Listopad 5th, 2008 przez 6Adrian

Nie wiem, czy opisując wydarzenie już spory czas po fakcie, będę w stanie oddać autentyczny stan swojego umysłu i absurdalność rzeczywistości, bądź nierzeczywistości, która z potwornym hukiem uderzyła we mnie pewnej letniej nocy. W niewielkim drewnianym domku na przedmieściach Warszawy, przez kilkanaście lat będącego ostoją dla całej mojej rodziny, podczas wakacji każdy dzień i każda noc wydawały się bliźniaczo podobne. Rano śpiew ptaków i zapach leśnej mgły, popołudniowe wycieczki rowerowe, mecze w piłkę nożną na żwirowym placu, a wieczorem filmy, gry komputerowe i opróżnianie lodówki z zapasów lodów i słodyczy. Zero szkoły, zero stresu, dwa miesiące laby, 60 dni dużo dłuższych od 60 nocy. Tego pamiętnego dnia położyłem się spać około dwunastej w nocy. Zmęczenie po kolejnym wakacyjnym dniu dało mocno w kość, i po szybkiej kolacji oraz obowiązkowej partii w Warcrafta II, bądź StarCrafta, nie pamiętam takich szczegółów, nie potrzebowałem długich godzin na oddelegowanie organizmu na zasłużony odpoczynek. Szybko zasnąłem, przespałem kilka godzin i przebudziłem się nad ranem, około godziny czwartej, pamiętam bo szybko zerknąłem na zegarek na szafie, a poza tym za oknem krajobraz był taki, jaki zawsze jest o wczesnym poranku. Krople rosy na trawie, gdzieniegdzie mgła, i piękne budzące się do życia, błękitne niebo. Na tym niebie samolot, zwykły pasażerski aeroplan jakich codziennie pełno przemierzało przestworza nad chojnowskimi lasami. Coś na niebie wydało się jednak nie w porządku. Nie było chmur, tylko samolot, ale obok niego coś jeszcze. Coś, co powiększało się w zastraszająco szybki tempie, nabierając kształtu. Z dziwnej, małej czarnej kropki na niebie, przeistaczało się w coraz to większy, lekko spłaszczony obiekt, przypominający wirujące jojo. Szybko zorientowałem się, że to „coś” wcale nie zmienia kształtu, ale bardzo szybko podąża w stronę samolotu. A raczej w moją stronę. Oniemiałem. Słyszałem historie o UFO, oczywiście wiedziałem z niezliczonych filmów, zdjęć i opowiadań jak wygląda latający talerz, ale nie powiedziałbym nigdy, że w rzeczywistości jest aż tak przerażająco identyczny ze swoimi hollywoodzkimi odpowiednikami. Ale najgorsze, że jest autentycznie przerażający, i nie budzi żadnych pozytywnych odczuć, i żadnej nadziei, że jego pasażerowie przybywają w pokojowej misji. Dopóki nie zrozumiałem, czemu dokładnie się przyglądam, robiłem to z zaciekawieniem, ale po paru chwilach dotarło do mnie że nie mogę dobyć nawet krzyku przez zaciśnięte gardło. I wiedziałem, nie wiem skąd, że trzeba się bać. Odczułem to, jak jakąś nietypową telepatię, coś co mówiło mi że te kolorowe światełka, cygarowate maszyny i postacie o wielkich oczach, jeszcze większych głowach i szarej skórze znane z ekranu telewizora, wcale nie istnieją. Istnieje potworna siła z kosmosu, z nieznanej nam galaktyki, z nieznanego być może wymiaru. Nie mamy na ziemi słów, żeby opisać czym w rzeczywistości jest owa cywilizacja, ale pewne jest, że jeśli są ludzie, którzy mają wiedzę na jej temat to zabiorą, lub już zabrali te informacje do grobu. Widziałem co się działo na niebie tej pamiętnej nocy, i strach jaki mnie wtedy przeszywał nie może być porównywalny do żadnych ziemskich doznań. A to co wydarzyło się w dalszej kolejności pamiętam tylko fragmentarycznie. Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic powiedzieć, zawołać kogoś z domowników. Chociaż krzyczałem, nie było słychać nic. Tylko w mojej głowie. Chociaż chciałem ruszyć ręką, wkładałem w to całą siłę, nie drgnąłem. Powtarzałem sobie, to tylko w mojej głowie. To sen, gówniany, zły sen. W panice przewracając oczami, zdesperowany, zobaczyłem na szafie stojącej przy oknie doniczkę z kwiatem z liśćmi opadającymi na drewnianą obudowę mebla. Nie było tego, nigdy w moim pokoju nie było żadnej rośliny. To musiał być sen. W oknie pełen grozy obiekt zawisł spokojnie w powietrzu. Nie ruszał się, patrzył. Choć był pewnie kilka kilometrów od okna, wiedziałem że patrzy na mnie. Nagle zobaczyłem światło, w ułamku sekundy oświetliło ono moje okno, a ja po chwili znalazłem się w jakimś zupełnie nierealnym miejscu, leżąc na czymś przypominającym stół, ale jednocześnie nie będącym materialnym obiektem. Nie wiem na czym, ale to nie był stół. Trzy ciemne postacie pochylały się nade mną, i mimo podobieństwa do osobników z opowieści o Roswell, czy Strefie 51, mimo tego że były właśnie takie, jakie wyobrażają je sobie ludzie, były inne. Czuć było, że są okrutne, a może okrutne to złe słowo. One nie znały okrucieństwa. Nie posługiwały się definicjami jakimi posługują się ludzie. Błagałem o to, żeby ten sen się skończył. Nie chcę nazywać ich kosmitami, bo to zbyt błahe określenie dla potwornej mocy jaka z nich emanowała. Te istoty co chwila wymieniały między sobą spojrzenia, porozumiewały się między sobą, ale nazwać to telepatią to tak, jakby nazwać kalkulator Enigmą. To coś, było ponad wszystkim co ludzkość może zdefiniować. Raziło mnie światło, niewyobrażalnie jasne białe światło, które zdawało się nie istnieć, gdy patrzyłem na czarne sylwetki przybyszów z innej rzeczywistości. Nic, żadne najmniejsze słowo wyjaśnienia, żaden komunikat od nich, nie trafił do mojego mózgu. To nie był film. Poczułem za to jakiś dziwny ból, pulsujący ból w plecach, potem w brzuchu, następnie w nerkach. Ból był coraz większy, tak silny że nie opiszę go słowami. Zamknąłem oczy a piorunujące uderzenia przeszywały raz za razem lewą stronę mojego żołądka, sprawiając, że wiedziałem że umieram. Przy zamkniętych oczach, powtarzałem sobie, że to tylko chwila cierpienia, parę chwil nieziemskiego bólu i będzie koniec. Obudzę się, albo umrę. Jak zasrany sen może być tak realistyczny?! Zrobiło się ciemno jak w piekle. Przez chwilę nie żyłem.

Obudziłem się. Żyłem, ale nie odetchnąłem z ulgą jak po zwyczajnym koszmarze. Cały przesiąknięty potem, z głową tak otępiałą, jak gdybym przez całą noc nie zmrużył oka nawet na chwilę. Była godzina szósta rano. Chciałem powiedzieć sobie: uff, to tylko sen. Nie dałem rady. Nie mogłem. Byłem przestraszony tym co miało miejsce w nocy. Nie przerażony, to uczucie minęło. Strach, czy to był sen czy nie, paraliżował mnie na wskroś. Błagałem w myślach, żeby to był sen, nie wiedziałem co mam robić. Wstać, napić się wody, ochłonąć? Włączyć telewizor? Nie byłbym w stanie tego zrobić, nie był to zwykły poranek, i nie był to zwykły koszmar. W ułamku sekundy przypomniałem sobie o ostatnim widoku, który zanotowałem w pamięci przed kulminacją grozy jaka miała miejsce w oślepiającym blasku białego światła na pokładzie statku przybyłych istot. A może tylko w mojej głowie? Szafa i ten pieprzony kwiat, którego nie miało prawa być! Spojrzałem w jej stronę. Nie było kwiatu, nie było! Krzyknąłem z radości, a serce stało się lżejsze o parę kilogramów, i powoli zaczynało bić w swoim normalnym rytmie. Byłem przejęty, ale wreszcie zacząłem odczuwać radość w jej najprostszym wydaniu. Tylko sen, powtarzałem sobie i cieszyłem się jak nigdy. Bo budziłem się po koszmarach już wcześniej, ale były to koszmary surrealistyczne, nie zastanawiałem się w nich nigdy, czy to sen, czy nie. Wstałem, poszedłem napić się soku, i wróciłem do łóżka udając, jak gdyby nigdy nic, że wszystko w nocy było w porządku, że po prostu miałem koszmar. Pomyślałem, że prześpię się jeszcze dwie godziny i wstanę o ósmej, żeby opowiedzieć przy śniadaniu domownikom o swojej sennej przygodzie, a następnie udać się na zasłużoną eskapadę w świat którejś z ulubionych gier komputerowych. Miałem trwogę w sercu, ale wszystko łagodniało. Zasnąłem. Ale, na Boga, nie obudziłem się o ósmej! Obudziłem się o 4.56! Godzinę wcześniej, niż zasnąłem! Nie chciałem patrzeć na zegar, serce ledwo wytrzymywało tempo narzucane przez przesiąkniętą chorymi myślami głowę. Warzyła tonę, a ja ze łzami na policzkach spojrzałem na szafę. I była tam ta przeklęta roślina! Taka sama jak we śnie! Ale teraz, to nie był sen, to była najprawdziwsza rzeczywistość. Ojciec krzątał się po mieszkaniu szykując się do pracy na poranną zmianę, i był świadectwem że po tej przerażającej nocy, nastał realny ranek. Nie chciałem już zasypiać. Leżałem, chcąc wmówić sobie że wszystko, od samolotu za oknem, do pobudki o szóstej godzinie, było tylko snem. Ale gdy tak leżałem, sparaliżowany niepokojem, jaki zostawiła we mnie ledwie miniona noc, około wpół do szóstej wszedł ojciec, uśmiechnięty, machnął ręką i przywitał mnie słowami „nie śpisz już?”. I zabrał roślinę, mówiąc, „o, mama wczoraj ją tu postawiła, przestawię na parapet żeby miała więcej światła”. I przestawił, a ja po dziś dzień nie opowiedziałem nikomu tej historii. Od jakiegoś czasu, co kilka dni pulsuje ból w lewym boku. I śnią mi się rzeczy, które, gdybym się nimi podzielił, odmieniłyby Wasz pogląd na świat. Pogląd na wszechświat…

Kwiecień 4th, 2008 przez Gandalf

Noc Yuke- najdłuższa noc w roku…Noc, w którą poganie czczą nowonarodzonego boskiego syna. Gęsta, mistyczna ciemność, prawie namacalna zapowiadała coś niezwykłego…i ta cisza… Nocą w lesie daję się słyszeć różne odgłosy. Tym razem jednak milczenie ogarnęło puszczę, a zło rozpostarło swe skrzydła nad światem.

      Lasem biegła przerażona dziewczyna. Jej długie kruczoczarne włosy rozwiewał wiatr. Suknia-niegdyś piękna, teraz brudna i porwana- świadczyła o jej wysokim urodzeniu. Rysy twarzy miała niezwykłe, nadawały jej dumnego wyrazu mimo przerażenia. Z lazurowych oczu nieustannie wypływały łzy, ich ślady wyryły liczne tuneliki na jej bladych, umorusanych policzkach. Była całkowicie zdezorientowana. Rozbiegane spojrzenie szukało drogi ucieczki, jakiejkolwiek, byleby jak najdalej stąd. Zdyszana upadła na ziemię. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest zmęczona. Oszołomiona strachem nie wiedziała co ma zrobić. Próby zachowania spokoju kończyły się niepowodzeniem. Po chwili zebrała resztki sił, wstała i zaczęła pędzić dalej przed siebie. Nie miała pojęcia gdzie jest i jak długo juz biegnie. W nienaturalnej ciszy słyszała tylko i wyłącznie swój własny, nieregularny oddech. nagle na drodze pojawiła się postać nienaturalnej wielkości. Był to mężczyzna w mnisim habicie, na głowę miał narzucony kaptur, który krył w cieniu jego obliczę. Postaci wyciągnęła rękę do dziewczyny. Instynkt podpowiadał jej by uciekała, jednak ciało odmówiło posłuszeństwa. Była przerażona do granic możliwości. Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie się w takiej sytuacji… nie dopuszczała takiej myśli.       Nie miała już wpływu na nic. Nawet na reakcje własnego ciała. Myśli krążyły po głowie; chaotyczne, przypadkowe wspomnienia. Zrobiło się jej ciepło- mimo przejmującego chłodu nocy. Po chwili bezwładne ciało upadło wprost w ramiona mnicha…zemdlała.

***

      … Dziwna lekkość ogarnęła jej ciało. Była całkowicie naga. Dookoła niej krążyło kilkudziesięciu mnichów bez twarzy. Ona sama… unosiła się ponad ołtarzem ofiarnym. O takich rytuałach opowiadał jej dziadek, te wszystkie historie o czarownicach i czcicielach Złego. Zawsze myślała, że dziadek po prostu lubi ją straszyć zmyślonymi opowieściami…jednak … W przestworza wzbijał się monotonny śpiew mnichów, powtarzany nieustannie przez echo. Były to jakieś dziwne słowa, brzmiały podobnie do tych, które wypowiada ksiądz podczas mszy … jakby łacina. Jednak różniły się od nich. Były pełne plugawości, jak te ohydne wyrazy szeptane przez kobiety lekkich obyczajów… Gdy była jeszcze małą dziewczynką, widziała jak parobkowie zabawiali się z jedną w stajni. Chciało jej się wtedy wymiotować. A teraz zmuszona była do słuchania tego ohydnego śpiewu pełnego pożądania , przeradzającego się stopniowo w coraz szybszy i donośniejszy. Im głośniej brzmiała pieśń tym większe napięcie rosło w jej ciele. Od stóp do czubka głowy przebiegały ją dziwne, ohydnie.. przyjemne dreszcze. Głosy mnichów czuła w sobie, przeszywały ją, wbijały się, dotykały ciała, to silniej to delikatniej…ale zawsze w ten specyficzny, pożądliwy sposób. Oddech miała coraz szybszy, krótszy, im intensywniej brzmiały słowa, tym głośniej oddychała, w końcu nie mogąc znieść tego dziwnego uczucia otworzyła usta i wydała z siebie cichy jęk podniecenia. Brzmiał on identycznie jak ten, ladacznicy, kiedy jeden z parobków ją… Otworzyła oczy i… ujrzała nad sobą rozmytą, nieziemską postać mężczyzny. W jego całkowicie czarnych, pozbawionych białek oczach zobaczyła odbicie swego własnego oblicze, na którym malowało się coś… lubieżnego i pożądliwego… spełnienie… Dopiero teraz dotarło do niej, iż cały czas cicho jęczała w uniesieniu. Podobało jej się to… podobało jej się, że ją gwałcił. On sam był taki niezwykły, nieziemski a zarazem fizyczny, jego przerażające oczy były złe, pełne nienawiści, pragnął jej, jej ciała. Silne, brutalne ramiona bezlitośnie wręcz obejmowały ją w talii. Dolna partia ciała rytmicznie unosiła się to w górę, to w dół coraz szybciej-zgodnie z rytmem pieśni. Mnisi padli na kolana, unieśli ramiona w stronę kochanków. Ich śpiew przeistoczył się w orgiastyczne okrzyki, zaś ona sama ogarnięta skrajnym podnieceniem, przepełniona swoim kochankiem wiła się w ekstatycznych uniesieniach. Nagle wszystko ucichło. Mnisi zamilkli, nawet leśne echo zaprzestało swej pieśni. W ciało dziewczyny wpłynęły życiodajne soki. Wycieńczona tą nocna orgią, zasnęła.

      Obudziła się w jakiejś gospodzie, przy jej łóżku stała szklanka świeżej wody. Pokój był czysty, zadbany. Chciała się podnieść jednak nocne „wędrówki” dały o sobie znać w postaci bólu. Do pokoju weszła kobieta. Pulchna staruszka, o miłej rumianej twarzy. Z troską w głosie rzekła:

-No, kochanie, wreszcie się obudziłaś. W samym środku nocy przyprowadził cię tu jakiś mnich. Powiedział, że biegałaś po lesie jak szalona! Oj, zachciało ci się nocnych spacerów….A jak ty masz na imię?? – Lilith- odpowiedziała lekko zdezorientowana… -Więc jednak to wszystko…to musiał być tylko sen…-pomyślała.

-Musisz się o czymś dowiedzieć, dziecko. Wiem, że to będzie dla ciebie trudne… Kiedy cię tu do nas przyprowadzono mówiłaś coś o lesie i powozie… i o czymś złym… Mężczyźni znaleźli niedaleko stąd powóz…. Wszyscy nie żyli …-nastała cisza… ostatnie słowa wibrowały w powietrzu niczym złowroga mantra. Lilith patrzyła na kobietę ze łzami w oczach. Straciła ukochanego dziadka. Nie wiedziała co ma robić. Ale nie to najbardziej ją martwiło. Cały czas zastanawiała się nad dziwnym nocnym…wydarzeniem.

-Blada jesteś…prześpij się jeszcze trochę.- powiedziała kobieta, poczym troskliwie otuliła dziewczynę kocem i cichutko wyszła z pokoju. Ona jednak nie mogła spać… nie teraz, kiedy w jej życiu wydarzyło się cos tak ..niezwykłego…

***

      Nareszcie w domu. Rodzice załamani po stracie patriarchy rodu, przerażeni jej stanem, wyglądali na starszych niż byli. Niestety nie zauważyli tego dziwnego błyski w jej oku.. nie zauważyli zmiany. Niegdyś wesoła, pełna życia- teraz przygasła, jakby zmęczona koniecznością egzystencji. Już nie uczestniczyła w zabawach, nie spotykała się z przyjaciółmi…przestała rozmawiać z lud?mi. Zamknęła się w sobie. Cały wolny czas spędzała w lesie, w samotności. Lubiła las …przypominał jej … to zdarzenie. Rodzina starała się akceptować jej dziwne zachowanie. Wiedzieli, że Lilith była bardzo związana z dziadkiem… sądzili, iż przez to się zmieniła… Prawdziwy powód jednak tkwił głębiej, ludzie we wsi wiedzieli. Znali oni baśnie, legendy… potrafili zauważyć zło, które zagnie?dziło się w tej niegdyś uroczej osóbce. Nocami lubiła wymykać się z domu. Szła przez wieś prosto do lasu… Z utęsknieniem wyczekiwała dnia, w którym jej mistyczny kochanek powróci… Wieśniacy, widząc ją czynili znak krzyża chcąc uchronić się przed złem. Mówili, że jest opętana, że jest…kochanką Lucyfera…

***

      Minęło kilka miesięcy. Lilith z dnia na dzień stawała się coraz bardziej mroczna, coraz mniej mówiła. Nawet wygląd jej się zmienił. Patrzyła z nienawiścią na wszystkich, których niegdyś kochała. Pod oczyma zarysowały się cienie, zaś twarz pobladła jeszcze bardziej.

Nadszedł ten czas. Wyczekiwana przez nią chwila. Na świat miał przyjść jej syn.

