Coś małego i białego mignęło mu przed oczami. Zerwał się i skoczył w tamtym kierunku. W kilka susów zgrabnie pokonał kilkanaście metrów w zaroślach. Cholerny królik – pomyślał. Odkąd ostatni raz był na tropie Gonoby minęło już wiele godzin. Znów zamiast magicznego zwierzęcia ścigał zwykłego puszystego królika. Zły na siebie przysiadł na gałęzi najbliższego drzewa. Był tak pewny swoich umiejętności, przecież w wyczuwaniu ka’in nie miał sobie równych wśród kandydatów, sam Mistrz go chwalił. Cóż najwyraźniej przecenił swoje możliwości. To, że on wyczuwa ka’in nie oznacza jeszcze, że ka’in zechce wyczuć jego. Z uśmiechem przyglądał się niczego nie rozumiejącemu królikowi, który właśnie zauważył, że jego prześladowca rozpłynął się w powietrzu. Zwierzę okazało się być na tyle lekkomyślne by wyjść na ścieżkę i stanąć na dwóch tylnych łapach nadsłuchując i rozglądając się na wszystkie strony.
czytaj dalej »
Wieczór. Słońce chyliło się już leniwie ku zachodowi. Zza pobliskiego wzniesienia, wyłoniła się postać Irm’a. Włóczęgi i poszukiwacza przygód z wyboru. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd opuścił miasto wampirów, zabierając stamtąd pełną sakwę pieniędzy, które otrzymał w darze, od ich przywódcy. Podróżnik, uszczuplił trochę jej sumę, kupując prowiant, w okolicznych gospodach, ale nadal była to kwota, której pozazdrościł by niejeden rzemieślnik. Irm rozejrzał się po horyzoncie. Nigdzie nie było widać śladu cywilizacji, nawet jednej małej chatki, nic. Tylko łąki, wysoka trawa i nieliczne samotne drzewa, zdobiły ubogi krajobraz:
-Czyli znów noc pod chmurką.- Wycedził cicho przez zęby. Poczuł nagle, dziwne szczypanie na dłoni. Spojrzał na nią i ujrzał, wstrętnego, małego komara, który właśnie, znalazł dogodne miejsce, do wbicia swego „ „ i teraz rozkoszował się, krwawą ucztą. Irm, szybko rozpłaszczył go drugą ręką i strzepnął szczątki, jakie po nim zostały. Tak! Do szczęścia brakowało mu tylko, chmary insektów, które w nocy, urządzą sobie na nim istny, „szwedzki stół”. Ale jakie miał wyjście? Iść dalej?
Spojrzała na zegarek. Co raz wcześniej zapadał zmrok. Wraz z nadejściem późnej jesieni dni stawały się co raz krótsze i teraz to wieczór był porą o której zamykała bibliotekę. Rozejrzała się po czytelni. Przy ostatnim stoliku w rzędzie przy oknie siedziała jej znajoma, Weronika. Aneta poprawiła wiszący na oparciu wygodnego, biurowego krzesła czarny sweter, po czym wstała zza biurka i podeszła do niej.
- Wera? – dziewczyna podniosła oczy znad książki i uśmiechnęła się.
- Musisz już zamykać?
- Niestety. Masz wolny wieczór? Wpadnij do mnie na kawę… – odpowiedziała Aneta.- Tak jakoś nie mam ochoty siedzieć dzisiaj w domu sama.
- Bardzo chętnie, ale nie mogę – posmutniała Wera. – Daniek zaprosił mnie na kolację… czytaj dalej »
…Tak, tak! Nie zmyśliłem tej historii. Naprawdę istnieją Mgliste lochy. Trzeba tylko uwierzyć, że się je odnajdzie, a wtedy odkrywcy nie ominie nagroda.
Stary bajarz przerwał na chwilę swą mowę, po czym podjął znowu.-Opowiadałem tę historię już wielu osobom, lecz żadnej o ile mi wiadomo, nie udało się odnaleźć tego miejsca. Mam nadzieję, że tobie się uda.
-Być może znalazłbym, te całe Mgliste lochy, gdybym miał na to czas i ochotę. Ale na co mi to? Jestem bogatym i wpływowym człowiekiem. Niepotrzebne mi żadne nagrody, ani wiara w te bajki. Ale dziękuję, za ciekawą opowieść. Masz tu starcze kilka srebrników.-To mówiąc zrobił gest, którego nigdy się nie dopuścił. Sypnął kilka monet na stół, nie po to aby wesprzeć bajarza, ale po to aby go upokorzyć. Potem opuścił domostwo, w którym aktualnie przebywał. Starzec pożegnał go jedynie cichym westchnieniem.
Po wyjściu od starca, mężczyzna skierował swe kroki na wschód, ku swej willi. Zapadł zmrok, jedynie, w niektórych oknach, w kamieniczkach można było dostrzec nikłe płomyki świec. Mirus Karos, bo tak nazywał się owy człowiek, był tęgiej budowy ciała. Zazwyczaj chodził ubrany w strój, którym najczęściej mogli pochwalić się ludzie należący do najwyższej warstwy społecznej. Dzisiaj w skład stroju weszły: czarne gustowne buty, eleganckie płócienne spodnie, oraz zdobiony jednoręczny miecz, który dumnie zwisał, przypięty do pasa. Na tors została nałożona biała koszula, zaś na nią czarna skórzana kurtka. Postać ma czarne włosy, piwne oczy oraz gładko ogoloną twarz.
Maszerował dalej, równym, spokojnym korkiem, gdy nagle poczuł silny ból z tyło głowy, stanął niepewnie w miejscu. Czuł spływającą mu po szyi, strużkę jakiejś cieczy. Nastąpiły gwałtowne zawroty głowy, po czym upadł na zimny bruk. Został napadnięty i ogłuszony. czytaj dalej »
