Luty 23rd, 2008 przez Raven89

Od początku czasów moce ciemności toczyły niustanną walkę z światłością.Przez tysiące lat odbywała się ona bez wiedzy śmiertelników-zbyt prymitywnych,by byli godni uwagi demonów.Nadszedł jednak czas,że jeden z piekielnych książąt zainteresował się materialnym wymiarem ludzkim.Dostrzegł,że człowiekiem-jako istotą o małej sile woli-można łatwo manipulować i wykorzystać go do walki z siłami dobra.Zebrał swe przeklęte legiony i przekroczywszy portal otchłani znalazł się w świecie śmiertelników: wśród niedostępnych szczytów gór Horlet szykował swą armię do ataku.Gdy nadszedł rok 1600 II Ery zastępy demonów ruszyły.Czarne jak noc chmury zwiastowały nadejście potężnego wroga.Uderzenie mrocznych oddziałów było tak straszne,że już po 2 dniach padło najpotężniejsze królestwo ludzi-Taranga.Na próżno wysyłano w gardziel piekielnych chord setki tysięcy najodważniejszych wojowników prowadzonych przez błyskotliwych dowódców.Mroczny Lord rozbijał ich w pył,na siłę wcielał do swojej armi.Jego drogę znaczyła śmierć i zniszczenie.Załamała się wszelka obrona,a ludzie małej wiary woleli przystać do przęklętych szeregów.Nawet pątnicy świętego Zakonu Żałoby zaprzedali swe dusze ciemnościom i organizując pielgrzymki wiary-składali w ofiarach swych wiernych,z których wywlekano ducha i czyniono ich niewolnikami.

Gdy siły zła osiągnęły całkowitą dominację i wygasła nadzieja,rozbite i skłócone klany magów wraz z niedobitkami ludzi i elfami utworzyli Bractwo Świętej Tarczy-które było w stanie stawić czołom legionom otchłani i na nowo wlało nadzieję w serca tych,którzy zwątpili.Jednak Mroczny Lord-którego starożytni nazwali Valdiosem(Władcą Cieni)-przenikając swym wzrokiem czas i przestrzeń dostrzegł rosnącą siłę Sojuszu i postanowił działać.W ogniu piekielnej kuźni wykuto miecz z gniazdem,w którym umieszczono czarne serce piekieł-Kryształ Chaosu-esencję ciemnych mocy Valdiosa.Powstał najsilniejszy artefakt w dziejach świata-Glamdrig(w jezyku starożytnych „Klinga Cienia”)-miał zgnieść w pył wojska Przymierza.Do ostatecznego starcia doszło na płaskowyżu Channon.Okropna walka wrzała przez trzy kolejne dni i gdy szala zwycięstwa zaczęła sie przechylać na stronę Bractwa Świętej Tarczy do bitwy dołączył sam Piekielny Lord.Wraz z Molochami-płomennymi duszami z czeluści-zdruzgotał ludzkie odziały,rozbił w pył zastępy krasnoludów i zgniótł bohaterskie szeregi elfów.Widząc pogrom swych wojsk najwyższy mag-Anader z Deinoru-starł się z Valdiosem w wielkiej walce.Jednak siła miecza była potężna-Mroczny Lord obalił czarodzieja na ziemię i przygwoździł go do niej mieczem.Mag zdołał jeszcze wymówić inkantację i potężny czar ugodził demona,wyrzucając kryształ z gniazda.Bez swojej magicznej mocy Valdios zginął w walce,a jego dusza została uwięziona w ciele zmarłego Anadera,które potem przykuto łańcuchami do ścian i zamknięto w katakumbach.Miejsce to chroni teraz siedem świętych pieczęci i skute lodem skały,które mają uniemożliwić oswobodzenie demona z okowów.Niestety nie wiedziano,że w ten sposób Baron Cieni pozna najsilniejsze ludzkie zaklęcię,dzieki któremu uda mu się powrócić do czeluści piekielnych.

Na próżno szukano Kryształu Chaosu-przepadł wraz z mieczem.Po wielkiej grozie nastał czas pokoju i złotej ery ludzi.Ostrzeżenia o wydarzeniach z przeszłości przekazywano z pokolenia na pokolenie.Lecz czas sprawiał,że fakty stawały się opowiadaniami,a te przekrztałcały się w legendy:w końcu na dobre o nich zapomniano.Nadeszła wreszcie IV Era,która znów miała postawić przed ludzkością okropną próbę zmierzenia się z budzącymi się z letargu siłami zła,które nadal było zakopane pod ogromną pokrywą lodową gór…

Luty 23rd, 2008 przez Maciusza666

I – Cała prawda.

Potężny barbarzyńca siedział skupiony na wysokiej grani. Z zamkniętymi oczyma zaglądał w głąb swojej duszy, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, czy też może po to by zażyć uspokajającej medytacji. Wielkie ciało mierzące ponad dwa metry, z wyraźnie rysującymi się na nim potężnymi węźlastymi mięśniami stanowiło jego własną wizytówkę. Dumnie nosił imię swego pradziadka – Berthgar. Przed nim rozpościerała się głęboka dolina wypełniona po brzegi gęstym borem. Ptaki ćwierkały wesoło unosząc się na wietrze.

Wiatr huczał w poszczerbionych skałach doliny, napawając słuchaczy lękiem i strachem.

Jednakże przywykły do takich szumów z dawna obznajomiony z urokiem dziczy mężczyzna słuchał z uwagą i spokojem malującym się na twarzy. Była to bardzo młoda twarz.
W końcu wielki mężczyzna otworzył swe oczy. Przepiękne oczy, które mówiły same za ich właściciela. Gdyby ktoś teraz siedział patrząc w te oczy, ujrzałby w nich więcej smutku i pokory niż tak charakterystycznej dla hardego ludu zawziętości i akceptacji życia.
Samotny chłopiec często uciekał w to odosobnione miejsce, w którym czuł się swobodnie i mógł się na swój sposób zrelaksować. Berthgar był bardzo młodym mężczyzną nawet chłopcem, który co dopiero przekroczył osiemnasty rok życia. Mimo to zyskał w klanie należny szacunek. Od najmłodszych lat zaganiany do ciężkiej pracy oraz żyjąc pośród stresu i nieustannemu niebezpieczeństwu ze strony dzikich zwierząt oraz orków z gór i przełęczy wyrzeźbił swe ciało niemalże do perfekcji, a jego zmysły stały się bystre i czujne.
Nie znosił podporządkowywania się, dlatego też lepiej czuł się będąc sam w swej kryjówce nad ogromna przepaścią.
Często utożsamiał ową przepaść i przyjemny widok bezkresu przestrzeni z sobą, jako zagubiony w niej. Działo się tak ponieważ Berthgar był bardzo wyjątkowym dzieckiem. Już od najmłodszych lat wykazywał ciekawe znaki i zdolności, któ®e przemawiały za jego sukcesem w przyszłości. Ujęty przez miłość do chłopca Król klanu Romen, wziął go za syna oraz widomy znak od miłowanego bezgranicznie boga VITENA. Chłopiec wykorzystywany do ciężkich prac za młodu, odważnie i cicho znosił nieprzyjemne doświadczenia i przykrości. Jednak zawsze zachowywał je dla siebie. Nigdy też nie wybuchał niekontrolowanym gniewem. Kiedy był pośmiewiskiem innych chłopców tylko patrzył się groźnie i zaciskał małe piąstki. Raz gdy pewien chłopiec przesadził, rzucając bluźniercze hasło dotyczące jego przybranego ojca Romena, rzucił się gotów bronić mienia i honoru swego rodu. Przykry był tamten dzień, bowiem wtedy Berthgar po raz pierwszy przyjął odrzucanego do tej pory demona, który w nim żył. W przypływie nienawiści i gniewu skopał i pobił chłopca na śmierć. Co wiecej dziwne może wydawać się to, iż nie spotkała go żadna kara ani nawet najmniejsza uwaga ze strony starszyzny. Niestety rygor i dyscyplina tych dni były fundamentem społeczności. Istniały prawa które dziś nie mogły być zaakceptowane.

Ówczesne prawo mówiło wyraźnie, że bijący się sami ponoszą za się odpowiedzialność i w wypadku nieoczekiwanych wypadków, jak na przykład śmierci któregoś z nich, wygrywający dostąpił chwały zwycięzcy i należy zostawić go w spokoju. Wszyscy kiwali głowami, kobiety zanosiły się płaczem, a dzieci płakały nad straconym kolegą. Bethgara spotkał kolejny cios od losu. Odwrócili się od niego niemalże wszyscy. Chłopiec żył pośród cichym już szyderstw i powszechnego odtrącenia. Przy świadomości i życiu utrzymywały go jedynie miłość Ojca oraz pewnej dziewczynki Amelii. Była bardzo drobna. Kiedy uśmiechała swe piękne niebieskie oczy, topiła najtwardsze serca. Po pewnym czasie dziewczynka z racji spotykania się z coraz większym i doroślejszym chłopcem, również zaczęła doznawać szyderstw i wyzwisk. Nawet z mianem czarownicy. W wieku 13 lat oboje dzieci wiedziało o tym, że związali się liną miłości, i tylko śmierć zdoła ich rozłączyć. Rano gdy Berthgar wstawał nadspodziewanie mężnie do pracy, ona wraz z innymi dziewczętami warzyła strawy na kolacje myśląc o swym ukochanym.

Tak to właśnie toczyło się życie w pewnej wiosce daleko na północ od największych mocarstw ludzi, elfów i krasnoludów. Za wielkim łańcuchem górskim, gór śniegowych w kilka dni marszu na północ, wędrownik mógł zobaczyć uchodzące z małej kotlinki, ukrytej pośród połonin i wzgórz stepowych strumyki dymu. Nasza opowieść rozpoczyna się pewnego dnia, w którym cierpienia przeszłości wspomnienia i miłość doprowadziły do szaleństwa i innych niebotycznych wydarzeń, w cichej wiosce za górami.

Berthgar niespodziewanie usłyszał z tyłu cichy szmer, który jak określił mógł dochodzić z najwyżej dwudziestu metrów za nim. Czujnie napiął wszystkie mięśnie i przygotował się do ewentualnej obrony. Po drugim trzasku gałązki, uśmiechnął się, i rozluźnił całkowicie.
Wiedział bowiem ze taki ostrożny sposób chodzenia posiadała tylko jedna równie młoda jak on dziewczyna z ich klanu – Północnego Wiatru, Amelia. Amelia była bardzo wyjątkowa i lubił ją. Miała piękne niebieskie oczy, zawsze wesołe. Była jego drugą połówką serca, z którą mógł porozmawiać, pośmiać się i odkryć duszę.
Odwrócił od niechcenia głowę z uśmiechem na twarzy i zastał Amelię jakieś dziesięć metrów za nim, która stała jak wryta, w śmiesznej pozycji pośród gęstych gałęzi krzewów wyraźnie zbita z tropu.

-Znowu to robisz ! –krzyknęła oburzona dziewczyna.

-Za głośno chodzisz. – spokojnie odparł z uśmiechem.

-Nie możesz dać mi tej satysfakcji podkradnięcia się choć raz ? – spytała z udawanym błaganiem.

Barbarzyńca odwrócił głowę. Po chwili poczuł delikatne głaskanie dłoni Ameli po jego barkach a potem na policzku.

-Znowu coś Cię gnębi. – bardziej stwierdziła niż zapytała.

-I tak i nie.

-Daj spokój tym rozmyślaniom, specjalnie dla Ciebie urwałam się z obowiązków wieczornych, by choć trochę z Tobą porozmawiać.

-Specjalnie dla mnie ? – chytrze zapytał uśmiechając się przy tym diabelsko.

Jej uśmiech i spojrzenie pełne po brzegi radością i wrzącą miłością odpowiedziały mu więcej niż mógł usłyszeć. Rzucił się na nią drażniąc gryzł Amelię w ucho i szyję. Przetaczali się po jakichś zielonych stokach zupełnie skupiając na sobie. Cieszyli się chwilą. Ku zaskoczeniu ich obydwu zatrzymali się gwałtownie na pniu niezwykle grubego drzewa. Początkowy grymas ( bo to wielki mężczyzna zatrzymał ich na drzewie ) przeszedł w intensywny śmiech. Jej delikatny wznoszący się ponad kopułami drzew, a jego gardłowy rodzący się w brzuchu, a potem grzmiący echem w lesie.

- Wiesz, ja.. – jąkając się i robiąc zawstydzoną minę Amelia nie wiedziała wyraźnie czy chce skończyć zdanie.

- Tak ? – delikatnie zapytał mężczyzna otaczając dziewczynę ramieniem, które przyjęła z wielkim pełnym ulgi westchnięciem.

Podniosła odważnie głowę patrząc w te niesamowite oczy. Bardzo cicho lecz bardzo głośno w sercu Barbarzyńcy odbiły się jej dwa słowa.

- Kocham Cię.

****************

Gdzieś w ciemnym lesie, pośród tupotu śmierdzących stóp szybko biegły jakieś ciemne postacie. Miały czarną skórę, i wykrzywione pyski. Ubrani byli we wszystko co się dało nałożyć. Jedni biegli przepasani spodniami i koszulami, drudzy w hełmach, a trzeci w pięknych kolczugach i pancerzach. To były orki. Zmora każdego żywego stworzenia. Nieduże stwory mające prawie metr siedemdziesiąt wzrostu, odznaczające się niedużą inteligencją. Biegli w znacznej dzisiaj liczbie, około setki. Posuwali się szybko na północny-wschód.

W pewnym momencie wybiegli na odkryty wierzch wzgórza, a dowódca na szpicy uniósł rękę do góry. Wszyscy pozostali jak porażeni zatrzymali się cicho. Czerwone oczy szybko szukały czegoś, i w końcu znalazły. Parszywy pysk wykrzywiony tuzinem krzywych ostrych jak sztylety zębów uśmiechnął się, a ręka orka uniosła się i pochód biegł dalej. Biegł w stronę Małego światełka, i unoszącego się z nań dymu. Ptaki przestały ćwierkać, a zwierz chował się do legowisk. Nadchodziła zła noc.

*****************

W wielkim namiocie zbudowanym przez klan Północnego Wiatru z ogromnych skór Mamutów górskich i olbrzymich ptaków kiguri oraz krzepkich bali dębowych, podtrzymujących całą konstrukcję w całości, wrzało sto trzydzieści gromkich głosów. Wewnątrz w najlepsze trwała wielka uczta klanu Północnego Wiatru. Król – Romen, prawdopodobnie jeden z największych mężczyzn jakich wydała ziemia siedział uśmiechnięty na końcu długiego drewnianego stołu, który ciągnął się przez całą długość szerokiej sali. Owa Hala była nazywana Honigdoom, czyli miodową salą. Pomieszczenie wypełniały częste nocne pijatyki jak i obrzędy religijne, czyli składanie ofiar bogom czy podejmowanie nowych króli. Kiedyś gdy praprzodkowie barbarzyńskiego ludu zamieszkali na stałe ten skrawek ziemi i uroczyście zbudowali budynek pito piwo, jako że znali tylko ten rodzaj trunku i bardzo im smakował. Dopiero z długim biegiem czasu, nawet wieków zaczęto produkować miód pitny, z połączenia wody i miodu, który w tych prześwietnych, niemalże nigdy nie naruszonych lasach, był mnogo wyrabiany przez pszczoły. Jednak od początku budynek nazwano miodową salą, ponieważ pijanym wojownikom i ich brankom tamte chwile wydawały się błogie, słodkie i prawie nieziemskie. Po ścianach sczerniałych już od lat porozwieszane były dumnie wielkie poroża reniferów, jeleni i danielów. Na podłodze wszędy walały się piękne skóry niedźwiedzi, łosi i mamutów. Czasem natłoch materiału był tak gruby, że chodzący po nich odbijali się, jakby odrzuceni przez sprężynę. Pośrodku pomieszczenia, w stole wydrążona była ogromna dziura. W niej podczas uczty wlewano wszystek miodu pitnego, by biesiadnikom łatwiej było zaczerpnąć napitku. Tak więc pił każdy kto chciał ile chciał i nikt nikomu nie miał niczego za złe. Król Ogarnął wzrokiem najbliższych towarzyszy, z którymi walczył ramię w ramię od tak wielu lat. Po jego prawej siedział szanowany szaman barbarzyńców. Swym skrzeczącym głosem wywoływał ogólny śmiech, niezależnie od tonu jego wypowiedzi. Mało sto razy ratował każdemu życie. Wybitnie znał się w sztukach medycyny i wieszczenia. Nie raz wyratował białe od febry czy zmarznięcia dziecię, wojownikowi poukładał w środku flaki, a krążyły nawet pogłoski, że raz wskrzesił człowieka, którego niesprawiedliwie zabito. Podobno to sprawiło jego nagłą starość i zgrzybiałość.

Jednak nawet i to nie postarzało młodej duszy. Niespodziewanie wskoczył na środek stołu, zwracając powszechną uwagę. Wódz zaciekawiony sytuacją podniósł do ust kubek z gęstym miodem i obserwował. Przygarbiony stary szaman nagle wyciągnął przed siebie swoją niesamowicie kościstą rękę i zaczął przeraźliwie skrzeczeć. Po chwili obracał się szybko wokół własnej osi wykopując nogi przed siebie. Wywołało to niejeden sprzeciw wojowników gdyż szaman strącił trochę pucharów z trunkiem. Zatrzymał się w miejscu zatoczył rękoma wielkie koło i krzyknął głośno jednocześnie wyrzucając ręce od siebie jakby wyzwalał nieznane moce. Z jego rąk w migotaniu tysięcy małych płomyków wyskoczyło stado małych ptaszków, jednocześnie spotykając się ze śmiechem stu trzydziestu wojowników. Rozbawiony król wstał i wzniósł toast. Jak na rozkaz wszyscy podążyli za nim i wypili wielkimi haustami mocny płyn. Gdy skończyli król ryknął.

-Niech zabawa trwa dalej ! Chwała VITENOWI !

-Chwała mu! – odkrzyknęli wojownicy i z iskrami w oczach powrócili do uczty.

Gdzieś z tyłu stołu wielki człowiek, już mocno podpity postanowił pokrzepić swe samotne serce starą piosenką. Podniósł się i gromko zaśpiewał.

Hej, kraśna dziewczyno,

Jak by bez Ciebie mi się żyło,

Gdy Twe usta upajały winem,

A sercu się przykrzyło.

Wycałuję ręce, wycałuję nogi,

Ich nigdy nie zapomnę,

A gdy mię mróz ogarnie srogi,

Wspomnij kiedyś o mnie.

Pieśń wnet przyciągnęła wiele głosów, a zawstydzone dziewczyny pogrążyły się w szerokich piersiach swych ukochanych.

-Hej! Thonirze Twoja ukochana wygląda przy Tobie jak ptaszek przy niedźwiedziu. – wołał jeden do drugiego przez stół, co wywołało salwę śmiechu. – Ale słuchajcie mości panowie to jeszcze nie koniec! Niesłychane by to było, żeby niedźwiedź z ust takiej ptaszynki miodu czerpał. A grzebie tym jęzorem i grzebie, i wścieknij się! Ty niczego nim nie wygrzebiesz!

Śmiech wypełnił na chwilę całą atmosferę tak, że nie słyszałeś czytelniku już nic po za nim.

-Panowie tak mówicie, bo sami mu pewnie zazdroszczą, ot co jest! – wołała rozweselona dziewczyna do Panów po drugiej stronie ławy, i tym zacieklej poczęła się ze swoim wybrankiem całować.

Jedni się całowali, drudzy jedli a jeszcze inni wspominali z towarzyszami broni swe liczne przecież bitwy i starcia.

Na początku stołu te ostatnie były właśnie gorąco omawiane, przez starych weteranów, po przeszło osiemdziesiąt lat mający. Była to starszyzna, która rzeczywiście wiele bitew zaznała, a która jeszcze wiele zaznać chciała i miała. Ponad wiek silni i krzepcy, doświadczeni wiekiem i skupieni wyłącznie na wojnie. Tak więc mówił stary Halvec do Duklima.

-A wtedy gdy wyszliśmy z nad wzgórza naszym oczom ukazały się grube jak sadło zwierza zastępy wojsk Provencal. Jak żeś spojrzał od lewa do prawa, to i tak końca tych ludzi dojrzeć nie mogłeś. Nas było wtedy kilkanaście razy mniej. Służyliśmy na żołdzie starego króla Oregona, małego rybackiego kraju Ittur. Jednak nie miałeś lepszego wodza nad niego. W jego wojsku służyło około trzech setek naszych, a jego było dobrze nad piętnaście tysięcy. Mimo tego wielu mówiło, że gdy w gniew wpadniemy służymy im jak jeden mąż za kilka tysięcy.

Wielu młodych wojowników klanu przysłuchiwało się tej rozmowie z zapałem przekręcając oczyma i z bijącym coraz szybciej sercem. Wyobrażało sobie słynne wzgórze Gernelen gdzie starły się dawno temu wojska Ittur i Provencal. Słuchali tak zapamiętale dalej, a starzec mówił.