-Syn Szatana.- pomyślała. Wiedziała, że będzie musiała umrzeć, z jej ciała rozrywanego w boleściach wyjdzie nowy Pan świata.- On po mnie wróci…Mój władca. Da mi nowe życie.. leprze od tego. Spędzę wieczność u jego boku…Zostałam wybrana, by powić nowego mesjasza… Jestem na to gotowa.- rozmyślania przerwał ból…niesamowity ból, który w pewnym sensie sprawiał jej przyjemność. Był to ból całkowicie uzasadniony. Ból dla jej dobra dla dobra dziecka… Czuła jak jej skóra napina się coraz mocniej, jakby miała za chwilę pęknąć. Do oczu nabiegła krew, pięści zacisnęły się tak siknie, że paznokcie przebiły skórę. Z małych ranek zaczął wyciekać ciepły, czerwony płyn. Skapywał na prześcieradło, kropla po kropli . Zobaczyła go dookoła siebie …-moja krew…- pomyślała- Moja krew przelana za mojego syna…-przeszyła ją kolejna fala bólu tym razem poczuła jak ciało pęka, a kości łamią się niczym nędzne zapałki. –takie maleństwo a … takie silne… będzie doskonałym władcą…- Nie mogła już wytrzymać …zaczęła krzyczeć. Do pokoju wbiegli przerażeni domownicy, jednak było już za późno… Lilith, prawie martwa wyszeptała –zaopiekujcie się nim jak…własnym dzieckiem… dajcie mu wszystko czego zapragnie…to przyszły władca świata…to…Mefisto…

Marzec 16th, 2008 przez SELTI

1. GENEZA

         Więc wyjechaliśmy z tego parszywego miasta. Smog, hałas i milion ludzi zostało za nami. Przed nami rozciągała się równa jak stół droga i przestrzeń tak otwarta, że Chloe stwierdziła, że kreci się jej w głowie. To prawda, jesteśmy zatwardziałymi mieszczuchami, ale czas spróbować prawdziwej przygody!

 - Przejdź się po Bronx-e. To dopiero jest przygoda! – skwitował nasz wyjazd ojciec.

To oczywiście ojciec Chloe, mój tylko by się roześmiał i przez tydzień rozmyślał, gdzie popełnił błąd w moim wychowaniu. Ale „ukochany teść” nie odmawia sobie dwóch rzeczy: skrzyni rosyjskiej wódki w Święto Dziękczynienia i słownego sarkazmu.  To prawda, do cholery! że zabrałem mu córkę, ale mieszkamy na Central Park West, nie na Marsie, a to tylko pół godziny drogi od ich wspaniałego apartamentu przy Lenox Aveniue. Niestety. W każdym bądź razie, wspaniałomyślnie pożyczyli nam bagażnik samochodowy na dach, bo bez niego nie dalibyśmy rady się pozbierać, zwłaszcza, że Chloe postanowiła spakować pół domu i to w dodatku tego niepotrzebnego. Swoim rodzicom zostawiłem tylko wiadomość na sekretarce. Pewnie włóczą się po ośnieżonych szczytach Denver i ani myśleli nas uprzedzić. Chloe stwierdziła ze swoim stoickim spokojem:

  -  W końcu to ty jesteś ich dzieckiem. Nie muszą ci się tłumaczyć, czy, gdzie i kiedy jadą. Zresztą i tak by nas nie zabrali.

Kłótnia, jaka po tym wybuchła o dzień opóźniła nasz wyjazd. Chloe spędziła noc u swoich rodziców, a rankiem pojechałem po nią i bagażnik dachowy. Regina się do mnie nie odzywała, jak zawsze zresztą, za to „ukochany teść” nie mógł sobie odmówić słownego sarkazmu, skoro w pobliżu nie było skrzynki rosyjskiej wódki i Święta Dziękczynienia. Prawdę mówiąc, bałem się, że Chloe nie będzie chciała jechać. W porywie gniewu i głupoty pojechałbym pewnie sam i wrócił po dwóch godzinach, na kolanach błagając o przebaczenie. Moja matka miała rację, mówiąc, że mam geny ojca. Wszystkie jej rozwody były z jego powodu i prowokowane przez niego, chociaż ze sobą nie umieli wogóle żyć. Tak samo było teraz z nami. Chloe darowała mi tym razem, nie chciała skończyć jak moja matka, ale musiałem się pilnować.

  -  Jeżeli ten wyjazd nie wypali, pójdziemy do poradni. Nie rozwiążemy problemu sami. Nie damy rady. – powiedziała moja żona, pakując ostatnią walizkę.

            Mój szef posunął się dalej. Był typowym szefem i wyglądał jak typowy szef. Chloe żartowała, że nieśmiertelny zielony garnitur, w jakim nieustannie chodził, jest przyszyty do jego ciała. W każdym bądź razie to jego włosy były przyszywane i wyglądały wyjątkowo sztucznie, nawet jak na image typowego szefa. Więc zawołał mnie przyjacielskim gestem do swojego biura, w ostatni dzień pracy. Zaczął, a jego małe oczka tylko przebiegle błyskały spoza okularów:

 - Jedziesz na wakacje po Ameryce? Świetnie! Gdzie dokładnie? Bo jeśli przypadkiem przejeżdżalibyście przez Toledo, albo Mineapolis, to może zajrzałbyś do naszych tamtejszych placówek. Wiesz jak to jest. Przysyłają niedorzeczne raporty, które w ogóle nie pokrywają się z ich rzeczywistymi transakcjami. Urwanie głowy przez to mam. Stary chce mnie zeżreć! Wysyłałem im już listy, ponaglenia, dzwonię codziennie, ale normalnie mnie olewają i spławiają. No co ja mam robić? Kota nie ma, myszy harcują, jak to się mówi. Więc przydałby się ktoś, kto ich postraszy. Wiesz, pozór malej kontrolki… naprawdę straszne bzdury wypisują w tych raportach. Zresztą, wiesz dobrze jak cenię twoją pracę. Ile już u nas pracujesz? I idzie ci świetnie! Kto wie, może kiedyś zajmiesz ten gabinet. A na razie…

Gdy Bert brał oddech, wtrąciłem szybko:

 - Mamy zamiar omijać duże miasta. Chcemy odludzia, spokoju, prawdziwej przygody. Mówiłem już o spokoju?

Szef uśmiechnął się domyślnie i zmrużył oczy:

 - Kryzys małżeński, co? – powiedział i znowu wpadł w słowotok – Przechodziliśmy to samo z Barbarą. To był straszny okres, ale poszliśmy do dobrej poradni. Co prawda kosztowała mnie fortunę! Kiedy przysłali rachunek, omal się nie rozpłakałem, ale to lepsze niż utrata majątku, prawda? Przed ślubem podpisaliśmy intercyzę, byłem zakochany, cóż poradzić! Mogę ci dać adres tej poradni, jeszcze gdzieś go mam… – pogrzebał w papierach, zawalających biurko, nie przestając przy tym gadać:

 - Zaraz, zaraz! Przecież wam nie będzie potrzebna jakaś tam poradnia! Wy jedziecie na wycieczkę! No proszę. Każdy wie, że baby uwielbiają nastrój: księżyc, ogień, gwiazdy, sex na kamieniach. A jak w dodatku zarżniesz jakąś wiewiórkę, same rzucają się w ramiona. Nieźle to sobie wymyśliłeś, stary draniu! Po co wydawać tysiąc dolarów tygodniowo na faceta, który truje ci o porozumieniu z matką w okresie życia płodowego, albo każe ci zmienić charakter pisma, żeby lepiej zrozumieć rolę kobiet w nowożytnym świecie. Kogo to obchodzi?! No, ale nieźle, nieźle. Żebyś jeszcze w pracy miał równie błyskotliwe pomysły. Ale wiesz, to się nawet dobrze składa, że będziecie omijać duże miasta. Właśnie odebrałem fax, że w Wichita mają jakieś problemy…

I tak przez godzinę! Z trudem powstrzymałem się przed wbiciem mu osikowego kołka w szefowskie serce. Cóż, mam typowego szefa – idiotę. Oczywiście wykręciłem się od odwiedzenie Wichita, czy innej zapadłej dziury. Co prawda właśnie po zapadłych dziurach mieliśmy zamiar się włóczyć, ale nie w celach służbowych. Nie dla wygodnictwa i sknerstwa Berta! Chloe miała trochę mniej szczęścia. Jej szef – taki sam palant – polecił jej słuchać wszystkich wiejskich radiostacji i wyłapywać talenty, szukać świeżej krwi. Tak między Bogiem, a prawdą, ona naprawdę lubi swoją pracę, więc czasem sama nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi. Z tego też powodu, przez cały czas słuchaliśmy rodzimych stacji radiowych, ku przerażeniu naszego akumulatora. Miało to też dobre strony – nie musieliśmy rozmawiać. Było nam trudno się porozumieć bez krzyku i trzaskania drzwiami, poza tym baliśmy się, że odkryjemy prawdę: że nic tak naprawdę nas nie łączy. I tak sobie jechaliśmy, słuchając ryku wiejskich DJ – ów, wydzierających się i puszczających okropną muzykę country. Dopóki nie znaleźliśmy się w Kentucky.

2. SZALONY KERR

            Przestrzeń była cudowna. Świeże powietrze, prawdziwy kurz i króliki. Przypominało mi to trochę pustynię w Australii. Ten cudowny bezmiar, pustka i cisza, przez całe mile ani jednego samochodu, domu, człowieka, tylko twarz ukochanej żony. Tak, kochałem Chloe do szaleństwa, zawsze tak będzie. Pewnie dlatego popełniałem tyle głupstw, nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby mi ją odebrać, więc ranię ją i krzywdzę, karzę za moje własne lęki. To nie jest normalne, wiem, to nie jest zdrowe. Nie potrafię jednak inaczej. Czy ten wyjazd coś zmieni? – zadawałem sobie pytanie i… szczerze wątpiłem. Mimo to jechaliśmy w stronę zachodzącego słońca. Było cudownie, gorąco i pusto. Chciałem, żeby tak trwało zawsze, żeby takie poczucie wewnętrznej harmonii i spokoju nigdy nas nie opuszczało. Pragnąłem chronić Chloe przede mną samym. Moja matka miała rację, mówiąc mi w dniu ślubu:

 - Pamiętaj, że pierwsze sześć lat to sielanka. Potem przychodzi nuda i rutyna. Ona drażni ciebie, a ty ją. Nie możecie ze sobą wytrzymać, nie możecie na siebie patrzeć, nie rozmawiacie ze sobą inaczej, jak tylko krzykiem. Rzucacie talerzami i solniczkami. Po jeszcze kilku takich latach, dochodzicie do wniosku, że oprócz dzieci, nic was nie łączy. Ona coraz częściej rozmawia z matką, a ty zaczynasz się oglądać za pół nagimi nastolatkami… to nieuchronne, synu.

I co z tego, że była po kilku głębszych? Zawsze uważałem matkę za mędrca. Gdybym wierzył w reinkarnację, powiedziałbym, że to kolejne wcielenie jakiegoś Sokratesa. Tak, czy inaczej, moja matka miała rację. I trzy rozwody za sobą. W ostateczności, jakieś trzy lata temu wróciła do swojego pierwszego męża, czyli mojego ojca. Wydają się szczęśliwi, mimo tych wszystkich kłótni, wzywania policji, bijatyk w sądzie i tym podobnych ekscesów. Czy mój związek z Chloe mógł być wobec tego normalny?

 - Zobaczymy, czy twoja matka będzie szczęśliwa, gdy z Denver wróci jako wdowa. – stwierdziła Chloe, wyrzucając przez okno kolejny niedopałek. Wkurzyło mnie to jeszcze bardziej, niż jej słowa, ale tylko wydąłem wargi i pogłośniłem radio. Właśnie jakiś tutejszy DJ produkował się na antenie. Gustem odzywek i sposobem mówienia nie odbiegał od reszty swych kolegów po fachu z tej części galaktyki i poczułem się naprawdę skonsternowany.

 - Idiotyczne! – powiedziałem, sięgając do pokrętła, żeby zmienić stację.

Nie spodziewałem się gdzie indziej usłyszeć czegoś innego, ale miałem nadzieję na złapanie ogólnokrajowej stacji, nadającej chociaż jako tako normalną muzykę. Przynajmniej jakieś znane zespoły, a nie te, nagrywające w stodole, przeboje o krowach, co mało mleka dają. Jednak Chloe złapała mnie za rękę.

 - Chcesz tego słuchać? – zdziwiłem się.

 - To nawet ciekawe. – stwierdziła – Posłuchaj.

 - Zadzwoniła do nas Laura z czerwonego pontiaka SX. Lauro, masz nam coś do powiedzenia, czy tak?

 - Tak. – zabrzmiał głos, zniekształcony przez telefon komórkowy – Cześć wszystkim i tobie, Kerr.

 - Miła jesteś, ale teraz podziel się ze słuchaczami swoją uwagą.

 - Cóż, wydaje mi się, że nasz „Główny Bohater” jest autostopowiczem.

 - Dlaczego tak sądzisz, Lauro? – głos DJ-a był niski, poważny, męski, właśnie taki, jaki w radiu najbardziej się słuchaczkom podoba.

 - Pewnie jego dziewczyna. – parsknąłem i natychmiast zostałem uciszony przez Chloe.

 - Cóż… – dobiegało z radia – Na tym odludziu to chyba idealny sposób na znalezienie ofiary. Tak mi się wydaje.

 - Dziękujemy ci, Lauro, za cenną informację…

 - Mam rację? Mam?

DJ się roześmiał. Jego głos przeszedł w denerwujący, żartobliwy dyszkant:

 - Nie mogę zaprzeczyć, nie mogę tym bardziej przyznać racji. Ale powiem wam jedno: uważajcie, kogo spotykacie na swojej drodze. Czy ufacie swoim przyjaciołom? Rodzinie? Windziarzowi? Monterowi kablówki??? Strzeżcie się! – zagrzmiał głosem kaznodziei – Nie znacie dnia, ani godziny, w której możecie zostać wypatroszeni. Każdy może być naszym „Głównym Bohaterem” , każdy, powtarzam! A teraz słowo od sponsora naszej zabawy… – niespodziewanie zmienił ton głosu.

 - Wiesz, o co tu chodzi? – spojrzałem na Chloe – Zrozumiałaś coś z tego bełkotu?

 - Posłuchamy, przekonamy się. Co ci zależy? I tak nie mamy, o czym rozmawiać. – odparła i odwróciła głowę do okna, żeby na mnie nie patrzeć.

Wiem, że jestem kretynem, szowinistą i nie szanuję jej pracy. Ale czy można szanować kogoś, kto dla dużej, ogólnokrajowej rozgłośni poszukuje „świeżej krwi”? Żeby chociaż była kierowniczką działu, ale nie! zarabia podle i katuje męża, zmuszając go do słuchania debilów. Szkoda, że nie zabrałem słuchawek…

            Ciszę przerwał głos z radia:

 - Tu wasz szalony Kerr i jego szalona audycja w radiu W SPEED 94 FM: „Zawsze jesteśmy blisko was” przypomnę tym, którzy być może słuchają nas od niedawna, że bawimy się tutaj w bohaterów, większych niż ci od Pustynnej Burzy. Nasza zabawa ma kryptonim: „Złapać psychopatę” i polega na… złapaniu psychopaty! Strzeżcie się, uważajcie! Nie znacie miejsca, ani godziny, w której zaatakuje! Dzięki naszej ślicznej Laurze z czerwonego pontiaka, wiemy, że nasz „Główny Bohater” może podawać się za autostopowicza. Ale na której drodze? Na którym skrzyżowaniu?? O, Boże! A jeśli to ten miły pan, którego zabraliśmy pięć minut temu?? Wyyyyysiadka!! Niestety, oprócz tego, że jest niesamowicie niebezpieczny, tak niebezpieczny, jak skrzyżowanie zmutowanego grzechotnika z teściową Billy’ego, naszego realizatora i tego, że jest autostopowiczem – o, nie! – nic o nim nie wiemy. – przeszedł na niski, seksowny głos – Dlatego prosimy was o jak najwięcej informacji, którymi moglibyśmy się podzielić z resztą wystraszonych słuchaczy. Nasza zabawa trwa. Zwycięzca zgarnia całą forsę, a jest tego niemało! Zwycięzca, czyli ten, kto przeżyje. Mam nadzieję, że nie będzie to psychopata. – na koniec rzucił jeszcze kilka gładkich hasełek, numer telefonu do studia i zmiksował to wszystko z najróżniejszymi dźwiękami, jakie tylko przyszły mu do głowy. Jednym słowem: badziewie.

 - Rzeczywiście szalony Kerr. – podsumowała Chloe, zapisując jego numer telefonu.

 - Po co ci to? – zapytałem.

 - Nie uważasz, że to całkiem ciekawe? Świetny pomysł na przyciągnięcie słuchaczy. Trzeba go oczywiście trochę wygładzić, ale poza tym, to rewelacja. Założę się, że jeśli ten pomysł wypali, zainteresuje się nim jakaś większa stacja.

 - Niech zgadnę: NY-LINE? – nie mogła przeoczyć sarkazmu w moim głosie, ale tylko się roześmiała, notując coś.

 - Potrzebują wciąż nowych wariatów. – mruknąłem – Jeszcze nie uruchomili taśmowej produkcji.

To również Chloe przyjęła śmiechem. Zapaliła kolejnego papierosa, chowając notatnik do schowka. Zazdrościłem jej tego, że lubiła swoją pracę. Ale fakt, że nie musiała odwiedzać Wichita, czy jakiegoś innego Roswell. To wkurzało mnie podwójnie. Ja przez całe dnie siedziałem w ciasnym biurze, bez okna i klimatyzacji, podobnym raczej do schowka na szczotki, niż biura zastępcy kierownika działu. Ona wychodziła na służbowe lunche, kolacje, śniadania. Spotykała się z ludźmi, jadła desery i nie tyła. Wracała do domu i jeszcze miała siły na sprzątanie, igraszki i tak dalej, podczas gdy ja zwalałem się bezwładnie na łóżko i natychmiast zasypiałem. Nienawidziłem swojej pracy i nienawidziłem, że Chloe uwielbia swoją. Ale to przecież za mało na motyw.

3. AUTOSTOPOWICZ

            Przejechaliśmy kilka mil. Zrobiło się zupełnie ciemno. Nie odzywaliśmy się do siebie, nawet szalony Kerr poszedł na kawę, zostawiając nieprzerwaną muzykę. Musiałem przyznać, że ma dobry gust. Mimo to nie lubiłem go i nie podobała mi się ta cała zabawa. Oczywiście Chloe nie podzielała moich uczuć i uśmiechała się do siebie, paląc papierosa za papierosem. Właściwie nie pamiętam, kiedy zaczęła palić. Pewnego dnia po prostu zobaczyłem ją z papierosem i tak już zostało. Nie pochwalałem tego nałogu, sam nigdy nie wziąłem peta do ust, ale skoro nie mieliśmy dzieci i nie zanosiło się na to, że Chloe zaszła w ciążę, nic nie mówiłem. Zresztą, gdyby nawet wiedział, że mi to przeszkadza, i tak nic by nie zrobiła. Dręczyliśmy się nawzajem.

Mrok gęstniał, było duszno i zanosiło się na burzę. Jeden za drugim króliki uciekały spod kół. Naprawdę czułem się jak w Australii. Spędziłem tam cudowne lata, potem wróciłem i ożeniłem się. Czy żałowałem, że stamtąd wyjechałem? Może trochę… Wtedy reflektory wozu wyłoniły z mroku postać człowieka. Szedł powoli prawym poboczem i kiedy mieliśmy go wyminąć, wyciągnął w górę kciuk. Pomyślałem, że to niezły fart i, że mógłbym utrzeć trochę nosa mojej wszystkowiedzącej małżonce. Zacząłem zwalniać.

 - Co ty robisz? – przeniosła na mnie spojrzenie swych ciemnych oczu o kształcie migdałów.

 - Nie pomożesz bliźniemu? – odparłem, wycofując wóz.

 - Zwariowałeś! – wybuchła.

 - Boisz się, że to ON? – roześmiałem się – Zresztą, to tylko gra, przecież nas nie zabije. Najwyżej obleje czymś czerwonym i wypadniemy.

Nie wydawała się przekonana, ale jej oczy rozbłysły. Zawsze lubiła się bawić na całego, więc przewidziałem, co powie. A powiedziała:

 - Nie żal ci nagrody?

