Styczeń 27th, 2008 przez Gandalf

Wiele lat minęło odkąd w Czarnych Górach po raz ostatni stanęła stopa człowieka. Taak,Czarne nie były miejscem do którego ktokolwiek chętnie by się zapuszczał. Nikt z żyjących bo z martwymi nic nie wiadomo.
Góry Czarne to 7 szczytów które zawsze górowały nad okolicą,nieważne gdzie się było. No i ten las…
Upiorne góry i upiorny las. To właśnie tu będzie się działa nasza opowieść.

***

Villemo podróżowała już szósty dzień i było tego naprawdę za dużo. Nie dość że jest głodna i że potłukła się spadając do wąwozu to jeszcze te opowieści ludzi z wioski. Villemo nic nie mogła poradzić. Coś jej każe jechać przez lasa ona nie wie co. Nawet legendy o duchach nie mogły jej powstrzymać. Cofnęła się myślą do wydarzeń sprzed 2 tygodni…

Pewnej nocy miała sen. To nawet nie był sen ale rozkaz.Widziała starą kobietę przy małym ognisku. Wokół niej było coś co wyglądało jak… smok… Kobieta trzymała na kolanach szkatułę z czarnego drewna. I nie wiadomo skąd Villemo wiedziała że kobieta czeka na nią. Opowiedziała sen rodzinie. Wszyscy zgodzili się ze to musi być legendarna prababka Villemo, która została wybrana do ważnego zadania. Teraz miała widać jakąś misje dla Villemo. I nikt nie mógł zrozumieć dlaczego Vill została wybrana do tego a nie Bedra, jej najstarsza siostra. Villemo Zawsze była pogardzana przez rodzinę dlatego .ze urodziła się najmłodsza i w dodatku za wcześnie. No i jeszcze ta jej skłonność do zamyślania się. Cała rodzina uważała że Vill nigdy nie wyjdzie za mąż (chociaż była ładna) a już na pewno za jakiegoś właściciela ziemskiego (bo nie lubiła zabijania zwierząt). Tak to Bedra powinna być wybrana.ale co się stało to się nie odstanie i Villemo musi jechać i niech ja serce prowadzi.
No i pojechała. 7 dnia zajechała do wioski. Ludzie mówili jej że w żadnym wypadku nie powinna jechać w góry bo tam straszy. To nie problem-ona nie boi się duchów.
Teraz jest w nawiedzonym lesie którego końca nie widać. Aż się w niej gotuje. Musi przełazić przez doły i jagodniki,koń już nie wytrzymuje. I w dodatku jest tak cicho…
Zrobiło się ciemno i Vill postanowiła rozbić obóz. Po drodze zauważyła małe źródełko. Poszła tam po wodę. Niestety nie.
zauważyła postaci skradającej się za drzewami. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno… straciła przytomność…

***

Obudziła się z koszmarnym bólem głowy. Bała się otworzyć oczy nie wiedziała gdzie jest. Czuła że jest jej niewypowiedzianie wyraźnie i ciepło… Zasnęła znowu…
Nie wiedziała ile czasu minęło,ale gdy oprzytomniała ponownie wyczuła że znajduje się w skale. I jeszcze coś:Nie była sama…
- Już się obudziłaś? To dobrze, czeka nas dużo roboty.
Vill obróciła głowę. Pod ścianą stała niemłoda kobieta… z jej snu! A obok niej leżał wielki czerwono-złoty smok!
Może to dziwne ale Villemo całkowicie nie bała się smoka. Patrzył na nią takim….miłym spojrzeniem!
- Nie bój się – powiedziała kobieta
- gdzie ja jestem? I kim ty jesteś?
- Twoja prababką. A znajdujemy się w smoczej jaskini. Wybacz te uderzenie ale nasi zwiadowcy nie są zbyt delikatni.
- ale ..o co chodzi?
- już ci mówię:
I popłyneła opowieść:
Dawno temu gdy smoki były u szczytu swej potęgi,w kraju za morzem urodził się potężny czarodziej który postanowił zniszczyć smoki. Udało mu się to. Dotarł do legowiska Wielkiej smoczycy i zabił ją. Zniszczył również kobietę opiekujacą się nią , zwaną Królową Smoczej Utopii. Jednak przedtem królowa urodziła córeczkę. Wielka smoczyca umierając powiedziała że potomkini tej córeczki będzie największą królową w dziejach. Minęło wiele lat. Smoczy mędrcy pilnowali dziewczynki i jej potomstwa. Od tego czasu każda kobieta ze znamieniem z kształcie gwiazdy była wybierana na królowa, jednak nie natrafiono na tą właściwą. Pewnej nocy ukazał się duch wielkiej smoczycy i powiedział że w chwili narodzin Królowej Smocza utopia zatrzęsie się w posadach. No i pewnego dnia urodziłaś się ty. Miałas znamię w kształcie gwiazdy i smocza utopia się zatrzesła. Zostaniesz Królową.
- Ale… nie to musi być jakaś pomyłka, ja się nie nadaję.
- a kto w takim razie się nadaje?
- rodzice mówią że Bedra…
- Tak? A spróbuj to sobie wyobrazić.
Wyobraziła to sobie…
- no cóz, może masz racje. Bedra to egoistka. Ale Malcolm?
- Malcolm to mężczyzna a tu mogą być tylko kobiety.
- Ale dlaczego ja?!
- Takie jest twoje przeznaczenie. – powiedziała babcia i opuściła pokój. Villemo rzuciła się na łóżko i zaczęła płakac. Nie odpowiadała jej taka zmiana sytuacji: z wyśmiewanej wiejskiej dziewczyny po Wielka Królową.
Zupełnie zapomniała o smoku który został w komnacie. Nagle usłyszała:
- Nie płacz. To nic nie pomoże.
Odwróciła się przestraszona i zobaczyła wielkiego smoka wpatrującego się w nią z uśmiechem który mógł przyprawić o dreszcze.
- K…kim jesteś?
- Nazywam się Draco. Jestem Wielkim smokiem.
- Ja nazywam się Villemo, jestem… cóż sam wiesz najlepiej
- czemu płakałaś? Nie jesteś szczęśliwa?
- dziwisz się? tego jest za dużo!
- Czego?
- Wszystkiego! Ta nagła zmiana… jestem pewna że sobie nie dam rady… – wybuchnęła
- Dasz radę napewno. Przeciez jesteś wybrana
- Oj czy ja wiem…
Nie wiedząc kiedy Villemo opowiedziała całą swą historię. Draco nie zauważył że coś się miedzy nimi rodzi: przyjaźń.
Minęło kilka dni. Vill przyzwyczaiła się do myśli że zostanie królową. Wieczorem, w dniu święta Stregia miała odbyć się koronacja. Przyszła królowa została wykąpana i natarta pachnącymi olejkami. Nałożyła biała szatę haftowaną w srebrne smoki. Razen ze swoja prababką udała się do wielkiej sali gdzie znajdowały się wszystkie stworzenia zamieszkujące Utopię. Na podwyższeniu leżał miecz i korona. Obok leżał wielki zielony kamień. Babka podeszła do podium,uniosła w górę ręce i powiedziała w języku którego Vill nigdy się nie uczyła ale teraz rozumiała wszystko:
- Witajcie. Zebraliśmy się tutaj by sprawdzić czy Przepowiednia jest prawdziwa. Wszystkie

znaki mówiły że obecna tu Villemo jest Najwiekszą królową. Niech dokona się próba!
Villemo podeszła do kamienia i stanęła na nim. Przepowiednia mówiła że tylko prawdziwa królowa może na niego wejśc. W przeciwnym razie dziewczyna ginie.
Vill stanęła na kamieniu i nagle cała sala rozmigotała się gwiaździstym blaskiem. Villemo urosła. Teraz wygladała jak prawdziwa królowa, chociaż niewiele zaszło w niej zmian fizycznych. Zgromadzeni wiedzieli że wróciła do nich Królowa Smoczej Utopii.
Babka podeszła do niej i powiedziała:
- Witaj wśród nas. zasiądź na tronie który prawnie ci się należy.
Villemo podeszła do tronu i usiadła na nim. już się nie bała. wielki mistrz podszedł i z ukłonem włożył jej koronę na głowie oraz podał miecz. Draco usiadł przy jej nogach.
Nagle Villemo wstała,unisła w górę miecz i powiedziała:
- Ludu smoczej utopi! Ślubuje wam dzisiaj że zawszę będę miała na uwadze dobro poddanych i że ten miecz nie zazna spoczynku dopóki nie pomścimy strat sprzed lat!
Zapanowała wielka wrzawa. To był dzień wielkiej radości: Dzień Nadziei.
Niestety tylko królowa wiedziała ile jeszcze mósi się wydarzyć.

CDN

Styczeń 10th, 2008 przez Jarylo

- Dwa skrzyżowane miecze i kielich pomiędzy nimi u dołu. Taki powiadasz miał herb ów rycerz? I skąd znaczy się niby przybywał? Mów pastuchu, bo ci serce wyrwę!- Z Nordii, panie – przerażony wieśniak trząsł się w uścisku obcego – z Nordii!! – jęczał przez zaciśnięte wargi, kiedy żelazny uścisk miażdżył mu krtań – Darujcie, panie! Miłościwy panie, darujcie! Biednemu chłopu! – lamentował.- A dokąd się udał tez mi pewnie powiesz, co? – obcy miał paskudny wyraz twarzy, okolonej tygodniowym zarostem. Czarne włosy nosił związane w kuc na karku rzemieniem. Z jego równie czarnych oczu biły wściekłość i szaleństwo. Takich oczu wieśniak nie widział jeszcze w swoim życiu. Oczu tak dzikich i demonicznych…- Do Zatraty – zacharczał w odpowiedzi – dzień drogi na wschód… Wypuszczony z uścisku padł plackiem na ziemie z trudem łapiąc oddech. Obcy pochylił się nad nim i sięgnął do pasa. Wyjął garść monet i rzucił w wieśniaka.- To za wiadomość pastuchu – zawołał. Chłopina podniósł się na klęczki i począł zbierać rozrzucone monety. Nie omieszkał w międzyczasie bić pokłonów i wygłaszać peanów na cześć hojności niedawnego prześladowcy. Obcy dosiadł konia i spiął go ostrogami aż stanął dęba. Podjechał do wieśniaka i zdzielił go nahajem przez plecy. Pastuch aż zawył z bólu, kiedy pejcz rozdzierał mu skórę. Skulił sie na ziemi i popatrzył przestraszonym wzrokiem na prześladowcę. Przerażało go najbardziej to ze nie mógł przewidzieć, co nastąpi za chwile. – Za opieszałość przy odpowiedziach! – krzyknął rycerz i ponaglił konia. Ruszył stępa ku wschodowi nie zważając na nadciągające ciemności. Nie było czasu na jakąkolwiek zwłokę. Zemsta zaślepia. Zemsta nie pozwala na opieszałość…- Dalej koniku!!! – rzucił w pustą przestrzeń – Ku Zatracie nam trzeba! Potańcujemy tam sobie!