-Wtedy nasz wódz stary, lecz doświadczony wódz, sam król! Podniósł się na kulbakach swego wspaniałego konia i podniósł róg do wielkiej twarzy. –Staruszek zastrząsł się teraz w przypływie wspomnień. – Gdybyście słyszeli ten dźwięk moi mili. Rozległ się tak donośnie, leciał z wiatrem aż uderzył niczym obuch w pierwsze szeregi wroga. Nie uwierzycie mi, ale tamci cofnęli się właśnie jak gdyby uderzeni wielką siłą. Wtedy tez wielki cios zadaliśmy tamtym na duchu, i bić im się odechciało. Ale my widząc taką zmianę ról w tym starciu z krzykiem na ustach, niektórzy za wodza inni za boga VITENA jeszcze inni imiona swych broni, runęliśmy w dół zbocza. A przed nami dumnie szarżował król Oregon. Nasi bracia lecieli w pierwszych szeregach, z szalonym grymasem na ustach, i uniesieniem na duchu. Chodź zasłonięci murem pik i tarcz, wdarliśmy się impetem jak w masło. Siekliśmy na prawo i lewo, a krzyk nie schodził z naszych ust. Wtedy to niezwykłych dokazywał rzeczy król. Swoim wielkim toporzyskiem machał na prawo i lewo jak kosą, ale zbierał okrutne żniwo swej pracy. Ciął Provencalczyków po dwóch i trzech czasem na raz, a reszta widząc prawdziwego charakternika uciekali od niego w popłochu. Ja i Duklim tymczasem usiekliśmy strasznie dwóch synów króla Provencal – jego pułkowników. Byliśmy już na skraju wygranej, mimo tego że rozbiliśmy dopiero zaledwie setkę przeciwnika, a zostało tak wiele tysięcy. Jak wicher czasem niespodziewanie zmieni kierunek tak nasze zmieniło się szczęście. Mianowicie do boju ruszyła niezwyciężona jazda Provencalczyków. Zaatakowali nas żmije od tyłu, aby było nas łatwiej dopaść. Jechali ze wzgórza, więc ostatnie rzędy padły jak łany pod impetem koni. Jednakże gdy po paru minutach bitwy przedarli się do trzonu naszej armii uświadomili sobie za późno na szczęście swój błąd bo mogło być nam gorąco.

Wnet otoczyliśmy ów jazdę i siekąc, lecąc na łeb na szyję rozbiliśmy szereg koni.

Z kolej piechota wroga rzuciła się w przypływie odwagi ze zdwojoną furią. Ale nie na długo, a nasi bronili się mężnie i wytrwale. Każdy krok do tyłu okupywaliśmy trzema a nawet czterema zabitych wrogów. Gdy usłyszeli krzyki o pomoc i miłosierdzie w swoich parszywych językach, ich odwaga od razu struchlała. Dziwnym się też rzeczą stała, gdyż w tym samym momencie rozległ się odgłos rogu Oregona, który ostatecznie przechylił szalę na swoją stronę a Provencalska armia uciekła w popłochu…

Starzec odsapnął chwilę i popił miodu. Skończył a mimo to obrazy bitwy były jak żywe. Nie chciały odejść od upitych dymiących głów. Więc wielu kłóciło się dalej.

-Czy nie lepiej by było, gdybyśmy poczekali na armię sojuszników z Somet ? Wtedy nasze straty były by dużo mniejsze. Moglibyśmy osaczyć ich, a może nawet wziąć króla w niewolę!

Pomyślcie no jakże piękne to byłoby zwycięztwo.

-Głupi i młody jesteś. – ozwał się Duklim.- Gdybyśmy czekali te parę dni armia Przeciwnika okopałaby się i umocniła. Ponadto na pewno wierząc w swoją przewagę liczebną Tevlec, król Provencalu niezwłocznie by nas zaatakował. Co by było gdyby nie mężny król Ittur dokazał swoim rogiem, okazując napastnikom jedynie pogardę na śmierć?!

Zapadła przeciągająca się niemiła cisza, gdyż już niemal wszyscy obecni przysłuchiwali się jednej z najchwalebniejszych bitew z udziałem swego ludu.

-Odpowiedź jest prosta. – Ozwał się cicho Strald, członek przybocznej, czteroosobowej elitarnej gwardii króla Romena. – Nikt by was szelmy nie spłodził, bo nasi ojcowie zginęli by w chwale odchodząc do Vervender, a my nie gnilibyśmy teraz tutaj pijąc na umór!

Rozgoryczony i nie wiadomo czemu wściekły wojownik wyszedł energicznym krokiem i zamknął z rozmachem drzwi. Jednak ten często tak niekontrolowanie wybuchał, więc normalny gwar, i śmiechy automatycznie powrócił na usta biesiadników.

Zadowolony ze swojego klanu król zamknął oczy i odprężył się. Przed oczyma przebiegały mu dalej obrazy jego dumnych wojowników. Hardych niczym stal i wiernych ponad wszystko. Widział dziewczęta rumiane od miodu ogarnięte przez wielkie ramiona swych ukochanych. Romen był dobrym królem. Żyli spokojnie w zgodzie z naturą. Odizolowani od innych społeczeństw ciągle hartowani byli przez dosyć częste najazdy orczych plemion utrzymując ich w gotowości i nie pozwalając na nieuwagę. Zastanawiał się gdzie jest Berthgar. Kochał go jak własnego syna, mimo to, że nie był jego prawdziwym ojcem. Szczerze powiedziawszy król nie pamiętał już co tak naprawdę wydarzyło się tyle lat temu. Co sprowadziło tego niesamowitego młodzieńca do jego rodziny. To VITEN mi go dał – pomyślał o ich czczonym bogu walki. Uśmiechnął się i chwycił podświadomie puchar. Z za namiotu dobiegły jakieś krzyki. Jednak upojeni wojownicy traktowali to jako nawoływania strażników na zewnątrz. Nawoływania i krzyki nagle przerodziły się w rozpaczliwe wołania. Król otworzył oczy a gwar i śmiechy ucichły.

Do izby jak bomba wpadł blady Strald i wykrzyknął jedno słowo, poczym padł jak nieżywy. Ze zgrozą wszyscy zauważyli, że z jego pleców wystają dwie strzały o czarnym upierzeniu.

-Orki!
Teraz wyraźnie dobiegały ich dźwięki zarzynanych ludzi.
Wściekłość zagrała w grubych żyłach i Romen silną ręką chwycił wielki miecz.

-Do broni bracia! – ryknął !

Wybiegł pierwszy przez szeroką płachtę stanowiącą wejście do namiotu z drugiej strony.

Rozkojarzeni wojownicy wstali odważnie z królem, lecz ten wyraźnie najmniej pijany panował nad swoim ciałem. Pozostali a konkretnie ich większość po wstaniu od razu zwaliła się na ławy. Szaman krzyczał rozkazy by wyszli tyłem i zaatakowali z zaskoczenia, lecz w motłochu dostał w głowę mocno wyrzuconą pięścią. Zwalił się jak kłoda a pijany mężczyzna, który go uderzył wyruszył na spotkanie twardej ziemi. Jednak jak powiadają legendy i opowieści mało jest rzeczy, które mogą pokonać twardego barbarzyńcę. Tak było i teraz. Większość stanęła już pewniej na nogach i wyciągając miecze biegła w stronę wyjścia. Nie zrobili nawet kilku kroków, gdyż przez płachtę wtoczył się ich ukochany król. Romen trzymał się mocno za gardło, z którego drgając wystawała strzała o czarnym upierzeniu, pośród kaskady tryskającej krwi. Cała chwila, wybiegający król, pijani wojownicy starający się otrząsnąć, zorganizowanie i wtoczenie się ich dobrego króla trwała zaledwie kilka sekund. Ogarnięci furią z oczami zmrużonymi od gniewu wybiegli. A ich bieg był jak nadchodząca lawina, pochłaniająca wszystko na swojej drodze. Ze łzami w oczach pierwsze szeregi ugięły się pod nawałą strzał, jednak nic ich nie mogło powstrzymać biegli niczym stado Mamutów miażdżących i ryczących wywijając mieczami i toporami. Namiot położony był na wzgórzu, stanowił mieszkanie dla króla i jego najbliższych, więc względnie byli w lepszym położeniu niż mogliby przypuszczać. Orki zabijając ich najdroższego towarzysza rozbudziły okrutnego smoka ze snu.
Wojownicy spadli na orków niczym fala. Ich szeregi kierowane czystą wściekłością i frustracją nie patrzyły na pozycje wroga ich liczbę, po prostu pragnęli zemsty. Lynn, Orgiert, Keben oraz Strald stanowili elitarny skład wojowników. Ci w przeciwieństwie do reszty atakowali z wściekłością lecz uzupełniając się nawzajem. Topór orka z lewej nadciągał ukośnie zapewniając szybką śmierć. Keben, który stał naprzeciwko orka a zablokował mieczem uderzenie innego z prawej, praktycznie był bez szans na zatrzymanie ciężkiego ostrza. Jednak nie panikował, wiedział bowiem, że… Orgiert będący z lewej Kebena szybko wychwycił ostrze, i kopnął orka w genitalia. Żałosna bestia skrzywiła się z bólu i padła by zostać zdeptana przez ryczących wojowników. Takim sposobem stosunkowo szybko przedarli się przez pierwsze linie obrony a początkowy szok orków wywołany niesamowitą szarżą barbarzyńców przerodził się w intensywny opór. Trzeba pamiętać, że orki wcale zmyślne bestie były dosyć silne, a barbarzyńscy wojownicy trwali jeszcze wśród hulanki, upojeni pitnym miodem. Ork pomalowany na czerwono w złotym kolczyku w prawym uchu zaczął wykrzykiwać rozkazy wyraźnie będąc wodzem klanu. Keben największy z elitarnej jednostki z furią zaczął wyrąbywać sobie drogę do orka miażdżąc swym wielkim młotem bojowym stwory po lewej i prawej stronie. Nie słyszał już krzyków jego towarzyszy by poczekał, by stosunkowo powoli lecz skutecznie rozbijali szeregi nieprzyjaciela. Nie ! Zapanowała nad nim czysta ściana gniewu. Ork – dowódca wyraźnie się zdenerwował wizją spotkania ze straszliwym młotem bojowym mężczyzny. Dalej krzyczał rozkazy. Przestrzeń między Kebenem a jego towarzyszami gwałtownie się zamknęła odizolowując wojownika. Zdesperowany Barbarzyńca nie bacząc na niebezpieczeństwo zaczął zataczać wokół siebie niesamowicie wyglądające koła trzymając mocno swój młot oburącz. Wszyscy walczący choć na chwilę zaprzestali walki by popatrzeć na to niszczycielskie dzieło. Orki wyrzucane w powietrze z ogromną siłą leciały po dwa i trzy ze zmiażdżonymi ciałami. Szybko koło wokół wojownika się poszerzyło, a ta chwila nieuwagi pozwoliła Orgiertowi i Lynnowi zasiać panikę w szeregach napastników. Widząc nieudolność wojowników ork wódz skoczył z krzykiem na ustach… DO ODWROTU ! Pogrom był całkowity, uciekające orki nie mogły dorównać szybkości długim nogom wojowników i doganiane ginęły straszliwie miażdżeni i cięci. W obawie przed ewentualną pułapką doświadczeni wojownicy zaprzestali pościgu i z niewygasłą iskrą szaleństwa w oczach wrócili do obozu. Wielu płakało, każdy wiedział co zastaną. Z położonymi w ramionach głowami bohaterscy wojownicy zaczęli swą pieśń do VITENA – boga walki, by uczcić śmierć wielkiego wojownika, kochającego przywódcę oraz radosnego towarzysza – Romena. Gromkie głosy uniosły się ponad szczytami drzew i skalnych wierzchów, zbudziła ze snu wielkie wilki, napełniła strachem uciekające bestie i dodała odwagi i dumy kroczącym wojownikom. Stracili wielkiego bohatera, to pewne. Lecz jego śmierć nie będzie nadaremna, pomszczą go nie tylko zabijając ten głupi klan, lecz wszystkie inne w okolicy. I znów krew zagotowała się w silnych ramionach, a łzy odpędziła ściana gniewu. Wojownicy w końcu doszli do podstawy niewysokiego wzgórza i wolno poszli złożyć hołd swemu królowi. Po chwili otoczyli wejście do namiotu i Strald zamierzał wejść do środka przynieść zwłoki, lecz tak szybko jak postawił pierwszy krok cofnął się w tył i zachwiał niczym młoda olcha. Z Namioty wysunęła się znajoma dłoń. Potem aż nadto znajoma wielka ręka mogąca należeć tylko do jednego mężczyzny. Ktoś z tłumy poniżej zakrzyknął: VITEN zwrócił życie dobremu Romenowi ! Chwała Ci, Chwałą wam obu !

Wszyscy z czcią przykucnęli na jedno kolano przed zmartchwywstałym królem.

Okrzyki śmiałka, teraz powtarzane przez wielu barbarzyńców, zostały stłumione dziwnym niedowierzającym westchnieniem, gdy zza połaci wysunęła jeszcze jedna postać. Przygarbiony lecz krzepki ponad wiek szaman z uśmiechem stanął u boku króla i cisnął pod jego stopy drzewiec strzał, która powinna go zabić. Romen przyjaźnie poklepał szamana po plecach nie znajdując wyrazów uznania. Zdołał wydyszeć jedynie krótkie zdanie:

- Dzisiaj to on jest największym bohaterem.

Tłumem wiernych przyjaciół wstrząsnął szloch i wielki płacz, lecz przepełniony braterską miłością i cichą radością ze szczęścia w nieszczęściu.

Niedaleko Berthgar z wysokiej grani również obserwował tę sytuację. Przez twarz płynęły mu strugi błyszczących łez i z trudem wspierał się na towarzyszącej mu Amelii. Wziął ją na ręce i odszedł wolnym krokiem ku jego przystani.

Do kryjówki na wysokiej grani.

CIĄG DALSZY NASTĄPI,

Maciej Baniuch

Luty 11th, 2008 przez levael

„Nie ma znaczenia, czy wojna jest prawdziwa, czy nie. Zwycięstwo jest niemożliwe.

Wojna nie ma być wygrana, lecz bezustanna.”

 

G. Orwell

PROLOG

 

Poza Dźwiękiem Życia, u boku Wieczności,Ląd – jak duch – po świecie się błąka. Samotna mara, zjawa nieszczęsna.Głucha, bez echa, przez ciszę zaklęta.Opuszczona,Martwa…Dryfuje bez przerwy przez luki istnienia,

Szukając partnera, ponownie umiera…

 

Zabił Dzwon!…

 

Ciemności nagle odeszły i zaczęło się przejaśniać. Słońce wyskoczyło raptownie zza horyzontu piaszczystego gruntu i wnet oblało go gorącem swych promieni. Ziemia ukazała swój skryty dotąd kształt niezliczonych fałdów pustynnych wydm, niebo nabrało niebieskiego koloru przechodzącego powoli w mętny błękit, a piasek odzyskał swoją naturalną żółtą barwę. Niebo powitało płonącego gościa i przesłoniło blady księżyc, by zacząć kolejny śmiertelnie suchy dzień. Nieskazitelna cisza odbijała się echem o dwie, wzniesione naprzeciw siebie potężne wydmy, które teraz, w ostrym świetle poranka, zdawały się poruszać – płynąć ospale ku słońcu, niby żywe.

Złudzenie…

Syk rozgrzanego piasku dudnił w przestrzeni, drażniąc zmysły. Na zaspanym, bezchmurnym sklepieniu pojawiły się właśnie dwa wychudzone sępy. Zataczając obszerne kręgi, zaczęły szarpać się wrogo, dziobać, walcząc o przetrwanie kolejnych chwil – te, tymczasem, jęły zapowiadać się niezwykle korzystnie…

Nieoczekiwanie bowiem coś drgnęło, ruszyło do przodu… Gdzieś, za widokiem, stopa odziana w ciemny skórzany but uderzyła o piasek… Cisza… Zaraz potem to samo – tym razem bliżej i wyraźniej. Tupnięcie kroku… i kolejne. A obok zgrzyt metalu… i jeden o drugi uderza, a drugi o trzeci… i echo niesie; echo zaś po kroć tysiące pomnożone – po zbrojnych formacjach się roznosi.

I wyłonili się wreszcie, w całej swej mocarnej liczbie oraz majestacie zwycięskiej fortuny i heroicznych czynów, nieznanych dotąd żadnej innej ludzkiej armii; w dumnych barwach i świętym imieniu. Godni. Wielcy. Piękne sztandary górujące nad nieugięcie maszerującymi sylwetkami, zdobne w tańczące palety kolorowych wstęg, porażały liczbą i bujnością; lśniące zbroje i błyszczące oręża wznosiły bezdźwięczne salwy zaszczytu i męstwa.

Wpierw rzędy piechurów, za nimi ciężko zbrojna konnica i oddział Twardych Rydwanów; obok dwa szeregi łuczników i kuszników. Między wojami – bębniarze i trębacze; a w górze, koło setek wspomnianych proporców, niczym wielkie maszty galeonów między tycimi żaglami rybackich łódek – cztery ogromne chorągwie, ukazujące motyw Jasnego Dzwonu o sercu w postaci miecza.

Wtem, niczym niezadowolony ryk rozbudzenia samej Ziemi, rozbrzmiał dźwięk otyłej trąby wojennej, tłumiąc szum sunącego po pustyni wojska. Na jej znak tysiące par stóp, kopyt i kół wozów bojowych przystanęło naraz – równo i zdecydowanie, niby jedno ciało – zajmując pozycje na gigantycznej, podłużnej wydmie, kierując czoło ku jej bliźniaczce.

Niski, kołyszący przestrzenią głos trąby brzmiał jeszcze chwile, po czym urwał się – tak raptownie, jakby nigdy nie istniał – ustępując miejsca bożkowi owej krainy – krystalicznie głuchej ciszy… Wszechobecnej. Wyglądającej gdzieś zza zakamarków swego nieistniejącego królestwa… i obserwującej – ze swym niemym komentarzem na ustach…

Ziarnka w klepsydrach ustały w miejscu; duszny powiew obiegł nieruchome szeregi bojowników. Przebudzone niedawno słońce paliło już pełną siłą, zmieniając każdą chwilę w wymiar tortury. Dla żołnierzy, w swych pełnych zbrojach, upał stawał się powoli nie do wytrzymania.

Kolejne chwile mijały i nic się nie zmieniało – armia czekała na przeciwnika, lecz nikt się nie zjawiał.

Z pierwszych szeregów wystąpiła niezwykła postać – wojownik na rażąco białym, mocno zbudowanym wałachu. Był mężczyzną o gęstych blond włosach i młodzieńczych rysach twarzy, tymczasem w jego spojrzeniu, w niewyjaśniony sposób, dało się odczuć niejakie piętno wieloletniego doświadczenia w bitewnym rzemiośle – był w nich ten trzeźwy błysk „zatroskanego męstwa”, ten nieujarzmiony żar dowódcy, ta blizna krwawej przeszłości, iskra poskramiania i rządzenia. Odziewały go złoto i klejnoty, ochroną jego ciała była pokryta płowym i matowym, acz przy tym niesłychanie połyskliwym drogocennym kruszcem zbroja, a także okrągła tarcza, zwieszona teraz przy jego lewym udzie. Największą uwagę jednak przykuwała nietypowa kamienna ozdoba, wyrastająca zza jego pleców wysoko ponad głowę; szeroko rozpostarta i zakończona estetycznymi wzorami, nadawała sobie cechy oparcia tronowego, przytwierdzonego do tyłu siodła. Z boku wbijał się w nią potężny, złoto lśniący obosieczny miecz. Wtopiona poziomo z lewej strony oparcia głownia wystawała jeszcze daleko ze strony przeciwnej.

Niemal boski majestat, jaki bił od ów wojownika, wprost gryzł się teraz z niepokojem widocznym na jego twarzy. Gdy w momencie wschodu słońca nakazał on zadąć w trąbę, poczuł w sercu szczerą nadzieję… jednak teraz, tkwiąc biernie w piekielnym upale na czele trzytysięcznej armii – nie tak licznej, co potężnej – zaczął wątpić. Minęła bowiem już druga noc i… zgodnie z umową… trzeci dzień nastał, ale wróg, jak dotąd, się nie pojawiał. Jeszcze nigdy nie widział Muranu w takim stanie – tutejsze warunki sforsowały wytrzymałość żołnierzy. W myślach wciąż wspominał rozmowę ze swymi doradcami: – To szaleństwo, Tantarze! To przebiegły podstęp! Nie mamy żadnej pewności… – On nas zaprowadzi. – przerwał im. – Mamy w Nim przewagę[…] Odpowiemy na rzucone nam wyzwanie. Muran jest niepokonany! – Te ostatnie słowa huczały mu nachalnie w uszach, jakby chciały go spętać i zniewolić. To one były uzasadnieniem jego decyzji; wierzył w ich wartość i czuł ciężar ich odpowiedzialności w swej decyzji. „Muran jest niepokonany!” – zawsze tak twierdził i dlatego uznał to za najważniejszy powód wyprawy na tą martwą Ziemię. To był jego argument. Rozgłos o potędze i świętości Muranu – kanonizowanej armii Miri, powołanej do służby Białym Dzwonom, złożonej z tak zwanych Ddongów, pół ludzi, pół dźwięków, narodzonych z łona Ziemi, nie zaś kobiety – oraz udowodnienie jego nieocenionej wartości dla świata były dla niego rzeczami najważniejszymi.