            Nasz psychopata był młodym, może osiemnastoletnim, drobnym chłopcem w okularach, jeansach, jeansowej kurtce, narzuconej na oliwkową bluzę z kapturem. Na lewym policzku, pod okiem miał pieprzyk. Zapamiętałem to wszystko, na wypadek, gdyby szalony Kerr zaprosił nas do swojego szalonego programu. Zapowiadało się ciekawie. Chłopak nazywał się Jason Downing i jakieś trzy mile przed nami zepsuł mu się samochód. Poprosił nas o pomoc. Faktycznie, gdy przejechaliśmy trzy mile, z mroku pobocza wynurzył się kanciasty kształt różowego „krążownika szos”. Na nasze zdziwione spojrzenia, Jason odparł ze wstydem:

 - Należy do mojej matki. Nie było niczego lepszego pod ręką.

I streścił nam opowieść o swoim starszym bracie i ojcu, którzy pojechali szarą furgonetką GMC na targ do Paducah. On pokłócił się z matką, co wyznał ze skruchą i wstydem, zabrał jej samochód, a gdy pełen żalu wracał do domu, stary grat się zepsuł. Wszystkie te szczegóły zapamiętałem w wiadomym celu. Tak, czy inaczej, kiedy zajrzałem pod maskę, okazało się, że Chloe musi pożyczyć Jasonowi swoje rajstopy.

 - To pasek klinowy. – powiedziałem na pozór spokojnie, ale w środku aż mnie duma skręcała, że mogę się pochwalić znajomością mechaniki. Opłacało się w dzieciństwie składać modele, które matka wyrzucała przy każdej nadarzającej się okazji.

 - Raz dwa załatwimy sprawę i do najbliższej stacji jakoś dojedziesz.

 - O, dzięki. – odetchnął z ulgą „psychopata”.

Pomyślałem, że teraz powinien wyciągnąć siekierę z obcisłych jeansów i zacząć mnie gonić dookoła cadillaca mamusi. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

 - Jesteście z miasta? – zagadnął.

 - Tak, z Nowego Yorku. – odparłem, montując rajstopy.

Jason oparł się o bok samochodu i przypatrywał się moim wysiłkom ze znudzeniem.

 - Byłem tam u ciotki zeszłego lata. Nie mieszka wprawdzie w centrum, ale to przecież mało ważne, prawda?

 - Jak ci się podobało? – znajdowałem przyjemność w rozmowie z człowiekiem. Od kilku dni było z tym różnie, a kłótnie i odszczekiwanie się Chloe już mnie znudziło. Bawiłem się też świetnie, słuchając paplaniny chłopaka i jego akcentu. Czekałem też na tę siekierę.

 - Co? – spytał, już nie pamiętając, o czym była mowa. Pomyślałem, że to przednie.

 - Nowy York, jak ci się podobał?

 - Aaa! Cóż… dość hałaśliwy, ale laski niczego sobie.

W roztargnieniu skinąłem głową. Jason przyjrzał się Chloe, oświetlonej reflektorami, wpół wychylonej z okna.

 - To pańska żona? – spytał.

 - Tak. – odparłem krótko.

 - Ładna. Wybraliście się na wycieczkę? Pewnie chcecie odpocząć od tego hałasu i w ogóle…

            Że też ja zawsze muszę trafić na gadułę. Sam lubię czasem popaplać, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto jest w tym lepszy ode mnie. Gadanina Jasona, jego cienki głos, doprowadzały mnie powoli do złości. Ostatecznie też przekonałem się, że to nie jest wynajęty do straszenia ludzi psychopata. Poczułem rozczarowanie, a w takiej sytuacji nie było sensu dłużej zawracać sobie głowy chłopakiem. Szybko zamontowałem rajstopy z najlepszej, markowej lycry, warte słone pieniądze.

 - Jak wam się odwdzięczyć? – zapytał naiwnie Jason, gdy wycierałem ręce.

 - Och, drobiazg! Nie ma o czym mówić. – odparłem, rzucając okiem na złą, rozczarowaną Chloe. Nigdy nie lubiła niczego pożyczać, nie ważne, czy chodziło o szklankę cukru, rajstopy, czy milion dolarów, którego zresztą i tak nie mieliśmy. Właśnie włączył się szalony Kerr, więc – chcąc mnie rozzłościć – pogłośniła.

 - Też go słuchacie? – ucieszył się Jason – Jest świetny, nie?

 - Hej, frajerzy! To znowu wasz ulubiony program w ulubionej stacji: W SPEED 94 FM: „Zawsze jesteśmy blisko was”. Przypominam, że po waszych drogach grasuje morderczy psychopata, skrzyżowanie najjadowitszego węża z teściową Billy’ego. Przepraszam pani Waterspoon, ale już nie możemy wytrzymać jego płaczu. Błagam, w imieniu całego zespołu, błagam! Niech się pani wreszcie od nich wyprowadzi! A tymczasem do rzeczy. Nasza nagroda nadal cieszy moje oczy, czyżby więc nasz „Główny Bohater” wygrywał? Ludzie, co z wami? Nie śpijcie! Nie dajcie się zarzynać jak prosięta! I strzeżcie się! Nie wiadomo, czy ten miły chłopak, któremu właśnie pomagacie, nie okaże się naszym gagatkiem. Strzeżcie się, nie ufajcie nikomu…

Czy muszę mówić, że poczułem ciarki na plecach? Oboje z Chloe spojrzeliśmy na Jasona, a on tylko się roześmiał.

 - Mówię wam! – powiedział z przekonaniem – Ten facet jest Bogiem!

 - Znasz go? – już nie pamiętam, które z nas zadało to pytanie.

 - Wszyscy w miasteczku go znają. – powiedział ze wzruszeniem ramion. Odpowiadał w taki sposób, jakbym to ja mówił, że Kevin Spacey jest moim najlepszym kumplem.

 - W miasteczku? – zainteresowała się Chloe. Oczywiście, wiedziałem dlaczego.

 - W Thaedcreeck. Tam właśnie mieszkam i tam jest rozgłośnia. Mówię wam, co tydzień urządzają jakieś rewie. Jest super!

 - Może tam zajrzymy. – pomyślała na głos Chloe.

 - Koniecznie! Zapraszam. A teraz już pojadę, bo mama będzie się martwić. Dzięki wam za pomoc i powodzenia. – już odchodził, ale jeszcze się obejrzał, zmrużył oczy.

 - Strzeżcie się! – powiedział, naśladując glos szalonego Kerr’a i śmiejąc się wsiadł do cadillaca. Odjechał z piskiem opon, wzniecając tuman kurzu.

4. KŁÓTNIA

             - No to masz swojego psychopatę! – napadła na mnie Chloe, rzucając brudną ścierkę na tylne siedzenie. Wsiadłem do wozu, odpaliłem silnik i równocześnie dawałem upust swej niczym nieuzasadnionej złości.

 - Założę się, że w ogóle nie ma żadnego psychopaty, a facet zgrywa się na antenie, że mieszczuchy, które wyjechały akurat na wakacje, robią pod siebie ze strachu na widok każdego cienia. I wiesz co? zawsze uważałem, że tego typu zabawy, ukryte kamery i tym podobne, oduczają ludzi pomagania sobie nawzajem. boimy się śmieszności, wiec przestajemy ufać mikrofalówkom w supermarketach i krzesłom w restauracjach, no i innym ludziom przede wszystkim. To paskudne! Mój ojciec zawsze mawiał, że dłoń wyciągnięta w stronę drugiego człowieka, nigdy nie zostanie odgryziona!

 - Pod warunkiem, że to nie wilk w owczej skórze. – stwierdziła wszystkowiedząca Chloe – Skończyłeś?

 - Tak! – odparłem urażony, że moje merytoryczno-filozoficzne wywody zostały zagłuszone przez hipokryzje i zły gust.

 - To dobrze, bo chcę tego posłuchać.

 - Witaj, Marc. – dobiegło z radia – Chcesz się z nami czymś podzielić, prawda?

 - Tak, cześć wszystkim i tobie Kerr. Świetna audycja! Wielki szacun!…

 - Dzięki, Marc, ale do rzeczy. Naszych bezbronnych słuchaczy na pewno interesuje, co masz do powiedzenia.

 - Tak. Więc widziałem tego twojego psychola, Kerr.

Na moment zapadła – grobowa – powiedziałbym, cisza. Nawet przez moment  pomyślałem, że coś jest nie tak z radiem, ale szalony DJ jakoś się pozbierał i wymamrotał nieco niepewnie:

 - Serio? I co?

 - Widzisz! – zawołałem tryumfalnie – Widzisz, jak zgłupiał! Nie spodziewał się takiej wpadki!

 - Cicho bądź! – krzyknęła na mnie Chloe co przyjąłem ze zdziwieniem i strachem. Nie żebym się bał własnej żony, ale zachowywała się co najmniej dziwnie. Przesadzała.

 - Laura miała rację. – kontynuował tajemniczy Marc – Nasz „Główny Bohater” jest autostopowiczem. Ostatnio, czyli jakieś dziesięć minut temu, widziałem jak wsiadał do brązowego mercedesa combi, na drodze numer 65.

Szalony Kerr zdążył już całkowicie dojść do siebie i przyłączył się do gry słuchacza, a może jego brata, albo najlepszego kumpla. Znając najmroczniejsze arkana zawodu mojej żony, wiedziałem, że wszystko było możliwe, lecz z całą pewnością nie było prawdą.

 - Bardzo źle! Czyżby ktoś nie słuchał naszych ostrzeżeń? A może wręcz przeciwnie, mamy nowego gracza? Kimkolwiek jesteś i, czy jeszcze jesteś, dodaję ci trzy dolce do nagrody, za odwagę. Słuchaj, Marc, możesz nam podać jakieś szczegóły?

 - Prawdę mówiąc niewiele mogłem zauważyć, ale wydaje mi się, że był to duży, napakowany gość w czarnym, długim płaszczu. Miał bardzo jasne, może tlenione włosy. Jego twarzy nie widziałem.

 - Więc to nie nasz Jason. – udałem rozczarowanie i w pewnym sensie byłem rozczarowany.

 - Gdyby to był Jason, nas już by nie było.

Zdziwiły mnie te słowa mojej zacnej małżonki. Przecież to tylko zabawa, gra szalonego DJ-a, który próbuje rozruszać znudzonych pracą na roli wieśniaków.

 - Przecież to tylko zabawa. – powiedziałem głośno – Nie traktujesz tego zbyt poważnie?

Spojrzała na mnie jak na bezrozumne dziecko.

 - To jest poważna sprawa. – odparła niewzruszenie – Sądzisz, ze zadaliby sobie tyle trudu dla jakiejś tam zabawy? To przede wszystkim rozrywka dla nich. A pamiętasz naszą akcję w zeszłe lato?

 - To było co innego! – zaprzeczyłem.

 - Dzięki audycjom Davida złapali seryjnego mordercę, który brał udział w naszej „zabawie”!

 - A wy go zwolniliście i biedak musiał wracać do tego swojego zapyziałego Ohio.

            Szczerze mówiąc nieźle mnie ubawiła tamta sprawa. Dla Chloe to był koszmar niespełnienia. To ona kierowała całą akcją i David był pod jej nadzorem. Tymczasem okazało się, że audycja – i owszem – ma rekordową słuchalność, ale głównie wśród poważnych świrów, takich jak na przykład Tony Edwards. I nie obyło się bez policji i FBI. Kariera Chloe wisiała na włosku, ale w rezultacie postanowili zrezygnować z Szalonego Davida.

 - Pamiętaj, Chloe, żeby tym razem nie było tak samo. – ostrzegłem ją, pełen dobrej woli.

 - Nie będzie, nie martw się! – odburknęła i odwróciła twarz w stronę ciemnego okna.

            Ćmy rozbijały się o szybę samochodu, spod kół uciekały króliki. Nikt nas nie mijał i było idealnie cicho. To znaczy – byłoby idealnie cicho – gdyby nie radio, ryczące o krowach i jakiejś cycatej Patsy.

 - Ale bzdura! – powiedziałem z pogardą.

 - Racja. – stwierdziła Chloe, zapalając kolejnego papierosa.

W swojej torbie miała cały karton mocnych, śmierdzących Camelów. Zresztą, paliła tylko wtedy, gdy była wściekła. Na tą podróż bardzo dobrze się zaopatrzyła. Właściwie dlaczego zgodziła się jechać, skoro i tak było wiadomo, że nie potrafimy się normalnie porozumiewać?

 - Ty nigdy nie oglądasz horrorów, nie wiesz do czego są zdolni tacy, jak oni.

 - O czym ty mówisz, Chloe? – zawołałem pełen zaskoczenia – Jacy oni? Co za oni?!

 - Wieśniacy! A kto?

 - Przesadzasz! – machnąłem ręką, chociaż musiałem przyznać, że moje myśli po części wyglądały tak samo. Nagle coś przyszło mi do głowy, uśmiechnąłem się chytrze.

 - A może to ty jesteś psychopatą, co, Chloe? Kiedy cię zwerbowali? Długo znasz szalonego Kerr’a? A może z nim sypiasz, gdy wyjeżdżam na delegacje?

 - Przestań! – zdenerwowała się na serio, co nie zdarzało się często. Zawsze taka zimna, wyrachowana, taka opanowana i twarda jak skała, zadziwiała mnie swoją delikatnością, którą próbowała ukryć, nawet przede mną. Może dlatego ją tak traktowałem. Nie ufała mi, czasem odnosiłem wrażenie, że traktuje jak wroga, który dybie na jej posadę i… sam już nie wiem. W naszym postępowaniu nie było za grosz logiki, za grosz zdrowego rozsądku. Wychowani w twardym świecie walki szczurów, nie ufający nikomu prócz siebie, byliśmy typowym małżeństwem, które niszczy się nawzajem. kiedyś było inaczej. Byliśmy młodzi, zakochani, mieliśmy ideały, które jeszcze nie spotkały się z rzeczywistością. Nie, nie chcę nikogo obwiniać za nasze nieszczęścia i zimne wyrachowanie, z jakim zadawaliśmy sobie te wszystkie rany. Ale ja naprawdę chciałem przerwać wreszcie to błędne koło. Chciałem i nie mogłem, nie potrafiłem.

 - A jak mam mówić? – i mnie puściły nerwy – Zachowujesz się jak pieprzona fanka „Z Archiwum X”. Dość tego! – trzasnąłem w wyłącznik; Roy Orbison zamilkł w pół słowa. Zobaczyłem utkwione w sobie, sarkastyczne spojrzenie Chloe. Nigdy tak na mnie nie patrzyła i wiedziałem, że zachowuję się jak ostatni kretyn. Równocześnie poczułem złość, tępe ukłucie lodu w sercu, że kobieta, która powinna mnie wspierać, stać przy moim boku w zdrowiu i w chorobie, nie ma dla mnie za grosz szacunku.

 - Mieliśmy sobie wszystko wyjaśnić. – powiedziała cicho i takim tonem, że poczułem się nieswojo.

 - Właśnie to robimy. – odparłem z niechęcią.

 - Nie, my tylko znowu krzyczymy. Co się z nami stało?

 - Mamy swoje problemy, frustracje, które wywlekamy i traktujemy, jako tarcze…

 - A powinniśmy się nimi dzielić, pomagać sobie nawzajem, nie krzyczeć. Przecież to niczyja wina, że żyjemy w szalonym świecie, który jest, jaki jest. Nie zmienimy go, ale możemy zmienić siebie.

 - W jakim poradniku to wyczytałaś? – zakpiłem.  Takie zwroty, prosto od psychologa na mnie nie działały. A my już się zmieniliśmy, niestety na gorsze.

 - Z tobą nie można normalnie rozmawiać. – pokręciła głową – Jesteś grubiański, chamowaty i już sama nie wiem, dlaczego za ciebie wyszłam. Możesz mi przypomnieć?

W jej głosie też była kpina. Milczałem złowrogo. Rosła we mnie jakaś chmura, czarny, burzowy obłok, pełen piorunu i gradu. Pomyślałem, że to się może źle skończyć, jeżeli Chloe nie przestanie gadać. Prawie nie widziałem drogi przed sobą, białe linie migały mi przed oczami, znikały, to znowu się pojawiały. Nic do mnie nie docierało, oprócz pełnych sarkazmu i ukrytego gniewu, słów żony. Gdyby wtedy na drodze pojawiła się jakaś istota, albo samochód, pewnie nie obyłoby się bez wypadku.

 - Nigdy mnie nie słuchałeś. Nigdy nie pocieszałeś, nawet gdy widziałeś, że cierpię. Nie byłeś dla mnie oparciem i warownią, nie byłeś kimś, na kogo mogłabym liczyć. Pamiętasz sprawę z Davidem? Oczywiście sam ją wywlokłeś! Bardzo wtedy potrzebowałam przyjaciela, którym ty nigdy dla mnie nie byłeś, nie byłeś nawet mężem. Te twoje ciągłe delegacje, wyjazdy, służbowe przyjęcia i szkolenia! Ile razy ty mnie już zdradziłeś, co?

 -  A ty? – spytałem ponuro.

 - Nie! tego mi nie wmówisz. Możesz twierdzić, że moja praca jest mało ważna, że nic dla ciebie nie znaczy, jak się męczę, żeby pogodzić role szefa, gospodyni domowej i twojej żony. Zawsze mam wyglądać kwitnąco, żebyś się mógł chwalić przed kolegami, jaką to masz szprychę! Dość tego, masz rację!

 - Przestań! – ostrzegłem.

 - Bo co?! co mi zrobisz? A może ułożyłeś sobie w tej twojej małej główce biurokraty zbrodnię doskonałą? Chcesz mnie zabić na tym pustkowiu?

 - Oszalałaś do reszty.

 - Myślisz, że nie wiem o twoich skokach w bok?! Razem z nią to wszystko wymyśliliście??!!

 - Chloe, nie mam pojęcia, o czym mówisz. – siliłem się na spokój.

W rzeczywistości podejrzenia Chloe mnie rozbawiły. Nigdy nie miałem kochanki, choć nie brakowało okazji, które inni moi koledzy wykorzystywali z premedytacją. Ale matka zawsze mi radziła, żeby w takich wypadkach nie tłumaczyć się za wszelką cenę i nie próbować przekonywać. Żona zawsze wszystko wie lepiej.

 - A ja mam ci wypomnieć twoją drogę do kariery? – spytałem zaczepnie, zapominając o drugiej części maminej rady. Chloe pobladła z oburzenia, jej oczy zwęziły się do wielkości małych, podłużnych szparek.

5. POJEDNANIE

            I wiedziałem, że przesadziłem. Chciałem szybko i sprawnie naprawić niefortunną odzywkę, więc powiedziałem, gładko wprowadzając samochód w zakręt:

 - Zostawmy to zresztą. To nie ma sensu, Chloe. Nic nam nie da załamywanie rąk, przerzucanie winy. Po prostu musimy próbować ze sobą wytrzymać.

 - Taka jest twoja recepta na nasze problemy małżeńskie?

 - A masz lepszą?

Zapadło milczenie, po chwili odezwała się Chloe:

 - Nie wyobrażam sobie bez ciebie życia.

            Spojrzałem na nią. Patrzyła przed siebie, z kamienną miną, jakby wyciosaną w marmurze twarzą. Była taka piękna. Kiedy szła ulicą: wyprostowana, dumna jak grecka bogini, wszyscy się za nią oglądali. Emanowała wdziękiem i pięknem, błyszczała wśród najgorszej nowojorskiej jesieni. Dlaczego zgodziła się poślubić potomka biednych emigrantów ze Wschodniej Europy?

 - Kocham cię, Chloe. – powiedziałem – Nie chcę cię stracić, wybacz mi.

Po jej opalonym policzku spłynęła łza, duże wargi zadrżały lekko, nie utraciła jednak pozy bogini. Wręcz przeciwnie, była jeszcze piękniejsza. Zrobiło mi się żal. Chmura gniewu, która we mnie rosła, zniknęła zupełnie, a moje serce roztopiło się jak śnieg na wiosnę. Czy mogłem ją dłużej dręczyć? Nie mogłem!

