Obudził się. Michał znów widział normalny dzień… Leżał tam, pod swoim oknem z kamienicy. Pomyślał że to jakiś żart, i gdy zasnął, ktoś go wyniósł i położył tutaj. Ah mam bujną wyobraźnię… Pomyślał. Ruszył w stronę pędzących samochodów, śpieszących się pieszych, z daleka krzyczących ludzi, z targu. Po chwili sobie wszystko przypomniał, narkotyki, czarne stworzenia, i upadek. Dziękował bogu że to nie jest jednak prawda. Myślał jak przeprosić boga i aniołów, w końcu teraz wierzył już w ich istnienie. Doszedł do chodnika, skręcił w lewo. Zamierzał zrobić coś dobrego. Dać resztę pieniędzy? Przepraszam, to by pomogło, ale nie chce później odbierać innym pieniędzy, żebrając. Pomyślał. Szukał innego sposobu na pomaganie. Wpadła na pomysł pójścia do pracy, i zarobić coś, a potem zacząć pomagać, a na razie będzie robił małe rzeczy, jak w telewizji. Czyli pomagał pomagać starszym osobom przechodzić przez ulice, pomagać ludziom wnosić różne rzeczy, lub coś w tym stylu. Wszedł na pasy i dalej rozmyślał. Muszę się poprawić, teraz widzę jakie jest życie, piękne, zaskakujące… Pogrążony w swych myślach nie zauważył samochodu. Starał się coś zrobić, odskoczyć, ale strach go sparaliżował. Samochód jechał jakby go tam nie był. Michał się odchylił i zasłonił twarz rękami. Usłyszał pisk opon. Przerażony otworzył oczy, które ze strachu miał bardzo zaciśnięte. Zobaczył trojący tuż przed nim samochód, rozejrzał się i ujrzał starszą panią za nim. czytaj dalej »
Michał usiadł znów sam za starej kanapie, patrząc na swoją pamiątkę z wesela. Michał miał na sobie brązowy, zimowy płaszcz, z dużą łatą z lewej strony. Troszkę ciemniejszą niż reszta płaszcza. Spodnie również zaniedbane, sztruksowe, też brązowe. Buty czarne, trapery. Twarz miał nieciekawą, duże kości policzkowe, grube brwi, mały podbródek, oczy jakby czerwone ze złości. Siedział na kanapie ze skóry, czarnej, cały pokój mieszał się w ciemnych barwach. Na podłodze szary, wypłowiały dywan. Ściany niby niebieski, ale wydawaj się ciemno granatowe w tym momencie. Gdzie nie gdzie zacieki, sufit jedynie był biały, lecz w połączeniu zresztą, również wydawał się szary.
Widok z okna miał na ścianę następnego bloku.
-Powiesić się, czy skoczyć? Oto jest pytanie. – Powiedział po chichu Michał i sięgnął po pilot. Nachylił się do przody i wyciągnął rękę, złapał go. Popatrzał na niego, i wcisnął czerwony guzik. Rzucił niem gdzieś za siebie. – Mieszkam tylko na czwartym piętrze, słyszałem że ktoś skoczył z piątego, a co dziwne przeżył. Jest na wózku a ja nie chcę tak skończyć chcę zginąć. Chyba że strzelił bym sobie pistoletem w łeb. Ale nie mam pistoletu. Powieszenie też odpada, nie mam żadnej solidnej liny, tylko cienkie kabelki. – Dalej mruczał pod nosem. Przystanął na chwilę. Wstał i ruszył w stronę pokoju jadalnego, choć trudno go nazwać tak. Stół- brązowy, z drewna. Byłby ładny, gdyby nie był tak brudny. Kawałki wczorajszego mięsa, kawałki makaronu sprzed miesiąca. Michał stracił chęć do życia. Gdy doszedł do stołu, wyciągnął rękę by sięgnąć po wodę. Gdy ją uchwycił, odkręcił zakrętkę, przyłożył otwór butelki do ust, i przechylił. Połykał wodę, jak w tej legendzie o smoku krakowskim. Butelkę znów przechylił, teraz by była w pionie.