Taki był właśnie Tantar Żywy – drugi Orbod Muranu, najmłodszy syn Miri, Echo Daar’u i Raad’u, Żywy i Żyjący.

Muran był dla niego wszystkim.

Ponadto Wódz Jasnego Echa wiedział, że losy ludzkości i Dźwięków Dobra były zagrożone… a teraz wierzył, że mogło się to odmienić.

Tu i teraz. Na tej Ziemi!

Kolejnych dwóch jeźdźców wystąpiło do przodu. Zajęli miejsca obok Tantara. Obaj przyjrzeli mu się dokładnie i obaj dojrzeli głębokie cienie zmartwienia drążące mu lica. Wiedzieli, co trapi ich przywódcę, lecz cóż mogli uczynić? Nie byli zwolennikami tej wyprawy, a chłosta spiekoty i im dała się we znaki – przemęczenie brało nad wszystkim górę. Te trzy dni żeglugi przez morze piasku… koszmarny rejs po spopielonych ochłapach upadłego świata… wyczerpały nie tylko zasoby zaopatrzenia, ale i rześkości ducha Muranu. Armia jeszcze nigdy w historii nie była tak osłabiona.

Przyboczni Tantara sięgali jak najdalej wzrokiem w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. Horyzont był jednak pusty. Nie było śladu nieprzyjaciela ani wcześniej wysłanych zwiadowców. Wszystko wskazywało na to, że nie dojdzie do umówionej potyczki… i że wróg ich podpuścił.

ľRozkazuj, panie. Żołnierze się niecierpliwią ľzwrócił się do Tantara jeden z dowódców, rozglądając się po kolumnach stojącej za nim armii. Nie doczekawszy się jednak odpowiedzi, ponownie się odezwał: ľMój Panie?…

Tantar odwrócił się w stronę zastępów Muranu, marszcząc brwi w zadumie. Nie wiedział, co postanowić. Czuł się rozdarty na dwoje. Z jednej strony wiadome było, że wróg najprawdopodobniej wcale nie stawi się na miejscu starcia, z premedytacją wywożąc Muran w pole; z drugiej wszak Tantar miał graniczące z pewnością przeczucie, że nie przybyli tu na darmo. Nie chciał wracać bez niczego. Nie godził się na to i nawet nie chciał o tym słyszeć. Nie tak miało być. Nie to zapewniała mu jego „sekretna przewaga”.

Musiał natychmiast widzieć się z…

ľ Tantarze! ľ wykrzyknął nagle drugi z jeźdźców. ľ Spójrz!… ľ Tantar Żywy posłał ku niemu spojrzenie; widząc wyciągniętą rękę, podążył wzrokiem we wskazanym kierunku. Widok, jaki dał mu się ujrzeć, wprowadził go zrazu w ogromne zdziwienie i niedowierzanie. Nie spodziewał się wszak czegoś podobnego i jego umysł nie był na to przygotowany. Cała wcześniejsza sytuacja odmieniła się skrajnie. Szeregi zbrojnych momentalnie opatrzyło głębokie milczenie zaskoczenia, a nawet słońce ze swą uciążliwą mocą zdało się zwrócić wzrok w kierunku źródła raptownego zainteresowania Muranu.

Ciężar zdumienia zdawała się narastać w nieskończoność, gdy oszołomiona armia wpatrywała się w ukazany przed sobą obraz. Daleko na wprost niej pojedyncza, zakapturzona postać nie przestawała kroczyć powoli w jej stronę, taszcząc za sobą niechlujnie jakiś obiekt. Spokojnie, bez pośpiechu, zbliżyła się na odległość przeszło stu sążni, gdzie zatrzymała się zdecydowanie, ów tajemniczy przedmiot upuszczając kilka kroków wcześniej.

Tantar Żywy, niewiele myśląc, ruszył kłusem w stronę zakapturzonej postaci, która – prócz własnego cienia – nie miała po swojej stronie nikogo. Dowódcy szybko poderwali koń i podążyli za swoim wodzem. Muran patrzył w ciszy… i czekał…

Dwójka zatrzymała się jakieś dwa kroki przed obcym, za to Tantar zbliżył się doń jeszcze bardziej. Z wrodzoną pogardą spoglądał na obcego mężczyznę, odzianego w świeckie, podarte łachy, oczekując jego pierwszych słów. Nieznajomy jednak milczał, z nieruchomym spojrzeniem wlepionym w ziemię, skrywając oblicze pod szerokim, cienkim kapturem.

W końcu Tantar Żywy otworzył usta i nieprzychylnie wzniósł pytanie:

ľ Kim jesteś?… i co cię sprowadza?

Obcy nie odpowiedział i najwyraźniej nie zamierzał – stał spokojnie, jak wrośnięte w martwy nieurodzaj piasku drzewo o targanej lekkim wiatrem, zapłakanej koronie liści szarawego płaszcza, a nawet pierś jego zdawała się wcale nie poruszać – niby zawisł w tajemniczym bezdechu, opuszczony duchem. Obecność jego czujności zarazem, statyczna i chłodna, była wyraźnie odczuwalna.

Z trudem opanowując wzburzenie, Tantar powtórzył zadane pytanie – tym razem wolniej i głośniej, jakby przemawiał do głuchego.

ľ Kim jesteś i co sprowadza cię w to zapomniane, pogrzebane miejsce? Jak się tu znalazłeś?… Czy to ty jesteś Nedaln Ib Amaso, Żyjący Dzięki Śmierci?… Gdzie twoja armia?… ľ spytał, wcale nie oczekując odpowiedzi. ľ Przybyłeś tu z nami walczyć? Powiedz, może chcesz nas pokonać w pojedynkę?

Odpowiedź nie nadeszła.

Biały rumak Tantara zarzucił znienacka łbem, rżąc niespokojnie, jak gdyby bezczelne milczenie nieznajomego trąciło go w chrapy niby woń świeżej krwi. W ślepiach miał grozę…

Czara cierpliwości Wodza Muranu zaś zdążyła się już przelać. Jego twarz spowiła mgła oburzenia – oczy zabłysły w zacienionych roztokach oczodołów tak jaskrawo i pięknie, że tylko gniew mógł teraz przezeń przemawiać.

Zarzucił zaciśniętymi na lejcach pięściami nad prawe ramię – a wyglądało to wówczas tak, jakby wznosił je do ciężkiego ciosu reprymendy, nie zaś pragnąc uspokoić wierzchowca. Zagroził cierpko:

ľ Ostrzegam cię!… ľ A to powiedziawszy, dostrzegł nieznaczny, ale gwałtowny ruch głowy obcego, co musiało oznaczać, że słowa zabrzmiały w jego uszach ze znaczącą dozą zrozumienia. Postać w kapturze jednak nie odezwała się. Tantar pochylił się nad nieznajomym, próbując przyjrzeć mu się dokładniej. Niestety nie potrafił dojrzeć jego twarzy, ale zauważył wystające spod kaptura siwe, proste loki… W tejże chwili nieznajomy poruszył się ponownie, nieskrępowanym ruchem odsłaniając prawą połę płaszcza i ukazując skrywaną zań, zakrwawioną rękę, dzierżącą długą poszarzałą klingę z odłamaną rękojeścią. Ściekająca posoką, obnażona stal została oparta sztychem o ziemię.

Był to widok zaprawdę nieczęsty – człowiek kaleczący się ostrzem, które zastępowało mu oręż… Strugi czerwieni nadawały ułomnej broni iście upiorny wygląd. Tantar bez wahania chwycił za uchwyt swego potężnego, oburęcznego miecza – broni, której imię na zawszę przecięło zachód – i ryknął groźnie:

ľ Żałosny głupcze! ľ zagrzmiał. ľ Jam jest Tantar, wódz Muranu, Żywy Teraz i Żyjący Na Wieki! Wóz tych i nadchodzących pokoleń Muranu! Opiekun Najświętszych Dźwięków Miri i dziedzic boskiego tworu Furruf! Przybyłem tu na umówioną bitwę z…

ľ Wiem, kim jesteś i po coś tu przybył… ľ przerwały mu nagłe, swobodne słowa siwowłosego, który minimalnie uniósł ku niemu wzrok, ukazując tym samym część twarzy. Tantar jednak nadal nie mógł widzieć jego spowitych cieniem oczu… Głos obcego był odrobinę ochrypły, lecz bynajmniej nie wydawał się być głosem starca… ani też głupca. ľ Nie jest mi znane, ważne ani ciekawe, kim jest ten, kogo zwiecie Nedaln Ib Amaso. Nie prowadzę też za sobą żadnej armii…

ľ Co jest w tych tobołach?! ľ wtrącił jeden z dowódców, którzy właśnie zbliżali się ku owym obiektom. Zszedł z konia, podszedł do tajemniczych bagaży, przydźwiganych przez obcego, i szturchnął je stopą. Były całkiem spore – oba na wielkość rosłego mężczyzny – i wypełnione po szwy. Leżały jakieś dwa kroki za siwowłosym, niechlujnie porzucone na końcu dwóch, długich głębokich pasów zarysowanych przezeń na piasku. Co było jednak najistotniejsze – oba splamione były czerwienią…

Zakapturzony mężczyzna, choć wciąż wydawał się być spokojny, w rzeczywistości rozwścieczył się, że mu przerwano – podobnie zresztą nie podobało się to Tantarowi. Po chwili tłumionego gniewu jednak obcy wysyczał odpowiedź:

ľ Pałętało się po pustyni.

Żołnierz zareagował zdumionym, pytającym spojrzeniem na przyjaciela obok, a potem na swego równie zdezorientowanego władcę. Zdecydowawszy się zajrzeć do worków, aż odskoczył w zaskoczeniu, co ujrzał. Z wnętrza wora spojrzały na niego martwe oczy pozbawionej reszty ciała głowy – grymas twarzy zastygł w błagalnie ułożonych brwiach i nieco otwartych ustach z sinym, sztywno wywalonym językiem… Worek wypełniało zapewne więcej podobnych trofeów, zaś to jedno, które w pierwszej chwili najbardziej rzuciło się Murańczykowi w oczy, było wyjątkowe…

Wojownik, nie zaglądając w ogóle do drugiego wora, obnażając miecz, wyzwał przez zaciśnięte z gniewu zęby:

ľ Łotrze!

ľ Cóż tam jest?! ľ spytał Tantar.

ľ Co zobaczyłeś? ľ odezwał się w tej samej chwili drugi dowódca.

ľ Zabił naszego zwiadowcę… Morderca! ľ wojownik ruszył marszem na obcego, podczas gdy ten, nie zwracając na niego uwagi, dokańczał wcześniej przerwane wyznanie. Przemawiając nieśpiesznie, opanowanym, lodowatym tonem, z każdej części swego jestestwa emanował ponurą, złowróżbną determinacją.

ľ Nie prowadzę za sobą armii… I nie potrzebuję jej, by zmieść Muran z powierzchni tej Ziemi. ľ Zdarł z czoła kaptur, ukazując całą głowę. Boczne potoki prostych włosów jasnopopielatej barwy spłynęły na ramiona. ľ I zrobię to. A ciebie, Żywy Tantarze, uczczę Martwym, i pozwolę, byś… ľ Tantar nie zwlekał ani chwili dłużej. Wyszarpnął broń z pochwy tronowego oparcia, zręcznie i błyskawicznie. Koń zdążył jedynie drgnąć nieznacznie, kiedy siwowłosa postać zamaszystym, przerażająco szybkim ruchem urąbała zwierzęciu pysk – tak łatwo, niby skracając gałąź lipy – przecinając tym samym popręg. Bladolicy jak Wschodnie Śniegi ogier Tantara wierzgnął rozpaczliwie, stając dęba, zwalając z grzbietu pozbawionego lejc jeźdźca i jeszcze przez jakiś czas zarzucając zdeformowanym, ziejącym krwią łbem – podobnie jak kur po wykręceniu i wyrwaniu mu głowy potrafi biegać obłędnie wkoło, napędzany bulgoczącymi weń sokami strachu.

Tantar, przeleciawszy przez zad konia, zwalił się plecami na piasek, a miecz i tarcza umknęły mu z rąk.

W tej samej jednej chwili tajemniczy mężczyzna momentalnie przeszedł do kolejnego ciosu, obracając się do stojącego za jego plecami przeciwnika i obrzucając go nietypowym cięciem – dokładnie po linii oczu. Powalił go kopnięciem w brzuch i ruszył prędkim marszem na drugiego z dowódców. Jeździec nie zdążył do końca wydobyć miecza z pochwy, gdy jego rumak został nagle podcięty z przednich nóg. Straciwszy równowagę i przeciawszy do przodu przez łeb kwiczącego zwierzęcia, spotkał się w locie z tnącym ostrzem wroga… Górna część przepołowionego ciała jeszcze przez kilka sekund rozpaczliwie osłaniała się rękoma, gdy potoczyła się tuż pod opętańczy taniec śnieżnego ogiera bez pyska – upiorny balet bieli i czerwieni, przerażający i piękny.

Muran znieruchomiał…

Tantar zerwał się na kolana i chwycił swój upuszczony niedaleko, złoto lśniący oręż. W tej samej sekundzie niespodziewanie, wprost znikąd, otrzymał kopnięcie w nos i runął na plecy. Cios był niezwykle mocny, ale nie osłabił wystarczająco Tantara, który niemniej przez chwilę podejrzewał wręcz, że oto raziły go kopyta jego własnego wierzchowca, nie zaś ludzka noga. Złapał miecz Furruf oburącz i na ślepo zadał parę szybkich poziomych cięć. Początkowo odpowiadały mu jedynie świsty powietrza, ale przy trzecim niechlujnym machnięciu rozbrzmiał dźwięczny blok stali, po czym ponownie kopnięto Tantara w twarz, odrzucając go mocno w tył… tak, że Furruf znowuż wyślizgnął mu się z dłoni i uleciał na parę stóp w dal.

Jęk Tantara – ułamane, krótkie „Aa” – targnęło Muranem jak nieoczekiwana, przedwczesna pobudka.

Podniósł się jak najszybciej na czworaka i poczłapał prędko po swoją broń. Kiedy tylko rękojeść Furruf znalazła się w jego uścisku, raz jeszcze desperacko i na oślep spróbował dopaść przeciwnika nagłym ciosem – przy prostowaniu pleców i obracaniu się do tyłu zarzucił miecz nad głowę i szarpnął mocno do pionowego cięcia. Odpowiedź siwowłosego młodzieńca była nadzwyczajna – sparował uderzenie nie tylko prowadzonym skośnie blokiem brzeszczot, ale i przyjęciem klingi na otwartą dłoń. Zaciskając uścisk na ostrzu, wyszarpnął ją z rąk leżącego, łojąc go następnie rękojeścią po skroni, a potem rzutem odsyłając Furruf gdzieś za jego plecy. Wbił własną broń w jego lewe udo i w odpowiedzi posłyszał długi, przejmujący wrzask… Nim zamierzył się do wyjęcia głowni, Tantar Żywy własnoręcznie wytrącił ją na bok, jęcząc boleśnie, po czym bez zastanowienia rzucił się na nogi nieprzyjaciela… które wprawdzie szybko mu umknęły.

Tantar leżał chwilę na brzuchu, dysząc z bólu i obserwując przemieszczające się stopy nieznajomego oraz ciągnącą się za nimi końcówkę szarego jęzora ze stali, ściekającego teraz rdzawą posoką Żywego. Strach, jaki siadł nagle na jego plecach – uczucie wcześniej nieznane Tantarowi, Wodzowi Zwycięstwa – był na swój sposób szaleńczy i, w całej swej ironii, niezrozumiały. Tysiące myśli natłoczyło się pod nigdy nie marszczonym, młodzieńczym sklepieniem wodza Muranu i zaszemrało niezliczonym echem przedśmiertnego bełkotu. Trzeźwość umysłu okazała się naraz bliźniakiem obłędu… groza zaś – nektarem znieczulenia.

Muran był zszokowany. Nikt się nie odezwał ani nie poruszył…

Zabawne… Tantarowi zdawało się, jakby zaczął spoglądać na całe wydarzenie gdzieś z boku; jakby wcale go nie dotyczyło. Jakby stał razem ze swoimi ludźmi na odległej podłużnej wydmie, niby widmowym statku donikąd, i z niedowierzaniem przyglądał się sobie samemu oraz temu, co postanawia raptem uczynić.

Dźwignął się powolnie na kolana, przez chwilę krzywiąc się z bólu nogi. Zadarł do góry ciężką głowę i wymierzył wrogowi odważne spojrzenie. Po kilku ociężałych sekundach rozłożył na bok ręce.

Siwowłosy mężczyzna posłał spojrzenie w stronę armii i po chwili powrócił nim na twarz Tantara. Przechylając lekko głowę, popatrzył na Furruf, znajdujący się parę kroków za swoim klęczącym właścicielem, a potem ponownie zajrzał w oczy Tantara, które płonęły wówczas żywym wyzwaniem. Dłuższe sekundy tej wymiany spojrzeń wszelako były dla wodza Muranu niby bezsenne noce pod strażą dwóch przytłaczających, błękitnych księżyców…

Obcy po raz kolejny zerknął przez ramię Tantara na leżący tam miecz Furruf, jakby w rozważaniu.

I wreszcie ruszył się z miejsca.

Stawiając pierwszy stanowczy krok ku klęczącej sylwetce z rozłożonymi niedbale rękoma, miast ją ominąć, by podążyć po Furruf, zderzył się z nią, bestialsko nadziewając jej brzuch na ostrzę miecza – tak silnie, że aż uniósł mężczyznę nieznacznie.

…Muran drgnął. Wiatr między wojami bezczelnie zabisował krwawej scenie.

Krzyk Tantara nie zdołał wznieść się nawet na sekundę i nikt go nie usłyszał – był jak struna, która pękła, nim ją nawet naciągnięto.

Gdy dopadło go owe pchnięcie i został poderwany do tyłu na wiotkie nogi, a potem posadzony z powrotem na kolana jakieś dwie stopy dalej, nieprzyjaciel puścił swój szkielet miecza i, mijając Żywego, chwycił zań z powrotem z drugiej strony – za wystającą tam, większą część – wyszarpując go gładko i stając nieporuszonym, twarzą do Muranu.

Tantar siedział półprzytomnie między własnymi piętami i czuł, jak wilgoć napływa mu do ust. Rana tuż pod mostkiem zdawała się nie należeć do niego; myśli powiodły gdzieś w okolice nic nieznaczących wspomnień, a oczy zaplamiły opryski czarnej farby agonii. Siwowłosy morderca wrócił przed spojrzenie Tantara, a razem z nim powróciła doń również świadomość rzeczywistości. Nieznajomy podsunął rękojeść Furruf pod nos Tantara, by mógł jej dobyć. Gdy ten zaś obrzucił ją mdlejącym spojrzeniem i z ociąganiem spróbował w końcu sięgnąć po nią drżącą dłonią – legł twarzą na piasek, zaledwie muskając ją palcami.

…Oddech wstrząśniętej armii zatrzymał się raptownie, po czym uciekł ze świstem…

Miecz zwany Furruf z sykiem wtopił się w piasek tuż pod nosem swojego leżącego na brzuchu właściciela. Posiadał złocistą barwę i niezliczoną ilość czarnych znaków – jakby inskrypcji – wzdłuż całego ostrza, które poczęły poruszać się znienacka – powoli i zalotnie, niby kopulujące węże.

Przebity brzuch zebrał pod nim czerwoną kałużę; usta zlały na podbródek strugi ciepłej krwi. Obfite, dławiące strugi. Ostatkiem sił, acz wytrzeszczonymi oczyma, spojrzał na stojącego nad nim mężczyznę, który właśnie pochylał się ku niemu, by coś powiedzieć.

Armia, obserwując całe wydarzenie, nadal nie reagowała. Nie mogła nic poradzić. Ich przywódca umierał… Nigdy nie spodziewali się zobaczyć go w takiej sytuacji. Tantarowi Żywemu nie pasowała śmierć. Myśleli, że nigdy go nie spotka. Nigdy… Widzieli teraz, jak obcy siwowłosy wojownik kuca obok ich bezbronnego, dogorywającego władcy i szepta mu coś do ucha. Trwało to jakąś chwilę. W końcu obcy wstał i po raz kolejny dobył swej obdartej klingi. Zwrócił spojrzenie w kierunku wpatrującej się weń armii, jak gdyby rzucając wyzwanie, mówiąc: Patrzcie

…Przykucnąwszy raz jeszcze przy konającym, okazało się, że począł odkrajać mu głowę.

Przeraźliwy, świdrujący krzyk rozdzierał dusze wojownikom Muranu. Żal i nienawiść narastały w nich z każdą sekundą w paskudnych i pięknych postaciach – larwy dzikich pomst, wylęgłe z ich serc, rwały się do wyjścia na arenę. Morderca ich wodza kopnął jego nie do końca odcięty łeb, a kiedy owy żałosny ochłap turlał się już po zboczu wydmy, nadal dało się słyszeć przerażające zawodzenie jego właściciela.

Echo?…

…Możliwe.

Jeden z Murańczyków wybiegł przed szeregi. Wycelował z łuku w obcego i posłał ku niemu strzałę. Szybowała prosto w jego czoło, lecz wystarczył prosty unik – właściwie leniwe, acz błyskawiczne i podjęte w ostatniej chwili, przechylenie głowy – a pocisk wylądował o krok za celem. Mężczyzna pozostał niewzruszony. Murańczyk zaś odrzucił łuk, dobył miecza i, z okrzykiem gniewu, rzucił się do walki… a w ślad za nim – cały Muran.