xxxxx

Zapadający wieczór i kłębiące sie szarosine chmury sprawiały ze i tak ponura wieś stawała sie jeszcze bardziej odpychająca. Dziura, jakich wiele po tej stronie granicy, nękanej, co i rusz najazdami jarlów z Nordii. Nazwa Zatrata w ironiczny sposób odzwierciedlała obraz tego osiedla. Zapadnięte miejscami strzechy chat i na wpół spalone obory czy chlewy, których odbudowa nikt nie zaprzątał sobie głowy, oczodoły okien, oświetlone bladym światłem świec to wszystko mogło wprawiać w iście grobowy nastrój. Jedynym miejscem, które jak perła w kupie gnoju świeciło jako takim blaskiem była karczma. Bielone wapnem ściany przyciągały świeżością. Szyld ozdobiony głową dzika zapraszał jaskrawożółtą barwa. Krzykliwe, czerwone litery głosiły – „Pod Chrupiącym Dzikiem”. Mało wyszukana nazwa w tych jednak warunkach spełniała swe reklamowe zadanie nad wyraz sprawnie. Siemomysł wjechał w aleje chat i skierował wierzchowca prosto do karczmy. Zeskoczył z konia i oddal cugle chłopcu stajennemu kory wybiegł, kiedy tylko zobaczył podjeżdżającego rycerza. Wszedł do środka i udał sie prosto do baru. Stojący za nim łysiejący, gruby typ zmierzył go obojętnymi, rybimi oczami. – Podać coś? – rzucił pytanie.- Szukam kogoś….- Siemomysł przeszył go świdrującym spojrzeniem.- Hm… – mruknął szynkarz mimowolnie odwracając wzrok – Pytałem czy wina nalać waszmości….- Posłuchaj mnie grubasie pókim grzeczny – wycedził Siemomysł przez zaciśnięte zęby – szukam rycerza, który w herbie ma dwa skrzyżowane miecze i kielich. Widziałeś go!- Jeśli wina nie chcesz, w pokoju odejdź wielmożny panie. Nie nadwerężaj gościny, bo to różne mogą po ludziach przygody chodzić. – stary szynkarz wypowiedział te słowa na tyle głośno by mogli je słyszeć trzej wieśniacy siedzący w koncie po lewo od baru. Na słowa grubasa unieśli sie i stanęli za Siemomysłem.- W takim razie nalej mi karczmarzu! – spokojnie powiedział Siemomysł katem oka obserwując każdy ruch napastników. Jeden uzbrojony był w łańcuch, który owinął wokół dłoni i wywijał młyńce. Dwaj pozostali mieli krótkie, gospodarskie siekiery. Niedbałym ruchem rycerz sięgnął do rękojeści miecza umieszczonego na plecach. W ułamku sekundy półtorak zatoczył w powietrzu kolo rozrywając aortę tego z łańcuchem. Krew bluznęła fontanna ochlapując pozostałych zbirów. Ci cofnęli sie o krok unosząc siekiery i zamarli w oczekiwaniu. Karczmarz schował sie za barem przerażony widokiem krwi. Siemomysł przyjął pozycje do ataku i zaczął powoli napierać na przeciwników. Krok po kroku zbliżał sie ku nim. Skupiony czekał na ich ruch. Wieśniacy spojrzeli po sobie i ruszyli razem z wrzaskiem. Rycerz wykręcił piruet i pierwszego z nich ciął od dołu. Parując cios drugiego przyklęknął na jedno kolano i klasycznym sztychem przeszył trzewia napastnika. Ten z wrzaskiem padł na ziemie oburącz przytrzymując wypływające wnętrzności. Siemomysł doskoczył ku leżącemu.- Zawrzyj mordę, chamie! – wycedził i odrąbał mu głowę. Jego twarz miała paskudny wyraz. Pragnienie mordu widać było w każdym, napiętym do granic jej mięśniu. Przeskoczył bar i przyłożył miecz do szyi karczmarza. Żałosny widok przedstawiało to śliniące sie i trzęsące grube cielsko. – I co stary durniu? – zachrypiał Siemomysł, a jego usta wykrzywił uśmiech. Złowieszczy jak wiatr wyjący na zewnątrz. Zaczęło padać. Błyskawica rozświetliła półmrok panujący wewnątrz na ułamek sekundy. Szynkarz wrzasnął jakby zobaczył demona.- Zamknij sie i słuchaj! – rycerz mocniej przycisnął koniec miecza do szyi grubasa. – Dwa miecze i kielich – powiedział powoli, przeciągając sylaby – rozumiesz?Na szyi karczmarza pojawiły się kropelki krwi.- Opuszczona chata na skraju wsi! Tam jest ten, którego szukasz! – wykrzyczał – A teraz daj mi święty spokój!- Na wieki wieków…. – rycerz pchnął miecz, trzasnęła łamana krtań….

xxxxx

Zanim Siemomysł dotarł do krańca osady był zupełnie mokry. Podjechał pod zdewastowany płot ostatniego gospodarstwa i zeskoczył z konia. Kopniakiem otworzył furtkę i wszedł na podworzec. Z wnętrza ruin pozostałych po zabudowaniach bil blask płonącego ogniska. – Wyłaź Jolfie!!! – Wrzeszczał by przekrzyczeć burze – Wyłaź suczy pomiocie i stawaj do walki! Skończmy juz z tym raz na zawsze! Deszcz walił z nieba strumieniami. Wiatr wył jak opętany. Ciemności nocy co i rusz rozświetlały pojedyncze błyskawice. Siemomysł brodził po kostki w błocie podworca. Zdawało sie ze aura oszalała wraz z nim i jego rządzą zemsty. Po chwili oczekiwania ujrzał postać stojącą w drzwiach chaty. Rudobrody wyszedł powoli i stanął naprzeciwko niego.- Wiec jesteś! – uśmiechnął sie szyderczo – Musze przyznać, że nawet prędzej niż się spodziewałem. – Kończ te pogaduchy – w dłoni Siemomysła błysnęło ostrze – Zdychaj!!! Rycerz zakręcił młyńca i z impetem ruszył w stronę Jolfa. Klingi złączyły sie w pierwszym uścisku skowycząc żałośnie. Impet ataku był tak duży, ze rudobrody zachwiał sie na moment. Pragnąc to wykorzystać, Siemomysł, natarł ponownie i ciął z półobrotu. Jolf odskoczył do tylu i pośliznął się w błocie. Upadł na plecy. Siemomysł machnął mieczem na odlew. Jolf obrócił się w prawo jednocześnie wstając. Tylko niesamowity refleks uchronił Nordianina przed śmiercią. W tym momencie jeszcze jeden rozpaczliwy atak Siemomysła zakończył sie połowicznym sukcesem. Podnoszący się rudobrody został trafiony w ramie. Szybko jednak przyjął pozycje obronną i zastygł w oczekiwaniu na ruch przeciwnika. Stali tak teraz obydwoje, dysząc ciężko z wysiłku. Z nieba wciąż lał sie rzęsiście deszcz. Ucichła jednak burza, wiatr zelżał. Dwaj wojownicy mierzyli się wzrokiem, czekając na odpowiedni moment do ostatecznego ataku. Po chwili, odsapnąwszy nieco, zaczęli krążyć wokół podwórca wymachując bronią. Mogłoby się wydawać, że trwa to bez końca. Wtem oczy Siemomysła zabłysły. Zaatakował z furią, błyskawicznie pokonując dzielącą ich przestrzeń. Ruchy Jolfa stały się wolniejsze, upływ krwi dawał znać o sobie. Osłabiony Nordianin zachwiał się, lecz sparował uderzenie Siemomysła. Ten jednak, wykorzystując przewagę szybkości zrobił piruet, zatoczył młynka mieczem i ciął od tylu. Skutecznie. Kręgosłup Jolfa pękł ze słyszalnym trzaskiem. Ciało rudobrodego opadło ciężko na ziemie rozbryzgując wokoło wodę z kałuży. Siemomysł podszedł i przyklęknął przy jego głowie. Chwycił za włosy i uniósł ją lekko do góry. Oczy Nordianina gasły. Usta poruszały sie w niemym przekleństwie. – Pamiętasz Shaine? – wycedził Siemomysł nachylając swą twarz ku jego – Pamiętasz jak błagała byś nie robił jej krzywdy? Zemsta cię dosięgła, choć powinieneś zdychać w tysiąckroć większych mękach. Napluł w twarz Jolfa i wstał. Podszedł do swego wierzchowca. Dosiadłszy go westchnął głęboko.- Shaine… – szepnął – tak bardzo cię teraz potrzebuje… Ruszył powoli. Na wschodzie poczęły rysować się pierwsze oznaki nadchodzącego świtu. Dzień zapowiadał sie pogodny…

Jaryło

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

 

Matka Herezji

 

Rozdział II: Papież w kielichu krwi.