            O szyby zaczął uderzać drobny deszcz. Burzowe chmury, które poprzednio zbierały się nad horyzontem, rozpłynęły się po naszych szybach.  Wyciągnąłem dłoń i potarłem policzek Chloe. Patrzyła nadal przed siebie, nieporuszona i kamienna. Nagle przytuliła się do mojego ramienia, jak mała dziewczynka, zapadła się we mnie i pocałowała w policzek. Nie mogłem jej odtrącić, więc jedną ręką prowadziłem samochód, drugą objąłem ją mocno. Jej włosy miały zapach i smak winogron – smak i zapach powietrza na południu Włoch. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie, tak wyglądałoby mój niebo, gdybym kiedyś tam trafił. Może to brzmi banalnie, ale w tej chwili cały świat był niebem, nie było kłótni, nienawiści, cynicznego niszczenia własnego szczęścia.

 - Więc zgoda? – spytałem cicho, czując, że obejmuje mnie fala podniecenia. Wypatrywałem miejsca, w którym możnaby zatrzymać wóz i wziąć Chloe w ramiona.

 - Zgoda. – odparła, przytulona do mnie, obejmując rękami moje biodra.

 - Koniec z oskarżeniami, krzykiem i płaczem. Koniec z wyprowadzaniem z równowagi i poszukiwaniem psychopatów, dobrze?

Poczułem, że skinęła głową,  ale było to mało zobowiązujące. Nie zauważyłem tego jednak, pochłonięty zupełnie innymi myślami. Właśnie miałem skręcić na pobocze, gdy Chloe niespodziewanie i zupełnie bez ostrzeżenia wróciła do przepisowej pozycji na swoim fotelu i sięgnęła do schowka. Wyjęła stamtąd mapę samochodową, którą ze zmarszczką na czole zaczęła przeglądać.

 - Co ty robisz? – spytałem, pełen zdumienia.

 - Szukam Thaedcreeck. – odpowiedziała i włączyła radio.

6. DROGA NO 65

            Wielka tablica z numerem trasy wynurzyła się z mroku. Litery bielą kłuły oczy, przyzwyczajone do ciemności. Zieleń planszy wydała mi się wyjątkowo głęboka i widoczna. Pomyślałem, że pewnie pomalowano ją jakimś specjalnym rodzajem farby. Kilka metrów dalej było skrzyżowanie. Cztery jednakowe wstęgi przecinały się pod kątem prostym, biegnąc w cztery strony świata – jednakowo równo, jednakowo prosto i jednakowo pusto. No, może niezupełnie, bo w pewnym momencie wyprzedził nas srebrny kabriolet o pięknej, sportowej linii. Zatrąbił przyjaźnie i pomknął w ciemność. Przez chwilę jego tylne światła błyszczały w mroku jak ślepia demona. Wreszcie zniknęły za niewysokim wzgórzem, połknięte przez noc.

            Do Chloe się nie odzywałem. Byłem zły, że zepsuła taki romantyczny nastrój. Ale skoro szukanie jakiejś wiochy było dla niej przyjemniejsze, jej strata! Pomyślałem, że dobrze by było zatrzymać się gdzieś na postój, przeczekać noc i rankiem ruszyć dalej. Nie byłem specjalnie zmęczony, orzeźwiające powietrze, jakie przyniósł deszcz, napełniło mnie siłą. Po prostu czułem znudzenie, nie miałem już ochoty na ciągłą jazdę przez te same krajobrazy.

 - Na tej mapie nie ma Thaedcreeck. – podsumowała Chloe, wyłączając lampkę. Zapaliła za to papierosa i z namysłem patrzyła przed siebie. Byłem nawet zadowolony z takiego stany rzeczy, powiedziałem jednak na pozór obojętnie:

 - Pewnie to tylko parę domów, rozrzuconych po okolicy. Kartografowie nie chcieli sobie zawracać głowy.

 - I jest tam rozgłośnia, nieźle działająca, mająca sponsorów na niezłe nagrody, zabawy w łapanie psychopatów i pensje dla zespołu. Zresztą, musi ich ktoś słuchać, nie tylko kierowcy! – wyraziła wątpliwości Chloe – Do dupy ta twoja mapa! – wydęła wargi.

 - Tylko nie moja! – zawołałem urażony – Nie moja! Taką kupiłem, zresztą bez specjalnej potrzeby. Jeśli natrafimy na jakieś miasteczko, zatrzymamy się, a jak nie, to…

 - Upolujesz wiewiórkę, tak?

Skąd, do diabła, przyszła jej do głowy ta wiewiórka?!

 - Skoro tak ci zależy. – sięgnąłem do schowka – Poczytaj sobie mapę tatusia. Tylko uważaj! Jest z pięćdziesiątego ósmego, tata mnie zabije, gdy się dowie, że mu ją zwędziłem.

Rzuciłem na kolana Chloe kolorową płachtę. Rozwinęła ją z niechętnym ociąganiem, znowu zapaliła lampkę i pochyliła się nad żyłami dróg.

 - I co? – spytałem po chwili.

Niespecjalnie mnie to obchodziło, ale chciałem się wykazać dobrą wolą. Jeśli ta sprawa miała ją prześladować przez resztę drogi, wolałem jej pomóc i mieć spokój. Kiedy wyjedziemy z Kentucky, będzie za późno, zdawałem sobie sprawę i Chloe będzie mi suszyła głowę przez resztę życia. Ale moja żona nie zdążyła odpowiedzieć, bo nagle wychylił się przed nami ciemny kształt samochodu. Był to mercedes combi, brązowy metalik, ale tak zakurzony, że ledwie to poznałem. Stał opuszczony na poboczu i jakby złowrogi, jakby kpiący z tej pustelni, reflektorami wycelowany w ciemny, pochmurny step.

 - Może coś się stało? – powiedziała Chloe.

 - Pasek klinowy? – uśmiechnąłem się – Zobaczymy? – zaproponowałem.

Równocześnie zacząłem zwalniać, ale Chloe złapała mnie za rękę i krzyknęła z prawdziwym przerażeniem:

 - Nie!

 - Spokojnie. – powiedziałem jej – Co z tobą?

 - Mam złe przeczucie.

Staliśmy na środku drogi, jakieś dziesięć stóp od mercedesa. Musiało to głupio wyglądać. Przemknęła mi wtedy myśl, że kierowca wyszedłby nam pomachać i przywołać. Ale wokół nie było żywej duszy. Zaniepokoiłem się, ale nie tak jak Chloe. Ona wręcz wpadła w histerię, gdy zacząłem cofać.

 - Nie rób tego, proszę cię. – mówiła.

 - Przestań.

 - Ktoś inny może im pomóc. Czy to zawsze musisz być ty?!

 - Przestań!

 - Na miłość boską! O tym samochodzie mówili w radiu!!

            Zatrzymałem się przed złowrogim mercedesem. Wokół ciemno i pusto. Mrok jakby zgęstniał, ale wtedy nie chciałem tego dostrzec. Wahałem się przez chwilę, potem otworzyłem drzwiczki. Chciałem udowodnić mojej wszystkowiedzącej małżonce, że to tylko głupia zabawa. Najwyżej z auta wyskoczy jakiś dzieciak i poleje mnie keczupem. Podszedłem do samochodu, zawołałem w przestrzeń:

 - Halo? Jest tam kto?

nikt nie odpowiedział, więc zajrzałem do wnętrza. Szyba była zaparowana, niewiele mogłem dostrzec, tylko jakieś kształty stłoczone na tylnym siedzeniu.

 - Długa wycieczka. – mruknąłem do siebie, obrzucając spojrzeniem nasz zapchany gratami samochód. Chloe patrzyła na moje poczynania rozszerzonymi strachem oczami. „Dobrze ci tak!” – pomyślałem, nie bez złośliwości wspominając histerię, jaką wywołały audycje szalonego Davida. Jeszcze rozejrzałem się po polu, zanim spróbowałem otworzyć drzwi od strony kierowcy. Nie były zamknięte, więc ustąpiły, a na moje nogi upadł jakiś przedmiot. Zanim uzmysłowiłem sobie, co to takiego, doszedł mnie krzyk Chloe. Odruchowo odskoczyłem od rozprutego mercedesa, z którego wnętrza wystawało sztywne, potwornie okaleczone ciało. Przez chwilę łudziłem się jeszcze, że to manekiny, ale to złudzenie szybko się rozwiało. Już wiedziałem, co to za kształty spoczywały na tylnym siedzeniu i chwyciły mnie torsje. Przemogłem się jednak i odszedłem do mercedesa. W jego rozparzonym, emanującym odorem wnętrzu spoczywały cztery ciała: ojca, matki i dwójki dzieci. Jedno mogło mieć nie więcej niż cztery lata, drugie – zdaje się chłopiec – najwyżej dziesięć. Miały rozczłonkowane ciała, obcięte nosy i uszy, oczy patrzące jakby do wewnątrz. Lecz w porównaniu z rodzicami wyglądały naprawdę lepiej. Mężczyzna miał rozpruty brzuch, a wnętrzności leżały pod kierownicą; również rozczłonkowane ciało, ucięty nos, wyłupione oczy, ucięte uszy i skórę zdjętą z całej czaszki wraz z włosami. Kobieta też tak wyglądała, miała tylko paznokcie wyrwane z ciała i położone na desce rozdzielczej przed „oczami” mężczyzny. Nigdy nie zapomnę tych wielkich szponów, zadbanych i pomalowanych na krwistą czerwień. Dużo później – już na rozprawie – dowiedziałem się, że ci ludzie mieli także obcięte języki, a wnętrzności kobiety upchnięto do schowka.

 - Mówiłam ci! – szeptała Chloe, płacząc i histerycznie przyciskając dłonie do twarzy – Mówiłam ci, że to nie zabawa.

Spojrzałem na nią, jakbym ją ujrzał pierwszy raz w życiu. Wydało mi się to tak dalece niepojęte, tak niemożliwe! Sądziłem, że to jakiś koszmar, przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę! Z trudem wróciłem do samochodu i usiadłem na swoim miejscu. Chloe nadal płakała.

 - Jedźmy stąd! – powiedziała nagle.

Drgnąłem, jakbym się obudził. Szybko doszedłem do siebie, wziąłem się w garść i postanowiłem działać.

 - Tak! Musimy zawiadomić policję!

Zatrzasnąłem drzwi, zapaliłem silnik. Ostatni raz spojrzałem na mercedesa i zwłoki wysuwające się z otwartego samochodu. Niczego nie dotykałem, nawet nie dlatego, że pamiętałem zalecenia policji, po prostu nie mógłbym znieść widoku krwi na swoich rękach. Chloe patrzyła na mnie gorączkowo, nie bardzo rozumiejąc moje zamiary.

 - Gdzie jest najbliższe miasteczko? Musimy tam dojechać i zawiadomić kogoś.

 - Najbliżej? – wymamrotała.

 - Weź się w garść, kobieto i daj mi tę mapę! Najbliżej będzie pewnie to przeklęte Thaedcreeck. Trudno! Będą mieli tego swojego psychopatę! Już ja im urządzę proces!

            Chloe się nie sprzeciwiła. Siedziała z dziwnie martwym wyrazem twarzy, jakby ze sobą walczyła, ale i tak bezsilnie poddawała się biegowi wydarzeń. Ja tymczasem, jedną ręką kierowałem, drugą rozkładałem mapę, pomagając sobie zębami. Rzeczywiście, jakieś dwadzieścia minut jazdy przed nami było miasteczko szalonego Kerr’a, zaznaczone na mapie z pięćdziesiątego ósmego roku. Pełen gorączkowych myśli i domysłów, nie zauważyłem, co robi Chloe. Ona tymczasem włączyła radio.

 - Tak więc jedziemy sobie wspólnie: wy w wygodnych, metalowych trumnach, ja w waszych radioodbiornikach. Gdzieś po drodze czyha być może nasz „Główny Bohater”, który jest coraz bliżej. Już wiecie, że nie ma z nim żartów. Już wiecie, że czas działa na waszą niekorzyść, że droga i noc to wasi wrogowie, sprzymierzeńcy tajemniczego, mrocznego autostopowicza z białymi włosami. Możecie uciekać, ale się nie skryjecie; on odnajdzie was wszędzie, bo jego imię to Śmierć… – niespodziewanie zmienił ton – Tu wasz szalony Kerr i ulubiona stacja W SPEED 94 FM „Zawsze jesteśmy blisko was!” Przypominam, że na zwycięzcę naszej zabawy czeka w studiu niemała sumka pieniędzy, którą z kolei wyskrobał wspaniałomyślnie Sam Graham. Przy okazji: dzięki, Sam! Tymczasem nasz „aniołeczek” zbiera żniwo. Mamy najświeższe wiadomości prosto z trasy 65. Słucham cię, Cloud, jesteś na antenie.

 - Cześć, Kerr.

 - Powiedz nam, skąd jesteś?

 - Tak ogólnie? Z Di we Francji. Pisze się Die. – dodał.

Kerr roześmiał się szczerze ubawiony, powiedział:

 - To bardzo ciekawe i chętnie posłuchalibyśmy czegoś więcej o twoich rodzinnych stronach. Niestety nie mamy tyle czasu, a naszych słuchaczy interesują zupełnie inne sprawy.

 - Słucham twojej audycji, odkąd wjechałem do Kentucky i uważam, że jest świetna. U nas ludzie boją się indywidualizmu i nowości.

 - We Francji?! Niemożliwe!

 - A jednak.

 - No, ale do rzeczy, Claud. Interesują nas twoje namiary.

 - Oczywiście. Więc jadę sobie drogą 65 na północ. Jakiś czas temu mijałem samochód na poboczu. Brązowy mercedes combi…

 - Zatrzymałeś się?

 - Żartujesz!

 - Tak właśnie pomyślałem…

 - Czy rozmawiałbym z tobą, gdybym się zatrzymał? Ale po drodze mijałem jakiegoś frajera w bordowej toyocie corolla i coś mi się wydaje, że się zatrzymał.

 - Nie chciałeś zaryzykować, Cloud? Czemu? Nie kręci cię forsa? 50 tysiaków zielonych może się przydać na drobne wydatki w Las Vegas.

Teraz dało się słyszeć francuski śmiech Clouda. Odpowiedział:

 - Od drobnych wydatków mam bankomaty. Rodzice dobrze o mnie zadbali. Natomiast sprawa honoru umarła na starym kontynencie śmiercią naturalną. Zresztą, nie mam ochoty, ani czasu bawić się w kotka i myszkę z jakimś świrem. Śpieszę się do cudownego, soczystego Wielkiego Jabłuszka.

 - Taa, amerykańskie dziewczyny są podobno łatwe. W każdym razie, dzięki za twoje namiary i to, że nas słuchasz. Życzę ci szczęśliwego pobytu na naszym wschodnim wybrzeżu i szczęśliwego powrotu do domu…

 - Głupi frajer! – krzyknąłem – Wszyscy są tacy sami. Mówiłem ci, że ludzie przestali sobie pomagać. Myślą, że to zabawa!

 - Mam teraz słówko do kierowcy bordowej toyoty corrolli. Jeśli miałeś bliskie spotkanie trzeciego stopnia z naszym „Głównym Bohaterem” i wciąż jakimś cudem żyjesz… strzeż się, gdyż on już zna kolor twoich oczu. A teraz piosenka! – nieoczekiwanie zmienił ton.

            Przebiegły mnie dreszcze. Co to miało znaczyć? Cała ta audycja, cała ta zabawa były chore i wcale mi się nie podobały. Przeklęta godzina, w której skręciłem na drogę do Kentucky! Ale teraz należało dotrzeć do najbliższego telefonu i zostawić wszystko policji. A potem w drogę i niech te cholerne wakacje wreszcie się skończą!

7. RÓŻOWY CADILLAC

            Później światła reflektorów wyłoniły z mroku jeszcze jeden kształt. Od razu rozpoznaliśmy markę i kolor samochodu. W pierwszym odruchu chciałem dodać gazu, ale pomyślałem, że przydałaby nam się pomoc chłopaka w razie jakichś komplikacji. Poza tym martwiłem się o niego, był nawet miły i na pewno nie zasługiwał na śmierć z powodu kłótni z matką. Pomyślałem też, że już nic nie może mnie zaskoczyć, po tym, co zobaczyłem dwie mile stąd.

            Chloe znowu próbowała mnie powstrzymać, ale znowu jej nie posłuchałem. Zabrałem ze sobą ciężką, długą latarkę, żeby w razie czego mieć czym uderzyć i poszedłem do różowego cadillac’a. Był pusty, nikogo też nie wypatrzyłem w pobliżu. bez namysłu otworzyłem klapę i zajrzałem pod maskę. Moje zdumienie osiągnęło apogeum. Nie było ani paska klinowego, ani rajstop, które zamontowałem zamiast. Oczywiście to jeszcze o niczym nie świadczyło. Może po prostu Jason nie zdążył dojechać do najbliższej stacji i najzwyklej w świecie rajstopy się zużyły. Pomyślałem, że może chłopak znowu idzie piechotą i spotkamy go jak poprzednio. Nie znalazłem żadnych strzępów, okrwawionych ochłapów, ani psychopaty. Wróciłem do Chloe i uspokoiłem ją jak umiałem.

 - Może idzie poboczem, tak jak wtedy. – powiedziałem.

Ale nigdy go już nie spotkaliśmy. Nigdy.

8. THAEDCREECK

            Wreszcie dojechaliśmy do pierwszych domów. Miasteczko leżało uśpione, ciemne po obu stronach drogi, która w środku miasteczka rozwidlała się na cztery strony świata. Mijane budynki nie były oświetlone, tak samo jak te jedyne dwie ulice w miasteczku. Zastanowiło nas to i zaniepokoiło. Zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu przed czymś, co wydało nam się sklepem. Wysiedliśmy ostrożnie, rozglądając się dookoła. Chrząszcze cykały głośno, gdzieś zakwiliła sowa, poza tym nic, żadnego szczekania psów, czy choćby oświetlonych ganków. Całość wyglądała dość ponuro i tak, jak w filmach o zombi. Poprzez mrok przyjrzałem się budynkom. Chloe pierwsza w słowa ubrała moje straszne odkrycie:

 - Ależ to jest zupełnie zrujnowane, jakby… od lat nikt tu nie mieszkał!

 - To niemożliwe! – zawołałem.

Podbiegłem do pierwszych drzwi i zastukałem w nie rozpaczliwie. Odpowiedziało mi echo. Zacząłem więc krzyczeć i biegać po ulicy, wpadłem do zrujnowanej restauracji, gdzie stoliki i długie ławy stały smutne i zakurzone. Nie mogłem w to jeszcze uwierzyć.

 - Szukaj telefonu! – krzyknąłem do Chloe, stojącej niepewnie przy samochodzie. Biegałem od domu do domu, po zaśmieconych korytarzach, trzeszczących niebezpiecznie schodach, po zagraconych salonach i kuchniach bez dachu. Nigdzie nie było śladu życia.

 - Przecież to niemożliwe! – wmawiałem sobie. Szalony Kerr musiał skądś nadawać swoją audycję, poza tym Jason…

 - Zwabili nas tutaj. – usłyszałem głos Chloe. Podeszła do mnie i przytuliła się. Objąłem ją mocno.

 - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. W końcu wiemy, dlaczego Thaedcreeck nie ma na mapie wydanej trzy lata temu. Ktoś zrobił nam brzydki kawał.

            Staliśmy na środku zapylonej drogi, a wokół był pusty bezkres. W mojej głowie kłębiły się niespokojne myśli. Gdzieś tu krążył szaleniec, może nie sam, może było ich więcej. Może zwabiali turystów w pułapkę i wymuszali od rodzin wysoki okup. Działali jak jakiś gang. W każdym bądź razie, po tym, co zobaczyłem, nie uważałem już, że to bzdurna zabawa. To nie była zabawa, tylko walka na śmierć i życie.