-Nawet narkotyki mi już nie pomagają. – Powiedział Michał, puszczając zakrętkę i napój. Plastikowa butelka spadła na ziemię, rozlewając zawartość na podłogą. Dywan szybko wsiąkał. Michał wrócił na swoją kanapę usiadł i rozmyślał jak pewnie się zabić. W powietrzu znalazł się zapach siarki, i czerwone iskry. Michałowi ciężko się oddychało. Wstał, podszedł do okna, i spojrzał w niebo. Niebo jest koloru piekła. Nasunęło mu się, jakby ktoś przez niego mówił. Nie powiedział tego, lecz pomyślał. Na niebie zobaczył wiele czarnych ptaków. lecz to nie były ptaki. Wyglądały jakby… pterodaktyle? Czarne pterodaktyle na niebie w XXI w.? Pomyślał Michał z nutką sarkazmu. Jeden z nich uderzył w szybę. Michał odskoczył do tyłu i upadł na plecy. Zza niego weszła osoba do jego mieszkania, bo tam znajdowały się drzwi wejściowe. Wstał i poczuł wielki lęk, wszystko kołysało mu się przed oczami, na lewo, i prawo, i lewo, i prawo… Zaczął się niespokojnie rozglądać wokół siebie. Okno otworzyło się z hukiem. Wiatr wiał bardzo mocno. Do mieszkania nie wszedł tylko chłód, ale zjawy pojawiły się wszędzie. Krążyły wokół Michała jak sępy, jak oszalałe, bardzo szybko. Michał postąpił krok w tył, w stronę okna. Słyszał głosy, zniekształcone, prawdopodobnie przez osobę która tam weszła. Michał coraz szybciej szedł w tył. Przywarł plecami do otwartego okna, na początku troszkę się odchylił do tyłu, ale wrócił na chwilę do prostej postawy. Wyłkał z swoich ust słowa:
- One są wszędzie, wszędzie!
***
-Kto? Tu nikogo nie ma? O czym pan mówi? – Zapytała starsza pani zza progu mieszkania. Patrzała na obłąkanego mężczyznę który przeraźliwie się rozglądał.
-Panie Michale? Co się z panem stało? – Zapytała znowu pani Marta. Mężczyzna odchylił się do tyłu w stronę przepaści.
***
Michał czuł jak zjawa ciągnie go do tyłu, wyprostował nogi z całych sił. Poddał się. Wypadł z okna. Był już blisko ziemi, i nagle następna zjawa go chwyciła, tym razem biała.
-Dziękuję ci Aniele, dziękuję – Michał zasłabł.
***
Pani Marta podbiegła do okna i spojrzała w dół. Zasłoniła usta obiema rękami. Wybiegła z mieszkania by zawołać pomoc.
***
Widok martwego Michała zapewne budził dreszcze u każdego. Nieszczęśliwy upadek spowodował że klatka piersiowa wgniotła się tak mocno, że przebiła serce, i można było ją wyczuć macając trupowi plecy. I ta twarz… cała z krwi, obłędny wyraz twarzy. Patrząc na ciało nie można było sobie wyobrazić jakie cierpienia jaki towarzyszył mu przy śmierci.
A następnego dnia na tej samej ulicy ktoś sprzedawał te same narkotyki.
Dolar
Piękny się zaczął dzień, wszystko się wydawało takie łatwe, lecz tak też nie było.
-Obudź się Stanisławie! – Krzyknęła nauczycielka matematyki. Staś posłusznie podniósł się z ławki, podpierając się prawą ręką, a lewą wyciągając do góry w kwestii rozciągnięcia się. Prawa ręka obślizgła się ze stołu i z hukiem uderzył w stół głową. Marta, która siedziała obok w ławce odskoczyła i spadła z krzesła, a nauczycielka puściła kredę i się obróciła szybkim zwrotem tułowiu.
-Ała… – Jęknął Stasiek cicho chrypiącym głosem.
-Stasiu wyjdź z klasy! Natychmiast!… – Pani Markowska chciała jeszcze coś powiedzieć ale zadzwonił dzwonek na przerwę. Nawet jeśli coś powiedziała to zagłuszył to dzwonek. Jasiu wstał, wziął torbę, przechodząc obok Staśka popchnął go barkiem.
