwikłania całej zagadki.

- Myślę, że jeśli uda nam się dotrzeć do Talung znajdziemy również i dysk. Jutro zapytamy naszego przewodnika, może będzie coś wiedział. Pora już spać, musimy mieć siły na dalszą drogę.

- Sprawiasz wrażenie, jakbyś zaangażował się w rozwikłanie tej sprawy a nie był tutaj tylko dla pieniędzy – szyderczo stwierdziła Medison.

- Skoro już się tu znalazłem, to również chciałbym znać zakończenie tej historii. Sądziłaś, że jestem aż takim materialistą?

- Przez chwilę miałam takie wrażenie. Ale ufam ci, jesteś dobrym człowiekiem.

- Dziękuję za miłe słowa. Dowiemy się, co się za tym wszystkim kryje i spełnimy ostatnie życzenie twojej mamy. Obiecuję ci to. Zresztą z takim detektywem jak ja nie zginiesz.

Medison przytuliła się do Johna. Patrzyli jeszcze przez chwilę na ogromne górskie szczyty. Ciemna noc spowiła cały krajobraz, tylko ogromne gwiazdy rozświetlały pochmurne niebo, na którym królował księżyc – większy niż gdziekolwiek indziej. Po krótkiej chwili zdecydowali się wrócić do namiotu. Zdawali sobie sprawę z tego, że przed nimi trudna i wyczerpująca podróż.

Hummer jechał przez tybetańskie wyżyny. Trójka podróżników rozmawiała o wydarzeniach z ubiegłej nocy.

- Dolkar, czy słyszałeś o Talung? – zapytała Katie.

- Oczywiście. To jeden z klasztorów położonych nad jeziorem Mapam Yumco. Skąd znają państwo tę nazwę? – zapytał zdziwiony przewodnik. – Dawno jej nie słyszałem.

- Chcielibyśmy odwiedzić to miejsce. Czy jest dostępne dla turystów? – pytał dalej Holmes.

- Możemy spróbować. Skoro akurat tam muszą się państwo udać. W klasztorach życie jest bardzo skromne, na wszystko brakuje pieniędzy, dlatego mnisi chwytają się każdej metody, aby zdobyć dodatkowe środki – wyjaśnił Tybetańczyk.

- Jedźmy zatem nad jezioro. W którym to kierunku?

- Na południowy wschód, jakieś kilkadziesiąt mil stąd – Dolkar wskazał palcem punkt na mapie.

Położone na wysokości czterech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza górskie jezioro Mapam Yumco otoczone było licznymi klasztorami. Starodawne budowle, ośrodki buddyjskiej religii niegdyś tętniące życiem, dziś były tylko echem dawnej świetności. Wysokie mury i kamienne fundamenty tworzyły coś na kształt fortyfikacji. Opasające całą budowlę, mierzące kilkadziesiąt metrów schody prowadziły do bramy wejściowej.

Drogę pod górę pokonali z wielkim mozołem, szczególnie John musiał zatrzymywać się co kilka stopni aby zaczerpnąć powietrza. Dotarli do drewnianych drzwi i kilkakrotnie zapukali wielką stalową kołatką. Usłyszeli szczęk i zgrzyt otwieranego zamka, nie minęła chwila, kiedy wejście stanęło otworem. Powitało ich trzech mnichów ubranych w wiśniowe szaty. Dolkar służył za tłumacza.

- Witajcie przybysze. Czekaliśmy na was – rzekł jeden z zakonników.

- Cóż za gościnność. Naprawdę na nas czekaliście? Skąd wiedzieliście, że przyjedziemy? Widzieliście nasz samochód? – pytała Katie.

- Czekamy na was od miesięcy.

- Od miesięcy? – Katie spojrzała ze zdziwieniem na Johna – O co tu chodzi?

Wnętrze świątyni wypełniał szereg kaplic rozmieszczonych wokół prostokątnego dziedzińca. W centralnej części na wprost bramy znajdowała się statua Buddy Sakyamuni. Nad placem rozpięte były dachy pokryte złoconą blachą. Na ścianach osłonięte siatkami olejne malowidła przedstawiały świętych lamów.

- Wejdźcie do środka – Tybetańczyk wskazał ręką drzwi.

Przeszli do wąskiego korytarza prowadzącego w głąb budowli. Wnętrze było mroczne, spowite białym dymem pochodzącym z pieców ofiarnych i kadzideł. Nozdrza drażnił zapach cynamonu, goździków i drzewa sandałowego. Po chwili wędrówki dotarli do większego pomieszczenia.

Zostali ugoszczeni herbatą, którą w tych rejonach spożywano w ogromnych ilościach. Czegoś tak obrzydliwego Katie nie piła chyba nigdy. Później dowiedziała się, że była to mieszanka liści herbaty i masła z jaka – tybetański rarytas. Holmes korzystając z miłej atmosfery odezwał się pierwszy.

- Czekacie na nas od dawna. Czy aby nie pomyliliście nas z kimś innym? – zapytał.

- Poszukujecie medalionu świątyni Agarthy. Zmierzacie do miejsca gdzie według przepowiedni ma nastąpić koniec świata. Czy się mylę? – zagadnął sędziwy mnich.

- W pewnym sensie masz rację. Poszukujemy czegoś, co przypomina dysk, być może chodzi o medalion, o którym wspomniałeś. Na pewno znajduje się w tej świątyni. Jedziemy tam gdzie moja mama do niedawna prowadziła prace archeologiczne. O końcu świata nic nie wiem – z ironią stwierdziła Katie.- Może powiecie nam coś więcej, dlaczego na nas czekacie i co to za przepowiednia?

Mnich pokłonił się, jakby oddawał cześć jakimś niewidzialnym bogom, pociągnął łyk herbaty i rozpoczął opowieść.

- Nasz świętej pamięci arcykapłan Brahma-atma miał zeszłego lata kilka dni przed śmiercią proroczy sen. Objawił mu się sam Budda i powiedział, że właśnie dzisiaj do naszej świątyni przybędzie dwójka obcych z innego kontynentu w poszukiwaniu medalionu Agarthy. Najstarsi mnisi mówią, że jego moc ocali świat od zagłady a lud tybetański uwolni spod jarzma niewoli. Oczekiwaliśmy waszego przyjazdu. Od kilku lat nie zawitał do nas żaden turysta. Czy może to być zbieg okoliczności, że właśnie dziś stanęliście u progu naszego klasztoru? Wszyscy wierzymy w przepowiednię Brahma-atmy. Wyślemy z wami trzech naszych braci, którzy będą strzec medalionu a jednocześnie towarzyszyć wam podczas podróży, do miejsca gdzie mają się wydarzyć rzeczy tak ogromnej dla nas wagi.

- Skoro tak, to nie mamy nic przeciwko – stwierdził John. – Zbyt łatwo wszystko układa się po naszej myśli. Spodziewałem się problemów, a tu proszę, będziemy mieć dodatkowe wsparcie. Wolę jednak nie myśleć, co znajdziemy u celu naszej wyprawy.

- Nie czas, aby się teraz nad tym zastanawiać. Chyba powinniśmy ruszać w dalszą drogę – wtrąciła Medison dziękując mnichom za gościnę. Zaopatrzyli się w niezbędne do dalszej podróży rzeczy i opuścili klasztor.

Wraz ze swymi nowymi towarzyszami wyruszyli na południe Tybetu do miejsca zwanego Altya-tagh. Do przebycia mieli około dwustu mil stepowych bezdroży.

- Czym jest Agartha? Znam trochę tę legendę, ale chciałabym usłyszeć ją z waszych ust – zagadnęła Katie najstarszego mnicha, który mimo sędziwego wieku miał w oczach dziwny blask, jak gdyby wypełniała go jakaś kosmiczna energia, dwaj pozostali zdawali się dużo młodsi, jakby mniej doświadczeni przez los.

- Agartha to starożytna świątynia i miejsce założone przez samego Buddę. W starej księdze Agrouchada Parikshai<!–[if !supportFootnotes]–>[3]<!–[endif]–> jest napisane, że przed wiekami w podziemnych krainach znajdował się raj zamieszkiwany przez Wtajemniczonych, czyli dużą grupę potomków wcześniejszej cywilizacji. Krainą tą władał Budda, który jako jedyny znał magiczne formuły stanowiące symbol wszelkich sekretów nauk okultystycznych. Zaklęcie to znane jest powszechnie jako AUM<!–[if !supportFootnotes]–>[4]<!–[endif]–>, lecz Budda objaśniał jego ukryte znaczenie tylko Wtajemniczonym trzeciego, najwyższego stopnia.

Podobno ci, którzy tam przebywali, władali wielkimi mocami i posiadali wiedzę o wszystkich sprawach świata. Niestety jest to tylko legenda,. ani tego miejsca, ani świątyni nigdy nie odnaleziono. Nie wiadomo czy kiedykolwiek istniały.

- Dlaczego, w proroczym śnie waszego kapłana to właśnie my mamy ocalić świat? Jakie znaczenie ma w tym wszystkim dysk, który nosisz na piersi? – pytała dalej Katie.

- Medalion, jest jednym z przedmiotów wyniesionych ze świątyni Buddy. Od pokoleń znajduje się w naszym klasztorze jako relikwia. Mieliśmy nadzieję, że to wy powiecie nam coś więcej.

- Niestety znamy jeszcze mniej szczegółów niż wy, ale za to wiemy, gdzie szukać świątyni Agarthy. Reszta mam nadzieję wyjaśni się na miejscu – stwierdził John.