 - Musimy trzymać się razem. – powiedziałem do Chloe – Kocham cię i chcę, żebyś o tym wiedziała.

 - Wiem o tym. – odparła zduszonym głosem – Ale jakby co, to ten wyjazd był twoim pomysłem.

 - Masz rację, przepraszam. Trzeba było iść do poradni.

Zaśmialiśmy się krótko. Nie mogliśmy przecież ulegać strachowi i panice, nie mogliśmy przyznać, że sprawy toczą się bez naszego wpływu.

            Powoli zaczęliśmy iść w stronę samochodu, z daleka – w nikłym świetle księżyca – zobaczyłem już jego kształt. Serce waliło mi jak młotem i bałem się, że Chloe może to wyczuć. Nie chciałem, by wiedziała, że nie jestem w stanie jej ochronić, gdyby… nawet nie mogłem sobie wyobrazić tak wielkiego niebezpieczeństwa, jednak czułem, że nie jesteśmy sami, że ktoś czai się w mroku i bacznie nas obserwuje. Odruchowo przyspieszyliśmy. Miasteczko stało się nagle odpychające i złe. Domy podchodziły cieniem pod nasze nogi; suche, karłowate drzewka zdawały się wyciągać ku nam swe badyle. Otoczyła nas dziwna duszność, przed którą nie było ucieczki. Brzydziłem się przemocą, nie potrafiłbym użyć broni nawet gdyby okazało się to konieczne. W schowku woziłem tylko gaz i nie zastosowałem go nawet wtedy, gdy zaatakował mnie tamten szczeniak na głodzie narkotykowym. A teraz stanąłem oko w oko ze skrajnym niebezpieczeństwem. Gdyby chociaż chodziło tylko o mnie…! spojrzałem na Chloe w moich ramionach.

            Doszliśmy do skrzyżowania, gdy niespodziewanie, niewiadomo skąd, pojawił się ciemny kształt, jakby ulepiony z mroku. Spotkaliśmy go na rozstaju dróg, tak jak spotyka się diabła.

9. „GŁÓWNY BOHATER”

            Chloe stała obok, nie krzyczała, znowu była grecką boginią. Jej oczy zwęziły się drapieżnie, jak u kotki, broniącej młodych. Co do mnie, to jeszcze się łudziłem, że facet obleje mnie keczupem. Tymczasem staliśmy naprzeciw siebie, na zapylonej drodze, w miasteczku jak z Dzikiego Zachodu. Brakowało tylko, żeby było samo południe.

 - Kim pan jest? – zadałem głupie pytanie. Siliłem się, żeby mój głos nie drżał i, by dać facetowi do zrozumienia, że nie jesteśmy bezbronni. Zrobił parę kroków w przód, wtedy mogłem poznać jego rysy. Był wysokim, barczystym mężczyzną o ciemnych oczach i białych włosach. Miał bladą cerę, z piegami od słońca, wargi spieczone, kości policzkowe wystające, trójkątna broda nadawała mu złośliwy, szlachetny wyraz. Złośliwość i okrucieństwo czaiły się także w jego spojrzeniu i błędnym uśmiechu, jakim nas obdarzył. Jakby dla podkreślenia swej dzikiej, przewrotnej inności, ubrany był w gruby płaszcz. W ogóle cały wyglądał jak jakiś zły demon pustynnych dróg. Jakby dla żartu spotkaliśmy  go właśnie na rozstaju,  na  skrzyżowaniu  trasy  65 z 75-ką.

 - Kim pan jest?! – powtórzyłem. Poczułem jak Chloe wbija mi paznokcie w ramię, jakby mówiła: „Nie drażnij go! Po prostu zróbmy, co nam każe!” Nie miałem zamiaru przychylać się do tej koncepcji. Wiadomo było, że ten świr i tak nas zabije i skończymy oskalpowani i wypatroszeni jak łowna zwierzyna. Miałem zamiar drogo sprzedać swoje życie! Co do Chole, to nie zniósłbym widoku jej cierpienia, więc za wszelką cenę chciałem bronić przede wszystkim ją.

 - Nie słuchacie radia? – odparł mężczyzna niskim, głębokim głosem. Postąpił kilka następnych kroków w naszą stronę. Gwałtownie, rozgorączkowanym ruchem, wyciągnąłem przed siebie latarkę.

 - Nie podchodź! – krzyknąłem.

 - Bo co? – spytał zaczepnie, unosząc rękę z ogromnym, wojskowym nożem, błyszczącym, ząbkowanym na ostrzu. Zrobiło mi się głupio, nieswojo, obronnym gestem zasłoniłem Chloe. Mężczyzna mówił:

 - Tropię was od samego początku. Spodobał mi się wasz samochód. Jest taki czysty i zadbany. Lubię, gdy wszystko jest czyste i zadbane. Poza tym podoba mi się twoja żona. – przyznał szczerze – Za Cheerecreeck omal was nie zgubiłem, ale z pomocą przyszedł mi Kerr. Jego audycje są naprawdę ciekawe, takie… odjechane. Kerr to w ogóle zabawowy chłopak. Mówi się, że pracował kiedyś w dużej rozgłośni, ale wywalili go, gdy jeden świr się do niego przyczepił. – zaśmiał się krótko – Tutaj może nie ma wielu słuchaczy, ale przynajmniej są wierni. I jakimś cudem, gdy raz się tu zatrzymają, zostają tu na zawsze.

            Powoli zaczęliśmy się cofać, ale psychopata szedł za nami. Cały czas mówił i można było wywnioskować, że nie miał zbyt wielu okazji, by rozmawiać z żywymi ludźmi.

 - I tak sobie jechaliśmy. Już myślałem, że nie będziemy mieli okazji się spotkać, ale wtedy zjawił się Jason. Pogadaliśmy sobie trochę. To naprawdę bardzo miły chłopak. Bardzo pomocny. – zaśmiał się znowu.

 - Co mu zrobiłeś? Gdzie on jest? – pytałem, nawet nie żeby mnie to specjalnie obchodziło, ale chciałem odwrócić jego uwagę, gdy tymczasem rozglądałem się za jakimś ratunkiem.

 - Ciekawski jesteś. – odpowiedział – Lubię ciekawskich. Oni budują drogę postępu.

„Pięknie! – pomyślałem – Erudyta nam się trafił!”

Nagle zmienił wyraz twarzy, a jego usta zadrżały odrazą.

 - Adamsowie nie chcieli rozmawiać. – domyśliłem się, że chodzi o tych biedaków z mercedesa – Byli nudni jak flaki z olejem. Zwłaszcza Laura. – zaczął śmiesznie przedrzeźniać jej głos – Czy do twarzy mi w tym kolorze? Czy podoba ci się moja sukienka? Nie jedź tak szybko, bo nie mogę pomalować paznokci!…

Przed oczami stanął mi obraz tych długich, czerwonych szponów na desce rozdzielczej i ogarnęły mnie mdłości.

 - Mam nadzieję, że twoja żona nie jest taka, chociaż też potrafi cię nieźle wkurzyć.

            Dyskretnie wypatrywałem czegoś, co mogło nas wybawić z kłopotów. Nadal się cofaliśmy, a on nadal za nami podążał, jakby niedbale, jakby nieuważnie, a przecież wyczulony na każdy najmniejszy gest.

 - Chociaż muszę przyznać, że Marc był taki jak ty. Też uważał, że może coś zmienić, że może mnie powstrzymać. Szukał jakiejś pomocy, jakiegoś oparcia, czegoś, czym mógłby mnie załatwić!! – krzyknął nieoczekiwanie.

 - Teraz! Biegnij! – zawołałem, popychając Chloe do najbliższych domów.

Wpadliśmy w ciemne ogródki, zachwaszczone i zagracone. Przycupnęliśmy pod jakimś płotem, zdyszani i przerażeni wyglądaliśmy skąd nadejdzie ten potwór.

 - Musimy dotrzeć do samochodu. Wtedy stąd odjedziemy i zostawimy sprawę policji. Niech ni wyłapią tę piekielną szajkę! – szeptałem, pełen przejęcia – Boże! Czemu właśnie nas to spotkało?

            Nie mogłem wypatrzyć żadnego podejrzanego cienia, nie słyszałem żadnych podejrzanych dźwięków, więc postanowiłem mój plan wprowadzić w życie. Gestem nakazałem Chloe, by poszła za mną. Nagle rozległ się głuchy zgrzyt. Zamarliśmy, spoglądając pod nogi, gdzie leżał duży połeć pogiętego metalu. Był na nim napis, przeżarty rdzą, ale zrobiony odblaskową farbą: „Samuel Graham – Nawozy Sztuczne”. Odruchowo powiodłem spojrzeniem na budynek, za którym się ukryliśmy. Był to duży, kwadratowy blok z czerwonej cegły, ogołocony ze wszystkiego, nawet z ram okiennych. Na moje oko, opuszczony jakieś trzydzieści lat temu. Jak całe miasteczko zresztą. Fundator nagrody – uśmiechnąłem się do siebie.

            Usłyszeliśmy hałas po drugiej stronie budynku. Nie namyślając się wcale, popchnąłem Chloe na drogę i kazałem biec do samochodu. Wtedy poczułem, że jakaś dłoń chwyta mnie za szyję i zwala na ziemię. Zobaczyłem nad sobą wykrzywioną twarz szaleńca. Przyłożył mi nóż do policzka, poczułem zimno, które objęło całe moje ciało. Szarpnąłem się rozpaczliwie, grzebiąc palcami w piasku.

 - Chciałeś uciec? – mówił psychopata – Myślałeś, że mnie wykiwasz? Ale teraz już wiesz, że to niemożliwe, prawda? Prawda?!

Skinąłem głową, myśląc równocześnie, czy uda mi się go znokautować. Miałem marne szanse, ale przecież nie mogłem się poddać! Na złość szalonemu Kerr’owi postanowiłem wygrać tę walkę!

 - No co ty? – uśmiechnąłem się przymilnie – Nie ma co się denerwować. Pogadajmy, przecież lubisz rozmawiać.

 - Z tobą już mi się nie chce gadać. – groźnie uniósł nóż.

 - Czekaj! – pisnąłem – Taka okazja może się już nie powtórzyć!

Zastanowił się przez chwilę. Rozluźnił uścisk, a mnie tylko o to chodziło. Nabrałem całą dłoń piasku.

 - Powiedz mi tylko jedno. – poprosiłem – Dlaczego to robisz?

 - A dlaczego nie? – odparł z uśmiechem okrucieństwa – Poza tym… – zniżył głos – Mogę.

Wtedy sypnąłem wyziębłym piaskiem w oczy psychopaty. Zawył i na chwilę puścił mnie, co dało mi szansę wygrzebania się spod niego. Pobiegłem w ciemne domy. Mój plan był prosty: chciałem go odciągnąć od Chloe, a potem wykończyć. Jak? Czym? Tego na razie nie wymyśliłem.       

            Więc pognałem w domy, wpadłem w drzwi pierwszego budynku. W hallu zawadziłem o jakieś graty i zwaliłem się na podłogę. Wstałem jednak szybko, bo już czułem oddech szaleńca na plecach. Zabarykadowałem się w jakimś małym pomieszczeniu pełnym różnego sprzętu. Przez niewielkie okno wpadał do wnętrza blask księżyca. Przyjrzałem się gratom – była to aparatura radiowa: głośniki, wzmacniacze, mikrofony, magnetofony i konsola. Na stoliku wypatrzyłem coś, co mogło nam uratować życie. Szybko podbiegłem do kąta i chwyciłem słuchawkę telefonu. Nie łudziłem się, że usłyszę sygnał, ale mimo wszystko zaryzykowałem. Nie zdążyłem jednak przyłożyć jej do ucha, gdyż rozpadła mi się w palcach. Moja nadzieja umarła wtedy ostatecznie. W wyłamanych drzwiach stanął mężczyzna w powiewającym płaszczu, z nożem w ręce.

 - Sprytny jesteś. – odezwał się – Lubię sprytnych, pod warunkiem, że nie są sprytniejsi ode mnie. Tak, czy inaczej już mi nie zwiejesz, nie dopuszczę do tego!

            Rzucił się na mnie całym impetem. Uderzyłem plecami w sprzęt radiowy, poleciały na mnie jakieś mikrofony i słuchawki. Na szyi poczułem kleszcze palców, zrobiłem więc nadludzki wysiłek i walnąłem psychopatę kolanem w plecy. Zdołałem znowu się uwolnić, ale wtedy poraził mnie straszliwy ból w udzie. Spojrzałem na swoją nogę – tkwił w niej ten wielki, ząbkowany nóż świra. Krzyknąłem przeraźliwie i usłyszałem obłąkańczy śmiech.

 - Podoba ci się, co? chcesz jeszcze?

To mnie otrzeźwiło, czysta adrenalina uderzyła mi na mózg. Pod jej wpływem, wyrwałem nóż z nogi i wrzeszcząc:

 - Zaraz tobie się spodoba, ty świrze! – rzuciłem się z impetem przed siebie. Broń gładko w coś weszła, ale nie czekałem na rezultaty.

 - Nażryj się! – powiedziałem jeszcze.

            Jak tylko mogłem najszybciej, wybiegłem z budynku i pognałem do samochodu. W nodze czułem dotkliwy ból, krew pulsowała mi w skroniach aż słyszałem jej szum. W głowie miałem tylko jedną myśl: wydostać się za wszelką cenę! Dopiero później zadawałem sobie pytanie, dlaczego to spotkało właśnie mnie? Ale nie ma nikogo, kto mógłby odpowiedzieć. Takie rzeczy po prostu się przytrafiają, jak lawina w górach, albo grypa…

10. ZNIKNIĘCIE

            Samochód był pusty. Chloe zniknęła, nie mogłem jej nigdzie odnaleźć. Początkowo myślałem, że może schowała się w jakiejś dziurze. Potem już nie wiedziałem, co robić. Ogarnęła mnie rozpacz, nie mogłem niczego wymyślić, nie mogłem znaleźć mojej ukochanej Chloe. Zniknęła. Rozpłynęła się w nocnym powietrzu. Rozpaczliwie zawołałem na cały głos. Nie myślałem o psychopacie, nie myślałem o niebezpieczeństwie. Szarpnął mną lęk tak straszny, że wszystkie dotychczasowe rozpłynęły się jak mgła. Kłóciliśmy się, raniliśmy, ale przecież nie mógłbym nawet pomyśleć, że ona…! Nie! biegałem w kółko, krzycząc jej imię. Wreszcie zacząłem obszukiwać ruiny. Uzbrojony w długi, żelazny pręt, latarkę, a za pasem mając gaz łzawiący, ostrożnie poszedłem pod radiostację, gdzie zostawiłem psychopatę. Nad budynkiem wisiał szyld, którego wcześniej nie zauważyłem. Głosił: W SPEED 94 FM. We wnętrzu powitały mnie przewrócone graty, ale po psychopacie nie było śladu. Zrezygnowany wróciłem do samochodu. Jeszcze tliła się we mnie nadzieja, że Chloe w szoku pobiegła w pola. Z tą myślą obszedłem łąki dookoła miasteczka, ale tam też nie było żadnych śladów. Wreszcie, koło wieczora, opuściłem Thaedcreeck, gdy słońce czerwoną poświatą naznaczało ruiny domów.           Tak właśnie wygląda cała ta historia, tak to się odbyło. Nigdy nie zrozumiem tych wydarzeń, ale chciałbym się przynajmniej dowiedzieć: dlaczego? Czy odpowiedzią mają być słowa psychopaty, przykładającego mi nóż do twarzy: „A dlaczego nie?” Mimo wszystko nie mogę się z tym pogodzić. Lecz wiem równocześnie, że już za moment, gdy te drzwi się otworzą i stanie w nich strażnik – już za moment dowiem się wszystkiego. Może jednak trafię do nieba, jakie sobie wymarzyłem, tam na drodze, trzymając w objęciach Chloe.

11. EGZEKUCJA

             - Chociaż w obliczu śmierci mógłbyś powiedzieć prawdę. – inspektor Fries zaciągnął się dymem – Jeszcze liczysz na gubernatora, ale pożegnaj się z myślą o ułaskawieniu.

Poprawił krawat, wysuwający się z marynarki, pochylił się do popielniczki, by strzepnąć popiół.

 - Nic ci już nie pomoże, za chwilę umrzesz, a mógłbyś przynajmniej odchodzić z czystym sumieniem, pogodzony ze światem. Wystarczy, że powiesz, gdzie ukryłeś ciała swojej żony i Marc’a Swift’a.

 - Nie. – pokręcił głową.

Siedział na prostym, metalowym krześle, przyśrubowanym do podłogi klatki. Jego ręce i  nogi były skute łańcuchami, ale miał dość dużą swobodę ruchów.

 - Nikogo nie zabiłem. – upierał się. Popatrzył inspektorowi prosto w oczy.

 - Nikogo nie zabiłem. – powtórzył.

Fries wydął wargi, przesunął dłonią po błyszczącym wężu krawata.

 - Jak chcesz, ale mam nadzieję, że będziesz się za to porządnie smażył w piekle! Nigdy nie znaleźliśmy nawet śladów tego twojego psychopaty, żaden ze znanych, grasujących po Ameryce świrów nie zabija w ten sposób! Zastanów się, czy warto kłamać. Nie masz już nic do stracenia i nikt ci nie wierzy, nawet twój adwokat. Przyznaj, że to ty ich zabiłeś, to i tak niczego nie zmieni. Nikogo nie obchodzi, dlaczego ich zabiłeś: miałeś ich dosyć, wkurzyli cię, miałeś koszmarną żonę, koszmarne dzieciństwo – kogo to obchodzi! Na miłość boską!

            Opuścił głowę. Nikt nie chciał mu wierzyć, to była prawda. A jeśli oni mieli rację, ci psychologowie, twierdzący, że cierpi na amnezję, że jest niepoczytalny, że… Pokręcił głową.

 - A Thaedcreeck? Gdy się przestawi litery, wychodzi DEATHcreeck, a Cloud pochodził z Di, które pisze się DIE! Poza tym…

 - Poza tym nie znaleźliśmy żadnych śladów, skąd mogła być nadawana audycja, o której mówisz. – przerwał Fries niecierpliwie – Nie ma takiego radia i takiego DJ’a. Nie ma! Sprawdzaliśmy tysiąc razy, nikt w Kentucky nigdy nie słyszał o czymś takim! Nawet numer, który znaleźliśmy w schowku, a jak twierdzisz, zapisany przez Chloe, nie odpowiada. Nie ma takiego numeru! Kiedy wreszcie to zrozumiesz?!

            Więzień przez cały czas kiwał głową. Do pomieszczenia zajrzał strażnik.

 - Już czas. – szepnął.

Fries zgasił papierosa i jeszcze raz powtórzył:

 - Masz ostatnią szansę, żeby powiedzieć, co stało się z Markiem i twoją żoną. Zrób to dla ich bliskich, którzy żyją w niepewności.

 - Wierz mi, gdybym tylko wiedział… – więzień podniósł wzrok na inspektora. Przez moment patrzyli sobie w oczy. strażnik przy drzwiach przestąpił z nogi na nogę.

 - Jak chcesz. – odezwał się inspektor, wychodząc. Na progu jeszcze się zatrzymał.

 - Twoja opowieść jest nieprawdopodobna, tak jak poszlakowy akt oskarżenia. Tak naprawdę nikt nie może powiedzieć, co zdarzyło się w tym przeklętym miasteczku. Odciski palców nic nie wykazały, nic nie wykazało przeszukanie radiostacji, niedziałającej od trzydziestu lat. Ale sąd uznał cię winnym, więc jesteś winny.