-Szykuj się przed szkołą! – krzyknął z udawaną złością, ale nie wytrzymał, roześmiał się. Dziewiętnastolatek wstał, podniósł plecak i założył go na plecy, po czym wyszedł z klasy.
Marta która rozmawiała z Małgosią przystanęła przy Stasiu i powiedziała:
-Przestraszyłeś mnie Stasiu! Zrobiłeś to specjalnie? – Uśmiechnęła się. Stasiek zrozumiał że to żart.
-Niestety nie tym razem – Staś uśmiechnął się tak głupkowato że Małgosia aż roześmiała się zza Marty. Staś zastał uderzony w ramie, lekko otwartą dłonią.
-Oddaj, oddaj, oddaj jej! – Usłyszał męsko-damski głos w głowie.
-Co? – Powiedział z zdziwieniem, nadzwyczaj głośno.
-Uderz, uderz ją! Mocniej! – Stanisław znów usłyszał ten sam głos. Nie wiedział co się z nim dzieje.
-Nie! Nie! Nie! – Wykrzyczał, wszyscy spojrzeli na niego z zdziwieniem. Zdobył się na uśmiech.
-To tylko żart. – Powiedział z spokojem i ruszył w stronę wyjścia.
Wyszedł z szkoły. Co to było? Za dużo kawy?. Staś uśmiechnął się do swoich myśli, choć to nie było śmieszne. Zrobiło mu się słabo.
-Podejdź! Uderz! Zabij! Niech zginie! Bij! Niech krwawi! Zmiażdż go! Utnij mu palec! Stopę! Dłoń! Głowęęęęęęęęę!- Dotychczas Staś miał zamknięte oczy i niedowład nóg, przynajmniej tak mu się zdawało. Głos w jego głowie stawał się tak głośny… nie wytrzymał. Chwycił się za głowę i otworzył oczy. Upadł na plecy. Popatrzył na swoje ręce, całe w krwi. Podniósł się do siadu, zobaczył. Spojrzał wprost w oczy głowy… samej głowy. Rozejrzał się, ujrzał palec, stopę, głowę, zmiażdżoną klatkę piersiową.
-Nie, nie, nie, nie! Nie! Nie!… – Zaczął cicho, ale krzyczał coraz głośniej – Nie! Nie! Nie! – Teraz krzyczał tak głośno, że przy każdym kolejnym krzyku, bolało jakby gardło wybuchało. Bolało go tak mocno, nawet za bardzo, ale krzyczał.
***
Otwarł oczy. Patrzył w niebo z jakiejś dziury. Zapadał się coraz niżej i niżej…. Dotarł na sam dół grobu. Rozejrzał się gdzie leży. Był w trumnie. Chciał wstać, ale zobaczył jak ktoś zrzucał pokrywę. Spadła idealnie, robotnicy się ucieszyli, nie musieli jej poprawiać.
***
Znów poczuł się jak przedtem, jakby zbudził się z snu. Nie chciał otwierać oczu, ale zrobił to ktoś za niego. Nie miał władzy nad ciałem. Zobaczył swoje miasto z góry, jakby z samolotu. Spadał, lecz nie czuł oporu powietrza. Wpadł w budynek, jakby przeszył sufit pokoju nie robiąc w nim dziury. Zupełnie jak duch. Zobaczył pokój. Wszedł tam mężczyzna cały na czarno, Z czarną czapką? Nie to kominiarka! Pomyślał Stasiek. Złodziej… bandyta, rabuś, jakkolwiek go nazwać, po prostu mężczyzna łamiący prawo szedł tyłem z wyprostowaną ręką, w której trzymał pistolet. Z drzwi z których wyszedł rabuś wyszła kobieta. Aneta!
-Aneta! Uciekaj! – Krzyknął Staś. Chciał rzucić się na złodzieja, nie mógł. Aneta nie słyszała go. Kochał ją ponad życie, oddał by je by ją uratować, gdyby mógł. Padł strzał.
