Listopad 16th, 2007 przez Thek

List sir Richarda Donahue z Vithouse do Malcolma Swift’a

Vithouse, 7.05.1894 r.

Drogi mój Przyjacielu!
W swym ostatnim liście zapytujesz mnie o owe wydarzenia, tak szeroko komentowane przez prasę brukową. Pytasz mnie, czyż prawdą jest to co opisują, a co jakoby wydarzyło się owej pamiętnej nocy. Z tonu Twego listu wynoszę, iże bardzo krytycznie do owych sensacji jesteś nastawion. Niepotrzebnie.
Ja także czytałem owe historie w gazetach. Lecz to, co napisały te nędzne dziennikarzyny, żywiące się ludzkim upodleniem i nieszczęściem, niczym jest w obliczu tego co wydarzyło się naprawdę i co dzieje się nadal. Choć znasz mnie jako człowieka na wskroś uczciwego i prawdomównego to śmiem wątpić, iże uwierzysz w mą opowieść. Zaklinam Cię jednak! Wszystko co tu napiszę jest najswiętszą prawdą i wcale nie oszalałem, tak jak będziesz sądził, czytając moje słowa.
Owe wydarzenia zaczęły się wieczorem, 17 stycznia obecnego roku. Siedzielismy w pubie wraz z szanownym sir Arturem Bounte i wielebnym pastorem O’Riley, Panie niech spoczywa w pokoju. Spotykaliśmy się tu niemal każdego wieczoru, prowadziliśmy długie dysputy i raczyliśmy się opowieściami z dalekich podróży lub po prostu rozmawialiśmy o naszych sąsiadach. W historiach z dalekich wypraw prym wiódł sir Artur, o którym pisałem Ci we wcześniejszych swych listach. Doprawdy Malcolmie, trudno było się oderwać od jego wspaniałych historii o zaginionych na pustyni miastach, o tajemniczych ludach mieszkających w puszczach Afryki. Opowieści pełne tajemnic, czasem smutne, czasem wesołe. Myślę, że wiele z nich sir Artur ubarwiał, aby sprawić nam przyjemność, jednak mnie to nie przeszkadzało. Wiele razy wraz z pastorem zaśmiewaliśmy się do łez, na przykład z historii o tym, jak sir Artur pokonał za pomocą lustra kilkunastu uzbrojonych w dzidy dzikusów, czy też jak ukradł pewnemu maharadży ulubionego rumaka, po to tylko by udowodnić spryt i odwagę prawdziwego Anglika. Wspaniałe były owe opowieści.
Tego tragicznego wieczoru nie było jednak żadnych opowieści. W on czas rozmawialiśmy o demonach. Pastor tłumaczył nam iż demony to jeno wymysł biblijny, aby nastraszyć pogan i spowodować, by zbłąkane owieczki chętniej przyłączyły się do stada Najwyższego Pasterza. Bóg, w swej miłosci, nie mógł stworzyć czegoś takiego jak demony, czegoś złego. „Demony siedzą w ludziach” tłumaczył nam pastor. Sir Artur gwałtownie oponował. Stwierdził, iż demony to istoty z krwi i kości, równie realne, jak my sami.
Pastor i sir Artur często nie zgadzali się w poglądach i spory między nimi nie należały do rzadkości, ba, stanowiły sprawę tak normalną, jak to iż Słońce wschodzi i zachodzi. A jednak spór ów dziwną i niezrozumiałą zaciekłość u obu wywołał. Wreszcie sir Artur zaproponował wielce wzburzony, by udać się do jego posiadłości, gdyż tam ma dowód na prawdziwość swoich słów. Pastor i ja zgodziliśmy się ów dowód obaczyć i ruszyliśmy do domostwa sir Artura. Mimo iż początkowo owe dziwne zacieklenie u przyjaciół wywoływało u mnie uśmiech pobłażania, to jednak kiedy zbliżaliśmy się do celu naszej nocnej wędrówki, poczułem jak żelazna obręcz strachu oplata moje serce.
Kiedy dotarliśmy do domu sir Artura było już dobrze po północy. Weszliśmy do salonu, a gospodarz opuścił nas na chwilę. Kiedy wrócił, niósł w dłoniach jakąś starą księgę. Opowiedział nam, że owa księge dostał pewnej nocy w Egipcie, kiedy to w jego obozie u stóp piramid pojawił się nieznajomy Arab. Arab ponoć podarował mu tę właśnie księgę, mówiąc, że zawiera ona tajemnice starsze niż czas. Rankiem nieznajomego już nie było i nikt go później nie widział. W trakcie tej opowieści oczy sir Artura zapłonęły jakimś niezwykłym blaskiem i doprawdy, mój przyjacielu, poczułem prawdziwą trwogę.
Co do samej księgi. Jej tytuł brzmiał „Necronomicon”. Oprawiona była w czarną skórę, która zdawała się oddychać, jako żywa istota. Kiedy dotknąłem księgi, przysiągłbym, że poczułem słabe tętno, puls czy bicie serca. Jakież piekielne serce mieć musiała owa rzecz… cóż ja mówię, ona sama starsza być musiała niżli piekło.
Sir Artur otworzył księgę i pochłonęło nas szaleństwo. Naszym przerażonym oczom ukazała się rycina, kreski proste, lecz o ogromnej mocy. Zaledwie na nią spojrzałem krzyknąłem do sir Artura, by zamknął księgę. Pastor także krzyczał. „To niemożliwe, diabelskie sztuczki jeno” tak krzyczał pastor. A potem… Mgła szaleństwa zaćmiewa mój umysł… Pastor dotknął ryciny. I wtedy się zaczęło.
Jako, iż teraz właśnie zaczyna się najbardziej szaleńcza część mej opowieści, proszę Cię, Przyjacielu, byś zrozumiał jedną rzecz. Nie ma słów w ludzkiej mowie, by oddać tę grozę. Nie potrafię opisać Ci owej nieszczęsnej ryciny. Przedstawiała ona dwie Bestie splecione ze sobą w powietrznym pojedynku. Kształty owych Istot… były wstrętne, zdawało się, że żyją na owej rycinie i zmieniają się nieustannie. Lecz nie to było najgorsze. Najgorsza była nienawiść, jaka biła z owych, prostych zadawałoby się, kresek. Nie potrafię tego opisać, a nawet gdybym mógł, to nie chcę w obawie o Twe zmysły. Przejdę do dalszych wypadków, chociaż uwierz mi, Przyjacielu wolałbym, by nigdy nie nastąpiły. Jak już rzekłem, pastor dotknął owej ryciny.
Dotknął, krzycząc jakieś egzorcyzmy. Z księgi buchnął płomień i ogień objął dłoń pastora. Ten nie zważał na to, dalej wywrzaskiwał swoje „Apage Satanas”, nawet wtedy, gdy płomienie paliły całe jego ciało. Sir Artur śmiał się jak szalony, a ja zataczałem się niczym w pijackim zwidzie. Pastor upadł na podłogę, a smród spalonego ciała rozszedł się po całym salonie. Nagle ujrzałem, że na dworze zrobiło się całkiem widno, niczym za dnia. Chwiejnym krokiem podszedłem w strone okna i wyjrzałem na zewnątrz. Niebo właśnie się rozstępowało i całą ziemię spowiło szmaragdowe swiatło.
W górze dwie Bestie, jak na owej przeklętej rycinie, toczyły śmiertelny pojedynek. Słyszałem łopot olbrzymich, niby nietoperzowatych skrzydeł, uderzenia potężnych dziobów i odgłosy kości łamanych w usciskach potężnych macek. Jakimś sposobem owe Bestie wydostały się z księgi. Po krótkiej walce jedna z tych Istot zakrzyczała tryumfalnie i za pomocą szponów, macek, odnóży i dziobów rozerwała drugą na strzępy. To właśnie był ów „krwawy deszcz” o którym pisano w brukowcach. Zwycięska Istota spojrzała jeszcze w moją stronę, a potem odleciała w stronę gór. Jej spojrzenie odebrało mi resztki zmysłów. Upadłem bez czucia na podłogę. Taka oto jest prawda o owej nocy.
Kiedy rano ocknąłem się ciało pastora dopalało się. Sir Artur siedział w fotelu przy kominku i mówił cos do siebie. A księga… księga zniknęła i nikt tu jej nie widział od tej pory. Na koniec jeszcze powiem Ci tylko, Przyjacielu, że sir Artur, umieszczony w tutejszym sanatorium dla ludzi obłąkanych, do końca nie odzyskał zmysłów. Piszę do końca, bowiem zniknął z owego sanatorium trzy dni temu. Tu, w Vithouse, zniknęło bez śladu od czasu owej Nocy wiele osób. Bestia ma swe gniazdo gdzieś w górach i coraz częściej wychodzi nocami na żer.
Przyjacielu mój drogi! Chcę się z Tobą pożegnać. Wiem, że owa Istota przyjdzie po mnie wkrótce. Już nigdy się nie zobaczymy. Zaklinam Cię na wszelakie świętości, nie przyjeżdżaj do Vithouse i nie szukaj nigdy owej księgi przeklętej… My, ludzie, jesteśmy dla Starszej Rasy, owych bóstw sprzed stworzenia Ziemi, niczym kurz albo mrówki. Lepiej zatem nie zwracajmy na siebie ich uwagi, bo czeka nas los takiego właśnie natrętnego owada, którego, bez chwili wahania, zgnieciesz jednym palcem.
Żegnaj,Twój na zawsze, Richard.
P.S. Powiedz innym, może jeszcze nie jest za późno.