Szarżujące wojsko spływało z wielkiej wydmy niby górska lawina. Samotny przeciwnik nadal stał nieruchomo, podczas gdy za jego plecami, hen na horyzoncie, zaczęły tworzyć się naraz tajemnicze, smoliste chmury. Poruszały się błyskawicznie; wiły się i zbierały w jedną; niosąc grzmoty i mrożący wicher, w mgnieniu oka nadleciały nad jego głowę – niby mistyczni sprzymierzeńcy.

Gdy Muran sunął z zażartym bitewnym wrzaskiem, po pokonaniu jakiejś połowy odległości do celu zatrzęsła się ziemia. Pod stopami lewej flanki raptownie jął wyrastać potężny łańcuch skał, niczym nie liczący się z czasem granitowy krzew. Rozdarł ziemię i począł piąć się wzwyż – ospale i zawrotnie prędko jednocześnie. Wynurzając się spod wszechobecnego piasku, powoli przyjął rozmiary góry. A zabierając trzecią część wojska na swój grzbiet, zrzucał większość, podobnie jak rozwichrzony wałach zrzuca śmiałków próbujących go ujeździć. W tym samym czasie z prawej strony ziemia otworzyła się, tworząc długą, głęboką przepaść. Tony zapadającego się weń piasku pociągnęły za sobą całe setki Murańczyków.

Wiatr rozwiewał jego białe włosy i długi, szary płaszcz. Gdy byli już jakieś pięćdziesiąt kroków przed nim, z głębi mrocznego nieba bez uprzedzenia wystrzeliła błyskawica, trafiając dokładnie w miecz Furruf, wbity obok bezgłowego ciała Tantara, i odłamując jego rękojeść od klingi. Siwowłosy jedynie zamrugał, marszcząc prawy policzek, nie okazując wszak najmniejszych objawów zaskoczenia, a wręcz spodziewając się tego.

Przygotował się do walki, cofając powoli prawą nogę i przekładając miecz do lewej ręki. Stał niezwykle spokojnie na tle czarnego całunu chmur i czekał na starcie…

Pierwszy Murańczyk otrzymał szybkie, skośne cięcie, odesłany lotem w tył, niby rażony siłą tajfunu…

 

Niczym morska fala, setki rozpędzonych wojowników zalewało samotną postać. Nacierali z pełną szybkością i impetem, nawet wielu na raz; jego ostrze jednak masowo powalało ich trupem. Siwowłosy wojownik samotnie odpierał nacierającą armię, podczas gdy przez odgłosy piorunów oraz gwizdy rozszalałego wiatru jęły przedzierać się pewne tajemnicze, coraz głośniejsze dźwięki…

Ding dong, ding dong!!! – roznosiły się potężne bicia Dzwonów…

Luty 4th, 2008 przez djas

Nad wioską powoli zapadała noc. Słońce już tylko częściowo wychylało się zza ściany pobliskiego lasu. W chacie, na skraju wioski siedział samotnie jej mieszkaniec, nerwowo spoglądając na drzwi. Wiedział, że wraz z nadejściem świtu zakończy swoje życie. Okazał się być kolejnym Modlącym, któremu nie udało się uprosić bogów o spełnienie Przepowiedni.
    Dokładnie przez tysiąc dni Alem był najważniejszym człowiekiem na świecie, miał wszystko, co najlepsze. Nie musiał polować, należały do niego najpiękniejsze kobiety, choć akurat z tego ostatniego przywileju starał się korzystać jak najrzadziej. Chciał, by zapamiętano go jako dobrego człowieka. Zdawał sobie sprawę, że wielu jego poprzedników za bardzo wykorzystywało swoją pozycję. Uważał, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, by bogowie zechcieli wysłuchać jego próśb. Jednak mimo wielkiego zaangażowania, on również poniósł porażkę, a jej konsekwencje miały nadejść wraz z pierwszymi promieniami słońca…
    Tej nocy w wiosce nikt nie zamierzał spać, nawet najbardziej schorowani opuścili swe łóżka, by zobaczyć najważniejsze wydarzenie w ich życiu. Niewielu miało okazję obejrzeć na własne oczy ceremonię wybierania nowego Modlącego. Tradycją było, że uroczystość odbywała się zawsze w wiosce ustępującego wybrańca bogów.
    Ognisko już powoli zaczynało płonąć. Wieczór był dość chłodny jak na tą porę roku. Alem otulił się futrem i ostatni raz przekroczył próg swego domostwa, by stawić czoła nieodwołalnemu przeznaczeniu…
    Ludzie gromadzili się wokół ogniska, by wysłuchać jego ostatniej mowy. Większość z nich była dla niego obca, wszak od kilku dni do wioski wciąż przybywali mieszkańcy najodleglejszych nawet wiosek. Każde plemię liczyło, że to ich przedstawiciel okaże się tym, który zwycięsko przetrwa Próbę i przyniesie chwałę swoim ludziom.
    Alem westchnął. Tysiąc dni temu to właśnie jego wskazali bogowie, by mógł w imieniu wszystkich modlić się do nich o ich łaskę. Zawiódł wszystkich. Zarówno tych, którzy oczekiwali na spełnienie przepowiedni, jak i samych bogów. Spojrzał na swoje dłonie, były one świadectwem wyjątkowego hartu ducha. Pierwszy raz od lat zaczął żałować, że był aż tak wytrwały. Aż do dziś wierzył, że to on poprowadzi ludzkość do chwały, choć z każdym dniem jego wiara słabła. Dziś nicjuż z niej nie pozostało.
    Jakiś człowiek szybkim krokiem zbliżał się w jego kierunku, dopiero po chwili rozpoznał w nim Vakę, Pierwszego Łowcę zarówno wioski jak i całego plemienia.
    – Alem… – zaczął niepewnie Vaka – Przykro mi, że to się tak skończy.
    Były to szczere słowa. Obaj przyjaźnili się od dzieciństwa. Byli zawsze mądrzejsi od swoich rówieśników, co w późniejszym okresie zaowocowało awansem społecznym.
    – Trudno, nic na to nie poradzisz, ale przecież zdawałem sobie sprawę, że to może się tak skończyć. Zawiodłem i muszę ponieść konsekwencje…
    – Odkąd zostałeś Modlącym zawsze bałem się, że ta chwila może nadejść. Sam gorąco modliłem się do bogów, by przyjęli twoje modły, bym nie musiał unieść miecza przeciwko tobie. Nawet nie wiem, czy będę potrafił to uczynić.
    – Musisz, Vaka, musisz… Tak każe nasze prawo, to Pierwszy Łowca wioski, z której pochodzi Modlący musi wykonać wyrok, wiesz o tym… Więc nie wolno ci ściągnąć na siebie gniewu ludzi, bo i swoją głową mógłbyś go przypłacić. A mnie to i tak nie pomoże. To koniec, Vaka.
    – Alem… Wybacz mi więc…
    Vaka odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć w twarz przyjaciela.
    – Wybaczam. Zresztą wolę zginąć z ręki przyjaciela, wiem, że zrobisz to szybko i nic nie poczuję.
    – Tak będzie… – odparł Vaka i pośpiesznym krokiem ruszył w kierunku ogniska.
   

    ***
   
    ,,Jeszcze kilka godzin w kosmosie i będzie po mnie” pomyślał nerwowo Lenny.
    Jego statek pozbawiony był już torped próżniowych, a goniący go ludzie nie wystrzelili jeszcze całego swojego arsenału. Nie miał też już czym mylić rakiet wrogów, a jego tarcza słabła. Pozostała mu jedynie umiejętność pilotażu, w której to dziedzinie był mistrzem. Jednak po trzech dobach za sterami, środki stymulujące nie dawały już pożądanych efektów. Pierwszy raz w życiu poczuł się prawdziwie zagrożony.
    Większość ludzi na jego miejscu już dawno by się poddała, ale nie on. Od lat był postrachem wszechświata. Był terrorystą, który nie działał ani dla idei, ani dla pieniędzy. Zabijanie sprawiało mu czystą przyjemność.
    Ktoś kiedyś policzył, że po jego akcjach zginęło około półtora miliona ludzi. Jednakże z jego prywatnych wyliczeń wynikało, że była to liczba wielokrotnie wyższa. Po prostu niekiedy inni przypisywali sobie jego osiągnięcia, a czasem winę zrzucano na naturę, której niszczącą siłę Lenny także wykorzystywał dla sprawienia sobie radości. I choć władze wiedziały kto za tym stał, nie odważyły się poinformować o tym opinii publicznej.
    Rozmarzył się przez chwilę, jednak szybko wrócił do rzeczywistości, jako, że statek policji znów go namierzył, a w jego kierunku leciał kolejny pocisk.
    Wziął głęboki oddech. Zamierzał zastosować manewr trudny w warunkach atmosferycznych, a wręcz niewykonalny w przestrzeni kosmicznej. Przeciętnemu człowiekowi potrzebne do niego obliczenia zajęłyby kilka minut, jednak jego umysł uporał się z nimi w kilka sekund. Wyhamował całkowicie i czekał. Kiedy rakieta była tuż za nim, wykorzystując pola grawitacyjne najbliższych obiektów, precyzyjnym ruchem wykonał zwrot i usiadł na ogonie pocisku, który w tej chwili traktował go jako przedłużenie samego siebie. Teraz wystarczyło podążać za nim z jego prędkością aż do wyczerpania energii rakiety. Lenny odsapnął z ulgą. Jednak jego radość trwała krótko, zorientował się bowiem, że leciał ku niemu następny pocisk. Powtórzenie manewru nie wchodziło w rachubę, ponieważ wpadłby w pole widzenia pierwszej torpedy. Jednak i teraz wiedział, co zrobić. Pozwolił, by pocisk zbliżył się do niego, po czym zmienił kierunek na prostopadły do toru rakiet. Obie zareagowały natychmiast zmierzając ku niemu pod, wydawało się, identycznym kątem i będąc w podobnej odległości od niego. Od tego jak bardzo te parametry były zbliżone zależało jego życie.
    Kiedy już został wzięty w kleszcze, po kolejnych błyskawicznych obliczeniach zmienił ciąg na wsteczny. Było to tym razem tak drastyczne, że z nozdrzy Lenny’ego trysnęła krew. Pociski zawróciły za nim wpadając na siebie i eksplodując z całą siłą.
    Tarcza ochronna z trudem przyjęła na siebie liczne odłamki. Komputer poinformował, że jej siła spadła do pół procenta. Dokładnie tyle, ile potrzebował do wejścia w atmosferę, tyle, że najbliższe gwiazdy nie posiadały planet zagospodarowanych przez ludzi, a Lenny posiadał już broń działającą jedynie w atmosferze.
    Ktoś go zdradził. Tyle wiedział, choć nie miał pojęcia, który z jego ludzi okazał się być Judaszem. Żywego wyceniano go na 400 milionów uniwersów, co było rocznym budżetem średnio zamożnej planety. Za martwego Unia dawała połowę tej kwoty. A mimo to był przekonany, że garstka ludzi, z którymi przebywał na co dzień, była podobna do niego. Wydawało mu się, że wyselekcjonował ich doskonale, zapewnił im życie w luksusie, ale widać i to nie wszystkim wystarczało. ,,Człowieka trudniej zrozumieć niż zabić” przemknęło mu przez głowę.
    Kiedy kilka dni temu wyruszył na rekonesans przed kolejnym zadaniem, ukryta za asteroidem, czekała na niego cała armada. Jego statek był jednak jednym wielkim zautomatyzowanym magazynem broni. Lenny zdziesiątkował wrogów i zdołał wyrwać się z zasadzki, pozbawił się jednak przy tym całego przydatnego do walki w przestrzeni arsenału.
    W obecnej chwili pozostało mu więc jedno – ucieczka w nadprzestrzeń. Nie mógł skoczyć do żadnego ze znanych układów, bo jak przypuszczał wszystkie były gotowe na przyjęcie go. Musiał uciekać poza znany kosmos, ale przy jego mocno już wyczerpanych pokładach energii, była to podróż w jedną stronę. Było to jednak lepsze niż porażka.
    Obliczenia znów przeprowadził w pamięci, by zminimalizować czas, w którym jego własny komputer będzie przetwarzał dane. Był przekonany, że ten, kto go wydał nie zapomniał podłączyć pluskwy pod układ sterujący.
    Nie mylił się. Kiedy wrócił do przestrzeni rzeczywistej na ogonie miał jeszcze dwa statki policyjne. W duchu przyznał, że byli dobrzy. Musieli zareagować natychmiast po nim, nie mogli zdawać sobie sprawy, że ten skok będzie jedynym, jaki może wykonać.
    Komputer pokładowy z trudem ustalił aktualne położenie na podstawie gwiazd. Lenny jednak odetchnął z ulgą. Układ w jakim się znalazł posiadał planety. Była więc szansa, że któraś z nich będzie posiadać w miarę przyjazną jego celowi atmosferę. Statek Lenny’ego był zaopatrzony w sporą ilość sond zwiadowczych, więc wysyłał je po kolei, jednak te nie wysyłały korzystnych wiadomości. Gdy dotarł do trzeciej planety od tutejszej gwiazdy nie mógł uwierzyć w to, co ujrzał. Jej wielkość i barwy do złudzenia przypominały Ziemię. Sonda potwierdziła, że atmosfera ma wręcz identyczny skład, do tej, którą mógł oddychać. Gdyby wierzył w siły nadprzyrodzone uznałby to za cud, bo to było pierwsze takie znalezisko we wszechświecie, ale nie miał czasu ani ochoty, by dłużej się nad tym zastanowić. Nie myślał także o powodach dla których od jakiegoś czasu go nie atakowano. Uznał, że pościg zastanawia się, jakby złapać go żywcem.
    Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, to wyjdzie z tego cało, wszedł w górne warstwy atmosfery, co kosztowało go utratę reszty tarczy. Jednak w pułapkę dał się wciągnąć tylko jeden statek policji, drugi został na orbicie. Najwyraźniej nie chcieli ryzykować starcia obaj, drugi w razie niepowodzenia miał polecieć po posiłki. Lenny zabluźnił siarczyście, szybko jednak koncentrując się na najbliższej bitwie.
    Policjant usiadł Lenny’emu na ogonie, ale po kilku sprytnych manewrach role się odwróciły. Przeciwnik przez chwilę próbował miotać się, by nie dopuścić do namierzenia, jednak zaprawiony w takich sytuacjach Lenny nie dał mu szans. Spokojnie poczekał na jeden mały błąd i w odpowiedniej chwili wysłał dwie rakiety, które chwilę później eksplodowały przy zderzeniu z wrogim statkiem. Na twarzy Lenny’ego zagościł promienny uśmiech.
    Po cichu liczył, że drugi z policjantów okaże się chciwy i zapragnie zgarnąć wszystko dla siebie. Niestety, po chwili statek zniknął z orbity. To oznaczało, że na naprawę tarczy i wymianę akumulatorów zostały Lennemu może ze dwie godziny. Musiał także zlokalizować pluskwę. Uznał, że tyle powinno mu wystarczyć. Nie zastanawiając się więc długo zaczął lądować.
    Kiedy osadził statek na ziemi, od razu zabrał się do wymiany rdzenia akumulatorów. Następnie wyszedł na zewnątrz, by zająć się tarczą.
    Analiza biologiczna powietrza sprawiła, że coraz mniej wierzył w zbieg okoliczności. Mikroorganizmy zawarte w atmosferze były wręcz identyczne z tymi, z którymi spotkał się na Ziemi. Ta wiedza pozwoliła mu zdjąć hełm. Bez kombinezonu mógł być bardziej wydajny.
    Zanim jednak zabrał się do pracy zaniepokoił go jakiś ruch wokół niego…
   