- Czy sądzisz, że moja mama odnalazła to legendarne miejsce? – zapytała Katie. – Wspominała o tym na pozostawionych w sejfie kartach.

- Nie wiem – ze zwątpieniem odpowiedział Holmes patrząc pustym wzrokiem przez okno samochodu.

- Byłoby to największe odkrycie w historii archeologii. Czy możesz to sobie wyobrazić? Świątynia Agarthy – rozentuzjazmowana Katie docisnęła pedał gazu. Jechali kilka godzin rozmawiając i studiując materiały pozostawione przez Mary. Pod wieczór zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, dlatego rozbili obóz i ułożyli się do snu.

Medison rozmyślała o miejscu, do którego zmierzali. Wyobrażała sobie jak doniosłe będzie to odkrycie. Młoda archeolog wkraczająca dopiero w zawodowe życie, która mogłaby się pochwalić tak wielkim sukcesem to byłoby coś wspaniałego. Ta myśl nie pozwalała jej zasnąć. A wszystko dzięki mamie, która nawet po śmierci nie zapominała o córce. W podświadomości dziewczyna czuła, że jest jednak coś jeszcze. Jakaś wielka tajemnica oczekująca na odkrycie w jaskiniach tybetańskich gór. Cel podróży był tak blisko, że nic już nie mogło pokrzyżować ich planów. Jeszcze tylko jedna noc i odkryją wszystko to, co Mary Medison próbowała usilnie przekazać im zza światów. Katie czuła się odpowiedzialna, za spełnienie woli swojej matki. Nie mogła towarzyszyć Mary w jej ostatnich chwilach, dlatego teraz była podwójnie zobowiązana do wypełnienia życzenia zmarłej. Wiedziała, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, zawsze duchem będą razem. Rozmyślając o tym zasnęła.

- Wstawać, co tutaj robicie? – zagrzmiał łamaną angielszczyzną donośny głos.

- Co się dzieje? – zaspanym głosem zapytała Medison.

- Nie wiem, zaraz zobaczę – odpowiedział John wychylając głowę z namiotu. – O cholera, policja.

- Proszę się wylegitymować – krzyczał chiński funkcjonariusz. Drugi mundurowy wysiadł z samochodu i zaczął odpinać kaburę z bronią.

- Zostaw wszystko mnie. Ja z nimi porozmawiam – powiedziała Katie wychodząc z namiotu.

- Co robicie w tym miejscu? Nie wolno tu przebywać. Proszę o dokumenty – zażądał policjant stanowczym głosem.

Katie podała papiery. Mundurowy wertował kartki studiując każdą z osobna.

- Zboczyliście z trasy waszej wycieczki. Będziemy musieli was zaaresztować a dodatkowo zapłacicie wysoką grzywnę.

- Mamy pozwolenie na zwiedzanie tych terenów. Proszę. – Katie wręczyła Chińczykowi niewielki dokument.

Policjant przez chwilę dokładnie mu się przyglądał. Spojrzał na dziewczynę i zapytał. – Przewodnik jest z wami?

- W samochodzie – odpowiedziała.

- W porządku, ale lepiej byłoby dla was, gdybyście wrócili na szlak wycieczki. Tutaj jest niebezpiecznie. Może stać się wam jakaś krzywda – ostrzegł oddając dokumenty.

- Oczywiście, wrócimy na szlak – przytaknęła pokornie.

Policjanci wsiedli do samochodu i odjechali.

Uczestnicy podróży odetchnęli z ulgą, widmo aresztu i wysokiej grzywny zostało zażegnane. Obserwowali jeszcze przez chwilę policyjny samochód niknący za wzgórzami.

- Skąd miałaś pozwolenie? – ze zdziwieniem zapytał Holmes.

- Pokazałam im starą legitymację studencką – z uśmiechem odpowiedziała.- Grunt to dobry blef.

- Możemy mieć kłopoty. Powinniśmy się szybko zbierać, zanim ten policjant zakapuje, co tak naprawdę przed chwilą zobaczył.

- Nie będę się tym razem z tobą sprzeczać – odpowiedziała Katie. – Zmywajmy się stad.

Jechali przez górzyste pustkowia. Z oddali leniwie wyłaniała się pełna roślinności dolina Altya-tagh. Nie można jej było porównać z afrykańską dżunglą, jednak jak na tybetańskie warunki taka ilość drzew, krzewów i traw na jednym obszarze były zjawiskiem nad wyraz osobliwym. Równikowy krajobraz jak fata-morgana majaczył na pustynnym horyzoncie. Dolina tworzyła rodzaj enklawy, gdzie temperatura sięgała nawet dwudziestu stopni Celsjusza. Szeroka rzeka płynąca przez kotlinę nawadniała znajdującą się tam roślinność. Oaza zieloności umiejscowiona na bezkresnej pustyni – to właśnie był cel ich podróży.

Podążali wzdłuż rzeki Cangpo. Przez chwilę wydawało im się, jakby nie znajdowali się w mroźnym Tybecie, ale gdzieś na podrównikowych ciepłych obszarach. Katie studiowała mapę w poszukiwaniu miejsca, gdzie powinno znajdować się wejście do podziemnej świątyni Agarthy. Według opisów Mary Medison należało odnaleźć wodospad wypływający z kamienistego zbocza. Niewielki obszar doliny Altya-tagh, ułatwił odnalezienie celu. Rozbili obóz nad przepięknie umiejscowioną wodną kaskadą.

- Tutaj jest cudownie – westchnęła z zachwytem Katie.

- Mógłbym przyjechać w to miejsce na wakacje – dodał John. – Tylko co dalej?

- Jak to co? Bierzemy kąpiel – Medison z wesołą miną wyskoczyła z samochodu. Z bagażnika wyciągnęła sprzęt dla płetwonurków: pianki, płetwy, maski i rzuciła wszystko na ziemię.

- Cóż to takiego? – ze zdziwioną miną zapytał detektyw. Mnisi wraz przewodnikiem wysiedli z samochodu i zaczęli rozglądać się po okolicy.

- Ubranie dla nurków. Jestem przygotowana na podwodne eksploracje. Mam nawet rozmiar kombinezonu dla ciebie.

- Nigdy w życiu nie wejdę do tej wody. Ma pewnie kilka stopni Celsjusza- zaoponował John.

- Jeszcze się okaże. Zaczekajcie tu na mnie. Zobaczymy, co znajdę pod wodospadem.

Uczestnicy wyprawy rozeszli się po okolicy, tylko John stał nad brzegiem i nerwowo obserwował rozwój sytuacji. Perspektywa zanurzenia się w zimnej rzece napawała go przerażeniem.

Katie założyła piankę, akwalung i butlę. Wreszcie przydadzą się umiejętności nurka-grotołaza – pomyślała. Pierwszy kontakt z lodowatą wodą nie należał do najprzyjemniejszych, na szczęście skafander dobrze utrzymywał ciepło ciała.

Dziewczyna nabrała powietrza w płuca, poprawiła maskę i zanurzyła głowę pod powierzchnię krystalicznie czystej, górskiej wody. Widok, jaki ujrzała był zachwycający, mieniące się kolorami, różne odmiany roślin oraz przepływające ryby, przyglądające się Katie ze zdziwieniem, tworzyły zdumiewający pejzaż. Mimo kilku metrów głębokości piaszczyste dno akwenu było świetnie widoczne. Młoda archeolog nie mogąc oprzeć się pokusie przez jakiś czas pływała swobodnie podziwiając przy tym podwodną florę i faunę. Po chwili przypomniała sobie, w jakim celu znalazła się w tym miejscu. Trzymając się ściany pod powierzchnią kaskady próbowała znaleźć jakiekolwiek zagłębienie, którym można byłoby wpłynąć do wnętrza góry. W pewnym momencie wzrok Katie przykuła niewielka ryba wypływająca ze skalnej jaskini znajdującej się kilka metrów poniżej poziomu wodospadu.

- Coraz mniej mi się to podoba – stwierdził tybetański przewodnik. – Widzę, że wpakowałem się w jakąś niezłą kabałę.

- Nie martw się. Nasza pracodawczyni zapłaci ci za cały zmarnowany czas. Sądzisz, że ja jestem tutaj dla przyjemności? – uspokajał John. – Znajdziemy zaginioną jaskinię i wracamy do domu. Katie Medison stanie się sławna a my zarobimy przy tym dużo pieniędzy. Nie pożałujesz. Pomyśl, mógłbyś zostać jednym z jej ludzi w Tybecie. Nasze życie odmieni się na zawsze.

Dolkar wywodził się z biednej rodziny, dlatego możliwość szybkiego wzbogacenia się podziałała na jego wyobraźnię.

- Skoro tak mówisz, to idę z wami – stwierdził przewodnik. – A co z mnichami? Oni naprawdę wierzą w jakąś przepowiednię.

- Na to wygląda, ale nie wyprowadzajmy ich z błędu. Mogą nam się jeszcze przydać. Znają te tereny znacznie lepiej od nas. Zobaczmy, co robi Katie, może wypłynęła już na powierzchnię – zaproponował John, gdy nagle dostrzegł postać wyłaniającą się z wody.

- Znalazłam! Jest przejście do podziemnej jaskini. Będziemy potrzebowali światła, strasznie tam ciemno – wysyczała Medison odpluwając resztki wody.