Listopad 16th, 2007 przez Gandalf

Gdy elf wyszedł z prosto wykonanego szałasu ujrzał błyszczącą rosę na trawie, pierwsze promienie słońca które nieśmiało przenikiwały przez młode gałązki równie młodych sosen. Padł na ziemię i zaczął dokładnie przyglądać się trawie, tak! Jego ofiara szła tędy i na dodatek nie wie że jest śledzona. Czym prędzej założył płaszcz, ukrył twarz pod kapturem założył plecak, przypiął do pasa dwa miecze, jeden z prawej drugi z lewej, ukrył sztylety w butach a szałas zniszczył i po chwili znalazł się w głębi lasu. Biegł szybko jak gepard a lekko i cicho niczym małe piórko, wydawało się że unosi się nad ziemią, co jakiś czas zatrzymywał się aby zbadać czy nie zgubił tropu, jego ofiara była jakieś pół dnia marszu przed nim lecz to tylko kwestia czasu kiedy ją dogoni i dorwie z zaskoczenia. Pewny siebie łowca pobiegł dalej, był pewien iż zabicie ofiary nie sprawi mu kłopotu. To tylko jakaś dziewka szpieg która byłaby już w lochach gdyby nie niesubordynacja strażników którzy dali jej uciec i gdyby nie oni doświadczony zabójca trenowałby sobie teraz w swojej kryjówce.

Ślad się urywał przy wodospadzie otoczonym skałami. Musiała zejść w dół – pomyślał elf i zaczął zeskakiwać po skałach obok wodospadu, jeden fałszywy ruch i mógłby zginąć, lecz dla takiego doświadczonego łowcy to żaden problem.

Spory między leśnymi a złotymi elfami trwają już od wielu tysięcy lat i z roku na roku zbierają one straszniejsze żniwa. Im dłużej trwają walki tym więcej osób ginie i na dodatek cierpią na tym słabsze i bezbronne rasy żyjące w pobliżu.

Satis jest bardzo doświadczonym choć młodym leśnym elfem szkolonym w złodziejstwie, walce wręcz, oraz w sztukach leśnych łowców. Gdy tylko chce może stać się prawie niewidzialny. Jest cichy, szybki i perfekcyjny i choć ma problemy z prawem i żyje w odludziu zgodził się zabić szpiega który wykradł tajemnice leśnych elfów i uciekł z niewoli. Satis zgodził się pod warunkiem iż król cofnie mu kary za poprzednie wykroczenia takie jak, zabójstwa czy kradzieże. Jego zadanie jest proste i zrozumiałe – odnaleźć zanim szpieg wróci do miasta złotych elfów, zabić go, ukryć zwłoki i odebrać pergamin z planami całego lasu leśnych elfów które stanowi jedno wielkie elfickie miasto. Jeżeli mu się nie uda leśne elfy czeka zguba.

Gdy Satis zszedł po stromych skałach czekała go przeprawa przez rzekę, na szczęście w pobliżu był mały port, elf zapytał starego gnoma aby się upewnić czy przepływała tędy jego ofiara, ten potwierdził. Satis kupił małą łódkę za 50 sztuk złota i ruszył na drugą stronę bardzo szerokiej rzeki.

Wiosłował z pół dnia bo gdy znalazł się po drugiej stronie był gdzieś środek nocy. Choć zabójca umiał widzieć w nocy to i tak by nic nie wywęszył, postanowił przespać się bo i tak bez energii nic nie zdziała, nie opodal był mały kawałek polanki w sam raz do przespania się. Satis położył się na miękkiej trawie i jak zawsze czujny zasnął.

Obudził się jeszcze przed wschodem słońca i wypoczęty ruszył dalej. Trop pokazywał iż ofiara jest ze 2-3 godziny drogi przednim co oznaczało iż powoli ją dogania.

Po paru godzinach biegu elf zauważył z pagórka wielki i rozchodzący się na kilka mil labirynt z żywopłotów. Dobrze znał ten labirynt, to tu gdzieś po środku jest portal do miasta złotych elfów przez który uciekał z niewoli. Pamiętał co nieco więc ostrożnie ruszył w głąb, wiedział że musi szybko znaleźć swą ofiarę bo gdy przejdzie przez portal misja będzie zaprzepaszczona. Czym prędzej zaczął biec po zawiłych żywopłotowych korytarzach zdając się na własny instynkt i na boginię szczęścia Zeo. Co prawda Satis uwielbia przyrodę to teraz nie zwracał uwagi na piękne ogrody rosnące dookoła niego – no chyba że byli w nich ogrodnicy to wtedy szybkim zwinnym ruchem rzucał w nich malutkim sztylecikami przypiętymi do pasa. Trafiał perfekcyjnie w serce lub w szyję. Jego ofiary nie miały najmniejszej szansy na przeżycie. Nagle elf zauważył ciągnący się przed nim długi ciągnący się gdzieś na kilometr korytarz w którego połowie stała jego przerażona ofiara. Gdy tylko go zauważyła popędziła ile miała sił w nogach. Była wolniejsza od Sarisa więc ten pewny siebie tak jak wcześniej pobiegł w jej kierunku. Złota elfka już się cieszyła na widok magicznego portalu gdy…potknęła się o korzeń. Wtem elf podszedł do niej powoli, poprawił kaptur aby się upewnić że elfka nie zobaczy jego twarzy poczym wyjął miecz i już miał ją zabić gdy nagle jego ramie przebiła złota strzała na wylot. Satis padł na kolana – ból był straszliwy ale z zimną krwią elf nie dawał po sobie znaku cierpienia. Spojrzał tylko w stronę portalu gdzie stał elficki rycerz ze złotą zbroją i łuku w rękach, zabójca osunął się na ziemię i stracił przytomność.