 - Myślisz, że to takie proste? – więzień bez lęku i bez jakichkolwiek uczuć dawał się wyprowadzić z klatki. W jego uporze było coś, co sprawiało, że Fries zadawał sobie pytanie: a co, jeśli ten człowiek jest niewinny? Nigdy nie widział, by ktokolwiek był aż tak pogodzony ze swoim losem, a uczestniczył już w wielu tego typu sprawach. Mimo to odpowiedział twardo:

 - Muszę w to wierzyć. Sprawiedliwość jest dla mnie oparciem.

 - Ale to wcale nie jest takie proste, Temida jest ślepa.

 - By lepiej sądzić! – zmiękł jednak niespodziewanie dla samego siebie. Pomyślał: co mi szkodzi? Przecież ten człowiek i tak zaraz zginie. Sprawę będzie można wrzucić na dno szafy…

 - Ale przyznaję, ludzie są omylni…

 - Więc mi wierzysz? – więzień uczepił się tej myśli jak tonący, który chętnie chwyta się każdej drzazgi. Fries ogarnął spojrzeniem wychudłą, przygarbioną sylwetkę mężczyzny: zapadłe, szare policzki i zaczerwienione od niewyspania oczy, nieco drżące wargi i czarne włosy przetykane siwymi pasmami. Nie wyglądał na swoje trzydzieści dwa lata, ale też podczas tego roku przeżył więcej, niż zwykły, nowojorski urzędnik.

 - To nic nie znaczy. – odparł lekko zawstydzony.

 - Tak, to nic nie znaczy dla człowieka, który ma przed sobą pięćdziesiąt lat życia, nie pięć minut. Nie jesteś złym człowiekiem, inspektorze, wiem, że swoją pracę wykonywałeś starannie i bezstronnie. Chciałem ci teraz za to podziękować. Może to nietypowe dziękować facetowi, przez którego zostało się skazanym na karę śmierci, ale nie mam żalu, naprawdę. Tak, czy inaczej, milo cię było znać. – wyciągnął przed siebie szczupłą dłoń.

Bez lęku i żalu patrzył w oczy inspektora. „Ten facet albo mówi prawdę, albo jest skończonym świrem!” – pomyślał inspektor, lecz uścisnął wyciągniętą dłoń. Nic więcej nie mógł zrobić, ale tamten jakby poczuł ulgę. Wyszedł, niestawiając oporu, bez lęku dał się przykuć do metalowego krzesła w niewielkiej kabinie. Czy odnalazł swoje niebo?

12. W SPEED 94 FM

            Inspektor Fries gładko wprowadził samochód w zakręt. W oczach mignęła mu tablica z numerem drogi 65. Dłużyła mu się ta podróż przez pustkowie. Przyzwyczajony był raczej do zgiełku i hałasu dużego miasta, niż ciszy nocnej pustyni.

 - Jesteś mieszczuchem. – powiedział do siebie – O, Boże! Żeby jak najszybciej dojechać do jakiegoś miasteczka!

            Sięgnął do radia, chwilę kręcił gałką tranzystora. Białe linie migały szybko i znikały w ciemności, jakieś ćmy rozbijały się o szybę. Nagle inspektor drgnął. Wsłuchał się w głos, dobiegający z głośnika:

 - Tu wasz szalony Keer z rozgłośni, którą już tak dobrze znacie, W SPEED 94 FM, „Zawsze jesteśmy blisko was!” i nie jest to pusty frazes! Sorry za krótką przerwę na tej fali, ale pewnie już słyszeliście, że mieliśmy tu niezłą naparzankę. Mówię wam: trzeba było odmalować ściany! Ale tak to jest, gdy ktoś pazerny napali się na wygraną. Chyba sprawa honoru nie umarła tak zwyczajnie, przynajmniej nie u nas. No, ale cóż, ryzyko zawodowe. A co z bieżących wydarzeń? Właśnie dają mi tu znaki przez szybkę, żebym przeszedł do sedna. Spoko chłopaki. W każdym razie, o co chodzi? Chodzi o to, że po ostatniej jatce zwolniło się u nas stanowisko etatowego świra. W związku z tym ogłaszamy nabór i zapraszamy wszystkich chętnych do miasteczka. Eliminacje, jak również „Walka Wieczoru” odbędą się na naszym milutkim, przyjemniutkim cmentarzyku. Jeszcze raz gorąco zapraszam. Oprócz tego po ostatniej jatce został u nas w studiu fant. Czasem tak nam podrzucają różne rzeczy i zapominają zabrać, więc jeśli ktoś chce się pokusić, niech wali jak w  dym do naszego studia. Co teraz robi nasz fant? Mówią mi tu, że parzy kawę, więc by z tego wynikało, że jest fant całkiem sprawny i przyjemny w widoku. Zapraszamy, najchętniej właściciela, chociaż, ja wiem? Po tym, co tu ostatnio wyprawiał… no trudno. To teraz sprawy lokalne. Billy już nie cierpi, mamusia wyprowadziła się do własnego, przytulnego, jednoosobowego gniazdka w kwaterze no 17 na naszym cmentarzyku. Gratulacje, Billy! Reszta wiadomości po reklamach. Czekam na wasze doniesienia z trasy i przypominam o naszej nowej zabawie. I uważajcie na siebie, bo nigdy nie wiadomo, za którym zakrętem czai się kostucha!…

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

 

Matka Herezji

 

Rozdział II: Papież w kielichu krwi.

 

Rozglądał się dookoła z szeroko otwartymi oczami. Nie wiedział jak się tu znalazł ani tym bardziej gdzie jest. Przecież nie wychodził z domu. Pamiętał tylko, że poszedł spać ale nie spał – miał co innego do roboty.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie minionej nocy. Zastanawiał się gdzie jest jego nocna towarzyszka. Rozejrzał się jeszcze raz. Znajdował się w jakimś małym pomieszczeniu. Po umeblowaniu poznał, że musi to być jakaś prywatna komnata. Z zewsząd otaczały go śnieżnobiałe ściany. Wisiały na nich różnej wielkości arrasy i obrazy. Przyjrzał się im dokładniej i z niemałym zdziwieniem zauważył, że wszystkie przedstawiają sceny z historii Kościoła ale było w nich coś nienaturalnego. Na każdym wyeksponowana była krew a postacie dziwnie się uśmiechały. Podszedł do jednego z obrazów, wiszącego najbliżej łukowego, oszklonego okna i ciarki przeszły go po całym ciele. Obraz, na który spoglądał przedstawiał scenę Ostatniej Wieczerzy ale Pan Jezus miał dziwne rysy twarzy, takie kobiece. Uderzyło go jeszcze coś – jakby skądś ją znał, ale wprost odrzucała swoją surowością i zawziętością. Nie dostrzegał w niej ani śladu miłości ani miłosierdzia. Im bardziej się jej przyglądał tym bardziej mu się nie podobała. O mało nie krzyknął gdy zdało mu się, że dostrzegł zimny błysk w oczach Pana. Cofnął się kilka kroków i przeżegnał na głos. Sięgnął po krzyżyk, który zawsze pod kolczugą na piersi. Miał w zwyczaju całować go w takich chwilach ale go nie znalazł.
- „Przecież nigdy go nie zdejmuję”. – Pomyślał.
Cofnął się jeszcze parę kroków.
Zatrzymał się dopiero gdy poczuł na plecach kant biurka. Odwrócił się tyłem do obrazu. Popatrzył jeszcze raz na komnatę. Musiał znajdować się w jakimś nieznanym sobie skrzydle Watykanu. Oprócz obrazów i arrasów zdobiących swą wątpliwą urodą ściany, jego przypuszczenia zdawały się potwierdzać złote żyrandole i bogato rzeźbione meble, także inkrustowane złotem. Mimo tego przepychu, segmentu pełnego starych ksiąg i haftowanego dywanu cała komnata emanowała jakimś nieokreślonym złem. Nawet stojący przed nim na biurku krucyfiks był jakiś dziwny. Przyjrzał mu się dokładniej i dostrzegł czerwone krople. Miał nadzieje, że to tylko farba ale szybko jego nadzieje okazały się płonne. Pod palcami poczuł lepkość.
- Boże! – Krzyknął.
Jakby w odpowiedzi dobiegł go inny krzyk. Dochodził zza drzwi naprzeciwko. Podbiegł do nich i szarpnął za klamkę. Były zamknięte od wewnątrz.
- Otwierać! – Krzyknął ale znów usłyszał tylko krzyk.
Dopiero teraz rozpoznał głos i nie miał najmniejszych wątpliwości – to był głos Wielkiego Ojca. Naparł na drzwi całym swoim ciężarem ale bez rezultatu. Poczuł dotkliwy ból, pewnie otworzyły mu się rany ale nie zwracał na niego uwagi. Jakby go wcale nie czuł. Chyba miał za dużo wrażeń jak na te kilka dni bo dosyć, że nie wiedział jak się tu znalazł to nawet nie pamiętał kiedy się przebrał.
Najważniejsze, że miał przy sobie miecz. Postanowił nie czekać dłużej na innych Rycerzy Kościoła. Dobył miecza z pochwy i rękojeścią uderzył kilka razy z całej siły w zamek. Za którymś razem usłyszał oczekiwany trzask i zamek upadł mu pod nogi.
Nadstawił ucha ale już nic nie słyszał. Kopnięciem otworzył drzwi, które omal nie wypadły z zawiasów.
- Ekscelencjo?!
Nadal cisza.
Nie wiedział czy od uderzenia czy od krzyku obraz wiszący tuż nad drzwiami spadł ze ściany. Obraz przedstawiał płaczącego, leżącego w kałuży krwi Ojca Świętego. Ze zgrozą zauważył, że obecnego.

Gdy tylko przekroczył próg komnaty poczuł się jakby dostał ataku apopleksji. Cały trząsł się na widok tego co zobaczył w środku. Stał z mieczem w ręku i mimowolnie zaczął się cofać. Nawet on, chociaż wiele już przeżył nie był przygotowany na taki widok. Nikt chyba nie mógłby być na niego przygotowanym. Znajdował się w sypialni Papieża. Na samym środku w pełni światła wpadającego przez otwarte okiennice widział leżącego na łożu z baldachimem Konstantyna. Papież miał tak spokojną twarz, że wyglądał jakby spał ale Werterheusen wiedział, że ma przed sobą tylko martwe ciało. Całe jego ubranie i pościel były zakrwawione.
Rycerz widział jak Konstantyn się uśmiechał ale tak naprawdę to uśmiechała się tylko jego twarz a w zasadzie oczy. Głowa była brutalnie oderwana od tułowia a na szyi dostrzegł poszarpaną skórę. Tuż przed nim, na tym samym łożu siedziała sprawczyni tego bluźnierczego mordu. Patrzyła na niego w milczeniu a w jej oku płonęła ironia. Werterheusen po raz kolejny pomyślał, że sprowadził zgubę na cały Zakon i przekleństwo na samego siebie. Kobieta, która przed nim siedziała była wiedźmą, którą przygarnął pod swój dach.
Bacznie łypała na niego swoim zdrowym okiem ale nic nie mówiła. W dłoniach trzymała oderwaną głowę Papieża. Trzymała ją odwróconą pustymi oczodołami do ziemi. Czaszka była wyżłobiona z ten sposób, że stanowiła makabryczne naczynie. W jej środku niczym zupa przelewała się czerwona substancja. Nawet nie pytał co to jest. Nie był w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. Domyślał się gdzie znajdują się oczy – pewnie służą za uszka w tym ohydnym barszczu. Jakby odgadła jego myśli. Znów usłyszał ten przerażający śmiech.
- Może jesteś głodny?
Tego już było za wiele nawet dla niego. Odwrócił się i zwrócił resztki jedzenia.
- Mogłeś powiedzieć, podałabym Ci miskę.
Nie wiedział jakim sposobem stanęła tuż przed nim. Podsunęła mu pod usta czaszkę. Jej smród odbierał mu zmysły. Wysiłkiem myśli odrzucił od siebie obrzydzenie i z całej siły odepchnął naczynie. Czaszka wypadła z rąk wiedźmy i potoczyła się po dywanie rozlewając całą swoją zawartość.
- Bądź przeklęta! – Krzyknął i zamachnął się orężem ale cofnęła się w ostatniej chwili.
Nie sądził, że kobieta ma jeszcze w sobie tyle wigoru. Jej twarz się zmieniła a oczy przestały się ironicznie uśmiechać – teraz płonęła w nich nieopisana nienawiść.
Zaczęła się do niego zbliżać. Jej wargi odsłoniły nienaturalnie długie, ostre zęby, które swoim wyglądem przypominały stare kły tygrysa szablo-zębnego.
Werterheusen wiedział, że sam jej nie pokona ale zza pleców dobiegły go odgłosy kroków. Miał szczęście.
Nieopatrznie odwrócił się w ich stronę. Chciał krzyknąć ale nie zdołał. Poczuł piekący ból na szyi, coś jakby ukłucia. Równocześnie poczuł na sobie kościste, szponiaste dłonie. Został całkowicie sparaliżowany i nie był w stanie się poruszyć. A pomoc nie nadchodziła. A może miał przesłyszenia. Powoli zamknął oczy. Jeszcze raz je otworzył.

Z początku myślał, że mu się coś tylko wydawało. Teraz jednak nie miał już takiej pewności. Miał wrażenie, że głosy się zbliżały. Nie mógł jeszcze zrozumieć poszczególnych wyrazów.
- „Chyba, że…” – Pomyślał i podszedł do samych drzwi.
Głosy dochodziły z podziemnej komnaty, tej samej, w której poprzedniej nocy walczył przeciwko Aragonowi i jego współspiskowcom.
Już miał iść zawiadomić Werteheusena o swoim odkryciu ale zdało mu się, że już może rozróżnić poszczególne wyrazy. Oparł się o drzwi chociaż zdawał sobie sprawę, że gdyby nagle się otworzyły to w każdej chwili mógłby zginąć. Przytknął ucho do ściany ale nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jego życie już wisiało na włosku.
- „Ale jak oni się tu dostali?” – Tego nie wiedział. – „A może wcale nie uciekli?”

- Musimy doprowadzić swoje plany do końca ale tym razem nikt nie może wiedzieć, że to my. – Aragon zatrzymał się przed stolikiem.
Rozejrzał się dokładnie po komnacie ale zobaczył tylko to czego się spodziewał – trupy i resztki nie wsiąkniętej jeszcze krwi. To samo widział w korytarzach i lochach prowadzących do tajemnej komnaty pod posiadłością Werterheusena.
Aragon był doświadczonym rycerzem i nie był zdziwiony tym co znalazł w komnacie. W milczeniu spojrzał na kilku stojących w pobliżu rycerzy po czym zwrócił się do jednego z nich:
- I co Ramon?
Ten w odpowiedzi wskazał porozrzucane ciała. Aragon podjął urwaną rozmowę.
- Nie zamierzam się poddać. Nie teraz gdy już wszystko gotowe.
- Ale co zrobimy z Werterheusenem? – Zapytał jeden ze stojących za nim Rycerzy Kościoła.
- Jego zostawcie mnie. – W głosie Aragona dało się słyszeć bezlitosne zdecydowanie. – Zajmę się nim gdy nic nie będzie w stanie zagrozić mojej władzy. Jeśli mi pomożecie to wszyscy na tym skorzystamy.
- A co z tą wiedźmą?
- Ona mi się jeszcze przyda a potem… – Uśmiechnął się obleśnie.
Za nim zaśmiali się wszyscy zebrani ale Aragon już się nie śmiał. Obchodził i kopał zwłoki z pogardą. Nagle zatrzymał się i mina mu spoważniała gdy kopnął jednego z poległych i jego ciężki but utknął w dziurze.
- Co do diabła. – Schylił się i odwrócił leżące ciało. – „Czyżby jednak Ramon miał rację?” Odwrócić wszystkie ciała.
Nie wierzył. Obszedł dookoła wszystkich poległych i przyjrzał im się dokładnie. Prawie wszystkie miały rozbite potylice i nie posiadały mózgów. Pochylił się nad jednym z poległych – te zwłoki akurat posiadały jeszcze mózg a raczej to co z niego już zostało. Aragon dojrzał wyraźne ślady zębów i odgryzień. Nawet on nie mógł na to patrzeć. Kopnął ciało i odwrócił się do pozostałych rycerzy.
- Wychodzimy.
Wszyscy skierowali się w stronę korytarzy, którymi dostali się do komnaty.

Powinien zawiadomić Werterheusena ale ledwo się trzymał na nogach. Sam nie wiedział jakim sposobem zszedł po schodach.
Wiedział, że żyje tylko dzięki miksturom pewnej starej kobiety, która zeszłej nocy po walce wyniosła go z tej komnaty. Ledwo przeżył ostatnie spotkanie z Aragonem a znów sam się pakował w kłopoty. Odwrócił się od drzwi ale chyba zrobił to zbyt gwałtownie bo aż jęknął z bólu.
Usłyszał szybkie kroki i zaczął iść w górę schodów. Wiedział, jednak że nie zdoła uciec. Drzwi rozwarły się z hukiem.
- Panowie, – Usłyszał głos Aragona zwracającego się do swoich popleczników. – chyba rozwiązaliśmy największą zagadkę naszych czasów.
Chwycił próbującego uciec Jamala i brutalnie wciągnął go do komnaty.
- Panowie, poznajcie czcigodnego Jamala, naszego wybawcę i mordercę Ojca Świętego.
Wszyscy się zaśmiali i drzwi do komnaty zamknęły się z głuchym trzaskiem.


03 lutego 2006 – 09 lutego 2006

Konrad Staszewski

 

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

Matka Herezji

Rozdział I: Konflikt członków Zakonu z przedstawicielami Watykanu

Wszyscy zawsze zazdrościli mu majątku, zarówno mieszczanie jak i rycerze. Żył jak książę. Często organizował huczne zabawy w swoim pałacu. Jako jeden z nielicznych rycerzy nie musiał mieszkać w Kościele – ogromnej budowli dobudowanej do Wielkiej Świątyni. Był z tego dumny jak i z tego, że sam zaprojektował przebudowę Kościoła i osobiście ją nadzorował przez kilka lat. Miał wiele zasług wobec Watykanu i często Papież przymykał oczy na jego ekstrawaganckie poczynania. Raz nawet Werterhausen siłował się z nim na rękę i wygrał pojedynek.
Jego imię codziennie brzmiało na ustach połowy miasta. Lubił jak było o nim głośno.
- „A dzisiaj kolejne przedstawienie” – pomyślał i uśmiechnął się pod wąsem.
Zbliżyli się do pałacu i wyraźnie można było już dostrzec sześć wysokich, kilkunastu-metrowych baszt. Sam pałac ze wspaniałym ogrodem liczył kilka hektarów powierzchni. Jego towarzyszka podróży nie przypuszczała, że ktoś mógłby kiedykolwiek tam mieszkać.
- Twój dom może pomieścić wiele osób rycerzu, na pewno całą Twoją rodzinę. – Odezwała się chrapliwym głosem. – To Ciebie nazywają Werterhausenem prawda?
Spojrzał na nią zaskoczony a nie wykrztusił ani jednego słowa.
- Wiem jak wyglądam ale wkrótce wszystko się zmieni.
-Gdy to usłyszał ciarki przebiegły go po całym ciele.
- „Na zawsze już będę przeklęty.” – Pomyślał.
Ona tylko się uśmiechnęła. Znów zobaczył jej zęba i odwrócił głowę, żeby nie zwrócić udźca, którego zjadł na śniadanie.
- Skąd…
Przerwała mu w połowie zdania:
- Wiem o Tobie wszystko. Niektórzy nazywają mnie Delphią.
Werterhausen nagle się zatrzymał jakby stanął na krawędzi przepaści. Spojrzał na nią a ona przyglądała się badawczo jego reakcji. Zaczął żałować, że w ogóle się narodził. Ale nic się nie odezwał. Nie chciał, żeby ktoś niepowołany usłyszał ich rozmowę.
Stanęli przed mosiężną bramą pałacu.