Przeprawa szóstki podróżników podwodnym tunelem nie należała do prostych. Szczególnie dużo problemu nastręczał John. Nigdy w życiu nie nurkował, dlatego pierwsze lekcje udzielone przez Medison zniósł ciężko. Pozostali członkowie ekipy poradzili sobie znacznie lepiej. Mnisi szkoleni całe życie w różnych technikach oddychania, bez wielkiego wysiłku przepłynęli do podwodnej groty pomagając przy tym Katie przetransportować do wnętrza niezbędny sprzęt.

Przedostanie się przez wąski skalny korytarz, było dla Johna nie lada wysiłkiem. Cały czas powtarzał sobie, że robi to dla pieniędzy, nie chciał przyznać, że w głębi duszy odkrył w sobie nutkę podróżnika. Poza tym polubił Katie i chciał jej pomóc. Nie liczył oczywiście na nic więcej poza pieniędzmi i sympatią młodej pani archeolog. Co tak piękna dziewczyna mogłaby zobaczyć w starszym facecie po przejściach? John traktował ją trochę jak córkę, którą zawsze pragnął mieć. Jednak w życiu zabrakło mu czasu i okazji, aby zrealizować to marzenie.

Wypłynął na powierzchnię i rozglądając się dookoła próbował coś dostrzec. Po chwili zorientował się, że jest w dużej grocie wykutej wewnątrz góry. Medison, która wyszła z wody przed detektywem włączyła reflektor rozświetlając wnętrze jaskini. Skierowała strumień w kierunku Johna.

- Wyłaź z tej wody, bo się przeziębisz.

Młoda archeolog omiotła światłem zakamarki skalnej groty, mrocznej i wilgotnej przypominającej smoczą pieczarę.

Pozostała część ekipy zdążyła wyjść z wody, osuszyć się i ubrać. Na skórze czuć było delikatny strumień ciepłego powietrza.

- Mogliśmy zostawić kogoś na zewnątrz, na wypadek nieprzewidzianych problemów. Widzę jednak, że i tak nie znalazłby się nikt chętny do pełnienia straży – stwierdziła Katie spoglądając na pozostałą część ekipy. Holmes tylko wzruszył ramionami i niczego nie odpowiedział.

Katie wyposażyła wszystkich w kaski z latarką, podobne do tych, jakie noszą górnicy i grotołazi.

- Czy to już wszystko? – zapytał Holmes. Możemy wracać z powrotem? Świątynia Agarty została odkryta?

- Widzę, że strach cię obleciał. Nie studiowałeś dokładnie materiałów mojej mamy. Przed nami daleka droga. Na szczęście mamy wszystko, co będzie nam potrzebne – z pewnością w głosie stwierdziła młoda archeolog wskazując ręką w głąb jaskini. – Chodźmy tędy. Czuję, że podmuch powietrza dochodzi z tamtego miejsca.

Przeszli ze sporych rozmiarów skalnej groty do wąskiego korytarza, w którym ledwie mieścił się stojący człowiek. Katie wiedziała, że wyprawy w głąb gór są bardzo niebezpieczne. Dodatkowo miała na względzie zupełny brak doświadczenia pozostałej części załogi, dlatego starała się być bardzo ostrożna. Czuwała nad ich bezpieczeństwem, idąc z tyłu i obserwując wszystkich uważnie. Klaustrofobicznie ciasny tunel napawał trwogą. Przodem szedł Dolkar ostrożnie stawiając kroki. Zewsząd dobiegał cichy odgłos wody przelewającej się gdzieś pomiędzy skalnymi szczelinami.

- Jeśli zauważycie coś podejrzanego nie próbujcie niczego dotykać – stwierdziła opiekuńczym głosem Katie. – Nie róbcie nic na własną rękę. Jeśli chcemy wyjść z tego miejsca cało, musimy mieć oczy dookoła głowy.

- Dobrze mamusiu, nie musisz się o nas martwić. Będziemy grzeczni – ironicznie odpowiedział John. Przez chwilę przeszła detektywowi przez głowę myśl związana z bezsensownością włóczenia się po tybetańskich jaskiniach, jednak zaraz przypomniał sobie sporą sumę pieniędzy, jaką Katie płaciła mu za każdy dzień. To pozwoliło zapomnieć o trudach marszu i skoncentrować się na tym, co było przed nimi.

Korytarz stawał się coraz szerszy. Powiew powietrza na policzku był coraz mocniej wyczuwalny. Johnowi wydawało się, że widzi w oddali światło wpadające do skalnej groty. Nie mylił się. Weszli do wysokiej na kilkanaście metrów jaskini. Przez kilka otworów w suficie wpadały promienie rozświetlając mroczną pieczarę. Zatrzymywały się na pięciu dziwnie wyglądających skalnych płytach rozmieszczonych w odstępie kilku metrów na ścianach pomieszczenia. Grube, pancerne drzwi wykonane były z materiału przypominającego granit. Po prawej stronie każdej z płaszczyzn znajdowały się trzy kilkucentymetrowe skalne kafle. Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło Katie do głowy to hotelowa winda, którą można przywołać wciskając klawisz kierunku jazdy. Jednak te wielkie granitowe bloki zupełnie nie przypominały drzwi. Nie posiadały klamek, ani niczego, czym można byłoby je otworzyć.

- Cóż to jest do cholery? – wysapał John rozglądając się dookoła oczami wielkimi jak pięćdziesięciocentowe monety.

- O tym właśnie pisała moja mama. Gdybyś przeczytał wszystkie karty znalezione w sejfie teraz nie miałbyś takiej miny. Zresztą sama nie mogę uwierzyć w to, co widzę.

Mnisi usiedli na ziemi i zaczęli odprawiać modły.

- Co oni robią? – zapytała Katie Dolkara.

- To dla nich naturalne w obliczu obcowania z boskim dziełem. Oni wieżą, że sam Budda wyrzeźbił te skały. Dla mnie również jest to zupełnie nieprawdopodobne. Kto mógł stworzyć coś takiego?

- Może Wtajemniczeni, o których mówi legenda Agarthy – uczniowie Buddy – odpowiedziała Katie. W jej oczach dało się zauważyć wielkie podekscytowanie. Jeszcze nigdy John nie widział jej w stanie takiej euforii. Nie bez przyczyny poszła na studia archeologiczne, zawsze chciała odkrywać największe tajemnice świata ukryte pod ziemią. Nie przypuszczała jednak, że tak szybko ziści się jej marzenie.

- Spróbujcie się rozejrzeć. Ja sprawdzę, co napisane jest na temat tej jaskini w materiałach mojej mamy. Przekartkowała kilka stron i odnalazłszy właściwy fragment krzyknęła. – Słuchajcie tego! Teraz wiem, co Mary miała na myśli pisząc te słowa. Zaczęła czytać na głos, aby wszyscy dokładnie słyszeli.

To nieskończony labirynt. Układ większych skalnych jaskiń połączonych jest z mniejszymi grotami i korytarzami doprowadzającymi. Zwiedziliśmy kilkadziesiąt takich pomieszczeń. Aby dostać się z jednego miejsca do następnego należy otworzyć drzwi wykonane z nieznanego wypolerowanego kamienia, przypominającego granit lub marmur. Nie jest to jednak takie proste. Cały układ tuneli jest istną matematyczną układanką. Azja jest miejscem powstania systemu dziesiętnego i dynamicznego rozwoju nauk ścisłych, jednak stopień zaawansowania techniki, jaka potrzebna była do zbudowania tych tuneli przerasta nasze pojmowanie. Nie jesteśmy w stanie wyjaśnić jak starożytne ludy mogłyby zbudować tak skomplikowane mechanizmy. Może jednak byli to członkowie wybranego ludu Agarthy. Czy byłoby to możliwe? Nie ustajemy w poszukiwaniach…

Zbadaliśmy najbliższe pomieszczenia. Tylko jedną drogą udało nam się dotrzeć do komnaty, będącej rodzajem ołtarza. Cały labirynt jest naszpikowany pułapkami. Należy bezwzględnie trzymać się moich wskazówek, inaczej można stracić zdrowie a nawet życie. Kilku członków mojej ekipy zostało dotkliwie pokaleczonych, podczas prób otwierania kolejnych grot, dlatego posuwamy się bardzo wolno i ostrożnie. Czasami z braku pomysłu, w jaki sposób przedostać się do kolejnego pomieszczenia musimy cofać się, aż na samą powierzchnię. Zagadki pomaga nam rozwiązywać wybitny matematyk doktor Anger, jednak bywa, że i dla niego okazują się zbyt trudne, dlatego wybieramy inną drogę niż początkowo zakładaliśmy.

Członkowie ekipy przyglądali się kamiennym drzwiom i kaflom znajdującym się obok. Próbowali odnaleźć jakieś ślady, które mogłyby pomóc w dalszej drodze.

- Posłuchajcie jeszcze tego, mam wskazówkę dotyczącą miejsca gdzie się znajdujemy – zawołała Katie.

Będąc w pierwszej jaskini należy kierować się drugimi drzwiami na lewo od wejściowego korytarza. Wyryliśmy na nich litery MM, aby nie pomyliły nam się drogi. Wpadające promienie słoneczne, co jakiś czas rzucają na kamienne wrota znaki. Zmieniają się one w zależności od położenia słońca. Należy przechodząc przez wejście zapamiętać, jaki symbol wyświetlany był na skalnej ścianie. Będzie to później niezbędne, aby przejść przez kolejne pomieszczenie.

- To jest niesamowite! – stwierdziła z podnieceniem Medison.