Listopad 16th, 2007 przez Gandalf

Głupia dziwka… Te kurwy cię zarażą… Zmień to, Hubercie! Zachowujesz się jak szczeniak! Zmień swoje życie! I tak nam jest ciężko! Nie nadajesz się! Ostrzegamy pana… może się to dla Pana szybko skończyć. Nie wystawia Pan odpowiedniego świadectwa naszej firmie… nie wiem, czy nadal jest Pan naszym pracownikiem… Ja to zmienię. Chyba za późno. To jest nieodwracalne, proszę Pana. Decyzją Komisji wykluczamy Pana z naszej Wspólnoty. Wiąże się to z oddaniem sygnetu i szarfy wspólnotowej w stanie nienaruszonym, inaczej grozi Panu kara dziesięciu lat więzienia i grzywna w wysokości tysiąca koron. Zamykam posiedzenie…
 
Wiosna
 
Pewny krok dobrze sprawionych butów niszczył ciszę altdorfskiego sądu głównego. Młody, wysoki blondyn szedł długim korytarzem niegdysiejszej świątyni Sigmara. Poprzez potężne, przesłonięte witrażem okna wpadały długie strugi promieni słonecznych, zalewając korytarz wiosenną poświatą z obu stron. Hubert wiele razy był w tym miejscu. Znał je dzisiaj jak własny dom, wynajęty w jednej z droższych kamienic, niedaleko centrum Altdorfu. Gmach sądu głównego pociągał go jeszcze za czasów żaka, kiedy to po ukończeniu dziesiątej klasy nauk ogólnych musiał zadecydować, jaką drogę wybierze. Ojciec pozostawiał mu duży wybór – mógł nawet zostać pomocnikiem kowala, ale był jeden warunek: jeśli ukończy prawo dostanie mieszkanie po ciotce Sybil. Obie perspektywy wydawały się aż nadto kuszące, ale padło na prawo.
Kolejne siedem klas i rok pracy w drukarni prawnej Johana Müllera minęły dosyć szybko, ale odbierając  w wieku dwudziestu ośmiu dyplom i insygnia Altdorfskiej Wspólnoty Prawnej Hubert czuł się staro. Nie wpłynęło to jednak na jego zachowanie, jako prawnika. Mimo niewielkiego stażu i krótkiej praktyki dosyć szybko przystosował się do panujących we wspólnocie reguł i co więcej – mianowano go na przewodniczącego grupy, która razem z nim się przyjmowała. A wszystko to, dzięki nienaturalnej zdolności do awanturowania się i walki o swoje. Hubert nigdy nikomu nie zdradził pochodzenia swoich zdolności, bo sam bał się przyznać przed sobą ich pochodzenia. Karczemne awantury, w których nieraz w przeciwieństwie do pracy walczył mieczem, nie językiem dały mu wiele do myślenia. I tak po większości wymyślał dla siebie jakąś wymówkę, aby wycofać się przed przybyciem patrolu straży miejskiej. Zazwyczaj się udawało…
Ogromne dębowe wrota, szczelnie pilnujące, by z sali rozpraw nie wydostało się żadne słowo uległy z lekkim skrzypnięciem, charakterystycznym dla starych budynków. Zapach drewna zaatakował nozdrza młodego prawnika. Jego oczom ukazała się długa na kilkanaście metrów sala, na której końcu na podeście znajdowało się miejsce najważniejszej osoby tego przedstawienia. Joachim Dewel siedział wyprostowany w jednej z ław. Z tyłu wyglądał na młodziana, któremu jeszcze mleko nie zdążyło wywędrować spod nosa. Ale Hubert znał swego kompana od karafki. Wiedział, na co go stać i być może w środku czuł przed nim obawę. Gdyby przyszło im walczyć ze sobą, wytoczyliby pewnie najcięższe działa i niepewny byłby los bronionego. Myśl szybko zmieniła się w słowa.
- Witaj, skurwielu! – głos Huberta przeleciał przez salę i uszedł przez uchylone okna.
- Sam pan Hassel! – Joachim obrócił się w jego stronę szczerząc nienagannie białe zęby. – Witaj psubracie! – czysta ręka, z nienagannie przyciętymi paznokciami wystrzeliła nagle w stronę Huberta. – Kogo dziś bronisz?
Prawnik popatrzył do oprawionego w skórę notatnika, poszperał chwilę z zżółkniętych kartkach.
- Hrabia… du Sadr – uśmiech pojawił się na twarzy Hassela.
- Sam hrabia Markiz du Sadr? – oczy Dewela otworzyły się ze zdziwieniem. – No no! To gratuluję i obyśmy to później opili zdrowo!
- Nie wiem, Joachimie… – Hubert podrapał się po przystrzyżonej brodzie. – Zdaje się być ciężko. Ponoć zabił jakąś prostytutkę i jej alfons… to jest ojciec ma na to świadka.
- Hrabia zabił dziwkę? A po cóż miałby mieć z nią do czynienia? Twój klient z Bretonii o nienagannej reputacji człowieka uczciwego, męża stanu i nienagannego męża i ojca brzydzi się dziwkami, a czymże jest słowo karczmarza wobec słowa zapijaczonego karczmarza?
- Ano jest, przyjacielu… – Hubert zazgrzytał zębami. – Przysięgli, to mieszczanie o nieposzlakowanej reputacji. Zupełnie jak my – uśmiech Hassela wykrzywił się nieznacznie – Karczmarz im bliższy od szlachcica, choćby i był najjaśniejszym rycerzem Estalii. A jak mi jeszcze dorzucą gwałt… – mina prawnika spochmurniała.
- Gwałt? Na dziwce? Toż to niedorzeczność! Spokojnie. Kim była ta dziwka? Daj mi nazwiska tych, co to widzieli.
- Nie, Joachimie. Dawno tego nie robiłem i nie będę.
- Zamknij się idioto! Nie wiesz, że du Sadr ma wielu wrogów? Nawet u nas! Najpłomienniejszy rycerz Bretoni zbyt długo cieszy się tytułami – oczy Dewela płonęły złością. – Choćby to nasi mieli go przekupić, pewnikiem to zrobili, aby tylko hrabia spędził noc w areszcie, przytulony do szczura!
- Otto z Kitaju – Hassel zagiął kartkę, jakby się upewniał. – Tak, to ten karczmarz.
- Nigdy nie przepadałem za tą knajpą – Joachim wstał, zarzucając ciemny płaszcz na ramiona i ruszył zdecydowanym krokiem w stronę drzwi.
 
Hubert odłożył swoje notatki na jedną z ław, a sam zaczął chodzić po sali, trzymając splecione palce za plecami. W ciszy dało się dosłyszeć ciche szepty młodego prawnika. Hubert Hassel przygotowywał się do kolejnego pojedynku na słowa.
 

 
Wiosenne chmury przegnał wiatr, przesłaniając Altdorf ciemną, jesienną zasłoną. Z tego wszystkiego rozpadał się deszcz i stało się bardzo nieprzyjemnie. Zimny wiatr, będący ostatnim wspomnieniem zimy hulał pomiędzy wieżami pałacu Imperatora, Targał flagami na katedrze Sigmarytów, uderzał okiennicami mieszczańskich chałup i poruszał karczemne szyldy. Na taki właśnie szyld, przedstawiający książkę, kałamarz i pióro patrzył Hubert, idąc spiesznie w stronę drzwi karczmy. Kolegium, bo tak się nazywała znał doskonale. Za to, że wybronił karczmarza, swoją drogą znajomego ze studiów, przed oskarżeniami o niewłaściwą nazwę dla karczmy, otrzymał tam swój stolik i był powszechnie szanowany. Mimo swojej pozycji kilka razy jednak udało mu się wylecieć, gdy stawał się zbyt nachalny wobec żony swojego przyjaciela z uczelni.
Ten dzień był doskonały. Wiosenne powietrze, świeże i smaczne jak nigdy wywołało w nim głód. Głód i pragnienie oczywiście. A do tego świadomość setki koron, które otrzyma za wygranie sprawy hrabiego potęgowała potrzebę wydania pieniędzy na jedzenie i picie.
Gdy tylko nacisnął klamkę, powitało go ciepło panujące we wnętrzu. Zawieszone nisko pod sufitem żyrandole, wypełnione świecami niczym błyszczące pająki rozświetlały pomieszczenie. Gości było niewiele, ale dla Huberta jak zwykle za dużo. Karczmarz, właściciel Kolegium siedział za długim blatem, zatopiony w lekturze. Dopiero po chwili podniósł głowę, aby spojrzeć na gościa. Na jego twarzy pojawił się mimowolnie uśmiech.
- Siadaj no! Joachim za kilka chwil przyjdzie.
Hubert powiesił przemoczony nieopodal kominka. Usiadł wygodnie na krześle przy szynku.
- Poproś Elisę o coś do jedzenia, a sam podaj mi lampkę Adieux.
- Pan hrabia wolny? – Christof postawił na blacie kryształowy puchar, pochodzący z huty szlacheckiej w de Lascaux w Bretonii, później odkorkował butelkę z dumnym, ręcznie napisanym „Adieux”. Hubert powąchał i z uśmiechem wskazał wzrokiem na kryształ.
- Wolny, a do tego miasto ma mu wypłacić setkę złotych koron, jako zadośćuczynienie za pięć dni przetrzymywania bezpodstawnie w areszcie – w kącikach ust Hassela pojawił się lekki uśmiech.
- No toś się wystarał – karczmarz klepnął go po przyjacielsku w ramię. Odwrócił się i zniknął na chwilę za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
 