    ***
   
    Alem stanął na podwyższeniu zbudowanym z bloków skalnych. Dziś miał przemawiać z tego miejsca po raz ostatni. Uciszył gawiedź ruchem ręki. Po kilku chwilach nastąpiła całkowita cisza, nawet dzieci zamilkły.
    – Wiele lat temu, gdy po ziemi chodzili dziadowie dziadów naszych dziadów wszystkie ludy żyły ze sobą w nienawiści, tocząc ze sobą wciąż krwawe walki. Nie podobało się to bogom, którzy ciągle zsyłali na nas liczne plagi. Trzęsła się ziemia, góry pluły ogniem, a my umieraliśmy na straszliwe zarazy. Wtedy to w plemieniu Ure urodził się wielki prorok, który zaczął uczyć nas jak sprawić, by bogowie stali się dla nas przychylniejsi. Bogowie kochali go, zsyłając mu w czasie snu wizje, które później przekazywał nam. Potrafił on zjednoczyć nas wszystkich w wielką rodzinę, nauczył wielu cennych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie stało się łatwiejsze. Miał też wiele takich wizji, których nie potrafił nawet on pojąć, ale dwie najważniejsze dla nas przekazał bardzo dokładnie…
    Alem wziął głębszy oddech, wiedział, że każde kolejne słowo przybliżało go do nieuchronnej śmierci. I choć wydawało mu się, że już się z tym pogodził, to jednak jakaś siła ściskała mu krtań.
    – Bogowie przekazali Hometowi słowa które wszyscy dobrze znacie, a jednak musimy je powtarzać bez końca, by nigdy nie zostały one zapomniane. Kiedy wyzbędziemy się ostatniej myśli pełnej nienawiści, kiedy nasze serca staną się czyste, wtedy bogowie uznają, że jesteśmy godni ich przebaczenia. Podejmą oni walkę ze złym bogiem Enonem i w ludzkiej postaci zepchną go na ziemię, byśmy wydali na niego wyrok. Homet nie powiedział nam, co mamy uczynić, ale wielokrotnie wspominał, że musi on być mądry i rozważny. Jeśli uczynimy słusznie, wówczas spłynie na nas łaska bogów. Nie będziemy musieli już polować, będziemy mogli pływać pod wodą niczym ryby, latać w powietrzu jak ptacy, będziemy równi bogom. Homet modlił się, by uprosić tą łaskę, nadaliśmy mu tytuł Modlącego, lecz równo po tysiącu dniach od tej uroczystości został zdradliwie zabity mieczem głupca, którego imię miało zostać zapomniane. Rada Łowców ustaliła wówczas, że potrzebujemy nowego Modlącego, który zgodnie z uświęconą tradycją przez tysiąc dni jest następcą Hometa. Człowiek ów, jeśli w tym czasie nie wybłaga bogów o zesłanie nam Enona, też zgodnie z tradycją zostaje stracony na cześć proroka. Dziś mija tysiąc dni, odkąd ja zostałem wybrany Modlącym, a moje modły nie były widać miłe bogom. I choć starałem się ze wszystkich sił jutro ktoś inny będzie starał się o spełnienie Pierwszej Przepowiedni Hometa. Bogowie za chwilę wskażą nam nowego Modlącego. Zaczynajmy więc Próbę.
    Alem zszedł z podium i stanął przy ognisku. Po chwili dołączyło do niego trzydziestu dwóch mężczyzn ze wszystkich plemion prócz jego własnego. Żeby uniknąć nieporozumień, Rada Łowców ustaliła, że następujący po sobie Modlący nie będą nigdy z tego samego plemienia.
    Mężczyźni stanęli wokół ogniska w którym od początku uroczystości znajdowały się Kamienie Prawdy.
    – Zaczynajcie więc. – nakazał Alem.
    Każdy z potencjalnych Modlących wziął do prawej ręki po jednym kamieniu i uniósł wysoko nad głowę. Po chwili pierwszy z nich nie wytrzymał bólu. Za nim rezygnowali następni. Alem spojrzał mimowolnie na swoją dłoń, na której widniały blizny po jego Próbie.
    Dwaj ostatni walczyli z bólem najwytrwalej. Żaden z nich nie chciał być ostatnim przegranym. Wszyscy patrzyli na ten pokaz męstwa z nieukrywanym podziwem, nawet najstarsi z Rady Łowców nie pamiętali tak zaciekłej walki. Alem ponownie wspomniał swoją Próbę. Gdyby wówczas nie był na tyle silny, dziś nie musiałby umierać, ale wierzył, że będzie godnym następcą Hometa. Teraz już wiedział, że nie był.
    Wyższy z walczących w końcu osunął się na ziemię, ból był na tyle silny, że stracił przytomność. Niższy – Ekke z plemienia Ure stał jednak dalej ze swym Kamieniem Prawdy. Mimo, iż oświetlał go jedynie płomień ogniska, na jego twarzy wyraźnie widać było bladość. Po publice przeszedł poszum zdziwienia i uznania.
    W końcu Ekke rzucił swój kamień na ziemię i drżącym głosem poprosił, by ktoś opatrzył mu ranę.
    Alem ponownie wstąpił na podest, by oficjalnie ogłosić werdykt bogów.
    – Bogowie wybrali! O świcie, kiedy oddam im swą duszę, Ekke który otrzymał ich wsparcie będzie kontynuował moja misję. Ekke pokazał nam swój wspaniały hart ducha, pokazał, ze godzien jest tytułu Modlącego. Musimy wierzyć, że to jemu uda się poprowadzić was ku lepszej przyszłości. Teraz dajmy mu odpocząć, a my wspólnie modląc się, oczekujmy świtu…
    – Nie!!! – przerwał tyradę Alema Ekke – Pozwól Modlący, że przemówię do naszego ludu.
    Alem skinął głową i ustąpił miejsca młodszemu od siebie Ureńczykowi.
    – Kochani! – zaczął Ekke, głos wciąż mu jeszcze drżał – Moje plemię od czasu Hometa nigdy nie miało żadnego Modlącego. Pewnie nawet nie zdawaliście sobie z tego sprawy. Nie wiecie też o tym, że to, czego uczył nas Homet zostało przez was wypaczone. W naszym plemieniu, jego plemieniu słowa te przetrwały w najczystszej formie i dlatego wiem, że Homet uczył nas przede wszystkim tego, byśmy nie przelewali własnej krwi! Czyż nie tak było?
    Zgromadzeni potwierdzili całkowicie jednomyślnie.
    – Czyż nie to było warunkiem, byśmy stali się bliżsi bogom?
    Znów wyrażono poparcie dla słów Ekke.
    – Więc czemu zabijamy kolejnych Modlących? Dlaczego wciąż utrzymujemy ten barbarzyński zwyczaj? Przecież właśnie z tego powodu bogowie wciąż się od nas odwracają, wciąż uważają nas za niegodnych, musimy z tym skończyć raz na zawsze! Przecież własnie o tym mówił Homet!!! Czyż nie?!
    Jednak tym razem rozgorzała głośna dyskusja.
    – Tchórz, boisz się że nie przebłagasz bogów i skończysz jak poprzednicy!
    – To uświęcona tradycja!
    – Ekke dobrze gada, Homet nie chciał zabijania!
    Zaczęto przekrzykiwać się wzajemnie, jednak wyraźnie przeważali konserwatyści, nie chcący żadnych zmian. Ekke próbował uciszyć gawiedź, ale udało mu się to dopiero przy pomocy Alema i Vaki.
    – Nie rozumiecie niczego, głupcy! – kontynuował Ekke – Żądza krwi wciąż drzemie w waszych sercach. Alem był godnym wysłuchania przez bogów, ale ani jemu, ani nikomu innemu nie uda się ich przebłagać, dopóki chęć zabijania wciąż będzie kierować waszymi umysłami. Myślicie, że jestem tchórzem? Nie, nie jestem, nie boję się śmierci, to gorsze od życia w świadomości, że bez względu na wysiłek, jaki włożę w modły i tak niczego nie osiągnę. Mój lud to wie i dlatego zawsze nasi ludzie szybko odrzucali Kamień Prawdy. Ja jednak chciałem przemówić wam do rozumów. Rada Łowców plemienia Ure odradzała mi podjęcie walki, ale ja wierzyłem, że moje słowa przekonają was w jakiej ślepocie żyjecie. Lecz skoro uważacie, że przemawia przeze mnie obawa o życie, to teraz dam wam dowód, jak bardzo się mylicie!
    Ekke wyciągnął zza pasa zdrową ręką sztylet i wbił go sobie w serce zanim Alem i Vaka zdążyli zareagować.
    Wszyscy zamarli. Znów nastała cisza.
    Przerwał ja Alem, znów zabrawszy głos.
    – Ja też nie boję się śmierci. Gotów jestem oddać swoje życie, jeśli taka jest wasza wola, ale czyż Ekke nie miał racji? Homet zakazał zabijać, a Ekke udowodnił, że to nie strach przez niego przemawiał, tylko pragnienie wypełnienia proroctwa jego wielkiego rodaka. Ekke złożył w ofierze samego siebie, czy to poświęcenie ma pójść na marne? Nadszedł czas by Rada Łowców zebrała się teraz i zdecydowała o zaniechaniu mordów, być może Ekke miał rację i to właśnie dlatego nigdy dotąd Modlący nie byli w stanie przebłagać bogów.
    Łowcy plemion w większości niechętnie, ale zebrali się w chacie Vaki. Dyskusja jaka tym razem rozgorzała była burzliwa, ale zaskakująco krótka. Chwilę później Vaka jako gospodarz przedstawił ich decyzję publicznie.
    – Jak już powiedział Alem, Ekke dokonał odważnego i wielkiego czynu, poświęcił swoje życie, by otworzyć nam oczy na nasze błędy. Dziś Rada Łowców zdecydowała, że od teraz nie będziemy już zabijać Modlących. Modlący po tysiącu dni staną się na powrót zwykłymi członkami swojego plemienia. Nowym Modlącym zostanie zaś Perre z plemienia Ler, który tak dzielnie dotrzymywał kroku Ekke podczas Próby. Alem – zwrócił się głośno do przyjaciela – prowadź więc dzisiejsze modły… I cieszę się, że nie będę musiał… wiesz… – dodał znacznie ciszej.
    – Wiem… – szepnął Alem.
    Nim jednak Modlący zdążył znów wejść na podium, na nocnym niebie pojawiły się dwie świecące plamy, poruszające się jedna za drugą. Dostrzegł to ktoś w tłumie. Wszystkie oczy uniosły się ku górze. Nagle jeden z ogników rozbłysnął jasnym światłem, a drugi zbliżał się ku ziemi. Z każdą chwilą punkt stawał się coraz większy, aż w końcu obiekt opadł całkiem. Upadek miał miejsce nie więcej jak dwa tysiące kroków od zgromadzonych. Nikt też nie miał wątpliwości, co to wszystko oznaczało. Ekke miał rację, a teraz przepowiednia miała się właśnie wypełnić.
    Uzbrojoną gromadą pod przewodnictwem Vaki i Alema, wciąż jeszcze piastującego funkcję Modlącego, ruszono na poszukiwania Enona.
    Wkrótce dotarli na miejsce. Na polanie z której wyraźnie dochodził swąd spalenizny stała ogromna skała, choć z pewnością nie była z kamienia, przypominała raczej metal. Po chwili coś się poruszyło i ukazało się wejście do jaskini, z której wyszedł Enon. Był wielkości człowieka, ale posiadał ogromną głowę bez ust, nosa i oczu. Łowcy wstrzymali oddech. Musiało minąć trochę czasu, nim przełamali całkiem swój lęk.
    Enon zszedł na ziemię. Przez chwilę spacerował i oglądał ową skałę. W końcu zdjął to, co wszyscy w pierwszej chwili uznali za głowę, a co okazało się jedynie jakąś rytualną maską. Był to sygnał do ataku.
    Pierwsi atakujący natychmiast padli martwi pod wpływem promieni rzucanych przez Enona. Zły bóg okazał się być też doskonały w walce wręcz, do której doszło po chwili. Wielu zginęło, a kilkunastu zostało ranionych, nim nieprzytomny Enon został unieruchomiony sznurem.
    Vaka, trzymający się za złamane ramię pierwszy przerwał ciszę, która nagle zapadła.
    – I co teraz, Alem? Zabić go? Zresztą ty to zrób, wciąż jeszcze jesteś Modlącym.
    Alem przyznał przed sobą, że jeszcze nigdy poważnie nie zastanawiał się co zrobiłby z Enonem. Ale tym razem olśnienie przyszło natychmiast.
    – Pamiętacie słowa Hometa? Pamiętacie, co mówił o mądrym wymierzeniu mu kary?
    Wśród łowców przeszedł zniecierpliwiony jęk oczekiwania.
    – Pomyślcie, bogowie są nieśmiertelni, czyż nie? Enon też jest bogiem. Jeśli teraz go zabijemy, uwolnimy jego ducha z ludzkiej powłoki i znów wróci do gwiazd, by dalej zsyłać na nas swoje plagi. Musimy więc uwięzić go. Póki żył będzie, nie będzie w stanie nas krzywdzić!
    – Zaprawdę głupcami, jak mówił Ekke, byliśmy chcąc zgładzić tak mądrego Modlącego, jakim jest Alem. – przyznał Pierwszy Łowca plemienia Klu.
    Za nim pozostali przy życiu łowcy wyrażali swoją aprobatę dla mądrości Alema. Sam modlący był szczęśliwy. Przecież o nim, jak o Homecie będzie się mówić jeszcze przez długie lata. Będzie tym, który uwięził Enona. Jednak Alem obiecał sobie solennie, że o Ekke też nigdy nie powinno się zapomnieć, gdyby nie jego odwaga bogowie nigdy by im nie pomogli…
   

    ***
   
    Klatka była zbudowana bardzo solidnie, Lenny nie mógł uwierzyć, że po tym jak udało mu się uciec flocie policyjnej, dał się podejść jakiejś bandzie dzikusów, wymachującej wciąż wokół jego więzienia oszczepami…
    Intensywnie obmyślał plan ucieczki, w końcu górował nad tymi prostakami intelektem. To było kwestią czasu. Czasu, którego nie miał.
    Zanim zdążył wprowadzić swój pierwszy rozsądny plan w życie, na rozświetlonym blaskiem, wschodzącej gwiazdy niebie, pojawiły się pierwsze statki policyjne. Wiedział, że gdyby nie miejscowi, spokojnie zdążyłby usunąć wszelkie uszkodzenia statku, ale oni byli czynnikiem, którego nie był w stanie przewidzieć. Żałował tylko, że skończył w tak głupi sposób…
   

    ***
   
    Poole spoglądał na główny ekran widokowy frachtowca bez specjalnego entuzjazmu. Zdawał sobie sprawę, że wyzwanie jest bardzo trudne, a zaufanie jakim go obdarzono w Radzie Unii Planet jest wynikiem uznania dla jego dotychczasowych osiągnięć.
    – Ambasadorze… – zwrócił się do niego Markowski.
    – Tak, profesorze?
    – Proszę się nie martwić, w krótkim czasie zbudujemy tu cywilizację do której jak widzę już pan tęskni.
    – Rozgryzł mnie pan, Adamie.
    – Dla nas, antropologów też jest masa pracy, tyle, że my o czymś takim marzyliśmy. Proszę spojrzeć… Czysta, nie skażona naszym wpływem cywilizacja. Nawet nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy ich istnienie zawdzięczamy jakiejś dawno zapomnianej misji zasiedleńczej, czy są, co jest już prawdziwą fantastyką, wynikiem równorzędnego toku ewolucji, jak na Ziemi… W to ostatnie trudno co prawda uwierzyć, ale ich DNA różni się od naszego na tyle, że genetycy nie są pewni, jak jest z nimi w rzeczywistości…
    – Wiem, wiem… Dla was, naukowców to prawdziwa gratka, ale dla mnie… proszę mnie zrozumieć, to jak wygnanie w nagrodę za moje zasługi…
    – Mimo wszystko powinien pan być dumny, że to właśnie pan będzie świadkiem przemian, jakie nastąpią na tej dziewiczej planecie, poza tym są jeszcze przepowiednie ich guru – Hometa. To chyba elektryzuje wszystkich najbardziej. Z tego, co wiem, był jak dotychczas bezbłędny. Był lepszy nawet od naszego Nostradamusa, ponieważ swoje wizje przekazywał bardzo czytelnie. Ta, o ich złym bogu Enonie była rewelacyjna. Prócz standardowych dotacji dla słabo rozwiniętych planet, kiepskich zresztą, dostali pokaźna nagrodę za schwytanie żywcem tego terrorysty. Homet mówił, że dzięki temu staną się jak bogowie. I tak rzeczywiście będzie, średnia ich życia, zresztą niebywale wysoka jak na ich rozwój, nie przekraczała pięćdziesięciu lat, dzięki naszej medycynie wydłuży się więc blisko pięciokrotnie. Dla nich to jak nieśmiertelność… Ale jest jeszcze coś… Zresztą wie pan, ambasadorze… Druga z wielkich przepowiedni Hometa odnosi się do nas. Platon już tysiące lat temu wspminał coś o poszukiwaniu drugiej połowy jabłka. Według słów Hometa oni są naszą drugą połówką…
    – Wiem, Adamie… To chyba właśnie dla tych słów zgodziłem się piastować swoją funkcję tutaj… Jak to szło? „A kiedy już bogowie zstąpią na ziemię i dadzą nam wszystkie swoje dary, my damy im wspanialszy, nasze wspólne potomstwo posiądzie większą moc, niż bogowie mają teraz, będzie potrafiło mówić myślą, myślą będzie umiało przenosić góry i co najważniejsze będzie miało zdolność sięgnięcia do świata przodków, nasi ojcowie znów do nas przemówią swoją mądrością.” Telepatia, telekineza i kontakt ze światem umarłych? Trudno w to uwierzyć, ale czyż nie o tym marzyliśmy? Zdobyliśmy wszechświat, ale nie byliśmy nigdy w stanie wykorzystać potencjału, który jak sądziliśmy drzemie w nas od zawsze…
    – I jeśli to będzie prawda, wówczas staniemy się w rzeczywistości równi Bogom…

Luty 4th, 2008 przez mokona

 Winda

Jadąc do niego spotkała jego mamę. Skończyła pracę wcześniej, więc to spotkanie było przypadkowe. Po drodze weszły do sklepu. Zaoferowała swoją pomoc przy obiedzie i ostrzegła, że nie potrafi zbyt wiele. Chwilę później były już pod drzwiami domu. Jego mama starała się otworzyć drzwi jak najciszej, aby zrobić mu niespodziankę. Weszły do jego pokoju, a to co zobaczyły zaskoczyło je. Kochał się z jakąś dziewczyną i na ich widok zrzucił ją z siebie tłumacząc, że nie chciał i że go uwiodła. Wypierał się, że nie wie jak to się mogło stać. Matka zaczęła krzyczeć na niego i okładać go pięściami. Ona wyszła z pokoju nic nie mówiąc. Czekając na windę słyszała jego nieudolne tłumaczenie się z tego wszystkiego. Drzwi od windy otworzyły się, ale jej nie było. Nie myśląc rzuciła się do szybu. Jeszcze przez chwilę słyszała jego głos, a później była tylko ciemność.

***

Kiedy winda już przyjechała jej tam nie było. Zjechał na parter mając nadzieję, że ją gdzieś znajdzie i wytłumaczy wszystko. Wysiadając potrącił jakiegoś mężczyznę, ale nawet nie przeprosił. Biegł jak najszybciej na przystanek. Jej tam nie było. Wrócił załamany do bloku i zobaczył grupkę ludzi stojących przed winda. Przepchał się na przód i zobaczył jak spod drzwi wypływała krew. Ktoś już wezwał pomoc, bo przyszło dwóch mężczyzn z narzędziami. Otworzyli drzwi i weszli do środka. Wszędzie było pełno krwi, ale nie było ciała. Jeden z nich zauważył, że na jednej ze ścian były krwawe odciski dłoni. Jedyne co mogli zrobić to posprzątać ten bajzel jak najszybciej i uruchomić windę.

Pierwsze starcie

Jeden z żołnierzy znalazł dziewczynę w bardzo złym stanie. Była brudna i pokaleczona. Zaniósł ją do oficera, a ten kazał położyć na stole. Sprawdził czy żyje i w jakim jest stanie. Ocknęła się i próbowała coś powiedzieć, ale zemdlała. Zostawił ją tak i kazał żołnierzowi pilnować, żeby nikt nie wchodził do pomieszczenia, a on w tym czasie pójdzie po lekarza.
W jej głowie roiło się od głosów: „wstań… wstań… ratuj… nas… ratuj… ona tu jest… zabij… ona jest… silna… ocal ich… zabij ją… ocal… ocal ich…”. Ciągle się nasilały i zamieniały w bełkot, jeden potężny pisk. Spadła ze stołu próbując je jakoś od siebie odgonić. Ucichły tak samo jak nagle powstały.
Grupka żołnierzy stojących przy ognisku zauważyła dziewczynę dość skąpo ubraną i wabiącą ich do siebie. Gdy podeszli bliżej zobaczyli jej piękne blond włosy i błękitne oczy. Ciało miała idealnie wyrzeźbione. Jeden z nich próbował nawiązać z nią jakiś kontakt słowny, ale ta nie odpowiadała tylko się uśmiechała. Drugi wyciągnął dłoń i dotknął jej ręki. Jej twarz się zmieniła się, oczy ściemniały przybierając odcień czerwieni, a zęby zmieniły się w kły. Chcieli uciec, ale stali w świetlistym kręgu, który parzył po dotknięciu. Jednym ruchem ręki podpaliła pobliskie drzewa śmiejąc się przy tym, a im głośniej to robiła tym krąg się mocniej zacieśniał. Zamilkła na chwilę i z jej pleców wyrosły skrzydła zakończone ostrymi pazurami. Nagle wydała dziki skowyt.

***

Wyszła przez okno i wdrapała się na dach. Widząc ją wiedziała, że to jej cel. Wyciągła spod płaszcza srebrną gwiazdę i rzuciła ją w jej stronę. Świetlista bariera znikła z chwilą, kiedy ta wbiła się w czoło demona.

***

Z rany płynęła jej krew. Dostrzegła jakąś postać na dachu. Długi, czarny płaszcz powiewał złowrogo i w tym momencie ujrzała miecz, ale jakiś dziwny. Wydawało się, że płonął. Gwiazda w jej czole piekła coraz bardziej im ona się do niej przybliżała. Gdy już była parę kroków od niej mogła się jej dokładniej przyjrzeć. Dziewczyna miała koło 20 lat, długie ciemne włosy, była niezbyt wysoka, ale czarny płaszcz i mocne buty nadawały jej ostrzejszego charakteru. W ręku trzymała miecz. On faktycznie płonął tylko jak to możliwe?
- Psujesz mi zabawę.
- Niby czemu? Ja się dobrze bawię.
Po tych słowach chwyciła mocnej rękojeść miecza i jednym potężnym uderzeniem podcięła jej gardło. Demonica upadła, a ona stanęła nad jej ciałem, żeby zadać ostateczny cios w serce. Kiedy już miała dobić dźgnęła ją pazurami. Mimo bólu dokończyła dzieła, a ta zamieniła się w proch. Rana zaczynała ropieć i brzydko pachnieć. Zwykły śmiertelnik umarłby od lada zadraśnięcia demona, ale ona już raz umarła. Podrzuciła miecz do góry, a ten opadając przeszył jej ciało. Upadła na kolana i klęczała nieruchomo. Po chwili jakby się ocknęła, a z jej ciała wypłynęło światło, które rozeszło się jak fala gasząc przy tym płonące drzewa. Chwyciła miecz i powoli wyciągła go z siebie. Jej rana znikła nie zostawiając po sobie śladu. Wstała i zarzuciwszy miecz na ramię splunęła w miejsce, gdzie była resztka prochów demona. Chwiejnym krokiem poszła przed siebie.

Zwiadowca

Weszła do jakiegoś motelu i nawet nie wiedziała jak się tam znalazła. Recepcjonista podał jej klucz zapewniając, że wszelkie formalności zostały już załatwione. Jej przyjście tutaj nie było przypadkowe. Nic nie mówiąc wzięła klucz i poszła do pokoju. Na szczęście było na pierwszym piętrze i nie musiała jechać windą. Zresztą i tak by tego nie zrobiła. Nie po tym co się stało.
Pokój nie był zbyt ciekawie urządzony, ale lepsze to od spania na mchu. Musiała przejść długą drogę, żeby tu dotrzeć niezauważona. Błąkała się przez parę tygodni po lasach, a sen na zwykłym łóżku w ciepłym pokoju był szczytem jej marzeń.
Zdjęła płaszcz, koszulę, spodnie i buty. Złożyła wszystko na kupkę i położyła z łazience. Nie była ona duża, ale był prysznic, czyli coś za czym bardzo tęskniła. Nawet się dokładnie niczemu nie przyglądała tylko od razu poszła się umyć. Strumień ciepłej wody uspokoił ją i pozwolił zlikwidować zeschnięty bród z krwią. W tej właśnie chwili uświadomiła sobie, że jej miecz jest cały zakrwawiony. Czemu dopiero teraz o tym pomyślała? Przez całą drogę tutaj była jakby w amoku. Nie wiedziała co dokładnie robi i gdzie idzie ani jakim cudem tutaj dotarła i skąd On o tym wiedział.
Spędziła pod prysznicem prawie godzinę. Wreszcie udało jej się domyć. Owinięta w sam ręcznik poszła do pokoju sprawdzić co z mieczem. Po wyciagnięciu okazało się, że był czysty tylko… Miała dziwne wrażenie ze kamień na rękojeści zmienił kolor na jaśniejszy. Może tylko się jej wydawało.
Ktoś zapukał do drzwi. Ukryła szybko miecz pod kołdra i poszła je otworzyć. Zapomniała, że jest tylko w ręczniku, ale już nie było czasu na ubranie się. Otworzyła drzwi i zobaczyła tego samego chłopaka, który ją obserwował w recepcji. Zarumienił się na jej widok.
- Przyniosłem Pani kolację.
- Nic nie zamawiałam.
- Ten mężczyzna, który zamówił Pani pokój zadbał także o wyżywienie.
Zaprosiła chłopaka gestem ręki do środka, a ten po położeniu jedzenia na stole ukłonił się i wyszedł. Stałą w ciszy przyglądając się temu co jej przyniósł. Pieczony kurczak i faszerowana papryka z frytkami. Nie było takie złe szczególnie, że przez parę tygodni jedyne co jadła to korzonki drzew i robaki. Właśnie miała się wziąć za jedzenie kiedy zadzwonił telefon.
- Tak?
- Nie chce przeszkadzać w kolacji, ale jeśli już Pani skończy proszę przyjść do recepcji. Właśnie przyszła paczka.
- Zaraz będę.
Chwyciła nogę kurczaka i poszła po ubranie. Nie było zbyt czyste, ale nie miała innego. Jak tylko się ubrała i dokończył jeść nogę wybiegła szybko z pokoju. Chwilę później stało przed nią duże kartonowe pudło. Było ciężkie, ale jakoś doniosła do pokoju. Rzuciła obok lóżka i wzięła się za resztę jedzenia. Im więcej zje tym lepiej, bo taka okazja może się szybko nie zdarzyć. Jadła spokojnie delektując się smakiem co jakiś czas zerkając na pudło. Jak tylko skończyła siadła przed nim i otworzyła go. W środku był plecak, a w nim czyste ubranie i buty. Wszystko było takie same z tym co miała na sobie tylko, że nowe i niezniszczone. Na samym dnie była też sakiewka z paroma drobnymi. Odłożyła wszystko tak jak było do plecaka i zajrzała ponownie do pudła. Była jeszcze mała paczuszka zawinięta szmatką. Położyła ją na łóżku i odwinęła. Był tam zwój papieru i piękny sztylet. Wzięła go do ręki. Lekki i z pięknym ornamentem był idealny do rozszarpywania ciała. Odłożyła go i sięgnęła po papier. Był zalakowany pieczęcią przypominającą czaszkę. Trochę się wahała zanim zerwała pieczęć. Był to list.