*

Było już po zmierzchu i na szczęście nikt nie dostrzegł niesamowitego gościa. Posiadłość wyglądała na wymarłą. Wszyscy spali nie licząc tylko strażników trzymających wartę na murach i przy bramie. Kazał służbie przygotować komnatę dla Delhi. Był pewien, że po tylu wrażeniach szybko uśnie. Jej komnata przylegała do jego więc słyszał jak pokojówka zaprowadziła Wyrocznię do łaźni. Po jakimś czasie znów usłyszał zgrzyt otwieranych i zamykanych drzwi. Był pewien, że poszła spać. W jej komnacie zapanowała złowroga cisza ale nie przejmował się tym. Tej nocy czekało go bardzo ważne spotkanie z rodziną – jedyną rodziną jaką posiadał.
Odczekał jeszcze jakiś czas, żeby się upewnić czy wszyscy śpią. Spojrzał na stojący na hebanowym stole zegar. Złote wskazówki zbliżały się do magicznej godziny. Gdy osiągną szczytową pozycję w miejscu łączenia się pół-komór serca powinien już być w kaplicy. Gdy tarcza zegara w kształcie serca zaczęła rytmicznie raz rosnąć a raz maleć był już ubrany w białą jedwabną koszulę z bufiastymi rękawami. Na ramionach srebrnymi klamrami przyczepioną miał czarną pelerynę, Przez prawą pierś i lewe ramię aż do pasa przebiegały dwie czerwone szarfy. Wziął ze stolika białą kopertę, leżącą do tej pory pod pięcioramiennym mosiężnym świecznikiem i schował ją za inkrustowaną srebrem klamrę przy pasie. Sprawdził jeszcze jak wygląda. Czarne bawełniane spodnie, gdzieniegdzie przetykane cekinami i okute metalem buty stanowiły ostatni krzyk mody w całym Watykanie. Gdy zapalił świece wszystkie ramiona pentagramu rozświetliły cały świecznik. Wziął go ostrożnie do ręki i wyszedł z komnaty. Miał mało czasu, żeby znaleźć się w kaplicy. Przystanął jeszcze na chwilę w korytarzu ale nie usłyszał niczego co mogłoby go zaniepokoić. Upewniwszy się, że wszyscy śpią, nawet Wyrocznia, poszedł w lewo wzdłuż korytarza. Niektóre pochodnie jeszcze nie zdążyły się wypalić. Minął trzy korytarze prowadzące do sali balowej, północnej wieży i do spichlerzy. Z obrazów i portretów na ścianach obserwowały go groźne oczy jego przodków. Nie byli oni poprzednimi właścicielami pałacu ale nigdy nie rozstawał się ze swoimi korzeniami. Czasem jednak te oczy przyprawiały go o dreszcze ale nigdy tak bardzo jak to co miało mu zmrozić krew w żyłach za kilka minut.
Skręcił w boczny korytarz i dotarł do litej ściany. Po obu jej bokach stały niczym strażnicy, posągi ubrane w zbroje i ze skrzyżowanymi halabardami. Wszystko byłoby normalnie, przecież w każdym korytarzu i przed każdą komnatą wartę trzymali tacy strażnicy ale tylko on znał ich tajemnice, jednakże tego co zobaczył nie mógłby sobie wyobrazić nawet w najgorszym koszmarze.

**

Schodził po schodach. Przebył już może pół drogi z pochodnią w ręce gdy nagle na ścianie dostrzegł ciemny kształt.
Wiedział, że jest to jakaś postać, ktoś człekokształtny. Poczuł zimno przenikające całe jego ciało.
- A może wrócić? Odwołać spotkanie? – Próbował odsunąć wszystkie myśli od siebie. Ale czy zdoła wszystkich zawiadomić? Był pewien, że większość Rady już czeka na dole. Zestąpił jeszcze kilka schodów. Stawało się coraz ciemniej. Znał wszystkie zakamarki tego pałacu. Nie bez powodu nosił on nazwę Dragonia – jego ród od wieków miał smoka w herbie. Wszystkie korytarze były długości jego ogona.
Wiatr przeniknął całe ciało rycerza. Zatrzymał sie na ułamek sekundy, poczuł jak serce niemal stanęło mu w miejscu. Jeszcze kilka sekund i krew odpłynęłaby mu z twarzy.
- „Kim ona jest? Czemu mnie prześladuje?” – Takie myśli bez przerwy krążyły mu po głowie. Spojrzał ponownie na ścianę, w tym momencie zgasła pochodnia. Zanim jego oczy przyzwyczaiły się do otaczającej ciemności usłyszał chropowaty śmiech, śmiech nieludzki, śmiech szatana. Nie słyszał swoich kroków, jakby ktoś zatkał mu uszy.

Delphia, odczekawszy kilkanaście minut, by upewnić się, że rycerz wyszedł, delikatnie i po cichu wysunęła się spod kołdry. Powiedziała, że wie o nim wszystko. Mówiła to głosem pełnym zapału i takim, że uwierzyłby w to każdy. Sama jednak wolała się upewnić, czy „wszystko” jest na pewno „wszystkim”. Spojrzała w lustro i zobaczyła samą siebie a za sobą kogoś jeszcze – inną kobietę. Wiedziała, że nie jest sama. Że w nocy coś się z nią dzieje. Że ta kobieta gdzieś znika. Jakby jej ciało rozchodziło się w dwie przeciwne strony. Były razem odkąd pamiętała. Zamknęła oczy a gdy je otworzyła już była sama przed lustrem.
Służba Werterhausena była wyjątkowo przykładna, bo w trakcie przygotowywania dla niej pokoju nie zostawili żadnych przedmiotów, z których mogłaby wyczytać coś o właścicielu. Zarzuciła więc na siebie szlafrok, wzięła palącą się świecę z kredensu i uchyliła lekko drzwi. Nikogo nie było na korytarzu, co dawało jej możliwość niezauważonego prześlizgnięcia się za róg. Gdzie chciała dotrzeć? Do biblioteki, skarbnicy wiedzy. Można w niej wyczytać prawdy nie tylko o świecie, ale i o jej posiadaczu. Pierwsze drzwi, na które się natknęła prowadziły do kuchni. Były uchylone, więc zajrzała do pomieszczenia. Cofnęła szybko głowę, widząc tłum kucharek kłębiących się wewnątrz. Zdążyła jednak poczuć zapach wytwornego jedzenia. To potwierdzało tylko to, co myślała o Werterhausenie.
- Ktoś tam był? – usłyszała piskliwy głos.
- Wydawało ci się – odpowiedział drugi, niższy.
- Ktoś tu zajrzał, mówię ci.
- Pewnie Jalian znów robi sobie żarty, zamiast sprzątać.
I na tym się skończyło, ale Delphia wolała nie ryzykować. Przeszła na palcach kilka metrów i zaczęła biec, najciszej jak potrafiła. Dotarła do schodów. Wspięła się nimi na drugie piętro. Tam napotkała galerię obrazów. Wszyscy byli do siebie na tyle podobni, że musieli być rodziną. Spojrzała na ich rysy, dumne i władcze. Było w nich coś ciekawego. Jakiś płomyk fantazji, który mógł nakłonić swojego właściciela do złamania zasad. Do walczenia dla idei, którą poprze sam, nie z przymusu. Oby Werterhausen też miał w sobie to coś. Dalej natrafiła na serię zamkniętych drzwi. Na pewno nie prowadziły do biblioteki, więc nawet nie próbowała się z nimi siłować. Przeszła jeszcze kawałek korytarzem, ale dalsza część posiadłości wydawała się opuszczona, albo przynajmniej niezbyt często używana. Wróciła do schodów i weszła jeszcze wyżej. Krążyła po korytarzach, szukała otwartych drzwi, a gdy je znalazła natrafiała na nowe korytarze. Kiedy nawet weszła do jakiejś komnaty, nic nie zapowiadało na to, by ktoś w niej mieszkał ciągle. Czy naprawdę wszystkie te komnaty były przygotowane dla gości? Po co jednemu rycerzowi tak wielka posiadłość? Czy urządza aż tak wielkie przyjęcia? Może u niego odbywa się konklawe? Delphia uśmiechnęła się drwiąco i poszła dalej. Sam Bóg wie, ile czasu krążyła po zaułkach domu, ale było to na pewno kilka godzin. Znalazła kilka rodzinnych pamiątek, ale nic osobistego. Spodobał jej się za to niewielkich rozmiarów sztylet, poręczny i wygodny, który postanowiła wziąć dla siebie. Właśnie oglądała odbicie swojej atrakcyjniejszej strony w ostrzu, gdy coś wewnątrz kazało jej spojrzeć przez okno. Jej intuicja, jak zawsze, nie zawiodła jej i gdy odsłoniła ciężkie, zakurzone zasłony. Ktoś spojrzał w okno.
- „Pewne któryś ze służących ale nawet on nie może mnie zobaczyć” – Pomyślała. Zbiegła szybko na dół, przeszła ostrożnie obok kuchennych drzwi, wróciła do swojego pokoju i zdjąwszy szlafrok wślizgnęła się z powrotem do łóżka. Potrzebowała więcej czasu na zbadanie posiadłości. Ale nic to, jeżeli teraz nie wyszło, spróbuje następnym razem. Sztylet schowała pod materacem łóżka.

- Werterhausen, to Ty?! – Usłyszał przekrzykujące się głosy. Nie odpowiedział. Zastanawiał się czym odpalić pochodnię. Nie miał przy sobie nawet krzesiwa. Nagle, tak szybko jak zgasł tak szybko płomień pojawił się ponownie. Ale Rycerz wiedział, że już nie wolno mu się cofnąć. Już widział dębowe, okute żelazem drzwi na samym dole
- Dziwne niby ciemno a jednak widzę kontury. A co to? Tam na końcu? – Jego oczom ukazało się coś w kształcie czaszki. Mógłby przysiąc, że jest to czaszka jednego z jego przodków. Ale przecież na żadnych drzwiach nigdy nie było żadnych symboli a co dopiero czasza kogoś tak bliskiego jak jego ojciec.
Poczuł jak traci czucie w nogach, osunął się na schody i z trudem łapał powietrze w płuca. Po chwili stracił przytomność.

***

Nie umiał zebrać myśli. Czuł się tak jakby ktoś rękami rozrywał mu mózg. Spróbował otworzyć oczy ale poczuł taki ból, że od razu je zamknął. Oczami wyobraźni widział jak pękają mu żyłki i białko spływa na schody. Jego zmysł słuchu także odmówił posłuszeństwa. Pamiętał tylko dziwną czaszkę nad drzwiami, która zdawała się naśmiewać z niego.
Spróbował poruszyć ręką. Poczuł jakiś dziwny ciężar jakby coś mu ją przygniatało. udało mu sie odwrócić głowę i na ułamek sekundy otworzyć oczy. Zdołał tylko dostrzec młodego mnicha trzymającego go za rękę. Pod palcem poczuł coś miękkiego, włochatego. Widocznie ktoś go znalazł i ułożył na jakimś kocu. Z wielką trudnością przesunął wolną rękę, która nagle straciła oparcie i bezwładnie zawisła w powietrzu. Miał wrażenie, że pękają mu ścięgna. Z gardła wydobył mu się mimowolnie głuchy skrzek. Usłyszał się. Wrażenie ogłuszenia minęło. Zrozumiał, że leży na jakimś stole. Ale nie tylko on go usłyszał.
- On żyje! – Ktoś krzyknął tuż nad jego uchem. – Dajcie mu pić! Szybko! Werterheusen ponownie otworzył oczy. Z wolna wracały mu siły. Chciał powiedzieć, że straszliwy ból rozrywa mu czaszkę, ale nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Wracała mu także świadomość. Zdał sobie sprawę z tego, że minie kilka godzin zanim ponownie wróci do życia. Spotkanie musi odbyć się w innym terminie. Poza tym nadal nie wiedział gdzie się znajduje.
Usłyszał szybkie kroki. Kilku okutych w ciężkie buty mężczyzn zbliżało się w jego kierunku. poznawał ten dźwięk – czyżby to byli jacyś rycerze?
- Podnieście go! – Zadecydował ten sam gruby, władczy głos, który przed chwilą atakował jego uszy.
Coś go szarpnęło i podniosło do góry. Własnymi siłami spuścił nogi. Teraz już siedział podtrzymywany przez trzech mężczyzn. Do jego nozdrzy dotarł jakiś przyjemny waniliowy aromat. Miał już na tyle siły, że mógł swobodnie obserwować otoczenie – bolały go jeszcze oczy ale był dość wytrzymały na ból, lata ćwiczeń w zakonie go zahartowały. Przed nim stał ten sam młody mnich, który wcześniej trzymał go za rękę. Dopiero teraz go poznał, to był Jamal. Trzymał w rękach jakąś złotą miseczkę.
- Wypij to Panie.

Werterheusen nie pytał nawet co to jest, całkowicie zaufał mnichowi. Znał go jak samego siebie. Pamiętał ten dzień kiedy Jamala przygarnął pod swoje skrzydła. Był jeszcze mnichem kiedy rodzice chłopca zginęli. Krążyły różne plotki ponieważ małżeństwo Borgiów od dłuższego czasu nie wychodziło z domu i nie pokazywało się na mieście. Werterheusen znał ich dobrze i rozumiał, że młodość także ma swoje prawa. Jamal nigdy nie sprawiał im kłopotów, więc mogli sobie czasem pozwolić na chwilę relaksu, samotności we dwoje.
Nigdy nie próbował ich też nawracać na swoją wiarę. Byli jego bliskimi przyjaciółmi i nie chciał ich urazić. Tej pamiętnej nocy także miał inny zamiar. Przejechał pół miasta, żeby tylko pochwalić ich syna – wspaniale się uczył w szkole zakonnej. Nie spodziewał się takiego widoku. Gdy tylko dotarł do domostwa zeskoczył z konia i przez wyłamane drzwi wbiegł do środka. Tylko w jednym pokoju palił się kandelabr. To co kiedyś było meblami teraz nie nadawało się nawet do palenia. Wszystkie okna były powybijane. Potknął się o dwa ciała. Znalazł jakiejś świecy i odpalił jej knot od kandelabru. Pochylił się nad ciałami. Bez wątpienia byli to Ronald i Emmeline Borgia. Bladzi, w ich oczach nie znalazł żadnej iskry życia. Widocznie z kimś walczyli bowiem ich członki były połamane i powykręcane w nienaturalnych pozycjach. Najbardziej zainteresowały go jednak dziwne ślady na nadgarstkach, przegubach dłoni i tętnicy. Jakby coś ich pogryzło. Ale owady nie są w stanie wypić z człowieka całej krwi i nie mają takiego zmysłu, żeby gryźć symetrycznie w tych samych miejscach. To musiało być coś bardzo silnego, przecież zdemolowało cały dom. I nie wiedział co to mogło być za zwierzę. Te nakłucia jakby igłą i krople krwi na ubraniach przez lata nie dawały mu spokoju, nie mógł spać w nocy. Cały czas miał przed oczami to co wtedy zobaczył. Spalił zimne ciała wraz z budynkiem. W jakiś czas później Kościół oficjalnie ogłosił o pojawieniu się tajemniczej zarazy, którą dzięki bożej pomocy udało się opanować zanim zaczęła rozprzestrzeniać w całym państwie.
Werterheusen zaczął się domyślać co to mogło być ale bał się do tego przyznać. Znalazł dokumenty w podziemiach Świątyni świadczące o podobnych przypadkach we wcześniejszych okresach istnienia Kościoła. Ale to było zbyt przerażające, aby mogło być prawdziwe. Wtedy też zdecydował się przyjąć Jamala pod swój dach. Zawsze traktował go jak młodszego brata.

****

Musiało minąć wiele czasu. Nie wiedział kiedy i jak znalazł się przy stole. Siedział na drewnianym krześle pośrodku komnaty. Rozejrzał się dookoła. Wszystkie żyrandole były zapalone. Gładkie gipsowe ściany, obrazy i zbroje, nawet posągi ustawione przy drzwiach. Nie miał wątpliwości, że znajduje się w podziemnej komnacie swojego pałacu. Naprzeciwko niego stało około tuzina mężczyzn. Ich zbroje tańczyły tęczą kolorów pod łukowym sklepieniem komnaty.
- Czas żebyśmy porozmawiali. – Znowu ten sam tubalny głos świdrował mu umysł. Czuł się jak na przesłuchaniu. – Chyba, że nie czujesz się na siłach. Werterheusen wiedział wreszcie z kim ma do czynienia. To był Aragon – najstarszy wśród obecnych rycerzy – mnichów. Odkąd tylko Werterheusen wszedł do zakonu od razu zaczęły sie między nimi scysje i nieporozumienia. Werterheusen podejrzewał, że jego konkurent zazdrości mu tak szybkiej kariery w zakonie. Sam został mianowany jedynie Skarbnikiem Zakonu a przecież też miał niemałe zasługi.
- O czym?
- Dobrze wiesz o czym! – Krzyknął Aragon. Werterheusen spojrzał mu głęboko w oczy ale ujrzał jedynie bezdenną przepaść. Popatrzył na twarze pozostałych ale wszystkie były kamienne a oczy szklane.
- Też macie wrażenie, że ktoś Was obserwuje?
Aragon w odpowiedzi rzucił na stół jakiś plik dokumentów.
- On albo my!
Werterheusen rozwinął rulon.
- To podziemia Świątyni. – Wyjaśnił Aragon. Jego siwa, równo przystrzyżona broda dodawała mu arystokratycznego wyglądu. Zdawało się, że w tej chwili jest głosem całego zakonu. – Ten długi, wąski korytarz doprowadzi nas do sypialni Papieża.
- Wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie na tak drastyczne kroki.
Złowrogi szmer rozniósł się po całej komnacie. Werterheusen w porę zorientował się co się dzieje. Błyskawicznie zerwał się z krzesła. Przewrócił stół roztrzaskując go na kawałki i wyszarpnął miecz z pochwy.
- Przecz zdrajcom!
Wycofywał się krok po kroku aż plecami oparł się o ścianę.
W tej samej chwili żyrandol, który wisiał tuż nad stołem spadł z chrzęstem w miejsce, gdzie jeszcze kilka sekund wcześniej stał Werterheusen. Rycerz kątem oka dostrzegł przecięte sznury zwisające z sufitu.
Wszystko było przygotowane na wypadek jego oporu. Pozostali rycerze w milczeniu dobyli broni i z zawiścią w oczach ruszyli w jego stronę.
Werterheusen wiedział, że w tej bitwie nie ma szans.

Nikt nie zaważył dziwnego cienia wolno sunącego po ścianie a ci, którzy go dostrzegli nie zwracali na niego uwagi myśląc zapewne, że to tylko jeden z cieni rzucanych przez sztuczne oświetlenie komnaty. Przecież znajdowali się kilkanaście metrów pod ziemią.
- Wypruję flaki każdemu kto się tylko ruszy! – Napastnicy stanęli na chwilę i zaskoczeni spojrzeli po sobie. Co prawda Werterheusen poruszał ustami ale to nie był jego głos. On nie wydał z siebie żadnego dźwięku a słowa pojawiły się w ich głowach z niewiadomego źródła.