Hubert siedział tak sam przez chwilę, pociągając łyk z kryształowego pucharu. Planował w myślach dzisiejszy wieczór. Wiedział, że nie może zbyt wiele wypić, bo czekają go jeszcze odwiedziny u Natalii.
- Gratuluję! – niski, męski głos obiegł salę i zelektryzował prawnika.
- Dziękuję – Hassel ze swoją naturalną powściągliwością odwrócił się w stronę miejsc dla gości. W karczmie nie było nikogo, poza starcem, który siedział w kącie, tuż obok kominka. Dostojnie skrojone odzienie i szlacheckie rysy twarzy nie wiedzieć, czemu wywołały na Hubercie piorunujące wrażenie. Oczy. Szare, stalowe i pewne siebie oczy. Typowe dla szlachty, ale te miały w sobie coś więcej. Miały pełnię. Pełnię, która rzadko biła od ludzi tego pokroju. U niego ona wręcz się wylewała, jakby chciała ogarnąć wszystko wokół.
- Można – krzesło przy stole zaszurało o dębową podłogę.
- Nie odpowiedziałem – głos nieznajomego był obojętny.
- Nie pytałem.
- Słucham więc? – stalowoszare oczy jakby wyrażały to, co mówił język – brak beznamiętność, doprawiona lekką emocją.
- Kim jesteś i czego tu szukasz? – na twarzy młodego prawnika pojawiło się zdenerwowanie. Nie wiedział sam, czemu pręży się niczym kot do ataku.
- Zwą mnie Manfred. Jestem podróżnikiem. Zajmuje się ludźmi i gwiazdami.
- A czego tu szukasz? – oczy Huberta zwęziły się, a usta zaciskały twardo, uwalniając tylko po to, aby zadać kolejne pytanie.
- Odpoczynku. Wiele dni temu wyruszyłem z Nuln. A droga… – Manfred popatrzył uważnie na Hassela. – A droga, jak pewnie nie wiesz jest trudna i wielce niebezpieczna.
- Zajmujesz się gwiazdami?
- Tak. Klecę historię gwiazd. Obserwuję napotkanych ludzi i dzięki gwiazdom tworzę ich życia.
- Życia? Poznajesz ich historie? – młodzieniec zamyślił się, po czym szybko wrócił na ziemię. – A jakie są moje gwiazdy?
- Podaj mi dłoń, a powiem ci cokolwiek.
Hubert wyciągnął dłoń w stronę Manfreda. Jego przydługie i połamane paznokcie wydały się nienaturalnie przyczepione do delikatnej dłoni. Starzec popatrzył uważnie na linie, biegnące po ręce, które dla każdego wydałby się chaotycznie porozrzucanymi pasami, w miejscach zgięć. Jednak nie dla Manfreda. Ten uważnie śledził każdą linię, przejeżdżając po niej żółtym paznokciem. Co chwila czerwieniał i bladł. Jego spojrzenie stawało się mętne i klarowne. Nic nadzwyczajnego się jednak nie działo. Zresztą Hassel nie oczekiwał więcej, niż po wiejskich guślarzach, których znał mieszkając za młodu na dworku swego ojca Alberta. Tacy ludzie byli potrzebni wieśniakom, ale nie jemu. On znał doskonale wartość swojej osoby, a przede wszystkim wiedział dobrze o tym, że guślarze, to ludzie niewarci uwagi, a już na pewno złamanego pensa. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie przerwać całego tego rytuału, ale doczekał końca.
Starzec wyjął z sakwy wielką, oprawioną w skórę księgę, w której zapisał coś zaostrzonym kawałkiem węgla.
- Co tam piszesz? – Hubert próbował zaglądnąć do księgi, ale Manfred dosyć szybko ją zamknął, nie pokazując zawartości.
- Twój życiorys Hubercie Hassel.
- Co? Skąd mnie znasz?
- Mówiłem ci, z gwiazd – głos Manfreda przybrał ton bardzo obojętny, jakby po zabiegu postać Huberta jeszcze mniej go interesowała.
- Więc? Co wyczytałeś?
- Już ci mówię. Z początku twego życia… do niedawna towarzyszył ci Lancet. Teraz jednak to się zmieniło. Twoim przewodnikiem jest Vobist Ulotny. Znaczy to tyle – guślarz zaczął tłumaczyć Hasselowi, widząc jego niepewny wzrok. – że masz talent, ale jest wokół ciebie coś, z czym nie możesz sobie poradzić. Coś, czego nigdy nie będziesz pewien i czekasz na to z wielkim strachem, mimo, że to skrywasz.
- Tyle to mógł mi ktokolwiek powiedzieć. Za to się nic nie należy – wrodzona niechęć do praktyk magicznych, a także typowe szlacheckie skąpstwo zabrzmiało gorzko w powietrzu.
- Niczego nie chcę, choć wiem, że stać cię na wiele – oczy Manfreda utkwiły w krysztale, który krył się za wnętrzem dłoni Huberta.
Hassel wstał od stołu, podrywając kryształ ze sobą. W tej samej chwili w drzwiach karczmy pojawił się Joachim Dewel, cały przemoczony, ale jak zwykle uśmiechnięty. Rzucił okiem na Huberta, po czym szybko omiótł spojrzeniem Manfreda. Wzruszył ramionami i podszedł do wieszaka nieopodal kominka.
- Załatw no i mi kryształ. Widziałem na mieście hrabiego. Gratuluję! Trzeba nam to oblać!
 
Do wieczora towarzyszyły im jedynie butelki drogiego Adieux. Wino coraz bardziej szumiało w głowach, a napełniane kielichy wnet stawały się puste. Długie powieści o wielkich rozprawach i przekupstwie środowiska sędziowskiego niejednego wpędziłyby w niezłe kłopoty, ale ci dwaj byli zbyt cwani, aby nie uratować się nawet z największej prawnej opresji. Przez karczmę przewinęło się w tym czasie wielu gości, ale żaden z nich nie zapadł dwu prawnikom w pamięć. Jedynie Hubert spoglądał co jakiś czas nieswojo w miejsce, gdzie popołudniem siedział Manfred. Patrząc tam nawet mocno odurzony czuł, jak włosy stają mu dęba. W końcu jednak czwarta butelka okazała się ostatnią i Hassel już podnosił się od stołu, aby solidnie zbesztać Christofa za ten wielki nietakt wobec tak znamienitych gości, ale właśnie doszło do niego, że zbyt długo zabalował i umówione z Natalią spotkanie zakończyło się godzinę temu, na dodatek bez jego osoby. Krótkie pożegnanie całkowicie niezrozumiałe dla Joachima musiało wystarczyć.
 