- Coraz mniej mi się to podoba. Czuję w tym miejscu złowrogą aurę. Jakby coś zakłócało przepływ energii. Wchodząc tu, myślałem, że nic nam nie grozi. Czy słyszałaś legendę o odkrywcach grobowców faraonów? Ginęli od umieszczonych tam pułapek, lub na skutek klątwy rzucanej przez egipskich kapłanów na tych, którzy bezcześcili święte miejsca pochówku królów.

- To są tylko legendy. Z mojej wiedzy wynika, że nic takiego nie miało miejsca. Mit z klątwą został wymyślony przez turystów zaraz po odkryciu grobowca Tutenhamona. Zresztą mamy mapę tych tuneli, poradzimy sobie. Musimy tylko być rozważni. Z opisu mojej mamy wynika, że gdzieś ponad trzema małymi kaflami powinien być tekst zagadki w języku tybetańskim.

Dolkar podszedł do marmurowych drzwi i odczytał treść napisu.

- To jakiś ciąg cyfr: 1,1,2,3,5,8,13,21,

Na trzech kaflach poniżej są kolejne: 33,34,35.

- Czy wiecie, co to może znaczyć? – zapytała młoda Medison.

- To ciąg Fibonacciego – stwierdził John po chwili namysłu – zupełnie proste. Już starożytni znali metodę złotej proporcji a Leonardo da Vinci wykorzystywał go w swoim malarstwie. Nawet Dan Brown napisał o tym jakąś książkę, tylko nie pamiętam tytułu – oznajmił John chełpiąc się znajomością tematu. – Co na ten temat pisze twoja mama?

- Tu jest podane, że należy wcisnąć 34 – odpowiedziała Katie.

- To oczywiste, jest to kolejna liczba ciągu. Zauważ, że poza pierwszą i drugą cyfrą, każda liczba jest sumą dwóch poprzednich. Dlatego 34 jest prawidłową odpowiedzią. Wciskaj klawisz – z podnieceniem w głosie stwierdził John.

- Poczekaj, zapomnieliśmy o jednej rzeczy. Świetlny znak na marmurowej płycie. Co na niej widać? – zapytała pani archeolog.

- Coś jakby wielokąt. Może warto byłoby go gdzieś przerysować, skoro będzie w dalszej podróży taki istotny – stwierdził Dolkar.

Katie wyciągnęła telefon komórkowy i zrobiła zdjęcie świetlistego kształtu. – Teraz nie zapomnimy jak wyglądał. Odruchowo spojrzała na wyświetlacz. Nie ma zasięgu, niedobrze – pomyślała.

- Co zatem robimy? Naciskamy? – zapytał John.

- Myślę, że tak. Zanim słońce zmieni położenie i zniknie znak na drzwiach.

Z niemałym trudem Dolkar przycisnął kamienny klawisz z napisem 34. Przez chwilę wszyscy zamarli w bezruchu oczekując tego, co ma się wydarzyć. Kilka sekund później usłyszeli głośne terkotanie mechanizmu, jakby wielkie zębate koła obracały się w zegarze na wieży Big-Ben. Kamienne drzwi wolno zaczęły unosić się w powietrze.

- Według opisu wrota uchylają się tylko na chwilę, potem samoczynnie zamykają się. Na szczęście można je łatwo otworzyć naciskając klawisz na odwrotnej stronie drzwi. Ktoś sprytnie to wymyślił, aby ułatwić drogę powrotu. Łatwo wyjść, piekielnie trudno wejść.

Weszli do kolejnego tunelu. Bardzo wysoki i szeroki na około trzy metry cały pokryty był wyrzeźbionymi w skale kwadratowymi płytami, które przypominały łazienkowe kafelki, były jednak od nich dużo większe i umiejscowione na suficie, podłodze i ścianach. Wewnątrz każdej płytki znajdował się jakiś symbol.

- Zatrzymajcie się. Nie idźcie dalej – krzyknęła Katie. Widzicie te kwadraty w podłodze. Wyglądają trochę jak płyty chodnikowe. Można stąpać tylko po tych, na których widać znak podobny do tego ze zdjęcia – Katie podała Dolkarowi telefon komórkowy. – Przypatrzcie się dokładnie zdjęciu i w żadnym wypadku nie ruszajcie płyty z innym wizerunkiem. Zresztą myślę, że najlepiej będzie jak pójdę pierwsza.

- Mówisz tak, jakbyśmy byli dziećmi. Nie ufasz nam? – ze złością zapytał John.

- Czuję się za was odpowiedzialna. W końcu to mój pomysł, że bawimy się w grotołazów i poszukujemy czegoś, co może w ogóle nie istnieje.

- W porządku. Musimy się uspokoić i jakoś zorganizować – podsumował Holmes.

- Idźmy gęsiego. Ja pójdę pierwsza i będę świeciła reflektorem.

Korytarz wydawał się długi, jednak wytężając wzrok dawało się na jego końcu dostrzec znajomą granitową płytę przypominającą kolejne drzwi. Szli ostrożnie, ważąc każdy krok. Nic nie mówili, starali się maksymalnie skoncentrować. Nie wiedzieli, czym grozi nadepnięcie na złą płytkę, jednak nikt nie miał najmniejszej ochoty, aby się o tym przekonać.

- Czy słyszycie te odgłosy? – zapytał Dolkar.

- Jakby jakiś mechanizm, zegar czy coś – dopowiedziała Katie.

Tajemniczy odgłos tykania przerywał, co kilka sekund przenikliwą ciszę wypełniającą wnętrze. W powietrzu czuć było wilgoć wymieszaną z zapachem przypominającym zgniliznę.

- Odpocznijmy chwilę, zrobiło mi się słabo – wyszeptał Holmes. – Czuję, że zbliża się coś bardzo niepokojącego.

- Już niedaleko, widzę koniec korytarza – pocieszała Katie. – Dasz radę. Jeszcze tylko kilka kroków.

Nagle nad ich głowami rozległ się przeraźliwy huk, jakby skalisty dach zaczął się walić.

- Co się stało? – krzyknął Dolkar.

- Nie wiem. Poświecę do góry – Medison skierowała snop światła na sufit.

Przerażenie sięgnęło zenitu. Kamienny sufit powolnym ruchem osuwał się na ich głowy. Mieli może kilkadziesiąt sekund na to, aby jak najszybciej wydostać się pułapki. Widmo śmierci zajrzało wszystkim w oczy.

- Musimy wracać! – krzyczał John.

- Uruchomienie pułapki zablokowało wyjście z powrotem. Do przodu! Kurwa mać, nie sprawdziłam, jaka zagadka kryje się przed nami – zaklęła Katie.

Biegli najszybciej jak potrafili. Walcząc o życie przebyli dystans dzielący ich od wyjścia w rekordowym tempie. Sufit niebezpiecznie zbliżał się do ziemi trzeszcząc i chrupiąc podczas ocierania się o boczne ściany.

- Dolkar czytaj, co tam jest napisane, a ty Katie znajdź odpowiedź na tę pieprzoną zagadkę – poganiał John.

Obok kamiennych drzwi znajdowały się trzy znajome kafle i tabliczka z zagadką.

- Nie mogę znaleźć odpowiedzi – krzyczała Katie. Niech to szlag mogłam wcześniej sprawdzić.

- Co jest większe e do potęgi pi czy pi do potęgi e. Trzy odpowiedzi na kaflach: znak większości, mniejszości i równości – wykrzyczał Dolkar. – Trzeba jedynie uzupełnić wyrażenie tak, aby było prawdziwe – dopowiedział. Pospieszcie się… zaraz sufit zakryje

klawisze z odpowiedziami a wtedy…

- A skąd ja mam kurwa wiedzieć, co jest większe niż jakieś pi. Zaraz zginiemy jak czegoś nie wymyślimy! Pierdolę to! Odsuńcie się – krzyknął John odpychając Dolkara i Medison od drzwi.

- Poczekajcie mam! Nie! Szlag mnie trafi, naszło ich na jakiś dowód matematyczny – przeklinała Katie rozpaczliwie szukając prawidłowej odpowiedzi.

Sufit zaczął powoli zakrywać granitowe drzwi, zbliżając się niebezpiecznie do podłogi.

John nie wytrzymał napięcia i w akcie rozpaczy wcisnął skrajny lewy klawisz. Przykucnął, i obserwował marmurowe drzwi modląc się, by drgnęły choć odrobinę. Kamienny sufit ciągle jednak się obniżał.

Mnisi przylgnęli do podłogi i w oczekiwaniu na pewną śmierć odmawiali modły. Katie przestała szukać odpowiedzi, straciła już nadzieję na ocalenie.

W pewnym momencie ku ich wielkiemu zaskoczeniu marmurowa płyta drzwi poruszyła się. Klęcząc na ziemi ledwie mogli się poruszać.

- Szybko tędy! Jest niewielki otwór pod drzwiami – krzyknęła Katie.

Kamienne wrota podniosły się na taką wysokość, że ludzkie ciało mogło się z trudem przez nie przecisnąć. Przeturlali się po ziemi tak, aby znaleźć się poza zasięgiem spadającego kamiennego sufitu. Tylko biedny John z racji swojej tuszy nie mógł się prześlizgnąć. Wierzgał rękami i nogami jak bezbronny robak próbujący uwolnić się ze śmiertelnej pułapki.

- Pomóżcie mi! – krzyczał.

Kamienne drzwi uniosły się na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. Sufit niebezpiecznie zbliżał do podłogi. Trójka mnichów ciągnąc w rozpaczy Johna za ręce wydobyła go spod kamiennego bloku.

Znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Przez przesuwające się coraz wyżej granitowe drzwi obserwowali opadający sufit, który uderzył delikatnie o podłogę i jakby nigdy nic zaczął unosić się z powrotem do góry.

Kolejne pomieszczenie do złudzenia przypominało jaskinię z pięcioma wypolerowanymi drzwiami, z której tak niedawno wyszli. Nie miało jednak żadnych otworów, którymi powietrze i słońce mogłoby się dostać do środka.

- Pieprzę taką wycieczkę – uniesionym głosem wykrztusił z siebie detektyw. – Zginiemy tu jak karaluchy. Nikt nas nie odnajdzie, jak wszystkich tych, którzy przybyli tu z twoją matką. To jakiś piekielny labirynt. Wszystkie te jaskinie są identyczne. W końcu zabraknie nam szczęścia i utkniemy w jednej z pułapek.

- Nie podnoś głosu – odpowiedziała wzburzona Medison. Może to ja powinnam zapytać, dlaczego sufit się na nas obsunął. Byliśmy przecież ostrożni. Stąpaliśmy po prawidłowych płytach. Czy masz mi może coś do powiedzenia?

- Brakowało mi tchu… oparłem się ręką o ścianę… inaczej bym upadł – skruszonym głosem wysyczał Holmes.

- O mały włos nie zginęliśmy, jak mogłeś…- Katie przeszła do centralnej części jaskini i rozejrzała się dookoła, próbując się uspokoić. Wszyscy czuli strach i niepokój. Wiedzieli jednak, że tylko współpracując mają szansę pokonać kolejne pułapki. John nieco się uspokoił, jednynie drżenie rąk wskazywało na emocje, które jeszcze przed chwilą przeszywały całe jego ciało.

- Przepraszam. W tych lochach dzieje się coś bardzo niedobrego. Zwykle czuję obecność ciał astralnych, tutaj jednak moje zmysły milczą. To wygląda tak, jakby boskie siły opuściły to miejsce. Takie rzeczy zdarzają się tylko w piekle. Weszliśmy do siedziby samego szatana – John usiadł na podłodze i schowałł twarz w dłonie.

Katie objęła go. – Spróbuj się opanować. Ja też się boję. Jeśli będziemy trzymać się wskazówek mojej mamy, nic złego nam się nie stanie. To już bardzo niedaleko. Pójdziemy jeszcze kawałek, jestem to winna Mary. Pomóż mi proszę.

- Dobrze. Pójdziemy dalej, ale zrobię to tylko dla ciebie. Mam gdzieś pieniądze. Martwy i tak nie będę mógł ich wydać – spokojnie podniósł się z podłogi i rozejrzał dookoła.

- Jeśli mogę się wtrącić. Skąd wiedziałeś, który klawisz jest tym odpowiednim? – zapytał Dolkar.

- Ze mną możecie się czuć bezpieczni, w końcu posiadam nadnaturalne zdolności. Powiedziała mi to pani Medison – z butą w głosie stwierdził Holmes odzyskując nieco pewność siebie.

- Rozumiem – odpowiedział uspokojony Dolkar.

Katie zbliżyła się do Johna tak, aby pozostali członkowie ekipy nie mogli usłyszeć tego, co mówi.

- Blefowałeś? Powiedziałeś, że niczego w tych jaskiniach nie czujesz – stwierdziła szeptem.

- Lepiej mi podziękuj, że was ocaliłem. Czasem miewam trochę szczęścia – odpowiedział John.

- A tak z ciekawości. Chcielibyście wiedzieć, jaka jest prawidłowa odpowiedź na poprzednią zagadkę? – zapytała Katie dla rozluźnienia nerwowej atmosfery.

- Nie obchodzi mnie to ani trochę. Chciałbym już wrócić do domu. Gdybym chociaż mógł zapalić cygaro – narzekał dalej Holmes.

- Zostały w samochodzie. Zapalisz jak stąd wyjdziemy. Swoją drogą na kartach mojej mamy jest długi wywód doktora Angera, na temat tego, która z tych liczb jest większa e do potęgi pi czy pi do potęgi e. Aby udowodnić to wyrażenie trzeba wykorzystać logarytmy i pochodne a o ile dobrze pamiętam ze studiów wynaleziono je dopiero kilkaset lat temu. Jakim cudem budowniczowie tych korytarzy dysponowali taką wiedzą?

- Mówię ci, że to dzieło szatana – stanowczym głosem stwierdził John. – Popatrz na nich. Oni są tego niemal pewni – wskazał palcem przerażonych mnichów.

- Zapytaj ich, co o tym wszystkim sądzą? – Katie zwróciła się do Dolkara.

Nastąpiła krótka rozmowa i wymiana zdań.

- Oni mówią, że pójdą z wami wszędzie. Jesteście wybrańcami Buddy – odpowiedział Dolkar po krótkiej dyskusji z mnichami.

- No tak, jeszcze trzech Tybetańczyków do niańczenia – stwierdził John. – Prowadź Laro Croft. Twój uczeń pójdzie wszędzie tam gdzie ty – dodał z przekąsem.

- Widzę, że wraca ci humor. To dobrze. Takiego właśnie cię lubię. Zgryźliwego tetryka i złośliwca – odwdzięczyła się Katie.

- Co tym razem mówi nasz przewodnik turystyczny? – kontynuował złośliwości Holmes.

- Wchodzimy w środkowe wrota. Przeczytajcie zagadkę – zaproponowała Medison.

Dolkar podszedł do kamiennej płyty. Kątem oka dostrzegł wykuty na nich znak MM. Po lewej stronie klawisze z napisami 16,17,19. Nieco powyżej w języku tybetańskim ciąg liczb: 1,2,3,5, 7,11,13,.

Odczytał na głos wszystkie cyfry. Zapadła cisza, którą po chwili przerwał John.

- Przecież to liczby pierwsze. Te zagadki są zupełnie łatwe – z pewnością w głosie stwierdził detektyw. – Prawidłowy klawisz to ten z cyfrą 17. To kolejna w ciągu liczba pierwsza. Wciskaj Dolkar.

- Naciskaj, ta sama odpowiedź jest w kartach Mary – potwierdziła Katie.

Kolejne przejście stanęło otworem. Przed nimi pojawił się wysoki i wąski tunel.

- Pieprzę – stanowczo zaoponował Holmes. Zostaję tutaj. Nie mam klaustrofobii, ale tak małe przestrzenie mnie przerażają.

- Dobrze. Niech tak będzie. Pójdę sama. Wy zostańcie. Spróbuję sfotografować kolejną zagadkę i zaraz wracam – stwierdziła.

Nikt nie zaoponował słysząc pomysł Medison. Perspektywa przeciskania się przez wąski tunel w szóstkę wydawał się kiepskim pomysłem. W przypadku problemów mieliby utrudnioną możliwość powrotu. Niewielka osoba mogła za to w miarę szybko poruszać się po korytarzu.

- Musicie cały czas utrzymywać ze mną kontakt głosowy. Gdyby wrota się zamknęły ponownie je otwórzcie. Jeśli coś mi się stanie wracajcie na powierzchnię.

Katie wyruszyła przez ciasne przejście. Szła ostrożnie oświetlając drogę przed sobą. Dziwny odgłos tykania mieszał się z chlupotem wody przelewającej się przez skalne szczeliny. Nieprzyjemny zapach zgnilizny stawał się coraz bardziej wyczuwalny, drażnił nozdrza utrudniając oddychanie.

- Słyszycie mnie? – krzyknęła Medison.

- Doskonale. Echo świetnie niesie głos – odpowiedział Dolkar. – Widzisz coś?

- Na razie nie, oprócz jakichś znaków na ścianach – odpowiedziała.

Wpatrywała się w ciemność próbując dostrzec kolejne wrota. Przez chwilę miała wrażenie, że widzi niebieskie światło. Przetarła oczy, lecz niczego nie zobaczyła. Podświadomie tłumaczyła sobie, że to na pewno zmęczenie daje się jej we znaki. Oświetliła dokładniej tunel przed sobą. W oddali zauważyła ledwie widoczną, jasną, granitową powłokę.

- Widzę bramę – krzyknęła.

- Sfotografuj zagadkę – dobiegł ją w odpowiedzi głos Johna.

Na końcu korytarz stał się znacznie szerszy.

Kamienna brama i trzy kafle obok to widok, jaki będzie mi się śnił do końca życia – pomyślała.

Katie wyciągnęła telefon komórkowy i zrobiła zdjęcie. Nie znała tybetańskich znaków. Liczyła na to, że Dolkar będzie w stanie z łatwością je odczytać.

- Mam wszystko, wracam do was.

Drogę powrotną pokonała niezwykle sprawnie.

Wszyscy dokładnie przyglądnęli się zdjęciu, na którym widniały ułożone w kwadrat cyfry:

816

357

492

- Nie ma o tej zagadce ani słowa w materiałach mojej mamy. Co to takiego? – zapytała Katie.

Na zdjęciu trzech kafli znajdowały się znaki: 15,16,17.

Po chwili sędziwy mnich zaczął coś tłumaczyć, rysując palcem w powietrzu kształty.

- Co on mówi? – zapytał John.

- To magiczny kwadrat. Znany w Azji już od tysiącleci. Mnisi wieżą, że w cyfrach zaklęta jest niezwykła moc. W krajach zachodu nazywa się to numerologią – odrzekł przewodnik.

- W porządku, tylko jaka jest prawidłowa odpowiedź? – zapytał poirytowany Holmes.