 

Rozglądał się dookoła z szeroko otwartymi oczami. Nie wiedział jak się tu znalazł ani tym bardziej gdzie jest. Przecież nie wychodził z domu. Pamiętał tylko, że poszedł spać ale nie spał – miał co innego do roboty.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie minionej nocy. Zastanawiał się gdzie jest jego nocna towarzyszka. Rozejrzał się jeszcze raz. Znajdował się w jakimś małym pomieszczeniu. Po umeblowaniu poznał, że musi to być jakaś prywatna komnata. Z zewsząd otaczały go śnieżnobiałe ściany. Wisiały na nich różnej wielkości arrasy i obrazy. Przyjrzał się im dokładniej i z niemałym zdziwieniem zauważył, że wszystkie przedstawiają sceny z historii Kościoła ale było w nich coś nienaturalnego. Na każdym wyeksponowana była krew a postacie dziwnie się uśmiechały. Podszedł do jednego z obrazów, wiszącego najbliżej łukowego, oszklonego okna i ciarki przeszły go po całym ciele. Obraz, na który spoglądał przedstawiał scenę Ostatniej Wieczerzy ale Pan Jezus miał dziwne rysy twarzy, takie kobiece. Uderzyło go jeszcze coś – jakby skądś ją znał, ale wprost odrzucała swoją surowością i zawziętością. Nie dostrzegał w niej ani śladu miłości ani miłosierdzia. Im bardziej się jej przyglądał tym bardziej mu się nie podobała. O mało nie krzyknął gdy zdało mu się, że dostrzegł zimny błysk w oczach Pana. Cofnął się kilka kroków i przeżegnał na głos. Sięgnął po krzyżyk, który zawsze pod kolczugą na piersi. Miał w zwyczaju całować go w takich chwilach ale go nie znalazł.
- „Przecież nigdy go nie zdejmuję”. – Pomyślał.
Cofnął się jeszcze parę kroków.
Zatrzymał się dopiero gdy poczuł na plecach kant biurka. Odwrócił się tyłem do obrazu. Popatrzył jeszcze raz na komnatę. Musiał znajdować się w jakimś nieznanym sobie skrzydle Watykanu. Oprócz obrazów i arrasów zdobiących swą wątpliwą urodą ściany, jego przypuszczenia zdawały się potwierdzać złote żyrandole i bogato rzeźbione meble, także inkrustowane złotem. Mimo tego przepychu, segmentu pełnego starych ksiąg i haftowanego dywanu cała komnata emanowała jakimś nieokreślonym złem. Nawet stojący przed nim na biurku krucyfiks był jakiś dziwny. Przyjrzał mu się dokładniej i dostrzegł czerwone krople. Miał nadzieje, że to tylko farba ale szybko jego nadzieje okazały się płonne. Pod palcami poczuł lepkość.
- Boże! – Krzyknął.
Jakby w odpowiedzi dobiegł go inny krzyk. Dochodził zza drzwi naprzeciwko. Podbiegł do nich i szarpnął za klamkę. Były zamknięte od wewnątrz.
- Otwierać! – Krzyknął ale znów usłyszał tylko krzyk.
Dopiero teraz rozpoznał głos i nie miał najmniejszych wątpliwości – to był głos Wielkiego Ojca. Naparł na drzwi całym swoim ciężarem ale bez rezultatu. Poczuł dotkliwy ból, pewnie otworzyły mu się rany ale nie zwracał na niego uwagi. Jakby go wcale nie czuł. Chyba miał za dużo wrażeń jak na te kilka dni bo dosyć, że nie wiedział jak się tu znalazł to nawet nie pamiętał kiedy się przebrał.
Najważniejsze, że miał przy sobie miecz. Postanowił nie czekać dłużej na innych Rycerzy Kościoła. Dobył miecza z pochwy i rękojeścią uderzył kilka razy z całej siły w zamek. Za którymś razem usłyszał oczekiwany trzask i zamek upadł mu pod nogi.
Nadstawił ucha ale już nic nie słyszał. Kopnięciem otworzył drzwi, które omal nie wypadły z zawiasów.
- Ekscelencjo?!
Nadal cisza.
Nie wiedział czy od uderzenia czy od krzyku obraz wiszący tuż nad drzwiami spadł ze ściany. Obraz przedstawiał płaczącego, leżącego w kałuży krwi Ojca Świętego. Ze zgrozą zauważył, że obecnego.

Gdy tylko przekroczył próg komnaty poczuł się jakby dostał ataku apopleksji. Cały trząsł się na widok tego co zobaczył w środku. Stał z mieczem w ręku i mimowolnie zaczął się cofać. Nawet on, chociaż wiele już przeżył nie był przygotowany na taki widok. Nikt chyba nie mógłby być na niego przygotowanym. Znajdował się w sypialni Papieża. Na samym środku w pełni światła wpadającego przez otwarte okiennice widział leżącego na łożu z baldachimem Konstantyna. Papież miał tak spokojną twarz, że wyglądał jakby spał ale Werterheusen wiedział, że ma przed sobą tylko martwe ciało. Całe jego ubranie i pościel były zakrwawione.
Rycerz widział jak Konstantyn się uśmiechał ale tak naprawdę to uśmiechała się tylko jego twarz a w zasadzie oczy. Głowa była brutalnie oderwana od tułowia a na szyi dostrzegł poszarpaną skórę. Tuż przed nim, na tym samym łożu siedziała sprawczyni tego bluźnierczego mordu. Patrzyła na niego w milczeniu a w jej oku płonęła ironia. Werterheusen po raz kolejny pomyślał, że sprowadził zgubę na cały Zakon i przekleństwo na samego siebie. Kobieta, która przed nim siedziała była wiedźmą, którą przygarnął pod swój dach.
Bacznie łypała na niego swoim zdrowym okiem ale nic nie mówiła. W dłoniach trzymała oderwaną głowę Papieża. Trzymała ją odwróconą pustymi oczodołami do ziemi. Czaszka była wyżłobiona z ten sposób, że stanowiła makabryczne naczynie. W jej środku niczym zupa przelewała się czerwona substancja. Nawet nie pytał co to jest. Nie był w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. Domyślał się gdzie znajdują się oczy – pewnie służą za uszka w tym ohydnym barszczu. Jakby odgadła jego myśli. Znów usłyszał ten przerażający śmiech.
- Może jesteś głodny?
Tego już było za wiele nawet dla niego. Odwrócił się i zwrócił resztki jedzenia.
- Mogłeś powiedzieć, podałabym Ci miskę.
Nie wiedział jakim sposobem stanęła tuż przed nim. Podsunęła mu pod usta czaszkę. Jej smród odbierał mu zmysły. Wysiłkiem myśli odrzucił od siebie obrzydzenie i z całej siły odepchnął naczynie. Czaszka wypadła z rąk wiedźmy i potoczyła się po dywanie rozlewając całą swoją zawartość.
- Bądź przeklęta! – Krzyknął i zamachnął się orężem ale cofnęła się w ostatniej chwili.
Nie sądził, że kobieta ma jeszcze w sobie tyle wigoru. Jej twarz się zmieniła a oczy przestały się ironicznie uśmiechać – teraz płonęła w nich nieopisana nienawiść.
Zaczęła się do niego zbliżać. Jej wargi odsłoniły nienaturalnie długie, ostre zęby, które swoim wyglądem przypominały stare kły tygrysa szablo-zębnego.
Werterheusen wiedział, że sam jej nie pokona ale zza pleców dobiegły go odgłosy kroków. Miał szczęście.
Nieopatrznie odwrócił się w ich stronę. Chciał krzyknąć ale nie zdołał. Poczuł piekący ból na szyi, coś jakby ukłucia. Równocześnie poczuł na sobie kościste, szponiaste dłonie. Został całkowicie sparaliżowany i nie był w stanie się poruszyć. A pomoc nie nadchodziła. A może miał przesłyszenia. Powoli zamknął oczy. Jeszcze raz je otworzył.

Z początku myślał, że mu się coś tylko wydawało. Teraz jednak nie miał już takiej pewności. Miał wrażenie, że głosy się zbliżały. Nie mógł jeszcze zrozumieć poszczególnych wyrazów.
- „Chyba, że…” – Pomyślał i podszedł do samych drzwi.
Głosy dochodziły z podziemnej komnaty, tej samej, w której poprzedniej nocy walczył przeciwko Aragonowi i jego współspiskowcom.
Już miał iść zawiadomić Werteheusena o swoim odkryciu ale zdało mu się, że już może rozróżnić poszczególne wyrazy. Oparł się o drzwi chociaż zdawał sobie sprawę, że gdyby nagle się otworzyły to w każdej chwili mógłby zginąć. Przytknął ucho do ściany ale nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jego życie już wisiało na włosku.
- „Ale jak oni się tu dostali?” – Tego nie wiedział. – „A może wcale nie uciekli?”

- Musimy doprowadzić swoje plany do końca ale tym razem nikt nie może wiedzieć, że to my. – Aragon zatrzymał się przed stolikiem.
Rozejrzał się dokładnie po komnacie ale zobaczył tylko to czego się spodziewał – trupy i resztki nie wsiąkniętej jeszcze krwi. To samo widział w korytarzach i lochach prowadzących do tajemnej komnaty pod posiadłością Werterheusena.
Aragon był doświadczonym rycerzem i nie był zdziwiony tym co znalazł w komnacie. W milczeniu spojrzał na kilku stojących w pobliżu rycerzy po czym zwrócił się do jednego z nich:
- I co Ramon?
Ten w odpowiedzi wskazał porozrzucane ciała. Aragon podjął urwaną rozmowę.
- Nie zamierzam się poddać. Nie teraz gdy już wszystko gotowe.
- Ale co zrobimy z Werterheusenem? – Zapytał jeden ze stojących za nim Rycerzy Kościoła.
- Jego zostawcie mnie. – W głosie Aragona dało się słyszeć bezlitosne zdecydowanie. – Zajmę się nim gdy nic nie będzie w stanie zagrozić mojej władzy. Jeśli mi pomożecie to wszyscy na tym skorzystamy.
- A co z tą wiedźmą?
- Ona mi się jeszcze przyda a potem… – Uśmiechnął się obleśnie.
Za nim zaśmiali się wszyscy zebrani ale Aragon już się nie śmiał. Obchodził i kopał zwłoki z pogardą. Nagle zatrzymał się i mina mu spoważniała gdy kopnął jednego z poległych i jego ciężki but utknął w dziurze.
- Co do diabła. – Schylił się i odwrócił leżące ciało. – „Czyżby jednak Ramon miał rację?” Odwrócić wszystkie ciała.
Nie wierzył. Obszedł dookoła wszystkich poległych i przyjrzał im się dokładnie. Prawie wszystkie miały rozbite potylice i nie posiadały mózgów. Pochylił się nad jednym z poległych – te zwłoki akurat posiadały jeszcze mózg a raczej to co z niego już zostało. Aragon dojrzał wyraźne ślady zębów i odgryzień. Nawet on nie mógł na to patrzeć. Kopnął ciało i odwrócił się do pozostałych rycerzy.
- Wychodzimy.
Wszyscy skierowali się w stronę korytarzy, którymi dostali się do komnaty.