Karczma zdawała się być rajem. Gruby, ciężki deszcz spadał z nieba przypominając wodospad. Jednostajna, nieprzyjemna ściana przedzierała się przez płaszcz, dotkliwie mrożąc ciepłe od wina ciało. Hubert szedł niepewnym krokiem, co i rusz łapiąc równowagę na śliskich kocich łbach. Szedł tak dosyć powoli, mimo, że do mieszkania miał zaledwie dziesięć minut. Mijani strażnicy miejscy patrzyli na niego z lekkim rozbawieniem. Nie było w tej dzielnicy, która nie znałaby Huberta Hassela, wielkiego prawnika, który lubował zwłaszcza po winie chwalić się swoimi osiągnięciami i wpływami w mieście. Oczywiście nikt nie wierzył do końca pijakowi, ale fakt jego nadzwyczajnych zdolności i sukcesów prawniczych był niezaprzeczalny.
            Ulice stawały się coraz ciemniejsze, a ludzie w deszczu przypominali czarne i szare masy, wyłaniające się z ciemności tylko po to, aby za kilka chwil zniknąć.
 
Lato
           
Ciemna uliczka prowadziła donikąd. Tylko czerwone światło, wypadające przez przydymione szkło pozwalało zorientować się, że ktoś stoi w głębi ulicy. Zniszczony szyld, przedstawiający dwa zaokrąglenia zakończone sutkami Hubert znał aż nadto dobrze. Burdel, ale porządny burdel. Karl Gustavson, Nulneńczyk, pochodzący pierwotnie z Norski był człowiekiem zasad. I choć prowadzenie burdelu było bardziej zajęciem hobbystycznym, niż źródłem utrzymania dla Karla, firma prosperowała doskonale, co nie dziwiło, zważywszy na klientelę. Obecność szlachciców i bogatych mieszczan nikogo nie dziwiła. Tak samo, jak obecność dostojnych dam, które szukały ukojenia w rękach koleżanek po fachu, które różnić mógł tylko strój i zarobki. Bo czymże różni się dama do towarzystwa od dziwki?
Hubert wszedł do środka, zaatakowany dziesiątkami zapachów. Ostrość męskich, słodycz damskich perfum, zmieszana z nadto dużą ilością wina odrzuciły Hassela i nakazały pozbyć się w ciemnym zaułku jedynego posiłku dzisiejszego dnia. Drugie podejście do drzwi okazało się udane. Pierwsza fala zapachów, przegnana szybko zapachem tytoniu orzeźwiła Hassela. Gustavson ćmiący fajkę popatrzył niepewnie na Huberta, zupełnie, jakby go pierwszy raz w życiu widział. Zawsze tak robił, aby nie dać się naciągać na wymyślne promocje, o które błagają stali klienci, którym co odwiedziny przychodzi ochota na więcej. Dopiero po kilku krokach Hubert zauważył pustkę. Dom rozkoszy był pusty, nie było w nim nikogo, oprócz dziewczyn, które tu pracowały.
- Jest może Natalia? – Hassel podszedł do lady, za którą siedział rudobrody właściciel.
- Nie, nie pracuje, ale zostawiła kartkę dla niejakiego Huberta Karlsona.
- Tak, to ja – Hubert uśmiechnął się na dźwięk nazwiska, które zmyślił swej zwyczajowej towarzyszce.
- Proszę. Może zechce pan poznać Biankę? Nasza nowa dziewczyna.
- Nie, dziękuję. Jestem wierny – cyniczny uśmiech pojawił się na twarzy Hassela.
 
Kiedy wypadł na zewnątrz deszcz już nie padał. Zrobiło się nagle przyjemnie ciepło. Wino nadal podkładało belki pod nogi, ale już nie tak uciążliwie, jak podczas drogi do przybytku miłości. Hassel ruszył szybko, otwierając zgiętą na dwa razy kartkę. Niezbyt pewne pismo kreśliło dwa wyrazy: Hochstrasse 28. Młody prawnik wiedział, gdzie to jest i choć niepewnie, ruszył w stronę dzielnicy biedoty.
           
Głupie dziwki! Te kurwy cię zarażą! Głupie dziwki! – myśl odbijała się w głowie Manfreda. Czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach, a serce dudni, jakby chciało uwolnić się z piersi. Szedł szybko, a podbite materiałem podeszwy nie wydawały z siebie najdrobniejszych dźwięków na kamiennej ulicy. Od kilku godzin obserwował Huberta, pilnował go. Chciał mu coś przekazać. Teraz skradał się za nim, niczym skrytobójca, szukający możliwości zabicia swej ofiary. Mógł to zrobić przed chwilą, kiedy ten wymiotował kilka metrów od niego, ale na nieszczęście patrol straży miejskiej napatoczył się w najmniej odpowiednim momencie. Plan nieomal legł w gruzach. Teraz była jego chwila. Otulony ciemnością, niezauważalny szedł za swoim celem.
- Głupie dziwki! Te kurwy! – usta Manfreda poruszały się, nie wydając dźwięku. Każdy krok Huberta był dwoma jego cienia. W końcu, kiedy był na tyle blisko, aby móc go dotknąć wyjął zza pasa sztylet i rzucił się z wężowym sykiem. Hassel całkowicie zdezorientowany legł na ziemi pod ciężarem napastnika. Ukłucie nad nerkami otrzeźwiło go całkowicie. Kotłowanina i krzyki prawnika zaalarmowały strażników miejskich, którzy jakimś cudem pojawili się na miejscu w ciągu kilku chwil. Oderwali Manfreda od Huberta, obezwładniając go.
- Nic panu nie jest? – jeden ze strażników zobaczył czerwoną plamę na jasnej koszuli.
- Nie, nic – Hubert dotknął rany, która okazała się niewielkim rozcięciem. – Dziękuję panom – wyciągnął dłoń w stronę strażnika.
- Kurwy! Dziwki! Zarażą cię! Zdechniesz psie!
- Zna pan tego szaleńca?
- Nie – Hubert popatrzył nerwowo na Manfreda. Było jednak zbyt ciemno, aby mógł mu się przyjrzeć.
- W takim wypadku pójdzie pan z nami na posterunek, złożymy doniesienie o napaści i będzie pan mógł dochodzić swojego przed sądem – strażnik zdawał się mieć wyuczoną tą procedurę na pamięć.
- Muszę dzisiaj? Spieszy mi się panowie, a nic wielkiego się nie stanie, jeśli przytrzymacie go do rana.
- Dobrze – strażnicy popatrzyli po sobie ze zdziwieniem.
 