***
Siedział na krześle. Czuł to. Nie chciał otwierać oczu, długo walczył. Nie chciał już cierpieć! Znów otwarły mu się oczy, lecz nie czuł się jak pobudka z zwykłego snu, bardziej jak pobudka z koszmaru. W oczy raziła go jasność, Kształtował się stół, waga, ludzie, jakby ustawiał ostrość. Gdy wszystko było idealne wszystko się ściemniało, stawało czarne, i wrócił do punktu wyjścia, tylko w kontrastowym kolorze. Przed nim zabłysnęła biała postać. Umięśniony, wysoki mężczyzna. W prawej ręce trzymał bardzo długi, zdobiony miecz. W lewej małą złotą tarcze. Nie widział dość wyraźnie, ale wszystko się poprawiało, tylko że dużo wolniej niż przedtem. I było coś za nim… jakby skrzydła?
-Czy wiesz co robisz śmiertelniku? Czy wiesz czy kochasz teraz? Czy nienawidzisz!? – Mówiła osoba zaczynając krążyć wokół Stasia. – Czy wiesz co czujesz? Czy wiesz co myślisz? Czy wiesz co się dzieje? Teraz wszystko dzieje się inaczej tak? Czujesz jakbyś przenosił się w czasie? Znam to uczucie człowieku, znam dobrze! Tak jak złość, nienawiść, ale odczuwam też miłość, współczucie, lecz nie. Nie do takich jak Ty! Niech to zmieni twoje życie na zawsze! Bedę czuwał, a jeśli nie będziesz szukał odpowiedzi…
***
Staś podniósł powieki, ujrzał znów niebo. Pielęgniarkę trzymającą nogi w górze i gapiącym się uczniom. Uśmiechnął się. Wszystko już było w porządku.
***
Cztery lat później…
Siedział już tak od dwóch dni. Było widać że ma obsesje.
-”Znam to uczucie człowieku, znam dobrze!” – Pozwiedzał Staś bawiąc się długopisem. – Zgłodniałem… w końcu. – ostatnie słowo powiedział jakby chciał obrazić samego siebie. Wyszedł z swojego mieszkania, tak jak był ubrany. Miał czerwoną bluzę zapinaną na zamek, z kapucą. Spodnie z jeansu. Ubrał na siebie dodatkowo tylko buty, lecz wrócił się po płaszcz, zapomniał że jest zima. Szedł prosto nadal zamyślony, lecz tym razem gdzie dobrze zjeść. Był zdziwiony ruchem ulicznym, jak i pieszym. Nikogo o tej porze? o 12:17? Zbliżał się do pasów, gdy nagle uderzył w coś barkiem, lecz tam nic nie było, zdawało mu się że kogoś potrącił ramieniem, lecz nikogo tu nie było. Zignorował to i ruszył dalej. Przystanął na końcu chodnika. Spojrzał w lewo, później w prawo, i ruszył przed siebie. Żadnego samochodu w polu widzenia. Był na środku pasów, gdy rozległ się ryk silnika. Znikąd pojawiły się samochody, piesi na chodniku. Gdy spojrzał za siebie ujrzał dziewczynę, która zbierał jakieś papiery z ziemi klnąc pod nosem. Uderzył w niego samochód.
***
Obudził się na krześle, tym samym co przed laty, wszystko białe, te same złudzenie optyczne, jakby ktoś bawił się ostrością w telewizorze. Lecz gdy ostrość była dobra, nie zapadła ciemność.
-Anioł? – Zapytał mężczyzna z lewej strony wagi.
-Niemożliwe w tych czasach nie ma nowych Aniołów! – Prawie wykrzyczał mężczyzna z prawej strony wagi. – Chyba że to cud – dokończył spokojniej.
-Cisza – Rozległ się głos żeński. Osoba zapewne stała za złotą wagą. – To Anioł! – Zwróciła się do towarzyszy, przyniosła wzrok na Staśka. – Wyciągnij zwój miecz z pochwy, zdejmij swą tarcze z pleców i uchwyć ją w ręce, rozwiń swe skrzydła i pilnuj ładu! – Powiedziała kobieta.
Stanisław wstał z krzesła o własnych siłach, to co było – bezwładność i złe sny już nie wrócą. Spojrzał na pasek gdzie była przywieszona do niego pochwa. Wyciągnął Piękny szeroki, ale krótki miecz. Trzymał go w prawej ręce. Poczuł ciężar na plecach. Lewą ręką zdjął go, tarcza – dość duża, masywna, złota. Staś poczuł się dobrze. Wyobraził sobie że rozwija swe skrzydła, ale to nie były tylko wyobrażenia, zrobił to naprawdę. Teraz zrozumiał, został zwerbowany, tak jak Anioł który mu się objawił. Podniósł swój miecz w górę i odleciał…
Dolar
Radosław Tomala
Alicja
- Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy umrzesz?