Powinien zawiadomić Werterheusena ale ledwo się trzymał na nogach. Sam nie wiedział jakim sposobem zszedł po schodach.
Wiedział, że żyje tylko dzięki miksturom pewnej starej kobiety, która zeszłej nocy po walce wyniosła go z tej komnaty. Ledwo przeżył ostatnie spotkanie z Aragonem a znów sam się pakował w kłopoty. Odwrócił się od drzwi ale chyba zrobił to zbyt gwałtownie bo aż jęknął z bólu.
Usłyszał szybkie kroki i zaczął iść w górę schodów. Wiedział, jednak że nie zdoła uciec. Drzwi rozwarły się z hukiem.
- Panowie, – Usłyszał głos Aragona zwracającego się do swoich popleczników. – chyba rozwiązaliśmy największą zagadkę naszych czasów.
Chwycił próbującego uciec Jamala i brutalnie wciągnął go do komnaty.
- Panowie, poznajcie czcigodnego Jamala, naszego wybawcę i mordercę Ojca Świętego.
Wszyscy się zaśmiali i drzwi do komnaty zamknęły się z głuchym trzaskiem.


03 lutego 2006 – 09 lutego 2006

Konrad Staszewski

 

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

Matka Herezji

Rozdział I: Konflikt członków Zakonu z przedstawicielami Watykanu

Wszyscy zawsze zazdrościli mu majątku, zarówno mieszczanie jak i rycerze. Żył jak książę. Często organizował huczne zabawy w swoim pałacu. Jako jeden z nielicznych rycerzy nie musiał mieszkać w Kościele – ogromnej budowli dobudowanej do Wielkiej Świątyni. Był z tego dumny jak i z tego, że sam zaprojektował przebudowę Kościoła i osobiście ją nadzorował przez kilka lat. Miał wiele zasług wobec Watykanu i często Papież przymykał oczy na jego ekstrawaganckie poczynania. Raz nawet Werterhausen siłował się z nim na rękę i wygrał pojedynek.
Jego imię codziennie brzmiało na ustach połowy miasta. Lubił jak było o nim głośno.
- „A dzisiaj kolejne przedstawienie” – pomyślał i uśmiechnął się pod wąsem.
Zbliżyli się do pałacu i wyraźnie można było już dostrzec sześć wysokich, kilkunastu-metrowych baszt. Sam pałac ze wspaniałym ogrodem liczył kilka hektarów powierzchni. Jego towarzyszka podróży nie przypuszczała, że ktoś mógłby kiedykolwiek tam mieszkać.
- Twój dom może pomieścić wiele osób rycerzu, na pewno całą Twoją rodzinę. – Odezwała się chrapliwym głosem. – To Ciebie nazywają Werterhausenem prawda?
Spojrzał na nią zaskoczony a nie wykrztusił ani jednego słowa.
- Wiem jak wyglądam ale wkrótce wszystko się zmieni.
-Gdy to usłyszał ciarki przebiegły go po całym ciele.
- „Na zawsze już będę przeklęty.” – Pomyślał.
Ona tylko się uśmiechnęła. Znów zobaczył jej zęba i odwrócił głowę, żeby nie zwrócić udźca, którego zjadł na śniadanie.
- Skąd…
Przerwała mu w połowie zdania:
- Wiem o Tobie wszystko. Niektórzy nazywają mnie Delphią.
Werterhausen nagle się zatrzymał jakby stanął na krawędzi przepaści. Spojrzał na nią a ona przyglądała się badawczo jego reakcji. Zaczął żałować, że w ogóle się narodził. Ale nic się nie odezwał. Nie chciał, żeby ktoś niepowołany usłyszał ich rozmowę.
Stanęli przed mosiężną bramą pałacu.

*

Było już po zmierzchu i na szczęście nikt nie dostrzegł niesamowitego gościa. Posiadłość wyglądała na wymarłą. Wszyscy spali nie licząc tylko strażników trzymających wartę na murach i przy bramie. Kazał służbie przygotować komnatę dla Delhi. Był pewien, że po tylu wrażeniach szybko uśnie. Jej komnata przylegała do jego więc słyszał jak pokojówka zaprowadziła Wyrocznię do łaźni. Po jakimś czasie znów usłyszał zgrzyt otwieranych i zamykanych drzwi. Był pewien, że poszła spać. W jej komnacie zapanowała złowroga cisza ale nie przejmował się tym. Tej nocy czekało go bardzo ważne spotkanie z rodziną – jedyną rodziną jaką posiadał.
Odczekał jeszcze jakiś czas, żeby się upewnić czy wszyscy śpią. Spojrzał na stojący na hebanowym stole zegar. Złote wskazówki zbliżały się do magicznej godziny. Gdy osiągną szczytową pozycję w miejscu łączenia się pół-komór serca powinien już być w kaplicy. Gdy tarcza zegara w kształcie serca zaczęła rytmicznie raz rosnąć a raz maleć był już ubrany w białą jedwabną koszulę z bufiastymi rękawami. Na ramionach srebrnymi klamrami przyczepioną miał czarną pelerynę, Przez prawą pierś i lewe ramię aż do pasa przebiegały dwie czerwone szarfy. Wziął ze stolika białą kopertę, leżącą do tej pory pod pięcioramiennym mosiężnym świecznikiem i schował ją za inkrustowaną srebrem klamrę przy pasie. Sprawdził jeszcze jak wygląda. Czarne bawełniane spodnie, gdzieniegdzie przetykane cekinami i okute metalem buty stanowiły ostatni krzyk mody w całym Watykanie. Gdy zapalił świece wszystkie ramiona pentagramu rozświetliły cały świecznik. Wziął go ostrożnie do ręki i wyszedł z komnaty. Miał mało czasu, żeby znaleźć się w kaplicy. Przystanął jeszcze na chwilę w korytarzu ale nie usłyszał niczego co mogłoby go zaniepokoić. Upewniwszy się, że wszyscy śpią, nawet Wyrocznia, poszedł w lewo wzdłuż korytarza. Niektóre pochodnie jeszcze nie zdążyły się wypalić. Minął trzy korytarze prowadzące do sali balowej, północnej wieży i do spichlerzy. Z obrazów i portretów na ścianach obserwowały go groźne oczy jego przodków. Nie byli oni poprzednimi właścicielami pałacu ale nigdy nie rozstawał się ze swoimi korzeniami. Czasem jednak te oczy przyprawiały go o dreszcze ale nigdy tak bardzo jak to co miało mu zmrozić krew w żyłach za kilka minut.
Skręcił w boczny korytarz i dotarł do litej ściany. Po obu jej bokach stały niczym strażnicy, posągi ubrane w zbroje i ze skrzyżowanymi halabardami. Wszystko byłoby normalnie, przecież w każdym korytarzu i przed każdą komnatą wartę trzymali tacy strażnicy ale tylko on znał ich tajemnice, jednakże tego co zobaczył nie mógłby sobie wyobrazić nawet w najgorszym koszmarze.

**

Schodził po schodach. Przebył już może pół drogi z pochodnią w ręce gdy nagle na ścianie dostrzegł ciemny kształt.
Wiedział, że jest to jakaś postać, ktoś człekokształtny. Poczuł zimno przenikające całe jego ciało.
- A może wrócić? Odwołać spotkanie? – Próbował odsunąć wszystkie myśli od siebie. Ale czy zdoła wszystkich zawiadomić? Był pewien, że większość Rady już czeka na dole. Zestąpił jeszcze kilka schodów. Stawało się coraz ciemniej. Znał wszystkie zakamarki tego pałacu. Nie bez powodu nosił on nazwę Dragonia – jego ród od wieków miał smoka w herbie. Wszystkie korytarze były długości jego ogona.
Wiatr przeniknął całe ciało rycerza. Zatrzymał sie na ułamek sekundy, poczuł jak serce niemal stanęło mu w miejscu. Jeszcze kilka sekund i krew odpłynęłaby mu z twarzy.
- „Kim ona jest? Czemu mnie prześladuje?” – Takie myśli bez przerwy krążyły mu po głowie. Spojrzał ponownie na ścianę, w tym momencie zgasła pochodnia. Zanim jego oczy przyzwyczaiły się do otaczającej ciemności usłyszał chropowaty śmiech, śmiech nieludzki, śmiech szatana. Nie słyszał swoich kroków, jakby ktoś zatkał mu uszy.