 
Dom Natalii znajdował się na obrzeżach miasta, w miejscu, gdzie mieszkali najbiedniejsi. Hubert zdawał sobie sprawę z tego, że chętnie pomógłby jej przeprowadzić się, ale gdyby światek prawniczy dowiedział się o jego kontaktach z dziwkami szybko skończyłby wyrzucony z Altdorfskiej Wspólnoty Prawniczej, do której z dumą należał. Status prawnika opierał się wyłącznie na jego reputacji społecznej. Kto zaufa człowiekowi swoje sprawy, jeśli nawet biedak wie, że ten nie umie dotrzymać tajemnicy, jest hulaką i pijakiem? Nikt i dlatego prawnicy często szybko dorabiali się żon lub pozostawali starymi, zgorzkniałymi kawalerami. Było też trzecie wyjście – wykluczenie z jakiejkolwiek organizacji zrzeszającej prawników, ale to wiązało się z samobójstwem. Nikt bogaty nie oddałby swojej sprawy takiemu człowiekowi, a podczas rozpraw traktowani byli, jak ludzie niższego rzędu. Hubert cieszył się przynależnością do szlachty prawniczej, ale jednocześnie nie rezygnował ze swojego zamiłowania do kobiet. Nigdy jednak nie był na tyle odważy, aby pojawić się w towarzystwie damy do towarzystwa na bankiecie, ale nieraz przyłapywano go, gdy idąc do domu mylił drogę i szedł w przeciwnym kierunku, kierując się do swojego ukochanego burdelu. Jednakże przyjaciele przymykali na to oko. Niejeden z nich w czasach studenckich chadzał z nim do domu rozkoszy. Myśli doprowadziły go pod starą, zniszczoną kamienicę. Chwilę zajęło mu odszukanie numeru 28, ale w końcu nacisnął na klamkę i ku swojemu zdziwieniu drzwi nie były zamknięte na zamek, ani na rygiel.
Wewnątrz był porządek. Ubogie łóżko, stół i szafka ciągle przypominały nawykłemu do wygód szlachcicowi o tym, gdzie jest. Jedyne, co tam nie pasowało, to piękna kobieta, odziana jedynie w koszulę nocną. Jej rozespane spojrzenie prowokowało Huberta, ale musiał szybko wymyślić coś, aby nie stracić w jej oczach.
- Jesteś – jej delikatny uśmiech zawsze go zniewalał.
- Tak, przepraszam, że nie pojawiłem się w Domu Podróżnika, ale miałem rozprawę i…
- Nie tłumacz się – Natalia delikatnie siadła na jego kolanach, pocałowała go w czoło i przytuliła.
- Dobrze – Hassel zamknął oczy, dotykając delikatnie jej pleców.
Trwali w uścisku przez chwilę. W końcu Hubert wstał i zaniósł swą ukochaną do łóżka, kładąc się obok niej.
Z Natalią znał się od czasów studenckich. Już wtedy, kiedy miała szesnaście lat życie nie było dla niej łatwe. Ale Hubert okazał się romantykiem. Nie poznała nigdy innego kochanka. Był delikatny, czuły i sprawiał wrażenie kochającego. Zawsze jednak miała wrażenie, że nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Nie potrafiła mu zaufać. Podświadomie wiedziała, że on jej też.
Leżeli nago obok siebie, wtulając się wzajemnie. Nigdy, poza ich pierwszym spotkaniem nie obył się z nią, jak z prostytutką. Znał doskonale jej ciężkie życie i powody, dla których zarabiała na życie tak, a nie inaczej. Ta noc zapowiadała się wspaniale. Czuł, jak uczucie rozgrzewa jego ciało i chciał przekazać jej odrobinę ciepła. Ta noc była wspaniała.
 
Jesień
 
Poranek niestety już nie. Pierwsze promienie słońca przegnały ciemność z izby. Światło przesuwało się powoli po drewnianej podłodze, wspinając się na łóżko. W końcu oświetliło twarz Huberta, który niechętnie przesunął twarz w stronę Natalii. Otworzył oczy i ku swemu zdziwieniu zobaczył jej nienaturalnie skręconą głowę. Jej blada skóra wyglądała upiornie. Podobnie, jak wywrócone do góry oczy. Hassel jęknął z przerażenia. Ubrał się i w kilka chwil znalazł się na schodach prowadzących do wyjścia z kamienicy. W ostatniej chwili przypomniał sobie o drzwiach, które zapomniał zamknąć.
Serce waliło w jego piersi. Szedł przez siebie, nie zwracając uwagi na mijanych ludzi i padający deszcz. W myślach starał się przypomnieć sobie co zdarzyło się tamtej nocy. Stanął w miejscu jak wryty. Złapał palcami swoją skórę. „Nie, to nie jest zły sen” – rozpaczliwa myśl wycisnęła z jego oczu dwie duże łzy. Stał przez dłuższą chwilę jak oniemiały. Z zamyślenia wyrwał go dopiero dźwięk podkutych butów. „Straż miejska” – krótka myśl kazała uciekać, chować się, zniknąć. Nie wiedział jednak dokąd uciekać. Zrozpaczony rzucił się biegiem w stronę domu Joachima Dewela. Przyjaciel na pewno mu coś podpowie.
Dom Dewela był jedną z ładniejszych kamienic, jakie Hubert znał. Piękne, przywiezione z gór środkowych marmury, wykładające schody wejściowe i pozłacane okiennice. Prawnicza tradycja w rodzinie Dewelów pozwalała im na dostatnie i wygodne życie w stolicy. Dziś nawet drzewka w ogrodzie zdały się być dziwacznie powyginane, jakby chciały pojmać Hassela, niczym wielkie kajdany. Ból głowy potęgowany każdym krokiem stał się u szczytu schodów nie do wytrzymania.
Drzwi otworzył lokaj Dewelów. Wielce zdziwiony widokiem przyjaciela pana Joachima pomógł Hubertowi podnieść się z kolan i wprowadził do rezydencji.
- Co się panu stało? Zasłabł pan?
- Otto prowadź mnie do swego pana. Natychmiast! – młodzieniec bliski był omdlenia.
Kolejne schody były zbyt wielkim wyzwaniem dla nóg Huberta. Lokaj z pomocą stajennego wnieśli omdlonego prawnika do pomieszczenia. Świat wirował, kiedy kładli go na kanapie. 
 

 
- Nie, nie jest pijany, oczy ma normalne. Nie wiem, panie Joachimie – niski męski głos brzmiał bardzo niepewnie.
- Budzi się, doktorze! Hubert! Hubercie Hassel! – znajomy głos miał bardzo nerwowy ton.
- On nas nie słyszy. Proszę dać mu odpocząć – głos doktora brzmiał stanowczo.
- Doktorze Brun jeśli pan już skończył, będzie pan łaskaw nas pozostawić samych – takie zdecydowanie w głosie Dewela pojawiało się tylko, kiedy wygłaszał ostatnią mowę do przysięgłych podczas rozprawy.
„Nasze nowoczesne sądownictwo jest mniej zawodne. Możemy dumnie powiedzieć, że dzisiejszy prawnik ma o wiele więcej do powiedzenia na temat oskarżonego, a w dziedzinie oskarżenia proponujemy nowe dowody, których wcześniejsze sądownictwo nie zaakceptowało. Ponadto wyrok nie spoczywa tylko na jednym człowieku, gdyż jak wiadomo tylko litościwy Sigmar i sprawiedliwa Verena są nieomylni. Dlatego też poza sędzią, do którego należy wyrok ostateczny powoływani są sędziowie przysięgli, mający za zadanie poddać zbrodnię ocenie i wysunięcie własnych wniosków na jej temat. Oczywiście są to ludzie o nieposzlakowanej reputacji, wyłaniani ze wszystkich grup społecznych. Okazało się to pomocne już w wielu sprawach, których echa docierają do nas od dawna z Bretonii. Czynimy to wszystko po to, aby sądy były bardziej sprawiedliwe i godne zaufania. Tak nam dopomóż Sgimarze w blasku swej chwały i wiecznie mądra i sprawiedliwa Vereno!”
- Przysięga prawnicza. Nowe prawodawstwo! – krzyki Huberta szarpały nerwy Joachima. Ten kompletnie nie wiedział, co robić. – Niech to wszystko diabli.
- Do kurwiej nędzy! Obudź się Hassel! Obudź się!
- Czego chcesz? – Hubert otworzył oczy spoglądając uważnie na swego przyjaciela. – Coś się stało?
- Ty mnie pytasz? – Dewel otworzył usta, aby coś wyrzec, ale w porę ugryzł się w język. – Przychodzisz do mnie w zakrwawionej koszuli, tracisz przytomność. Ktoś wytatuował ci dziwny znak na plecach, a ty mnie pytasz co się stało!? – Dewel niemal krzyczał.
- Uspokój się i siadaj – władczy ton podziałał na Joachima, niczym kubeł zimnej wody.  – Zaraz ci wszystko opowiem.
Joachim usiadł na dużym krześle za biurkiem. Naprzeciw stały dwa krzesła, mniejsze od jego. W tym pomieszczeniu przyjmowali z ojcem klientów.
- Znałeś Natalię?
- Tą twoją kurewkę?
- Tak, ale nie była kurewką – na twarzy Hassela pojawiła się nuta złości.
- Była? Co się stało?
- Nie wiem… – twarz Huberta posmutniała. – Byłem u niej. Pierwszy raz ją odwiedziłem. Zostałem na noc, a kiedy się obudziłem… – Hassel zawiesił głos.
- Nie żyła tak?
- Tak. I na bogów… – wzrok prawnika wbił się w sufit. – Nie wiem co się stało. Nie wiem, jak to się stało. Nic nie wiem. Pamiętam, że było mi dobrze i pamiętam, jak kładłem się obok niej spać. A rano…
- Nie pamiętasz co się stało? Może to przez Adieux? Ale przecież nie wypiliśmy go dużo.
- Znasz mnie… nie robię takich rzeczy. Od wielu tygodni nie używałem mandragory… Tatuaż!? – Hubert  jakby dopiero teraz zorientował się w słowach towarzysza. – Jaki tatuaż?!
- Nie wiem, nie przyglądałem się uważnie. Popatrz w lustro.
Hassel wstał z trudem i podszedł do zawieszonego w pomieszczeniu lustra. Na plecach, pomiędzy łopatkami faktycznie miał wyrysowany tatuaż. Przedstawiał kobietę i mężczyznę w chwili największej rozkoszy. Wyglądał, jakby żył. Z każdym ruchem Huberta zmieniał się jego wygląd. Hassel padł na kolana.
- Na Verenę! W co ja się wdałem?! – żałosny szloch wydarł się z ust młodzieńca.
 