- Głupie pytanie.
- Chciałbyś?
- Jasne, że nie. Przecież, gdybym wiedział, kiedy umrę, dalsze życie nie miałoby najmniejszego sensu.
- Tak myślisz. Hmm? A wiesz, kiedy ja umrę?
- Nie mam pojęcia. Kiedy?
- W dwa dni po tym, jak przestaniesz mnie podlewać.
Zerwałem się z łóżka, odsłoniłem firankę i spojrzałem na Alicję. Jej liście były zwiotczałe, a kwiaty obumarłe. Zupełnie nie wiedziałem, jak mogłem o niej zapomnieć. W pędy rzuciłem się po butelkę z rozcieńczonym nawozem i obficie podlałem nim ziemie w doniczce. W podstawce pojawiła się woda i z wolna zaczęła skapywać na parapet.
- Cholera, dlaczego mi nie przypomniałaś?
- Nie chciałam ci przeszkadzać. Oglądałeś telewizję.
Uchyliłem okno i z powrotem położyłem się na łóżku. Alicję dostałem od mamy w wieku siedmiu lat. Była moim jedynym przyjacielem; potrafiła mówić, pomagała mi w lekcjach i wspierała jak brata. Po śmierci rodziców to właśnie w niej znalazłem oparcie. Zebrałem siły, skończyłem szkołę i zdałem maturę. Mając lat dwadzieścia trafiłem szóstkę w totolotku. Teraz myślę, że było to dla mnie bardziej przekleństwem niż ocaleniem od trudnej przyszłości. Ludzie zamiast traktować mnie z politowaniem, zaczęli się nieufnie odnosić, a Alicja z każdym dniem robiła się coraz słabsza. Już nie wystarczało cotygodniowe podlewanie kranówą. Używałem najdroższych nawozów, co miesiąc zmieniałem ziemię na nową, ale nic to nie pomogło. Z każdym dniem Alicja miała coraz mniej liści i kwiatów.
- Przecież dobrze wiesz, że za kilka dni zostanie ze mnie tylko sucha łodyga – powiedziała Alicja, kiedy próbowałem uleczyć ją kolejnym, gazeciarskim sposobem.
- Nie mów tak.
- Nie oszukujmy się. Mam piętnaście lat. Nie będę żyć wiecznie.
- Będziesz, bo jesteś wyjątkową rośliną.
Delikatnie połaskotałem ją pod liściem, ale ona już chyba tego nie czuła, bo wcale nie zareagowała. Dawniej wybuchała żywym, radosnym śmiechem.
- Możesz mi coś obiecać? – zapytała.
- Tak?
- Kiedy mnie już tu nie będzie, to… to znajdź sobie kogoś. Przyjaciela. Tylko niech nie będzie to kolejny kwiat. Obiecasz?
Pokręciłem głową, spojrzałem w sufit i ciężko odetchnąłem.
- Proszę, obiecaj.
- Ty nie umrzesz.
Odwróciłem się i cicho zapłakałem.
***
Koniec Alicji był już bliski. Jej okropnie chuda łodyżka wraz z kilkoma listkami bezwiednie opadły na krawędź doniczki i opuściły się do samego parapetu. W świetle lampki bezmyślnie wpatrywałem się w jej sczerniałe pędy, czekając aż wreszcie wyda z siebie ostatnie tchnienie, rozpadając się w drobny pył.
Ta chwila w końcu nadeszła. Alicja drgnęła wyczuwalnie i resztkami energii zalśniła tak pięknie, jak nigdy jeszcze nie zajaśniała żadna z usianych gęsto na niebie gwiazd.
***
Nie wiem, jak wiele czasu minęło od śmierci Alicji. Pamiętam tylko, że ostatnie dni spędziłem nieustannie pijąc wódkę. Musiało to tak trwać od bardzo dawna, skoro kompletnie straciłem rachubę czasu, a mieszkanie wyglądało, jak po przejściu tornada albo czegoś jeszcze gorszego.