Delphia, odczekawszy kilkanaście minut, by upewnić się, że rycerz wyszedł, delikatnie i po cichu wysunęła się spod kołdry. Powiedziała, że wie o nim wszystko. Mówiła to głosem pełnym zapału i takim, że uwierzyłby w to każdy. Sama jednak wolała się upewnić, czy „wszystko” jest na pewno „wszystkim”. Spojrzała w lustro i zobaczyła samą siebie a za sobą kogoś jeszcze – inną kobietę. Wiedziała, że nie jest sama. Że w nocy coś się z nią dzieje. Że ta kobieta gdzieś znika. Jakby jej ciało rozchodziło się w dwie przeciwne strony. Były razem odkąd pamiętała. Zamknęła oczy a gdy je otworzyła już była sama przed lustrem.
Służba Werterhausena była wyjątkowo przykładna, bo w trakcie przygotowywania dla niej pokoju nie zostawili żadnych przedmiotów, z których mogłaby wyczytać coś o właścicielu. Zarzuciła więc na siebie szlafrok, wzięła palącą się świecę z kredensu i uchyliła lekko drzwi. Nikogo nie było na korytarzu, co dawało jej możliwość niezauważonego prześlizgnięcia się za róg. Gdzie chciała dotrzeć? Do biblioteki, skarbnicy wiedzy. Można w niej wyczytać prawdy nie tylko o świecie, ale i o jej posiadaczu. Pierwsze drzwi, na które się natknęła prowadziły do kuchni. Były uchylone, więc zajrzała do pomieszczenia. Cofnęła szybko głowę, widząc tłum kucharek kłębiących się wewnątrz. Zdążyła jednak poczuć zapach wytwornego jedzenia. To potwierdzało tylko to, co myślała o Werterhausenie.
- Ktoś tam był? – usłyszała piskliwy głos.
- Wydawało ci się – odpowiedział drugi, niższy.
- Ktoś tu zajrzał, mówię ci.
- Pewnie Jalian znów robi sobie żarty, zamiast sprzątać.
I na tym się skończyło, ale Delphia wolała nie ryzykować. Przeszła na palcach kilka metrów i zaczęła biec, najciszej jak potrafiła. Dotarła do schodów. Wspięła się nimi na drugie piętro. Tam napotkała galerię obrazów. Wszyscy byli do siebie na tyle podobni, że musieli być rodziną. Spojrzała na ich rysy, dumne i władcze. Było w nich coś ciekawego. Jakiś płomyk fantazji, który mógł nakłonić swojego właściciela do złamania zasad. Do walczenia dla idei, którą poprze sam, nie z przymusu. Oby Werterhausen też miał w sobie to coś. Dalej natrafiła na serię zamkniętych drzwi. Na pewno nie prowadziły do biblioteki, więc nawet nie próbowała się z nimi siłować. Przeszła jeszcze kawałek korytarzem, ale dalsza część posiadłości wydawała się opuszczona, albo przynajmniej niezbyt często używana. Wróciła do schodów i weszła jeszcze wyżej. Krążyła po korytarzach, szukała otwartych drzwi, a gdy je znalazła natrafiała na nowe korytarze. Kiedy nawet weszła do jakiejś komnaty, nic nie zapowiadało na to, by ktoś w niej mieszkał ciągle. Czy naprawdę wszystkie te komnaty były przygotowane dla gości? Po co jednemu rycerzowi tak wielka posiadłość? Czy urządza aż tak wielkie przyjęcia? Może u niego odbywa się konklawe? Delphia uśmiechnęła się drwiąco i poszła dalej. Sam Bóg wie, ile czasu krążyła po zaułkach domu, ale było to na pewno kilka godzin. Znalazła kilka rodzinnych pamiątek, ale nic osobistego. Spodobał jej się za to niewielkich rozmiarów sztylet, poręczny i wygodny, który postanowiła wziąć dla siebie. Właśnie oglądała odbicie swojej atrakcyjniejszej strony w ostrzu, gdy coś wewnątrz kazało jej spojrzeć przez okno. Jej intuicja, jak zawsze, nie zawiodła jej i gdy odsłoniła ciężkie, zakurzone zasłony. Ktoś spojrzał w okno.
- „Pewne któryś ze służących ale nawet on nie może mnie zobaczyć” – Pomyślała. Zbiegła szybko na dół, przeszła ostrożnie obok kuchennych drzwi, wróciła do swojego pokoju i zdjąwszy szlafrok wślizgnęła się z powrotem do łóżka. Potrzebowała więcej czasu na zbadanie posiadłości. Ale nic to, jeżeli teraz nie wyszło, spróbuje następnym razem. Sztylet schowała pod materacem łóżka.

- Werterhausen, to Ty?! – Usłyszał przekrzykujące się głosy. Nie odpowiedział. Zastanawiał się czym odpalić pochodnię. Nie miał przy sobie nawet krzesiwa. Nagle, tak szybko jak zgasł tak szybko płomień pojawił się ponownie. Ale Rycerz wiedział, że już nie wolno mu się cofnąć. Już widział dębowe, okute żelazem drzwi na samym dole
- Dziwne niby ciemno a jednak widzę kontury. A co to? Tam na końcu? – Jego oczom ukazało się coś w kształcie czaszki. Mógłby przysiąc, że jest to czaszka jednego z jego przodków. Ale przecież na żadnych drzwiach nigdy nie było żadnych symboli a co dopiero czasza kogoś tak bliskiego jak jego ojciec.
Poczuł jak traci czucie w nogach, osunął się na schody i z trudem łapał powietrze w płuca. Po chwili stracił przytomność.

***

Nie umiał zebrać myśli. Czuł się tak jakby ktoś rękami rozrywał mu mózg. Spróbował otworzyć oczy ale poczuł taki ból, że od razu je zamknął. Oczami wyobraźni widział jak pękają mu żyłki i białko spływa na schody. Jego zmysł słuchu także odmówił posłuszeństwa. Pamiętał tylko dziwną czaszkę nad drzwiami, która zdawała się naśmiewać z niego.
Spróbował poruszyć ręką. Poczuł jakiś dziwny ciężar jakby coś mu ją przygniatało. udało mu sie odwrócić głowę i na ułamek sekundy otworzyć oczy. Zdołał tylko dostrzec młodego mnicha trzymającego go za rękę. Pod palcem poczuł coś miękkiego, włochatego. Widocznie ktoś go znalazł i ułożył na jakimś kocu. Z wielką trudnością przesunął wolną rękę, która nagle straciła oparcie i bezwładnie zawisła w powietrzu. Miał wrażenie, że pękają mu ścięgna. Z gardła wydobył mu się mimowolnie głuchy skrzek. Usłyszał się. Wrażenie ogłuszenia minęło. Zrozumiał, że leży na jakimś stole. Ale nie tylko on go usłyszał.
- On żyje! – Ktoś krzyknął tuż nad jego uchem. – Dajcie mu pić! Szybko! Werterheusen ponownie otworzył oczy. Z wolna wracały mu siły. Chciał powiedzieć, że straszliwy ból rozrywa mu czaszkę, ale nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Wracała mu także świadomość. Zdał sobie sprawę z tego, że minie kilka godzin zanim ponownie wróci do życia. Spotkanie musi odbyć się w innym terminie. Poza tym nadal nie wiedział gdzie się znajduje.
Usłyszał szybkie kroki. Kilku okutych w ciężkie buty mężczyzn zbliżało się w jego kierunku. poznawał ten dźwięk – czyżby to byli jacyś rycerze?
- Podnieście go! – Zadecydował ten sam gruby, władczy głos, który przed chwilą atakował jego uszy.
Coś go szarpnęło i podniosło do góry. Własnymi siłami spuścił nogi. Teraz już siedział podtrzymywany przez trzech mężczyzn. Do jego nozdrzy dotarł jakiś przyjemny waniliowy aromat. Miał już na tyle siły, że mógł swobodnie obserwować otoczenie – bolały go jeszcze oczy ale był dość wytrzymały na ból, lata ćwiczeń w zakonie go zahartowały. Przed nim stał ten sam młody mnich, który wcześniej trzymał go za rękę. Dopiero teraz go poznał, to był Jamal. Trzymał w rękach jakąś złotą miseczkę.
- Wypij to Panie.

Werterheusen nie pytał nawet co to jest, całkowicie zaufał mnichowi. Znał go jak samego siebie. Pamiętał ten dzień kiedy Jamala przygarnął pod swoje skrzydła. Był jeszcze mnichem kiedy rodzice chłopca zginęli. Krążyły różne plotki ponieważ małżeństwo Borgiów od dłuższego czasu nie wychodziło z domu i nie pokazywało się na mieście. Werterheusen znał ich dobrze i rozumiał, że młodość także ma swoje prawa. Jamal nigdy nie sprawiał im kłopotów, więc mogli sobie czasem pozwolić na chwilę relaksu, samotności we dwoje.
Nigdy nie próbował ich też nawracać na swoją wiarę. Byli jego bliskimi przyjaciółmi i nie chciał ich urazić. Tej pamiętnej nocy także miał inny zamiar. Przejechał pół miasta, żeby tylko pochwalić ich syna – wspaniale się uczył w szkole zakonnej. Nie spodziewał się takiego widoku. Gdy tylko dotarł do domostwa zeskoczył z konia i przez wyłamane drzwi wbiegł do środka. Tylko w jednym pokoju palił się kandelabr. To co kiedyś było meblami teraz nie nadawało się nawet do palenia. Wszystkie okna były powybijane. Potknął się o dwa ciała. Znalazł jakiejś świecy i odpalił jej knot od kandelabru. Pochylił się nad ciałami. Bez wątpienia byli to Ronald i Emmeline Borgia. Bladzi, w ich oczach nie znalazł żadnej iskry życia. Widocznie z kimś walczyli bowiem ich członki były połamane i powykręcane w nienaturalnych pozycjach. Najbardziej zainteresowały go jednak dziwne ślady na nadgarstkach, przegubach dłoni i tętnicy. Jakby coś ich pogryzło. Ale owady nie są w stanie wypić z człowieka całej krwi i nie mają takiego zmysłu, żeby gryźć symetrycznie w tych samych miejscach. To musiało być coś bardzo silnego, przecież zdemolowało cały dom. I nie wiedział co to mogło być za zwierzę. Te nakłucia jakby igłą i krople krwi na ubraniach przez lata nie dawały mu spokoju, nie mógł spać w nocy. Cały czas miał przed oczami to co wtedy zobaczył. Spalił zimne ciała wraz z budynkiem. W jakiś czas później Kościół oficjalnie ogłosił o pojawieniu się tajemniczej zarazy, którą dzięki bożej pomocy udało się opanować zanim zaczęła rozprzestrzeniać w całym państwie.
Werterheusen zaczął się domyślać co to mogło być ale bał się do tego przyznać. Znalazł dokumenty w podziemiach Świątyni świadczące o podobnych przypadkach we wcześniejszych okresach istnienia Kościoła. Ale to było zbyt przerażające, aby mogło być prawdziwe. Wtedy też zdecydował się przyjąć Jamala pod swój dach. Zawsze traktował go jak młodszego brata.

