Podróżując po bukowym lesie, Eson poczuł nagły zapach zgnilizny. Zatrzymał się na chwilę, aby zorientować się co to, ale po dłuższej chwili ruszył dalej. Mijał co i rusz stada jeleni i saren szukających pożywienia. Ale szczególną uwagę przykuł mu przedmiot, który świecił się jasno w kępie traw. Podszedł do niego rozglądając się wokół. Przykucnął i podniósł ów przedmiot, okazało się , że był to miecz z niezwykle zdobioną rękojeścią. Chłopiec z zaciekawieniem włożył go do swojego worka. Ruszył dalej wciąż podziwiając uroki okolicy. Nagle zorientował się, że niebo stawało się bardziej czerwone i słonce zniknęło za pobliskim wzgórzem. Cofnął się i ruszył w drogę powrotną. czytaj dalej »
-Hej, ho!- Padły radosne okrzyki z ust wampirów, które odrzuciły już, swe kaptury, ukazując Irm’owi olbrzymich rozmiarów, białe kły, które nie mieszcząc się w szczęce, spoczywały na dolnej wardze. Biała cera, kontrastowała, z czerwonymi, płonącymi oczyma, nadając całej twarzy, groźnego wyrazu. Przybysz, siedział pośród nich, zajadając się delicjami, jakie leżały na stole. W końcu, nie licząc ohydnej trawy i gnojówki, Jego żołądek nie odwiedził dzisiaj, żaden wartościowy posiłek. Mimo, iż wampiry okazały, się przyjaznymi i gościnnymi stworzeniami, odczuwał pewną obawę, siedząc pośród nich. Te wszystkie opowieści, o tym, że są seryjnymi mordercami, że wysysają krew swym ofiarom, oraz to, że potrafią przybrać postać nietoperza, nie wzięły się z pewnością z znikąd. czytaj dalej »
Wraz z nastaniem świtu, Irm ocknął się z około ośmiogodzinnego snu. Ociężale zgramolił się z leża. Pierwsze promienie słońca przedostały się, przez szpary w ścianach, do Jego, jakże wykwintnej komnaty, która była zbudowana jedynie, z drewna i strzechy. W środku zaś znajdowały się, słomiane łóżko, krzywy, drewniany stolik, oraz nikomu nie potrzebny kawałek metalu. Pokój godny stanu szlacheckiego. Człowiek przyjrzał się owemu dobytkowi, nie mógł się zorientować, co tu robi. Przywdział leżącą obok łóżka zieloną tunikę, oraz skórzane spodnie. Podszedł do drzwi i otworzył je. Po całym pomieszczeniu rozległ się ogłuszający skrzyp, zardzewiałych zawiasów. Po izbie rozniósł się zapach nadchodzącej wiosny. Jego źródłem był naturalny nawóz, roznoszony właśnie przez rolnika na polu. czytaj dalej »
Szeregi zaszeleściły poruszając się lekko, teraz dopiero pojawiły się wątpliwości. Właściwie od czasu przybycia w to miejsce na skraju lasu, czyli od ponad trzech miesięcy, nie mieli informacji o postępach rewolucji. Zostali wysłani, kiedy była jeszcze w zalążku, nie wiedzieli nawet o co walczą rewolucjoniści.
Kiedy oddział gustiana przygotowywał się do opuszczenia umocnionych stanowisk, w sztabie panowało wielkie poruszenie. Siedzibą głównych dowódców był stary fort Zairim mieszczący się prawie trzydzieści kilometrów na wschód od obozu Yorgo. Fort ogrodzony był palisadą. Cały kompleks na planie kwadratu otoczony był zaostrzonymi palami ustawionymi tak, że żaden, choćby najbystrzejszy koń nie mógł ich przeskoczyć. Przed palisadą, jak wstęga, ciągnęła się fosa o stromych brzegach, prawie prostych. Szeroka na ponad pięć metrów, a głęboka na trzy. Nad utrzymaniem wody w fosie na tak suchym terenie pracowali miesiącami najwybitniejsi architekci Cervadii. Fort Zairim był dumą Cesarza. czytaj dalej »
- Wracać! – gromki głos przeszył zgiełk bitewny, trzydziestu mieczników w ciężkich pancerzach zawróciło nagle dopiero co opuściwszy szańce. Zdezorientowani żołnierze rozglądali się wkoło. Pośrodku długiego na ponad pięćdziesiąt metrów okopu stał pewnie, wysoki mężczyzna, który dumnie wyrzuciwszy pierś do przodu przy pomocy lunety bacznym okiem badał rozciągające się przed nim miejsce straszliwej potyczki.
Rów wykopany w nocy sięgał przeciętnego wzrostu mężowi do piersi. Co dziesięć, może dwanaście metrów ustawiony był podest umożliwiający sprawne wyjście. Żołnierze skulili się nieco, tak, że zza ułożonych przed nimi wałów ziemi wystawały tylko ich głowy od wysokości oczu.
Cisza jaka teraz nastąpiła przejęła wszystkich do reszty, cała załoga oczekiwała na werdykt mężczyzny z lunetą, który z niezwykłą cierpliwością regulował przyrząd. Powoli opadający kurz odsłaniał leżące pośrodku bitewnego placu ciała pokonanych.
Na twarzy obserwatora malowało się zdziwienie i chyba drobne rozczarowanie.
- Odpuścili? – zapytał sam siebie. czytaj dalej »