 
Manfred siedział w celi. Zimne, kamienne podziemia pełne były wilgoci. Tuż za jego celą jakiś wariat darł się w niebogłosy. Strażnik co chwila uciszał go pałką, ale na dłuższą metę niewiele to dawało. Starzec nie wytrzymywał nerwowo. Obgryzał paznokcie do krwi i zgrzytał zębami. W nocy nie mógł usnąć, a dnia tutaj wcale nie było. Ciągle miał wrażenie, że jest obserwowany. Czuł jak ciąży na nim czyjś wzrok. Nieznajomy wpatrywał się w niego zawistnie.
- Czego chcesz?
- Ciebie – cichy, pewny siebie głos rozerwał szalone myśli.
- Odebrałeś mi wszystko, co miałem. Daj mi spokój.
- Nie… to ciebie szukam. To o ciebie mi chodzi.
- Musiałeś krzywdzić moich bliskich? Musiałeś odebrać mi rodzinę, aby mnie dostać?
- Tak… z rodziną byłeś zbyt odporny na moje wołania.
- Wczorajszego wieczoru odebrałeś mi to, co najcenniejsze. Weź co twoje i daj mi spokój.
- Kiedy ja chcę ciebie, patrzący w gwiazdy.
- To weź mnie, ale więcej nie krzywdź.
- Ciebie i tak wezmę, ale jeszcze na to czas. Póki co chcę cię oglądać.
Rozmowę przerwały kroki strażnika, który zatrzymał się przy celi Manfreda.
- Idziesz ze mną bandyto! – władczy głos miał w sobie nutę potępienia.
Manfred wstał i ruszył zakuty w kajdany ciemnym korytarzem. Idąc tak zaglądał do każdej celi, jakby poszukując drogi ucieczki z tej przeklętej twierdzy. Nikomu to się nigdy nie udało.
 
Kręcone schody pięły się w górę, jakby ku nieskończoności. W końcu dotarli do ciężkich, okutych drzwi. W pomieszczeniu, do którego zaprowadził go strażnik był tylko stół i kilka krzeseł. Kamienna ściana nosiła ślady zakrzepłej krwi.
- Siadaj – strażnik wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Po chwili wrócił z drugim, który trzymał w rękach kałamarz, pióro i kawałek papieru.
- Mów no łachudro! Tylko prędko!
- Co mam mówić?
- Już ty wiesz co psubracie! Gadaj no szybko czemuś napadł! Na złodzieja nie wyglądasz.
- Nie jestem panie złodziejem. Działałem w imię dobra, ale wy nie wysłuchaliście mnie, tylko wrzuciliście do lochu, a teraz jest już za późno na cokolwiek.
- Na co? – strażnik miejski patrzył uważnie w twarz Manfreda, ale po minie widać było jego niedowierzanie.
- Ten tam, Hubert Hassel. To morderca. Człek plugawy i zły, a wy mnie pojmujecie. Nigdym krzywdy nie zrobił niewinnemu.
- Pan Hassel to szanowany obywatel. A ty łachudro rzucasz się na niego z nożem.
- Tak się wam wszystkim zdaje. On wcale nie jest tym, za kogo się podaje.
- Tak? – w głosie strażnika pojawiła się nuta ironicznej ciekawości. – To kim jest?
- Jest mordercą, sługą Chaosu. Nie jest człowiekiem. Zły duch włada jego ciałem. Pójdźcie na Hochstrasse 28. Tam znajdziecie efekt jego działań.
- Co tam niby zastaniemy? – strażnik pozbył się ironii z głosu.
- Natalię – oczy Manfreda zaszły łzami. – Moją córkę. 
 

 
Hubert siedział na krześle. Twarz zakrywał rękami. Naprzeciw niego siedział Joachim, przyglądając mu się w zamyśleniu.
- Co zamierzasz zrobić?
- Nie wiem… – Hassel rozłożył ręce. – Nikt mnie chyba nie widział. Nikt nie wiedział, że tam będę. Będę siedział cicho. Może…
- Może? Może co? Może nikt się nie dowie? Może uratujesz się? – Dewel wydawał się bardzo zdenerwowany.
- Nie wiem. Mam pustkę w głowie przyjacielu. Jestem pewien, że niczego nie zrobiłem…
- Jesteś pewien? Przecież niczego nie pamiętasz.
- Nie pamiętam, ale przecież…  nie mogłem tego zrobić. Nie jestem takim człowiekiem.
- Znam cię Hubercie i mam pewność, że to nie ty, ale może lepiej dla twojego dobra powiadomić straż miejską o zajściu.
- I co? – Hassel odwrócił się w stronę Joachima. – I powiem im, że poszedłem do dziwki a rano obudziłem się obok trupa z przekręconym karkiem? Znasz prawo! Powieszą mnie za to.
- Jesteś szlachcicem. Powołasz się na swoją reputację.
- Ściany mają oczy i uszy zbyt mocno nadstawione, aby ludzie nie wiedzieli, co się dzieje. Znają mnie, zbyt wiele razy byłem na językach.
- To co ci pozostaje? Uciekać? Jak tchórz? Jak człowiek bez honoru?
- Muszę… choćby na jakiś czas ukryć się przed tym wszystkim i pomyśleć.
- Przyjacielu… jak tylko będę mógł, pomogę ci, ale nie znam wyjścia z obecnej sytuacji.
- Wracam do siebie. Muszę zabrać pieniądze i wyjechać na jakiś czas.
- Przyznasz się do winy.
- Tak, ale w tej chwili nie mogę się ujawnić. 
 

 
Noc dawała Hubertowi poczucie pewności. Nocą niewiele osób kręciło się po mieście, szczególnie po jego okolicy. Dobrze opłacani strażnicy nie wpuszczali mętów do dzielnic szlacheckich.
Widok martwej kobiety doprowadzał go do obłędu, szedł niczym pijany, czuł, jak się poci. Czuł własny smród, dawno się nie mył, ciągły stres i niepewność wyprowadzały go z równowagi. Szalał.
Strażnicy miejscy zazwyczaj nie zapuszczali się w te rejony, jednakże czasami trzeba było interweniować – kiedy większa grupa ludności buntowała się przeciw szlachcie, bądź pojmany został jakiś groźny bandyta. Dopadł do swojej kamienicy, z trudem otworzył drzwi i wpadł do środka. Nerwowo przeszukiwał szafę.
 