****

Musiało minąć wiele czasu. Nie wiedział kiedy i jak znalazł się przy stole. Siedział na drewnianym krześle pośrodku komnaty. Rozejrzał się dookoła. Wszystkie żyrandole były zapalone. Gładkie gipsowe ściany, obrazy i zbroje, nawet posągi ustawione przy drzwiach. Nie miał wątpliwości, że znajduje się w podziemnej komnacie swojego pałacu. Naprzeciwko niego stało około tuzina mężczyzn. Ich zbroje tańczyły tęczą kolorów pod łukowym sklepieniem komnaty.
- Czas żebyśmy porozmawiali. – Znowu ten sam tubalny głos świdrował mu umysł. Czuł się jak na przesłuchaniu. – Chyba, że nie czujesz się na siłach. Werterheusen wiedział wreszcie z kim ma do czynienia. To był Aragon – najstarszy wśród obecnych rycerzy – mnichów. Odkąd tylko Werterheusen wszedł do zakonu od razu zaczęły sie między nimi scysje i nieporozumienia. Werterheusen podejrzewał, że jego konkurent zazdrości mu tak szybkiej kariery w zakonie. Sam został mianowany jedynie Skarbnikiem Zakonu a przecież też miał niemałe zasługi.
- O czym?
- Dobrze wiesz o czym! – Krzyknął Aragon. Werterheusen spojrzał mu głęboko w oczy ale ujrzał jedynie bezdenną przepaść. Popatrzył na twarze pozostałych ale wszystkie były kamienne a oczy szklane.
- Też macie wrażenie, że ktoś Was obserwuje?
Aragon w odpowiedzi rzucił na stół jakiś plik dokumentów.
- On albo my!
Werterheusen rozwinął rulon.
- To podziemia Świątyni. – Wyjaśnił Aragon. Jego siwa, równo przystrzyżona broda dodawała mu arystokratycznego wyglądu. Zdawało się, że w tej chwili jest głosem całego zakonu. – Ten długi, wąski korytarz doprowadzi nas do sypialni Papieża.
- Wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie na tak drastyczne kroki.
Złowrogi szmer rozniósł się po całej komnacie. Werterheusen w porę zorientował się co się dzieje. Błyskawicznie zerwał się z krzesła. Przewrócił stół roztrzaskując go na kawałki i wyszarpnął miecz z pochwy.
- Przecz zdrajcom!
Wycofywał się krok po kroku aż plecami oparł się o ścianę.
W tej samej chwili żyrandol, który wisiał tuż nad stołem spadł z chrzęstem w miejsce, gdzie jeszcze kilka sekund wcześniej stał Werterheusen. Rycerz kątem oka dostrzegł przecięte sznury zwisające z sufitu.
Wszystko było przygotowane na wypadek jego oporu. Pozostali rycerze w milczeniu dobyli broni i z zawiścią w oczach ruszyli w jego stronę.
Werterheusen wiedział, że w tej bitwie nie ma szans.

Nikt nie zaważył dziwnego cienia wolno sunącego po ścianie a ci, którzy go dostrzegli nie zwracali na niego uwagi myśląc zapewne, że to tylko jeden z cieni rzucanych przez sztuczne oświetlenie komnaty. Przecież znajdowali się kilkanaście metrów pod ziemią.
- Wypruję flaki każdemu kto się tylko ruszy! – Napastnicy stanęli na chwilę i zaskoczeni spojrzeli po sobie. Co prawda Werterheusen poruszał ustami ale to nie był jego głos. On nie wydał z siebie żadnego dźwięku a słowa pojawiły się w ich głowach z niewiadomego źródła.

Rycerz Kościoła skorzystał z dezorientacji przeciwników i z obnażonym mieczem w dłoni rzucił się w sam środek rycerzy. Stanął oko w oko z Aragonem. Ten w porę odzyskał świadomość tego co się dzieje.
- Zdechniesz psie!
Werterheusen w odpowiedzi ciął mieczem ale napotkał opór w postaci oręża przeciwnika. Spróbował ponownie ale starszy rycerz wytrącił mu broń z ręki i uderzył go pięścią trzymającą miecz. Na skórzanej, nabijanej ćwiekami rękawicy pozostał krwawy ślad. Werterhesuen nie spodziewał się takiej siły ciosu. Upadł na ziemię i pojechał kilkanaście centymetrów rozrywając sobie płaszcz na strzępy. Nawet nie miał czasu sprawdzić obrażeń, czuł tylko ból nosa i szczęki – domyślił się, że są złamane. Teraz wszyscy rycerze ponownie ruszyli w jego stronę. Spróbował sięgnąć po miecz ale broń wbiła się aż po samą rękojeść w futrynę drzwi. Nie mógł go dosięgnąć. Zdążył tylko wydobyć sztylet z za cholewy buta gdy pierwszy ze zdrajców go dopadł. Ostre jak brzytwa ostrze było skierowane w krtań ale Werterheusen instynktownie przeturlał się w bok a jego ręka wystrzeliła błyskawicznie gdy napastnik zgiął się po uderzeniu. Ostrzę sztyletu wbiło się w gardło zdrajcy. Ten wypuścił broń, która wbiła się w ziemię tuż obok ucha Werterheusena. Miał szczęście.
- „Gdybym tylko chwycił ten miecz – nauczyłbym was moresu.” – pomyślał ale nie miał takiej możliwości.
Przymknął oczy a gdy je ponownie otworzył zobaczył nad sobą kolejnego pałającego chęcią mordu napastnika. Kopnął go z całej siły w podbrzusze, po czym wsunął nogę między jego stopy i go przewrócił. Tamten próbując uchronić głowę przed uderzeniem nadział się na własną broń. Krew z przebitej piersi chlusnęła w twarz Werterheusena.
Rycerz nic nie widział. Nagle w swojej głowie usłyszał dziwny szept. Nie znał tego języka, umiał się porozumiewać z różnymi obcokrajowcami, w Zakonie nauczył się wielu języków. Ten był mu obcy ale kilka słów miał podobnych do znanych mu języków. Miał znaleźć się pod ścianą. Postanowił zaryzykować. Ale jak na Boga miał się tam dostać? Przecież nic nie widział. Słyszał tylko krzyki napastników. Widać nie wiedzieli co robić. Kodeks zabraniał zabijać bezbronnych nawet rycerzy a niewidomy także był bezbronny. Jeden z napastników pochylił się nad leżącym, żeby przetrzeć mu oczy a ten błyskawicznie wyrwał mu sztylet z za pasa i wbił mu w oko. Rycerz zawył z bólu i zatoczył sie do tyłu.
Werterheusen wykorzystał nadarzającą się okazję i potoczył się w stronę ściany. Topografię komnaty miał w małym palcu, był obecny przy jej pracach odkrywkowych i sam zaprojektował jej przebudowę.
Jedynym problemem okazało się ominięcie wrogów. W tej chwili mógł liczyć tylko na swój zmysł słuchu. Niezidentyfikowany głos w jego głowie ucichł niemal całkowicie tak szybko jak się pojawił.
Werterheusen uznał jednak, że to sam Anioł Stróż przemówił do niego i postanowił mu całkowicie zaufać. Rozsądek zresztą także podpowiadał mu to wyjście z sytuacji – gdyby tylko udało mu się stanąć pod ścianą miałby już zabezpieczone plecy.
Udało mu się ominąć kilku napastników, usłyszał tylko ich przekleństwa wypowiadane pod swoim adresem i odgłosy broni tnącej powietrze w miejscu, gdzie leżał jeszcze przed chwilą. Ale chyba jego szczęście powoli się kończyło ponieważ kolejny ze zbuntowanych rycerzy przyszpilił go do podłoża. Ostrzę drasnęło mu ramię i przebiło rękaw koszuli.
- Chcę go żywego! – usłyszał górujący nad okrzykami głos Aragona w momencie gdy kolejne ostrzę zbliżało się do jego gardła.
Z wyliczeń Werterheusena lada chwila powinien się znaleźć pod ścianą. Wyszkolone zmysły po raz kolejny go nie zawiodły – gdy tylko ostrzę przeciwnika zatrzymało się w powietrzu, wykonał kilka błyskawicznych obrotów rozrywając sobie koszulę w kolejnym miejscu i uderzył w ścianę. Kawałek materiału został przyszpilony do podłoża. Adrenalina podniosła mu ciśnienie w żyłach, nie czuł już żadnego bólu.

*****

- „Dziwne” – pomyślał.
Od pewnego czasu nikt go nie atakował. Napastnicy jakby cofnęli się w przestrachu. Słyszał ich ale podświadomie przeczuwał jakąś zmianę. Poczuł delikatny dotyk na powiekach. Miał wrażenie, że ktoś przeciera mu oczy jedwabną chusteczką, ale zdawał sobie sprawę z nierealności takiej sytuacji.
- Otwórz oczy.
Ponownie posłuchał tego głosu ale nie spodziewał się takiego widoku. Jego oczom ukazała się kobieta ale nie jakaś zwykła kobieta, ona miała ciało bogini i była całkowicie naga. Jej piękne ciało łagodnie odbijało światło znajdujące się w komnacie. Zdawało się być aksamitne i lekkie jak wiatr. Nie widział jej twarzy bo szła w stronę jego prześladowców ale mógłby przysiąc, że ją zna.
Nie tylko on był zauroczony, była fascynująca, kusząco poruszała biodrami. Świętego mogłaby doprowadzić do obłędu. Na oko mogła mieć około dwudziestu lat.
Zapach jej falujących, jasnych włosów wanilią zalał jego nozdrza. Coraz bardziej się od niego oddalała. Usilnie starał się na nią nie patrzeć ale nie potrafił oderwać o niej wzroku. Nie wiedział jak się znalazła w komnacie. Spojrzał po twarzach pozostałych rycerzy i ze zdumieniem spostrzegł jak ich początkowa fascynacja ustępuje panicznemu lękowi. Zauważył także coś nie dającego się logicznie wytłumaczyć zdrowym zmysłom. Kobieta im bardziej się od niego oddalała a zbliżała do rycerzy, na jego oczach rozmywała się w powietrzu. Przetarł oczy ze zdumienia. Ale nie został już po niej żaden ślad.

Wśród rycerzy zapanowało nie dające się opisać zamieszanie. Niektórzy zaczęli się cofać i wskazywać palcem w jego stronę – tak mu się przynajmniej z początku zdawało. Oni przeraźliwie krzyczeli i zaczęli walczyć ze sobą. Nagle zobaczył coś lecącego w swoim kierunku od strony przeciwległej ściany, przy której teraz tłoczyli się jego niedoszli mordercy. Ledwo powstrzymał odruch wymiotny gdy to coś upadło tuż pod jego stopami. Był to jeden z napastników a raczej jego resztki. Wśród zakrwawionych szczątków rozpoznał wytrzeszczone ze strachu oczy i kawałek nosa. Reszta ciała była całkowicie zmasakrowana. To jeszcze żyło, wyciągnęło zakrwawiony kikut ręki i chciało go chwycić za nogę. Werterheusen spróbował odskoczyć ale poczuł, że ktoś go chwycił za ramiona. Rozejrzał się dookoła ale nikogo nie było w pobliżu. Za sobą miał tylko ścianę i dziwny cień – nie jego cień. Cieniste ręce wyciągnęły się w jego stronę i nagle poczuł nieznośny ból głowy. Bezskutecznie próbował się wyszarpnąć z niewidzialnego uścisku. Jakaś siła podniosła mu głowę i rozszerzyła źrenice oczu. Widział jak cień zstępuje z sufitu i niczym mgła otula jego ciało.