Ważne, że doszedłem do siebie. Ogoliłem się, ściąłem włosy i zainwestowałem w nowe koszule. Codziennie wieczorem chodziłem do parku, by tam relaksować się, czytać książkę lub po prostu patrzeć na to, co robią inni.
Pewnego razu zabrałem ze sobą odłamki starej, porcelanowej doniczki, właśnie tej, w której przez wiele lat kwitła Alicja. Każdy kawałek oddzielnie obracałem w palcach i dokładnie oglądałem. Wierzyłem, że to w nich żyje nadal jakaś cząstka mojego jedynego i prawdziwego przyjaciela.
Byłem tak bardzo pochłonięty oglądaniem odłamków, że prawie bym nie zauważył, jak obok mnie przysiadła się schludnie ubrana kobieta w podobnym do mnie wieku. Popatrzyłem chwilę na nią, ale szybko opuściłem wzrok.
- Kwiat? – zapytała.
Nie odpowiedziałem. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle potrafię jeszcze rozmawiać. Przecież od tak dawna tego nie robiłem.
- A wie pan czemu ludzie są jak rośliny?
Wzruszyłem niewyraźnie ramionami.
- Bo gdy są samotni to umierają.
Środkiem ciemnej, pustej ulicy wiatr przewiał z nieprzyjemnym szelestem kilka zaschniętych liści. Neon, który reklamował knajpę serwującą wątpliwej jakości trunki, zamigotał i zgasł. W krąg światła najbliższej latarni wszedł jakiś człowiek. Młody, na oko dwudziestoletni. Jego ciężkie buty głośno stukały o bruk przy każdym kroku. Mężczyzna opatulił się szczelniej kurtką, wbił zaciśnięte pięści w kieszenie. Szybko wyszedł z żółtawego, ciepłego kręgu światła i ponownie zanurzył w ciemności. Wtem zza zakrętu ktoś wyszedł mu naprzeciw. Staruszka, wykrzywiając pooraną zmarszczkami twarz w dziwacznym grymasie, w paru susach, zadziwiająco energicznych, jak na jej wiek, dopadła swej ofiary.
- Bogowie mają dla Ciebie prezent, mój mały – wysyczała mężczyźnie do ucha, chwytając go za łokieć. Wyrwał się jej bez słowa i przyspieszył kroku. Po chwili zaczął biec, ogarnięty dziwnym lękiem. Obejrzał się nerwowo za siebie. Upiornej babcinki nigdzie nie było widać.
- Szukasz kogoś? – usłyszał ułamek sekundy przed bolesnym zderzeniem. Zachwiał się i klapnął ciężko na wilgotną jezdnię.
- Nie wierzę w bogów. – burknął do staruszki, stojącej nad nim i szczerzącej zepsute zęby w sardonicznym uśmiechu.
- Ale oni wierzą w Ciebie. I mają dla Ciebie prezent. – zachichotała jak wiedźma.
Wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał na nią z lekkim obrzydzeniem i wstał bez pomocy.
- Mają dla Ciebie niespodziankę! – zawołała za nim, gdy zagłębiał się w ciemny labirynt uliczek.
***
Prawie biegł, chcąc jak najszybciej oddalić się od dziwacznej staruszki. Skręcił w prawo, potem w lewo i znowu w lewo, przeszedł przez na wpół zrujnowane podwórko i… zgubił się. Nazwy uliczek nic mu nie mówiły, wszystkie domu wyglądały tak samo obco i niezachęcająco.
„Szkoda, że nie mam nici Ariadny” przemknęło mu przez głowę, gdy błąkał się, bezsilny, pomiędzy budynkami. Zdziwił się. Skąd u niego takie myśli? Wtem usłyszał za sobą szybkie kroki. Obrócił się, ale zdążył zauważyć tylko znikającą w ciemności sylwetkę. Czy to złudzenie, czy tamten ktoś, mimo postury człowieka, miał nieproporcjonalnie dużą głowę o dziwnym, wydłużonym kształcie i… rogi? Nie, to na pewno wyobraźnia płata mu figle! Zawołał za nim, chcąc zapytać o drogę, ale zamiast tego niemal wpadł na jakąś kobietę. Brązowe, jak kasztany, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niego z błaganiem. - Czyś widział moją córkę?! – wykrzyknęła – Widziałeś ją?