- Policz sumę oczek w pionie poziomie lub na skos a uzyskasz prawidłową odpowiedź – z uśmiechem odrzekł Dolkar.

- Bardzo sprytne. Pamiętam takie zabawy, jak jeszcze byłem dzieckiem – odrzekł John. Zatem cyfra 15 jest prawidłową odpowiedzią. Szli wężykiem przez wąski korytarz, którym wcześniej przeciskała się Katie. Brak informacji o zagadce w materiałach Mary Medison mógł wskazywać, że są już bardzo blisko celu. Zapach zgnilizny stawał się coraz bardziej intensywny, wręcz trudny do wytrzymania. Wyobrażali sobie jak musiałby się czuć samotny człowiek pozostawiony w tych labiryntach bez pożywienia i światła. Pogrzebanie żywcem, śmierć głodowa, utknięcie w pułapce bez wyjścia – takie myśli przychodziły im teraz do głowy.

Dotarli do granitowych wrót. Dolkar wcisnął klawisz z cyfrą 15. Zatrzeszczało i kolejne wejście stanęło przed nimi otworem. Przeraźliwy smród zgniłego mięsa, który w nich uderzył niemal powalał na kolana. Skierowali światło przed siebie. Ogromna sala wykuta w skale zrobiła na nich tak piorunujące wrażenie, że słychać było tylko westchnienie, które echem poniosło się w przestrzeń. Sala przypominała kościół lub świątynię z przerażającymi postumentami umieszczonymi rzędem na bocznych ścianach pomieszczenia. Człekopodobne stwory z długimi nogami przechodzącymi w rodzaj stóp zakończonych dwoma palcami i pazurami. Wygląd głowy nasuwał skojarzenie ze smokiem lub jaszczurką. Smukłe ciało nie posiadało rąk tylko długie odrosty w kształcie szczypiec zakończone żądłami. Stwór wyglądem przypominał skrzyżowanie człowieka, raka, skorpiona i warana z komodo. W przedniej części sali znajdowała się kamienna budowla podobna do ołtarza. Z egzotycznymi zdobieniami i wyżłobionymi otworami przypominała jakiś niezwykle skomplikowany mechanizm. Podłoga w pomieszczeniu była płaska. Czasami tylko wyrastał z niej skalny kształt podobny do stołu. Półokrągłe sklepienie spinało potężną czaszą całą jaskinię. Na ziemi leżały ludzkie ciała. Było ich może kilkanaście rozkładających się i cuchnących odrażającym fetorem. Wilgotny mikroklimat jaskini sprzyjał procesom gnilnym.

- Mój Boże – wystękał Holmes zakrywając twarz rękawem, aby nie zwymiotować.

- Co do jasnej cholery? – dopowiedziała równie przerażona Katie.

- Myślę, że wiem, co stało się z członkami ekipy twojej mamy – stwierdził John wchodząc ostrożnie do sali.

- Ciała wyglądają strasznie – stwierdziła Katie.

- Jestem sparaliżowany strachem. Powinniśmy się stąd jak najszybciej wynosić. Co mogło zabić tych ludzi? – zapytał Holmes.

- Nie wiem. Ciężko mi się skupić. Może jednak powinniśmy się rozejrzeć. Przebyliśmy tak długą drogę. Im już raczej nic nie pomoże – stwierdziła wskazując na leżące ciała.

Członkowie zespołu rozeszli się po pomieszczeniu. Przyglądali się zwłokom, postumentom stworów i dziwnemu ołtarzowi. Fetor gnijącego mięsa był trudny do wytrzymania, jednak po chwili nozdrza przyzwyczaiły się do zapachu na tyle, aby nie wywoływać odruchu wymiotnego.

- Zauważ, że niektóre ciała są mniej rozłożone od innych. To świadczyłoby o tym, że przybyli tu w różnych odstępach czasu. Spójrz ten tutaj wygląda całkiem dobrze – powiedział John wskazując zwłoki brodatego starszego mężczyzny.

- Patrz! Ma dziwny znak na szyi, jakby od ugryzienia. Może powinniśmy sprawdzić czy mają jakieś dokumenty? – zapytała Katie.

- Nie odważę się dotknąć rozkładających się zwłok. Zmywajmy się stąd jak najszybciej. Tutaj wydarzyło się coś przerażającego i modlę się, aby i nas to nie spotkało.

- Zaraz się stad wynosimy. Rzucę tylko okiem na ołtarz i zrobię kilka zdjęć. Może wykorzystamy naszych tybetańskich przyjaciół i poprosimy ich, aby przeszukali ciała. Powinni mieć wprawę w takich rzeczach. W końcu śmierć i cierpienie jest częścią ich życia pod chińską okupacją. Skoro już dotarliśmy tak daleko nie mogę przepuścić okazji, aby dowiedzieć się, co zabiło moją mamę i jej towarzyszy. Jestem im to winna. Wiem, że jesteś przerażony. Czuję to samo, coś jednak każe mi dokończyć to, co zaczęliśmy. Daj mi kilka minut i zaraz stąd wychodzimy.

Dolkarowi udało się przekonać mnichów, aby przeszukali ciała. Ci nie wzdrygając się specjalnie zaczęli przeczesywać kieszenie martwych.

- Spójrz na te postumenty – wskazała ręką Katie.

- Są potworne. Mam nadzieję, że to tylko wytwór czyjejś wyobraźni i żadna istota nie posłużyła jako żywy model do ich wykonania.

Katie walcząc z uczuciem strachu podeszła do ołtarza. Skomplikowany mechanizm, przypominał układ scalony z tranzystorami, kondensatorami i rezystorami. Pośrodku znajdował się owalny otwór, od którego odchodziły we wszystkich kierunkach małe rowki.

- To płyta główna komputera – stwierdziła Katie. – Miejsce w środku wygląda jak slot na procesor. Pamiętam to z wykładów architektury komputerów na studiach.

- Czy zastanawiasz się nad tym, co ja? – zapytał John podchodząc do ołtarza.

Nagle podbiegł do nich Dolkar trzymający w ręku dokumenty oraz plik różnych kartek.

- Tyle znaleźliśmy – stwierdził.

- Co my tu mamy? Dokumenty, karty kredytowe, jakieś rachunki, czeki. A jednak to byli Amerykanie – biedacy. Spójrz tutaj – Katie wskazała na dowód osobisty, na którym widniało nazwisko Martin Anger. – Czy to nie ten matematyk, który pomagał mojej mamie rozwiązywać zagadki labiryntu?

- Bardzo możliwe. Sprawdź czy miał przy sobie coś jeszcze – dodał Holmes.

- Spójrz to chyba list. Charakter pisma mojej mamy – zauważyła Katie.

- Czytaj – z niecierpliwością ponaglał John.

Drogi Martinie

Myślałam żeby zadzwonić, ale list chyba będzie lepszy. Znając twoje podejście do tego, co robię pewnie byś się denerwował, a tego chciałabym uniknąć. Tym razem nie zwracam się do ciebie z prośbą o rozwiązanie kolejnej matematycznej łamigłówki. Piszę, bo mam przeczucie, że wydarzy się coś złego. Wiesz dokładnie, z jakim trudem przedostawaliśmy się przez kolejne pomieszczenia labiryntu i jak wiele nas to kosztowało. Wracam z powrotem do Tybetu, bo dostałam informację od Toma, że udało im się wreszcie odnaleźć świątynię. To, co zdążył mi zrelacjonować telefonicznie napawa mnie przerażeniem. Kazałam im się wycofać i niczego nie ruszać, zanim nie przyjadę i sama wszystkiego nie sprawdzę. Jak wiesz do tej pory myślałam, że odkryłam świątynię Agarthy. Sądzę jednak, że grubo się pomyliłam. Wszystko układa mi się w bardziej przerażający i fascynujący jednocześnie ciąg poszlak. Pozwól, że opowiem ci starą legendę, abyś lepiej zrozumiał, co mam na myśli. W podaniach różnych kultur funkcjonuje opowieść o ludziach podziemia, w Tybecie nazywają ich Szambalami. Dziesiątki tysięcy lat temu żył na ziemi lud, który według wierzeń Braminów, osiągnął wysoki stopień cywilizacji, znacznie wyższy od dostępnego współczesnej ludzkości. Na skutek załamania się atmosfery ziemskiej musieli zejść do podziemi, budując tam miasta, drogi i całą strukturę cywilizacji.

Zapoznałam się ostatnio z badaniami niejakiego Aleca Maclellana, który dowodzi, że sieć korytarzy ciągnie się od Brazylii poprzez Amerykę Środkową, zachodnie wybrzeże Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Kanady, dalej przez Alaskę, Syberię, Mongolię, Chiny, Tybet, Azję Mniejszą, Egipt, Czad aż po Wybrzeże Niewolnicze. Powołuje się on na liczne podania ludowe mówiące o podziemnym królestwie zamieszkiwanym przez wysokich, szczupłych ludzi o blond włosach, którzy czasami wychodzą na powierzchnię, by nawiązać kontakt z wybranymi przez siebie mieszkańcami świata naziemnego, lecz zwykle jednak żyją pod ziemią, oddając się nauce i medytacji.

Trudno jest tutaj nie zgodzić się z Maclellanem, albowiem podania o takich cywilizacjach występują prawie we wszystkich kulturach świata. Istnieją wszakże między nimi spore różnice. W kulturze chrześcijańskiej legenda przeobraziła się w obraz piekła, miejsca przebywania szatana i ludzi skazanych na wieczne potępienie.