Witaj Aniołku,

Właśnie przeszłaś próbę. Spisałaś się bardzo dobrze, a oto twoja nagroda. Pewnie zauważyłaś już zmianę wyglądu swojego miecza. Nie bój się, to normalne. Pochłania on krew demonów, dzięki czemu jego siła wzrasta. Im więcej ich zabijesz tym lepiej dla Ciebie. Mam też zła wiadomość. Nikt oprócz ciebie nie przeszedł próby także los ludzi jest w Twoich rękach.

Na zawsze Twój…

Zbyt wiele pytań przychodził jej do głowy, a nie znała żadnej odpowiedzi. Pamiętała swoją śmierć i pierwsze spotkanie z Nim…

***

Leżała na dnie nieprzytomna, ale żyła. Czuła jak coś po niej chodzi. Ocknęła się, ale nic nie widziała. Czuł tylko czyjąś obecność. Próbowała wstać łapiąc się czegoś na ścianie. Parę razy spadała i musiała zaczynać od nowa. Na szczęście winda nie zjeżdżała w dół. Szukała palcami wyjścia. Upadła na ziemię wściekła na siebie, że nie potrafiła sobie poradzić. Usłyszała kroki. Nie wiedziała co ma zrobić. Zwinęła się w kłębek kryjąc głowę w ramionach. Poczuła czyjś oddech na karku. Ten ktoś objął ją i mocno przytulił. Później czuła tylko ciepło. Znalazła się w jakimś pomieszczeniu.
Obudziła się po paru godzinach. Siedział u jej nóg i przyglądał się jej bardzo uważnie.
- Kim jesteś?
- Twoim przeznaczeniem…
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Oprócz łóżka nic tam nie było. Teraz ona mu się dobrze przyjrzała. Dobrze zbudowane ciało było widoczne spod ubrania, miał silne dłonie, jego oczy były jasno-błękitne, ale niestety był łysy. Siedzieli tak przez chwilę w milczeniu, aż do pokoju ktoś wszedł. Była to postać w długim czarnym płaszczu, ale nie mogła zobaczyć twarzy, bo szczelnie zasłaniał ją kaptur. Szeptali między sobą nie zwracając na nią uwagi. Ich oczy były takiego samego koloru. Nie wiedziała kim oni są i co tu robi. Przyjrzała się sobie. Podarte ubranie całe w brudzie i kurzu. Zrobiło jej się głupio. Zaważyła, że przestali już rozmawiać. Tamten ukłonił się i po chwili wyszedł zostawiając ich samych. Spojrzał na nią i powiedział:
- Rozbierz się.
- Nie no to trochę nie teges. Wcale Cię nie znam, a Ty każesz mi się rozbierać. Moja odpowiedź brzmi nie.
- To ja Cię rozbiorę.
Wstał z łóżka i szedł do niej. Im bliżej niej był tym bardziej się kurczyła. Czuła jak żebra zaczynają wbijać się w jej wnętrzności. Siadł obok niej.
- Nie bój się. Wiem jak wyglądasz, więc się dalej tak nie opieraj.
- Jak to wiesz? Skąd?
- Leżałaś tu sobie bez ruchu to skorzystałem.
Uderzyła go w twarz, ale on się tylko uśmiechnął.
- To ja Cię teraz przywiąże i będziesz tak leżeć aż zmienisz zdanie.
Chwycił ją za rękę, ale nie dała się tak łatwo. Zaczęła go gryźć i kopać, a on wcale nie był zły z tego powodu. Wręcz przeciwnie. Dobrze się bawił. Przestała się rzucać widząc, że nic to nie daje.
- Nie mam się w co przebrać.
- No dobrze. Pójdę po ubranie, ale radze Ci się stąd nie ruszać.
Wstał i wyszedł. Zaczęła się zastanawiać czy żyje czy już nie, a jeśli nawet to jak nazwać to miejsce, w którym się znalazła. Zdjęła z siebie bluzę. Wszystko ją przy tym bolało, ale nie miała wyboru i tak z jej ubrania niewiele zostało. Czuła się brudna i śmierdząca, a w pokoju tak pięknie pachniało wanilią. Wtuliła się w poduszkę i okryła kołdrą. Słyszała jak drzwi się otwierają i czyjeś ciche kroki. Ten ktoś próbował zdjąć z niej kołdrę. Tak nie chciało jej otwierać oczu ani oddawać kołdry. W końcu przestał, ale tym razem poczuła jak coś wślizguje się pod kołdrę. Chciała wyjść, ale to coś złapało ją za nogawkę i wciągało pod kołdrę. To był On. Znowu się z nią bawił.
- Przyniosłem Ci ubranie.
- Mogłeś je zostawić i wyjść.
- Nie dąsaj się tak na mnie. Z nikim innym nie mogę się powygłupiać.
- Czyli jestem twoją maskotką?
Uśmiechnął się do niej odsłaniając przy tym swoje kły. Zupełnie ją to zaskoczyło. Zaczęła się go jeszcze bardziej bać.
- Coś nie tak?
- Żebyś wiedział. Kim jesteś?
- Dlaczego wszyscy o to pytają? Mówiłem Ci… Jestem Twoim przeznaczeniem.
- No, ale coś tak więcej nie możesz o sobie powiedzieć?
- Jestem jednym z wielu upadłych aniołów. Wystarczy?
- Tak średnio. Powiedz mi teraz co ja tu robie i po kiego grzyba mnie tu trzymasz.
- Sama się tego dowiesz w swoim czasie.
Zaczynało ją to już trochę denerwować. Jakiś obcy koleś się do niej dobiera i jeszcze nic nie chce jej powiedzieć. Patrzył jej głęboko w oczy jakby próbował odczytać o czym myśli.
- Wyjdź. Chce się wreszcie przebrać.
- A nie mogę zostać?
- NIE.
- No dobzie, dobzie. Już sobie idę.
Zanim to zrobił spojrzał się na nią smutnym wzrokiem i zamknął za sobą drzwi. Zrobiło jej się jego troszkę żal, ale nie miała wyboru. Wzięła rzeczy i je przejrzała. Czarna bluza z kapturem i czarne spodnie. No, ale o bieliźnie zapomniał. Zdarła z siebie stare ubranie i włożyła to. Idealnie na nią pasowało. Próbowała zrobić coś z włosami, ale przy tej ilości kołtunów mogła je jedynie włożyć pod bluzę i zakryć kapturem. Odruchowo włożyła ręce do kieszeni w spodniach. Znalazła tam medalik. Z jednej strony była czaszka, a z drugiej imię Salahan. Wygląda na to, że tak teraz będą na nią mówić.

***

Nie sądziła, że aż tak się do niego przywiąże. To dzięki niemu żyła. Nauczył ich wielu rzeczy. Ich… Nie wiedziała wtedy, że nie była sama. Obok jej pokoju było setki innych pełnych wybawionych dusz. Teraz jak o tym myślała wiedziała, że nie mogło się stać inaczej.
Lubił dawać jej prezenty. Pierwszy jaki dostała to księga demonów. Nie wiedziała po co jej to i dlaczego ma się tego uczyć. Nie spodziewała się, że będzie musiała je zabijać. Teraz była nieśmiertelna, ale zapłaciła za to gorzką cenę. Straciła wszystko co miała, a teraz jej „rodzina” liczyła ponad 100 nieśmiertelnych i 10 aniołów. Każdy z tych aniołów opiekował się swoją grupką podopiecznych. Nie znała innych. Byli izolowani od reszty. Nie sądziła, że dotrze tak daleko, ale skoro ma nową broń jej szansa na przeżycie wzrastała.
Jej zadaniem było wyeliminowanie pięciu demonic. Tylko i aż. Przypadła jej ta przyjemność, bo żaden mężczyzna nie był wstanie się im oprzeć. Jedną miała już za sobą. Zdaje się, że miała na imię Astarel. Nie była zbyt silna, ale potrafiła łapać ludzi w świetliste kręgi i w tym samym czasie podpalać wszystko co się da. Nie wie na kogo trafi następnym razem, ale będzie coraz gorzej.

Wspomnienia

Znowu do niej przyszedł i siadł na łóżku. Nic do siebie nie mówili. Wyciągnął do niej dłoń.
- Mówią na mnie Arsus. Od tej pory trzymaj się tylko mnie i jak masz jakiś problem to postaram Ci się jakoś pomóc. Jak widzę znalazłaś już medalion. Na odwrocie jest Twoje imię, ale nie zdradzaj go nikomu. W razie pytań mów, że jesteś aniołem ciemności.
- Anioł ciemności? Był kiedyś taki film… Czyli ja też mam bronić ludzi przed demonami?
- Nie tyle ludzi co żołnierzy.
- No to jeszcze lepiej. Sami nie potrafią się obronić?
- Są śmiertelni…
- Co w tym złego?
- Dowiesz się w swoim czasie.

***

Obudź się… obudź… wstań… niebezpieczeństwo… wstań…
Nie lubiła tych głosów. Czuła się wtedy jakby chciały jej rozwalić głowę. Otworzyła oczy. Powoli zaczynało świtać. Usłyszała jakiś szmer. Włożyła rękę pod poduszkę szukając noża, a następnie leżała cicho i nadsłuchiwała. Pewnie jej się coś wydawało, ale dla pewności wstała i ubrała się. Wyszła przed motel. Widoczność była jeszcze średnia. Poszła na stacje benzynową i ujrzała grupkę ludzi. Podeszła bliżej i zobaczyła kobietę tulącą ciało mężczyzny. W jego piersi wbita była srebrna gwiazda, ale zupełnie inna od tych, które mają aniołowie. Dotknęła ciała mężczyzny. Było jeszcze ciepłe, wiec miała szanse dopaść tego zabójcę.

***

- Nauczysz się rozpoznawać demony. Dzieli się je na te złe i jeszcze gorsze, ale są wyjątki. Rzadkie…
- No to super.
- Nie narzekaj. Ciesz się, że jesteś po naszej stronie, bo kiedyś bym Cię zabił, a szkoda by było.

***

Nikogo nie było w pobliżu i nikt nie widział sprawcy. Odeszła kilka kroków od tego miejsca, żeby się rozejrzeć. Usłyszała jakiś świst i odruchowo wyciągła nóż. Zobaczyła błysk srebra i mocnym ruchem przyłożyła w niego. Kolejna gwiazda tym razem przeznaczona dla niej. Wbiła się mocno w asfalt, ale udało się ją wydostać. Nie było w niej nic niezwykłego. Żadnych znaków rozpoznawczych, a to mogło oznaczać tylko jedno. Musiał to być zwiadowca. Ktoś musiał ją śledzić od jednostki albo ktoś stąd ją wydał. Musiała go teraz odnaleźć inaczej miałaby poważne kłopoty. Arsus ją ostrzegał „niech nikt nie wie skąd przyszłaś ani dokąd idziesz”. Nie miała teraz czasu na bujanie w obłokach, więc pobiegła w stronę skąd przyleciała gwiazda. Znalazła się w lesie, ale nadal było zbyt ciemno, żeby mogła znaleźć jakieś ślady. Musiała zdać się na intuicję, która ją nie raz zawiodła, ale zawsze można zaryzykować. Postanowiła biec co sił przed siebie. W pewnym momencie się potknęła i poczuła jak ktoś klęka jej na plecach. Był to mężczyzna.
- Nie podnoś się.
- Bo co mi zrobisz?
- Mogę Cię zabić.
- Raczej niemożliwe.
Jednym szybkim ruchem zrzuciła go z siebie i przyłożyła mu nóż go gardła. Był zwykłym śmiertelnikiem, dlatego zabicie go było bardzo łatwe. Znalazła jakiś dół w ziemi, ale przed wrzuceniem ciała przejrzała dokładnie jego kieszenie. Znalazła kieł wilka symbol zwiadowców i całkiem spory zapas gwiazd. Teraz mogła go tam wrzucić i wrócić do motelu. Przed nią długa i męcząca droga. Musiała się spieszyć.

***

- Dlaczego mam ich zabijać?
- Droga Salahan. Widzę, że nie orientujesz się zbyt dobrze w wojnach, polityce i takich tam. Chcą zniszczyć nasze wojsko, żeby kraj nie miał się jak bronić.
- Ale mówiłeś, że człowiek nie jest wstanie zabić demona.
- No bo to prawda. Wystarczy jeden cios, żeby demon go zabił, ale technika idzie do przodu i człowiek wymyśla różne przedziwne rzeczy. Raz się im to prawie udało, ale sprzęt zawiódł, dlatego jesteśmy my. Wybrańcy. Po okresie próby i lat przygotowania będziemy mogli stanąć naprzeciw ich Panu walcząc o honor i życie ludzi. Może chociaż jedno z Twojej grupy przejdzie przez to na co was szykuję, a teraz śpij. Od jutra zaczniesz nowe życie.

Powrót do przeszłości

Wstała przed świtem. Zaczęła się pakować, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła je i zobaczyła tego chłopaka, który wczoraj przyniósł kolację.
- Dzień dobry. Mam dla Pani śniadanie.
- O tej porze?
- Ten mężczyzna o to prosił.
- Wejdź.
Nie miała ochoty na jedzenie, ale przynajmniej będzie miała coś na drogę. Chłopak przyjrzał się jej rzeczom rozrzuconym po pokoju.
- Jest ich tu więcej…
Spojrzała na niego nie wiedząc o co mu chodzi. Nie chcąc mu przeszkadzać gestem ręki wskazała mu, żeby usiadł.
- Ludzie boja się tu przyjeżdżać. Jeśli już to starają się zatrzymywać tylko w dzień. Na noc wszyscy, którzy mogą uciekają. My sami nie wiemy komu przydzielamy pokoje.
- Gdzie mogę ich znaleźć?
- Oni są wszędzie, ale jest takie miejsce, gdzie się spotykają.
Narysował na kartce plan miasteczka. Był dość szczegółowy. Zaznaczył jej punkt, gdzie był stary i częściowo spalony klasztor zakonu templariuszy. Opowiedział jej legendę o tym co się stało z zakonnikami. Można powiedzieć, że popełnili zbiorowe samobójstwo podpalając siebie i klasztor. Nie udało się ich ocalić, a ich dusze do dziś błąkają się po okolicy. Niedawno przybyło tam pięciu demonów i zdążyli się tam zadomowić. Porywają ludzi, odprawiają obrzędy, żeby zrobić z nich swoich niewolników.
- Według legendy dzisiejszej nocy ma tam powstać ktoś albo coś o niesamowitej sile. Zakonnicy rzucili na to miejsce klątwę przepowiadając to co się teraz dzieje.
- Jak tylko zapadnie mrok pójdę tam. Jeśli jest tak jak mówisz może być ciężko.
- Jeśli Ci się nie uda nikt nas nie uratuje.
- Jest nas wielu także się nie martw. Po mnie przyjdą następni.
- Tylko, że legenda przepowiedziała Twoje przyjście. Jeśli Ty nam nie pomożesz nikt tego nie zrobi.

***

- Wśród nas wszystkich jest wybraniec. My wiemy kto to jest, ale nie możemy tego powiedzieć. Czas pokaże.
- Przypuśćmy, że ja nim jestem. Co się stanie jak zawiodę?
- Nastąpi koniec… Koniec nas wszystkich.
- Ten, który jest panem demonów jest bardzo silny. Przecież to niemożliwe, żeby jedna osoba zabiła tego, którego próbowało zabić setki z nas.
- Jest możliwe. Na tym polega misja wybrańca. Przejdzie on długą drogę, która go do tego przygotuje. Jutro może się zdarzyć wszystko. Pamiętaj Salahan, być może to od Ciebie zależy los ludzi. Mój także.

***

- Mógłbyś mi to jakoś przybliżyć?
- Masz wejść od wschodu. Na wprost tego wejścia jest ołtarz, albo raczej był. Nie wiem jak jest tam teraz. Kto tam wchodził już nigdy się nie pojawił. Ludzie mówią, że czasem w nocy słychać modły, ale w niezrozumiałym dla nich języku. Jeśli uda Ci się stamtąd wyjść uratujesz nas.
- Co do legendy… Jest jeszcze coś?
- Wydaje mi się, że tak. Masz tam kogoś znaleźć i wziąć ze sobą do swojego świata.
Do wieczora było jeszcze daleko. Nie miała zwyczaju poruszać się w dzień. Im dłużej czekała tym bardziej się bała. Mówił, że ma być koło pięciu demonów, a ona ledwo poradziła sobie z jednym. Jednak nie mogła się teraz poddać.

Nieznajoma

Nastał mrok. Czekała długo na tę chwilę. Przyczaiła się w zaroślach, żeby się lepiej przyjrzeć temu miejscu. Budowla była ogromna, ale w niektórych miejscach bardzo zniszczona. Wszystko się powoli sypało, a na murach został jeszcze ślad ognia. Znalazła główne wejście, ale było zawalone belkami. Obeszła klasztor dookoła i znalazła szczelinę, przez którą udało jej się przejść. W środku było ciemno i tylko księżyc momentami dostarczał światła przedzierając się przez rozbite okna. Gdzieniegdzie zachowały się szczątki witraży. Przeszła przez nawę boczną kierując się do ołtarza. Był najlepiej oświetlony nie tylko światłem księżyca, ale i świecami. Wyglądały zupełnie jak płonący dywan. Jeden z demonów stał, a pozostałe klęczały wokół niego. Podeszła najbliżej jak mogła starając się być cicho. Było to dość trudne ze względu na niezliczoną ilość odłamków szkła. Skryła się za jednym z filarów. Dopiero teraz ujrzała ślady krwi. Parę kroków od niej leżało rozszarpane ciało kobiety. Spojrzała na ołtarz i dokładnie się przyjrzała tam zebranym.

***

Zaprowadził ją do dużej sali, w której stało kilka manekinów i tarcza strzelecka. Miała do wyboru: albo najpierw uczy się strzelać z łuku albo zacząć od miecza. Postanowiła zacząć od łuku.
- Postaraj się nie zrobić sobie i mi krzywdy.
- Łatwo Ci mówić. Pierwszy raz mam to w rękach.
Napięła cięciwę i strzeliła. Zaczęła się śmiać widząc efekt tej próby. Strzała wylądowała kilka kroków od niej. Wzięła następną. Skupiła się dokładnie na celu i przymknęła oczy. Próbowała wyobrazić sobie swój cel i po ich otwarciu strzeliła. Tym razem udało jej się trafić, co prawda w dolną linię, ale ten wynik był znacznie lepszy od poprzedniego. Spojrzała na Arsusa, ale tan się nie odezwał tylko podał jej kolejną strzałę. Chciała tym razem wypaść lepiej, dlatego dłużej przygotowywała się do strzału. Uspokoiła oddech i skupiła się na celu. Strzeliła i tym razem trafiła w sam środek. Była w szoku i to bardzo dużym.
- No nieźle…
- Pozwolisz, że coś Ci teraz powiem. Jeszcze w naszej historii nie było nikogo, kto strzelałby tak jak Ty. Sam potrzebowałem całego dnia, żeby choć raz trafić, a Tobie udało się to za trzecim razem.
- To, że trafiłam to przypadek. Daj jeszcze jedną strzałę.
- Dobrze, ale teraz masz inny cel. Wezmę do ręki jabłko. Spróbuj trafić.
- Ty chyba oszalałeś.
- Może i tak. Sprawdźmy to.
Starała się opanować drżenie rąk, ale udało jej się to dopiero po paru minutach. Przecież nawet jeśli w niego trafi to i tak nic mu się nie stanie.
- To teraz się nie ruszaj.
Po tych słowach oddała strzał. Zamknęła oczy, żeby nie widzieć efektu i dopiero jak usłyszała jego kroki otworzyła je niepewnie. Wyciągnął do niej rękę z przebitym jabłkiem. I tym razem nic do niej nie mówił tylko patrzył jej głęboko w oczy.