Pokręcił przecząco głową.
Zabrał ją, zabrał… – zajęczała nieszczęsna matka – Moją biedną, kochaną córeczkę, moje dziecko… Bawiła się, a on ją porwał! Moje drogie dziecko…
- Gdybyś ja zobaczył. – oczy nagle zajaśniały nową nadzieją – Powiadom mnie szybko, jak najprędzej. Nazywam się Demeter. Demeter, zapamiętasz?!
Skinął bezwiednie głową. Kobieta oddaliła się biegiem, zanim zdążył spytać o drogę. Wzruszył ramionami, wznawiając marsz.
***
- Cześć, kotku… – słowa te, wypowiedziane miękkim, zmysłowym głosem, wyrwały go z zamyślenia. Obejrzał się. W świetle latarni stała dziewczyna. Krótka, obcisła spódniczka, wyzywająco wydekoltowana bluzka i ostry makijaż nie pozostawiały wątpliwości, co do jej profesji.
- Chcesz zaznać bogini miłości i pożądania? – spytała, zachęcająco poruszając biodrami.
- Afrodyta! – rzucił, tknięty nagłą myślą.
- Znasz mnie? – zmrużyła wymalowane oczy, zatrzepotała rzęsami.
Pokręcił gwałtownie głową, oddalając się szybko.
***
Idąc, miał coraz większy mętlik w głowie. Co to wszystko ma znaczyć?! W ciemności zauważył siedzącą pod murem grupkę młodych ludzi.
- Chcesz się napić z Rzeki Zapomnienia? – spytał jeden z nich
- Wody z rzeki Lety… – dopowiedział drugi
Rzeka Zapomnienia, Leta? – nic z tego nie rozumiał. Aż do chwili, gdy zobaczył, jak któraś z dziewczyn podwija rękaw, wbija w ramię strzykawkę i wstrzykuje jej zawartość. Po chwili twarz dziewczyny rozluźniła się, ułożyła w pełen błogości grymas.
***
Zaczynał rozumieć. Człowiek z głowa byka, Demeter i zaginiona córka, Afrodyta, Rzeka Zapomnienia i wszyscy inni, których spotkał później. O, Boże… Czy może lepiej: o, bogowie… Prezent od bogów!
***
- Tak nie wydostaniesz się z labiryntu. – usłyszał męski głos.
Zatrzymał się gwałtownie.
- Krążysz wciąż w kółko. Wciąż te same drogi. Tak się nie da wyjść.
Rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem mówiącego.
- Tak nie wyjdziesz – powtórzył głos.
Z ciemności wynurzył się młody, jasnowłosy chłopak z potężnymi skrzydłami u pleców. Białe pióra ostro odcinały się od półmroku wokoło.
- Tylko tam jest ucieczka – mruknął, wskazując dłonią niebo. – Daj mi rękę.
Posłusznie wypełnił polecenie. Ciężko, z wysiłkiem oderwali się od ziemi. Lecieli nad miastem, tam na dole został Minotaur, Afrodyta i wszyscy inni. Prezent od bogów. Nagle, tknięty przeczuciem spojrzał w górę, na twarz Ikara. Stara, kobieca twarz, pocięta siecią zmarszczek. Cienkie wargi, wygięte w okrutnej parodii uśmiechu, odsłaniają zęby jak spróchniałe pieńki. Wrzasnął, zobaczywszy tamtą upiorną babinkę i puścił podtrzymujące go ręce Ikara. Spadał.
***
- Nadal nie wierzysz w bogów? – zabrzmiał cierpki głos, przesycony ironią.
Przed oczyma zamajaczyła mu czyjaś ciemna, przygarbiona sylwetka. Rozejrzał się. Na ulicy, poza nim, nie było żywej duszy. Stał w ciepłym kręgu światła latarni, nad jego głową mrugał zepsuty neon, a jezdnią płynęły niesione wiatrem suche liście. Owinął się cieplej kurtką. Chłodna dziś noc.