Rycerz Kościoła skorzystał z dezorientacji przeciwników i z obnażonym mieczem w dłoni rzucił się w sam środek rycerzy. Stanął oko w oko z Aragonem. Ten w porę odzyskał świadomość tego co się dzieje.
- Zdechniesz psie!
Werterheusen w odpowiedzi ciął mieczem ale napotkał opór w postaci oręża przeciwnika. Spróbował ponownie ale starszy rycerz wytrącił mu broń z ręki i uderzył go pięścią trzymającą miecz. Na skórzanej, nabijanej ćwiekami rękawicy pozostał krwawy ślad. Werterhesuen nie spodziewał się takiej siły ciosu. Upadł na ziemię i pojechał kilkanaście centymetrów rozrywając sobie płaszcz na strzępy. Nawet nie miał czasu sprawdzić obrażeń, czuł tylko ból nosa i szczęki – domyślił się, że są złamane. Teraz wszyscy rycerze ponownie ruszyli w jego stronę. Spróbował sięgnąć po miecz ale broń wbiła się aż po samą rękojeść w futrynę drzwi. Nie mógł go dosięgnąć. Zdążył tylko wydobyć sztylet z za cholewy buta gdy pierwszy ze zdrajców go dopadł. Ostre jak brzytwa ostrze było skierowane w krtań ale Werterheusen instynktownie przeturlał się w bok a jego ręka wystrzeliła błyskawicznie gdy napastnik zgiął się po uderzeniu. Ostrzę sztyletu wbiło się w gardło zdrajcy. Ten wypuścił broń, która wbiła się w ziemię tuż obok ucha Werterheusena. Miał szczęście.
- „Gdybym tylko chwycił ten miecz – nauczyłbym was moresu.” – pomyślał ale nie miał takiej możliwości.
Przymknął oczy a gdy je ponownie otworzył zobaczył nad sobą kolejnego pałającego chęcią mordu napastnika. Kopnął go z całej siły w podbrzusze, po czym wsunął nogę między jego stopy i go przewrócił. Tamten próbując uchronić głowę przed uderzeniem nadział się na własną broń. Krew z przebitej piersi chlusnęła w twarz Werterheusena.
Rycerz nic nie widział. Nagle w swojej głowie usłyszał dziwny szept. Nie znał tego języka, umiał się porozumiewać z różnymi obcokrajowcami, w Zakonie nauczył się wielu języków. Ten był mu obcy ale kilka słów miał podobnych do znanych mu języków. Miał znaleźć się pod ścianą. Postanowił zaryzykować. Ale jak na Boga miał się tam dostać? Przecież nic nie widział. Słyszał tylko krzyki napastników. Widać nie wiedzieli co robić. Kodeks zabraniał zabijać bezbronnych nawet rycerzy a niewidomy także był bezbronny. Jeden z napastników pochylił się nad leżącym, żeby przetrzeć mu oczy a ten błyskawicznie wyrwał mu sztylet z za pasa i wbił mu w oko. Rycerz zawył z bólu i zatoczył sie do tyłu.
Werterheusen wykorzystał nadarzającą się okazję i potoczył się w stronę ściany. Topografię komnaty miał w małym palcu, był obecny przy jej pracach odkrywkowych i sam zaprojektował jej przebudowę.
Jedynym problemem okazało się ominięcie wrogów. W tej chwili mógł liczyć tylko na swój zmysł słuchu. Niezidentyfikowany głos w jego głowie ucichł niemal całkowicie tak szybko jak się pojawił.
Werterheusen uznał jednak, że to sam Anioł Stróż przemówił do niego i postanowił mu całkowicie zaufać. Rozsądek zresztą także podpowiadał mu to wyjście z sytuacji – gdyby tylko udało mu się stanąć pod ścianą miałby już zabezpieczone plecy.
Udało mu się ominąć kilku napastników, usłyszał tylko ich przekleństwa wypowiadane pod swoim adresem i odgłosy broni tnącej powietrze w miejscu, gdzie leżał jeszcze przed chwilą. Ale chyba jego szczęście powoli się kończyło ponieważ kolejny ze zbuntowanych rycerzy przyszpilił go do podłoża. Ostrzę drasnęło mu ramię i przebiło rękaw koszuli.
- Chcę go żywego! – usłyszał górujący nad okrzykami głos Aragona w momencie gdy kolejne ostrzę zbliżało się do jego gardła.
Z wyliczeń Werterheusena lada chwila powinien się znaleźć pod ścianą. Wyszkolone zmysły po raz kolejny go nie zawiodły – gdy tylko ostrzę przeciwnika zatrzymało się w powietrzu, wykonał kilka błyskawicznych obrotów rozrywając sobie koszulę w kolejnym miejscu i uderzył w ścianę. Kawałek materiału został przyszpilony do podłoża. Adrenalina podniosła mu ciśnienie w żyłach, nie czuł już żadnego bólu.

*****

- „Dziwne” – pomyślał.
Od pewnego czasu nikt go nie atakował. Napastnicy jakby cofnęli się w przestrachu. Słyszał ich ale podświadomie przeczuwał jakąś zmianę. Poczuł delikatny dotyk na powiekach. Miał wrażenie, że ktoś przeciera mu oczy jedwabną chusteczką, ale zdawał sobie sprawę z nierealności takiej sytuacji.
- Otwórz oczy.
Ponownie posłuchał tego głosu ale nie spodziewał się takiego widoku. Jego oczom ukazała się kobieta ale nie jakaś zwykła kobieta, ona miała ciało bogini i była całkowicie naga. Jej piękne ciało łagodnie odbijało światło znajdujące się w komnacie. Zdawało się być aksamitne i lekkie jak wiatr. Nie widział jej twarzy bo szła w stronę jego prześladowców ale mógłby przysiąc, że ją zna.
Nie tylko on był zauroczony, była fascynująca, kusząco poruszała biodrami. Świętego mogłaby doprowadzić do obłędu. Na oko mogła mieć około dwudziestu lat.
Zapach jej falujących, jasnych włosów wanilią zalał jego nozdrza. Coraz bardziej się od niego oddalała. Usilnie starał się na nią nie patrzeć ale nie potrafił oderwać o niej wzroku. Nie wiedział jak się znalazła w komnacie. Spojrzał po twarzach pozostałych rycerzy i ze zdumieniem spostrzegł jak ich początkowa fascynacja ustępuje panicznemu lękowi. Zauważył także coś nie dającego się logicznie wytłumaczyć zdrowym zmysłom. Kobieta im bardziej się od niego oddalała a zbliżała do rycerzy, na jego oczach rozmywała się w powietrzu. Przetarł oczy ze zdumienia. Ale nie został już po niej żaden ślad.

Wśród rycerzy zapanowało nie dające się opisać zamieszanie. Niektórzy zaczęli się cofać i wskazywać palcem w jego stronę – tak mu się przynajmniej z początku zdawało. Oni przeraźliwie krzyczeli i zaczęli walczyć ze sobą. Nagle zobaczył coś lecącego w swoim kierunku od strony przeciwległej ściany, przy której teraz tłoczyli się jego niedoszli mordercy. Ledwo powstrzymał odruch wymiotny gdy to coś upadło tuż pod jego stopami. Był to jeden z napastników a raczej jego resztki. Wśród zakrwawionych szczątków rozpoznał wytrzeszczone ze strachu oczy i kawałek nosa. Reszta ciała była całkowicie zmasakrowana. To jeszcze żyło, wyciągnęło zakrwawiony kikut ręki i chciało go chwycić za nogę. Werterheusen spróbował odskoczyć ale poczuł, że ktoś go chwycił za ramiona. Rozejrzał się dookoła ale nikogo nie było w pobliżu. Za sobą miał tylko ścianę i dziwny cień – nie jego cień. Cieniste ręce wyciągnęły się w jego stronę i nagle poczuł nieznośny ból głowy. Bezskutecznie próbował się wyszarpnąć z niewidzialnego uścisku. Jakaś siła podniosła mu głowę i rozszerzyła źrenice oczu. Widział jak cień zstępuje z sufitu i niczym mgła otula jego ciało.

Nagle drzwi do komnaty rozwarły się z hukiem i stanął w nich z mieczem w ręku zdyszany Jamal.
W mgnieniu oka zorientował się co się dzieje. Chciał jakoś pomóc Werterheusenowi ale przecież nie mógł oddać mu swojej broni, chyba, że w ostateczności. A może to jest właśnie ta ostateczność.
- „Gdybym chociaż miał jeszcze jeden miecz. Mogłem przecież wziąć jakiś zapasowy.” – Pomyślał.
Nie zastanawiał się nawet, że cudem chyba tylko udało mu się wymknąć z komnaty bocznymi drzwiami w czasie kłótni Werterheusena z Aragonem i tak samo wrócić zupełnie niepostrzeżenie. Nagle zobaczył światełko w tunelu – ujrzał miecz wbity w podłoże. Gdyby tylko zdołał go wyrwać.
- „Jamal, uda Ci się.” – Powiedział sam do siebie.
W tej samej chwili usłyszał dziwne mlaskanie, jakby ktoś coś zachłannie jadł lub pił, i mrożące krew w żyłach krzyki. Mieszało się to z ogłuszającym szczękiem żelaza. Spojrzał ale zobaczył, że Werterheusen chwiejący się na nogach z nikim nie walczył, nie miał nawet broni. A więc kto z kim walczył? Czyżby sami napastnicy między sobą? Nie otrzymał odpowiedzi na dręczące go pytania.
Ruszyło na niego kilkunastu rycerzy. Nie zdołał nawet dobiec do miecza. Zdążył tylko zobaczyć coś czego nigdy w życiu nie spodziewał się ujrzeć. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą tłoczyli się Rycerze Zakonu pozostała tylko jedna postać. Była to młoda, naga kobieta. Najpiękniejsza jaką kiedykolwiek widział na oczy. Kuliła się jakby ze strachu. Dookoła niej leżało kilka trupów, po poszarpanych strojach poznał, że byli to Zdrajcy Kościoła. Ich twarzy jednak nie rozpoznał – były rozszarpane aż do mięsa. Szczątki połamanych i poogryzanych do kości kończyn walały się po całej komnacie. Zdawało mu się nawet, że widział jakąś galaretowatą substancję. Po jej konsystencji i kolorze rozpoznał, że do niedawna musiała być jeszcze mózgiem.
Kobieta miała pochyloną głowę, tak, że nie widział jej twarzy. Zdawało mu się, że zasłoniła ją dłońmi. Wokół niej było pełno krwi, której nadmiar nie wsiąkł w podłoże.
- „Biedactwo, przecież to jeszcze dziecko.”
Myślał, że prawdziwy Anioł zstąpił z nieba. Musiała być sprzymierzeńcem Werterheusena, może nawet jego ukochaną. Na samą myśl o tym nieznane dotąd uczucie zazdrości zaczęło się wkradać do jego serca. Nieważne kim była należało ją uratować. Chciał do niej podejść, zabrać ją z tego przeklętego miejsca.
- Nie zbliżaj się do niej! – Dobiegł go krzyk od przeciwległej strony. Ledwo rozpoznał głos Werterheusena tak był nienaturalnie zniekształcony.
W tym samym momencie kobieta podniosła głowę i spojrzała w stronę Jamala a jej wzrok sparaliżował młodego zakonnika. Teraz już nie miał przed sobą wystraszonej, bezbronnej dziewczyny ale potwora, zawodową morderczynię.
Spoglądała na niego dziwna twarz, młoda i piękna ale o bezlitosnych, ostrych rysach. Takie same były jej oczy a w zasadzie jedno oko bo zamiast drugiego spoglądał na niego czarny, pusty oczodół. Jej skóra była gładka ale dziwnie biała. Wcześniejsze wrażenie miękkości i powabu jej ciała zdawało mu się teraz jedynie błędem natury.
Na twarzy miała ślady krwi a w rękach, niczym lalkę trzymała zakrwawione ciało któregoś z rycerzy. Krew miała na całym ciele, nawet na pięknych, pełnych piersiach – wcześniej chętnie by się w nie wtulił, utonął w nich całując każdy ich milimetr a teraz patrzył na nie z rosnącym z każdą sekundą przerażeniem. Gdy się do niego uśmiechnęła zobaczył nienaturalnie długie i szpiczasto zakończone, zakrwawione zęby, a raczej kły trzonowe.
- Uciekaj! – Usłyszał ale nie umiał zlokalizować źródła tego głosu. Tak czy inaczej była to dobra rada.
Ale już nie miał wyjścia. Był tak przerażony widokiem wpatrzonej w niego kobiety, że całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Nawet nie czuł jak wpadają na niego uciekający w panice Rycerze Zakonu. Nabijali mu siniaki i przesuwali go. Nie wiedział nawet kiedy znalazł się kilka metrów od drzwi. Gdy otrząsnął się z wrażenia chciał się wycofać w stronę drzwi ale przy nich nadal było tłoczno. Nagle poczuł palący ból na wysokości lewego żebra. Ręką chwycił się za bolący bok. Pod palcami poczuł lepką, gęstą ciecz a nieco powyżej sterczącą rękojeść sztyletu. Próbował go wyrwać z rany ale bezskutecznie. Obrócił się w bok i wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu. Zdołał tylko wydobyć ze swojego gardła jeden krzyk:
- Ar…! – Reszta wyrazu została niewypowiedziana w rozciętym gardle.

Werterheusen nadal próbował wyrwać się z niewidzialnego uścisku ale zamarł na chwilę słysząc głos Jamala. Zobaczył jak jego broczące krwią ciało upadło na ziemię. Zdawało mu się, że przez moment mignęła mu w drzwiach rękawica Aragona. Łatwo mógł ją rozpoznać – tylko on miał rękawice obrębione złotą nicią.
Znów zaczął się szamotać ale cieniste ręce trzymały go niemiłosiernie mocno. Poczuł jak coś wnika w jego ciało. Coś niematerialnego, jakaś obca siła próbowała zawładnąć jego ciałem i umysłem. Ból w skroniach niemal rozrywał mu mózg. Nagle, zupełnie niespodziewanie ucisk, cały ból zniknął, cień także. Ale Werterheusen jakby już nie był sobą. Wstąpiły w niego nowe nieznane do tej pory siły. Miał wrażenie, że mógłby podbić cały świat.
Dwaj pozostali napastnicy próbowali równocześnie wydostać się z komnaty ale zablokowali się w drzwiach. Lekko wyrwał swój miecz, jakby w ogóle nie użył siły i wolno ruszył w ich stronę. Kobieta jednak okazała się o wiele szybsza. Spojrzała w stronę drzwi, odrzuciła ścierwo trzymane w rękach i odbiła się od ziemi lekko niczym kotka. Mignęła mu tylko w powietrzu i bezszelestnie wylądowała na plecach jednego z zakonników. Powietrze rozdarł ogłuszający krzyk gdy jej palce, a może szpony – tego do końca nie wiedział, wbiły się w plecy nieszczęśnika. Na podłoże zaczęły skapywać krople krwi. Werterheusen zatrzymał się na chwilę na środku komnaty i z chorą fascynacją przyglądał się tej scenie jakby oglądał jakieś przedstawienie na deskach teatru. Na jego oczach pochyliła głowę nad szyją rycerza i znów usłyszał to charakterystyczne mlaskanie. Teraz już nie skapnęła ani jedna kropla. Na jego oczach z wolna uciekało życie.
Kompan ofiary nie nękany przez nikogo z trudem przedostał się przez drzwi i pobiegł wgłąb podziemi.
- Daleko nie ucieknie. – Werterheusen powiedział głośno i z ulgą stwierdził, że powoli wraca mu jego własny, naturalny głos. Nadal miał jednak dziwne wrażenie dwoistości swojej osoby, jakby oprócz niego samego ktoś jeszcze mieszkał w jego ciele.
Otrząsnął się z marazmu, kopnął walające mu się pod nogami zwłoki swoich niedoszłych zabójców i skierował swe kroki w stronę nieznajomej kobiety. Ta puściła blade jak płótno ciało, wyprostowała się podeszła do niego kilka kroków po czym stanęła jakby onieśmielona swoją nagością. Jej pełne gładkie piersi kusząco falowały przy każdym jej oddechu. Stanęła naprzeciwko niego i dopiero teraz mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Dziwne ale nie czuł przed nią lęku. Wbrew pozorom nie miała pazurów ani szponów. Kły ukryła pod czerwonymi od krwi, cienkimi wargami. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Spojrzał w jej błękitne oko i zobaczył w nim nieskończoną głębię oceanu.
- Kim jesteś?
- Częścią Ciebie. – Odpowiedziała a jej słodki, łagodny głos sprawił, że serce mu szybciej zabiło.
Gdyby była zwykłą kobietą mogłaby spłodzić liczne i silne potomstwo. Zatopił się we własnych myślach. Dopiero po kilku sekundach oprzytomniał i zorientował się, że jak jakiś nastolatek zapatrzył się na jej szerokie, może nawet dziewicze uda. Ale ona nie była człowiekiem.
Uniósł miecz i skierował jego ostrzę w jej kierunku. Dziwne ale nie atakowała go.
Spoglądała na niego jakby z zaciekawieniem i uśmiechała się zalotnie. Znów ruszyła wolno w jego stronę. Nie wiedział co robić – religia zakazywała zabijać kobiety, nawet w obronie własnej.
Targany wątpliwościami nie zauważył kiedy stanęła tuż przed nim. Była wyższa od niego prawie o głowę.
Był całkowicie oszołomiony jej pięknem. Nie umiał powstrzymać swej wewnętrznej potrzeby. Wyciągnął rękę, żeby ją dotknąć i nagle stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego – uklękła przed nim na jedno kolano, zupełnie jak giermek czekający pasowania na rycerza. Nie umiałby jej skrzywdzić. Opuścił miecz, pochylił głowę i delikatnie pocałował ją w czoło.
- Wstań.
- Musimy zacząć działać. – Usłyszał w odpowiedzi.
To był jej głos ale ona sama nie powiedziała ani jednego słowa. Ten głos jakby pochodził z jego głowy.
Łagodnie ujęła jego dłoń i przycisnęła do swoich ust ale go nie ugryzła. Wstała.
- Chodźmy stąd. Musimy powstrzymać Aragona. Papież będzie nam potrzebny. – Powiedziała.
Wyszli z komnaty.

******

Nie wiedział co się z nim dzieje. Dał się prowadzić młodej, nagiej, nieznajomej kobiecie za rękę jak małe dziecko. Choć znał majętność jak własną kieszeń teraz nie wiedział gdzie się znajduje. Rozum podpowiadał mu, że jest u siebie w domu, nie przypominał sobie, żeby gdzieś wychodził ale zmysły mówiły mu zupełnie coś innego.
Rozglądał się ciekawie po korytarzach przypominających mu wyglądem jakąś katedrę. Był nimi zauroczony. Choć było ciemno dość wyraźnie dostrzegał zarysy sprzętów, marmurowych posągów pół ludzi a pół zwierząt. Miał wrażenie, że bacznie go obserwują.
Weszli do jakiejś komnaty. W ciemności wyraźnie rysowało się wystrojone łoże. Nagle poczuł ogromne zmęczenie. Usłyszał bicie zegara dochodzące gdzieś z głębi budowli.
Wskazywał godzinę trzecią w nocy.
Werterheusen ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do łóżka i dotknął pościeli – była mięciutka, tylko się w niej zanurzyć.
- Rano zastanowimy sie co robić. Teraz idę spać. Tylko się wykąpię. – Odwrócił się w stronę nieznajomej ale nie było jej w komnacie.
Nawet nie słyszał kiedy wyszła.

Piętnaście minut później leżał już w miękkiej pościeli. Było tak ciemno, że oko wykol. Teraz już nie liczyło się dla niego gdzie jest, najważniejsze, że mógł spać. Zamknął oczy i już oddawał się w ramiona Morfeusza gdy nagle coś zaczęło się ruszać pod kołdrą wzdłuż jego nóg.Otworzył oczy ale nie miał odwagi się poruszyć. Zawsze miał przy sobie sztylet, tak na wszelki wypadek, ale tej nocy, sam nie wiedział dlaczego, zamiast włożyć go pod kołdrę schował pod poduszkę.
Poczuł coś ciepłego i wilgotnego na wysokości podbrzusza. Coś szorstkiego. Wyraźnie się rozluźnił i robiło mu się coraz przyjemniej. Coś pod kołdrą ułożyło się w kształt kobiety. Zamknął oczy i lekko się uśmiechnął.


24 października 2005 – 13 stycznia 2006
3/4 rozdziału napisane wspólnie z Klarą Piotrowską (Morgan Claire Le Fay)