Karczma „Roztańczony Niedźwiedź” była dlań ulgą. Nie było tu aktualnie nikogo, absolutnie nikogo, kto rozpoznałby Huberta Hassela. Miejsce, gdzie zbierali się mieszczanie i biedota. W normalnych warunkach napawałoby go nienawiścią i przyprawiało o odruch wymiotny. Nie tym razem.
 
Pomysły: Tutaj rozpoczyna się właściwa przygoda. MG wie, na czym stoi i zapewne sam domyśla się wszystkiego. Oto garść pomysłów, które mogą pomóc w stworzeniu z tego sesji, bądź dwóch.
 
Jak rozpocząć?
- Hubert chce nająć na własną rękę grupę osób, które wpadną mu w oko. Powie im (w wielkim zaufaniu) co zaszło, jak się ma cała sprawa i zażąda odnalezienia dowodów swojej niewinności. WAŻNE: Hubert zrobi to albo w chwili, kiedy pozna naszych awanturników w miarę dobrze, albo, kiedy napije się zbyt mocno.
- Joachim Dewel może zechcieć pomóc przyjacielowi, dlatego najmie także (patrz niżej) naszych bohaterów. WAŻNE: któryś z przyjaciół Joachima poleci mu właśnie BG, jako osoby niepowiązane ze sprawą nijak i godne zaufania.
- Straż miejska wyda list gończy za Hasselem. Bohaterowie mogą szukać go i napotkać właśnie w „Roztańczonym Niedźwiedziu”.
           
Jak się ma śledztwo?
- Do sprawy przydzielono młodego detektywa, Arranda Baliasa. Pochodzący z Bretonii śledczy jest trochę zagubiony w sprawie, ale ponad wszystko będzie starał się ambitnie doprowadzić ją do końca. Jedyne poszlaki, jakimi obecnie się kieruje, to fakt, iż była to ulubiona dziwka Huberta. Obecnie przechadza się incognito po karczmach w Altdorfie i opłaca informatorów, którzy mogą powiedzieć, gdzie jest Hubert.
- Altdorfska Izba Prawnicza wynajęła jednego z droższych i nie przebierających w środkach detektywów w mieście – Jurgen Maan to sława altdorfskiej sztuki śledczej, człowiek legenda. On już ma informacje na temat tego, gdzie może znajdować się Hubert i cały czas go obserwuje. Póki co jednak, grzebie w jego przyjacielu – Joachimie Dewelu, który wydaje się podejrzany.
- Dewel. On, wraz z ojcem należą do wyznawców kultu Slaanesha. Z obawy przed zbyt szybką karierą Hassela podesłali mu Natalię, która miała go uwieźć. Niestety sprawa się potoczyła po nieodpowiednim torze – ktoś ją zabił. Wynajęli Maana, aby dowiedział się, kto to zrobił. Obecnie kryją nieświadomego niczego Huberta. Jeśli cokolwiek potoczy się źle, nie omieszkają nająć skrytobójcę, bądź wciągnąć Huberta w swoje szeregi. Jest jednak zbyt cenny, aby go stracić.

Listopad 16th, 2007 przez Lena

Pogoda była wstrętna. Wiatr wiał przeraźliwie, wirując po domach dostając się jedną szczeliną a wydostając drugą. Na zewnątrz panował chłód a deszcz, który lał niemożliwie jeszcze bardziej ochładzał powietrze. Niebo, co chwilę rozjaśniały błyskawice, a domki z drewna drżały po każdym grzmocie. Burza była tak mocna, dawno w owym miasteczku takiej nie było.
Na jego uboczu mieścił się niewielki dom. Od zewnątrz wyglądał strasznie. Deski powykrzywiane i pognite. Drzwi prawie całkowicie opadły. Dach przeciekał, widoczne był na nim dziury dość dużych rozmiarów. W środku na łóżku leżała drobna starsza kobieta o brązowych włosach i jasnych oczach. Jedyne światło, które lekko rozświetlało pomieszczenia biło od świecy, która stała obok łóżka. Kobieta była blada i cała rozpalona od gorączki. Doskonale wiedziała, że to już jej koniec. Ból, który ją przeszywał był coraz mocniejszy i intensywniejszy. Obok niej klęczała młoda, drobna dziewczyna. O czarnych włosach. Jej twarz była zapłakana a oczy i policzki całe czerwone od łez. Czarnowłosa również wiedziała, że utraci matkę na zawsze, jedyną jej bliska osobę. Nie wiedziała, co począć. Nie mogła już pomóc. Matka, była jej jedyną przyjaciółką. Wiedziała, że jak ją straci to straci wszystko. Oprócz niej nie miała nikogo, do kogo mogłaby się odezwać. Zawsze były razem. Nigdy nie miała przyjaciół wśród rówieśników. Nie potrafiła nawiązywać z nimi kontaktu. Była zamknięta w sobie. Jedynie mamie zawsze o wszystkim mówiła. A teraz nawet już jej to nie zostanie.
-Lulu, kochanie wysłuchaj mnie – zaczęła kobieta. Widać było, że każde wypowiedziane słowo sprawia jej ból. Mówiła bardzo cicho, tylko tak, aby córka ją słyszała.
-Mamo proszę cię nic nie mów. To ci tylko sprawia dodatkowy ból. Niepotrzebnie się męczysz – powiedziała dziewczyna. Nie mogła znieść widoku cierpiącej matki. Nie potrafił jej w żaden sposób pomóc choroba ponaglała. A ona sama była bezsilna.
-Nie kochanie, w końcu nadszedł czas, abyś dowiedziała się prawdy – przerwała złapał ją nagły atak kaszlu. Lulu uniosła ją lekko, aby chociaż trochę pomóc. Kiedy kaszel ustąpił kobieta opadła z powrotem na poduszkę. – Musisz poznać prawdę, musisz dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś. I kto jest twoim ojcem.
-Ale ja nie chce znać tej prawdy, nie muszę. Mamo proszę cię nic już nie mów. Nie mogę patrzeć jak przez to tylko bardziej cierpisz. Mój ojciec jest nieważny mało mnie obchodzi. Zostawił nas, więc nic nie muszę, i nic nie chcę o nim wiedzieć.
-Nie dziecko. Oszukałam cię on nas nie zostawił. W końcu nadszedł czas prawdy. To jest ostatni moment byś ją poznała. Doskonale ja i ty wiesz, że to jest mój koniec.
-Mamo nie mów tak – po policzku dziewczyny popłynęły jeszcze większe łzy. Mimo, że miała rację. Nie potrafiła tego pojąć. Dlaczego ją to spotkało. Przecież nic złego nie zrobiła.
-Popatrz na znak na swej ręce – powiedziała kobieta poczym wzięła rękę dziewczyny. – Pamiętasz ile razy zadawałaś mi pytanie, co to.
-Tak mamo, ale teraz to mało ważne.
-To znak twego ojca. Tylko to ci po nim pozostało.
-Ale, jak to, kim on w ogóle jest – zapytała Lulu. To wszystko było takie. Sama nie wiedziała jak to nazwać.
-Twój ojciec, był demonem. On obiecał mi, że nigdy się do ciebie nie zbliży.
-Kim, był mój ojciec. Przecież to nie możliwe – zaczęła mówić czarnowłosa. To już kompletnie nie miało żadnego sensu.
-Proszę cię dziecko nie przerywaj mi. Opowiem ci to wszystko od początku. Mam nadzieję, że starczy mi na to czasu.
Lulu już nie płakał. Siedziała teraz na kolanach przed łóżkiem i trzymała matkę za rękę.
-Było to dokładnie 18 lat temu. Tyle samo ile ty masz lat teraz skarbie – kobieta na chwilę przerwała, aby nabrać więcej powietrza w płuca.