Nagle drzwi do komnaty rozwarły się z hukiem i stanął w nich z mieczem w ręku zdyszany Jamal.
W mgnieniu oka zorientował się co się dzieje. Chciał jakoś pomóc Werterheusenowi ale przecież nie mógł oddać mu swojej broni, chyba, że w ostateczności. A może to jest właśnie ta ostateczność.
- „Gdybym chociaż miał jeszcze jeden miecz. Mogłem przecież wziąć jakiś zapasowy.” – Pomyślał.
Nie zastanawiał się nawet, że cudem chyba tylko udało mu się wymknąć z komnaty bocznymi drzwiami w czasie kłótni Werterheusena z Aragonem i tak samo wrócić zupełnie niepostrzeżenie. Nagle zobaczył światełko w tunelu – ujrzał miecz wbity w podłoże. Gdyby tylko zdołał go wyrwać.
- „Jamal, uda Ci się.” – Powiedział sam do siebie.
W tej samej chwili usłyszał dziwne mlaskanie, jakby ktoś coś zachłannie jadł lub pił, i mrożące krew w żyłach krzyki. Mieszało się to z ogłuszającym szczękiem żelaza. Spojrzał ale zobaczył, że Werterheusen chwiejący się na nogach z nikim nie walczył, nie miał nawet broni. A więc kto z kim walczył? Czyżby sami napastnicy między sobą? Nie otrzymał odpowiedzi na dręczące go pytania.
Ruszyło na niego kilkunastu rycerzy. Nie zdołał nawet dobiec do miecza. Zdążył tylko zobaczyć coś czego nigdy w życiu nie spodziewał się ujrzeć. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą tłoczyli się Rycerze Zakonu pozostała tylko jedna postać. Była to młoda, naga kobieta. Najpiękniejsza jaką kiedykolwiek widział na oczy. Kuliła się jakby ze strachu. Dookoła niej leżało kilka trupów, po poszarpanych strojach poznał, że byli to Zdrajcy Kościoła. Ich twarzy jednak nie rozpoznał – były rozszarpane aż do mięsa. Szczątki połamanych i poogryzanych do kości kończyn walały się po całej komnacie. Zdawało mu się nawet, że widział jakąś galaretowatą substancję. Po jej konsystencji i kolorze rozpoznał, że do niedawna musiała być jeszcze mózgiem.
Kobieta miała pochyloną głowę, tak, że nie widział jej twarzy. Zdawało mu się, że zasłoniła ją dłońmi. Wokół niej było pełno krwi, której nadmiar nie wsiąkł w podłoże.
- „Biedactwo, przecież to jeszcze dziecko.”
Myślał, że prawdziwy Anioł zstąpił z nieba. Musiała być sprzymierzeńcem Werterheusena, może nawet jego ukochaną. Na samą myśl o tym nieznane dotąd uczucie zazdrości zaczęło się wkradać do jego serca. Nieważne kim była należało ją uratować. Chciał do niej podejść, zabrać ją z tego przeklętego miejsca.
- Nie zbliżaj się do niej! – Dobiegł go krzyk od przeciwległej strony. Ledwo rozpoznał głos Werterheusena tak był nienaturalnie zniekształcony.
W tym samym momencie kobieta podniosła głowę i spojrzała w stronę Jamala a jej wzrok sparaliżował młodego zakonnika. Teraz już nie miał przed sobą wystraszonej, bezbronnej dziewczyny ale potwora, zawodową morderczynię.
Spoglądała na niego dziwna twarz, młoda i piękna ale o bezlitosnych, ostrych rysach. Takie same były jej oczy a w zasadzie jedno oko bo zamiast drugiego spoglądał na niego czarny, pusty oczodół. Jej skóra była gładka ale dziwnie biała. Wcześniejsze wrażenie miękkości i powabu jej ciała zdawało mu się teraz jedynie błędem natury.
Na twarzy miała ślady krwi a w rękach, niczym lalkę trzymała zakrwawione ciało któregoś z rycerzy. Krew miała na całym ciele, nawet na pięknych, pełnych piersiach – wcześniej chętnie by się w nie wtulił, utonął w nich całując każdy ich milimetr a teraz patrzył na nie z rosnącym z każdą sekundą przerażeniem. Gdy się do niego uśmiechnęła zobaczył nienaturalnie długie i szpiczasto zakończone, zakrwawione zęby, a raczej kły trzonowe.
- Uciekaj! – Usłyszał ale nie umiał zlokalizować źródła tego głosu. Tak czy inaczej była to dobra rada.
Ale już nie miał wyjścia. Był tak przerażony widokiem wpatrzonej w niego kobiety, że całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Nawet nie czuł jak wpadają na niego uciekający w panice Rycerze Zakonu. Nabijali mu siniaki i przesuwali go. Nie wiedział nawet kiedy znalazł się kilka metrów od drzwi. Gdy otrząsnął się z wrażenia chciał się wycofać w stronę drzwi ale przy nich nadal było tłoczno. Nagle poczuł palący ból na wysokości lewego żebra. Ręką chwycił się za bolący bok. Pod palcami poczuł lepką, gęstą ciecz a nieco powyżej sterczącą rękojeść sztyletu. Próbował go wyrwać z rany ale bezskutecznie. Obrócił się w bok i wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu. Zdołał tylko wydobyć ze swojego gardła jeden krzyk:
- Ar…! – Reszta wyrazu została niewypowiedziana w rozciętym gardle.

Werterheusen nadal próbował wyrwać się z niewidzialnego uścisku ale zamarł na chwilę słysząc głos Jamala. Zobaczył jak jego broczące krwią ciało upadło na ziemię. Zdawało mu się, że przez moment mignęła mu w drzwiach rękawica Aragona. Łatwo mógł ją rozpoznać – tylko on miał rękawice obrębione złotą nicią.
Znów zaczął się szamotać ale cieniste ręce trzymały go niemiłosiernie mocno. Poczuł jak coś wnika w jego ciało. Coś niematerialnego, jakaś obca siła próbowała zawładnąć jego ciałem i umysłem. Ból w skroniach niemal rozrywał mu mózg. Nagle, zupełnie niespodziewanie ucisk, cały ból zniknął, cień także. Ale Werterheusen jakby już nie był sobą. Wstąpiły w niego nowe nieznane do tej pory siły. Miał wrażenie, że mógłby podbić cały świat.
Dwaj pozostali napastnicy próbowali równocześnie wydostać się z komnaty ale zablokowali się w drzwiach. Lekko wyrwał swój miecz, jakby w ogóle nie użył siły i wolno ruszył w ich stronę. Kobieta jednak okazała się o wiele szybsza. Spojrzała w stronę drzwi, odrzuciła ścierwo trzymane w rękach i odbiła się od ziemi lekko niczym kotka. Mignęła mu tylko w powietrzu i bezszelestnie wylądowała na plecach jednego z zakonników. Powietrze rozdarł ogłuszający krzyk gdy jej palce, a może szpony – tego do końca nie wiedział, wbiły się w plecy nieszczęśnika. Na podłoże zaczęły skapywać krople krwi. Werterheusen zatrzymał się na chwilę na środku komnaty i z chorą fascynacją przyglądał się tej scenie jakby oglądał jakieś przedstawienie na deskach teatru. Na jego oczach pochyliła głowę nad szyją rycerza i znów usłyszał to charakterystyczne mlaskanie. Teraz już nie skapnęła ani jedna kropla. Na jego oczach z wolna uciekało życie.
Kompan ofiary nie nękany przez nikogo z trudem przedostał się przez drzwi i pobiegł wgłąb podziemi.
- Daleko nie ucieknie. – Werterheusen powiedział głośno i z ulgą stwierdził, że powoli wraca mu jego własny, naturalny głos. Nadal miał jednak dziwne wrażenie dwoistości swojej osoby, jakby oprócz niego samego ktoś jeszcze mieszkał w jego ciele.
Otrząsnął się z marazmu, kopnął walające mu się pod nogami zwłoki swoich niedoszłych zabójców i skierował swe kroki w stronę nieznajomej kobiety. Ta puściła blade jak płótno ciało, wyprostowała się podeszła do niego kilka kroków po czym stanęła jakby onieśmielona swoją nagością. Jej pełne gładkie piersi kusząco falowały przy każdym jej oddechu. Stanęła naprzeciwko niego i dopiero teraz mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Dziwne ale nie czuł przed nią lęku. Wbrew pozorom nie miała pazurów ani szponów. Kły ukryła pod czerwonymi od krwi, cienkimi wargami. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Spojrzał w jej błękitne oko i zobaczył w nim nieskończoną głębię oceanu.
- Kim jesteś?
- Częścią Ciebie. – Odpowiedziała a jej słodki, łagodny głos sprawił, że serce mu szybciej zabiło.
Gdyby była zwykłą kobietą mogłaby spłodzić liczne i silne potomstwo. Zatopił się we własnych myślach. Dopiero po kilku sekundach oprzytomniał i zorientował się, że jak jakiś nastolatek zapatrzył się na jej szerokie, może nawet dziewicze uda. Ale ona nie była człowiekiem.
Uniósł miecz i skierował jego ostrzę w jej kierunku. Dziwne ale nie atakowała go.
Spoglądała na niego jakby z zaciekawieniem i uśmiechała się zalotnie. Znów ruszyła wolno w jego stronę. Nie wiedział co robić – religia zakazywała zabijać kobiety, nawet w obronie własnej.
Targany wątpliwościami nie zauważył kiedy stanęła tuż przed nim. Była wyższa od niego prawie o głowę.
Był całkowicie oszołomiony jej pięknem. Nie umiał powstrzymać swej wewnętrznej potrzeby. Wyciągnął rękę, żeby ją dotknąć i nagle stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego – uklękła przed nim na jedno kolano, zupełnie jak giermek czekający pasowania na rycerza. Nie umiałby jej skrzywdzić. Opuścił miecz, pochylił głowę i delikatnie pocałował ją w czoło.
- Wstań.
- Musimy zacząć działać. – Usłyszał w odpowiedzi.
To był jej głos ale ona sama nie powiedziała ani jednego słowa. Ten głos jakby pochodził z jego głowy.
Łagodnie ujęła jego dłoń i przycisnęła do swoich ust ale go nie ugryzła. Wstała.
- Chodźmy stąd. Musimy powstrzymać Aragona. Papież będzie nam potrzebny. – Powiedziała.
Wyszli z komnaty.