Maclellan powołuje się również na opowieści ludzi, którzy chodząc po podziemnych korytarzach lub szybach górniczych, nieraz napotykali niebieski światło i słyszeli odgłosy śpiewów dobiegające z czeluści.

Tyle mówią podania. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Świątynia Agarthy była miejscem przebywania Wybranych, starożytnego ludu prowadzonego przez Buddę. Żadne przekazy czy legendy nie przedstawiają niczego o setkach kilometrów korytarzy łączących ze sobą większe pomieszczenia. Zaczynam przychylać się do tezy, że odkryłam przejście do podziemnego świata. Wiem, że brzmi to kuriozalnie, jednak nie potrafię na razie inaczej tego wytłumaczyć.

Dlatego piszę ten list, aby podzielić się z tobą moimi obawami. Skopiowałam część materiałów, które tworzyłam podczas wyprawy. Zostawiłam je w sejfie w mieszkaniu w Ann Arbour. To te same, które stopniowo ci wysyłałam.

Gdyby coś mi się stało powiedz mojej córce, że bardzo ją kocham…

Mary Medison

W oczach Katie pojawiły się łzy. Ostatni list napisany przez jej mamę przywołał dawne wspomnienia.

- Nieprawdopodobne – z fascynacją stwierdził John. – Co o tym sądzisz?

- Zastanawiam się, co mogło zabić tych ludzi. Z jakiegoś powodu moja mama doprowadziła mnie aż tutaj, sugerując abym przyniosła ze sobą medalion Agarthy. Znaleźliśmy miejsce, które jak ulał pasuje kształtem do wyglądu dysku. Skoro taka jest wola Mary wetknijmy ten pieprzony przedmiot w otwór ołtarza i zobaczmy, co się stanie. Może w ten sposób uratujemy świat przed kataklizmem tak jak napisane jest w legendzie tybetańskich mnichów.

- Poproś starego, aby przyniósł dysk – zwrócił się John do Dolkara.

Mnich zdjął z szyi medalion i podszedł do dwójki przyjaciół stojących przy ołtarzu.

Katie kątem oka zauważyła w głębi sali ruch. Jeden z postumentów zdawał się ożyć. Zignorowała ten fakt tłumacząc go sobie przywidzeniem, odebrała od mnicha dysk i obracając go starała się wpasować w otwór skalnej płyty. Nagle potężny ryk dzikiego zwierzęcia wypełnił jaskinię. Wszyscy odwrócili się w stronę dźwięku. Powolnym krokiem w ich kierunku szła przerażająca, obślizgła postać. Kolejne postumenty kreatur ożywały. Ich skóra pokryta była lepką, zielonkawą mazią przypominającą klej. Martwe dotychczas, kamienne odnóża zaczynały budzić się do życia.

- One się ruszają! – krzyknął Dolkar. – Jesteśmy zgubieni.

- Nie chcą dopuścić do umieszczenia medalionu w ołtarzu. Wetknij go – rozpaczliwie ponaglał John. – Pospiesz się. To nasza ostatnia szansa.

Przerażające postacie wolnym, zwierzęcym krokiem schodziły z postumentów i szykowały się do ataku. Medison wetknęła dysk w szczelinę. Ten wpasował się idealnie wydając z siebie osobliwy trzask. Przeszywający krzyk wypełnił całą jaskinię. Dziwne stwory zaczęły wić się w spazmatycznych bólach wydając z siebie przerażające odgłosy. Płyta ołtarza zapaliła się niebieskim światłem, jakby pokryta została fluorescencyjną farbą. Fragmenty kamiennych elementów zaczęły poruszać się w różnych kierunkach tworząc fantazyjną układankę. Ziemia drżała.

- Uciekajmy stąd – krzyknęła Katie.

Szóstka podróżników rzuciła się do wyjścia. Biegli ile sił w nogach. Słysząc odgłosy monstrów i czując wibracje trzęsącej się podłogi marzyli tylko, aby jak najszybciej wydostać się z tej piekielnej sali. Z trudem udało im się dotrzeć do wrót, którymi tu przybyli. Kątem oka Katie zauważyła jak kolejne kamienne postacie ożywały i schodząc z postumentów wiły się w agonalnych skurczach. Rzucały się na ziemię i przeraźliwie krzyczały, przypominały ranne stworzenia uwięzione w śmiertelnej pułapce. Przez głowę przeszła Katie myśl jak niebezpieczne potrafią być zwierzęta w potrzasku, bywa, że aby przeżyć odgryzają sobie uwięzione części ciała, by ze zdwojoną agresją uderzyć na swoich oprawców w akcie zemsty.

Znaleźli się w wąskim tunelu. John wyraźnie już zmęczony dyszał wydając z siebie świszczące odgłosy.

- Musicie wytrzymać. Wydostaniemy się stąd – pocieszała Katie przeciskając się przez skalną szczelinę. – Zaraz dotrzemy do pięciodrzwiowej jaskini.

Przerażające odgłosy dobiegające echem z olbrzymiej sali wydawały się nieco milknąć.

Wszyscy modlili się, aby medalion umieszczony w ołtarzu ocalił ich od agresji apokaliptycznych istot. Może wszystkie już zginęły? Kim były te przerażające kreatury? Czy ekipa Mary Medison została przez nie zabita? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Jedyne, co się teraz liczyło to jak najprędzej wydostać się na powierzchnię, uwolnić się od dręczących myśli, że nieziemskie stworzenia idą tuż za nimi traktując ich jak posiłek. Biegli potykając się ze zmęczenia. Dotarli do pomieszczenia z pięcioma granitowymi płytami. Stali przez chwilę spoglądając na siebie. W ich oczach rysowało się przerażenie, przypominali zwierzynę uciekającą przed drapieżnikiem.

- Co to było? – zapytała Katie próbując złapać oddech.

- Nie pytaj wolę nie wiedzieć. Mam tylko nadzieję, że to coś zginęło – odpowiedział zdyszany Dolkar.

- Musimy biec dalej – ponaglał John. Czuję, że coś się zbliża. One wcale nie zginęły. Mam złe przeczucia.

Jakby na zawołanie Holmesa pięć kamiennych bram powoli się otwierało. Z oddali dobiegały ich przerażające odgłosy dzikich zwierząt drapiących o skalną powierzchnię, oczekujących na swoją zdobycz. Pod kamiennymi płytami zauważyli upiorne, znane im cienie.

- A więc jednak wcale nie zginęły- krzyczała Katie – szybko do wyjścia.

Nie zdążyła się ruszyć, kiedy potwory rzuciły się na nich z siłą lwów. Tybetańscy mnisi próbując odeprzeć atak heroicznie zasłonili pozostałych członków ekipy swoją piersią. Na nic jednak zdały się wszelkie próby, potężna siła przydusiła ich do podłogi, żądła jadowe utkwiły w ciałach i zaczęły tłoczyć śmiertelną truciznę. Zakonnicy początkowo opierali się napastnikom. W miarę jednak jak coraz większa ilość dziwnej substancji z żądeł potworów przedostawała się do krwi przestawali się bronić.

Ocalałej trójce udało się cudem dotrzeć do pomieszczenia wypełnionego kamiennymi płytami. O dziwo monstra zajęte ciałami mnichów nie podążały w ich kierunku, tak jakby przeczuwały jakieś niebezpieczeństwo. Kotłowały się tylko oczekując aż wrota, przez które uciekli Katie, Dolkar i John zamkną się.

Ocalała trójka skakała po kamiennych płytach pamiętając, że każdy błąd może się dla nich skończyć śmiercią. Nie rozmawiali. Byli zbyt przerażeni, aby zebrać myśli. Jedyne, o czym marzyli, to jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. A takim była tylko powierzchnia ziemi i Hummer czekający na nich jak anioł wybawienia. Wydostać się z tej śmiertelnej pułapki, przeżyć, przetrwać – takie myśli wypełniały ich głowy.

- Czy sądzisz, że będą na nas czekać w kolejnej pięciodrzwiowej grocie – zapytał John ledwie łapiąc oddech. Nie był stworzony do takiego wysiłku, serce waliło jak opętane, płuca palacza ledwie wytrzymywały napięcie.

- Nie wiem, jeśli się pospieszymy może nie zdążą tam dotrzeć. A jeśli tak, to wolę nie myśleć, co z nami będzie. Widziałeś, co te potwory zrobiły z mnichami. Wypełniły ich jakimś jadem, jak pająki pożerające muchy.

Dotarli do wejścia prowadzącego do jaskini z pięcioma drzwiami. Gdyby udało im się przez nie przedostać pozostałby im do pokonania tylko jeden długi korytarz. Tam znajdowało się wymarzona wodna szczelina, przez którą wpłynęli do tego diabelskiego miejsca. Wyjście było już tak niedaleko.

Podniosły się wrota i znaleźli się w komnacie z otworami w suficie. Najprawdopodobniej zapadł zmrok, gdyż promienie światła nie wpadały do sali, wyczuli jedynie powiew rześkiego powietrza. To dodało im sił, aby biec dalej, by wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii. Jednak ich nadzieje szybko zostały rozwiane. Pięcioro kamiennych drzwi zaczęło się znowu otwierać. Zwierzęce odgłosy jak poprzednio dobiegły do ich uszu. Charczące, mlaskające i śliniące się kreatury kierujące się tylko jednym celem – za wszelką cenę dopaść swoje ofiary.