***

- Przynieście ciało.
Dwóch demonów wyszło do dawnej zakrystii. Wyszli po paru minutach niosąc ciało. Położyli je na ołtarzu i zaczęli modły. Nie była wstanie się ruszyć. Rozpoznała osobę, którą tam położyli. Była to jej koleżanka ze szkoły. Znały się parę lat, ale zawsze zdumiewał ją jej styl bycia. Pełna energii i dobrego humoru, a teraz miała jej ciało przed sobą. Musiała jakoś zareagować nim będzie za późno. Wyciągła srebrną gwiazdę i rzuciła w najbliżej stojącego demona. Trafiła idealnie między oczy. Zawył przeraźliwie i upadł na ziemie, po czym zamienił się w popiół. Ten, który stał najbliżej niego chciał uciec, ale spotkał go ten sam los. Ci, którzy zostali rzucili się na nią. Sięgnęła po miecz czekając na ich atak. Przyjrzała im się i miała dziwne wrażenie, że poruszają się tak samo.
- To co chłopcy. Zabawimy się?
Nie odpowiedzieli tylko stopniowo przybliżali się do niej. Poruszali się tak samo i razem uderzyli, co znacznie utrudniło jej obronę. Odbiła atak raniąc jednego z nich. Pozostali chyba się zdenerwowali, bo uderzyli znacznie silniej i nie była wstanie się obronić. Ciosy były tak sine, że odrzuciło ją parę metrów. Wstała szybko, bo zbliżali się do niej. Wskoczyła na ławkę i odcięła głowę jednego z nich. Spojrzeli na kupkę prochu, która po nim została. Rzucili się na nią z taką siła, że wypadł jej miecz. Jeden przygniótł ją swoim ciałem, a drugi poszedł po broń. W tym czasie szarpała się próbując wyciągnąć spod płaszcza coś ostrego. Utrudniał jej poruszanie jak tylko mógł, ale zrobił błąd. Wbija mu nóż w brzuch i mocno pociągnęła do góry rozrywając ciało. Wygrzebała się spod niego zanim zdążył się rozłożyć. Ten, który został chciał ją zabić jej mieczem nie był wstanie go utrzymać w rękach. Parzył go, ale usilnie próbował go upuścić. Przyglądała się ciekawie temu co robił, ale stwierdziła, że szkoda czasu na takie wygłupy. Chwyciła gwiazdę, tę która znalazła u zwiadowcy i rzuciła. Trafiła w klatkę piersiową, ale nie było żadnej reakcji ze strony demona. Spojrzał się na nią i zaczął śmiać.
- Nie zabijesz mnie moją własną bronią.
- Twoją może i nie, ale swoją na pewno.
Rzuciła z całej siły nóż, a ten upadł wijąc się po podłodze. Podeszła do niego i sprawdziła, gdzie trafiła. O dziwo w ramię, ale nie przypomina sobie, żeby ktoś miał taką reakcję. Wyciągła je, ale on nadal żył. Dobiła go patrząc mu prosto w oczy.

***

Stanął naprzeciw niej z dwoma mieczami.
- Weź go i walcz.
- Przecież ja go nawet nie uniosę.
- Czyżby?
Posłusznie wzięła go i zdziwiła się jego lekkością. Poczuła jak ktoś ją obserwuje. Zobaczyła w drzwiach tą samą osobę co w dniu przybycia i tym razem też nie widziała jego twarzy.
- Kto to jest?
- Mój dobry przyjaciel. Nie dziw się jego zachowaniem. Unika ludzi, a zwłaszcza dziewczyn. Chociaż z nami aniołami też nie utrzymuje zbytniego kontaktu.
Nic nie mówiąc poprosił go, żeby do nich przyszedł. Trochę się wahał, ale podszedł omijając ją szerokim łukiem. Szeptali chwilę między sobą, co jakiś czas zerkając na nią, a gdy już skończyli Arsus podał mu swój miecz. Ten zdjął płaszcz i rzucił go na ziemię. Był szczupły i miał bardzo długie ciemne włosy, podobnego wzrostu do Arsusa, ale jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
- Eryk chciałby sprawdzić Twoje umiejętności.
- Oczekujesz ode mnie niemożliwego.
- To się okaże…
Odszedł od nich parę kroków. Stała zrezygnowana, ale Eryk nie tracąc czasu zaatakował. Próbowała się obronić, ale cios był zbyt silny. Upadła.
- Nie należysz do zbyt delikatnych.
Nic jej nie opowiedział. Podniosła się z ziemi trochę potłuczona, a jeśli tak dalej pójdzie będzie cała poobijana. Ledwo stała, a on zadał kolejny cios. Tym razem obroniła, więc zadawał następne stopniowo zwiększając tempo. Starała się nie gubić, ale potknęła się i upadła. Nie pozwolił jej wstać ciągle zadając ciosy, a ona turlała się po ziemi odpierając atak. Było jej bardzo ciężko i mimo, że próbowała wstać on nie dał jej takiej możliwości. Trochę zaczęła się już denerwować, wiec przyłożyła z całej siły. Odrzuciło go trochę i szybko wstała gotowa bronić się. Lekko skinął ręką na Arsusa, a ten stanął przy nim z mieczem.
- To teraz lekkie utrudnienie. Jest nas dwóch, a Ty jedna.
- Wy chyba oszaleliście.
Padł pierwszy cios, a za nim następny i tak na zmianę. Nie miała już siły, ale oni wciąż atakowali. Trwało to parę godzin, aż w końcu nie wytrzymała i zemdlała.

***

Podeszła do ołtarza. Dziewczyna jeszcze żyła, ale w jej ciele zaczynały powoli zachodzić zmiany. Nie mogła zebrać myśli. Nikt jej nie mówił, co w takiej sytuacji robić. Ściągnęła ją stamtąd i zaczęła wzywać Arsusa.
- Co się stało?
- Możesz mi pomóc? To moja koleżanka…
- To wcale nie ma znaczenia. Spójrz na nią. Ona jest już po tamtej stronie.
- Ale ona nie może umrzeć. Słyszysz? Nie może…
- Zostaw ją. Masz ważniejsze sprawy.
- Jak możesz??
Odwrócił się od niej. Jedyna osoba, której ufała odwróciła się od niej w takiej chwili. Odszedł od nich ku ołtarzowi. Wzięła do ręki swój nóż i przecięła dłoń swoją i tej dziewczyny. Ścisnęła je razem mocno. Odwrócił się do niej i rzucił się na nią kiedy zobaczył co zrobiła.
- Czy Ty wiesz co robisz? W ten sposób jej nie pomożesz, a możesz sobie zaszkodzić.
- Skoro nie chcesz mi pomóc to skąd mogę wiedzieć jak mam ją uratować.
Oderwał ich dłonie od siebie, ale ona zaczęła już tracić przytomność. Poczuł się bezradnie widząc dwa ciała przed sobą.
Wrócił z nimi do swojego świata. Ledwo je niósł, ale na szczęście Eryk przyszedł mu pomóc.
- Ratuj tą drugą, a ja się zajmę Salahan.
- Co się w ogóle stało?
- Złapała demony podczas obrzędu, a ta to ich ofiara.
- Będzie ciężko ją uratować.
Nigdy go nie pytał jak mu się udało przejść na ich stronę. W końcu on sam był kiedyś demonem. Mimo, że nie mówił nic o sobie był dobrym przyjacielem. Położył Salahan na jej łóżku. Przykląkł przy niej trzymając jej dłoń głaszcząc delikatnie po głowie. Spała tak spokojnie. Znużony siedzeniem przy łóżku położył się u jej nóg czuwając aż się obudzi.

***

Walka szła jej znakomicie w porównaniu do nauki. Nigdy jej nie lubiła i traktowała jak przykry obowiązek. Rozróżniała dwie główne grupy demonów podzielone na triotonów i dementrionów. Z wyglądu podobni, ale różnica między nimi była znacząca. Triotoni zabijali ludzi i żywili się ich ciałami. Nie byli zbyt inteligentni, ale bardzo szybcy i zwinni. Atakowani grupą tak samo jak dementrioni tylko, że tamci nie zabijali ciał, a duszę ludzką. Zmieniali ich w swoich zwiadowców lub kolejne demony. Zwiadowcami mogły być nawet dzieci. Znacznie łatwiej było je zdobyć niż dorosłego. Ich celem było znajdywanie aniołów i przekazywanie informacji demonom. Każdy zwiadowca wyglądał normalnie, a od człowieka różniło go tylko parę cech. Przede wszystkim byli silniejsi i dobrze widzieli w ciemnościach. Demony z wyglądu były znacznie inne. Miały wampirze kły, mocne skrzydła często zakończone pazurami, dobrze rozwinięte mięsnie, a ich ręce były zakończone jadowitymi pazurami. Ich twarze nie przypominały ludzkich. Demonice miały nieskazitelną urodę. Delikatne rysy twarzy, skóra czysta i biała, bez żadnej skazy, a ciało pięknie ukształtowane. Tylko jedna rzecz łączyła ich z aniołami. Zdolność do chowanie skrzydeł, choć nie każdy z aniołów mógł się nimi pochwalić. Pod ubraniem były niewidoczne, ale na gołym ciele widać było delikatny zarys wypukłości. Eryk mógł się nimi pochwalić by był kiedyś demonem, ale posiadał je też Arsus w nagrodę za swoją służbę Panu. Od lat szkolił aniołów, ale żadnemu z nich nie udało się przeżyć walki z mistrzem demonów. Żaden z nich nie okazał się wybrańcem. Teraz kiedy stworzyli nową armię Salahan miała stanąć na ich czele. Nie mówił jej o tym nie chcąc jej wystraszyć. Obserwował ją za życia, śledził każdy jej krok, ale kiedy pojawił się w jej życiu ten chłopak poczuł się zazdrosny. Dlatego podesłał mu jedną z demonic, żeby go uwiodła. Postarał się o każdy szczegół i dopiero po jej zabiciu mógł ją wziąć do siebie. Ona okazała się wybrańcem, dlatego nie mógł z tym dłużej zwlekać. Dla dobra kraju, ale i dla siebie. Na samym początku nie podobała mu się jego misja, ale z czasem coś w nim pękło.

Ojciec

Kiedy się obudził zobaczył jak przy nim siedzi. Nie przypominał sobie, żeby okrywał się kocem, więc ona musiała to zrobić.
- Chyba trochę przysnąłem. Powinienem Cię pilnować. Przepraszam.
- Nie przejmuj się. Już mi trochę lepiej.
Nie wyglądała najlepiej. Widać było nadal zmęczenie i to jak bardzo się martwi. Nie chciała go o nic pytać bojąc się odpowiedzi.
- Nie zostawiłem jej tam. Eryk się nią teraz opiekuje i wierz mi, wie co robi. Sam był kiedyś jednym z demonów, ale sprzeciwił się mając dość wyzysku ludzi. Przyszedł do mnie. Myślałem, że chce mnie zabić, ale on ukląkł przede mną i poprosił o przebaczenie. Wziąłem go tutaj. Stał się dobrym kompanem i przyjacielem. Nie raz sobie pomagaliśmy. Sam sobie narzucił pokutę milczenia, dlatego nie jest rozmowny. Mimo że od tamtego dnia minęło już parę lat on dalej się przede mną nie otworzył.
- Mógłbyś mi powiedzieć coś więcej o swoim życiu?
Siadł bliżej niej. Wziął niepewnie jej dłoń. Nie wiedział jak zareaguje na jego słowa.
- Powinienem to już dawno zrobić. Za życia lubiłem sobie poszaleć. Pod wpływem narkotyków zabiłem jakiegoś mężczyznę. Nie pamiętam co się później stało, ale znalazłem się tutaj. Nie było przy mnie nikogo. Siedziałem sam w pustym i zamkniętym pokoju, a na ścianach było pełno fotografii, na których byłem ja i ten mężczyzna. Zrywałem je, ale jak tylko się obudziłem były znowu. Nie wiem jak długo to trwało, ale przyzwyczaiłem się do nich. Zacząłem je oglądać i analizować. Dopiero wtedy żałowałem tego co robiłem. Któregoś dnia po obudzeniu już nie było tych zdjęć… Było tylko jedno i to na całą ścianę, a na nim dziewczynka. Nie rozumiałem co się dzieje i wtedy ktoś do mnie przyszedł. To był ten sam mężczyzna, którego jak mi się wydawało zabiłem. Rzuciłem się mu do nóg i błagałem o przebaczenie. Nic nie mówił tylko siadł obok mnie. Uspokoiłem się i spojrzałem tam gdzie prowadził jego wzrok.

***

- Spójrz na to zdjęcie uważnie. Jesteś tu, aby wypełnić swoją misję. Dopiero wtedy otrzymasz ode mnie przebaczenie. Jesteśmy w miejscu niedostępnym dla ludzi. Nie dojdziesz tu żądną drogą. Możemy się teleportować, ale magia nie jest nam znana. Walczymy przeciw demonom. Można je zabić jedynie srebrnym mieczem, ale nie jest taki zwykły. Wchłaniając ich krew staje się coraz silniejszy. Kiedy już osiągnie najwyższy poziom wystarczy mała rana, a one zginą. Posiadamy także mniejszą i lżejsza broń jak noże i gwiazdy. Tylko niektórzy potrafią się posługiwać łukiem. Zatrute strzały powodują szybsze rozkładanie się ciała.
- A co z tym zdjęciem? Kto to jest?
- Idziemy niedługo na wojnę przeciw panu demonów, a ona jest nam potrzebna. Jeśli my zawiedziemy tylko ona poprowadzi do zwycięstwa. Kiedy dorośnie zabierzesz ją tutaj i nauczysz wszystkiego.
- Dlaczego ona?
- Płynie w niej niezwykła krew… To moja córka.

***

Siedziała patrząc na niego z niedowierzaniem. Nie była wstanie nic powiedzieć.
- Wiem, że ciężko jest Ci w to zrozumieć. On naprawdę był Twoim ojcem. Kiedy miałaś koło siedmiu lat zaczęła się wojna przeciw demonom. Wszyscy poszli tylko ja zostałem. Było ich za mało, więc nie dali rady. Praktycznie nic wtedy nie umiałem, ale zostawił mi księgę i wskazówki co mam robić.
Nie mówiła mu nic ciężko przełykając łzy. Było jeszcze wiele spraw, które miał jej powiedzieć. Musiał z tym jeszcze zaczekać.
- Przejąłem jego miejsce, a Ty będziesz stać ponad nami wszystkimi.

Przebudzenie

Minęło już parę dni odkąd Eryk opiekował się dziewczyną. Arsus starał się nie wchodzić mu w drogę. Nie był pewien co do niej. Miał tylko nadzieję, że nie będzie sprawiać kłopotów. Wszedł na chwilę do pokoju Salahan. Spała w pozycji embrionalnej kurczowo tuląc się do poduszki. Wieść o ojcu nie ucieszyła jej. Wolał nie myśleć co będzie jak powie jej co zrobił, żeby się tu znalazła.
- Salahan… Obudź się.
Nie było żadnej reakcji z jej strony, więc wyszedł. Kolejna zaatakowana przez demony jednostka. Niestety nie wiedział ile ich tam jest, ale w tej sytuacji nie mógł dłużej zwlekać. Musiał iść tam, gdzie ona miała być, ale wciąż czuje się tak samo. Żadnych zmian i to go martwiło.

***

Jednostka taka jak wszystkie tylko, że ta stała płomieniach i słychać było jęki mordowanych. Wszedł do jakiegoś budynku i nagle stało się cicho. Otoczyła go grupa dwudziestu demonów, a wśród nich ktoś, kogo się nie spodziewał.
- Mathelin? Co Ty tu?
Nie odpowiedział bojąc się spojrzeć na niego. Jeden z demonów mu odpowiedział.
- Twój przyjaciel Cię zdradził. Co prawda miała tu przyjść ta dziewczyna i to dla niej szykowaliśmy to, co teraz Cię spotka.
Każdy z demonów wyciągnął przed siebie ręce tworząc w ten sposób ogniste kule. Złączone ze sobą stworzyły ognistą poręcz. Nie mając chwili zastanowienia postanowił wybrać najprostszą drogę ucieczki. Wziął rozbieg i przeskoczył przez niego lekko przypalając sobie buty i płaszcz. Zwinnie rzucił dwie gwiazdy eliminując dwóch demonów, ale oni nie zginęli. Wyciągnęli je z siebie i rozdwoili się. To nie wróżyło dobrze. Jeśli za każdym razem będzie się tak mnożyć nie będzie miał szans na przeżycie. Musiał, więc zabić ich w inny sposób. Prowokował ich, żeby podpalali wszystko i biegał między nimi. Oni chcąc go podpalić spalali siebie nawzajem. Kiedy już został z nich tylko popiół poszedł szukać zdrajcy. Przygarnął go kiedyś. Znalazł samego na ulicy jak był dzieckiem i zaprowadził do domu dziecka. Obiecał mu, że jak dorośnie i będzie już dużym, silnym chłopcem zabierze go do siebie. Zgodnie z tą obietnicą przyszedł po niego parę lat później. Miał krótkie i czarne jak heban włosy, ciemne oczy, ale skórę miał jasną i delikatną. Nie był zbyt wysoki i ciągle się czegoś bał. Wyglądało to tak jakby zamknął się w sobie. Myślał, że coś z niego będzie, ale się pomylił.
Zobaczył go oddalającego się w stronę lasu. Pobiegł szybko za nim.
- Stój! Jakim prawem nas zdradziłeś?
Mathelin się nawet nie zatrzymał. Szedł dalej nie odzywając się. Arsus szarpnął go za ramię, a kiedy się odwrócił zobaczył, że jego twarz się zmieniła. Wiedział już, że poddał się woli demonów, że sprowadzili go na swoją stronę. Nie pozostało mu nic innego jak go zabić, ale ten nawet nie zareagował na widok miecza. Dopiero kiedy był już blisko jego ciała zablokował jego atak. Zaczęli walczyć, ale byli tak samo sprytni i silni. Ich złość za siebie nawzajem wzrastała i żaden z nich nie chciał odpuścić. Jednak Mathelin miał mniej doświadczenia i zastał raniony w prawe ramię. Płynęła z niej żółć i krew uniemożliwiając mu w ten sposób poruszanie. Bez zastanowienia wziął miecz do drugiej ręki, ale ta była za słaba, żeby wygrać z Arsusem.
- Dobij mnie i kończmy ten cyrk.
- Za to, że nas zdradziłeś nie mam innego wyjścia.
Przeszył go na wylot patrząc jak kona. Kiedy on już leżał bezwładnie wyciągnął miecz i jakaś dziwna siła go odrzuciła.

***

Salahan obudziła się cała mokra. Miała zły sen. Śnił jej się Arsus, więc zaczęła go szukać, ale bez skutku. Nie miała wyboru i musiała iść do Eryka. Weszła do sali i zobaczyła go jak klęczał przy ołtarzu, na którym leżała jej koleżanka. Była przykryta białym płótnem, a wokół niej rozłożył kwiaty. Podeszła do niego.
- Eryku… Wiem, że nie powinnam, ale nie wiem gdzie jest Arsus…
- Jest tam, gdzie Ty powinnaś. Któraś z jednostek na północy.
Widziała ją we śnie, więc pobiegła szybko po broń i płaszcz.

***

Leżał wciąż nieprzytomny wśród mchu i gałęzi. Płomienie się wciąż rozprzestrzeniały. Niebezpiecznie zbliżały się do niego, ale na szczęście ona już tam była. Rozglądała się za nim, a gdy zobaczyła jego miecz wiedziała, gdzie szukać. Był cały oblepiony żywicą i liśćmi. Próbowała go obudzić, ale nie reagował.

***

Resztką sił dowlekła go do pokoju. Wrzuciła na łóżko i położyła jego miecz przy nim. Wybiegła do Eryka i kiedy mu o wszystkim opowiedziała kazał jej zostać z dziewczyną, a on postara się mu jakoś pomóc. Siadła przy ołtarzu patrząc się na nią.
- Obudź się, bo już nie wytrzymuje z tymi facetami…
Miała wrażenie, że jej dłoń lekko drgnęła, ale pewnie się jej przewidziało. Podeszła do niej i pogładziła po włosach. Ognisto rude zawsze przyciągały chłopaków, a swoim zachowaniem ich onieśmielała. Ona nigdy tak nie miała. Była zbyt nieśmiała w porównaniu do niej.
- Nie leń się tak. Wstawaj i idziemy na piwo.
Zaskoczyło ją kiedy ta otworzyła oczy. Chciała biec po Eryka, ale nie mogła zostawić jej samej. Zachowywała się jakby była trochę pijana.
- Dobrrrrra. Konies impresyy. Czas zmienić lokal…
Salahan zaczęła się śmiać. Wszystko było z nią w porządku. W wielu sprawach była od niej lepsza, a w piciu przede wszystkim. Próbowała zejść z ołtarza, ale w takim stanie ledwo się trzymała.
- Ktoś cosik mówił o piwie?
Spojrzała na Salahan, ale zdawała się jej nie poznawać. Ta zdjęła swoją gumkę z włosów i założyła jej. Wtedy zobaczyła na jej szyi siniaki. Były ledwo widoczne, więc musiały być sprzed przyjścia tutaj. Miała tylko nadzieję, że nie zrobili jej krzywdy.
- Czas ucieka, wóda czeka. Gdzie tu jest wyjście?
- stąd nie ma wyjścia.
W tym momencie do sali wszedł Eryk, a za nim ostatkiem sił wlókł się Arsus. Nie miała ochoty na rozmowę z nim, dlatego zwróciła się do Eryka.
- Przypadkiem udało mi się ją obudzić. Jest jeszcze trochę nieprzytomna i gada od rzeczy,
Ten nawet do nich nie podszedł. Unikał ich spojrzeń jak tylko się dało. Ściągnęła dziewczynę z ołtarza i zaprowadziła do swojego pokoju.