******

Nie wiedział co się z nim dzieje. Dał się prowadzić młodej, nagiej, nieznajomej kobiecie za rękę jak małe dziecko. Choć znał majętność jak własną kieszeń teraz nie wiedział gdzie się znajduje. Rozum podpowiadał mu, że jest u siebie w domu, nie przypominał sobie, żeby gdzieś wychodził ale zmysły mówiły mu zupełnie coś innego.
Rozglądał się ciekawie po korytarzach przypominających mu wyglądem jakąś katedrę. Był nimi zauroczony. Choć było ciemno dość wyraźnie dostrzegał zarysy sprzętów, marmurowych posągów pół ludzi a pół zwierząt. Miał wrażenie, że bacznie go obserwują.
Weszli do jakiejś komnaty. W ciemności wyraźnie rysowało się wystrojone łoże. Nagle poczuł ogromne zmęczenie. Usłyszał bicie zegara dochodzące gdzieś z głębi budowli.
Wskazywał godzinę trzecią w nocy.
Werterheusen ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do łóżka i dotknął pościeli – była mięciutka, tylko się w niej zanurzyć.
- Rano zastanowimy sie co robić. Teraz idę spać. Tylko się wykąpię. – Odwrócił się w stronę nieznajomej ale nie było jej w komnacie.
Nawet nie słyszał kiedy wyszła.

Piętnaście minut później leżał już w miękkiej pościeli. Było tak ciemno, że oko wykol. Teraz już nie liczyło się dla niego gdzie jest, najważniejsze, że mógł spać. Zamknął oczy i już oddawał się w ramiona Morfeusza gdy nagle coś zaczęło się ruszać pod kołdrą wzdłuż jego nóg.Otworzył oczy ale nie miał odwagi się poruszyć. Zawsze miał przy sobie sztylet, tak na wszelki wypadek, ale tej nocy, sam nie wiedział dlaczego, zamiast włożyć go pod kołdrę schował pod poduszkę.
Poczuł coś ciepłego i wilgotnego na wysokości podbrzusza. Coś szorstkiego. Wyraźnie się rozluźnił i robiło mu się coraz przyjemniej. Coś pod kołdrą ułożyło się w kształt kobiety. Zamknął oczy i lekko się uśmiechnął.


24 października 2005 – 13 stycznia 2006
3/4 rozdziału napisane wspólnie z Klarą Piotrowską (Morgan Claire Le Fay)

 

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

Matka Herezji

Prolog:

Przepowiednia

Nikt nie pamiętał jak miała na imię ani skąd pochodziła. Pojawiła się znikąd pośrodku Targu. Kupcy i sprzedawcy z najrozmaitszych miast oferowali swoje wyroby. Wśród tłumu przewijali się też drobni rabusie i mordercy. A ona szła przez sam środek. Usuwali się jej z drogi zarówno zamożni i ubodzy i to bynajmniej nie dlatego, że była silna czy miała broń. Wręcz przeciwnie. Ci, którzy z daleka już słyszeli jej głos ostrzegali pozostałych. Ale nawet najtwardsi uciekali gdy tylko ją zobaczyli. Kiedyś chcieli ją spalić na stosie, uważali ją bowiem za czarownicę ale Rycerze Watykanu wyraźnie tego zabronili – zakazali grożąc mękami piekielnymi w lochach Wielkiej Świątyni i po śmierci.
A wygląd? Wyglądem rzeczywiście mogłaby wystraszyć nawet samego Papieża a ten ponoć samego diabła się nie bał.
- Ona przybędzie i zniszczy Was wszystkich! Nikogo nie oszczędzi! Ten czas już nadchodzi! Podepcze Wasze ołtarze, będzie tańczyła na Waszych stołach i będzie piła krew z Waszych czaszek, psy! Zapamiętajcie moje słowa, – Podbiegła do jednego ze straganów, zerwała z wystawy czerwony szal i rzuciła go na ziemię przed swoimi stopami. – bo to będzie linia Jej królestwa! Rzeka krwi, która się potoczy po Waszym Plugawym Mieście! – Zaśmiała się szyderczo. Kawałek dalej, udając, że jej nie słyszą, kupcy upychali na siłę swoje produkty komu się dało.
- Obniżę Jaśnie Panu cenę. – Sprzedawca uśmiechał się przymilnie. Patrzył na stojącego rycerza a jego oczy aż się uśmiechały, żeby jeszcze wyciągnąć od niego parę monet. Rzadko przychodziły do niego tak ważne osoby. Oszacował go wzrokiem. Musiał być majętny. Zbroja ze szczerego złota, długi miecz w wysadzanej klejnotami pochwie. Sam koń musiał kosztować majątek. – Dołożę Panu jeszcze to sukno, po obniżonej cenie. Połowa ceny. Najlepszy gatunek. Lepszego nie znajdziesz Ja?nie Panie.
- Lepiej mi powiedz co to za kobieta. – Jego oczy spoważniały i cień przetoczył się po jego twarzy. Teraz już nie był uśmiechniętym czterdziestolatkiem ale mężem gotowym na wszystko. Zauważył to także sprzedawca.
- Która Panie? – Zapytał z przerażeniem w oczach. Przed sobą miał mordercę o bezlitosnym spojrzeniu.
- Ta która ośmieliła się nazwać Święte Miasto Plugawym Miastem?
- A ta. – Odpowiedział lekceważąco sprzedawca. – Nie zwracaj na nią uwagi, Panie. To szalona kobieta. – W momencie gdy wypowiedział ostatnie słowo splunął z obrzydzeniem na ziemię. – To wiedźma przeklęta. – Nikt nie usłyszał jego ostatnich słów bo kobieta znów zaczęła krzyczeć.
- Bądźcie przeklęci wszyscy rycerze, Wy, którzy nazywacie się Sługami Pana. Niech Was piekło pochłonie. Tego już nie mógł znieść. Odwrócił się w stronę dobiegającego go krzyku. Teraz przed nim rozstępował się tłum. Szedł majestatycznym, dostojnym krokiem a jego krwista peleryna miękko odbijała się od okutych żelazem butów. Stanął naprzeciwko niej z ręką na rękojeści miecza.
Nawet na niego nie spojrzała. Stała do niego tyłem i drewnianą laską kreśliła jakieś znaki na ziemi.
- Nie życzę sobie więcej takich herezji na tej Świętej ziemi! – Zagrzmiał rycerz.
- Odezwał się jeden z psów.
Nawet się nie odwróciła. W odpowiedzi usłyszała zgrzyt wyjmowanego miecza. Dopiero teraz się odwróciła ale tylko bokiem. Spojrzała na niego a jemu nogi się ugięły pod jej widokiem. Spojrzał i utonął w jej niebieskich jak ocean oczach. Miał przed sobą piękną, młodą kobietę. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Nie potrafił oderwać wzroku od jej gibkiego ciała, od pełnej, falującej piersi. Długie, jasne włosy lśniły w promieniach wschodzącego słońca. Miał przed sobą księżniczkę ubraną w długą, białą suknię z niebieskimi falbanami i bufiastymi rękawami. Stał przed nim ideał kobiety, nie rozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. Przecież chropowaty głos starej kobiety, który ją charakteryzował nie mógł być powodem takiego zachowania ludzi.
Stał jak sparaliżowany. Zerwał się silny wiatr i odsłonił zbrojne ramię do tej pory ukryte pod płaszczem.
Wszyscy ujrzeli czerwony krzyż z zaostrzonymi końcami. Na krzyżu były jakie? Litery w nieznanym im języku. Ramiona były owinięte cierniową koroną.
Wszyscy w milczeniu patrzyli jak wyjął swój miecz i ukląkł przed nią na prawe kolano. Oręż spoczął na metalowym nagolenniku. – Zauroczyła go. – Krzyknął jeden z mieszczan i podbiegł do rycerza. Chwycił go za rękę i chciał odciągnąć ale rycerz odepchnął go z taką siłą, że tamten wzbił się w powietrze i upadł na ziemię niczym kamień. Leżąc trzy metry dalej Zwijał się z bólu, niezdolny podnieść się z ziemi. Nagle niebo się zachmurzyło i nie wiadomo skąd uderzył piorun prosto w mieszczanina. Płomienie objęły biedaka i po paru sekundach pozostał z niego tylko popiół. Gapie cofnęli się z przerażeniem. O tej porze roku, w środku lata od kilku stuleci nie było żadnej burzy.
Ale ani rycerz ani kobieta nawet nie drgnęli.
- Przyjmij mnie na swojego sługę, o Pani. Chcę być na każde Twoje wezwanie. Przyjmij moje serce i rządź nim. – Chwycił jej dłoń i przyłożył do ust.
Teraz dopiero się odwróciła i stanęła przed nim w pełnej okazałości. Nadal klęczał z opuszczą głową.
- Wiedziałam, że przybędziesz, Werterhauserze.
Podniósł wzrok i dopiero teraz zrozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. To nie była kobieta, to była hybryda. Doleciał go smród gnijącego mięsa. Stała przed nim kobieta – demon. Jedna jej połowa była ciałem anioła ale druga szatana. Wystające kości. Twarz zaropiała i owrzodzona. Zamiast oka miała pusty dół toczony przez robactwo. Płaty poszarpanego mięsa zwisały jej z żeber. Na głowie miała resztki włosów. Uśmiechnęła się i zobaczył ostatniego zęba czarnego jak czeluści piekła. Miała na sobie tylko połowę sukni więc dopiero teraz zobaczył całą jej „urodę”. Dreszcz przebiegł po całym jej Ciele ale już nie mógł cofnąć rycerskiej przysięgi.
- Ty weźmiesz pod swoja opiekę Przeznaczenie całej ludzkości. – Zaśmiała się szyderczo.
Nic nie odpowiedział.
- Wstań i zabierz mnie do domu.
W milczeniu wstał. Podprowadził konia i posadził ją w siodle. Sam szedł obok prowadząc zwierzę za uzdę. Wszyscy ustępowali mu z drogi. Nigdy jeszcze nie mieli takiego widowiska. Po ich odejściu długo jeszcze stali w milczeniu i dopiero po kilkunastu minutach otrząsnęli się z wrażenia i, jak gdyby nigdy nic, wrócili do swoich straganów.


Konrad Staszewski, Morgan Claire Le Fay