Nie mieli już sił, jednak przerażenie nie pozwalało im się zatrzymać, rzucili się do korytarza wyjściowego. Hordy dzikich bestii wydostały się spod wrót i dopadły uciekającego Dolkara. Ten szamocząc się próbował uderzać je latarką, zasłaniać się plecakiem z ekwipunkiem, jednak na niewiele się to zdało, ogromne szczypce przygniotły go do skalnej ściany. Drugi potwór wbił w jego szyję żądło, z którego popłynął jad paraliżując ciało. Życie zaczęło z niego uchodzić, oczy zaszły mgłą a ciało przeszywały przedśmiertne drgawki. Dwójka ocalała przy życiu przesuwała się wzdłuż wąskiego tunelu. Zajęte Dolkarem istoty zaprzestały ataku, jednak po chwili rzuciły się w kierunku uciekających. Ci próbowali zrzucać z siebie ubrania i przedmioty, jakie mieli przy sobie, choć trochę tarasując w ten sposób korytarz i udaremniając ataki nacierającym monstrom.

Niemal cudem udało im się dotrzeć do jaskini z wodną szczeliną, przez którą tu przybyli. John nie ważąc na nic rzucił się do otworu. Katie nie miała tyle szczęścia. Jedna z obślizgłych kreatur dopadła ją łapiąc za nogę. John widząc to postanowił za wszelką cenę pomóc dziewczynie. Wydostał się z wody i z całą siłą natarł na potwory. Twarde żądło jednego z monstrów utkwiło w ręce Katie. Holmes złapał kreaturę i mocno odepchnął. Zanurzone w ciele Katie ostre odnóże oderwało się zostawiając tylko niewielki ślad. John chwycił archeolog za rękę i szarpnął w kierunku wodnego przejścia. Ich ciała runęły w dół. Rozpryskujące się krople ostudził nieco zapał nacierających bestii. Stały nad otworem i wydając przeraźliwe okrzyki przepychały się pomiędzy sobą. John wzniósł się na wyżyny swoich sportowych umiejętności. To na nim spoczął teraz ciężar uratowania dziewczyny. Katie była zamroczona, wiedziała jednak, że musi nabrać dużo powietrza i nie oddychać, aż do momentu znalezienia się na powierzchni. Łatwo było powiedzieć, gorzej wykonać. John pod wodą przypominał wielkiego żółwia ciągnącego za sobą ciało Medison, która próbowała układać je w taki sposób, aby stawiać jak najmniejszy opór.

Ledwie żywi wydostali się na powierzchnię. Pierwszy łyk powietrza był jak zbawienie, czuli jak życiodajna, bezwonna substancja wypełnia ich płuca przynosząc ulgę. Katie zrobiło się znacznie lepiej, zamroczenie minęło. Była w stanie o własnych siłach dopłynąć do brzegu i doczołgać się do samochodu. John wcale nie był w lepszej formie. Wysiłek, jaki włożył w ucieczkę spowodował torsje, wyczołgał się na brzeg i zwymiotował. To pomogło. Jakby rezerwy sił zmagazynowane gdzieś w zakamarkach jego ciała uaktywniły się. Wstał na nogi i rozglądnął się dookoła.

- Chyba za nami nie idą – wystękał. Musimy się stad zmywać, wezwać kogoś i pokazać to miejsce. Zniszczyć te kreatury, czymkolwiek są ludźmi czy diabłami.

Złapał Katie pod rękę i pomógł usiąść na siedzeniu pasażera, sam zajął miejsce za kierownicą i ruszył. Pragnął jak najszybciej opuścić dolinę Altya-tagh. Nie był wprawnym kierowcą, jednak na bezdrożach Tybetu nie miało to większego znaczenia. Jego ręce dygotały a twarz rozpalała gorączka. Czuł jednak, że powoli dochodzi do siebie, że wracają mu siły. Niestety stan Katie pogarszał się. Wyschnięta skóra, siniaki pod oczami i blada cera wskazywały, że bardzo cierpi.

- Co ci jest? Dobrze się czujesz? – zapytał John.

- Nic mi nie będzie. To tylko jad. Mam nadzieję, że moje ciało da sobie z nim radę – odrzekła.

- Co teraz zrobimy? – zapytał John.

- Musimy powiadomić władze, kogokolwiek o tym, co tutaj widzieliśmy. W kieszeni mam telefon komórkowy, powinien mieć już zasięg.

Na ciele Katie zaczęły pojawiać się ledwie widoczne owrzodzenia, jakby nieznany wirus powoli zdobywał przyczółki jej ciała. – Widzisz to. Moja mama miała takie same plamy. Źle ze mną – wysapała. – Umrę jak ona.

- Nie mów tak. Będziesz żyć. Zaraz dotrzemy do jakiejś osady i pomożemy ci – z przerażeniem odrzekł dociskając pedał gazu.

Hummer sunął po bezdrożach z zawrotną prędkością. John wiedział, że każda minuta jest ważna. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna, jednak nie wolno było tracić nadziei. Udało im się ujść z życiem po to, aby ostrzec wszystkich przed niebezpieczeństwem czyhającym w podziemiach. Nie po to pokonali wszystkie te przeciwności i ponieśli ofiary, aby teraz się poddać. Najbliższa wioska, gdzie mogliby uzyskać pomoc, była niespełna kilka kilometrów stąd. Przez myśl Johna przemknęło, że była to ta sama osada, do której udało się dotrzeć Mary Medison zanim skonała.

- Katie nie umieraj – próbował podtrzymywać rozmowę. Wiedział, że nie może jej pozwolić odejść. Dlatego mówił do niej licząc, że dziewczyna nie straci przytomności. Jeśli tylko odpowiadała utwierdzał się w przekonaniu, że jeszcze żyje.

- Może opowiesz jakiś dowcip. Bardzo lubię ten twój sarkazm i ironię – wyszeptała. Będzie mi ich brakować…

- Czy sądzisz, że to właśnie byli ludzie podziemia, ci, o których pisała twoja mama. Nie przypominali przystojnych blondynów – John mimo tragicznej sytuacji próbował silić się na dowcip.

- Gdybyś siedział pod ziemią tysiące lat twoje ciało również zmieniłoby swój wygląd. Dostosowałbyś się do otaczających warunków- zmutowałbyś.

- Nie rozumiem jednego, dlaczego twoja mama tak bardzo chciała umieścić ten dysk w ołtarzu, skoro to i tak nie powstrzymało tych bestii.

- Legenda mówi, że to inteligentne istoty. Coś sprawiało, że nie mogły wydostać się na zewnątrz. Czekały na swój czas.

- Tylko dlaczego akurat teraz się uaktywniły? – zapytał John.

- Ktoś zakłócił ich spokój. Siedziały pod ziemią tysiące lat sądząc, że na powierzchni warunki nie nadają się do życia. – Katie wyraźnie słabła i opadała z sił. – Czuję się coraz gorzej. Pospiesz się John. Źle ze mną – odplunęła krwią i zrobiła się blada jak ściana.

- Trzymaj się. Walcz. Nie poddawaj się. Błagam cię. Pewnie twoja mama podobnie jak mnisi sądzili, że dysk ocali ludzkość od zagłady. Nic z tego nie rozumiem. Odpowiedz mi Katie. Słyszysz?

- Detektywie Holmes. Czy popełniłeś kiedykolwiek błąd? – ledwie żywa zapytała.

- Co przez to rozumiesz?

- Czy zdarzało ci się kontaktować z duchem jakiejś osoby…, kiedy tymczasem tak naprawdę odpowiadała jakaś inna istota? Może dzięki swoim nadnaturalnym zdolnościom…, podszyli się pod moją mamę i wykorzystali nas…, aby wydostać się na ziemię…, ten medalion był kluczem… , dziwne siły, które czuliśmy podczas seansów…

- Czy sugerujesz, że twoja mama to nie była twoja… Medison… Katie… …odezwij się do mnie…to niemożliwe… jeszcze nigdy się nie pomyliłem…

- Alfa zgłoś się – ledwie słyszalny głos pilota zatrzeszczał w radiu.

- Tu podbiegunowa stacja badawcza alfa. Słabo cię słyszę. Powtórz.

- Lecimy w waszą stronę. Widzimy stado dziwnych zwierząt biegnące w kierunku stacji.

- Czy to pingwiny? – zapytał głos.

- Zaraz obniżę lot. Matko święta, to na pewno nie są pingwiny. Musicie się ewakuować. Są ich setki, może nawet tysiące.

- Halo Beta, zgłoś się. Słabo cię słyszę. Szlag by trafił ten sprzęt. Zawsze psuje się nie w porę – narzekał Tom jeden z członków stacji meteorologicznej. Podszedł do okna i zaczął się rozglądać, zbliżała się śnieżna zamieć. Temperatura dochodziła do trzydziestu siedmiu stopni poniżej zera, widoczność była słaba. Nawet psa z kulawą nogą nie wygnałby na taką pogodę – pomyślał. – Idę do pozostałych. W taką śnieżycę tylko coś mocniejszego może poprawić samopoczucie.


<!–[if !supportFootnotes]–>[1]<!–[endif]–> Ann Arbour – Miasto w Stanach Zjednoczonych

<!–[if !supportFootnotes]–>[2]<!–[endif]–> Cangpo – tak Tybetańczycy nazywają rzekę Brahmaputrę

<!–[if !supportFootnotes]–>[3]<!–[endif]–> Księga Duchów

<!–[if !supportFootnotes]–>[4]<!–[endif]–> Pradźwięk, odwieczna wibracja wszystkich form energii.