Pamięć

Siedziała przy niej trzymając jej rzeczy na przebranie. Zupełnie tak jak było z jej przybyciem. Arsus już do niej nie przychodził odkąd w jej łóżku leżała ona. Unikała go jak tylko się dało. Nawet w ten sposób było jej wygodniej. Wiedziała, że ją obserwuje podczas treningów, ale jakoś się tym nie przejmowała. Teraz czekała niecierpliwie aż stąd wyjdzie. Chciała iść gdziekolwiek byle na wewnątrz. W takich chwilach myślała o matce. Dawno jej nie widziała i martwiła się o nią. Jej zdrowie nie było w zbyt dobrym stanie, a teraz została sama. Ciężko było jej o tym myśleć szczególnie, że musiała zerwać kontakt z tamtym życiem. Zaczęła cichutko łkać kiedy dziewczyna się obudziła.
- Witaj. Mam dla Ciebie rzeczy. Jak się ubierzesz opowiem Ci wszystko co się dzieje.
Nie czekając na odpowiedź wyszła z pokoju. Było jej ciężko pozbierać myśli. Eryk twierdzi, że to chwilowy zanik pamięci i musi jej wszystko przypomnieć. Nawet nie wiedziała od czego ma zacząć. Już zabijanie demonów wydało jej się łatwiejsze, ale co zrobić…

***

- Powiedziałem Salahan o jej ojcu. Aż boję się pomyśleć jak dowie się wszystkiego.
- Daj jej trochę czasu.
- Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Już nie wiem co mam zrobić, żeby ją znaleźć. Zupełnie jakby wiedziała, gdzie idę i chowa się przede mną. Przez tą dziewczynę nie mogę wejść do jej pokoju, bo będzie, że ją nachodzę. Pomóż mi. Wiem, że masz swoje powody, żeby mi odmówić, ale musisz chociaż na chwilę odciągnąć ją od niej.

***

- Jestem Ci winna parę wyjaśnień.
Widziała jej zakłopotanie. Jej też musiało być ciężko.
- Ja Cię skądś pamiętam, ale nie jestem wstanie sobie przypomnieć. Praktycznie nic nie pamiętam.
- Znalazłam Cię parę dni temu. Wiesz w ogóle co się z Tobą działo?
Siedziała cicho próbując coś znaleźć w pamięci. Trochę to trwało zanim się odezwała.
- Jedyne co pamiętam to jak paru chłopaków się do mnie przysiadło. Trochę wypiliśmy, no i wiadomo… Film mi się urwał i nic więcej nie pamiętam. No może jeszcze jedno, ale nie wiem czy to ważne.
- Powiedz to się okaże.
- Jeden z nich w pewnym upuścił coś, co wyglądało jak jakaś gwiazda.
Salahan już wszystko wiedziała. Zwiadowcy…
- Chcieli Cię wykorzystać do swoich celów. Ciesz się, że przeżyłaś. Widziałam ciała tych, którym się nie udało.
- A kim Ty jesteś?
- Kimś kto musi zabijać demony, a żeby się tu dostać trzeba umrzeć i zostać wybranym do tej misji.
- To ja nie żyję?! Przecież młoda jestem i jeszcze tyle przede mną.
- Ciebie przysłał tu los, a mnie musieli zabić. Sama nie wiem co mam o tym myśleć.
Patrzyła na nią w osłupieniu. Jakoś nie mogła pojąć tego wszystkiego. Jeszcze długa drogą przed nią, żeby się z tym oswoić.
- Jakim prawem to robią?
- Wszystko po to, żeby uwolnić ludzi. Zabijając demony wzrasta szansa, że uratujemy kogoś z naszych bliskich.
Powoli zaczynała rozumieć. Przyglądała się jej i zauważyła, że ona też ma taki medalion.
- Co to za medalion? Jest beznadziejny. Zrobiłabym lepszy…
- Dobrze o tym wiem, ale to już zostało zrobione bardzo dawno temu. Każdy z nich czekał na nasze przybycie. Tu na odwrocie jest Twoje nowe imię.
- Arkadia… Całkiem fajne.
- Ja mam na imię Salahan. Będę od tej pory Twoją nauczycielką. Masz niezwykły wygląd i bardzo się nam przydasz.
Uśmiechnęła się do niej najładniej jak potrafiła i dumnie zarzuciła włosy robiąc przy tym głupie miny. Salahan już dawno się nie śmiała, ale dzięki niej mogła teraz robić to znacznie częściej.
- A ten Eryk to, co on takiego robi?
- Nie jesteś tu, żeby porywać chłopaków, ale w przerwach między zajęciami może będziesz miała na to czas.
- Jakimi zajęciami??
- Chodź ze mną to Ci pokaże.

***

- Dobra. Wychodzą z pokoju. Idziemy.
- To nie jest dobry pomysł Arsusie.
- Musze z nią pogadać. To jest naprawdę ważne.
- Idą do sali. Pewnie będzie pokazywać jej sprzęt. To nie jest odpowiednia chwila.
- Właśnie, że bardzo dobry. Ja wezmę Salahan, a Ty w tym czasie zajmiesz się tamtą.
Spojrzał na niego błagającym wzrokiem. Wiedział, że jak się uprze to nie da rady się mu sprzeciwić. Musiał iść za nim. Cóż… Jakoś to przeżyje. Może akurat nie będzie tak źle.

***

Weszły do sali i Arkadia trochę się krzywiła na widok broni. Chciała się po cichu wymknąć kiedy ich zauważyła. Trypła łokciem Salahan, która właśnie grzebała w pudle szukając odpowiedniej broni dla niej. Prawie tam wpadła, bo uderzyła ją zbyt mocno i ledwo utrzymała równowagę.
- Co chcesz?
- Spójrz kto przyszedł.
Odwróciła się i zobaczyła ich. Nic nie mówiąc podeszła do Arsusa i chwyciła go za koszulę.
- Idziemy.
Nie stawiał oporu, ale zostawił biednego Eryka sam na sam z Arkadią.

Zauroczenie

Został z nią sam. Bał się do niej podejść, a co dopiero odezwać. Starał się jej za bardzo nie przyglądać. Miał wystarczająco dużo czasu kiedy ją uzdrawiał. Zaczął nerwowo grzebać w pudle i znalazł dla niej odpowiedni miecz. Nie patrząc w jej stronę podał jej. Wzięła go specjalnie tak, żeby ich ręce się spotkały. Zauważyła jak się rumieni.
- Czy Ty się mnie boisz?
Nie odzywał się. Poszedł po swój miecz, żeby zacząć ćwiczenia, a ona bacznie mu się przyglądała. Kiedy wrócił stanął naprzeciw niej z lekką obawą.
- Wiesz jak się bronić?
- Trochę widziałam w telewizji na filmach… Może zdejmę bluzę, żeby nie krępowała mi ruchów?
Spojrzał na nią z przerażeniem. Ciężko przełknął śliną i niepewnie jąkając się powiedział, że nie musi.
- No to zdejmę.
Zaczerwienił się ponownie i odwrócił się plecami nie chcąc się przyglądać.
- Możesz się już odwrócić.
Na szczęście miała na sobie koszulkę. Nie wie co by zrobił gdyby jej nie miała. Prawdopodobnie wyszedłby i unikał jej cały czas. Na szczęście mogli już zacząć walczyć. Problem w tym, że nie potrafił się obchodzić z dziewczynami. Był tym tak zdenerwowany, że mylił kroki i często się potykał.

***

- Czemu ciągle łazisz za mną? Mało Ci po ostatnim razie?
- Zrozum. To nie wszystko.
- A może nie chcę wiedzieć więcej?
Odepchnęła go z całej siły, ale dogoniła ją i zastawił drogę.
- Twoja matka…
- Czego Ty od niej chcesz?? Zostaw ją w spokoju.
- Twoja matka wie, że tu jesteś. Byłem u niej.
- Co??
- Twój ojciec ją uprzedził o tym co się stanie. Ona o wszystkim wiedziała, ale nie mogła Ci powiedzieć. Opiekuje się nią moja siostra Elana.
- To ja się powinnam nią zająć. Nich spróbuje ją tylko tknąć…
- Salahan uspokój się.
- O nie. Mam dość. Przez głupi kaprys mojego ojca nie żyję, nie mogę opiekować się matką. Może jest coś o czym jeszcze nie wiem?
- Tak. Musimy się pobrać.

***

Znowu za mocno przyłożył i wylądowała na ziemi.
- Przepraszam…
Ledwo wstała. Otrzepała się i popatrzyła mu prosto w oczy. Był w nich strach i smutek. Nie chciał jej ranić, ale nie potrafił inaczej. Nie panował nad sobą. Działo się z nim coś czego nigdy nie czuł.
- Możemy dalej?
- Nie. Już wystarczająco Cię poobijałem.
Wyszedł szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Zostawił ją samą. Siadła zrezygnowana na ziemi i czekała na Salahan. Coś długo nie wracała.

***

- Kolejny pomysł troskliwego tatusia?
- Co w tym złego, że zadbał o Twoją przyszłość?
- To, że nie żyję, to, że pozbawił mnie wszystkiego co miałam, to, że nikt się nie pytał jak ja chcę żyć i co osiągnąć.
- Byłem u Twojej matki spytać czy się zgodzi na to, żebyśmy się pobrali.
- No to nieźle. Wszyscy wokół mnie spiskują i dowiaduje się o wszystkim na samym końcu.
- Mam dla Ciebie list od niej. Prosiła, żebym Ci go dał jak przyjdzie czas.
- Czas na co?
- Wiemy, gdzie ukrywa się pan demonów. Szykuje się wojna. Ty nas poprowadzisz.

***

Weszła wściekła do sali ledwo panując nad nerwami.
- Nieudana randka?
- Bardzo śmieszne.
- Zgodziłaś się?
- Na co?
- No Eryk mówił, że Arsus i Ty…
Wyszła jeszcze bardziej zła. Miała dość, że wszyscy planują jej życie i nawet jej najlepsza koleżanka jest w to zamieszana. Złość ją roznosiła. Wybrała się do kolejnej jednostki, żeby się jakoś wyładować. Arkadia podniosła się z ziemi i poszła się przejść. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Przechodząc obok pokoju Arsusa usłyszała jego rozmowę z Erykiem.
- Salahan jest jeszcze bardziej na mnie wściekła. A jak Ci poszło z dziewczyną jak jej tam…
- Arkadia.
- No właśnie. Wyglądasz na trochę rozkojarzonego.
Milczał. Nie wiedział co ma powiedzieć. Nie potrafił wyrazić tego co czuje.
- Kiedy tak leżała na ołtarzu przyglądałem się jej uważnie. Jest niezwykła, ale kompletnie nie zna się na walce.
- Typowa baba. Nie martw się. To normalne.
Odeszła od drzwi jak najciszej. Z tą bronią miał rację. Naszła ją ochota na długą kąpiel i odrobinę snu. Zastanawiała się gdzie poszła Salahan. W pokoju jej nie było.

Gniew

Jednostka w samym centrum jakiegoś pustkowia. Było tam za cicho, dlatego poruszała się bez szelestu. Przechodziła się pustymi i ciemnymi korytarzami. Zupełnie nagle usłyszała muzykę i śpiewy. Ciemność rozjaśniły płomienie. Wybiegła szybko na plac po drugiej stronie budynku, a to co tam zobaczyła było straszne. Wszędzie było pełno pali, na których byli powbijani żołnierze. Po wyrazie ich twarzy wiedziała, że umierali w strasznych mękach. Pomiędzy nimi rozpalono wielkie ognisko wokół, którego tańczyła ponad setka demonów. Jeszcze nigdy nie widziała ich w takiej ilości. Ruszyła w ich stronę. Wyciągła miecz i rzuciła się między nich.

***

Odprężona kąpielą miała się już położyć, kiedy zobaczyła ich w pokoju.
- Nie wiesz, gdzie jest Salahan?
- Skąd mam to wiedzieć? Nieźle ją wkurzyłeś, więc pewnie poszła się wyładować.
W tym momencie do pokoju wpadł jeden z ich posłańców.
- Słuchajcie. Jest problem. Liczna grupa demonów zaatakowała jednostkę, ale co najdziwniejsze nie wiemy co się tam dzieje. System siadł i nie możemy się tam teleportować. Salahan jest tam.
Bez słowa pobiegli tam, gdzie nie miał wstępu nikt oprócz nich. Arkadia skorzystała z zamieszania i weszła tam. Była to wielka sala pełna komputerów, a na jej końcu był wielki ekran z jakimiś dziwnymi kropkami. Było tam imię Salahan i jakieś wykresy. W samym środku poruszających się białych kropek była jedna czerwona. Pomyślała, że to ona, a te białe to demony. Tylko, że było ich strasznie dużo. Zauważył ją Eryk.
- Nie wolno Ci tu być.
- Ale jestem i proszę o wyjaśnienia.
Podeszli do jednego z komputerów.
- Każdemu z nas wszystkich jest przydzielony jeden komputer. Ten obok ma wszystkie informacje na Twój temat. Tu po lewej stronie na dole jest siła, a tu wytrzymałość.
- Ile ich jest? Z iloma walczy?
- Było koło setki, ale ciągle spada. Nie jesteśmy wstanie tego określić.
Stali tak w ciszy przyglądając się tym kropkom. Nie wylądowało to najlepiej, ale stało się coś zupełnie niespodziewanego. Wszystkie komputery się wyłączyły.
- Włączcie je!! Szybko!
Arkadia nie wiedziała skąd ten pośpiech. Przecież to normalne, że przegrzane komputery mogą odmówić posłuszeństwa. Arsus jej to wytłumaczył.
- Jeśli komputer będzie wyłączony przez ponad 10 minut umrzemy. Cały ten system jest odpowiedzialny za nasze drugie życie.
Na szczęście wszystkie się włączyli. Przez tą chwilę siła Salahan bardzo wzrosła. Było to dziwne, bo jeszcze nikt nie osiągnął takiego poziomu. Wszyscy zebrali się przy głównym ekranie.
- Jest tak jak mówił jej ojciec…
Białe kropki ginęły jedna za drugą. Kiedy zostało ich już naprawdę mało czerwona kropka wybuchła.
- Co to ma znaczyć?
Zobaczyli jak wszystko w pobliżu ginie. Zupełnie jakby zmiotła ich potężna siła. Dane o jej stanie znikły wraz z tym co się stało. Stali oniemiali nie potrafiąc sobie wytłumaczyć co się z nią stało. Minęło parę minut, ale nadal nic się nie pokazywało.
- Gdzie ona jest?!
Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Arsus był na granicy załamania. Siadł przy swoim komputerze i nie reagował. Mieli już iść, ale pojawiła się mała pulsująca kropka. Jej siła wzrastała osiągając najwyższą możliwą wartość. Ktoś krzyknął, że można się już teleportować i kiedy Arsus chciał to zrobić Eryk go zatrzymał.
- Zostaw ją. Musi dojść do siebie.
Wyszli stamtąd. Arkadia krok w krok podążała za nimi.
- Może mi ktoś wytłumaczyć co się dzieje?
Arsus nawet nie zwolnił. Eryk tym razem go nie zatrzymał.
- To jest szok dla nas wszystkich. Nikt się nie spodziewał, że dojdzie do takiego stanu. Musiała być bardzo zdenerwowana skoro zdecydowała się działać mimo takiego zagrożenia.
Znów się zarumienił kiedy tak przyglądała się mu w milczeniu. Chciał iść do swojego pokoju, ale szła cały czas za nim. Poszedł do Arsusa, bo może wtedy da mu spokój.
- Może lepiej chodźmy do mnie? Jak Salahan wróci to z nią pogadamy.
Arsus położył się na łóżku i nawet nie drgnął, a Eryk nerwowo przeglądał jakieś książki. Miło, że wykazali zainteresowanie losem Salahan. Idąc do pokoju zastanawiała się co będzie jak już do nich wróci. W końcu to co zrobiła było szokujące, ale i fascynujące. Czekała na nią siedząc na łóżku. Mijała godzina za godziną zlewając się ze sobą. Im dłużej czekała tym czekała tym bardziej jej się nudziło. Zasypiała na siedząco, ale obudziło ją nagłe otwarcie drzwi.

***

- Ja już nie wiem co mam zrobić. Chyba musze się wycofać. Salahan poradzi sobie znacznie lepiej beze mnie.
- Gdyby nie Ty nie była by taka.
- Raczej gdyby nie jej ojciec. Muszę pokazać jej księgę jak wróci. No i jeśli będzie chciała ze mną rozmawiać.

***

Widok był przerażający. Była cała zakrwawiona i lepka od brudu. Wyglądała jak upiór. Patrzała na nią gniewnie nic nie mówiąc. Rzuciła miecz na łóżko i zdarła z siebie pozostałości płaszcza. Na jej plecach były ślady pozostawione przez szpony demonów, a brzuch pogryziony z widocznymi znakami kłów. Bardzo cierpiała, ale Gniew zdawał się być silniejszy. Arkadia skryła się w kącie łóżka tuląc się do poduszki. W oczach Salahan było coś dziwnego. Resztką sił doszła do łazienki. Zachwiała się i upadła. Wbijając palce w brzuch wydała cichy jęk. Kidy ustał podniosła się i zatrzasnęła za sobą drzwi. Arkadia szybko pobiegła do chłopaków. Otwierając drzwi do pokoju Arsusa z całej przyłożyła nimi Erykowi.
- Przepraszam… Słuchajcie. Salahan wróciła!
Arsus szybko wstał z łóżka i pobiegł do ich pokoju. Arkadia schyliła się by sprawdzić co z Erykiem. Leżał nieruchomo na podłodze trzymając się za nos.
- Prawie mi go złamałaś.
- Przepraszam, ale to z radości, że Salahan już wróciła. Skąd mogłam wiedzieć, że akurat będziesz chciał wyjść.
- Mogłaś najpierw zapukać.
Kiedy się do niego zbliżyła, żeby pomóc mu się podnieść szybko wstał mówiąc, że już mu przeszło i omijając ją jak tylko się dało wyszedł z pokoju.

Demonica II

Kiedy Arkadia wyszła z pokoju Salahan szybko zamknęła za nią główne drzwi. Siadła przed lustrem oglądając rany. Nie wyglądało to dobrze. Jeszcze nigdy się tak nie czuła, ale było jej z tym wspaniale. Musiała się teraz zająć kolejną demonicą. Jednak najpierw musi porozmawiać z przyjaciółmi. Wiedziała, że czekają pod drzwiami, więc włożyła coś na siebie i zaprosiła ich do środka.
- Jest parę spraw, które musimy omówić. Eryku. Podaj mi namiary na następną demonicę, Arkadio pójdziesz tak ze mną. Będziesz moją słodką przynętą. Wszystko opowiem Ci w swoim czasie. Arsusie mam do Ciebie prośbę. Potrzebna nam nowa bron i chcę, żebyś ja wykonał.
Patrzyli na nią w osłupieniu. Chłopcy ukłonili się i wyszli, a Arkadia siadła na łóżku. Podeszłą do niej i siadła obok. Przytuliła się do niej.
- Jak dobrze być w domu. Muszę zabić jedną demonicę, ale pewnie w okolicy znajdzie się jeszcze parę. Wykorzystam Twoją urodę. Zwabisz ich do mnie, a ja zajmę się resztą. Będę Cię pilnować, żeby nic Ci nie zrobili. Przyszykuj się, a ja w tym czasie Pojdę do Arsusa

***

Kiedy została sama wyjęła list spod poduszki od matki. Nadal go nie otwarła, a teraz jest odpowiednia chwila.

„ … to co powiedział Twój ojciec było dla mnie szokiem. Myślałam, że go znam, a tu okazało się, że prowadził podwójne życie. Nie powiedziałam mu o ciąży i wyrzuciłam go z domu. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że tamta wplątała go w kłopoty i zginął w wypadku. Po miesiącu przyszedł do mnie i myślałam, że tracę rozum. Wytłumaczył mi wszystko i przeprosił za wszystko, co źle zrobił. Powiedział też, że weźmie Cię do siebie kiedy już dorośniesz. Co parę tygodni pisał do mnie listy i w nich opisywał swoją misję. To było straszne żyć wiedząc o tym, że twoje jedyne dziecko zginie. Teraz, kiedy Cię już nie ma przy mnie jest mi bardzo ciężko. Twój przyjaciel przyszedł do mnie z jakąś dziewczyną. Znałam go wcześniej. Przychodził kiedy byłaś w szkole. Pytał czy zgodzę się, żebyście byli razem. Nie odpowiedziałam, bo wolę, żebyś sama zdecydowała. Już zbyt wiele zostało postanowione bez Twojej wiedzy… ”

Arsus nie wydawał się być dla niej odpowiednią partią. Jakoś nie chciała o tym teraz myśleć. Zbyt wiele miała teraz na głowie.